Posts Tagged With: Bóg

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Najważniejsza przyczyna tego, dlaczego nie osiągasz sukcesu

Dowiedziałem się ostatnio o czymś, co się nazywa Pinterest. Okej, mam już ponad dwadzieścia lat (dobra, tak naprawdę to ponad trzydzieści) i od kilku lat zdaję sobie sprawę, że nie jestem na czasie. Nie wiem, skąd wziął się fenomen youtuberów, nie mam pojęcia kim jest Margaret (i pewnie dowiem się dopiero, jak moja córka będzie wystarczająco duża, żeby zacząć tego słuchać) i nie miałem pojęcia o istnieniu tzw. Pinterestu. Ale teraz już wiem – a żona pokazała mi, na owej stronie ciekawą infografikę, obrazującą 13 przyczyn, dla których nie osiągnąłeś tak dużego sukcesu, jak powinieneś.

Teks napisał Jim F. Kukral i tłumaczy w nim, że każdy człowiek może osiągnąć sukces, jeżeli pokona 13 najczęściej popełnianych błędów.

Numer jeden to lenistwo. Człowiek, który nie daje z siebie wszystkiego, bo mu się nie chce, nigdy nie osiągnie tego, czego pragnie.

Numer dwa to podejście, że „mi się należy”. Niewielu ludzi na świecie urodziło się w rodzinie, w której mają dziedziczne prawo do sukcesu. Jeśli nie masz tego szczęścia – bierz się do roboty.

Numer trzy to strach. Człowiek boi się zrobić czegoś, bo martwi się, czy jego bliscy, rodzina czy przyjaciele, nie będą się śmiać. Że pomyślą sobie coś złego i będzie się wyglądać na głupca. Żeby osiągnąć sukces, trzeba pokonać strach i zacząć działać.

Numer cztery to negatywny wpływ otoczenia. Chodzi o przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy wysysają energię i nie chcą, by ktoś osiągnął sukces. Jeśli tak jest, warto zmienić otoczenie.

Numer pięć to więcej myślenia, niż działania. Autor tekstu pyta: „Ile postawisz na to, że jesteś sparaliżowany przez analizowanie?” i zachęca do myślenia tylko tyle, ile to konieczne – by nie zablokować się na rozważaniach przy jednoczesnym odrzuceniu działań. „Robiący dostają to, czego chcą. Pozostali dostają to, co dostają”.

Numer sześć to brak wyznaczonych celów. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz zaplanować jak, a nie siedzieć i czekać na magiczne ziszczenie się swoich marzeń. Oczywiście – dodam od siebie – należy przy tym pamiętać o numerze piątym, by nie tylko myśleć, lecz również działać.

Numer siedem to „oni”. Tajemnicza grupa osób blokujących naszą drogę so sukcesu. Nie ma jednak żadnego „oni”. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swój własny sukces. Choć oczywiście łatwo jest winić innych za jego brak.

Numer osiem to brak czynnika X. Czyli – dzięki programowi telewizyjnemu – w Polsce czegoś również znanego jako X factor. Czyli cudownego „czegoś”, co powoduje, że można stać się kimś więcej. Nie ma jednak żadnego czynnika X, a jak mówi autor tekstu, „nawet frajerzy, idioci i nudziarze mogą odnieść sukces. Twoim problemem jest to, że w to nie wierzysz”.

Numer dziewięć to tracenie czasu. Ludzie, którzy nie mogą osiągnąć sukcesu, poświęcają codziennie mnóstwo czasu, żeby nic nie robić. Oraz skupiają się na rzeczach nieproduktywnych. W ten sposób nie osiąga się sukcesu.

Numer dziesięć to uzależnienie od portali społecznościowych. A więc siedzenie godzinami na Facebooku, Instagramie czy Twitterze i przewijanie w dół, w dół, w dół… W tym czasie można zrobić coś produktywnego. Warto zwrócić na to uwagę!

Numer jedenaście to krótkoterminowe myślenie. Snujemy plany na dzień czy tydzień w przód, ale nie na całe lata. W ten sposób nigdy nie osiągniemy sukcesu, a – według autora – „nigdy nie dowodzimy, zawsze podążamy za”.

Numer dwanaście to brak chęci osiągnięcia sukcesu. Oczywiście można marzyć o sukcesie, ale naprawdę nie chcieć go osiągnąć, bo człowiek się boi, co się wtedy może stać. Dlatego woli tęsknić za sukcesem, niż do niego dążyć.

Numer trzynaście to brak wiary w sukces. Wielu ludzi chce coś osiągnąć, ale tak naprawdę nie wierzą w to, że to w ogóle możliwe. „Społeczeństwo nauczyło cię, że tylko niektórzy wyjątkowi ludzie dostają to, czego chcą. Wszyscy pozostali muszą zostać z tyłu. Jeśli naprawdę chcesz w to wierzyć, droga wolna. Reszta z nas będzie z przodu kolejki, ponieważ my wierzymy” – pisze autor.

A skoro mowa o wierze, to jestem przekonany, że na tej liście brakuje jednego punktu, który zwłaszcza nam, osobom wierzącym, jest nieodzowny. A mianowicie numer czternaście (choć ja wstawiłbym go na początku) to brak modlitwy. A więc brak realnej więzi z Bogiem. Tym, który jest wszechmocny i daje nam to, co jest nam potrzebne, oraz to czego pragniemy – jeśli jest to dla nas dobre.

„Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam” – święty Mateusz zapisuje słowa Jezusa w 7 rozdziale swojej ewangelii. A w 21 dodaje kolejne: „Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze!”, stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie”. Należy więc pamiętać, że jeśli pragnie się w życiu zrobić „coś więcej”, to warto wziąć sobie do serca 13 powyższych rad. A na początku zawsze postawić Boga.

____________________________________

We wpisie zastosowano infografikę umieszczoną w serwisie Pinterest, autorstwo themetapicture.com, adres: https://pl.pinterest.com/pin/276408495863245349/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dzień, w którym odpoczywał

Czasem blog żyje jakby życiem naturalnym, tętni krew w jego słownych żyłach, bije jego treściowe serce. A czasami spoczywa sobie, czekając na lepsze czasy, zapadając w sen zimowy. Jest tyle do napisania, tyle deklaracji, tak ważnych tematów, obiecanych sobie i innym. Jak choćby ten nieszczęsny synod. Ale nie ma czasu i natchnienia, żeby wskrzeszać blog. Notkę o synodzie obiecałem i obietnicy dotrzymam. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dziś pobudzę blog do życia „gotowcem”, czymś, co już napisałem dawno temu. Swoistą autopromocją.

2Jestem teologiem. Jestem też fanem fantasy. I, łącząc ze sobą te dwa fakty, wyznaję teorię o której wspomniałem już w poprzednim wpisie: Każdy świat który istnieje lub mógłby potencjalnie istnieć, choćby tylko w ludzkiej wyobraźni, został stworzony przez tego samego Boga. Zatem: nie może istnieć świat, w którym realnie nie istnieje Bóg – Ten Bóg. Rozumowanie jest może pokrętne, ale wydaje mi się logiczne. Oto bowiem Bóg jest. Może nie być niczego, żadnego świata, ale jest Bóg – zawsze. Jeśli zatem powstaje jakiś świat, nie może on powstać bez Boga, albo mimo Boga. Dlatego Tolkien nie mógł stworzyć Śródziemia bez Iluvatara. Dlatego Lewis nie mógł dać nam Narnii bez Aslana. A tych dwóch panów uważa się za klasyków fantasy, którzy popchnęli ten wózek niedający się zatrzymać. I dlatego też ja, tworząc swój świat Jasmine, nie potrafię wyobrazić sobie odrzucenia Boga w tym świecie.

Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy to projekt, który polega na współtworzeniu jednej historii przez pomysłodawcę (to ja) i czytelników historii. W efekcie z pierwszego krótkiego opowiadania rozwija się bogaty, niezależny świat, który ma początek, ale nie będzie mieć końca. Odcinki czy niezależne opowiadania powstają w ramach zabawy połączonej często z konkursami, w których można wygrać atrakcyjne nagrody. I dziś właśnie jeden z takich konkursów trwa, a ja – publikując na blogu odcinek przedstawiający głównych bohaterów i ich stosunek do Jedynego – pragnę namówić Was do przyłączenia się do tego konkursu. Zapraszam do napisania opowiadań konkursowych i do dzielenia się tym pomysłem z innymi swoimi znajomymi! Teraz już zapraszam do lektury.

Jasmine
Odcinek szesnasty
Dzień, w którym odpoczywał

lobifinalcolorWprawdzie od Polany dzieliło ich najwyżej pół dnia marszu, Jasmine szła jednak w zaparte i twierdziła, że dziś się nie ruszy. Odkąd Levis po wypadkach poprzedniego dnia odebrał jej medalion Feil, wróciła jej zupełnie przytomność umysłu, ale przez to pies musiał znów używać Gavsona jako komunikatora.
– Powiedz jej, do diaska, że straciliśmy już masę cennego czasu i jak dojdziemy na Polanę to sobie znajdzie jakąś świątynię.
– Levis twierdzi… – Gavson rozpoczął przekazywanie psich myśli, ale Jasmine nie pozwoliła mu dokończyć.
– Wiem co twierdzi Levis, choć go nie słyszę. Możesz mu powiedzieć… Właściwie sama mogę mu powiedzieć, że dziś jest dziewiąty dzień tygodnia, a ponieważ nasza – na „nasza” położyła mocny akcent, spoglądając na Gavsona – religia nakazuje by dziewiątego dnia odprawić kult, musimy odprawić kult. Prawda Gavson?
– W sumie to tak… To znaczy – tak, oczywiście, Gwiazdo Poranka!
Levis nie do końca wiedział czemu chłopak przytaknął koleżance. Czy rzeczywiście był takim samym ortodoksem jak i ona, czy przestraszył się gromów rażących w niego z jej strony, czy może po prostu jego zbolałe stopy jęczały o wytchnienie. Tak czy inaczej przytaknął, a i Stuknięty wykazywał żywe zainteresowanie wydarzeniem, którego miał zostać świadkiem, więc Levis musiał ulec. Zdenerwowany wskoczył do rzeki, by pływając trochę ochłonąć.
Tymczasem Jasmine i Gavson usypali z ziemi niewielki, spłaszczony u góry kopiec i z pomocą dzięcioloida zaczęli kłaść na nim suche drewno. Levis wypłynął na drugi brzeg i z odległości przyglądał się całemu przedstawieniu.
Choć trudne, pełne niebezpieczeństw i bogate w doświadczenia życie nie sprawiło, że przestał wierzyć w Początek, zdążył nabrać dużego sceptycyzmu w stosunku do wszelkich przejawów kultu. A jednak kilka lat wcześniej zatrzymał się w Herbertown, oazie spokoju, ponieważ panowała tam czysta, niezmącona niczym wiara w Jedynego. Na całym świecie nie istniało drugie takie miejsce. Levis nie musiał wierzyć w bogów. Wiedział, że istnieją. Wielu z nich spotkał osobiście, kilku traktował prawie jak przyjaciół. No, co najmniej jak dobrych znajomych. To byli nie tylko ludzcy bogowie. Spotykał i bogów krasnoludzkich, i gnomich, a nawet kenderską Wielką Złodziejkę czy elfickiego transwestytę.
– Hmhhh… – Zamknął oczy i roześmiał się pod nosem, przypominając sobie to spotkanie. Tak, bogowie istnieli naprawdę. Mieli wielkie moce i całkowitą nieśmiertelność. Istnieli w niebiańskim wymiarze i tylko czasami schodzili na ziemię by siać postrach lub rozdawać dobro. Levis oglądał na własne oczy jak palili miasta, wskrzeszali rzesze nieumarłych bądź uwodzili piękne ziemskie dziewczęta. Raz nawet widział jak pewien młody (to jest taki, który posiada młodo-wyglądającą postać) bóg tworzy nową rasę. Zinnowie, nazwani od jego imienia – Zinnus, byli smukli, weseli, niscy i posiadali motyle skrzydła. I, oczywiście, Zinnus stał się głównym bogiem ich panteonu.
Levis znał bogów osobiście, a to sprawiało, że przejawy kultu bardzo go bawiły. Jak można czcić kogoś takiego – i tu padały tysiące epitetów dotyczących jego znajomków, jak choćby alkoholizm, nieopanowany pociąg do kobiet czy skłonność do bójek. Wielu bogów korzystało sobie na tym kulcie. Pożerali tony ofiar mięsnych czy płynnych lub zaspokajali swe chuci płodząc dziesiątki ziemskich bękartów – półbogów. A ludzie, elfy, krasnoludy i inne stworzenia stojące od nich niżej w procesie ewolucji jeszcze się z tego cieszyły.
Był też inny powód dla którego Levis śmiał się z kultu bogów. Wyniknął z bezpośrednich z nimi rozmów. To, skąd się wzięli. Jednych powoływali poprzedni bogowie. Dawali im testy, które musieli zdać by wejść do panteonu. Inni po prostu rodzili się z bosko-boskich lub bosko-nieboskich związków. Kolejnych bogowie tworzyli osobiście. A pierwszy z nich? Levis słyszał różne odpowiedzi, ale wszystkie sprowadzały się do jednego – również został stworzony. Może przybył z innej planety? Albo wywołała go jeszcze potężniejsza siła? Istniały legendy o starożytnych rasach z innych wymiarów. Tak czy inaczej nie trwał od zawsze. Kiedyś się pojawił. Skąd? Nie było jasnej odpowiedzi. Ale nawet jeśli to było coś jeszcze bardziej inteligentnego, też prawdopodobnie skądś się wzięło. Levis nie wierzył w nieskończone następstwo przyczyn i skutków. Tymczasem gdy coś znał, znajdywał również tego przyczynę. Gdy próbował dojrzeć skąd wzięło się wszystko, ale wszystko zupełnie, trafiał na blokadę. Tak, wiedział, że wszystko nie mogło DZIAĆ SIĘ od zawsze. Coś musiało BYĆ na początku. Nazwał to Początkiem. Jego życie nie polegało bynajmniej na próbie odnalezienia owego Początku. Czasem tylko myślał nad tym problemem. Nie czcił go jak inni czczą bogów, ale czuł się komfortowo w towarzystwie osób, które, tak jak on, w Początek wierzyły, nazywając go Jedynym. Stąd wziął się pomysł by osiąść i odpocząć w Herbertown. Przynajmniej na chwilę.
Skąd wziął się kult Jedynego, tego Levis nie wiedział. Zdarzało mu się rozmawiać z osobami, które go wyznają, ale nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. Istniała legenda, że gdzieś na wyspie otoczonej kipiącą rzeką i ścianą wiatru mieszka rasa zwana giurami, która została obdarzona objawieniem i osobiście zna sługów Jedynego, zwanych aniołami. Levis był kiedyś w tamtym miejscu, nie wierzył jednak, że za rzeczywiście znajdującą się tam nieprzebytą kipielą może być jakiś ląd. Podobno legendę przekazał jako pierwszy Mubur – jeden z trzynastu bogów, którzy jako jedyni przeprawiali się na drugą stronę (lub raczej do wnętrza) Nieprzebytej Kipieli. Levis nigdy jednak nie spotkał akurat tego boga.
A jednak i na stałym lądzie żyły istoty wierzące w Jedynego. Najbardziej znaną osobą trwającą w tym kulcie był Artdico Gnorofex – bliski znajomy Levisa. To właśnie on wskazał psu Herbertown jako oazę spokoju i wyjątkowe, jeśli chodzi o kult, miejsce. Czy wiedział o przepowiedni wiszącej nad Jasmine, Garvsonem i nad nim jako telepatą? To możliwe – zważywszy, że to właśnie na spotkanie z Artdico wyruszył w podróż do Dervergu. Ten sam cel przyświecał Stukniętemu. Levis wolał się nad tym nie zastanawiać.
Zerknął na drugi brzeg. Dzieci podskakiwały i dawały mu znaki rękami. Stos z gałązek był już ułożony, a na nim spoczywały cztery dorodne rybki ułowione przez Stukniętego. Levis westchnął. Kult Jedynego nakazywał by dziewiątego dnia tygodnia nie pracować, nie podróżować, nie uczyć się, a jedynie odpoczywać i składać Bogu ofiary. Tego bowiem dnia, mówią stare pisma, Jedyny miał odpocząć po ciężkiej pracy tworzenia świata, gwiazd, bogów i innych istot. To śmieszne – myślał Levis – przecież Początek był Początkiem. Wszystko zrodziło się z niego, więc raczej się nie męczył. A już z pewnością nie po ośmiu dniach roboty. Ale przymknął na to oko. Artdico zaczeka na nich jeszcze dzień dłużej. Musiał to zresztą przewidzieć.
Levis zerknął na stos drewna, a ten zapłonął żywym ogniem. Dzieci pomachały rękami, a potem uklękły przed smażącą się ofiarą. Obok nich, co wyglądało komicznie, uczynił to samo Stuknięty. Levis wskoczył do wody. Jedyny był dobry i kochał żywe stworzenia ponad miarę. Dzielił się więc ofiarami ze swymi dziećmi. A to oznaczało, że za chwilę zacznie się wyżerka. Ten element kultu bardzo się Levisowi podobał.

***

Beloc chodził po swoim pokoiku w kółko, cicho klnąc pod nosem. Już ją miał! Leżała w tym dole, czekała na niego. Dwie minuty! Dwie minuty dłużej i porwałby ją na zawsze. To mogłoby uratować wszystko. Naprawić całą sytuację! Medalion musiał ich połączyć. Takie jego przeznaczenie – łączy kontrolowanego i kontrolującego nierozerwalnym węzłem. Małżeństwo? Coś więcej niż to. O tym naiwniaczka Feil nie powiedziała Jasmine. Może miała nadzieję, że Beloc będzie na wszystko spokojnie patrzył i nie upomni się o swoje? Albo wierzyła, że Jasmine nie zechce zapanować nad mocą medalionu? Hmmm… A może malutka działa po jego stronie? Jednak teraz ten parszywy telepata wszystko zepsuł! Zabrał dziewczynie medalion. Ma go ten młodziak. W kieszeni. Ale Beloc stracił kontrolę nad właścicielką. Miał prawo w tej sytuacji omówić sprawę medalionu ze swoim duszkiem. Dając moc medalionowi Feil włożył w to trochę z siebie. Tak jakby Feil była matką, a Beloc ojcem. Beloc musiał wiedzieć czemu właśnie Jasmine. I czy ma tu coś do rzeczy ten pies. Wymówił w myślach imię duszka trzy razy. Za chwilę powinna tu być…

By Artdico

Ten odcinek przypomina mi czasy, kiedy poszczególne opowiadania były naprawdę krótkie. Ten jest nawet treściwy, ale jeśli spojrzymy na historię 10 odcinków wcześniej, spotkamy się z jeszcze krótszymi opowiadankami. Nie ma w tym nic dziwnego. Właśnie na tym polega rozwój historii: na pojawianiu się wątków i bohaterów, którzy sprawiają, że nie da się już pisać króciutkich historyjek. Ja teraz tworzę odcinek 22. A Was zapraszam do lektury poprzednich i napisania dwóch odcinków pobocznych, związanych z przeszłością i przyszłością bohaterów historii. Aby wejść na Jasmine, należy kliknąć TUTAJ (uwaga: jakiś błąd w html sprawia, że strona źle otwiera się w Chrome. Najlepiej użyć Firefoxa lub Internet Explorera). Życzę satysfakcji! Do usłyszenia!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Logo strony Jasmine – Niekończąca się Historia fantasy, autorstwa Anny Lisieckiej
2. Jasmine i Levis, rysunek autorstwa Aleksandry Józefowicz (Lobi), barwiony przez Bartosza Piętkę.
Obie ilustracje znajdują się w galerii na stronie http://www.jasmine.artdico.com

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Co ma Pan Bóg do Hobbita?

Wielu spośród Was zapewne zdaje sobie już sprawę z tego, że jestem fanem literatury fantasy. Co za tym idzie bardzo lubię też filmy o tej tematyce. Nie należę do anty-potterowców, walczących z każdym przejawem magii w książkach, nie zamykam się na Wiedźmina, który bywa wulgarny i przesączony zbędnymi scenami seksu. Jestem jednak zdania, że aby wejść w świat Pottera, albo Geralta z Rivii, czy choćby Pratchetta lub Gry o Tron, warto zapoznać się z klasyką gatunku. A do klasyki zaliczam dwóch twórców: C.S.Lewisa i J.R.R.Tolkiena (a dobrze jest dodać do ich kompanii Ursulę K.Le Guin). To Lewis i Tolkien stworzyli dwa wielkie, żyjące własnym życiem światy i wprowadzili do nich wyrazistych bohaterów, dając tym samym inspirację kilku pokoleniom czytelników i podążającym ich śladem pisarzom. Tolkien swój świat stworzył całkowicie od podstaw, jako niezależny od tego, w którym my żyjemy. Lewis wprowadził ideę światów przenikających się, gdzie ludzie z naszej strony mogą przejść na drugi brzeg przez starą szafę, albo przez ramy obrazu. Oba z tych pomysłów znajdują odzwierciedlenie w dziełach licznych autorów podążających tropem klasyki fantasy.

Wielu zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczne fantasy opiera się na legendach, podaniach ludowych i mitologii. Nie oszuka nikogo bowiem ten, kto stwierdzi, że to starożytni Grecy (opiewający centaury, Minotaura czy Ikara i Dedala lecących na skrzydłach ku słońcu), Egipcjanie (mówiący o bóstwach w ciałach ludzi, lecz z głowami zwierząt) czy choćby Skandynawowie (Odyn na sześcionożnym rumaku, Thor z młotem, mity o Ragnaroku), starając się wyjaśnić różne zjawiska, stworzyli pierwotną fantastykę. Do tego doszły tysiące podań i legend, przekazywanych lub wymyślanych przez tysiące lat w różnych zakątkach ziemi – jak lewiatany i krakeny niszczące statki marynarzy wyprawiających się w morze, wielkie Yeti żyjące we wszystkich wyższych górach świata czy dziwne potwory zamieszkujące szkockie jeziora (najpopularniejszy z nich mieszka do dziś w Jeziorze Loch Ness). To wszystko twórcy fantastyki z połowy XX wieku włączyli do swoich inspiracji, by opisać nowe światy. Tolkien sięgnął zatem głównie po mitologię i podania anglosaskie, a jego przyjaciel Lewis zainspirował się także grecką mitologią starożytną (włączając w swoje opowieści zarówno faunów, jak i satyrów, nie wyjaśniając jednak różnic między jednymi, a drugimi).

Są jednak i tacy, którzy wiedzą, że zarówno Tolkien, który był bardzo zaangażowanym katolikiem, jak i Lewis, nawrócony na anglikanizm ateista – tu duża zasługa Tolkiena, ale także konflikt między przyjaciółmi, ponieważ Tolkien miał żal do Lewisa o to, że nie wstąpił do Kościoła katolickiego – oparli dzieła swojego życia na Ewangelii. Są rzecz jasna i tacy, dla których pozostawało to tajemnicą. Fantasy to fantasy, odradzający się czarodzieje i gadające lwy to kwestia konwencji. Kiedy zatem powiedziałem koleżance, która była niedługo po fascynacji „Opowieściami z Narnii”, że Lewis umieścił w swojej serii przesłanie z Ewangelii, usłyszałem: „No i zepsułeś mi całą radość z czytania”. Fantasy to bowiem fantasy, przygoda w wyobraźni, obce, wspaniałe światy, a Ewangelia – zdaniem niektórych – to bujda, zaś wkręcanie jej gdziekolwiek jest zniesmaczające.

aslanTymczasem faktem jest, że zarówno Lewis – bardzo bezpośrednio, jak i Tolkien – nieco bardziej dookoła, w swoich dziełach zawarli przesłanie o zbawieniu, o samym Chrystusie, prawdziwym Bogu, synu Boga Ojca. Bohaterowie jednego i drugiego szukają swojej drogi nie tylko do rozwiązania trudnej przygody, lecz również do zbawienia, do wiecznego wybawienia. Spójrzmy chociaż na „Opowieści z Narnii” i na najbardziej znaczącą postać lwa Aslana. Kim jest Aslan? Jest postacią, która dla większości bohaterów jest rodzajem legendy, kimś, kto opiekuje się całą Narnią, wszystkimi żyjącym w niej istotami. Jest nazywany Synem Władcy zza Morza i kiedy wreszcie się pojawia, by przynieść prawdziwą pomoc bohaterom, później wraca za to Morze (w jednej części podąża z nim jeden z bohaterów). Aslan również umiera, zostaje zamordowany, by później powstać, pokonać Białą Czarownicę, która go zabiła. Jak ktoś pragnie, może to traktować jako czystą fantastykę. Analogia jednak z postacią Chrystusa wydaje się być więcej niż oczywista. Chrystus też był Synem wielkiego Władcy. Do tego Władcy powracał, zabierając też z sobą wiernych Mu ludzi (tak, jak Aslan zabrał Ryczypiska). Jezus Chrystus zabity został na krzyżu, tak jak Aslan przez Białą Czarownicę na kamieniu. Kamień pękł, gdy Aslan powstawał – i w ten sposób przedstawia się często zmartwychwstanie Jezusa. Analogia staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy w „Podróży »Wędrowca do Świtu«”, właśnie przy odchodzeniu Za Morze, Edmund pyta Aslana o jego obecność w ich (czyli naszym) świecie: „Czy ty… czy tam jesteś również, panie?” Aslan odpowiada: „Jestem. Ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem”.

Tolkien, jak wspomniałem, nie jest już tak bezpośredni w lokowaniu Ewangelii w swych dziełach. Czasem można pomyśleć, że jeśli udaje się odszukać jakieś analogie, to pewnie przez przypadek się tam znalazły. Że Tolkien jako zaangażowany katolik mimo woli umieszczał w swoich książkach to, czym żył. Poznając jednak szerszą twórczość autora, w tym jego listy, ale też dowiadując się, że dopracowywał swoje powieści w najmniejszych szczegółach, pozbywamy się wątpliwości, że Śródziemie też ma swoją Ewangelię, nieco inną od naszej, ale równie wyrazistą.

Zaczynając od Hobbita musimy podkreślić, że to była pierwsza powieść Tolkiena i nie wiadomo, czy planował jakiś dalszy ciąg, dopóki czytelnicy nie zachłysnęli się historią o Bilbo Bagginsie i nie zażądali kontynuacji. W samym Hobbicie, krótkiej, trzystustronicowej książce, wielkich analogii do Ewangelicznego życia trudno się doszukiwać. Dlatego na dzieło mistrza należy patrzeć szeroko, z perspektywy Władcy Pierścieni, ale i jeszcze szerzej – z perspektywy Silmarillionu. Zacznijmy jednak od Hobbita. W tej krótkiej historii rzucają się w oczy szczególnie postaci krasnoludów. Mało konkretnych, stanowiących raczej kogoś w rodzaju „ludu”, z jednym wyraźnym przywódcą, ale nie wyróżniających się między sobą. Wielu widzi w nich analogię do narodu wybranego, czyli do Izraela. Wydaje się to jasne w perspektywie posiadania wspaniałego kraju, z którego zostają wygnani, tak jak wygnany ze swej ziemi na przestrzeni wieków – i to kilkakrotnie – był Izrael. Postacią wyganiającą ich jest pożądający bogactw i władzy smok, który w Biblii jest symbolem diabła. Oczywiście w wielu innych opowieściach występują smoki, wiele z nich ma dobry charakter. Smok Tolkiena jest jednak diaboliczny, bezwzględny i zły – a żaden dobry smok się u niego nie pojawia. Oczywiście ostatecznie zostaje on pokonany dzięki poświęceniu zarówno krasnoludów, jak i ludzi, a także najmniejszego i najsłabszego: hobbita.

gandalfPrzejdźmy jednak do dalszej historii, a więc do Władcy Pierścieni. Tu Ewangelia przebija już ze wszystkich stron. Wprawdzie nie mamy jednego wyrazistego obrazu Chrystusa, jak u Lewisa, ale to, co w Ewangelii przynależy do jednej osoby, Tolkien rozpisał na trzy. I tak – przede wszystkim – hobbit Frodo, który jest „słaby w oczach świata”, wykonuje misję, która wybawia cały świat spod władzy złego. Ten zły jest – w sposób zdecydowany – obrazem Szatana w książkach Tolkiena. Drugi obraz Chrystusa to Gandalf. On jest przewodnikiem, kierownikiem, wskazuje wszystkim najlepszą, najmądrzejszą drogę. W pewnym momencie jednak staje do walki z Balrogiem, który nawet wyglądem przypominać ma znane nam wizerunki diabła. Pokonuje stwora, ale sam spada i umiera jako Gandalf Szary. Później jednak rodzi się na nowo, zmartwychwstaje przemieniony jako Gandalf Biały – jeszcze mądrzejszy i potężniejszy. Tak samo, jak Aslan w Opowieściach z Narnii. Analogicznie do Jezusa Chrystusa w naszym świecie. Nareszcie „trzeci Chrystus”, a więc prawdziwy król, Aragorn. Podobnie jak w narodzie wybranym dynastia Dawida została przerwana, a Jezus okazał się być dziedzicem tronu Dawida, tak i w Gondorze zaginął ślad po dynastii królewskiej, której ostatnim żyjącym potomkiem był Aragorn, znany jako Obieżyświat przez wzgląd na swój tułaczy tryb życia. On zaś nie tylko powraca na tron, nie obalając namiestnika (ostatnim żyjącym namiestnikiem pozostaje Faramir), lecz zaprzyjaźniając się z nim, ale też wyzwala dusze, które oczekiwały na wybawienie. Podobnie jak w naszej tradycji Chrystus „zstąpił do piekieł”, by z łona Abrahama uwolnić sprawiedliwych sprzed Jego przybycia na ziemię, tak Aragorn wstępuje między przeklętych umarłych, zawołuje ich do wierności swemu królowi i ostatecznie uwalnia ich dusze od klątwy.

Jeśli wgłębić się w strony Władcy Pierścieni, można napisać na ten temat niejedną pracę doktorską z teologii. Znam dwoje znamienitych katolickich publicystów, którzy więcej na ten temat niż ja powiedzą (Elżbieta Wiater i Wojciech Teister). Ja teraz sięgnę jeszcze głębiej, a więc do Silmarillionu. Ta powieść Tolkiena – acz mam wątpliwości, czy nazywać ją powieścią – jest czymś w rodzaju mitologii Śródziemia. Albo może Księgi Rodzaju Śródziemia. Opowiada o stworzeniu świata, o dziele stworzenia ludzi, krasnoludów, elfów, entów, orłów… I tak – przede wszystkim – Stwórca jest jeden. Zwą Go Eru lub Iluvatar i On jest Panem wszystkiego. Z miłości stwarza Valarów, zwanych niekiedy bogami (ale będącymi odpowiednikami aniołów z naszej wiary), a ci Valarowie „śpiewają” świat. Oprócz Valarów istnieją też Majarowie, pomniejsze dusze, należące do tej samej, co Valarowie rodziny Ainurów. Jednym i najbardziej nam znanym z nich jest Gandalf.

Nie będę opowiadał całej historii Śródziemia i powiązań ewangelicznych, bo nie sposób to uczynić. Dość tylko zaznaczyć, że twórczość Tolkiena jest nie tylko wspaniałą historią fantasy, ale niesie w sobie ogromne przesłanie Ewangeliczne. Pan Bóg ma bardzo wiele wspólnego z Hobbitem, bo Tolkien – prawdopodobnie w sposób bardzo świadomy – włożył do Hobbita bardzo dużo Boga. A w zestawieniu Tolkiena z Lewisem widzę wyraźne odzwierciedlenie własnej teorii fantasy: Jeśli istnieje jakikolwiek świat inny od naszego, czy to naprawdę, czy tylko w naszej wyobraźni, z pewnością został on stworzony przez tego samego Boga.

Polecam przeczytanie książek Tolkiena i Lewisa przed sięgnięciem po filmy. Trudno bowiem doszukiwać się w ekranizacjach jednego i drugiego dzieła tak wyraźnych odniesień do Ewangelii, które zawarli autorzy. Sprawa jest jeszcze bardziej podejrzana przy ekranizacji Hobbita. W sumie co to za pomysł, by trzystustronicową „broszurę” rozpisać na 9 godzin filmu? Jeśli jednak tak wiele Boga znajdziemy w powieściach, możemy także, choćby dla zwykłego porównania, obejrzeć filmy, w celu doszukiwania się w nich pierwiastków Boskich.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Aslan, kadr z filmu, ilustracja dostępna między innymi tu: http://id.wikipedia.org/wiki/Aslan
2. Gandalf i Balrog, autorstwa Flavio Hoffe, źródło (oficjalna strona autora): http://www.flaviohoffe.com/2008/11/14/teste/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Przykazanie, którego nie było

Bardzo częstym argumentem pojawiającym się w dyskusjach ze Świadkami Jehowy i wszelkimi innymi działaczami antykościelnymi jest temat drugiego przykazania, które pierwotnie było w Dekalogu, jednak zostało z niego przez Kościół usunięte. Argument ten jest podobny do wielu innych argumentów nie potwierdzonych przez przemyślenia i skupienie na temacie. Bierze się tekst Biblii, czyta się go literalnie, dzieli się gdzie się chce i takie rzeczy wychodzą. Tym razem, w obliczu pojawienia się tego argumentu na blogu (autorem komentarza był Slawo).

„Czyż nie modli się JP2 do obrazów i figurek? a Pan mowi:(drugie przykazanie usuniete z KK- ale w Biblii jest).Księga Wyjścia , 20 rozdział , 3 i 4 werset .
” Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek , co jest na niebie w górze , i na ziemi w dole , i tego , co jest w wodzie pod ziemią .
Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył , gdyż Ja , Pan , Bóg twój , jestem Bogiem zazdrosnym , który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych , którzy mnie nienawidzą ”

Tak napisał właśnie Slawo, powołując się na Biblię, którą jako katolik znam i czytam (nie jest więc ukryta przed wiernymi). Jeśli Kościołowi zależałoby na zlikwidowaniu „drugiego” przykazania, musiałby też wymazać ten tekst ze Świętej Księgi, a z jakichś powodów tego nie zrobił.

Tekst w Księdze Wyjścia jest, można go czytać i dla świętego spokoju przytoczę go tu w całości. Tj. cały Dekalog w jednym miejscu:

„Wtedy wypowiedział Bóg wszystkie te słowa: Ja jestem Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, bo Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który za nieprawość ojców karze synów do trzeciego i czwartego pokolenia, tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań. Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, w błahych rzeczach, bo nie pozwoli Pan, by pozostał bezkarny ten, kto wzywa Jego Imienia w błahych rzeczach. Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał wszystkie swoje zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem Pana, Boga twego. Nie będziesz przeto w dniu tym wykonywał żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani przybysz, który przebywa w twoich bramach. W sześć dni bowiem uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, siódmego zaś dnia odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty. Czcij twego ojca i twoją matkę, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje. Nie będziesz zabijał. Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradł. Nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek. Nie będziesz pożądał domu twojego bliźniego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do twego bliźniego” (Wj 20,1-17).

I tak brzmiał właśnie oryginalny, zapisany w Księdze Rodzaju Dekalog. Pojawia się po jego lekturze kilka wniosków. Przykazanie o zakazie oddawania czci bożkom rzeźbionym czy malowanym nie tylko rzeczywiście istnieje, ale do tego z przykazaniem ostatnim (które, jak się powiada, zostało rozdzielone przez Kościół po tym, jak zlikwidowano drugie) jest coś nie tak! Zobaczcie, Bóg mówi w pierwszej kolejności o zakazie pożądania domu bliźniego, a dopiero potem żony, stawiając ją przed niewolnikiem, niewolnicą, wołem i osłem, ale w jednym zdaniu. Zauważmy również kilka innych różnic. My, odmawiając Dekalog, nie mówimy na przykład po czwartym przykazaniu „abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje”. To samo po trzecim, które ma swoje rozwinięcie. I może właśnie na to warto zwrócić uwagę. Kościół katolicki wcale nie likwiduje tekstu zapisanego w Biblii, lecz na potrzeby wiernych go skraca. Skraca do potrzeb powtarzanej przez dzieci i dorosłych modlitwy, która w razie potrzeby jest rozwijana i interpretowana. Nadal jednak brakuje nam w tym wszystkim rzeczonego przykazania drugiego, nie zgadza się też ciąg na końcu.

Niewiele osób sięgających do Księgi Wyjścia wie jednak, że w Biblii jest jeszcze druga wersja Dekalogu. Zajrzyjmy zatem do Księgi Powtórzonego Prawa:

„Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie. Nie będziesz czynił sobie żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodzie, pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu ani nie będziesz im służył, bo Ja, Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia – tych, którzy Mnie nienawidzą, a okazuje łaskę do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań. Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, w błahych rzeczach, bo nie dozwoli Pan, by pozostał bezkarny ten, kto wzywa Jego imienia w błahych rzeczach. Będziesz zważał na szabat, aby go święcić, jak ci nakazał Pan, Bóg twój. Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał wszelką twą pracę, lecz dzień siódmy jest szabatem Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani przybysz, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczęli twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty. Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu. Czcij swego ojca i swoją matkę, jak ci nakazał Pan, Bóg twój, abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło na ziemi, którą ci daje Pan, Bóg twój. Nie będziesz zabijał. Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradł. Nie będziesz mówił fałszywie przeciw bliźniemu swemu jako świadek. Nie będziesz pożądał żony swojego bliźniego. Nie będziesz pragnął domu swojego bliźniego ani jego pola, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do twojego bliźniego” (Pwt 5,6-21).

Oczywiście ten tekst wygląda z grubsza tak samo, jak tekst z Księgi Wyjścia, mamy jednak zasadniczą różnicę na końcu. Tu w osobnym zdaniu występuje już żona bliźniego, a nie jego dom. I to na podstawie tej wersji Dekalogu katolicy spisali swój Dekalog, umieszczając żonę bliźniego w przykazaniu dziewiątym, zaś wszystkie inne jego rzeczy (w tym dom, pole, niewolników i bydło) w przykazaniu dziesiątym. W zasadzie nie nastąpiło żadne rozdzielanie. To są de facto dwa różne przykazania i nic nie trzeba było rozdzielać.

No dobra, ale skoro już doszliśmy do wniosku, że przykazania dziewiąte i dziesiąte zawsze były przykazaniami osobnymi, to co się stało z tzw. drugim przykazaniem? Przecież gdyby nie połączenie żony z resztą dobytku, mielibyśmy jedenaście przykazań. Czy jednak aby na pewno jedenaście? Zwróćmy uwagę na podział zdań w okolicy właściwego pierwszego i tzw. drugiego przykazania: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie. Nie będziesz czynił sobie żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko albo na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodzie, pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu ani nie będziesz im służył (…)”. Nie będziesz miał bogów cudzych – to raz. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani obrazu – to dwa. Nie będziesz oddawał im pokłonu – to trzy! Co oznacza, że pierwotny Dekalog składał się z dwunastu przykazań. Co się stało? Pewnie źli katolicy zniwelowali, żeby ładna liczba była, okrągła…

Otóż wcale nie. Po pierwsze gdyby rzeczywiście dosłownie chcieć traktować to przykazanie, o którym mówi się, że zostało usunięte, tj. to o nierobieniu podobizn, to nie tylko nie należałoby oddawać czci figurom (to jest akurat zdanie, które oznaczyłem jako trzecie). Należałoby w ogóle nigdy, zgodnie z wolą Boga, nie zrobić żadnej rzeźby ani wymalować żadnego obrazu! Książeczki i gazetki Świadków Jehowy powinny być pokryte od pierwszej do ostatniej strony wyrazami i ani jednego rysuneczku słonika, lewka, Hindusa czy Jezusa. Bóg bowiem powiedział „Nie będziesz czynił sobie żadnej rzeźby ani żadnego obrazu”, dopiero później dodając, że „Nie będziesz oddawał im pokłonu”. By zachować wierność Bogu i podstawę do kłótni o „drugie” przykazanie, należałoby nigdy nie stworzyć żadnego obrazu czy rzeźby.

Chyba, że… Chyba że zwrócimy uwagę na fakt, że treść „drugiego” i „trzeciego” przykazania w zasadzie jest niczym więcej, jak uzupełnieniem przykazania pierwszego. Autor natchniony, spisując słowa Boga, zaznaczył, że nie należy mieć bogów poza samym Bogiem. Co więcej – nie należy tworzyć podobizn czegokolwiek, by traktować ich jak bogów. To wszystko zawiera się w czymś, co nazywamy kultem bałwochwalczym. Czcimy bałwany: rzeźby i obrazy, jakby były bogami. A Bóg zakazał mieć cudzych bogów przed Nim. I teraz mamy jasność: skoro trzecie przykazanie i czwarte przykazanie mają swoje uzupełnienie, wyjaśnienie, to i pierwsze przykazanie ma uzupełnienie – dwa następujące po nim zdania. Kościół nie zlikwidował żadnych przykazań, jedynie właściwie zinterpretował te dwa zdania jako część przykazania pierwszego. Wszystkie trzy zdania dotyczą bowiem tego samego – bałwochwalczego kultu przed kultem Boga.

„Usunięte” przykazanie tak naprawdę nigdy nie istniało. Zawsze było prawidłowo traktowane jako rozwinięcie pierwszego. Kościół katolicki nie zniósł nic i nie sztukował na siłę przykazania dziesiątego, lecz wciąż opowiada się przeciw kultowi bałwanów. Wciąż gani za „magiczną” wiarę w moc cudownego medalika, krzyża na ścianie czy obrazów świętych. Dlatego tak trudno nam zrozumieć Prawosławnych, którzy widzą w ikonach pierwiastek Boga. Dla mnie to już jest szukanie bogów przed Nim. Ale to, co jest w Kościele katolickim nie ma z podobnym kultem nic wspólnego. Kultura rzymska, na której rozwinęło się chrześcijaństwo pochrystusowe, nie traktowała nigdy rzeźb jako konkretów. Rzeźba miała być tylko wyobrażeniem, a to, co obrazuje miało być – zgodnie z grecką filozofią – gdzieś w świecie idei. Dlatego pozwalaliśmy sobie i pozwalamy na tworzenie obrazów i rzeźb, by patrząc na nie kierować modlitwy do Boga, który jest w Niebie. Tyle.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 36 Komentarzy

Co jest złego w byciu dogmatycznym?

Od powrotu blogu w środowisko niegdyś opuszczone i połączenia obu grup czytelników w jedną grupę docelową wkrótce minie rok. Wówczas to snułem przypuszczenia, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Myślałem, że albo wszystko pozostanie bez echa, a w gronie czytelników pozostaną nowi, z czasów mojej anonimowości. Po drugie brałem pod uwagę powrót trolli i uczciwie współpracujących z trollami moich czytelników z wcześniejszych lat. Po trzecie wreszcie przyszło mi do głowy, że nowi czytelnicy poczytają archiwa, poznają komentarze, obrażą się i sobie pójdą. Ostatecznie najbliższa prawdy okazała się pierwsza, najlżejsza opcja. I tak byłoby pewnie do dziś, gdyby nie moja ochotność do publikowania i przywoływania wpisów na Facebooku. Bo oto po roku prawie dawni czytelnicy budzą się i odnajdują siebie w moich wpisach. No i dobrze, w końcu wychodząc z ukrycia zaprosiłem ich do czytania i komentowania wszystkich wpisów, także tych archiwalnych. Witam Was zatem i nie odmawiam lektury oraz wchodzenia w dyskusje, w które jednak nie obiecuję, że będę zawsze dawał się wciągnąć.

Tym razem jednak temat uderza we mnie bezpośrednio i wydaje mi się ciekawy do rozważenia i wyjaśnienia, podejmę go więc. Ernest zwany Nunatakiem wysunął bowiem argument, którego adresatem się poczułem. Określił bowiem, że „Można być Żydem-ateistą, a nawet gejożydomasonem, i być działaczem pro-life, kwestia tylko tego, czy podejmujemy tę działalność z faktycznej miłości i poczucia odpowiedzialności za wszelkie życie, czy jedynie z dogmatycznego wyprania mózgu, czyli strachem przed popełnieniem grzechu i karą Bożą. W drugim przypadku mamy do czynienia w pierwszej kolejności z troską o samego siebie, a wszelkie twierdzenia o motywacji z miłości i odpowiedzialności są jedynie przykrywką. To dopiero dwulicowość!”, w innym zaś miejscu dodał, że „Moja definicja mohera to: sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy (które to lubi określać mianem “Prawdy” przez duże P, za argument podając, że to nie jego pogląd, ale sam Bóg tak mówi…)”. I choć komentator nie wymienił żadnych osób, do których odnosiłby bezpośrednio te słowa (takie sobie, niezobowiązujące pisanie), wydaje mi się, że uderzają one bezpośrednio we mnie i ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. Jestem bowiem prawowiernym członkiem Kościoła katolickiego, z wykształcenia teologiem o specjalności „teologia fundamentalna”, której do dogmatyki niedaleko, a przy okazji jako katolik przyjmuję i wierzę we wszystkie podawane do wierzenia przez Kościół dogmaty. Oczywiście, to że jestem dogmatyczny, nie oznacza, że moje zachowanie wynika z „dogmatycznego wyprania mózgu”, ani że mam „sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy”. Ale obawiam się, że z dużym prawdopodobieństwem bycie katolickim dogmatykiem, wiernym Bogu i uznającym coś, co nazywa się uniwersalną Prawdą, może być przez mojego komentatora z taką postawą utożsamiane.

Wiem to również, ponieważ podobne dyskusje i argumenty były już pod moim kierunkiem wysuwane na dawnym blogu, nie pamiętam czy przez Ernesta bezpośrednio, czy przez inne osoby, ale zdecydowanie okrzykiwano mnie już na różne sposoby, choćby członkiem „świętej rodziny” (tu w konsolidacji z moją małżonką). Już określano, że próbuję indoktrynować, narzucać innym swoje poglądy, że oceniam i potępiam ludzi. Wiara jednak w dogmat, widzenie jedynej słusznej drogi postępowania, zgodnej z Bożą wolą i ocenianie zachowań niektórych osób jako złych nie musi się wiązać z dogmatycznym zaślepieniem i byciem tak zwanym przez niektórych „moherem”. Osobom, które tak uważają, pragnę wyjaśnić ich błąd.

Zacznijmy jednak od definicji dogmatu. Za Avery Dullesem można powiedzieć, że dogmat należy określić jako „prawdę objawioną w sposób boski, ogłoszoną jako taką przez kościelny i nieomylny autorytet nauczający, a zatem zobowiązujący wszystkich członków Kościoła bez wyjątku”*. Oczywiście można powiedzieć, że to jest narzucanie innym zdania i mówienie, że „to nie mój pogląd, tylko prawda od Boga”, jednak podkreślić należy, że wszelkie dogmaty rzeczywiście wynikają z dostępnego nam objawienia, a więc z ukazania się Boga w Jego Synu Jezusie i zapisie tego zdarzenia na kartach Pisma Świętego. O wiarygodności samego źródła, jakim jest Pismo Święte już prawdopodobnie kiedyś pisałem, a jeśli nie, napiszę wkrótce na poparcie tezy. Teraz tylko zaznaczę, że żadne starożytne zapiski nie posiadają tak wielu manuskryptów w tej chwili dostępnych, które są tak bliskie czasowi zapisania oryginałów. Mimo tego jako bardziej wiarygodne często traktuje się Dialogi Platona czy Wojnę Galijską Cezara. A jednak to na Piśmie Świętym, najbardziej wiarygodnej ze wszystkich ksiąg starożytnych, a nie na papieskim widzimisię opierają się katolickie dogmaty. Żaden dogmat też tego, co na kartach Biblii zapisano, nie wyklucza.

Kolejną sprawą jest tematyka dogmatów. Mogliśmy bowiem przeczytać w jednym z komentarzy, że „Dogmaty występują przeciwko życiu, zniewalają duszę i umysł człowieka, powodując nerwice i choroby psychiczne (które też czasem szlachetni dogmatycy zwykli nazywać “opętaniem”, nie pomyślawszy ani przez chwilę, że sami mogli być jego twórcami)”… Dogmaty katolickie dotyczą jednak tylko prawd wiary, czasem także kwestii moralnych. Jednak większość wewnętrznych ustaleń moralnych Kościoła nie posiada dogmatycznego podłoża, wiara w to, że np. współżycie przed ślubem czy używanie antykoncepcji jest czymś złym nie oznacza przyjmowania tego jako głoszonego ex cathedra objawienia Bożego. Owszem, wszystkie te ustalenia na Piśmie Świętym są oparte (choć za czasów Jezusa antykoncepcja nie stanowiła takiego problemu), ale nie są podciągnięte pod argument „tak mówi Bóg”. Te dogmaty, które wyznajemy, wynikają też z objawienia i niezachwianej wiary Kościoła Bożego. Nie mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, choć mogą być nim kapłani i ludzie świeccy w zły sposób o dogmatach i zasadach moralnych mówiący. Prawdą jest, że nawet osoby popadające w grzech nie są przez Kościół potępiane, lecz przystępując do sakramentu pokuty otrzymują rozgrzeszenie i wracają na łono Kościoła. Trochę inaczej sprawa ma się w stosunku do osób, które w sposób świadomy i wolny odrzucają któreś z praw moralnych – te osoby swoją własną decyzją postanawiają tkwić w grzechu i dobrowolnie od Kościoła się oddalić.

Dlaczego Kościół daje nam do wierzenia dogmaty? Odpowiedział na to w sposób doskonały o. Jacek Salij: „To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać”**. Dogmaty, a więc prawdy wiary, otwierają nam drogę i torują ją w stronę prawdziwego objawienia: Jezusa Chrystusa, który przyszedł na świat, aby nas zbawić. Nie mogą więc w oczywisty sposób prowadzić do opętań (chorób psychicznych), bo nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość.

Mowa jednak o umysłach silnie zdogmatyzowanych, które zamykają się na naukę i wierzą we wszystko, starając się przekonać do tego (siłą?) innych ludzi. Owszem, są i tacy. O nich też pisze Salij: „Owszem, może się zdarzyć, że jakiś ksiądz czy katecheta usiłuje doprowadzić kogoś do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych — ale jest to zwyczajne nadużycie i ciężka obraza głoszonej w ten sposób prawdy Bożej. Może się również zdarzyć, że ktoś aprobuje prawdę wiary w fałszywej świadomości (na przykład w sposób czysto formalny i powierzchowny, z duchowego lenistwa albo spodziewając się jakiejś korzyści). Są to jednak grzechy poszczególnych ludzi i jedyne, co Kościół ma naprawdę na ten temat do powiedzenia, to wezwanie, żeby się z takich grzechów nawracać”**.

Czy ja, katolik, mam umysł zdogmatyzowany i wypaczony, próbuję więc indoktrynować i narzucić komukolwiek swoje poglądy? Niemożliwe! Przez lata byłem bowiem sceptykiem, który wątpił w słuszność prawdy o szkodliwości (fizycznej, ale i psychicznej) antykoncepcji, homoseksualizmu (aktywnego), a nawet aborcji czy eutanazji. Miałem problem z zaakceptowaniem dogmatu o nieomylności papieża czy tak często krytykowanych dogmatów maryjnych. Do wszystkiego jednak doszedłem z pomocą Bożego natchnienia sam, wszystko przemyślałem, we wszystko włożyłem dużo z siebie, żeby to zrozumieć. Można było, oczywiście, powiedzieć „olać, to nie może być prawda”. Ale ja wolałem pogłębić swoją wiedzę. Studia teologiczne były dla mnie objawieniem i teraz mogę powiedzieć: tak, to wszystko prawda! Wszystko rozumiem, choć nie wszystko bez pomocy będę umiał teraz wyjaśnić. Ale choćby kwestie antykoncepcji – pisałem o tym na początku bloga, mając 20 lat i pisałem ostatnio. Jak wielka jest moja różnica w zrozumieniu tematu – sam siebie zadziwiam!

Nie jestem bezmózgim dogmatykiem zamkniętym na argumenty innych. Staram się słuchać i staram się wczuwać. Nie zawsze mi to wychodzi, to oczywiste. Największym chyba jednak problemem, który widzą we mnie inni, a który moim zdaniem nie jest żadnym problemem jest to, że nie staram się skłaniać ku innemu myśleniu, temu, które widzę jako mylne. Że nie zmieniam poglądów. Nie, ja kiedyś już miałem inne poglądy i zmieniłem je na dobre. Nie widzę potrzeby zmieniać ich ponownie. Teraz pozostaje mi pokazywać (nie narzucać) tę prawdę innym, a kto chce przyjąć ją, niech ją przyjmuje.

Na koniec ostatni raz zacytuję Salija za tym samym źródłem:

„Czasem ta nasza pewność co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego”**. Przez wierzącego „na swój sposób” też: „Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości”**.

______________________
*Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/wprowadzenie_dogm2.html
**Za: http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_15.htm

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Tęcza

This post will be available to read in two languages: Polish and English. This is because it is written in response to some pictures/comments posted lately on Facebook, by my English-languaged friends. If You want to read in Polish, try the higher part. For English find Yourself a way downwards.

Ten wpis będzie dostępny do przeczytania w dwóch językach: polskim i angielskim. Jest to spowodowane tym, że jest pisany w odpowiedzi na pewne zdjęcia/komentarze publikowane ostatnio na Facebooku przez moich anglojęzycznych znajomych. Jeśli chcecie czytać po polsku, wypróbujcie górną część. By sięgnąć po angielski znajdźcie sobie drogę na dół.

Tęcza po polsku

Jak wspomniałem powyżej, znalazłem niedawno w sieci kilka obrazków na profilach moich zagranicznych znajomych. Jedna z zamieszczających je osób usunęła mnie ze znajomych po zamieszczeniu niepochlebnego komentarza, inne obrazki udało mi się zapisać i w tym artykule je zamieszczam, abyście wiedzieli, o czym piszę. Pierwszy z obrazków głosi, co następuje: „Jestem hetero i jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa gejów. Miłość to miłość”. Na drugim napisano, że „Homofobia to strach przed tym, że geje potraktują cię tak, jak ty traktujesz kobiety”. Po zobaczeniu tych obrazków postanowiłem się wdać w dyskusję, by wyrazić moją opinię. Stwierdziłem, że tęcza jest symbolem Boga, a nie gejów. Według Biblii to Bóg ukazał Noemu łuk tęczy jako znak przymierza między nimi, jako znak, że podpisuje rozejm i nigdy więcej już ludzi nie wyniszczy. Zaproponowałem również, by przypomnieć sobie czym jest chrześcijaństwo i co to właściwie znaczy miłość. Usłyszałem w odpowiedzi, że stawianie kryterium kochania kogoś śmierdzi wszystkim tym, co miłością nie jest. Ktoś inny dodał, że mamy kochać wszystkich, a sądzenie pozostawić Bogu. Kiedy starałem się dalej argumentować przeciw „miłości” homoseksualnej, dowiedziałem się, że jestem hejterem, czyli nienawidzę gejów i uparłem się na nich, a przecież zasługują na naszą miłość podobnie jak inni.

Chciałbym wykazać, że oskarżenia (osądy) wobec mnie rzucone na podstawie kilku krótkich komentarzy nie są prawdziwe nawet w małym stopniu. Przede wszystkim nie nienawidzę gejów. Nigdy nic takiego nie powiedziałem, ani nie napisałem, a to, że nie zgadzam się z ogólnopanującym uwielbieniem (czy tzw. tolerancją) wobec homoseksualistów nie oznacza, że z automatu ich nienawidzę. Co więcej: muszę podkreślić, że naprawdę bardzo mocno kocham gejów! Geje jako osoby mające problemy ze sobą, ze swoją tożsamością czy z ukierunkowaniem popędu mają naprawdę wiele miejsca w moim sercu. Nie znoszę (ale raczej również nie nienawidzę) natomiast wszechobecnej czci oddawanej homoseksualistom i homoseksualizmowi, nie znoszę gejów i niegejów walczących o tzw. prawa gejowskie, aprobaty udzielanej osobom, które powinny raczej szukać prawdy uniwersalnej, niż swojej własnej prawdy dającej im satysfakcję.

Miłość jest troską o dobro drugiego człowieka. Musimy zastanowić się, czym jest nasza troska o gejów, których mamy kochać i czym jest troska gejów kochających się nawzajem. Czy prawdziwą troską pełną miłości będzie zaakceptowanie tego, co normą nie jest i walka o prawa homoseksualistów? Zauważmy, że do całkiem niedawna homoseksualizm uważano za chorobę. Argumenty są bardzo logiczne. Np. każdy związek dwóch osób, który nie ma możliwości rozmnażania się jest nienaturalny, chory. Oczywiście mam tu też na myśli pary, które są niepłodne – WHO uznała niepłodność za chorobę i ja się z nią zgadzam w tym przypadku. Homoseksualizm już jednak za chorobę uważany nie jest, mimo że jest niepłodny. Dlaczego jednak małżeństwa niepłodne, moim zdaniem, mimo drążącej je choroby, mogą pozostawać razem, homoseksualiści zaś nie powinni? Ponieważ czymś z gruntu oczywistym i naturalnym jest to, że istnieją dwie płcie po to, aby się nawzajem dopełniały. Istnieją mężczyźni (którzy mają penisy, owłochate klaty, zarost, zbyt proste myślenie i lenia) oraz kobiety (wyposażone w pochwy, biusty, pozbawione zarostu, kierujące się instynktem i humorkami), po to, aby się uzupełniały. Wszystko, co odbiega od tej normy, jest anomalią. Klucz próbujący otworzyć klucz nie może istnieć, tak jak nielogiczna jest kombinacja kłódka-kłódka, używając metafory. I wszelkiego rodzaju gendery zastępujące płcie są wymyślone po to, aby to, co nienaturalne czy chorobliwe dostało swoje miejsce w normalnym świecie. Facet to facet, kobita to kobita. Nie ma nad czym dyskutować.

Co powinni jednak robić ludzie, którym zależy na dobru gejów? Tacy ludzie, kochający, powinni pokazać im dobrą, właściwą drogę. Powinni ukazać, że naturą ludzką jest łączenie się w pary heteroseksualne, że wszystkie inne sytuacje są naprawdę nienaturalne. Powinni też ukazać im sposoby leczenia. Wielokrotnie jedna osoba pytała mnie: jak leczy się homoseksualistów? Otóż są sytuacje, w których pomoże terapia hormonalna. Podobnie jak z tożsamością płciową (urodziłem się chłopcem, ale czuję się dziewczyną – nie odcinam sobie więc przyrodzenia i nie biorę hormonów damskich, tylko biorę hormony męskie i normuję się w swoim ciele) – ciało nie może tu być uważane za mniej znaczący wyznacznik płciowości, niż samopoczucie delikwenta, a często tak właśnie się dzieje. Drugim sposobem jest terapia psychologiczna. Człowiek może zdać sobie sprawę z tego, że jego pociąg seksualny nie jest zależny od niego i dlatego nie jest niczym złym – złe jest tylko realizowanie tego pociągu z niewłaściwymi osobami. Co więcej – znam nawet osobiście homoseksualistę, który potwierdził, iż pociągu w stosunku do kobiet można się nauczyć. Oczywiście może być też na odwrót – często potwierdzanym faktem jest choćby homoseksualizm więzienny, gdy heteroseksualni mężczyźni z braku kobiet zadowalają się współżyciem z współwięźniami. Jeśli można nauczyć się pociągu do mężczyzn, dlaczego w niektórych środowiskach wyklucza się możliwość nauczenia się pociągu do kobiet? Ów wspomniany znajomy podkreślił kiedyś, że pragnie mieć żonę i dzieci, choć odczuwa pociąg do mężczyzn. Miłość jednak nie na pociągu seksualnym się kończy, lecz na trosce o drugiego człowieka się opiera, na oddaniu się drugiemu człowiekowi. Homoseksualista też może pokochać piękną kobietę prawdziwą, małżeńską miłością. I, jak ktoś kiedyś podkreślił, kochając swoją żonę prawdziwie będzie się tylko czasem odwracał za jakimś przystojnym mężczyzną, tak jak każdy heteroseksualista obejrzy się czasem za ładną kobietą, mimo pozostawania w małżeńskim związku.

Pozostaje jeszcze kwestia osądzania. Mam nie osądzać, ponieważ to Bóg sądzi. Zgoda, jednak ten argument jest już bardzo wyświechtany i wrzucany gdziekolwiek, gdzie ktoś ma zbyt radykalne poglądy. Owszem – mam radykalne poglądy i wypowiadam się krytycznie w stosunku do różnych zachowań różnych osób, co nie znaczy, że kogokolwiek osądzam. Osądzanie jest potępianiem, skazywaniem kogoś na piekło. Do tego oczywiście nie mamy prawa. Nie mamy prawa nikogo skreślać. Jednak mówienie komuś, że robi coś złego, zwłaszcza jeśli podpieramy się przy tym przesłaniem Nowego Testamentu, nie jest osądzaniem. Jest pełnym troski i miłości wskazywaniem dobrej, bliskiej Bogu drogi. A na temat homoseksualizmu pojawia się w Biblii fragment przesądzający o wszystkim (wskazujący, że nie musimy nikogo osądzać, ale Bóg już to zrobił): „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6,9-10). Sprawa jest jasna, nie ma Królestwa dla facetów, którzy ze sobą współżyją (nie ma tu jednak mowy o uczuciach, jakimi jest pociąg seksualny do osoby tej samem płci). Słowo się rzekło, kobyła u płota. Nam pozostaje wykazać jakie są tego powody – co postarałem się zrobić w poprzednich akapitach. I mogą padać argumenty, że upieram się w nienawiści na przedstawicieli jednej wąskiej grupy, a pijaków czy rozpustników jest zdecydowanie więcej i robią większą krzywdę. Zgoda, ale nie walczą tak bezczelnie o swoje „prawa”. Gdyby ktoś wrzucił hasło „Więcej praw dla pijaków” albo „Jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa złodziei”, to osobiście bym stanął przeciw temu. Co więcej – zarówno o złodziejach (w kwestii ściągania z internetu), pijakach (wspominając o Krucjacie, którą podpisałem), cudzołożnikach („Nie brałem udziału w tej farsie”) czy bałwochwalcach wielokrotnie już pisałem. Mężczyźni współżyjący ze sobą są tylko jedną z tych grup, a żadnej z nich nie nienawidzę.

Podkreślę na koniec: ponieważ Bóg oficjalnie ogłosił w swej Księdze, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie wejdą do Królestwa Bożego, to nikt, kto jest chrześcijaninem (uznaje Biblię i Chrystusa) nie może opowiadać się za prawami gejów. Jesteś za prawami gejów? Przestań nazywać się chrześcijaninem, bo sam skreśliłeś się już z tej listy.

Rainbow in English

As I mentioned above, I have recently found some pictures in the internet, on the profiles of my foreign friends. One of the people who posted that deleted me from their friends after I wrote a commentary that was unflattering, I managed to save the other pictures and I post them in this article, so You can know what I’m writing about. The first of the pictures says what is mentioned: “I’m straight and a Christian, but I support gay rights. Love is love”. On the other someone wrote, that “Homophobia [is] the fear that gay men are going to treat you the way you treat women”. After seeing these pictures I decided to get into the discussion, to express my opinion. I said, that the rainbow Is a symbol of God, not gays. According to the Bible it was God Who has shown the bow of the rainbow to Noah, as a sign of an alliance between them, as a sign that He is signing a treaty and He will never destroy the people again. I suggested that we should bring back to our minds what exactly is Christianity, and what does love mean as well. In response I heard that putting parameters around loving someone else reeks of all sorts of things that aren’t of love. Somebody else added, that we should love everyone and leave judging to God. When I was trying to find more arguments against homosexual “love”, I have been informed that I’m a hater, which means I hate gays and I persisted to make them unhappy, and they deserve our love just like the others.

I would like to prove, that the accusations (judgments) that were thrown upon me thanks to some short comments aren’t real even in the slightest degree. First I don’t hate gays. I have never said such a thing, never have written, and just because I don’t agree with the generally ruling worship (or so called tolerance) of the homosexuals I don’t become a hater of them automatically. What’s more: I have to say, that I really really love gays! Gays as human beings that have inner problems with themselves, their identity, or their sexual drive target have really much place in my heart. I can’t stand (that doesn’t mean “I hate”) other things: the omnipresent adoration given to homosexuals and homosexualism, the gays and non-gays fighting for the so-called gay rights, the approval given to the people who should rather search for the universal truth, than their own truth that gives them satisfaction.

Love is caring about the wellness of other human. We have to think about what is our care about gays, whom we should love and what is the care of gays who love each other. Will the real care full of love be accepting of that, what isn’t normal and the fight over homosexual rights? Let’s mention, that it wasn’t long ago when homosexualism was called a sickness. The arguments are logical. For example every relationship, which isn’t able to reproduce isn’t natural, it’s sick. Off course I’m also thinking about the pairs, which are infertile – WHO has said that infertility is a sickness and in this case I agree with them. Homosexualism, on the other hand, isn’t treated as a sickness any more, even if it’s infertile. But why, according to me, the infertile marriages should last despite their sickness, but homosexual relationships shouldn’t? It’s because it is obvious and natural from the beginning, that there are two sexes so they can complete each other. There are men (who have penises, hair on their chests, facial hair, far too simple thinking and laziness) and women (equipped with vaginas, breasts, without facial hair, who do things while listening to their instincts and whims), to fulfill each other. Everything, that doesn’t fit in that norm, is an anomaly. A key that is trying to open a key can’t exist, just as a combination of padlock to padlock, metaphorically speaking. And every kind of gender that tries to walk into the place of a sex is fabricated to find a place in normal world for everything that is unnatural or sick. A chap is a chap and a lass is a lass. There is no place for discussion.

But what should people, who care for what’s good for gays do? Such people, loving, should show them the correct, good way. They should show, that it’s human nature to match into heterosexual couples and all the other situations are really unnatural. They should also show them the methods of treatment. There was one person, who asked me many times: how do we cure homosexuals? There are situations where hormonal therapy can help. The same thing is about sexual identity (I have been born as a boy, but I feel like a girl – I don’t cut my balls off and I don’t take female hormones, but I take male hormones and I become normal in my own body) – the body can’t be thought of as a less important determinant of sexuality, than the frame of mind of the culprit, but that is how it often happens. The other way is psychological treatment. A person may notice, that his or her sexual inclination doesn’t depend on them, so it isn’t anything bad – bad is only making this inclination come to life with wrong people. What is more – I know a homosexual who confirmed, that it is possible to learn the inclination to women in person. Of course it can happen the other way as well – a jail homosexualism is often seen, when heterosexual men don’t have access to women, so they do their things with other prisoners. If we can learn the inclination to men, why in some environments it is excluded, that some can learn an inclination to women? The previously mentioned familiar of mine said once, that he would like to have a wife and some children, even though he feels an inclination to men. Love doesn’t end on sexuality though, but it lays on the care of another person, on giving yourself to the other person. A homosexual can love a beautiful woman with real, marriage love as well. And, as somebody sometime mentioned, while really loving his wife he will only sometimes turn his head to watch a handsome man, just as any heterosexual sometimes would look at a pretty woman, even though he still is in a married couple.

There still remains the judgment thing. I should not judge, because God is the one Who judges. That’s true, but this argument has been used a billion times and it is thrown anywhere, where somebody has too radical outlooks. Yes – I have radical outlooks and I speak critically of several types of doing things of several types of people, but that doesn’t mean I judge anyone. Judging is condemnation, sending someone to hell. We don’t have rights to do that for sure. We don’t have rights to cross anybody out. But telling somebody what he is doing wrong, especially when we know that from the New Testament, isn’t judgment. It’s a full of care and love method of showing a good, God near way. And there is a fragment in the Bible, that judges everything about homosexuals (it shows, that God has already judged, so we don’t have to judge anybody): “Or do you not know that wrongdoers will not inherit the kingdom of God? Do not be deceived: Neither the sexually immoral nor idolaters nor adulterers nor men who have sex with men nor thieves nor the greedy nor drunkards nor slanderers nor swindlers will inherit the kingdom of God” (1 Cor 6,9-10). Everything’s clear, there isn’t any Kingdom for guys, who have sex with each other (nobody says about feelings, like sexual inclination to a person of the same sex though). It has been said, can’t do a thing about it. The only thing we have to do is to show the reasons of it – which I was trying to do in previous paragraphs. And there can be arguments, that I take objections of only one small part of humanity, that I tend to hate only a narrow group, and there are far more drunkards or sexually immoral and they are doing more bad things. Okay, but they don’t fight for their “rights”. If somebody threw a slogan “More rights for drunkards” or “I’m Christian, but I support thieves rights”, I would stand against it myself. What is more – I have written about thieves (when I said about downloading from the internet), drunkards (speaking of the Crusade I have signed), adulterers (“I haven’t taken place in this farce”) or idolaters many times. Men having sex with other man are only one of these groups, and I don’t hate any of them.

At the end I will emphasize: because God has officially announced in his Book, that men having sex with each other won’t get into the Kingdom of God, nobody, who is a Christian (who acknowledge the Bible and Christ) can’t support gay rights. Are You a gay rights supporter? Please, stop calling Yourself a Christian, for You have struck Yourself off that list.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy