Posts Tagged With: Boże Narodzenie

Adwentowe wzruszenia

gwiazdeczkoKiedy ma się dzieci, wiele rzeczy przeżywa się po raz drugi. Po raz drugi przeżywam fascynację kreskówkami z dzieciństwa, zainteresowanie dziecięcymi książkami czy pierwsze trudy matematyczne albo kaligraficzne. Po raz drugi przeżywam też wzruszenia związane z dzieciństwem czy wczesną młodością. W tym Adwencie jest to związane z przygotowaniem mojego syna do świąt Bożego Narodzenia. W katolickiej szkole, do której uczęszcza, poznają najróżniejsze informacje dotyczące narodzin Syna Bożego, ale słuchają również czasem dziecięcej muzyki dotykającej tej tematyki. Stąd też powrót do pięknego utworu „Świeć, gwiazdeczko, świeć” Arki Noego. Piękny utwór, wspaniały teledysk – którego, zdaje się, nie znałem za czasów, kiedy sam słuchałem Arki. Dzieci idące do Betlejem ratują po drodze zwierzęta, które znalazły się w potrzasku. Na koniec spotykają je przy żłóbku Jezusa.

Stąd już niedaleka droga do mojej chyba najbardziej ulubionej piosenki Arki Noego: „Na drugi brzeg”. Pisałem już kiedyś notkę opartą o ten utwór. Osiem lat temu. Nie jest tak, że towarzyszył mi on przez cały ten czas. Wrócił teraz, razem z „Gwiazdeczką”, w czasie Adwentu. Teraz, kiedy jestem o osiem lat starszy, mam żonę i trójkę dzieci. A wzruszenie dawnym wzruszeniem pozostaje. I przypomina się, że Adwent nie jest tylko oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa w żłóbku. Że nie jest to tylko oczekiwanie na narodziny Jezusa w nas, w naszym życiu. Ale jest to też – a może przede wszystkim – oczekiwanie na ostateczne, końcowe przyjście Jezusa w chwale. Na ten moment, w którym każdy z nas umiera i wyrusza na spotkanie Pana Jezusa w wieczności. Bo wciąż jestem pewien, że każdy ma swój osobisty koniec świata. Każdy „przeżywa” koniec świata w momencie śmierci. I dlatego „Na drugi brzeg” staje się jeszcze bardziej adwentową piosenką, niż „Świeć, gwiazdeczko…”.

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Adwent jest, był i będzie czasem radosnego oczekiwania. Nie jest to tzw. „czas zakazany”, w którym nie można urządzać zabaw, nie można tańczyć i się radować. Niektórzy katecheci starej daty nadal utrzymują, że tak jest, bo tak jest w polskiej tradycji, ale to nie znaczy, że Kościół tak naucza. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, ale nie tylko na narodziny Chrystusa, ale także na własną śmierć. Na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Twórcy Arki Noego znakomicie ujęli ten paradoks w słowa w piosence „Na drugi brzeg”. Jest to piosenka w której czuć obawę przed śmiercią – tak naturalną dla każdego człowieka. Ale czuć też ogromną radość i nadzieję na zbawienie. Bóg w chwili śmierci zaprasza nas do siebie i wiemy, że rozpozna nas kiedy już umrzemy.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Warto podejść do tych ostatnich chwil Adwentu z tą ogromną nadzieją i miłością do Boga, którą mają śpiewające w Arce Noego dzieci. Dziś już przecież dorośli ludzie. Ciekawe, czy oni sami potrafią przeżyć tę tajemnicę tak, jak wtedy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie:
1. Kadr z teledysku „Świeć, gwiazdeczko, świeć”, źródło: http://www.dailymotion.com/video/xvyqd6_swiec-gwiazdeczko-swiec-arka-noego-piosenka-dla-dzieci_music

We wpisie zastosowano następujące filmy:
1. Arka Noego, „Świeć, gwiazdeczko, świeć”
2. Arka Noego, „Na drugi brzeg”

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Józef

Kilka lat temu napisałem bożonarodzeniową notkę o Maryi. Nazwałem ją „Marysia” i przedstawiłem hipotetyczną sytuację, w której nastolatka zamiast przyjąć zwiastowane jej, z Boga poczęte dziecię, decyduje się pozbyć go, by nie mieć z jego tytułu kłopotów. Nie pomyślałem chyba wówczas nawet o tym, co podkreślał wielokrotnie mój długoletni czytelnik i komentator Zgredzik, że w prawie żydowskim normą była „aborcja płodu wraz z matką”, czyli kamienowanie kobiety będącej w ciąży za sprawą kogokolwiek innego niż tylko własnego męża. A dziś chciałbym skupić się na roli męża w całej tej historii.

