Posts Tagged With: Bicie

Dlaczego Franciszek znów powiedział coś, czego wcale nie powiedział?

Kolejna wypowiedź papieża Franciszka, kolejne słowa które zaraz jedni przez drugich muszą tłumaczyć najróżniejsi rzecznicy Watykanu, biskupi, Frondy i Deony. Sto tysięcy interpretacji podkreślających, że papież wcale nie powiedział tego, co powiedział, albo wręcz odwrotnie – że jednak właśnie to powiedział, bo to miał na myśli i właśnie tak ma być. Jeszcze inni twierdzą zaś, że to wszystko to tylko „czepianie się słówek”, łapanie papieża za słowa, zamiast słuchania tego, co ma do powiedzenia o Ewangelii, zamiast szukania w jego słowach dobra.

Czego tak naprawdę nie powiedział Franciszek, choć właśnie to powiedział?

Tym razem rozeszło się o dyscyplinowanie dzieci. Dokładniej: o oddzielenie „bicia” od „klapsów”. O naruszanie lub nienaruszanie godności dziecka. Tym razem Terlikowski Tomasz, który zazwyczaj obrywa po słowach wypowiedzianych przez papieża (patrz: kwestia królika), zatriumfował, bo Franciszek powiedział coś po jego myśli. Oczywiście też mu się oberwało, bo papież tym akurat razem – zdaniem lewactwa – powiedział niemądrze i tak się nie godzi, a zatem jak ktoś popiera to jest zły (Terlikowski dodatkowo właściwie zawsze jest zły). Ale nie jestem Terlikowskim. I nie popieram. Oczywiście za to też mi się „dostało”.

franciszekCo dokładnie powiedział Franciszek? Oto jego słowa: „Podczas spotkania z pewnym małżeństwem usłyszałem od ojca, że czasem musi uderzyć swoje dzieci, ale nigdy nie bije w twarz żeby ich nie poniżać. Jak pięknie. On rozumie poczucie godności. Musi ukarać dzieci, ale robi to w sposób sprawiedliwy i idzie do przodu”. Tłumaczenie z włoskiego nie musi oddawać wszystkiego, tam gdzie mowa choćby o uderzaniu może chodzić na przykład o klapsy. Ze słów Franciszka wynika więc, że ojciec dziecka rozumie poczucie jego godności, ponieważ nigdy nie bije w twarz, co byłoby upokarzające. Ta wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała, ponieważ wychodzi na to, że zdaniem papieża uderzenie w inną część ciała (choćby i w pośladki) upokarzające nie jest. Zadawanie bólu w inną niż twarz część ciała ma nie odbierać godności człowiekowi.

Pozwólcie, że po raz kolejny się nie zgodzę. Otóż każde uderzenie, każdy zadany ból jest dla człowieka (nie tylko dla dziecka, ale dla niego szczególnie) upokarzający. Najczęściej nie ma znaczenia, czy bije się w twarz, czy w pośladki, w stopy czy „po łapach”. Okazuje się, że dla dziecka upokorzeniem będzie również choćby delikatne pociągnięcie go za ucho, choćby miało zostać to zrobione dla rozładowania napięcia, w żartach. Tak, niestety, ból upokarza. Jeśli zachowanie człowieka po zadaniu mu bólu zmieni się, to nie dlatego, że człowiek boi się tego bólu, lecz dlatego, że boi się wynikającego z niego upokorzenia. Ból psychiczny po dostaniu „w skórę” jest większy od niewinnego klapsa. I ojciec, o którym wspominał Franciszek, wcale nie rozumie poczucia godności swojego dziecka. Jemu się zapewne wydaje, że je rozumie, ale tak naprawdę próbuje sam siebie oszukiwać twierdząc, że upokorzenie w przypadku klapsa czy lania „na goły tyłek” nie występuje.

Dwa powody dla których dajemy lanie

Tyle właśnie jest powodów, konkretnie dwa, dla których wykorzystujemy kary cielesne, by zdyscyplinować dzieci. Oba te powody świadczą źle o nas – rodzicach – a nie o naszych dzieciach. Które, co oczywiste, bywają tak denerwujące, tak niesłuchane, że aż nie wiadomo co zrobić. Nie wypełniają poleceń, powtarzają po kilka razy czynności, które zostały już zakazane, tłuką naszą rodową porcelanę lub mimo głośnego okrzyku „STOP!” biegną wprost pod nadjeżdżający samochód. I tu następuje akcja-reakcja. Dziecko popełnia niewybaczalny (często rzeczywiście jest on nie do odpuszczenia) błąd, rodzic w nerwach reaguje klapsem (lub innym rodzajem uderzenia). Dlaczego uderzył? Bo się zdenerwował. Nie wytrzymał własnego napięcia w starciu z wielokrotnie mniejszym od niego, bardziej bezbronnym człowiekiem. O czym świadczy jego zachowanie? O braku panowania nad sobą i braku pomysłów na inne wyciągnięcie konsekwencji. Uderzenie jest w tej sytuacji de facto dowodem niedojrzałości, może tylko w tym konkretnym przypadku.

Drugi powód jest to coś, co nazywam egzekucją lub szerzej – wyrachowaniem. Rodzic z góry zakłada, że może uderzyć dziecko celem zdyscyplinowania go. Ostrzega więc nawet przed podobną konsekwencją, a jeśli dziecko nie słucha ostrzeżeń, to dostaje w tyłek. Jest to zimny, opanowany klaps wymierzony z premedytacją. Co więcej, zdarzają się też rzeczywiste egzekucje będące sposobem wymierzenia sprawiedliwości jako wyrok. Dziecko dostaje karę odroczoną w czasie (nie musi być to długi czas), nastawia swój tył i otrzymuje odliczoną liczbę uderzeń, na chłodno, bez większych emocji. Ten rodzaj wymierzania kary też świadczy źle o rodzicu. Ojciec czy matka wymierzający sprawiedliwość stają się w tym momencie oprawcami, katami, pokazującymi dziecku kto rządzi. Czy rządzi rodzic? Moim zdaniem tak. Rodzice mają władzę wynikającą z natury. Dzieci są pozbawione większości praw publicznych i dopiero muszą do nich dorosnąć. Czy jednak wykonując na dziecku egzekucję rodzic wykaże się swoją władzą? Nie. Pokaże tylko jak bardzo wyrachowany z niego drań.

Dlaczego klapsy są dobre, a bicie po twarzy nie?

Na to pytanie jest tylko jedna dobra odpowiedź: ponieważ mam takie poczucie. Ja, wykonujący tę czynność, wyprowadzający ten cios. Wydaje mi się, że godność człowieka nie jest mu odbierana przy klapsie – i papież powie „Jak pięknie”. Wydaje mi się, że godność jest mu odbierana przy uderzeniu w policzek, więc tego nie zrobię. Ale nie, moi drodzy. To czy dziecko dostanie w pośladki, czy w twarz, wynika nie z poczucia, lecz z kręgu kulturowego w którym się wychowywał. Polak który pojedzie do Włoch da dziecku w tyłek, bo tak go nauczyli. Ale jego sąsiad Włoch, człowiek o podwyższonym temperamencie, zdzieli dzieciaka w twarz. To samo zrobi Francuz. Arab na bliskim wschodzie unieruchomi swoje dziecko tak, by miał dostęp do jego stóp i zleje trzciną po nagich podeszwach. A kto inny weźmie linijkę i przyłoży nią po dłoniach – z wierzchu czy od wewnątrz. Oburzające? Odbiera godność? Dlaczego? Taki sam klaps, jak każdy, tylko wyuczony w innym kręgu kulturowym. My nie zjemy koniny, a Włosi uwielbiają. Nie zjem psa, a na Tajwanie zjedzą. Nie uderzę dziecka w twarz, ale Francuz to zrobi. I nie będzie się bawił w godność-niegodność. Dla niego to norma, jak dla nas cios w pośladek. Zatem – jeśli nie wszystkie „klapsy” są bezpieczne dla dziecięcej godności, to żaden nie jest.

Brak kar cielesnych a bezstresowe wychowanie

Falaka_punishment_in_Azerbaijani_school_in_BakuNie widzę większego sensu żeby do tego wracać, ale argument pojawia się za każdym razem. Jak nie będziesz dzieci bił, to one cię będą biły na starość. Z braku bicia wynika rozwydrzenie dzisiejszej młodzieży. Bzdura! Jeśli jestem całkowicie przeciwny biciu, to nie znaczy, że jestem przeciwny karaniu czy wyciąganiu konsekwencji. Brak bicia to nie jest bezstresowe wychowanie! Nie, nadal – jako rodzic – jestem szefem w domu, a moje dziecko mi podlega, ponieważ jeszcze jest za młode, by samo o sobie decydować. Dlatego ma wykonywać moje polecenia i respektować wydane przeze mnie zakazy. To się nie zmienia, nie jestem „bezstresowcem” w stylu „róbta, co chceta”. W przypadku niewypełniania poleceń lub innego niewłaściwego zachowania dziecko musi ponieść konsekwencje. Nie widzę tylko powodu, by miało być to bicie. Doraźnie – moim zdaniem sprawdza się podniesienie głosu (nie chcę nazywać tego krzykiem, staram się nie krzyczeć), w podbramkowych sytuacjach nadal sprawdza się karne krzesło (czy „karny jeżyk”), owszem, jako kara. Bez względu na to jak bardzo Super Niania odeszła od swojej pierwotnej koncepcji, tego typu behawiorystyczne sposoby odnoszą skutek. Karą jest też odebranie nagrody. Różnie to bywa. Nie chcę teraz się rozwodzić. Wiem jednak, że żeby ukarać człowieka, który ci w pewnym stopniu podlega, nie musisz używać rozwiązań siłowych.

Co dalej z papieżem Franciszkiem?

Papież ma prawo sobie myśleć, na co ma ochotę. Nie ma oficjalnej nauki Kościoła odnośnie stosowania kar cielesnych. Są księża odrzucający podobne propozycje i tacy, którzy tęsknią za dyscyplinką. Czy jednak – niestety powtórzę to znowu – papież powinien rzucać słowa, rozdmuchiwać je, bez wcześniejszego przemyślenia. Ma prawo do własnej opinii, jasne. Czy jednak nie jest tak, że – co wynika właśnie z urzędu, który pełni – to, co powie papież, jest uważane za autorytatywne? Czy to, że „katolicy nie muszą być jak króliki”, czy to, że papież nie będzie osądzał homoseksualistów, czy to, że klaps nie odbiera dziecku godności jest oficjalnym nauczaniem Kościoła? Nie jest. Czy zatem papież powinien wyrażać swoje własne, prywatne opinie w kwestiach jak najbardziej moralnych mając świadomość, że zostaną one przyjęte przez ludzi jako nauka „z mocą”? W ten sposób papież może mówić o piłce nożnej. O stawie z rybkami. O kremówkach. Ale nie o kwestiach moralności, nad którymi autorytet papieża ma panowanie. Jego wypowiedź zostaje bowiem zawsze przez wielu odebrana jako oficjalna wykładnia. A wydaje mi się, że Franciszek wielokrotnie nawet nie planuje wcale tego, co za chwilę wyjdzie z jego ust.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje i filmy:
1. Papież Franciszek, za: http://przedsoborowy.blogspot.com/2013/05/problem-papieza-franciszka-problem.html
2. Film ze społecznej kampanii przeprowadzonej we Francji, znaleziony dzięki Annie Golus: https://historiabiciadzieci.wordpress.com/2013/01/21/miedzypokoleniowa-sztafeta-przemocy/
3. Karanie falaką w Azerbejdżanie, za: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Falaka_punishment_in_Azerbaijani_school_in_Baku.jpg

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

Riposta czwarta – na obronę treningu

Szanowny Panie Wydawco! Szanowni Czytelnicy!

Na stronie internetowej wydawnictwa Vocatio, w dziale dającym możliwość zakupienia książki Michaela i Debi Pearl „Jak trenować dziecko” pojawiło się jakiś czas temu oświadczenie Pana Wydawcy dotyczące zarówno samej książki, jak i komentarzy związanych z nią, a pojawiających się w mediach. Stało się to niedługo po tym, jak sam napisałem na blogu tekst krytykujący wydaną przez Vocatio książkę. Poczułem się więc zobowiązany do dania szerszej odpowiedzi na oświadczenie Pana Wydawcy, sam bowiem zaliczam się do komentatorów medialnych, jako że blog uznawany jest powszechnie za swego rodzaju medium.

Na swojej stronie Pan Wydawca napisał, że zarzuty stawiane publicznie omawianej książce i drugiej pozycji, zatytułowanej „Mądra miłość” są niezgodne z prawdziwym przesłaniem tych książek. Dodał Pan również, że protestuje przeciw manipulacyjnemu relacjonowaniu książek. Zacytuję fragment Pańskiej wypowiedzi: „Niestety, medialni komentatorzy, bez przeczytania książek w całości, wypowiadają się, bazując jedynie na zręcznie opracowanych przez inne osoby pamfletach, które wyrywają poszczególne zdania z kontekstu i błędnie komentują całe fragmenty”. W związku z tym, że aż do dzisiaj po wpisaniu w wyszukiwarkę słów „Vocatio Jak trenować dziecko” mój wpis blogowy pojawia się na pierwszej stronie, a w czasach największej krytyki wydanej przez Vocatio książki był wręcz na drugiej pozycji – tuż pod stroną Wydawcy – mogę snuć przypuszczenia, że Wydawca miał okazję przeczytać mój wpis. Mogę więc również prawdopodobnie zaliczyć siebie do jednej z dwóch grup: albo do medialnych komentatorów bazujących na pamfletach, albo do pamflecistów wyrywających poszczególne zdania z kontekstu. Nie czuję się obrażony tymi słowami, raczej rzeczywiście zobowiązany do bronienia własnego dobrego imienia i imienia innych osób, które książkę mniej lub bardziej dokładnie skrytykowały.

Na początek przyznam bez bicia, że pisząc, iż mój syn nie jest mułem amiszów, rzeczywiście nie znałem treści całej książki. Oparłem się jedynie na krótkim fragmencie pierwszego rozdziału, który Pan Wydawca miał umieszczony na stronie w ramach promocji książki, a który bardzo sprytnie i całkiem słusznie podmienił na rozdział czwarty w momencie, gdy atmosfera wokół książki zaczynała się podgrzewać. W moim osobistym przekonaniu jednak rozdział pierwszy, czy nawet niewielki jego wycinek wystarczył, by móc wyciągnąć prawdziwy wniosek na temat całej książki. Właściwie gdyby Wydawca uważał inaczej, nie zamieszczałby fragmentu, by przyciągnąć czytelników. Wraz z innymi komentatorami zostałem jednak skrytykowany za to, że wypowiadam się bez przeczytania całości książki, postanowiłem więc nadrobić zaległości przed kolejną moją wypowiedzią. Ponieważ książka zniknęła z oferty wydawcy, kupiłem ją na Allegro, następnie zaś przeczytałem w całości, by móc się oficjalnie wypowiadać. Niestety, obrońcy książki nie mają w tym przypadku szczęścia. Moja opinia w stosunku do książki rzeczywiście zmieniła się w porównaniu do tej, którą posiadałem po lekturze krótkich fragmentów, jednak bynajmniej nie na lepsze. Książka prezentuje treści wypełnione przemocą, zwaną z nieznanych mi przyczyn treningiem, w stopniu zdecydowanie większym, niż pierwotnie przypuszczałem.

Pan Wydawca pisze, że faktycznym przesłaniem książki „Jak trenować dziecko” nie jest to, o czym piszą media negatywnie nastawione (a więc nauka efektywnego bicia i przemocy), lecz mądre wychowanie w miłości i dyscyplinie. Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Rzeczywiście przesłaniem omawianej książki jest wychowanie w miłości i dyscyplinie. Takie właśnie przesłanie pragnął nadać książce jej autor. Treść książki jednak niestety odpowiada planowanemu przesłaniu w stopniu raczej miernym. W rzeczywistości jest bardziej zachętą, a momentami wręcz psychicznym przymuszaniem, do używania wobec dzieci bolesnych narzędzi celem wywołania w nich bezwzględnego posłuszeństwa. Oczywiście – jeśli się chce, można podciągnąć wszystko pod pełne miłości wychowanie. Jako alternatywę proponuję wydanie książki pedofila, który mógłby zaznaczyć, że wychowuje swoje dzieci z tak wielką miłością, że aż musi wywoływać w nich takie czy inne przyjemne odczucia. I że poleca takie zachowanie każdemu zaangażowanemu rodzicowi. Przecież prawdą jest, że wielu pedofilów molestujących własne dzieci twierdzi, że robi to z miłości. Państwo Pearl sądzą zaś, że z miłości do dzieci stosowali wobec nich karcenie rózgą (witką wierzbową, 2 milimetry), które de facto jest niezwykle wyrafinowaną i bardzo bolesną przemocą fizyczną.

Przesłanie książki jest więc bardzo piękne, zawartość już nieco mniej. Oprócz przytaczanych przeze mnie we wcześniejszym wpisie przykładów na odpowiednie bicie malutkich i bardzo malutkich dzieci w celu zapewnienia sobie ich bezwzględnego posłuszeństwa od najmłodszych lat (a tekst pierwszego rozdziału można znaleźć nadal w internecie) można w książce znaleźć również sposoby na starsze dzieci oraz na unikanie problemów związanych z poparzeniem, utopieniem itp. W jednym z fragmentów naszej książki autor opisuje, jak dla uniknięcia nieprzyjemności wynikającej z utonięcia któregoś ze swoich dzieci w przydomowym stawie postanowił wykorzenić z nich chęć zbliżania się do owego poprzez podtapianie tychże w tymże. Nikt wprawdzie nie trzymał dzieci z głową pod wodą, ojciec pozwalał jednak na zbliżenie się do stawu na taką odległość, by nieuniknione było wpadnięcie do niego i paskudne uczucie związane z umieraniem przez utonięcie. W podrozdziale zatytułowanym „Poczuj się, jakbyś tonął” autor pisze tak o sytuacji jednej z córek: „Trzeba przyznać, że mieliśmy problem z Szalom. (…) Zawsze miała wspaniałą koordynację ruchową. Po prostu nie chciała wpaść do stawu. Zmęczyło mnie już chodzenie za nią do stawu. Aby doprowadzić naukę do końca, postanowiłem ją dyskretnie popchnąć. Kiedy więc stała wychylona nad wodą, po prostu lekko szturchnąłem ją stopą” (Str. 136-137). Nie jestem osobą, której metody wychowawcze polegające na wpychaniu swoich dzieci do stawu tylko dlatego, że same są zbyt mądre, by do niego wpaść imponują. Jest mi zarazem bardzo przykro, że są osoby, które tak mocno stoją za tekstami pana Pearl’a. Kiedy ja pragnę nauczyć moje dziecko, by nie dotykało gorącego pieca, tłumaczę mu, że to może boleć, a gdy do niego podchodzi zbyt blisko, łapię je, by pokazać, że tak nie należy robić, dla własnego dobra. Pan Pearl zaś pozwala dotykać dzieciom pieca, tylko wówczas jednak, gdy jest już wystarczająco rozgrzany, by spowodować ból. „Kiedy nadeszła jesień i zaczęliśmy palić w piecu, prowokowaliśmy dzieci, aby podeszły bliżej i przyjrzały się fascynującym płomieniom. Oczywiście zawsze miały ochotę je dotknąć, dlatego powstrzymywałem je, dopóki piec nie rozgrzał się na tyle, że dotknięcie go było bolesne, ale nie na tyle, by spowodowało oparzenie (…)” (Str. 135) – pisze autor. Wynika z tego, że pieca wolno dotknąć tylko wówczas, gdy jest wystarczająco mocno rozgrzany, tak aby zabolało. Wówczas tata krzyczy „gorące” i odtąd już zawsze słowo „gorące” oznacza – nie dotykaj.

Wyżej omówiony przykład z piecem i sygnałem „gorące” działa na bardzo prostym mechanizmie psychologicznym, zbadanym przez Pawłowa. Zwyczajnie połączenie sygnału głosowego z nazywanym przez Pearlów wzmocnieniem (czy to rózga, czy ból od gorącego pieca) sprawia, że po kilku próbach dziecko (a potem i dorosły człowiek) słysząc „gorące” czuje ból na wnętrzu dłoni. Słysząc „nie” czuje pieczenie na rękach, udach czy pośladkach. Rzeczywiście, pan Pearl ma rację – przy ciągłym treningu bardzo szybko będziesz mógł odłożyć rózgę w kąt. Od tej pory bowiem będzie wystarczył sygnał „nie”, by dało się odczuć nieznośne, bolesne i upokarzające uderzenie rózgi. Już zawsze.

Drugą sprawą jest polecane przez Pearlów tzw. karcenie. Jako takie rozumie się zarówno wcześniej już omawiane wzmocnienie sygnału z pomocą rózgi, jak również – chyba przede wszystkim – regularne, spokojne bicie rózgą dziecka, które w jakikolwiek sposób przejawia swe nieposłuszeństwo. Przykład takiego karcenia może wyglądać następująco: „Matka wraca z rózgą i stając przed nim mówi: »Johnny, powiedziałam ci, żebyś starł wodę, a ty tego nie zrobiłeś. Dlatego zostaniesz skarcony, żebyś następnym razem już się nie zastanawiał. Mama chce, żeby jej synek wyrósł na takiego mądrego mężczyznę jak tata, dlatego chce ci pomóc być posłusznym. Połóż się na tapczanie. Połóż ręce obok siebie. Nie ruszaj się, bo inaczej będę musiała dać ci więcej razów«. Potem matka wymierza mu bez pośpiechu około dziesięciu smagnięć po gołych łydkach. Chłopiec płacze z bólu. Jeśli nadal będzie się buntował, wywijając się na boki i broniąc się przed karą albo wyrażając złość, wtedy powinna odczekać chwilę i pouczyć go raz jeszcze, a potem znowu wymierzyć mu kilka razów” (Str. 122). Jako nieposłuszeństwo należy przy tym traktować wszystko, co nie jest ochoczym wykonaniem każdego polecenia. Nieposłuszeństwem, według książki, jest więc nie tylko nerwowe, spóźnione wykonywanie poleceń celem uniknięcia kary, ale nawet najmniejszy objaw niezadowolenia z wykonywanego polecenia. Ciekawe – wydaje mi się bowiem, że każdy człowiek od czasu do czasu musi wykonać z obowiązku coś, co nie sprawia mu odrobiny przyjemności. Czy z tego powodu powinien jeszcze dodatkowo smagać się rózgą? Ale nie, dzieci powinny robić cokolwiek sobie rodzice zażyczą, wkładając w to maksimum radości i ochoczości, bo jak nie, będzie trzeba je skarcić rózgą. Nieposłuszeństwem jest tu nawet – o zgrozo! – brak uśmiechu o poranku u córki, mimo wyraźnej zachęty ze strony matki. „Dziewczynka rozpoczynająca dzień przepełniona pretensjami do całego świata powinna spotkać uśmiechniętą matkę, która nie zważając na jej nachmurzoną minę, wita ją okrzykiem radości. Jeśli jej nastrój nie ulegnie zmianie, z pewnością nie wolno pozwalać jej, aby psuła nastrój całej rodzinie. Jej zachowanie należy traktować jako przewinienie; sama odcięła się od wspólnej radości, przyjmując naburmuszoną postawę. Jeśli marudne dziecko może zmienić atmosferę w domu z powodu swego złego humoru, wtedy wydaje mu się, że takie zachowanie jest usprawiedliwione” (Str. 202) – pisze na jednej ze stron pan Pearl.

Pan, Panie Wydawco, wspomina na swojej stronie, że karcenie „biblijne” różni od kary to, że „Karanie (…) nosi w sobie element odwetu, odegrania się czy zemsty, a biblijne karcenie jest motywowane miłością i zorientowane na rozwój dojrzałego charakteru i zbudowanie pozytywnej przyszłości osoby poddanej temu procesowi. W jednym i drugim wypadku może występować element bezpośredniego przymusu, ale jego źródło, motywacja, kontekst a także intensywność będą całkowicie różne. Inny też będzie tego wychowawczy wpływ na dzieci.” Karcenie jest więc – zdaniem Pana – dawanym ze spokojem upomnieniem fizycznym, które (jak pisze Pearl) oczyszcza dziecko z przewinień i z poczucia winy. Tylko dlatego, że jest wykonywane przez człowieka, który robi to spokojnie, bez nerwów, a nie w gniewie. Otóż muszę powiedzieć, że znam osobiście człowieka, który raz w życiu przeszedł, wraz ze swoim rodzeństwem, tego typu egzekucję. Wszyscy uklękli razem i, tak jak w instrukcji Pearlów, wypięli pośladki i spokojnie dostali po tyłkach. Ten człowiek wspomina ów fakt jako jedną z największych traum swojego dzieciństwa. Może gdyby dostawał w ten sposób częściej zapamiętałby to jako normę i starałby się wyprzeć traumę tego zdarzenia do podświadomości? Może to właśnie dzieje się z dziećmi Pearlów, jak i z wieloma innymi w ten sposób „wychowanymi” osobami?

Książka, której Pan, Panie Wydawco, tak usilnie broni, pełna jest innych mrożących krew w żyłach historii, jak choćby opowieści o doskonale wytrenowanej trzylatce, która bawiła się z lalką w trening, spokojnie okładając ją rózgą i ostrzegając, że jeśli będzie płakać, będzie musiała dostać więcej razy. Pan Pearl jest zachwycony postawą tej dziewczynki. Mnie ona kojarzy się z zastraszoną, wyniszczoną dzieciną, która swe frustracje przelewa na własne zabawki, zamiast z miłością bawić się nimi w dom. I którą natychmiast powinien zająć się dobry psycholog.

Książka jest pełna mrożących krew w żyłach historii, jednak nie będę się w nie wszystkie zagłębiał. Przeczytałem wszystkie i wcale nie chcę do tego wracać. Powiem tylko, że książka opiera się na błędnych założeniach, z punktu widzenia zarówno psychologii, pedagogiki, jak i teologii. Oparte na Biblii karcenie w rzeczywistości opiera się o kilka cytatów z Księgi Przysłów i o jeden psalm, w którym to kij i laska pasterska pociesza mnie. Kij służył pasterzom do walki z wilkami, laska do zaganiania stada. Ale wcale niekoniecznie do bicia tego stada regularnie po gołych łydkach. Pozostałe cytaty to słowa, które rzeczywiście mówią o karceniu, ale w dalszym ciągu pochodzą ze zbioru mądrości Izraela, z których nie każda musi pozostawać prawdziwą mądrością po dziś dzień. Jak wspomniała w o wiele lepszym od mojego tekście pani Anna Golus, w Starym Testamencie jest też mowa o karceniu krnąbrnego syna przez ukamienowanie. Czemu nie sięgamy do tego przykładu? Zauważyłem ogólnie tendencję u protestantów i świadków Jehowy, że swoje nauki opierają w głównej mierze na Starym Testamencie, zapominając jakby o Ewangelii, o wypełnieniu Przymierza w Jezusie Chrystusie. Pozycje, które korzystają z Nowego Testamentu tylko po to, by udowodnić swoje tezy oparte na Starym Testamencie, z góry należy traktować jako podejrzane. Ta książka jest jedną z nich.

Pod koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa aspekty, o których wcześniej wspomniałem, a które pragnę nieco bardziej uwypuklić. Pierwszy z nich to kwestia nieposłuszeństwa rozumianego jako niezadowolenie, jęczenie, smutek spowodowane wykonywanym zadaniem, czy naburmuszona postawa córki o poranku. Pan Pearl zdaje się tu sugerować, że człowiek nie ma prawa do bolesnych uczuć, nie ma prawa ich okazywać, wszystko ma przyjmować z radością i poświęceniem, bez względu na to, jak duży ból mu to sprawia. Doskonały jeszcze przykład – zakaz płakania podczas lania. Dziecko, które dostaje razy, prawdopodobnie powinno się uśmiechać i powtarzać „Dzięki, ojcze”. Drugi aspekt, mający z pierwszym bezpośredni związek, to wymaganie od innych bezwzględnego posłuszeństwa. Podkreślam słowo „bezwzględnego”, ponieważ zdaniem Pearlów dziecko powinno bez wahania wykonać każde polecenie, choćby nie miało ono żadnego sensu. Nie ma słowa sprzeciwu. Przykładem mężczyzna, który do momentu opuszczenia domu rodzinnego zawsze na zawołanie ojca rzucał wszystko i przychodził. Brak własnej woli lub negacja. Oba te aspekty wskazują de facto, że propagowany przez pp. Pearlów i Pana Wydawcę trening jest w rzeczywistości tresurą – stąd porównanie do mułów amiszów całkowicie trafne. Dziecko ma być wytresowane jak piesek, nie zaś wytrenowane. To jest, pełna podobno miłości i szacunku, całkowita depersonifikacja człowieka.

Na swojej stronie przytoczył Pan bardzo ciekawy wywiad z Gościa Niedzielnego. Sam Gość w przypadku Pana książek niestety również mnie zawiódł. Siła, z jaką bronił Pańskich wystąpień i książek nawołujących do zimnej przemocy była dla mnie porażająca. Zwłaszcza, że nie tak dawno sam napisałem notkę opartą o felieton z Gościa* i był to felieton opowiadający się przeciwko biciu dzieci. A teraz obrona, wypowiedzi kobiet, które metodami Pearlów wychowują czwórkę swoich dzieci, zwyczajnie przeraża. Ale wracając – tekst przytoczony przez Pana doskonale obrazuje okropną sytuację w Szwecji, której rzeczywiście nie należy zazdrościć. Sam, przeczytawszy ten tekst, zapragnąłem na jego podstawie napisać trzecią część Podstępu szwedzkiego i nie wiem, czy tego nie zrobię. Niestety, tekst ten nie ma nic wspólnego z obroną książki, z poparciem dla bicia dzieci, z gniewem na Szwedów, którzy zabronili „klapsa”. Rozumiem, że przytaczając ten wywiad sugeruje Pan, iż jeśli zaprzestaniemy dawania klapsów, staniemy się drugą Szwecją. Kolejne błędne założenie, które wynika z zaślepienia chyba antypoprawnością polityczną, w którą wpisuje się przymus bicia dzieci. Niestety, z pewnością nie udało się Panu udowodnić, że bez klapsa upadniemy na dno cywilizacji. Przedstawił Pan dwie rzeczy, kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Dziś wystarczyć powinno tyle. Nie jestem już pamflecistą, który nie przeczytał książki. Jestem człowiekiem, który widzi zmiany w swoim zachowaniu po przeczytaniu tej nieprzyjemnej lektury. Stałem się po niej bowiem bardziej oschły i bezwzględny dla swojego syna, rzadziej pozwalając mu na szukanie własnej drogi i częściej karcąc. To jest zmiana na gorsze. Dlatego polecam książkę jako ciekawostkę przyrodniczą jedynie osobom, które nie są podatne na sugestie, także te w stylu „Jeśli nie bijesz swojego dziecka, nie możesz nazywać się chrześcijaninem”. Panie Wydawco, bardzo mi przykro, że byłem zmuszony poddać się praniu mózgu by udowodnić Panu, że nie piszę kłamliwych recenzji na podstawie przytoczonego przez Pana rozdziału. Mam nadzieję, że nie będę się musiał spotykać więcej z sytuacją konfliktu z osobą czy książką, która pod przykryciem katolicyzmu propaguje najprościej mówiąc tortury i znęcanie się nad dziećmi. Pozbawione przemocy.

Z poważaniem

Maurycy Teo

______________________________
*W tym miejscu zaistniała pomyłka. Notka napisana była w oparciu o felieton z „Idziemy”, innego katolickiego pisma.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Mój syn nie jest mułem amiszów, a ja nie jestem za biciem dzieci

Notka planowana od jakiegoś czasu już, w związku z niedawno rozpętaną dyskusją pod dalszym ciągiem podstępu szwedzkiego. Ale zanim zdążyłem odnaleźć w sobie natchnienie, do wątku dołączyły nowe rewelacje. Mianowicie, znów dzięki profilowi Super Niani, trafiłem na książkę w Polsce wydaną i promowaną przez katolickie wydawnictwo Vocatio, pod wiele mówiącym tytułem „Jak trenować dziecko?”, autorstwa Michaela i Debi Pearl. Opis książki, jak również wystarczającą ilość bezpłatnie udostępnionych fragmentów, by zrozumieć główne jej tezy, możemy znaleźć NA STRONIE wydawnictwa. Choć odnoszę dziwne wrażenie, że w ciągu kilku ostatnich dni przytoczony fragment uległ zmianie, będę się z nim musiał zapoznać od nowa. Spróbuję się tu jednak skupić na tym, co przeczytałem wcześniej, nie mogąc się jednak podeprzeć dokładnymi cytatami.

Otóż trening oznacza w tym przypadku nie do końca nawet trening, lecz spokojną i regularną tresurę dziecka od najmłodszych lat. Rodzic, który chce wychować swoje dziecko na bezwzględnie posłuszne, powinien ćwiczyć je w posłuszeństwie od najmłodszych lat, a nawet miesięcy. Aby ćwiczyć, konieczna jest obecność dziecka, rodzica, chwili czasu i, obowiązkowo, rózgi. We fragmencie, który przeczytałem wcześniej, mogliśmy znaleźć kilka przykładowych opisów takiego ćwiczenia. Oto na przykład mamy dziesięciomiesięczne dziecko, które uczy się chodzić. Ponieważ zaś umie już chodzić, powinno jednocześnie nauczyć się przychodzić na zawołanie. Tak oto siadamy w innym pokoju, wcześniej dając dziecku zabawkę, która ma je zaabsorbować (a więc stwarzamy sytuację do ćwiczenia). Następnie, kiedy widzimy, że dziecko zatopiło się w zabawie, wołamy je do siebie. Ponieważ dziecko nie przychodzi, idziemy do niego, tłumaczymy o co nam chodziło i przyprowadzamy na miejsce. Następnie odprowadzamy ponownie do zabawki, czekamy aż się nią zajmie, po czym znów wołamy. Skoro dziecko nadal nie przychodzi, wracamy do dziecka, uderzamy dwa razy rózgą po rękach, aby odczuło, że nieposłuszeństwo powoduje ból i znów prowadzimy do siebie. Regularnie powtarzamy podobne ćwiczenia, aż dziecko zacznie słuchać poleceń. Dzięki temu opisywane dziecko do momentu opuszczenia domu rodzinnego rzucało wszystko natychmiast i przybiegało na każde zawołanie ojca.

Inny przykład ćwiczenia: uczymy kilkumiesięczne dziecko, że nie każdy przedmiot wolno łapać w rączki. Zakładamy okulary, zbliżając twarz do dziecka. Dziecko w naturalnym odruchu wyciągnie rękę po nasze okulary. Mówimy więc spokojnie, nie modulując głosu „nie” i odsuwamy twarz. Ponownie ją zbliżamy, dziecko znów wyciąga rękę, tym razem mówiąc „nie” wymierzamy raz rózgą po ręce. I tak ćwiczymy, aż zrozumie związek bólu z poleceniem „nie”. Później już do ćwiczeń nie trzeba nawet używać rózgi!

Oczywiście jest jeszcze problem z niemowlętami gryzącymi brodawki. Takie niemowlę matka powinna pociągać za włosy w momencie, gdy poczuje ból. Jeśli nie ma włosów, trzeba wymyślić coś innego. Przypuszczam, że można ciągnąć za uszy.

Córka autora, która jako raczkujący bobas uwielbiała wchodzić po schodach, dostawała wierzbową witką po gołych łydkach dopóty, dopóki na widok witki nie zrezygnowała z wchodzenia po schodach w ogóle.

Przykłady można by mnożyć.

Książka, na stronie wydawnictwa posiadająca oczywiście wyłącznie pozytywne opinie (mojej np. nie opublikowano) nie prezentuje żadnych metod treningu, który zdaniem autorów ma być spokojny i – co ciekawe – pozbawiony przemocy (zdrada małżeńska pozbawiona cudzołóstwa), lecz regularną zwierzęcą tresurę połączoną z wyrafinowanymi metodami tortur. We wstępie pan autor napisał, że opisane metody nie są żadną nowością, lecz doskonale wypróbowanym przez amiszów sposobem sprawdzonym w czasie tresury wołów. To podobno świadczy świetnie o metodzie. Rzeczywiście, wypróbowaliśmy ją na zwierzętach, działa, teraz czas sprawdzić ją na dzieciach. Jaki jest problem w metodzie? Po pierwsze: brak modulacji głosu. Założenie jest proste: dziecku twój codzienny, spokojny ton powinien się kojarzyć z kategorycznym rozkazem. Dlatego w normalnych warunkach będzie ci bezwzględnie posłuszne. Owszem – to prawda. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, że takie posłuszeństwo oparte jest na wrytym w podświadomość strachu przed ciosem rózgą. Zwykły, spokojny ton ojca wypowiadającego np. „choć do mnie” jest równoznaczny z ciosem rózgą po łapach, łydkach, pociągnięciem za włosy czy czym tam jeszcze. Dziecko słucha i przybiega rzucając wszystko natychmiast – to nie jest zachowanie zdrowego człowieka. Kieruje się on bowiem strachem, nie zaś logicznym posłuszeństwem ojcu.

Po drugie: problem rózgi. Znowu: polecenie wydawane przez ojca, podkreślane uderzeniem rózgi, ma wywoływać natychmiastową reakcję. I znów dziecko, wyćwiczone we wczesnym dzieciństwie, będzie dożywotnio posłuszne, ponieważ krótkie ojcowskie „nie” już na zawsze pozostanie dla niego ciosem wierzbową witką po gołych łydkach.

Po trzecie: jesteśmy szczęśliwi, kocham moje dzieci, bo są mi posłuszne. Egoizm do kwadratu. Pojawia się w książce opis znajomej autorów, która powiedziała dzieciom, że mają się bawić spokojnie same, bo ona będzie rozmawiać. I bawiły się, nie przeszkadzały. Kiedy któreś poprosiło o coś mamę i usłyszało „nie”, rzuciło jej się na szyję i powiedziało „kocham cię, mamusiu”. Matka stwierdziła, że są prawdziwie szczęśliwą i kochającą się rodziną. A mnie zastanawia, dlaczego dziecko jest tak skore do wyrażania miłości właśnie wtedy, gdy słyszy „nie”? Mnie się to kojarzy z terrorem psychicznym. Matka ustawiła sobie dzieci za pomocą rózgi, teraz na każde „nie” mają ogromny przypływ dziecięcych uczuć. A matka sądzi, że dzięki temu właśnie dzieci te są szczęśliwe.

Tak jak napisałem, książka jest opisem wyrafinowanej tresury połączonej z psychofizycznym znęcaniem się nad swoim dzieckiem, by wyrobić w nim bezwzględne posłuszeństwo na całe życie. A sobie spokój rodzicielskiego popołudnia. Tak jak napisałem w tytule jednak, mój syn nie jest mułem amiszów i wychowywanie go w ten sam sposób jest zupełnie niedorzeczne. Oczywiście, że musi rozumieć konsekwencje swoich czynów, ale nie muszą to być dla niego konsekwencje połączone ze strachem przed rodzicami. Metody time out nie są wcale domeną wyłącznie Super Niani, lecz potwierdzonym przez lata, skutecznym sposobem na nauczenie dziecka mądrego (nie bezwzględnego) posłuszeństwa. Wpisują się w pedagogikę personalistyczną, mającą mocne ugruntowanie w podmiotowości osoby ludzkiej. Człowiek to nie zwierzę, nie muł, choć może i muła można by było wyszkolić inaczej? Ludzi nie powinno się być, chyba że w obronie (własnej lub czyjejś), bez względu na ich wiek i stopień wychowania. Są, zawsze są, inne metody wychowawcze. I naprawdę nie istnieją takie sytuacje, ja przynajmniej ich nie znam, kiedy należy uderzyć dziecko, bo inne metody nie działają.

A już z pewnością nie wolno nam nikogo bić prewencyjnie. Bardzo mi przykro…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Bici biją

Nie tak dawno temu G.M. podczas pobytu w kościele, z powodu zakazania mu przez nas czegoś, na co akurat miał ochotę, uderzył mamę w twarz. Był to dla nas pewien szok, ale postanowiliśmy sprawdzić czy da się to pokonać metodami zasłyszanymi. Maluszek wylądował więc w wózku, co bardzo mu się nie spodobało, został poinformowany o tym, co złego zrobił i że pozwolimy mu się uspokoić, a potem przeprosi mamusię. Chłopak histeryzował całą drogę do domu, nie poddawał się również żadnym próbom dowiedzenia się, czy jest już gotów przeprosić. W domu trafił na kanapę i wciąż płakał. Około pół godziny zajęło mu względne uspokojenie się, następnie ponowiłem jeszcze kilka razy pytanie, czy przeprosi mamę. Wreszcie, bardzo nieśmiało i raczej krokiem przednio-wstecznym podszedł do mamy, ale jak już wreszcie ją dopadł, to tak się wtulił, że nie mógł się oderwać. Wszyscy spłakaliśmy się jak bobry, bo scena była naprawdę piękna. I okazało się, że maluszek nie tylko wiedział, co złego zrobił i że powinien się ukorzyć, ale też doskonale wiedział jak to zrobić. A przecież ma dopiero nieco ponad rok! Od tamtej pory podobne zagranie zdarzyło mu się jeszcze kilka razy, ale jak tylko powiedziało mu się „nie wolno bić mamy”, to natychmiast się przytulał. Sprawdzał nas tak niedługo, a w tej chwili przestał bić w ogóle. Potrzeba było tylko dużo spokoju i sporo cierpliwości.

Ale dlaczego opisałem to wszystko? Przecież nie mam żalu do syna – i wówczas też nie miałem – o to, co zrobił. Chciałem zwyczajnie zaznaczyć, że nie jest prawdą, jakoby zwyczajnie nadchodził ten czas, kiedy dziecko zaczyna bić. Dziecko się uczy bić.

Niedługo wcześniej byliśmy na spotkaniu ze znajomymi, którzy mają córkę w zbliżonym do G.M. wieku. I właśnie ta córka pierwsza strzeliła chłopaczka w twarz. Jej tata kilkakrotnie zwrócił jej uwagę, że nie wolno bić, ale za którymś kolejnym razem sam stłukł ją po łapach. No to w końcu wolno bić, czy nie wolno? Mnie wolno bić a tobie nie, czy może po prostu nie wolno bić ludzi, bo to ludzie?

G.M. nauczył się bić, bo nauczyła go tego koleżanka. Koleżanka nie wiem skąd nauczyła się bić, ale wiadomo, że tata nie dał jej dobrego przykładu, że nie wolno bić. Żeby nauczyć bicia, wystarczy uderzyć. Żeby oduczyć, potrzeba czasu i cierpliwości. I absolutnie żadnego rozładowywania swoich nerwów.

Może to tylko taka teoryjka? Ale niedługo po tym wszystkim trafiliśmy na artykuł w pewnym mamowym piśmie, w którym pani felietonistka opowiedziała dokładnie taką samą historię: że syn pewnego dnia rozkręcił kurki w kuchence elektrycznej na maksa, więc kiedy próbował to zrobić ponownie, dostał po łapach. I… odkrył, że świetnym sposobem zwracania uwagi jest lanie po twarzy… Czyli nie tylko nasz syn tak ma, a bicie nie bierze się z niczego.

Zrozummy więc, drodzy rodzice (zwłaszcza ci, którzy są przekonani, że prawdziwy katolik nie ma nic przeciwko karom cielesnym) oraz pozostali czytelnicy, że ludzi się nie bije. A dziecko to też człowiek. Skoro walczymy o życie ludzi przed narodzinami, to może i po narodzinach szanujmy ich jako ludzi? Dziecko nie może nas bić. A my nie możemy bić dziecka.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Kobieta niebita psuje się od środka

Jak mawiał kiedyś mój bliski krewny, w żartach rzecz jasna, bo nie jest z tych, który by swą żonę uderzył. Takie żartobliwe zdanko, a przecież do niedawna wcale nie było w nim nic zabawnego. Nie tak dawno jeszcze kobieta mieszkająca pod jednym dachem z mężczyzną, który zarabiał na utrzymanie jej i dzieci, a po pracy jeszcze popijał z kumplami w karczmie, musiała być gotowa na to, że kiedy ten wróci z roboty, to będzie lał równo nie patrząc na wiek i płeć. Kobieta ta, wierna żona, nie mogła o mężu złego słowa powiedzieć, bo mogła za to oberwać jeszcze mocniej. Zresztą – komu miała mówić? Nie było psychologów, grup wsparcia, a wszystkie koleżanki obrywały od swoich ślubnych tak samo, tak samo ich zachwalając. I tak to się losy kobiety plotły – spod pasa ojca pod pas męża – wszak winna była posłuszeństwo.

O nie, bynajmniej nie tęskni mi się do tych „barbarzyńskich” czasów – jestem gorącym zwolennikiem równości płciowej jeśli chodzi o godność. Moje małżeństwo buduję na miłości, a nie na przemocy. Wspominam tylko to, co możemy dobrze znać z literatury, ponieważ właśnie dziś uważa się to za coś nienormalnego. Jeśli mężczyzna uderzy kobietę – to jest przemoc w rodzinie. Ona albo jest zahukana i nikomu nic nie powie, usprawiedliwiając męża, albo pójdzie na policję, albo zgłosi się do psychologa, poradni rodzinnej, albo zadzwoni na telefon zaufania. Wszystko dlatego, że dziś właśnie zachowanie męża polegające na biciu żony uważane jest za coś złego, moralnie niedopuszczalnego. Ja oczywiście zgadzam się z tym podejściem! Ruszyłem ten temat z zupełnie innego powodu…

Nie tak dawno moja żona napisała notkę w odpowiedzi na pewien wpis blogowy z Frondy. Autor wpisu, krótko mówiąc, argumentuje za karami cielesnymi w stosunku do dzieci. Opowiada się przeciwko bezstresowemu wychowaniu, które – jego zdaniem – jest synonimem braku bicia. Podając przykład Super Niani stara się ukazać, że zwolennicy bezstresowego wychowania stracili grunt pod nogami i muszą iść na ustępstwa, a więc wciąż nie biją, za to straszą, szantażują, terroryzują. A ja, podobnie jak moja żona, muszę krzyknąć głośne, kategoryczne „nie!”

Po pierwsze Super Niania (której wielkim fanem osobiście jestem – choć jej prywatnego życia nie popieram) nie jest, o ile mi wiadomo, zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie – dokładnie jak autor frondowego wpisu zauważył – opiera się na poglądach J.J.Rousseau, że ludzie są z natury dobrzy i trzeba pozwolić im się rozwijać swobodnie. Takie podejście prowadzi rzecz jasna do braku zasad, reguł postępowania, do ogólnego rozpasania – to już zostało udowodnione. Dziecko nie jest bowiem z natury dobre – wg. nauki chrześcijańskiej ma naturę skażoną grzechem – i nie jest w stanie samo się wychować. I dlatego też Dorota Zawadzka (Super Niania) jest i zawsze była absolutną przeciwniczką bezstresowego wychowania. Sama uczy o zasadach postępowania, o regulaminach, zakazach i nakazach, stanowczości i autorytecie rodziców. Uczy, moim zdaniem, bardzo mądrze – jednocześnie ucząc o wyciąganiu konsekwencji. Nazywa te konsekwencje tak jak się zwykło nazywać: a więc nagrody i kary. Ale zawsze używa kar adekwatnych do sytuacji. Dziecko przed popełnieniem błędu jest ostrzegane (a nie, jak twierdzi pan Autor, szantażowane), że jeśli go popełni, poniesie jego konsekwencje. Tak też jest przecież w świecie dorosłych: szef informuje pracownika, że jeśli jeszcze raz ukradnie coś z pracy, zostanie wywalony dyscyplinarnie. Nazwalibyście to szantażem? Sądzę, że szef, który po ukradnięciu czegoś przez pracownika daje mu ostrzeżenie, jest raczej zbyt pobłażliwy. Ostrzegania dziecka nie nazwałbym pobłażliwością – ale również nie szantażem.

Pani Zawadzka uczy też, że można użyć siły. Na przykład dla przytrzymania dziecka w ataku histerii. Nie po to jednak, by zrobić mu krzywdę – ale po to, by samo jej sobie nie zrobiło. Uczy też, by nie bić. Bicie nazywa aktem bezsilności. Rodzic, który nie może się opanować, podnosi rękę na istotę słabszą od siebie, wyładowując swój gniew. Dziecko jest istotą słabszą! Klaps (moim zdaniem niekoniecznie natychmiast karalny – ale można dać ostrzeżenie) jest dowodem słabości rodzica, który nie potrafi poradzić sobie ze swoimi uczuciami inaczej, niż przez wyładowanie złości na kimś słabszym (choć może rzeczywiście niegrzecznym lub złośliwym). Argumentem nie jest to, że dziecko uderzone szybciej się nauczy. Wierzę, że istnieje mnóstwo sposobów na nauczenie dziecka lepiej (nie w każdym wieku jest to tłumaczenie, ale sądzę, że prawidłowo stosowany „karny jeżyk” odniesie sukces).

Znam kilka koronnych argumentów zwolenników bicia. Jednym z nich jest to, że „moi rodzice mnie bili i jakoś mi się nic nie stało” lub nawet „i wyszło mi to na dobre”. Przytaczam TU felieton jednego księdza z (o dziwo!) katolickiego pisma „Idziemy”, w którym argumentuje, że jakoś nikt się nie skarży, iż był w dzieciństwie za mało bity – za to zdarza się, że skarżą się na słaby kontakt, brak rozmowy z rodzicami itp. Ja sam zaś mogę powiedzieć o sobie – zdarzało mi się dostać. Nie wspominam tego ani odrobinę dobrze. I tego samego nie zafunduję również swoim dzieciom.

Inny ważny argument wykorzystał mój znajomy w swojej notce dotyczącej innego tematu: „Jak można popierać aborcję, a z drugiej strony walczyć o to, żeby dziecku już narodzonemu nie można było dać nawet klapsa – wychowanie bezstresowe, prawa człowieka…” Rzeczywiście – często widzimy ludzi, którzy bronią dzieci przed biciem, a jednocześnie są za aborcją. We Frondzie (w wersji papierowej) wykorzystano w związku z tym ciekawie cykl reklam „kocham…” („Kocham, nie biję”, „Kocham, reaguję” etc.) umieszczając na zdjęciu kobietę w ciąży i napis „Kocham, nie zabiję”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że ci drudzy mają ten sam argument, tylko odwrotnie? „Dla tego Kościoła ważne jest tylko żeby to dziecko się urodziło. Potem niech się z nim dzieje co chce, niech tatuśkowie alkoholicy się nad nim znęcają fizycznie”. Bunt? Ale przecież mają rację! Opowiadając się za biciem dzieci – opowiadamy się za takim obrazem Kościoła! Za obrazem Kościoła walczącego o życie nienarodzonych – ale narodzonych już wcale niekoniecznie.

Bicie dzieci to znęcanie się nad młodszymi i słabszymi od siebie. Tak samo niedopuszczalne, jak zabijanie nienarodzonych. A od przyzwolenia na klapsa do prywatnych egzekucji („zostałeś osądzony i dostaniesz 10 pasów, klęknij przy łóżku”), a od egzekucji do regularnej przemocy domowej już naprawdę niedaleko.

Dziecko niebite psuje się od środka? Oby się Tobie kiedyś od kogoś nie dostało…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze