Posts Tagged With: Bierzmowanie

W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Reforma sakramentalna

Zwróciłem uwagę, że ostatnio kilka tematów interesuje mnie w sposób szczególny i piszę głównie o nich. Poza liturgiką najczęściej są to sakramenty. Nie dziwię się temu, ponieważ sakrament jest sposobem, w który Bóg objawia się nam na codzień, w normalnym życiu. Życie sakramentalne jest właśnie namacalnym życiem w bliskości z Bogiem. I dlatego właśnie, ze względu na tę bliskość, ale i na łatwość profanacji, niepokoi mnie z każdym momentem coraz bardziej podejście do sakramentów w Kościele.

Nie chodzi mi wyłącznie o Kościół w Polsce, trzeba jednak podkreślić, że tę część Kościoła jest mi najłatwiej obserwować, bo właśnie w Polsce mieszkam. Moi stali czytelnicy wiedzą już, co denerwuje mnie w tym wszystkim najbardziej. Najbardziej denerwuje mnie spęd osobników w określonym wieku, dwa razy w życiu, celem przyjęcia albo Eucharystii, albo bierzmowania. Denerwuje mnie podejście, dotyczące wcale nie tylko rodziców, wcale nie tylko dziadków i wiejskich tradycji, lecz przede wszystkim biskupów i kapłanów, że „tak się robi”. Tak się robi – wysyła się dzieci w wieku 9 lat do Pierwszej Komunii. Wysyła się młodzież w późnym gimnazjum, wczesnym liceum (czy innej szkole średniej) do bierzmowania. Nie zważa się na nic, wysyła się, bo tak już jest, bo tak się robi. Zazwyczaj „tak się robi” wiąże się w tradycyjnym rozumieniu z chrztem albo z małżeństwem – ale odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest prosta. Ponieważ zarówno sakrament chrztu, jak i małżeństwa, pozostaje w tradycji katolickiej (a przynajmniej w polskiej tradycji katolickiej) w indywidualnej gestii rodziców (chrzest) i narzeczonych (małżeństwo). To oni, młodzi ludzie, wielokrotnie przychodzą do kościoła prosić o sakrament, bo „tak się robi”. Tymczasem jeśli chodzi o Eucharystię i bierzmowanie, są one udzielane dzięki współuczestnictwu katechetów, szkół i parafii. Oczywistym tu jest, że tak się robi i niewielu pyta o cokolwiek.

Źródła powyższych problemów upatruję w utwardzonym, zaklepanym rozumienia słowa „powszechny” gdy mowa o Kościele powszechnym. Kościół był powszechny od początku istnienia i oznaczało to, że każdy, kto chce i spełnia warunki, może do niego należeć. Pojęcie zmieniło się, gdy któryś z cesarzy (może był to nawet nasz sławetny Konstantyn) uczynił z chrześcijaństwa religię narodową. Następnie zaś kolejne podboje powodowały chrzczenie kolejnych narodów, częstokroć wbrew woli nie tyle narodów, co indywidualnych ludzi chrzest przyjmujących. Podobnie rzecz miała się z Polską, którą „ochrzczono” prawie 1000 lat po tym, jak powstał Kościół. I tu również wypływało to w dużej mierze ze względów politycznych, a nie wiary indywidualnych osób. Tak oto z powszechności polegającej na otwarciu na wiernych uczyniono powszechność polegającą na tym, że w Kościele byli wszyscy. Przez stulecia system się sprawdzał, choć pospólstwo czciło Boga w dość magiczny sposób, łącząc Go wielokroć z tradycyjnymi pogańskimi zabobonami. Minął jednak czas powszechności Kościoła rozumianej jako „wszyscy”. Pospólstwo weszło do wielkiego świata Europy i nie chciało już siedzieć w tym samym Kościele, do którego zapisywano wszystkich jak leci. Kościół powszechny zaczął się opróżniać, czy – jak już pisałem – wypróżniać.

Do biskupów i starszych wiekiem kapłanów (ale również wielu młodszych) ten stan rzeczy zdaje się nie docierać. Wciąż utrzymują, że w Polsce jest około 90% katolików i nie zauważają, że to mniej-więcej tyle samo, ilu jest zwolenników używania antykoncepcji. Zwolenników aborcji, eutanazji czy związków partnerskich jest wśród tychże katolików nieco mniej, ale fani in-vitro znów górują w statystykach. Księża jednak uparcie chrzczą każdego, kto się nadarzy, wpisują go w księgi parafialne i przyklejają niezrywalną, niewiele znaczącą etykietkę „katolik”. Nawet, jeśli rodzice postanowili ochrzcić go bo „tak się robi”. Potem pchają dzieciaczki do komunii, nawet jeśli nigdy nie widzieli ich w kościele od momentu chrztu. Następnie zaś wysyłają do bierzmowania, bez względu na to, czy ćpają, piją i uprawiają niezobowiązujący seks. A potem taki wybierzmowany zrobi koleżance dziecko i pójdzie z nią do kościoła dać na zapowiedzi, bo „tak się robi”. I przyniesie dziecko do chrztu, dodając je do sumy katolików w Polsce…

Kościół w Polsce, ale pewnie i ten w szerzej rozumianym świecie, powinien natychmiast przeprowadzić reformę sakramentalną. Należy jak najprędzej odejść od praktyki udzielania sakramentów każdemu, bez zasięgania na jego temat żadnych informacji. Bez względu nawet na to, czy danego człowieka znamy, czy nie. Należy zacząć się stosować do wytycznych Prawa Kanonicznego i do zdrowego rozsądku. Zacznijmy od chrztu. Kodeks Prawa Kanonicznego stwierdza, że „Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować” (Kan. 867, § 1). Dalej też dowiadujemy się, że „Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się: aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują; aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie” (Kan 868, § 1). Rozumiemy więc, że rodzice dziecka mają kanoniczny obowiązek zgłosić się na nauki celem przygotowania się do dobrego przyjęcia przez nie chrztu, tuż po urodzeniu lub jeszcze przed! Nauki takie powinny być również przygotowaniem do wychowania dziecka w wierze, ponieważ do chrztu potrzebna jest uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku. De facto takie przygotowanie nie odbywa się nigdy lub prawie nigdy. Wszystko ogranicza się do wypełnienia papierów, księża z rzadka sprawdzają w ogóle tożsamość chrzestnych. Wielokrotnie więc blokada powinna być zakładana już w momencie chrztu, wielokrotnie bowiem nie ma żadnej nadziei na jakiekolwiek katolickie wychowanie – ale nikt tego nie sprawdza!

Jeśli jednak dziecko jest już ochrzczone, wzrasta i idzie do szkoły, prędzej czy później dostąpi możliwości przystąpienia do pierwszej komunii. Oto co na ten temat mówi Prawo Kanoniczne: „Każdy ochrzczony, jeśli tylko prawo tego nie zabrania, może i powinien być dopuszczony do Komunii świętej. Dzieci wtedy można dopuścić do Komunii świętej, gdy posiadają wystarczające rozeznanie i są dokładnie przygotowane, tak by stosownie do swojej możliwości rozumiały tajemnicę Chrystusa oraz mogły z wiarą i pobożnością przyjąć Ciało Chrystusa. Jednakże dzieciom znajdującym się w niebezpieczeństwie śmierci wolno udzielić Najświętszej Eucharystii, gdy potrafią odróżnić Ciało Chrystusa od zwykłego chleba i mogą z szacunkiem przyjąć Komunię świętą. Jest przede wszystkim obowiązkiem rodziców oraz tych, którzy ich zastępują, jak również proboszcza troszczyć się, ażeby dzieci, po dojściu do używania rozumu, zostały odpowiednio przygotowane i jak najszybciej posiliły się tym Bożym pokarmem, po uprzedniej sakramentalnej spowiedzi. Do proboszcza należy również czuwać nad tym, by do Stołu Pańskiego nie dopuszczać dzieci, które nie osiągnęły używania rozumu albo jego zdaniem nie są wystarczająco przygotowane” (Kan 912-914). Należy więc udzielać komunii świętej każdemu ochrzczonemu – owszem – ale na kategorycznych warunkach. Wszyscy, ale posiadający używanie rozumu i dokładnie przygotowani. Co jeszcze ważniejsze – proboszcz ma obowiązek czuwać, by do Pańskiego Stołu nie dopuszczać dzieci, które są niewystarczająco przygotowane. Biorąc tu pod uwagę sytuację opisaną kilka notek wcześniej, gdzie proboszcz dopuścił ucznia, który otrzymał trzykrotnie negatywną opinię podpisaną przez wszystkich katechetów, można zauważyć, jak wielką wagę przykładają proboszczowie do przepisów Kościoła.

Jak moim zdaniem powinna wyglądać sytuacja dzieci idących do Pierwszej Komunii? Skoro przygotowanie do chrztu jest zawsze indywidualne, tak jak (o tym później) przygotowanie do małżeństwa, to i przygotowanie do Eucharystii powinno przebiegać indywidualnie. Katecheza w szkole mogłaby wówczas wspomagać przygotowanie, uczyć prawd o Jezusie i Kościele, ale nie skupiać się na zakuwaniu modlitw (akty, przykazania, składy apostolskie, etc.) których znajomość ma być dowodem na odpowiednie przygotowanie do przyjęcia Chrystusa. Przygotowaniem zajęliby się rodzice, którzy opowiadaliby dzieciom o Bogu, a także oczywiście rodzice chrzestni, mający być dla chrześniaków żywym świadectwem wiary. Dziecko przystępowałoby po raz pierwszy do komunii w sposób, oczywiście, uroczysty i dostojny, może nawet w garniturze czy pięknej sukience, ale bez popisówek wierszykowych, bez wielogodzinnych prób, bez stania w rządku, w tłumie, w którym znika każda indywidualność. Bez oceniania przez kolegów, rodziców kolegów, katechetów, kapłanów i przypadkowych gapiów. Bez całej wielkiej licytacji na to, kto ile dostał, zarówno prezentów, jak i kasy. Każde dziecko szłoby do komunii wtedy, kiedy uznano by jego indywidualną gotowość, kiedy wykazałoby autentyczną, osobistą chęć przyjęcia Chrystusa do swojego serca. A nie wtedy, kiedy cała klasa idzie, bez względu w ogóle na to, czy przez ostatnie 7 lat (od momentu chrztu jakieś dwa lata za późno) w ogóle choć raz pojawiło się w kościele na mszy.

Następnie jest bierzmowanie i oczywiście sytuacja się powtarza. Tu jeszcze mocniej należy podkreślić konieczność indywidualnego przygotowania osoby przyjmującej sakrament. Kodeks mówi co następuje: „Zdatnym do przyjęcia bierzmowania jest każdy i tylko ten, kto został ochrzczony, a nie był jeszcze bierzmowany. Poza niebezpieczeństwem śmierci, mający używanie rozumu wtedy godziwie przyjmuje bierzmowanie, gdy jest odpowiednio pouczony, właściwie dysponowany i może odnowić przyrzeczenia chrzcielne. Wierni są obowiązani przyjąć ten sakrament w odpowiednim czasie. Rodzice, duszpasterze, zwłaszcza proboszczowie mają troszczyć się, żeby wierni zostali właściwie przygotowani do jego przyjęcia i w odpowiednim czasie do niego przystąpili. Sakrament bierzmowania wierni powinni przyjmować w pobliżu wieku rozeznania, chyba że Konferencja Episkopatu określiła inny wiek, albo istnieje niebezpieczeństwo śmierci, lub zdaniem szafarza co innego doradza poważna przyczyna” (Kan.889-891). I znów dowiadujemy się, że do przyjęcia bierzmowania należy być odpowiednio pouczonym i mieć możliwość odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych. Zgodnie z KPK to rodzice i duszpasterze, a przede wszystkim proboszczowie powinni dbać o odpowiednie przygotowanie i przyjęcie sakramentu. Proboszczowie – rzeczywiście – dbają o to, ale znów tylko powierzchownie. Przygotowanie do bierzmowania sprawdza się poprzez zdobycie odpowiedniej ilości stempli w czerwonej książeczce i zaliczenie testu związanego z co bardziej skomplikowaną i mniej potrzebną wiedzą teologiczną. I tak oto, podbiwszy wszystkie gorzkie żale, msze święte niedzielne, różańce i drogi krzyżowe oraz (czasem za ósmym podejściem) zaliczywszy test wiedzy o tym, co to jest bierzmo, banda ćpunów i poprawnych politycznie prześmiewców (plus kilku gorliwych katolików) przystępuje do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, żegnając się częstokroć z Kościołem. Ale nie powinno tak być! Rodzice, kapłani, a także rodzice chrzestni powinni przygotować kandydata do bierzmowania tak, by ten rzeczywiście osiągnął chrześcijańską dojrzałość. Świadek bierzmowania, spełniający te same warunki, które spełnia chrzestny (KPK mówi, że wręcz wypada, aby świadkiem był ktoś z chrzestnych) ma za zadanie, jako i chrzestny, prowadzić swego podopiecznego naprzód w wierze. I znów – zupełną normą powinno być indywidualne, mądre przygotowanie do bierzmowania i osobiście podjęta, dojrzała decyzja. Bez zbędnych, dwugodzinnych prób, bez zbyt wielu zbiorowych spotkań. Bierzmowanie, udzielane w uroczysty sposób, powinno być udzielane indywidualnie. Wówczas, gdy wierny będzie naprawdę gotowy, a nie gdy wypadnie kolej na jego klasę.

I ślub wreszcie, czyli sakrament małżeństwa. O tym można szczególnie dużo pisać, bo i Kodeks Prawa Kanonicznego szeroko opisuje ten sakrament. Prawdopodobnie dlatego, że nie dotyczy on tylko układu człowiek-Bóg. Dotyczy układu człowiek-Bóg-człowiek, a dwoje ludzi w jednym układzie to podwójne kłopoty. Zwróćmy jednak uwagę na sam aspekt przygotowania do małżeństwa. „Duszpasterze mają obowiązek troszczyć się o to, aby własna wspólnota kościelna świadczyła pomoc wiernym, dzięki której stan małżeński zachowa ducha chrześcijańskiego i będzie się doskonalił. Ta pomoc winna być udzielana przede wszystkim: poprzez przepowiadanie, katechezę odpowiednio przystosowaną dla małoletnich, młodzieży i starszych, także przy użyciu środków społecznego przekazu, dzięki czemu wierni otrzymają pouczenie o znaczeniu małżeństwa chrześcijańskiego, jak również o obowiązkach małżonków i chrześcijańskich rodziców; przez osobiste przygotowanie do zawarcia małżeństwa, przysposabiające nupturientów do świętości ich nowego stanu i jego obowiązków; przez owocne sprawowanie liturgii małżeństwa, która winna ukazywać, że małżonkowie są znakiem i zarazem uczestniczą w tajemnicy jedności oraz płodnej miłości Chrystusa i Kościoła; przez świadczenie pomocy małżonkom, ażeby wiernie zachowując i chroniąc przymierze małżeńskie, osiągali w rodzinie życie coraz bardziej święte i doskonałe. Jest rzeczą ordynariusza miejsca troszczyć się o właściwe organizowanie tego rodzaju pomocy, po wysłuchaniu także, gdy się to wyda pożyteczne, zdania mężczyzn i kobiet odznaczających się doświadczeniem i biegłością” (Kan. 1063-1064). I znów, rozumie się samo przez się, przygotowanie do sakramentu małżeństwa to nie zabawa w kotka i myszkę. W ramach przygotowania znajduje się nauka o znaczeniu małżeństwa udzielana od najmłodszych lat, osobiste przygotowanie narzeczonych – nie skupiajmy się tylko na tzw. kursie przedmałżeńskim, który przez mało mądrych księży często bywa wręcz pomijany przez wzgląd np. na ciążę – oraz pomoc współwiernych w zachowaniu małżeńskiej czystości i miłości. Co za tym idzie – narzeczeni chcący przyjąć i udzielić sobie sakramentu małżeństwa, muszą się do tego najpierw doskonale przygotować. Nie tylko uczestniczyć w kursach przedmałżeńskich, ale całym swoim życiem przygotować się razem do całkowitego powierzenia swego wspólnego życia Bogu. Powinni przystąpić do sakramentu nie dlatego, że „tak się robi”, lecz dlatego, że naprawdę pragną budować swoje życie na Bogu. I potem ochrzcić swoje dzieci w tym samym Kościele. I zamknąć koło, które nie będzie już błędne.

Możemy mieć do tego, co napisałem wiele wątpliwości. Po pierwsze biskupi mogą burzyć się, że liczba wiernych spadnie, kościoły opustoszeją. Przecież liczba rodziców chrzczących swoje dzieci ulegnie drastycznej redukcji. Liczba dzieci idących do komunii i dojrzałej młodzieży zmierzającej do bierzmowania znacząco zmaleje. Liczba zawieranych małżeństw zredukuje się do minimum. Ale prawda jest taka, że to nie liczba wiernych spadnie. Jeśli Kościół zdecyduje się na więcej pokory i ograniczenie osób przyjmujących sakramenty do konkretnego, przygotowanego i pewnego minimum, okaże się, że liczba wiernych nie spadła – bo pozostali wcale nie byli wiernymi. Wtedy i tylko wtedy będzie można powiedzieć, że Kościół wreszcie jest powszechny – przyjmuje wszystkich, którzy chcą być wierni. A że jest ich niewielu – nie szkodzi. Siła Kościoła nie leży w ilości, lecz w jakości osób do niego należących.

Pozostaje problem jak to zrobić. Ja oczywiście mogę pisać, ale dopóki coś nie poruszy się na górze, dopóty w nagonce na chrzty, śluby, komunie i bierzmowania nic się nie zmieni. A jeśli nawet się zmieni – czy nie zauważymy oburzenia ludu, któremu nie spodoba się projektowana zmiana? Otóż wydaje mi się, że oburzenie może się pojawić. I nie wszystko będzie łatwe. Ale wyobraźmy sobie Kościół 4 pokolenia w przód. Dziecko przyjmujące chrzest, przygotowujące się do komunii i bierzmowania w wielkiej wierze, w której wyrosło za sprawą rodziców. Wreszcie biorące ślub z drugim dzieckiem, takim samym jak ono. I znów mający dzieci, chrzczone w wierze, i tak dalej. To wygląda jak idylla, utopia. Uwierzmy jednak, że tak może się stać. Jeśli tylko odejdziemy od tradycyjnego udzielania sakramentów wszystkim jak popadnie tylko dlatego, że „tak się robi”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Doroczny spęd bydła

W większości polskich parafii rzymskokatolickich są dwie takie okazje, które pociągają za sobą spędy wszelkiej maści postaci najpiękniej mówiąc do kościelnej rzeczywistości nieprzystających. Te dwie okazje związane są z sakramentami, czyli jednymi z najświętszych znaków, jakie pozostawił nam po sobie Jezus Chrystus. Pierwszy z nich to bierzmowanie, drugi – pierwsza komunia święta. Pierwszy przyciąga młodzież w wieku późnogimnazjalnym czy wczesnolicealnym, przy czym rzeczywiście jest to wszelka młodzież, niezależnie od sposobu codziennego zachowania, stopnia uduchowienia, poziomu zaangażowania w Kościele. Niezależnie od tego czy prywatnie uważa się za katolika, ateistę, satanistę, czy jest za antykoncepcją, seksem przedślubnym, aborcją i sam Pan Bóg wie czym jeszcze. Do bierzmowania się idzie, w określonym wieku, i lepiej to zrobić, bo potem się jeszcze będzie chciało pójść do ślubu. Druga okazja to walny zjazd nie tylko często wybitnie nienadających się dziatek wiek osiem, ale również ich równie przyjemnych rodziców.

Scena z niedzielnej mszy świętej. Siedzimy z rodziną w ławce, w bocznej nawie, kilka ławek przed nami zasiada mężczyzna z uśmiechniętą córką. Córka ma na oko właśnie 7-8 lat. Dla usprawiedliwienia jej dałem jej mniej, ale żona mnie poprawiła. Zwracam na dziewczynkę uwagę w momencie, gdy zjada cukierka czekoladowego. Wcześniej jeszcze jedna z mamuś przesadza swoją córkę, by ta nie siedziała koło rzeczonej dziewczynki. Sytuacja staje się ironiczna w momencie, gdy następuje klęknięcie przy przeistoczeniu. Dziewczynka przysiada na stopach, jak zwykły robić małe dzieci. Jej tatuś, o dziwo, dokonuje tego samego procederu, a więc przysiada na własnych stopach, tak jakby nigdy w życiu nie był w kościele i nie wiedział, jak się klęczy (nie wypróbował nawet pozycji „na Małysza”). Z mojej strony konsternacja, ale jeszcze nie zdecydowałem się odezwać. Zabrałem głos dopiero gdy szedłem z moim uśpionym trzylatkiem w procesji komunijnej. Pan, siedząc na swoim miejscu, korzystał z chwili przerwy i trzymając swojego smartfona w lewej dłoni gmerał prawą po powierzchni ekranu. Nie próbował tego nawet ukryć pod połami kurtki, tylko ostentacyjnie się rozwalił. „Przepraszam, może jednak w kościele powstrzymałby się pan od używania telefonu” – rzuciłem w jego stronę odruchowo niemal. „A co pana to obchodzi?” – Odparł. Odpowiedziałem na to: „No niech pan nie robi z siebie durnia”. Dalsza dyskusja nie miała chyba sensu.

Dziewczynka później wygłupiała się jeszcze z przesadzoną koleżanką, trykały się nogami i głośno się śmiały. Mamie przesadzonej wyraźnie przestało to przeszkadzać, wdała się nawet w dyskusję z wyżej omówionym tatą. Zdawało mi się przez moment, że mówili o mnie, bo facet wskazał kciukiem w moją stronę. Podczas ogłoszeń duszpasterskich ksiądz poprosił, aby dzieci pierwszokomunijne wraz z rodzicami pozostały po mszy. Mogliśmy się już domyślać, co szanowny pan robił tej niedzieli w kościele – i rzeczywiście nasza intuicja była słuszna.

Moi drodzy, jedynym sakramentem potrzebnym do zbawienia jest chrzest. Oczywiście, chrzest przyciąga z sobą również często grupki osób niedopasowanych (moje uwielbione chrzestne w ultramini i chrzestni z włosami na żel), jednak sama idea ochrzczenia dziecka sytuację usprawiedliwia. Komunia i bierzmowanie już nie. Na punkcie bierzmowania mam świra szczególnego. To jest sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Powinien do niego przystępować ten chrześcijanin, który bezwzględnie jest gotów dla Jezusa Chrystusa poświęcić życie. I się Go nie wstydzi. Sam zdaję sobie sprawę z tego, że przystąpiłem do tego sakramentu o jakieś 2 lata za wcześnie. Wiele osób w ogóle nigdy nie powinno było do niego przystąpić. Człowiek o przyjęciu bierzmowania powinien zdecydować sam, sam powinien iść na kurs i sam powinien się do niego przygotować. Wędrówka jak to stado owiec na zgolenie albo na rzeź jest w tym przypadku wybitnie kiepskim pomysłem. Ilu z moich bierzmowanych kolegów do dziś nie wyraża swoim życiem gotowości…

Z komunią jest podobnie. Wprawdzie granica dolna dla tego sakramentu jest postawiona niżej, ale dziecko również powinno do niej przystąpić, bo kocha i szanuje Pana Jezusa i chce Go prawdziwie mieć w swoim sercu, a nie dlatego, że wszyscy idą, albo dlatego, że dostaje się rower, zegarek, PlayStation czy komputer, albo quada i przejazd limuzyną. Nie wystarczy zaliczyć głównych prawd wiary i dziesięciu przykazań, żeby być gotowym na przyjęcie Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Oczywiście – tutaj wielką rolę odgrywają rodzice. Ale jeśli ksiądz czy katecheta/katechetka nie są w stanie przebić się przez pancerz rodzicielskiego wychowania antychrystusowego i prawdziwie, wewnętrznie przygotować dziecka na przyjęcie Eucharystii, to powinni bezapelacyjnie odłożyć komunię takiego dziecka na późniejszy termin. Na ten czas, kiedy będzie naprawdę gotowe. Niech zarówno dziecko, jak i jego rodzice zrozumieją, że ten biały opłatek to jest Chrystus Żywy, a nie zabawa w królewny i kredyt na imprezę okolicznościową.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Myron

Przyjechałem do Albina i od wejścia powiedziałem, że nie piszę notki, bo nie mam natchnienia. Ale ponieważ od ostatniego spojrzenia w to miejsce uzyskałem dwa komentarze, postanowiłem je przeczytać. No i oczywiście natchnienie przyszło. Muszę przyznać, że najczęściej gdy czytam komentarze, notki lub cokolwiek innego napisanego przez Animaedimidium, to myśli przychodzą natychmiast. A tu, co ciekawe, poszło o Jej wyżalanie się na temat bierzmowania…

Myron (co oznacza „krzyżmo”) lub chryzmacja to wschodnie nazwy sakramentu Bierzmowania. Jednego z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Na wschodzie udziela się go jednocześnie z sakramentem chrztu, na zachodzie oddzielono je od siebie by podkreślić związek każdego chrześcijanina z jego biskupem (u nas bowiem bierzmowania udziela, lub udzielać powinien, biskup). Samo bierzmowanie jest pamiątką Pięćdziesiątnicy, czyli Zesłania Ducha Świętego. Podkreśla i dopełnia darów Ducha Świętego uzyskanych przez nas na chrzcie, dodaje nam odwagi do wyznawania wiary w Chrystusa i głoszenia owej wiary, czyli w zasadzie do działalności misyjnej (która jest obowiązkiem każdego chrześcijanina). Bierzmowanie jest również zwane sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, a ja mam fioła na punkcie dojrzałości (również) chrześcijańskiej, i dlatego bierzmowanie jest moim ulubionym sakramentem. Więcej na temat historii, skutków i bierzmowania w ogóle można przeczytać w Katechiźmie Kościoła Katolickiego w punktach 1285-1321. Ale nie o tym przecież miałem…

Animaedimidium pisze w komentarzu że przygotowanie do bierzmowania odbiera jej całą radość uczestniczenia w Mszy Świętej, że nie chodzi już do kościoła bo to daje moc, ochotę na dalsze życie, bo pomaga, lecz dlatego, że trzeba zebrać podpis, bo inaczej Jej nie dopuszczą. Ale Duszyczka przecież nie jest tu odosobniona. Sam pamiętam te czerwone książeczki z tysiącami głupkowatych pytań (głupkowatych nie dlatego, że były bez znaczenia, lecz dlatego, że nic do życia młodego człowieka nie wnosiły) które miały chyba pogłębić moją wiedzę na temat Kościoła, Boga i wiary, a tak naprawdę oddalały od Kościoła, Boga i wiary. I nie tylko mnie, podkreślę, lecz również wszystkich moich znajomych. Formacja (czyli przygotowanie) do bierzmowania opierało się na wkuwaniu i zdawaniu tych pytań, czy jak kto woli – ZZZ (Zakuć, Zdać, Zapomnieć). Do kościoła trzeba było pójść żeby dostać podpisik. To samo w związku z drogami krzyżowymi itp. Sam byłem świadkiem (dość niedawno) że Msza skończyła się wcześniej niż przypuszczalnie miała się skończyć i kilka dziewcząt pięć minut po niej wparowało do zachrystii by zdobyć podpisy. Oczywiście – spóźniły się, bo na żadnej Mszy nie były. Jeden z zaprzyjaźnionych Ojców Franciszkanów powiedział niedawno na spotkaniu naszej grupki, że wśród młodzieży bierzmowanie nazywa się „oficjalne pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa”. Ale dlaczego? Pytania, podpisy, podpisy, ZZZ… A gdzie tu jest formacja? Zaraz Wam powiem gdzie.

Jeszcze byłem klerykiem gdy moja (dziś najlepsza, wówczas prawie jej nie znałem) Przyjaciółka we wrześniu rozpoczynała formację mającą na celu przygotować Ją do bierzmowania, czyli zweryfikować Jej stopień dojrzałości. Było to po mszy na 10:30 w mojej rodzinnej parafii (do której, czy to szczęście, czy to pech, już dziś nie należę), ksiądz T, kiedyś ideał kapłana w mych oczach, później (gdy wstąpiłem do Seminarium), znienawidzony wróg którego musiałem tolerować jeśli nie chciałem mieć nieprzyjemności, zebrał osoby mające trwać w formacji na rozmowie. Ja stałem wówczas przed kościołem, ale mówił tak głośno, że wszystko słyszałem. Mówił do nich z ambony. Nie padło ani jedno słowo mówiące o tym, czym bierzmowanie w zasadzie jest. Ani jedno o tym po co się je przyjmuje. Ani jedno o tym jaki w zasadzie z niego pożytek. I ani jedno o piętrzących się przed chrześcijaninem obowiązkach następujących PO przyjęciu tego sakramentu. Ale o obowiązkach PRZED było bardzo dużo. O chodzeniu na każdą Mszę i każde spotkanie, o podpisach i pytaniach. „I żebyście sobie nie myśleli” – krzyknął tak, że mi się skóra na plecach zjeżyła – „że nie będziecie przychodzić a potem przyjdzie wasza matka i załatwi wam zezwolenie na przyjęcie bierzmowania! W zeszłym roku mogłem nie dopuścić tyle to a tyle osób, w tym mogę was wszystkich odrzucić, jeśli taka będzie wasza wola. I mamusia wam nie pomoże!” Boże, pomyślałem, jak tak można? Jak w takiej sytuacji mają się odnaleźć nie tylko ci, którzy zamierzają się oficjalnie pożegnać z Kościołem (choć kto wie, czy, gdyby przywitano ich trochę inaczej, nie zmieniliby zdania?), ale również chrześcijanie dążący do osiągnięcia swej dojrzałości, do zdobycia ostatniego stopnia wtajemniczenia? Chciałem powiedzieć T kilka słów potem, ale ja wogóle od dawna chciałem mu kilka słów powiedzieć (co wreszcie okazało się niewykonalne, zwłaszcza gdy on, wyrzucając mnie z parafii, sam wyczerpał wszystkie możliwe słowa), musiałem się więc ugryźć w język żeby przypadkiem nie zechciał wpłynąć na mój dalszy klerycki stan (czyli w zasadzie mogłem mu tych kilka słów powiedzieć, tylko skąd wtedy mogłem wiedzieć?). Jednak pokrzyczał sobie, pokrzyczał, zaprosił zainteresowanych (bo jeśli ktoś nie chciał otrzymać dopuszczenia, to mógł nie przychodzić) na spotkanie w tygodniu i wyszedł. Ja czekałem na następną mszę, o 12. We dwóch spędziliśmy w zachrystii ten czas w milczeniu. Aż wreszcie przybył kolega ministrant, będący akurat w odpowiednim wieku by też zacząć formację do bierzmowania. I popełnił najgorszą gafę jaką mógł popełnić. Zapytał mnie (T siedział na fotelu kawałek dalej) czy nie wiem czy ma być dzisiaj jakieś spotkanie kandydatów do bierzmowania. „Ups” – pomyślałem, a jemu szepnąłem że może lepiej pogadajmy na zewnątrz. Ale było za późno. T spojrzał bacznie na kumpla. „B., czy ty też przygotowujesz się do bierzmowania?” Zdążyłem wydobyć pośladki z tego niewygodnego miejsca tuż przed wybuchem. Po chwili B. dołączył do mnie, zbity jak pies. Przeprosiłem, że go nie ostrzegłem… Dalszych losów osób z mojej parafii gotujących się do bierzmowania nie pamiętam bo wkrótce potem pożegnałem się ze św. Józefem. Wiem tylko, że jutro (tj. w niedzielę) bierzmowanie dojdzie do skutku i że Przyjaciółce udało się dobrnąć do końca (ciekawe co by było gdyby T wiedział, że jest moją Przyjaciółką; rok temu dopuścił mojego brata, choć miał ogromną ochotę tego nie zrobić; przypomnę, że wówczas byłem wciąż klerykiem). Kumpel ministrant pewnie też dobrnął. Ale o czym to ja miałem…

No właśnie. Właściwie to chyba miałem o tym czym powinno być przygotowanie do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, ostatniego (w naszej kulturze) z sakramentów wtajemniczenia, sakramentu misyjności Kościoła, a czym w rzeczywistości jest. I to nie tylko w mojej parafii rodzinnej (choć tą sytuację pamiętam najlepiej) ale w wielu (większości? Masz rację Zgredziku, to nie są wyjątki) innych miejscach. Potem przychodzi biskup, maże nam czymś głowy, wkłada na nas ręce, nadaje nam różne dziwne imiona (podnieta, sami je sobie możemy wybrać!) i koniec. All over. Nawet roweru nie dostaniemy bo to nie Komunia. Dla większości jest to „żegnaj panie Kościół i Boże, czymkolwiek jesteś” aż do ślubu najczęściej. Są takie osoby które tylko ze względu na kiedyś planowany ślub przyjmują bierzmowanie i związane z nim upokorzenia. Ale czy tak być powinno? Po co ta notka? Nic nią nie zmienię, a osobiście też nic nie wskóram (w końcu kapłanem pewnie nigdy nie będę, zwłaszcza po tym co tu wypisuję), mogę tylko rozwścieczyć T, o ile wciąż czytuje mojego bloga (Pozdrawiam Księdza!), ale to niewiele zmieni (choć może jeszcze zdąży zablokować Przyjaciółce i B. pozwolenie przed jutrem). A może jednak? Może wolno mi poprostu mieć nadzieję, że Wy, którzy szykujecie się do bierzmowania, jak i Wy, którzy macie to już za sobą, spojrzycie na Myron jako taki jaki rzeczywiście powinien być. Że sami postawicie sobie cele na drodze do osiągnięcia tego sakramentu. Że może nauczycie się odpowiedzi na głupkowate pytania po to, by naprawdę poszerzyć swą wiedze, a nie po to, żeby ZZZ. I może uwierzycie, że Apostołowie naprawdę zaczęli mówić w językach całego świata gdy dostąpili tego daru…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 komentarzy