Święty Józef, mąż Maryi, matki Jezusa, był postacią przez wiele wieków traktowaną bardzo pobocznie. Występuje wszak do pewnego momentu życia Jezusa, w czasie Jego dzieciństwa, a potem znika. Na łamach Pisma Świętego nie wypowiada ani jednego słowa. Postać pozornie mało znacząca. Niedawno jednak Józef stał się osobą często omawianą, często przywoływaną. Mnóstwo kazań czy rekolekcji skupia się na postaci Józefa gdy trzeba powiedzieć o ojcostwie czy małżeństwie, o wierności żonie. Dla mnie osobiście, chociaż milczący, Józef również stanowi wzór prawdziwego męża i ojca.

W starożytnym Izraelu i jeszcze wiele, wiele wieków później, praktycznie do czasów nam współczesnych, młode kobiety nie miały wiele do powiedzenia jeśli chodzi o ich uczucia czy dar miłości. Ich rodzice, mając nad nimi realną władzę, wydawali je za mężczyzn, za których wydać się je opłacało. Wielokrotnie za mężczyzn znacznie starszych niż one same, wymagających bezwzględnego posłuszeństwa i oddania, także cielesnego. Podobnie było prawdopodobnie i z Maryją. W kolędzie śpiewamy o Józefie, że był stary – i prawdopodobnie rzeczywiście był od swojej żony starszy o kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Zanim Maryja za sprawą Ducha Świętego zaszła w ciążę, Józef już był jej mężem, choć nie przeprowadzono jej jeszcze do niego – zaślubiny w Izraelu odbywały się w dwóch etapach: najpierw ślub, potem przeprowadzka – a zatem do współżycia nie doszło (stąd to sławetne „nie znam męża”, chociaż przecież już go znała). Kiedy Józef dowiedział się o tym, że jego znacznie młodsza małżonka jest w ciąży, chciał ją oddalić. Nie było to równoznaczne z przysługującym mu prawem wydania na ukamienowanie, ale nawet jeśli Maryja przeżyłaby tę sytuację, do końca życia byłaby wytykana palcami jako matka bękarta, oddalona przez męża, wydana na pośmiewisko.

St Joseph taking care of JesusDo Józefa przyszedł jednak anioł, by powiedzieć mu jak cała sytuacja wyglądała. Oczywiście nie wiemy, czy gdyby nie zwiastun z niebios, Józef postąpiłby podobnie przemyślawszy sprawę, ale wiemy o tym, że wkrótce Józef wziął ją do siebie – zatem przyjął Maryję jako swoją prawowitą małżonkę. Potem oboje wybrali się na spis ludności do rodzinnego miasta Józefa – Betlejem. Niektórzy mówią (dziś słyszałem, jak w ten sposób mówił Robert Friedrich w głoszonych wraz z Adamem Szustakiem OP rekolekcjach adwentowych), że Józefa i Maryi nie przyjęto w gospodzie, bo wiedziano o nim, iż wziął sobie kobietę w ciąży, co było uważane za zniewagę i nie chciano mieć z nim nic wspólnego. Osobiście myślę inaczej. Myślę, że Józef „wziął ją do siebie” na tyle szybko, że nikt wcale nie musiał wiedzieć, iż Maryja była w ciąży już uprzednio. Owszem, po tym jak życie Jezusa się wydarzyło, wiele osób dowiedziało się, jaka była prawda. Na początku jednak sam Józef rozegrał wszystko tak, by wyglądało jakby Maryja stała się brzemienną za jego sprawą, a nie za sprawą Ducha Świętego. Prawnie zatem to Józef był ojcem Jezusa, o czym świadczy choćby rozmowa Maryi z dwunastoletnim Jezusem w świątyni w Jerozolimie: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

Józef, choć był starszym od Maryi mężczyzną, który miał – owszem – opiekować się nią i troszczyć, ale również miał do niej prawo i mógł nią zarządzać jak własnym dobrem, przyjął nie tylko ją pod swoje pełne miłości ramiona. On również wziął jej dziecko, przyjął je jako swoje i tak też, prawdopodobnie, mówił innym. Moim zdaniem to świadczy o tym, że nie tylko Maryja sama została uprzednio wybrana przez Boga na matkę Zbawiciela. Również i Józef, w rzeczywistości opiekun, według prawa ojciec Jezusa był wcześniej przez Boga do tej roli przygotowany.

Józef staje się dla nas wzorem męża idealnego. Jest w stanie kochać swoją żonę tak, że kocha, wychowuje i kształci jej dziecko, przyjmując je z pełną odpowiedzialnością jako swoje. Jezus stał się prawdziwie synem Józefa, bo Józef postanowił przyjąć Go jako swojego syna. Czego uczy mnie postawa Józefa? Tego, że – jeśli kocham swoją żoną naprawdę – jestem gotów przyjąć każde jej dziecko jako swoje, nawet jeśli nie będzie ono w rzeczywistości moje.

Gdybyśmy dopiero szukali dla siebie żony i pokochalibyśmy kobietę, która jest w ciąży, nie za naszą sprawą, albo która ma już dziecko czy dzieci, czy potrafilibyśmy – tak jak Józef – zaufać Bogu i przyjąć jej dzieci jako swoje?

Tak często słyszy się o mężach, którzy opuszczają swoje żony – tak, dzieje się to do dzisiejszych czasów! – kiedy te zostają zgwałcone, tak jakby stawały się nieczyste, winne swojego nieszczęścia. Nie mówiąc już o przyjmowaniu dziecka pochodzącego z tego gwałtu jako swojego. Czy my, gdyby nasza żona została zgwałcona i w wyniku tego gwałtu zaszła w ciążę, próbowalibyśmy wymóc na niej aborcję, czy też zaufalibyśmy – tak jak Józef – Bogu i przyjęlibyśmy to dziecko jako nasze?

Jeśliby wreszcie nasza żona zdradziła nas i w wyniku zdrady zaszła w ciążę. Potem przyszłaby do nas i w żalu wyznała nam to wszystko. Albo chciałaby odejść, by samotnie lub z nowym partnerem zająć się dzieckiem. Czy odtrącilibyśmy ją, czy może – tak jak Józef – zaufalibyśmy Bogu i zabiegalibyśmy o dobro, o miłość naszej małżonki, przyjmując jej dziecko, pochodzące ze zdrady, jako swoje?

Mam wielką nadzieję i wierzę w to mocno, że – mimo może rozgoryczenia, złości, smutku, żalu i wielu innych uczuć mogących towarzyszyć każdej z powyższych sytuacji – odpowiedź w moim przypadku zawsze brzmiałaby „tak”. Tak, bo moim wzorem jest Józef, mąż Maryi, który – choć miał wiele praw – nie skorzystał ze swoich przywilejów, lecz wziął Maryję i jej dziecko do siebie, stając się Jego prawdziwym ojcem.

I wreszcie, na koniec, pytanie: czy, będąc ojcami naszych dzieci i dzieci naszej żony, mamy dla tych dzieci czas? Czy jesteśmy dla nich naprawdę, oddani w całości, czy może znikamy rano, gdy jeszcze śpią, wracamy z pracy wieczorem, gdy już śpią, a nawet jeśli jesteśmy obok nich, to rzeczywiście jest to obok, a nie z nimi? Ja czasem wychodzę bardzo rano i wracam bardzo wieczorem. Mogę przez cały dzień nie zobaczyć swoich dzieci. Nie znoszę takich dni i dlatego walczę o możliwość przeprowadzki na wieś, skąd do pracy będę miał 10 minut jazdy, a nie dwie godziny. Bo pragnę, tak jak Józef, być prawdziwym, oddanym ojcem swoich dzieci.

Niech w te święta Bożego Narodzenia postać Józefa prowadzi nas do poznania prawdy o naszym małżeństwie i rodzicielstwie.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zgodne z wolą Pana

To nie będzie długa notka, chciałem tylko złożyć życzenia. Każdemu, kto na stałe czyta mego bloga oraz wszelkim przypadkowym odwiedzającym. Chyba jasne jest, że nie przeczytacie tu prostych życzeń zdrowia, szczęścia i pomyślności, choć każda z tych rzeczy z pewnością godna jest bycia życzoną. Mogę życzyć pieniędzy, sobie też ich życzę, ale z oczywistą rezerwą – bo gdybyśmy je już dostali, to czy zrobilibyśmy z nimi coś dobrego? Zbudowałbym dom, kupił samochód i… mam jeszcze wiele pomysłów których chyba wcale nie powinienem realizować…

Dziś życzę wszystkim, aby Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla nich „Merry Christmas”, a nie „Happy Holidays”. Żeby prezenty, choinka i wigilijne obżarstwo nie były istotą świąt, lecz wyłącznie świętowaniem czegoś większego. Większego, czyli narodzenia Pana Jezusa, Jedynego Prawdziwego Boga i Zbawiciela. I nie w żłóbku betlejemskim, ani nawet nie w naszym domu – lecz w każdym z nas. I aby to narodzenie trwało już na zawsze, a nie do następnego grzechu w dniu jutrzejszym, z którego wyspowiadamy się dopiero przed Wielkanocą (albo i nie).

Przede wszystkim życzę jednak spełnienia wszelkich najskrytszych i najjawniejszych marzeń, tych, które są zgodne z wolą Pana.

Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Bojkot Bożego Narodzenia

Osobiście znam trzy osoby, które to zrobiły. Ale choćbym nie znał ani jednej, nie mam wątpliwości, że jest ich więcej. Dużo więcej.

W okolicy Bożego Narodzenia zwróciłem uwagę, że kilkoro moich znajomych, wierzących i praktykujących katolików, uczestnicząc w mszach świętych nie przystępowało do Komunii. Później okazywało się, że z różnych powodów nie przyjęli wcześniej sakramentu pojednania. Powody można by wymieniać. Strach przed spowiedzią. Zatwardziałość w grzechach. Brak skruchy i woli poprawy. Albo za długa kolejka do konfesjonału. Jakiekolwiek by nie były, doprowadziły do wystawienia Pana na próbę. Kolejną próbę.

Bóg przychodzi na świat, rodzi się w stajence. Pragnie też urodzić się w każdym z nas. Dać nam szansę zacząć na nowo. Ale my z powodu własnych słabości i braku zaufania każemy mu czekać. Ciągle czekać. Buntujemy się przeciw Jego miłości. Nie chcemy, by się urodził w nas.

Bojkotujemy Boże Narodzenie.

Gdy dowiedziałem się o tym, o każdym z tych trzech przypadków, zrobiło mi się bardzo przykro. Nie, nie miałem do nikogo żalu. Nie złościłem się na nikogo. Tylko łzy cisnęły mi się do oczu w smutku wywołanym ciemnością panującą w człowieku, której nawet rodzący się Bóg nie jest w stanie pokonać. Bo my nie chcemy Mu na to pozwolić.

Dlaczego dziś piszę o tym, zapytacie. Przecież Boże Narodzenie minęło trzy miesiące temu. Za trzy dni Wielkanoc. Już nie rodzi się Bóg. Już Zmartwychwstaje…

Otóż właśnie dlatego. Dlatego, że jedna z tych znanych mi osób poszła do spowiedzi kilka dni temu. Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna, z bojkotem Bożego Narodzenia po drodze. Dlatego, że nadchodzi Wielkanoc, w czasie której Chrystus chce zmartwychwstać. Także zmartwychwstać w nas. Piszę to, bo macie jeszcze czas. Jeszcze te trzy dni na nawrócenie. Na pojednanie z Panem.

Na to, by nie pozwolić sobie na komfort bojkotu Wielkanocy…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 24 Komentarze

Marysia

Mówili na nią Marysia. Miała 14, może 15 lat. Wesoła, grzeczna, usłużna. Kochała rodziców. Nie tylko rodziców. Miała też chłopaka. Był wprawdzie dużo od niej starszy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Byli razem szczęśliwi.

Pewnego dnia jednak zdarzyło się coś niespodziewanego. Marysia zaszła w ciążę. Nie miała pojęcia jak to mogło się stać. Sam fakt był dla niej szokiem, nie wiedziała co zrobić, gdzie się podziać. Jej chłopak nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie miał ochoty niańczyć dzieciaków – jeszcze nie teraz. Ona? W zasadzie również nie miała na to ochoty. Ale chciała urodzić. Coś mówiło jej, że powinna…

To było bardzo dawno – nie istaniały jeszcze kliniki aborcyjne. Ale ludzie od zawsze znali sposoby na pozbycie się niechcianej ciąży. Ziółka, nie ziółka. Pokrzywki, nie pokrzywki. Zawsze dało się znaleźć szarlatana, który wiedział jak sprawę załatwić. Znane były też przypadki zrzucania kobiet ze schodów. Poronienie niemal gwarantowane.

Czuła, że powinna urodzić. Jednak. Ale naciski tych, którzy wiedzieli, były zbyt wielkie. Rodzice wiedzieli, że okoliczna społeczność może nawet zabić samotną matkę z dzieckiem. Razem z dzieckiem. Ojciec w sumie sam nie wiedział, czy nie zabiłby ich osobiście. Matka miała znajomości.

Usunęła.

Jakiś czas czuła się kiepsko, ale potem wyszła z tego. Żyła jeszcze długie lata. Ale nigdy nie była szczęśliwa. Tak naprawdę nikt nigdy nie był szczęśliwy.

Chłopiec, który miał się narodzić, nazywałby się Jezus. 33 lata później umarłby w męczarniach na krzyżu, potem by zmartwychwstał, dając nam zbawienie. Dając nam szczęście, jedyne prawdziwe szczęście. Bo nie dano nam, ludziom, innego Imienia niż to, które jest Jego.

…Wtedy się obudziłem. To tylko koszmar. Zły sen. Dziś jest ten dzień. Jezus urodził się. Marysia, choć rzeczywiście się bała, pokonała strach. Józef, jej chłopak, przyjął to dziecko jako swoje. Rodzice Marysi – Anna i Joahim – pokochali je z całego serca. Ono urodziło się, przyszło na świat, by nas zbawić. By dać nam szczęście.

To potworne jak wielkie zło może wyniknąć z grzechu aborcji…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj

Kiedyś była nawet popularna taka gierka chodząca po internecie, w której Jezus i Mikołaj kłócili się najpierw kto jest najważniejszy w święta. A może to był jakiś odcinek South Parka, to zresztą mało ważne. Ważne że w tym filmiku oni zaczęli się w końcu nawalać. Może to nie jest dobry pomysł by rysować Chrystusa bijącego się z Mikołajem na piąstki, ale bardzo trafnie obrazuje nastałą już także w Polsce sytuację. Sytuację pojedynku świętości z komercją, czyli Boga z mamoną. W której chyba jednak ostatnio wygrywa Święty Mikołaj…

I tu nie chodzi wcale o tego prawdziwego Świętego Mikołaja, który żył sobie na przełomie wieku V i VI, był ubogim biskupem, który tym co miał, dzielił się z dziećmi, czy może ogólniej, z potrzebującymi. Tu bardziej idzie o gościa zwanego Santa Claus, u którego mitra zmieniła się w czapę z pomponem, ornat w czerwony płaszczyk a pastorał w worek z prezentami. Bo choć tradycja dawania prezentów która uczyniła Świętego Mikołaja patronem obdarowywania trwa już od zamierzchłego Średniowiecza, to dopiero w latach 30 ubiegłego wieku Coca Cola zmieniła sobie Mikołaja w swój symbol handlowy, który rozrósł się, przerastając najśmielsze oczekiwania. Dziś Święty Mikołaj nie jest już symbolem dzielenia się ostatnim groszem z potrzebującymi. Dziś nie jest już też symbolem brązowego odrdzewiacza (którego zresztą lubię się napić podczas pracy w McDonaldzie). Teraz Mikołaj stał się symbolem komercji, gonitwy za prezentami i uszczęśliwiania się nawzajem za wszelką cenę. Stał się też symbolem zapomnienia…

Zapomnienia o czym? – gotowi jesteście spytać. Zapomnienia o tym, czym są właściwie Święta. I skąd się wzięły. A wzięły się stąd, że pewnej nocy, gdy Józef z Betlejem nie mógł znaleźć dla siebie i swej żony miejsca w gospodzie, rozłożył się obozem w stajence, w której owa żona powiła Synka. Synka pisanego z dużej litery, gdyż Synek ów przyszedł na świat jako Syn Boga, który wśród brudu i biedoty miał się urodzić, wychować, dorosnąć, a potem w takich samych warunkach nauczać. Urodzić się, wychować, dorosnąć i nauczać po to, aby zbawić świat. Jezus dostał wprawdzie od magów ze wschodu Mirrę, Kadzidło i Złoto, ale dostał też tysiące zniewag od ludzi i to od samych narodzin aż po śmierć. I tych zniewag do tej pory doświadcza, choć dzieło Jego doczesnej pracy na ziemi już się dopełniło. Jedną z wielu zniewag jest właśnie Jego walka o prymat w okresie Bożego Narodzenia. Ale w takiej sytuacji należy przypomnieć sobie Jego osobiste słowa: „Ostatni będą pierwszymi”. Jezus zawsze był ostatni…

Podsumuję całe to rozważanie innym rozbrzmiewającym hukami pojedynkiem. Boże Narodzenie kontra Wielkanoc. Wielkanoc w Kościele jest obchodzona od początku chrześcijaństwa i od zawsze jest najważniejszym kościelnym świętem. A jednak gdyby spytać kogokolwiek, które z tych dwóch woli, z dużym prawdopodobieństwem odpowiedziałby, że Boże Narodzenie. Dlaczego? Bo dostaje prezenty… Prezenty. Czyli jednak wygrywa Mikołaj. Bogu ducha winny Mikołaj, biskup z Turcji, którego przeprowadzili na Biegun i uczynili symbolem handlu.

A dzieciątko płacze, czekając na nas w żłóbku…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 11 Komentarzy