Posts Tagged With: Blog

Święci na każdy dzień

A skoro na każdy, to także na ten. Ma to swoje szczególne uzasadnienie w tym, że dziś właśnie jest wigilia uroczystości Wszystkich Świętych. I choć każdego dnia wyłuskamy jakiegoś świętego patrona, który opiekuje się osobami tego dnia obchodzącymi imieniny (i nie wykluczam tu nawet wigilii Bożego Narodzenia, choć uznawanie Adama i Ewy za świętych pozostaje w sferze kontrowersji), to tego jednego dnia – 1 listopada – cieszymy się z orędownictwa ich wszystkich. A dziś, choć to dopiero wigilia i – zgodnie z kalendarzem liturgicznym – wspomnienie św. Alfonsa Rodrigueza – warto już do tego święta odpowiednio się przygotować.

Mateusz_1

Jeden Mateusz wziął św. Mateusza

Mateusz_2

Drugi Mateusz też

Mówiąc o przygotowaniu nie mam na myśli posprzątania grobów, kupienia zniczów, wieńców, najnowszego futra (choć w tym roku pewnie będzie koło 20 stopni). Uroczystość Wszystkich Świętych nie ma nic wspólnego ze Świętem Zmarłych. Coś takiego, jak święto zmarłych tak naprawdę w ogóle nie istnieje. Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych pojawia się oczywiście następnego dnia, 2 listopada. Nie jest to jednak święto i nie obejmuje swoim zakresem wszystkich zmarłych. Wspomnienie w kalendarzu liturgicznym to tak naprawdę dzień zwykły. Codziennie jest jakieś wspomnienie i dla niektórych może być ważnym świętować to wspomnienie, jednak nie ma takiej konieczności. Msze święte w kościołach odbywają się w rytmie dnia powszedniego. 2 listopada zaś wspomnienie obejmuje wszystkich wiernych zmarłych – a wiernych to znaczy takich, którzy zawierzyli Chrystusowi. Ma to oczywiste koneksje z uroczystością Wszystkich Świętych. O ile bowiem pierwszego dnia czcimy i wzywamy wszystkich tych, co do których już mamy pewność, że uzyskali zbawienie i przebywają w chwale Bożej, o tyle drugiego dnia myślimy o tych, którzy być może od tego zbawienia byli daleko, ale dążyli do niego starając się je osiągnąć.

Św. Daniel

Św. Daniel

Aleksandra

Ole przestały być rozróżnialne przez św. Aleksandrę

Nie mówimy natomiast o wszystkich zmarłych. Zmarłych ateistach, satanistach, tych, którzy odeszli od Boga. Choć oczywiście rozumienie słowa „wierny” może być różne. Możemy zatem mieć nadzieję na ostateczne nawrócenie wszystkich przed śmiercią, możemy też o wiernych myśleć w kategorii ochrzczonych. Albo nieochrzczonych, acz wierzących. Albo mnóstwo innych możliwych scenariuszy. Podstawowym znaczeniem jednak słowa „wierny” jest fakt ufności Bogu i podążania Jego ścieżką.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy zarówno 1, jak i 2 listopada poogarniali nasze rodzinne groby i zatopili się w zadumie nad przemijalnością tego świata.

Kamil

Św. Kamil

Św. Weronika

Św. Weronika

W uroczystości Wszystkich Świętych chodzi jednak o coś zgoła innego. Ten dzień to moment ogromnej radości wśród wiernych Pańskich, ponieważ cieszymy się radością tych, którzy szli przed nami i pokazali nam, jak dojść do chwały Pana. Patrzymy na tych wszystkich grzeszników, ubłoconych po pachy, którzy zawołali do Pana i On wyciągnął ich z tego błocka. A potem oni poszli za Nim, żeby dotrzeć do Jego Królestwa, ale też żeby innym pokazać właściwą drogę. To dzień ogromnej radości z wielkiego daru życia wiecznego, które Bóg obiecał nam i tak wielu już udzielił. I dalej pragnie udzielać. Dzień zwykłych ludzi, takich jak my, którzy potrafili naprawdę do końca zaufać Chrystusowi. Ten dzień najbardziej ze wszystkich jest dla nas nadzieją na to, że nie tylko Chrystus zmartwychwstał i wniebowstąpił, ale że również my zmartwychwstaniemy i mamy szansę na wniebowstąpienie.

Joanna_2

Św. Joanna Myrrhbearer

Joanna_1

Św. Joanna d’Arc

W związku z uroczystością Wszystkich Świętych wiele środowisk katolickich rozpoczęło akcję, która mnie urzekła. Akcja polega na zmienianiu swoich zdjęć profilowych na portalach społecznościowych (głównie na Facebooku) na wizerunki świętych. Byłem jednym z pierwszych wśród znajomych, którzy natchnieni akcją dokonali podmianki, ale im bliżej 1 listopada, tym bardziej lawinowo zamiana profilówek się odbywała. Sytuacja była naprawdę wzruszająca, kiedy nawzajem z Żoną sobie relacjonowaliśmy na gorąco: „Ola z Mateuszem zamienili!” „Adam z Asią też zamienili!” i tak dalej. Kiedy poddawało się sugestię konkretnej osobie i ta osoba, z początku trochę niepewnie, ostatecznie decydowała się na zmianę z niekwestionowaną satysfakcją. Zadziwia jak wiele osób w dzisiejszych czasach pamięta o tym, kogo wspominamy w okresie przed i po 1 listopada, a przede wszystkim w trakcie. Dlatego właśnie postanowiłem w tym wpisie zamieścić galerię wybranych wizerunków dostępnych na portalu, z którego korzystam. Dlatego, że to piękna i wzruszająca akcja.

Honorata

Św. Honorata

Albert

Św. Brat Albert, czyli św. Adam

Oczywiście nie jest tak, że przeciwnicy obnoszenia się ze swoją wiarą nie stają w opozycji do akcji. Lawinowe zmiany zdjęć profilowych nazywają idiotyczną modą na ikony, pytają czy opłatkiem też się zamierzamy dzielić na Facebooku i twierdzą, że mają trudność z odbiorem tej sytuacji, bo portal z którego korzystamy nie jest w stanie przefiltrować wszystkich danych zgodnie z ich preferencjami, zanim wpadną w ich oczy. To akurat jest smutne. Świat jest wielki, a świat wirtualny jeszcze większy. A jednak z drugiej strony właśnie dzięki tej gigantycznej sieci oplatającej cały świat ludzie stali się sobie mniej odlegli niż kiedykolwiek w dziejach. Wprawdzie można gołym okiem zauważyć zagrożenie zatopienia się w „virtualu” kosztem życia w „realu”, ale jednocześnie da się zobaczyć, że dzięki „virtualowi” znamy całe mnóstwo ludzi, odbiorców naszych przekazów, których w „realu” nigdy byśmy nie spotkali. Założyłem konto na Facebooku żeby zagrać w polecaną mi grę. By w nią grać, musiałem mieć „sąsiadów”. By ich mieć, musiałem ich poszukać. I tak oto, grając w grę, zaprzyjaźniłem się ze śliczną dziewczyną z Tajwanu i brodatym Redneckiem z Ameryki. A skoro teren oddziaływania jest tak szeroki, a my – chrześcijanie – mamy obowiązek nieść Chrystusa do wszystkich narodów i robimy to naszym codziennym życiem, to taki sam obowiązek mamy nieść Chrystusa w świecie wirtualnym i na portalach społecznościowych. Naszym obowiązkiem jest właśnie oddziaływanie przekazem ewangelizacyjnym na wszystkich, których spotykamy – po tej czy po tamtej stronie komputera. Mamy obowiązek opowiadać o

Patryk wezwał św. Antoniego

Patryk wezwał św. Antoniego

Łukasz

Św. Łukasz

Chrystusie, a kto chce słuchać, będzie słuchać. A kto nie chce słuchać, może się od tego odciąć. Jedna znajoma, zazwyczaj mi przeciwna, taka, z którą toczę zacięte batalie o aborcję, napisała mi w obronie akcji: „Zupełnie nie wiem w czym problem – jak się ludziom podoba, niech mają wizerunki świętych jako zdjęcie profilowe, niech inni mają dynie i nietoperze. W zasadzie uważam, że to fantastyczna inicjatywa z tymi ikonami”. To podniosło mnie na duchu. Akcja podoba się nawet niektórym osobom, które na co dzień sceptycznie podchodzą do Kościoła i wiary w ogóle.

Pierwotnie notka miała nosić tytuł „Świętymi w Halloween”. Przeszła mi jednak przez głowę myśl, którą później ta sama, wspomniana już znajoma wyraziła w swoim komentarzu: „tylko nie kumam, czemu musi mieć charakter antyhalloweenowy”.

Św. Tomasz Morus

Św. Tomasz Morus

Ela wzięła św. Katarzynę

Ela wzięła św.Katarzynę

Można wyjaśniać dlaczego ma charakter antyhalloweenowy, ale w rzeczywistości prawdą jest, że tego typu inicjatywy nie powinny być „anty”, lecz raczej „pro”. Tak naprawdę nie mamy przede wszystkim w obowiązku walczyć ze zgubnym zabobonem Halloween. Przede wszystkim mamy obowiązek głosić Zmartwychwstałego Zbawiciela i wspominać chrześcijańskie tradycje. Inicjatywa zamieszczania na swoim profilu zdjęć świętych patronów przypomina nam o uroczystości Wszystkich Świętych. Która, wbrew pozorom, ma o wiele silniejsze oddziaływanie, niż Noc Wszystkich Duchów.

 

Maurycy

Patron bloga – św. Maurycy

Agnieszka

Św. Agnieszka

I choć mój blog to nie Facebook, i ja postanowiłem tymczasowo dokonać zmiany wizerunku. Bardzo przyzwyczaiłem się do mojego Maurycego od Hawranka (choć nigdy nie upewniłem się, czy nie jest to jednak Hawranek od Maurycego), ale dla tej szlachetnej okazji na chwilę może go zastąpić święty Maurycy z włócznią. Niech żyją wiecznie Wszyscy Święci! Alleluja!

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

Pozdrawiam także Anglików, Francuzów, Polaków z Anglii i Francji, a także wszystkich innych ludzi, którzy z jakiegoś powodu trafili na mój blog. Pozdrawiam Was, wszyscy czytelnicy, zarówno ci, którzy czytacie regularnie to, co ja napiszę, jak i ci, którzy z jakichś powodów okazjonalnie do mnie trafiacie, albo trafiliście raz, albo raz traficie. Piszę te słowa, żebyście wiedzieli, że każdy czytelnik jest mi drogi bez względu na to, czy zgadza się ze mną we wszystkim, czy we wszystkim jest przeciwny, czy raczej się zgadza, czy raczej jest przeciwny. Czy może zagląda z ciekawości, nie mając wyrobionych poglądów, albo lubi mnie czytać, albo mnie lubi, albo nie lubi. A może czytuje kogoś, kto mnie czytuje i znalazł tam linka i przyszedł z ciekawości? Wiele osób z wielu powodów może tu przychodzić i chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo Was szanuję i cieszę się, że tu jesteście.

Historia mojego pisania zaczęła się w 2005 roku, kiedy byłem w seminarium. To były wakacje po pierwszym roku, ja – młody chłopak pełen ideałów – pragnąłem moją wiedzę i energię przekazać innym. Czytali mnie głównie nastolatkowie, w tym mój brat i jego przyjaciele, ale także wiele osób mniej mi znanych. Owszem – wtedy nie wiedziałem, że czyta mnie także plejada księży z mojego seminarium, z księdzem rektorem na czele. Piszę to, choć pisałem pewnie już nieraz. Nie próbuję się chwalić, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli nadal są tu księża, w tym także z mojego seminarium, to serdecznie ich pozdrawiam. Piszę też dlatego, że chcę Wam pokazać, jak mój blog zmieniał się z czasem przez wzgląd na to, kto go czytał i co z tym robił.

Tak więc mój pierwszy blog zacząłem w lipcu 2005 roku, a zamknąłem we wrześniu roku tego samego. Tak naprawdę dotychczas prowadziłem 5 blogów, przy czym w tej chwili wszystkie zgromadziłem na piątym, aby każdy czytelnik miał ułatwiony wgląd do archiwów – choć wszystkie blogi znajdują się nadal pod starymi adresami i są dostępne do wglądu dzięki linkom na tej stronie. Z zamknięciem każdego bloga i otwarciem nowego wiąże się jakaś „afera blogowa” wywołana przez czytelników bloga, czyli przez niektórych z Was, tych, których pozdrawiam. Pierwszy blog zamknąłem po tym, jak czytający mnie księża, a przede wszystkim ksiądz rektor usunęli mnie z seminarium. Przestałem być „stukniętym klerykiem” i istnienie Pamiętnika stukniętego kleryka przestało mieć rację bytu. Szybko potem, już w październiku, postanowiłem jednak wrócić, pełen buntu, ale bez gruntu pod nogami, z nowym blogiem „W obronie Życia i Świętości”. Ten miałem naprawdę długo, około dwa i pół roku (wtedy to było długo, zmiany losów życia nieustanne; trzy lata pisania aktualnego bloga minęły nie wiem kiedy…). W tym czasie miałem związki, rozwiązki, wreszcie poznałem moją Żonę i pisałem o naszych ówczesnych losach. Tematy były mało teologiczne, bo i ja naówczas byłem mało teologiczny. Afera wywiązała się równo z notką numer 100, czyli ostatnią pisaną na drugim blogu. Tam ujawniłem kilka trudnych faktów na swój temat, co nie spodobało się komuś spośród czytelników. Nie wiem komu, ale wiem, że ten ktoś miał kontakt z bliskimi mi osobami, które wtedy przemówiły mi do rozsądku. W efekcie zamknąłem drugi blog i otworzyłem trzeci. Nazwałem go „Zawsze chciałem zostać apostołem” i tworzyłem naprawdę krótko i nieregularnie. Zamknąłem go nie z powodu afery, lecz dlatego, że Mylog w pewnym momencie prowadził remont i był zamknięty przez cały grudzień, a ja miałem założenie – przynajmniej jeden wpis w miesiącu. Przez to musiałem odejść na inny serwer, w tym wypadku na WordPress. Co nie znaczy, że na sacrumprofanum nie było żadnej afery. Nie, tu chyba zdarzyła się największa spośród wszystkich afer blogowych za czasów mojego pisania. Przygotowania do naszego ślubu nie szły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Zapraszano osoby, które ledwo znaliśmy. Postanowiłem się więc wyżalić na blogu i czytelnicy dotychczas milczący postanowili skomentować. Przeszliśmy przez plejadę słoni, ktosiów i kierowców gimbusa, a także jednych członków rodziny podających się za innych członków rodziny. Wtedy nawet na chwilę zablokowałem bloga, ale postanowiłem się nie uginać i stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami. Jakoś się uporaliśmy, a czytelnicy ponownie donieśli bliskim mi osobom dopiero po ślubie, dzięki czemu mieliśmy miłą uroczystość, a po ślubie ułożyliśmy sobie bardzo poprawne stosunki z bliskimi. Historia jest długa i skomplikowana, a także nie na blog. Tak czy inaczej afera, pod którą się nie ugiąłem, nie zamknęła bloga, ale liczy się jak każda inna.

Czwarty blog był już na WordPressie, ale ponieważ nie uciekałem z powodu afery (wygląda na to, że nowy blog rozpocząłem od gaszenia afery związanej z blogiem mojej Żony), kontynuowałem linię apostołowania. Tu też bardziej powróciłem na tematy teologiczne – studiowałem ponownie teologię odkąd przyjechałem do Warszawy i nareszcie czułem się na tyle dobrze, by się w tym temacie wypowiadać. Niestety, problemy z czytelnikami zaczęły się nawarstwiać. Oprócz dawnych anonimowych trolli (członków rodziny?) pojawiali się też nowi, a do linii trollingu dołączyli prawie wszyscy moi nieanonimowi czytelnicy-komentatorzy, wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła. Po napisaniu zaledwie kilkunastu notek, po upływie zaledwie 3 miesięcy postanowiłem poddać się tej potężnej aferze blogowej i powziąłem straszny plan zemsty. Kiedy nawet w spokojnej, delikatnej i wręcz nudnej notce o „Tatusiu” zaczęły się pojawiać wredne komentarze czytelników, wyjechałem na „Wakacje” i zniknąłem, ku zdumieniu spragnionych żeru trolli.

Plan był prosty: założyć nowy blog, naprawdę anonimowo, zaprosić do niego nowych czytelników i zacząć z czystym kontem. Pożyć tak trzy lata, pisząc, a potem wyjść na światło dzienne, przywitać wszystkich czytelników i pisać dalej tak, jak pisałem. Plan – o dziwo – ziścił się znakomicie. Trzy lata minęły nie wiem kiedy, choć nigdy żadnego bloga nie pisałem tak długo. Przez większość czasu było spokojnie, nawet jeśli nie każdy czytelnik zgadzał się z tym, co piszę. Wyszedłem z ukrycia i nadal było tak samo. Po jakimś czasie – owszem – starzy czytelnicy zaczynali dawać o sobie znać, ale z delikatną siłą rażenia. Trolle – owszem – nadal się pojawiały, ale z częstotliwością niewielką. Dyskusje – zgadza się – miały miejsce, ale już z mniejszym zaangażowaniem i z mniejszymi emocjami. I tak trwa do dziś, a choć w międzyczasie odłamek mojej dalekiej rodziny, prawdopodobnie jeden z tych, które brały udział w aferze przedślubnej, rzeczywiście się odłamał, ponieważ niepochlebnie napisałem na temat zdarzenia, które mogło mieć miejsce w życiu tego odłamka, nie wpłynęło to znacząco na moje życie. Dużo się zmieniło. Ja dojrzałem, a i życzliwi czytelnicy chyba zrozumieli, że donoszenie moim bliskim mija się z celem. A może nadal donoszą – tylko bliscy zrozumieli, że mam swoje życie i swoją twórczość?

Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ przez lata mojego życia i blogowania zrozumiałem, że jeśli jestem blogerem i jestem nim publicznie, to może mnie czytać każdy. Każdy ma do tego prawo i każdego ja serdecznie pozdrawiam. Co więcej – nie zwykłem kasować czy odsiewać komentarzy, nawet tych wulgarnych, nawet tych atakujących mnie czy innych, chyba że na wyraźną prośbę autora – więc każdy ma prawo skomentować, wypowiedzieć się tak, jak tylko pragnie i uważa za słuszne. Może być rzeczowy, a może być wulgarny. Może się zgodzić albo nie zgodzić. Ma prawo mieć albo nie mieć argumentów. Zrozumiałem, że otwierając się na czytelników otwieram się na różne osoby. Choćby nawet czytał to daleki kuzyn mojej babci (hipotetycznie i przykładowo). I zrozumiałem, że nie muszę się już bać burzliwych dyskusji, emocji i nerwów, ani tego, że ktoś to przeczyta i powie komuś innemu, kto może mieć taki albo inny wpływ na moje życie. Zrozumiałem i nauczyłem się, że mogę mieć to w poważaniu, bo to jest moje – dorosłe i odpowiedzialne – życie. Moja rodzina, osobna, oddzielna komórka społeczna, ukonstytuowana na mocy prawa i sakramentu małżeństwa – i nie mam żadnego obowiązku w jakikolwiek sposób przejmować się opinią komentatorów, trolli, donosicieli i prawdziwie życzliwych mi osób. A także moich bliskich, którzy mogą to czytać, albo którym ktoś może donieść. Piszę co uważam i jak uważam – bo jestem dorosłą osobą.

Piszę to wszystko, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, że mam już za sobą etap nerwówek, zamartwiania się i zamykania blogów, jednego po drugim. Przeszedłem trzyletnie odtrucie i ponad rok po tym odtruciu czuję się świetnie. Jesteście ze mną – bardzo to cenię. Komentujecie – Wasze komentarze karmią mego bloga! Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie muszę się zgadzać z Wami. Nie przekonujecie mnie, bo jestem zatwardziały i niepokorny? Może, a może ja mam na ten temat własne zdanie. Moje argumenty do Was nie docierają? Wasze do mnie niestety często również. Kłócę się na blogu i nie daję się przekonać? Najczęściej zwyczajnie mam inne zdanie i nie tak łatwo jest mi je zmienić, bo mocno w nie wierzę. Jestem autorem bloga, piszę i myślę tak, jak uważam. Nie macie obowiązku się zgadzać, ja z Wami też nie. Muszę tylko zaznaczyć, że w moim życiu wiele poglądów przeszło ewolucję – a jednak moje pisanie od 2005 roku aż do dziś jest niemal identyczne. Miło mi jednak, gdy pomagacie mi odkrzywiać jakiś mój fałszywy pogląd.

Cenię bardzo każdego czytelnika i każdy komentarz. Gdy czuję się atakowany – walczę. Gdy widzę, że nie mam racji – ustępuję. Gdy mówi się do mnie spokojnie i rzeczowo – zastanawiam się. Ale już nie rzucam słuchawkami. Wyrosłem z tego. Mam nadzieję, że osoby, które to interesuje, zrozumiały o co mi chodzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków, Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Szwedów, Białorusinów, Francuzów, Włochów, Litwinów, Holendrów, mieszkańców Hong Kongu, Słowaków i Irlandczyków. Żeby wymienić tylko tych z Was, których wejścia statystyki przytaczają mi jako najczęstsze w ciągu ostatniego miesiąca.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Nagrody i wyróżnienia

Szanowny i wielce lubiany bloger Caddicus Caddi nagrodził mnie na swoim blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Z tego też powodu ja również publikuję notkę w tym temacie. Nie jest to typowy wpis jeśli chodzi o moją stronę, ale cóż się poradzi, słowo się rzekło, kobyła u płota… Przy okazji wyróżnię blogi, które osobiście cenię ponadwymiarowo. Zastanawiam się, czy wolno nagradzać blog, który nagrodził mnie. Czy nie ocenilibyśmy tego jako protekcji? Jednak niestety blog Caddiego jest dla mnie tak szczególny, że muszę i Jemu zwiększyć liczbę gwiazdek.

Blog of the Year 2012

Pierwsze jednak co zrobię, to zamieszczę listę reguł konkursu, napisaną w j. angielskim, zdobytą z oficjalnej strony tego zabawnego konkursu:

The ‘rules’ for this award are simple:
1 Select the blog(s) you think deserve the ‘Blog of the Year 2012’ Award
2 Write a blog post and tell us about the blog(s) you have chosen – there’s no minimum or maximum number of blogs required – and ‘present’ them with their award.
3 Please include a link back to this page ‘Blog of the Year 2012’ Award – http://thethoughtpalette.co.uk/our-awards/blog-of-the-year-2012-award/ and include these ‘rules’ in your post (please don’t alter the rules or the badges!)
4 Let the blog(s) you have chosen know that you have given them this award and share the ‘rules’ with them
5 You can now also join our Facebook page – click the link here ‘Blog of the Year 2012’ Award Facebook page https://www.facebook.com/groups/BlogoftheYear/ and then you can share your blog with an even wider audience
6 As a winner of the award – please add a link back to the blog that presented you with the award – and then proudly display the award on your blog and sidebar … and start collecting stars…

Teraz zaś, po dokonaniu formalności, przejdę do nominowania wybranych przeze mnie blogów:

Lolinka za pisanie o trudnych sprawach w łatwy i przyjemny sposób
Caddicus za literackie inspiracje i wędrówki na granicy rzeczywistości
Cytrynna za doskonałe połączenie bloga craftingowego i parentingowego ;)
Magdalenka za bezkompromisowość w pisaniu o wierze i teologii
Joanna za młodzieńcze i świeże zacięcie teologiczne
Honorata za pomieszanie z poplątaniem i tworzenie pięknych rzeczy
Agnieszka za polecanie ciekawych książek i inspiracje stosikowe
Cada Manana za piękne, choć dawno nieaktualizowane, opisy bliskich-dalekich podróży

W efekcie nominowałem blog, który nie był nawet aktualizowany w 2012 roku… Trudno, w 2011 go nie nominowałem ;). Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję, nagrody do odebrania na stronie projektu lub jego profilu fejsbukowym ;).

Wpis z 12 12 12 zaliczony.

EDIT: 15 grudnia dodałem nominację dla kolejnych blogów – Honoraty i Agnieszki.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Maurycy Teo wychodzi z ukrycia

Dokładnie trzy lata temu, pod wpływem atmosfery, która się nabudowała w środowisku, zamknąłem bloga. Zamieściłem krótki wpis pożegnalny i wycofałem się oficjalnie z blogosfery.

Niemalże trzy lata temu założyłem kolejnego bloga. Tym razem zdecydowałem się na bardziej drastyczne kroki, postanowiłem mianowicie zacząć pisać od początku, anonimowo, szukając dla siebie nowych czytelników, dopuszczając zaś naprawdę nielicznych spośród czytelników poprzednich.

Liczba zamykanych przeze mnie blogów wynosi 4. Z zamknięciem każdego wiąże się jedna blogowa afera, choć blog numer 3 zamknąłem w jakiś czas po aferze, z nieco innych powodów. 3 blogi „następne” otwierałem wprawdzie w nowych miejscach, ale zapraszałem do lektury wciąż te same osoby, co kondycji dyskusji pod notkami już dawno przestało wychodzić na dobre. Tym razem rozogniona dysputa wywołała we mnie tak duży napływ bolesnych uczuć, że zmieniłem założenia. Postanowiłem zamknąć bloga nie tylko teoretycznie, udostępniając go wszystkim pod innym adresem, ale wycofać się z tej strefy naprawdę, rozbijając namiot w innej okolicy. Oczywiście większość moich dawnych czytelników nie wiedziała, że zakładam anonimowo nowego bloga. Część z nich domagała się wyjaśnień, których rzecz jasna nie miałem obowiązku udzielać. Mogę to zrobić teraz, odpowiadając moim komentatorom spod „poprzedniej” notki. Przyczyny mojej decyzji są jasne: ponieważ, mimo teologicznego zabarwienia mojego bloga, głównym zainteresowaniem większości czytelników stało się roztrząsanie mojego życia prywatnego, mojej przeszłości i uczuć, a dodatkowo wyśmiewanie i krytykowanie wszystkiego, co napisałem, choćbym napisał coś najbardziej niezwiązanego z własnym osobistym życiem, postanowiłem wycofać się i zamknąć tę samonapędzającą się spiralę kłótni, gniewu i drwin. To zwyczajnie było nie na moje nerwy – i nie na nerwy mojej żony, wówczas w ciąży. Z jednego z komentarzy zamieszczonych pod notką „Wakacje” wynika również, że powinienem powiedzieć, dlaczego usunąłem wszystkie wpisy, wraz z komentarzami. Po pierwsze, rzecz jasna, nic nie powinienem. Ale ton tego stwierdzenia dobitnie świadczy o ogólnej atmosferze panującej wówczas w komentarzach. Pod drugie zaś: nic nie usuwałem. Jedyne, co zrobiłem, to przerzucenie wpisów i komentarzy w tryb prywatności. Co możecie zauważyć teraz, kiedy już wszystko jest dostępne.

Plan był taki: zamknąć bloga, zostawić wpis pożegnalny i już więcej się nie odzywać (co nie do końca się udało, choćby na blogu mojej żony, albo na Facebooku). Założyć nowego bloga, znaleźć nowych czytelników i, niewiele wspominając o sobie, skupić się na teologiczności moich wpisów. Spędzić tak, regularnie tworząc, trzy lata. Następnie, z nadzieją, że zarówno ja, jak i większość moich czytelników dorośniemy w tym czasie, ujawnić się z nowym adresem, z tym co napisałem. Dziś właśnie mijają te trzy lata i nie chcę się dłużej ukrywać. Nie chcę izolować nikogo od tego, co piszę. Nie chcę jednak również powrotu do tej atmosfery, która panowała na starym blogu.

Wiele wydarzyło się w ciągu tych trzech lat. Przede wszystkim skończyłem teologię, zdałem pracę magisterską i teraz już nie jestem tylko studentem, jestem teologiem. Urodziło mi się dziecko, syn, na blogu znany jako G.M., który wówczas jeszcze sobie dojrzewał w brzuszku. Dziś dojrzewa tam moja córcia, która lada moment może pojawić się po tej stronie. Znalazłem pracę – pracuję w szkole specjalnej jako nauczyciel języka angielskiego i katecheta. Rozpocząłem też studia na informatyce i skończyłem pierwszy rok. Oczywiście są to studia na uczelni prywatnej, a nie na UKSW, więc nie mają takiego znaczenia. Ale w mojej pracy nauczyciela mogą się przydać. Co jeszcze zdarzyło się – można wyczytać z wpisów blogowych powstających przez ostatnie trzy lata.

Wpisów powstało 70. Na poprzednich blogach, łącznie z tym który właśnie czytacie (zamieszczonym zarówno na starym, jak i na nowym blogu), zamieszczono ich 130. Łącznie wszystkich wpisów jest 200. Wszystkie, których nie publikowałem na WordPressie, przez ten czas nieobecności przeniosłem z MyLoga (poprzedni serwis w którym pisałem), łącznie z komentarzami. Niestety, w międzyczasie MyLog zmienił system, przez co część komentarzy zmieniło się w anonimy, część zaś zwyczajnie się rozpłynęło, dlatego dostępne jest tylko tyle, ile udało mi się uratować. Na poprzednim blogu można przeczytać 130 wpisów. Wszystkie 200 dostępne jest na blogu nowym, który zamierzam wciąż kontynuować. Jeśli na starym pojawią się jakieś nowe komentarze, zamierzam je również sukcesywnie przemieszczać na nowy blog.

Połączyłem również, jak widać, notkę kamingałtową z okrągłą publikacją (200 wpsiów). Podobnie zrobiłem przecież przy notce numer 100, tylko z czym innym trochę się wynurzałem.

Sądzę, że wśród tych 200 wpisów każdy może znaleźć coś dla siebie. Moi dawni czytelnicy mogą przeczytać wpisy, na które mieli nadzieję jeszcze za czasów poprzedniego bloga (np. ten o kapłaństwie kobiet). Mogą też zobaczyć, jak moje życie zmieniało się, jak zmieniał się styl mojego pisania przez ten czas. Część z Was z dużym prawdopodobieństwem może również wśród „przykładów” notkowych odnaleźć siebie. Jeśli kogoś tym uraziłem, przepraszam. Zwyczajnie przykłady z życia prywatnego czasem dobrze służą pisaniu na jakiś temat. A nikogo z imienia i nazwiska nie wymieniłem.

Moi nowi czytelnicy mogą zaś zapoznać się z moją historią aż do roku 2005, kiedy byłem klerykiem w seminarium. Dowiedzą się, jeśli zechcą, jak poznałem moją żonę, jakie wywołało to komentarze, ale także jak wyglądało moje życie i perypetie wcześniej. Mogą też wreszcie znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Riposta na siedem testów nosiła numer 3 – a więc przeczytać dwie poprzednie riposty.

Choć, czytając całość bloga, można prawdopodobnie wykoncypować to, jak się nazywam, dla moich czytelników pragnę nadal pozostać Maurycym Teo. Przyzwyczaiłem się do tego, a tego bloga nie chcę czynić oficjalnym (podpisanym imieniem i nazwiskiem) także z przyczyn osobistych. Polubiłem bycie Maurycym i chętnie pozostanę dla Was przy tym imieniu.

Odnośnie moich wcześniejszych wpisów: nie ze wszystkich dziś jestem dumny. Są rzeczy, których bym dziś nie napisał. Wyciąganie prywaty, obgadywanie ludzi, dziś wydaje mi się to niepotrzebne. Wiem jednak, że świadczy raczej o konkretnym etapie mojego życia i sposobie blogowania poprzednich lat (piszemy dla znajomych i o znajomych), nie zaś do końca o mojej głupocie. Mam nadzieję, że zrozumiecie to, jeśli przyjdzie Wam czytać to, co tam wymodziłem.

Mimo moich niewątpliwych umiejętności prorockich nie wiem, co stanie się teraz z moim blogiem. Mam kilka opcji, które rozpatruje równolegle i wcale nie chcę gdybać. Mam nadzieję, że dawni czytelnicy wsuną się bezboleśnie w moją twórczość, nowi zaś nie przejmą się kosmetycznymi zmianami i pozostaną aktywni. Co jednak będzie – pokaże czas. Żadnej z przypuszczalnych opcji nie będę opisywał, bo naprawdę nie wiem, która jest bardziej prawdopodobna.

Zapraszam wszystkich na mojego starego, wciąż zamkniętego (ten wpis pojawia się jako ostatni) bloga: www.artdico.wordpress.com
Zapraszam wszystkich na mojego nowego i aktywnego bloga: www.maurycyteo.wordpress.com

A na koniec chciałbym zamieścić mój ulubiony kamingałtowy dowcip. Może jest nieco nieprzyzwoity, ale liczę na Waszą wyrozumiałość.

W pociągu jedzie Don Juan i strasznie się nudzi. Wraz z nim w tym samym przedziale jedzie młoda zakonnica. Don Juan zagaduje więc:
– Może tak byśmy się trochę pokochali?
Zakonnica odpowiada:
– Nie, to jest zupełnie niemożliwe.
– No daj spokój, tylko jeden raz.
– To niemożliwe, ja jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
Don Juan poczuł ukłucie zawodu, ale na szczęście korytarzem akurat przechodził konduktor i usłyszał całą rozmowę.
– Panie Don Juan, proszę na słówko.
Don Juan wyszedł na korytarz, gdzie konduktor wyjaśnił mu:
– Widzę, że podoba się panu ta młoda dama. Wysiądzie pan za nią na stacji i w tym samym mieście pójdzie pan na cmentarz o północy. Ona zazwyczaj przychodzi tam, składać kwiaty na grobie swojego narzeczonego. Podejdzie pan do niej, powie, że jest Bogiem i sprawa załatwiona.
Jak Don Juan usłyszał, tak też zrobił. Wysiadł na tej stacji, na której wysiadała zakonnica, o północy przybrał się w ciemną narzutkę, żeby nie być rozpoznanym i poszedł na cmentarz. Patrzy: jest! Modli się przy jednym z grobów. Podchodzi do niej:
– Cześć. Może byśmy się tak trochę pokochali?
– O nie, nie mogę. Jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
– Ale przecież to ja, Pan Bóg.
Sytuacja potoczyła się sama. Don Juan zrobił co miał zrobić, a na koniec odskoczył od zakonnicy i ściągnął ukrywającą go narzutkę.
„Siach!”
– Haha! To ja! Don Juan!
„Siach!”
– Haha! To ja! Konduktor!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Wakacje

wakacjePora na dobranoc, bo już księżyc świeci!
Dzieci lubią misie.
Misie lubią dzieci.

Czas na wakacje. Do zobaczenia kiedyś, gdzieś. Może.

Mimo wielu różnych nieporozumień – miło było Was u siebie gościć.

A jeśli kogoś w czymś uraziłem – najmocniej przepraszam.

No to narta!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Historia o pewnym Aniele

Ta notka będzie opowieścią o takim Ludziku, który zrobił na mnie tak wspaniałe pierwsze, drugie i ostatnie wrażenie, że byłem gotów nazwać Go Aniołem. A potem, gdy już sądziłem, że ostatnie wrażenie było rzeczywiście ostatnim, Anioł ten zrobił na mnie kolejne pierwsze wrażenie i to sprawiło, że notka przyjmie kształt o drobinkę inny niż miała przyjąć pierwotnie. I jeśli Ciebie, Aniele, urazi ta notka, bo niektórzy mają takie poczucie, że zbyt bardzo dowartościowani czują się, że im się ubliża, to z góry serdecznie przepraszam.

Pojawiła się niespodziewanie. To chyba dobrze. Zresztą, jak miała się niby zapowiedzieć? Nie znaliśmy się wcześniej. Dokładna data? 11 września 2005, choć nie wiem po co chcielibyście to wiedzieć. Jej komentarz do mojej notki był chyba jednym z pierwszych, który pozwolił mi wierzyć, że rzeczywiście blog, którego postanowiłem zacząć pisać, daje owoce i działa wśród ludzi. Co ciekawe, to była notka o przepisach liturgicznych. Taka, która z założenia miała być nudna, mówić o czymś konkretnym, ale mało ciekawym. Miała wygłuszyć burzę nastałą po poprzedniej notce. A tu Jej komentarz odezwał się wielkim echem… Z ukłonem przyznała mi rację, a ja poczułem, że raczej ja powinienem się kłaniać przed Nią. Notka o Piśmie Świętym i Świętej Tradycji powstała na Jej prośbę. A potem była kwestia antykoncepcji. To Ona poddała mi ten pomysł i pewnie nie napisałbym na ten temat gdyby nie to, że mnie o to poprosiła. Tej notki nie zrozumiała. Nikt jej nie zrozumiał i otrzymałem wyłącznie krytykę, ale jestem wdzięczny, bo poruszyłem temat, którego sam przecież się bałem… Żeby rozładować sytuację napisałem więc żartobliwą notkę o jedzeniu lodów z dziewczynami w XIX-wiecznych sukienkach. I podniosło się wielkie halo, z którym Ona również pomogła mi sobie poradzić. Napisała wówczas wierszyk, który niezwykle mnie rozbawił:

Wesołe jest życie kleryka,
dziewczyn nie zawsze unika,
bo towarzyskie kontakty
to człowieczeństwa też akty :).
Kleryk się stara jak może
dopomóż w staraniu mu, Boże!
Bo piękną noteczkę napisał,
naprawdę, świetnie się spisał.

A tutaj komentujący
kąpani w wodzie gorącej.
Robią zeń pustelnika
co ludzi zawsze unika.
Zlitujmy się nad Mateuszem,
wszak on towarzyską ma duszę…

No a potem mnie usunęli. I Ona została. Została, trwała ze mną, wspomagała mnie. Dziękuję Ci za to! Długo, długo jeszcze towarzyszyła mi na moim nowym blogu.

Ale Ona też miała bloga. To był chyba najwspanialszy blog jaki kiedykolwiek czytałem. Nie zawsze traktował o rzeczach świętych, czasem bywał trywialny, ale zawsze był sympatyczny i prosty. Zawsze tłumaczył to, co chciał wytłumaczyć tak, jak chciał i zawsze mu to wychodziło. Zgredzik przy jednej z notek napisał komentarz, że czyta się go jak „rosyjskie fantasy”. Tak, to faktycznie wielki komplement dla takiego bloga. Raz ukazała się notka o języku polskim i w niej został umieszczony link do mojego bloga (jakoby niby mój blog był czysty ortograficznie. Bzdura! :P), za co nie mogę do dziś zaprzestać wdzięczności. A sam Anioł ukazywał na tym blogu swe podejście do życia, tak piękne i wspaniałe, że napisałem kiedyś w komentarzach: „Gdyby nie to, że masz 16 lat, ożeniłbym się z Tobą”. Otrzymałem odpowiedź: „Mam 15 lat. Nie postarzaj mnie”.

Potem blog zniknął. Został zamknięty, zlikwidowany. Nie istnieje. Kiedy zorientowałem się w tym, poczułem ogromny smutek. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Ona przestała się odzywać. Raz dostałem komentarz, który bardzo mnie ucieszył. Jak z zaświatów. Ale to była kropla w morzu potrzeb. Tak, chciałem naprawdę napisać notkę, w której oddam cześć Aniołowi, który zniknął. I miałem to zrobić. Gdy wróciła. Przyłączyła się do wielkiej bitwy na arenie mej poprzedniej notki i stanęła przeciw mnie. Ale nie jak większość walczących, w tym także ja, z nożami i dynamitem w ręku, ale z pokorą i mądrością, na którą stać tylko Anioła. Tym jednym komentarzem otworzyła moje serce. Dzięki niemu zrozumiałem jakie błędy popełniam, próbując na siłę zmieniać ludzkie serca. Uwierzyłem, że trzeba dać spokój i czas każdemu, by zrozumiał co mam mu do powiedzenia. Że ja też potrzebuję czasu i spokoju by poznać prawdę, jeśli rzeczywiście zamierzam ją dalej przekazywać i, przede wszystkim, żyć nią. Podjąłem na spokojnie kilka decyzji, które już zaczynają przynosić owoce. Kilka decyzji, których pewnie bym nie podjął, gdyby Ona nie wróciła i nie pozwoliła mi uwierzyć, że wystarczy spokój i pokora, by przekonać kogoś, że ma się rację. O ile rzeczywiście się ją ma. Tobie się to udało, Połowo Duszyczki. Parę razy przekonałaś mnie, że masz rację tylko przez spokój, uniżenie i pokorę. Tak, Animaedimidium, o Tobie ta notka. Dziękuję Ci za zmiany jakie przyniosłaś w moim (i, mam nadzieję, nie tylko moim) życiu. Dziękuję Ci za to, że uczysz nas spokoju, trzeźwego, acz pełnego miłości spojrzenia na świat i wielkiej wiary w Prawdę. Dziękuję Aniele!

By odwiedzić nowego bloga Połówki Duszyczki (sam tak przejęzyczyłem jej nicka :), należy odwiedzić stronę www.tikula.mylog.pl. Przepraszam, czuję się zobowiązany, by zamieścić tu ten adres. Dziękuję jeszcze raz. I proszę, jeśli ktoś ma gdzieś zapisane notki z bloga http://www.animaedimidium.mylog.pl, byłbym wdzięczny, gdyby dał mi znać.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

W pierwszą rocznicę

Oto, Moi Drodzy, mija dokładnie rok odkąd założyłem bloga. Rok temu napisałem pierwszą, najkrótszą chyba jak dotychczas notkę „Rozpoczyna się show!” Może się niektórym wydać dziwne to, co piszę, jeśli bowiem zajrzycie do początków, okaże się, że pierwsza notka powstała 11 października i nosi tytuł „Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni”. Ale co bardziej zorientowani pamiętają, że ten blog jest właściwie drugim blogiem, a tak na prawdę kontynuacją, przedłużeniem bloga pierwszego. I chyba ważniejszego. Lepszego…? Przy okazji zapraszam na pierwszego bloga: www.artdico.mylog.pl.

W związku z obchodami rocznicy wypada zrobić krótkie podsumowanie.
– Łącznie odwiedziły mnie 5834 osoby (w tym 2719 na pierwszym, a 3115 na drugim blogu).
– Zostałem skomentowany 556 razy (przy czym 214 kommentów pojawiło się na blogu Artdico, a 342 na Gnorofexie), nie licząc komentarzy o których usunięcie zostałem poproszony przez autorów.
– Najczęściej komentowana notka to „Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka” (41 komentarzy), najrzadziej zaś – „Memento mori” (tylko 1 komentarz).
– Łączna ilość wpisów do księgi gości (licząc spam) to 38 (18 na nowym, 20 na starym).

– Napisałem (łącznie z tą) 43 notki, 18 na pierwszym, 25 na drugim blogu. To daje średnio 3 i 7 dwunastych (czyli nieco ponad 3,5) notki na miesiąc. Średnio przypadło niecałe 13 komentarzy na notkę, nieco więcej na drugim niż na pierwszym blogu.

Ta krótka roczna statystyka przywodzi na myśl ciekawy wniosek – choć ten blog trzyma się lepiej niż poprzedni, to statystycznie pokonał go tylko o ułamki (najwyżej w liczbie komentarzy – o ponad połowę). Ale jeśli spojrzymy dokładnie – Artdico działał zaledwie trzy miesiące, zaś Gnorofex już 9 miesięcy – okaże się, że przez pierwsze trzy miesiące pisałem średnio po 6 notek na miesiąc, przez kolejne 9 – niecałe 3 (zauważmy, że kilka poprzednich miesięcy zwiększało dorobek o jedną). Dlaczego? Ci, którzy znają moją historię wiedzą skąd taka różnica. Tym, którzy nie zdążyli jej poznać, opowiem…

To jest, podsumuję ten najokropniejszy i najsmutniejszy rok mego życia, po łebkach bo po łebkach, ale chociaż tyle… Wróciłem na wakacje do domu, z Domu, czyli Seminarium. Wcześniej, na początku wakacji, byłem jeszcze na rekolekcjach, potem zacząłem kontaktować się z przyjaciółmi brata, znanymi jako Qrczaki. Ponieważ oni posiadali już od dłuższego czasu własne blogi, z którymi często zdarzało mi się polemizować jeszcze gdy przebywałem w Radomiu, zdecydowałem się założyć własny. Makota pomogła mi by wszystko jako – tako wyglądało, poinstruowała mnie jak tworzyć notki i ruszyłem z rozmachem. Pragnąłem wiedzę i doświadczenie zdobyte w czasie najpiękniejszego roku mojego życia przekazać jak najpełniej dalej tym, którzy tego potrzebowali. Jako młody postanowiłem mówić do młodych ich (naszym) stylem. Tak, ludzie zaczynali mnie czytać i widziałem, że wykonuję kupę dobrej roboty. Dlatego tworzyłem notkę czasem co 3 – 4 dni… I dlatego przeraziłem się, gdy się okazało, że pod koniec września nie ma mnie na liście alumnów drugiego roku.

To były właśnie trzy miesiące przez które królował Artdico – stuknięty kleryk. Ostatnia notka tamtego bloga ukazuje dokładnie dlaczego blog zostaje zamknięty. Ilość komentarzy pod nią świadczy tylko o ogromie zainteresowania blogiem przez najróżniejsze osoby. A po tym co się wydarzyło, poznałem dopiero kto jest moim prawdziwym przyjacielem. Akcja „Ratujmy Artdico” trwała niezbyt długo, była za to silna i burzliwa. Nic nie dała. A ja tym czasem pojechałem do Łodzi, dostałem się na zaoczną polonistykę i poznałem Paczkę. Założyłem nowego bloga, tym razem Piętuś skombinował mi wygląd, i zacząłem pisać. A potem Paulina załatwiła mi pracę w McDonaldzie. Przyszła zima. I pękłem. Mówi o tym najlepiej styczniowa notka „Awans”. Wtedy już wiedziałem, że to będzie najgorszy rok mojego życia. W sumie nie mogłem mieć wątpliwości – pierwsza połowa tego roku była już za mną. Qrczaki mogli mi pomagać na odległość (choć odwiedzili mnie dwukrotnie, przez co jeszcze miałem problemy z gospodarzem). A ja każdego dnia budziłem się i powtarzałem sobie, że nie, dziś nie idę do pracy! Szedłem… Studia to był jeden zjazd na dwa tygodnie. Zresztą Paczka szybko zaczęła stawać się coraz mniej realna. Paulina i Jacek odeszli, potem zrezygnował Albin. Ja też już w połowie roku wiedziałem, że nie zamierzam przez najbliższe 5 lat studiować zaocznie i lepić hamburgerów. No i zaczęły się jeszcze kłopoty z dziewczynami (kurczę, a jeszcze rok wcześniej, ba, pół roku wcześniej „wiedziałem”, że te problemy już dawno za mną!). Ale pod koniec marca wszystko zaczęło się zmieniać. Stało się lepsze. Moja Pani zagrzała sobie miejsce w moim sercu. I niespodziewanie świat zaczął nabierać barw. Żal do wszystkich zelżał. Z większą radością zacząłem chodzić do pracy. Znów odzyskałem szczęście. Następne 3 miesiące to była jedna sekunda. Nie zdążyłem nawet wielu notek napisać ;). No i zdałem (niespodziewanie) egzaminy. I rzuciłem pracę. I raz na zawsze zamknąłem za sobą najpodlejszy rok mojego życia. Rok pisania bloga. Bloga, który sprawił, że rok był taki, jaki był…

Dziękuję. Dziękuję Bogu za to, że pomógł mi być z Wami przez ten rok. Że był ze mną przez rok pełen doświadczeń i upokorzeń. Rok wielkiego upadku. I dziękuję Mu za to, że w końcu pomógł mi się podnieść. Bóg jest wielki! Przecież to ze względu na Niego założyłem bloga. I choć blog zniszczył moje życie, Bóg wciąż potrafi go wykorzystać. Dziękuję Ci Panie!

Dziękuję też tym, którzy byli ze mną przez ten rok, lub chociaż przez pewną jego część. Nie będę wszystkim dziękował z imienia, ale muszę przede wszystkim podziękować Qrczakom. Oni pomogli mi na początku z blogiem, oni też okazali się prawdziwymi przyjaciółmi w momentach kryzysowych. Dziękuję, Qrczaki!

Pozostałym, komentującym czy nie komentującym, też dziękuję. Wiecie, że choć nie zapisuję tu Waszych imion, myślę o każdym/każdej z Was z wdzięcznością. Dziękuję.

I to chyba koniec. Koniec tej notki. Niech Bóg błogosławi wszystkim nam. I życzę Wam oraz sobie, byśmy na codzień pamiętali o tym, że to co się dzieje, dzieje się dlatego, że Bóg tego pragnie. Gdyby mnie nie usunęli za bloga, nie byłbym w takiej sytuacji w jakiej jestem. A moja sytuacja wydaje się dziś niezmiernie piękna! A czego mi możecie życzyć? „Sto lat, sto lat…!” ;)

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni

Wprawdzie blog nie wygląda jeszcze tak jak powinien, ale i tak czuję, że już najwyższy czas, by powrócić. Mam nadzieję że Bartek i Miśka jeszcze dziś uporają się z wyglądem stronki, a tymczasem notka będzie już sobie wisiała.

Witam wszystkich. Nazywam się (…) i przez rok byłem klerykiem. Był to najważniejszy i najwięcej chyba dla mnie znaczący okres w moim życiu i niezmiernie żałuję, że trwał tak krótko. Zostałem usunięty z seminarium za poprzedniego bloga którego prowadziłem, a do którego link będziecie mogli załapać w ulubionych. To, że zostałem za niego usunięty nie znaczy jednak, że zatraciłem powołanie i ideały. Stąd pomysł by założyć nowego bloga, którego nazwę „w obronie życia i świętości” i choć nie dane mi było pobierać nauki teologicznej przez dłużej niż rok (musiałem zabrać papiery również z uczelni), to na tyle na ile potrafię będę się starał pomagać, odpowiadać na Wasze pytania, pisać o życiu i świętości. I od dziś nie muszę się już martwić, jeśli komuś się to nie spodoba. Chociaż, podkreślę raz jeszcze, niczego tak w życiu nie przeżyłem, jak cudownego roku spędzonego na formacji w moim byłym, do niedawna wydawało się że jedynym, domu. I, podkreślę jeszcze raz, z pewnością będę się martwił, jeśli komuś się to nie spodoba…

Dziś jestem studentem polonistyki. Udało mi się dostać na studia zaoczne do Łodzi i być może będę tam szukał pracy i mieszkania. A co za tym idzie, mój dostęp do internetu może zmniejszyć się jeszcze bardziej niż gdybym był w seminarium. Tak czy inaczej studiuję polonistykę i mam już nowych przyjaciół nawet, których serdecznie, serdecznie pozdrawiam, bo z pewnością to czytają. Pozdrawiam Paulinę, Anię, Albina, Piotra i Jacka. Jestem studentem polonistyki dzięki jednemu życzliwemu kapłanowi z seminarium, któremu bardzo podobał się mój blog. On to polecił mi, bym studiował polonistykę. Stwierdził bowiem, że mam talent (taaa, wiem, to śmieszne ;), i że powinienem go rozwijać. Dziękuję bardzo serdecznie! Tak naprawdę nigdy nie planowałem studiować polonistyki, jak również nie planowałem studiów zaocznych, ani studiowania w Łodzi. Jak jednak mówię, Bóg rzucił mnie na głęboką wodę i nie mam za wiele czasu żeby wypłynąć i zaczerpnąć powietrza. Co On sobie tam kombinuje tego ja nie wiem, wiem jednak, że cokolwiek by to nie było, będzie dla mojego dobra.

Miałem jeszcze opisać skąd taki tytuł bloga i kilka innych rzeczy, ale nie chcę, by ta notka była za długa. A mam jeszcze bardzo ważną rzecz do napisania. Odnosi się ona do Sandry i Kasi, które opisałem krótko w jednej z moich poprzednich notek. Dziewczyny dostały odemnie adres bloga, gdyż nie widziałem sensu w tym, by go ukrywać (nie widziałem nic złego w tym co napisałem). Moje koleżanki poczuły się jednak urażone i zażądały przeprosin i sprostowania. Podejrzewam że nie czytały komentarzy do rzeczonej notki, ponieważ sprostowanie pojawiło się już tam i to dużo wcześniej. Co do przeprosin jednak, postaram się spełnić prośbę. Komentarz Sandry w księdze gości był dla mnie bowiem o wiele boleśniejszy niż opinia księdza Rektora dotycząca bloga. Głównie dlatego, że dziewczyny zdążyłem szczerze pokochać…

Sandro, Kasiu! Nie napiszę sprostowania i przeprosin na tamtym blogu, ponieważ postanowiłem, że nie będę w nim już nic zmieniał. Wierzcie mi jednak, że wszyscy odwiedzający poprzedni pamiętnik internetowy zajrzą tu prędzej czy później. Przepraszam Was serdecznie i naprawdę szczerze. Przepraszam, że poczułyście się oczernione i urażone. Naprawdę, nie to miałem na myśli. Chciałem by owa notka była zabawna, tak jak zabawna była nasza przejażdżka bryczką. To, że próbowałyście mnie przekonać bym zrezygnował z seminarium było żartem („przekonywanie” naprawdę miało miejsce i również wiem, że było żartem, Kasiu). Jednak przepraszam naprawdę bardzo mocno za to, że poczułyście się gorsze przez moje działanie. Przepraszam również za zamieszczenie naszego zdjęcia bez Waszej zgody. Czasami prędzej działam niż myślę i to mnie właśnie zgubiło…

Myślę że najwyższy czas zakończyć moją pierwszą, a zarazem 19 notkę. A to znaczy że wróciłem! Choć już nie jestem klerykiem, dalej będę działał i próbował pomóc. Błogosławieństwo Pana niech będzie z Wami wszystkimi.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Rozpoczyna się show!

wsdradomNie wiem jeszcze dokładnie jak się trzeba posługiwać tym narzędziem ani jak to działa, ale mam nadzieję, że pewna znana mi Dominika trochę mi pomoże. Tak czy inaczej pozdrawiam wszystkich. Jestem Mateusz i jestem klerykiem. A blog ten ma być zatytułowany „Z pamiętnika stukniętego kleryka”. Będę tu opowiadał o życiu w Seminarium, o wierze i doktrynie Kościoła Katolickiego, oraz będę starał się odpowiadać na intygujące Was pytania. Mam nadzieję, że uda mi się potoczyć ten wózek. Pozdrawiam wszystkich i niech Was Bóg błogosławi!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy