Posts Tagged With: Chrześcijaństwo

Kościół wypróżniony

Miłym zaskoczeniem okazał się dla mnie 1 stycznia, gdy przyszedłem do kościoła na święto obowiązujące, a kościół wypełniony był po brzegi. W dniu po Sylwestrze! Zastanawiałem się, co skusiło tych wszystkich ludzi, którzy zwyczajowo przychodzą w Boże Narodzenie i Wielkanoc, zwlec się na mszę w Nowy Rok. Bo przyznać trzeba, że w zwykłą niedzielę rzadko ogląda się takie tłumy.

To jednak chwalebny wyjątek od smutnej reguły, która wynika poniekąd z dobrych przemian Kościoła. Kościół się powoli zmienia, stopniowo liberalizuje, zwłaszcza od Soboru Watykańskiego II wychodzi z Bogiem do ludzi. Wielu tradycjonalistów potępia te ruchy, neguje przyjmowanie Komunii na rękę czy na stojąco, spożywanie Krwi Chrystusa, nawet mszę w językach narodowych. Ja, jako tradycjonalista zagorzały (pierwsza Komunia przyjęta była do rąk, na stojąco – bo w czasach Chrystusa przy stole się nie siadało – pito ze wspólnego kielicha i mówiono w rodzimym języku – a zapisano to po grecku, nie po łacinie) jestem też wielkim zwolennikiem Soboru Watykańskiego II i liberalizacji w Kościele. Liberalizacja ta bowiem jest nie tylko nie w smak tradycjonalistom, ale też kościelnym i pozakościelnym liberałom. Liberałowie chcieliby reform, które doprowadziłyby do zaakceptowania małżeństw homoseksualnych, kapłaństwa kobiet, dopuszczenia do sakramentów zagorzałych grzeszników i wpuszczenia do Kościoła wszystkich, którzy chcieliby żeby ktoś ich przytulił, pod warunkiem, że będą mogli żyć i myśleć po swojemu. Dla liberałów odarcie liturgii ze średniowiecznej mistyki – która moim zdaniem czasem jest miła dla oka i ucha, częściej jednak zaburza właściwy odbiór treści liturgicznej – czyli włączenie wiernych w celebrację i wprowadzenie języków zrozumiałych, jest wyłącznie pretekstem do wzmożenia kłótni o władzę kleru i niesprawiedliwość Kościoła. Liberalizacja w Kościele nie jest bowiem wystarczająca dla liberałów, ani ich grzeje, ani ziębi, a jedynie udostępnia narzędzia walki.

Dosięgnęły nas głosy osób, które bardzo żałują, że sprzeczają się z Kościołem. Chcieliby bowiem należeć do wspólnoty, która ich akceptuje, obdarza szacunkiem i utula w cierpieniach. Wspólnota ta jednak nie pozwala im na własne myślenie, czyli na niezgadzanie się z jej założeniami. Mnie to ostatnie wcale nie dziwi. Jeśli ktoś bowiem chce należeć do jakiejś wspólnoty, powinien przede wszystkim przyjąć w tej wspólnocie panujące zasady. Chcę należeć do harcerstwa – zobowiązuję się do niepicia alkoholu, do niepalenia papierosów. Oczywiście nie muszą mnie złapać. Jednak nieuczciwością wobec harcerstwa jest to, że przynależę do niego nie przestrzegając jego zasad. Nieuczciwością wobec Kościoła jest to, że należę do niego, negując panujące w nim zbiory praw i obowiązków. Nieuczciwością jest żądanie od Kościoła przywilejów (daj mi ślub i chrzest dla dziecka, albo najlepiej odwrotnie), bez spełniania obowiązków i przestrzegania przepisów. A w ludziach dziś coraz częściej pojawia się podobne pragnienie. Widzą Kościół jako centrum usług polegających na wypełnianiu polskich tradycji (dziecko trzeba ochrzcić, ślub trzeba wziąć). Wpadają w furię, gdy każą im za te usługi płacić – przecież i tak muszą wydać majątek na chrzciny czy wesele. Kościół powinien dać sakrament każdemu i dać go za darmo.

Podobnie ostatnio jest w kwestii Komunii świętej. Nie chodzi tylko o Pierwszą Komunię, lecz ogólnie o dostęp do sakramentu Eucharystii. Pojawiają się ruchy walczące o możliwość przyjmowania Ciała Chrystusa przez żyjących w ponownych związkach rozwodników, aktywnych homoseksualistów, itp. I ponownie pojawia się argument, że oni mają prawo, a Kościół ma obowiązek.

Kościół stoi jednak na filarach Ewangelii. Kościół opiera się na Listach Pawłowych. Kościół został zbudowany na Prawie i Prorokach. Kościół powstał na fundamencie, którym jest sam Chrystus Pan. Chrystus nie był zaś żadnym liberalnym oszołomem. Miał poważne myślenie, stawiał trudne warunki i ciężkie do spełnienia obostrzenia. Paweł, natchniony przez Niego pisał, że kto niegodnie przyjmuje Ciało, ten jest winien przelewu Chrystusowej Krwi. To oznacza, że Kościół nie ma obowiązku. Kościół jest strażnikiem sakramentów, dogmatów, wiary chrześcijan. Dogmaty są prawdami przekazywanymi przez Kościół i ten, kto nie chce ich przyjmować, nie należy do Kościoła. Ten, kto chce mieć za darmo nic z siebie nie dając, bo podobno mu się należy, nie należy do Kościoła. Ten, kto współżyje niegodnie, nawet z własną żoną, kto nie przestrzega zasad Kościoła dotyczących współżycia pozamałżeńskiego czy antykoncepcji i świadomie uważa, że ma do tego prawo, nie należy do Kościoła.

Kościół się opróżnia. Więcej. Kościół się wypróżnia. Odchodzą liczni popularni, niegodni sprawowanego urzędu sakramentalnego kapłani. Wchodząc w szeregi liberałów walczących o prawa homoseksualistów, biorąc śluby w urzędach, najlepiej udowadniają, gdzie przynależą i dlaczego o Kościele nie mają zielonego pojęcia. Odchodzą liczni niegdyś wątpiący wierni, którym wydaje się, że muszą odsunąć się od Kościoła, bo on nie jest taki, jak oni by chcieli. Oni przemyśleli i nie znajdują dla siebie miejsca. Niektórzy wrócą po chrzest dla dziecka. Kościół go udzieli, jeśli spojrzy przychylnie na dziecko, ale nie dlatego, że komukolwiek się cokolwiek należy. Inni nie wrócą z założeniem, że dziecko powinno wybrać samo, jak będzie starsze. Oczywiście dziecko wybierze za rodzicami drogę wygodną i zbyt szeroką, by dojść do Królestwa Bożego. Chyba, że coś pomoże mu się zbuntować.

Niedługo Kościół, przynajmniej ten w Europie, będzie wypróżniony. Pozostaną jednostki wierne wspólnocie, do której chcą należeć. Przyjmujące i rozumiejące dogmaty, przyjmujące i rozumiejące Ewangelię. Pozostali sobie pójdą. Niektórzy będą kąsać. Dla Kościoła kąsanie zawsze było komplementem. Smacznego! I dobranoc. Jak będą chcieli, to wrócą. Ale na warunkach Kościoła, a nie na swoich warunkach.

Pod warunkiem, że nowy papież nie będzie jakimś liberałem. Wtedy będzie nam potrzebna rzesza świętych Franciszków…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Krótki komentarz do chrześcijańskiej nadziei

Jakiś czas temu zdarzyło mi się otrzymać na uczelni zadanie skomentowania pewnego artykułu Jean’a Delumeau zatytułowanego „Chrześcijańska nadzieja”. Ponieważ z efektu mej pracy jestem dość zadowolony, zamieszczam mój komentarz jako notkę, by został zapamiętany przez przyszłe pokolenia. Artykuł możecie przeczytać w tym miejscu: LINK. Komentarz możecie przeczytać poniżej:

***

Komentarz do teksu „Chrześcijańska nadzieja” Jean’a Delumeau

Lektura tekstu Jean’a Delumeau wywołała we mnie skrajne uczucia – od zachwytu nad mądrością słów, poprzez kpiące powątpiewanie, aż po bunt i gniew. Myślę, że najlepszym komentarzem będzie analiza tekstu poprzez analizę kolejnych moich, przytoczonych powyżej, uczuć.

Najpierw był zachwyt. Autor potwierdził bowiem fakt, którego nie da się nie zauważyć, a który starają się podważać lub negować niektórzy znani mi biskupi, że chrześcijaństwo przeżywa obecnie dość poważny kryzys. Zaznaczył jednak przy tym, że kryzys nie jest na tyle poważny, by obawiać się najgorszego, tego, co nazywamy śmiercią Boga. Bo choć współcześnie różne naukowe poglądy doprowadzają wielu do zwątpienia, to jednak i one nie odnajdują (i, jak przekonuje autor, nigdy nie odnajdą) odpowiedzi na pytania ostateczne, takie jak pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem („Temu, kto przyznaje, że nie da się zobaczyć, co jest za zasłoną, nie wolno stwierdzić, że tam nic nie ma” – cytat za Hansem Küngiem). Innym pytaniem, na jakie nauka nie może znaleźć odpowiedzi, jest to, czy duch jest tylko objawem działania mózgu. I rzeczywiście, wielu stara się udowodnić, że myślenie, wolność, etc. wynikają jedynie z naturalnego działania dobrze rozwiniętego mózgu, że są efektem impulsów elektrycznych. Tymczasem Delumeau podkreśla, cytując Lichnerowicza: „Nie mylmy kabla telefonicznego z informacją, która przez niego przepływa”. Może mózg jest fizyczny, impuls elektryczny również, jednak z pewnością nie jest fizycznym słowo, a zwłaszcza treść w tym słowie zawarta.

Kpiące powątpiewanie obudziło się we mnie na kilku etapach lektury. Trochę już w tym samym momencie, kiedy odczuwałem zachwyt: gdy na przykład czytałem o tym, że nauka nie odkryje, co było przed Wielkim Wybuchem. Przypomniało mi się bowiem, że nie tak dawno czytałem książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, która napawała mnie nota bene jeszcze większym kpiącym powątpiewaniem. Otóż Dawkins, jako naukowiec-ateista, głosi teorię, że jeśli dziś nauka jest bezradna w tej czy innej kwestii, nie znaczy to, że już zawsze tak pozostanie. A co z tego wynika – twierdzi dalej – istnienie czy nieistnienie Boga jest również problemem naukowym i przyjdzie czas, kiedy nauka będzie w stanie postawić diagnozę. Rzecz jasna nie zgadzam się z Dawkinsem, ale zdaję sobie sprawę, że gdy ktoś jemu podobny przeczyta ten tekst, uśmiechnie się z politowaniem, i kręcąc głową powie: „Jak wy mało w nas wierzycie, religijni wariaci”. Wiem też, że ludzie pokroju Delumeau podobnie pomyślą o treściach głoszonych przez ateistów, ale wzajemne kpienie i kiwanie głowami nigdy nie rozwiąże sprawy. Stąd i kpiące powątpiewanie w moim przypadku – jestem w stanie wczuć się bowiem w sytuację ateisty, który w tym tekście nie znajdzie dla siebie odpowiedzi.

Lekkim powątpiewaniem owiał mnie również fragment tekstu, w którym autor skupił się na pochodzeniu zła, w pewien sposób może nie negując, lecz podważając katolicką naukę o grzechu pierworodnym. Odejmując tej nauce dużą część powagi. Jak pisze Delumeau: „Jezus nigdy nie mówił o grzechu pierworodnym i nie wypowiadał się na temat pochodzenia zła”. Owszem, może rzeczywiście na kartach Ewangelii nie zapisano żadnych słów Jezusa w tym temacie, ale po pierwsze to nie świadczy o tym, że Jezus nigdy o grzechu pierworodnym nie mówił, ani że nie znajdziemy podobnej nauki w Nowym Testamencie. Nauka o grzechu pierworodnym opiera się w dużej mierze na listach św. Pawła, a przecież my, katolicy, wierzymy, że te listy są w tym samym stopniu natchnione przez Ducha Świętego, co cała reszta Pisma Świętego.

Najmocniej jednak dały o sobie znać uczucia związane z buntem i gniewem, w pewnym sensie również z politowaniem. Mniej więcej w połowie artykułu autor daje nam poznać swoje prawdziwe oblicze. A oblicze to można określić jako katolika wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego. Choć ja określiłbym je jeszcze inaczej: wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego kogoś, kto uważa się za katolika. Już przy lekturze kwestii dotyczącej grzechu pierworodnego natknąłem się na wytłuszczony gdzie indziej, kategorycznie brzmiący tekst: „Wydaje mi się więc konieczne, by Kościoły chrześcijańskie dały tu klucz do lektury i w trzech punktach przeprowadziły w tej kwestii aggiornamento: 1) ogromu pierwszego grzechu; 2) skazania na śmierć; 3) dziedziczności winy.” W dalszym zaś ciągu autor przedstawia swoją wizję owego aggiornamento, które, można by przypuszczać, Kościół powinien przyjąć (a które w dużej mierze nie zgadza się z nauką Kościoła). Ten fragment można by było traktować wyłącznie jak wybryk autora, jednak już wkrótce napotykamy większość typowej dla liberałów, autorytarnej mowy, której w tekstach katolickiego autora być nie powinno. Mamy tu więc wypominanie papieżowi mianowania nowych biskupów i zdejmowania ekskomuniki z lefebrystów „bez konsultacji z episkopatem francuskim” (którą to konsultację, zdaniem autora, papież powinien uznać za konieczną). Mamy apel o decentralizację i demokratyzację („uważniejsze wysłuchiwanie głosu wiernych”) w Kościele. Mamy wołanie o większą kulturę dyskusji, powiązaną z odebraniem władzy hierarchii (cytat za kardynałem Danneelsem: „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja”). Mamy wreszcie propozycję głębszego, wspólnego zastanowienia się nad problemami takimi jak: celibat księży, kapłaństwo kobiet, antykoncepcja, czy status religijny osób, które po rozwodzie żyją w drugim związku małżeńskim. A wreszcie dochodzimy do fascynującej myśli autora, by ekumenizm międzyreligijny ograniczyć do ratowania planety, tj. do zapobiegania „wojnom, torturom i epidemiom (…) co nie przeszkodziłoby w niczym pogłębianiu przez każdego jego własnej religii”. W ostatniej kwestii Delumeau nie omieszkał podeprzeć się przykładem Jana Pawła II, którego nauczanie odczytuje jako dążące do wszelkiej wolności religijnej i dialogu.

Myślę, że moje oburzenie wymaga wyjaśnienia, bym nie wyszedł na katolickiego fundamentalistę. Otóż po pierwsze: nauka o dziedziczności winy za grzech pierworodny (który nie jest ani ogólną tendencją do grzeszenia, ani jakimś symbolicznym grzechem, lecz pierwszym grzechem pierwszych ludzi prawdziwie i rzeczywiście) jest potwierdzona przez Pismo Święte (może nie przez Ewangelię, ale z pewnością, jak już wspominałem, przez listy św. Pawła) i wiele wieków chrześcijańskiej tradycji. Ja sam zresztą rozumiem grzech pierworodny jako niezawinioną konsekwencję (jak obrażenia odniesione w wypadku, który spowodował ktoś inny), niż karę dziedziczną. Co się zaś tyczy ogromu pierwszego grzechu – to oczywiście był on ogromny, właśnie dlatego, że był pierwszym grzechem. A śmierć, jak rozumiemy, jest dla człowieka nie tylko biologiczną konsekwencją, lecz również jakimś końcem – a więc musi być rozumiana jako coś w rodzaju kary. Jeśli wierzymy, że Bóg da nam w Królestwie życie wieczne, to dlaczego nie wierzymy, że przed utraceniem Raju mógł nam je również dawać? Czy druga kwestia jest bardziej „mityczna” niż pierwsza? Po drugie: to, że żyjemy w czasach, gdy uznanym ogólnoświatowo ustrojem jest demokracja i że po to, by przetrwać, należy dostosowywać się do czasów, w jakich przyszło nam istnieć, nie oznacza, że Kościół ma obowiązek się zdemokratyzować. Wręcz przeciwnie – choć należy poszukiwać nowych metod ewangelizacyjnych, takich jak wykorzystanie internetu, telewizji, czasopism, należy również pozostać przy ustanowionym przez Jezusa prymacie Piotra nad całym Kościołem. Papież więc, jako głowa widocznego Kościoła na ziemi, nie ma żadnego obowiązku pytać kogokolwiek o zdanie dotyczące decyzji, które podejmuje. Czasem ma wręcz obowiązek zachować się zupełnie odwrotnie do tego, czego chcieliby wszyscy inni – to wynika z nadanej papieżowi przed wiekami władzy kluczy i nikt nie ma prawa się temu sprzeciwiać. Po trzecie: tak, jak nie wolno żądać odebrania władzy papieskiej papieżowi, tak nie wolno żądać odebrania decyzyjności hierarchii na rzecz ogółu. Cytat „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja” brzmi trochę jak skarżenie się, że w kraju, w którym mieszkamy decyzje podejmuje prezydent, premier lub rząd, kiedy akurat nie mamy wyborów albo referendum ogólnonarodowego. Naprawdę, ciężko byłoby żyć w Kościele, w którym każdy podejmowałby swoje własne, niezależne decyzje (bo zbieranie wszystkich biskupów w celu omawiania każdej sprawy z osobna byłoby niemożliwe), chyba, że założylibyśmy z góry, że dzielimy się oto na setki i tysiące małych kościółków, w których różnice nie sprawiają braku jedności – której to zresztą jedności nie konstytuuje nic, bo nie istnieje widzialna głowa Kościoła. Po czwarte: dyskusja w Kościele, dotycząca celibatu, kapłaństwa kobiet, antykoncepcji i rozwiedzionych trwa od lat, jest niezwykle burzliwa i nieprzyjemna, choć osobiście uważam, że zwolennicy zmian mogliby wreszcie uznać z pokorą kościelną hierarchię, jak również postarać się zrozumieć dlaczego są w błędzie (wyjątkiem są, moim zdaniem, zwolennicy zniesienia celibatu, choć krzycząc tak głośno, mają liche szanse na wskóranie czegokolwiek). Autor tekstu nawołuje zaś o dopuszczenie do dyskusji prawdopodobnie nie dlatego, że do dyskusji nie dopuszczono, lecz dlatego, że jest zwolennikiem radykalnych zmian (tj. radykalnej liberalizacji). A co za tym idzie – i co typowe jest dla liberalnego myślenia – nawoływanie o „dopuszczenie do dyskusji” jest tożsame z „wprowadzeniem zmian na naszą korzyść”. Ludzie tacy, jak Delumeau stwierdzą, że nareszcie pozwolono im zabrać głos dopiero wtedy, gdy celibat będzie zniesiony, kapłaństwo kobiet wprowadzone, antykoncepcja zatwierdzona, a cudzołożnicy przystąpią legalnie do stołu Pańskiego. A wtedy pewnie żachną się, że strasznie długo to trwało i każą przepraszać za „poważne błędy”. Po piąte wreszcie: to, że Kościół jest dziś zwolennikiem wolności religijnej i prawa wyboru nie oznacza, że jest również za równością wszelkich religii istniejących na świecie oraz ich współpracy dla dobra świata, bez wchodzenia we wzajemne rewiry. Należy podkreślić, że oprócz tolerancji religijnej Kościół stawia również na ewangelizację – czyli niesienie światu prawdy o Jezusie Chrystusie, o zbawieniu. Kościół ma obowiązek oddalić się od nowomodnej, new-age’owskiej doktryny „Wszyscy jesteśmy równi”, a trzymać się jak najbardziej Jezusowego nakazu „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Ekumenizm, co również przecież podkreślał Jan Paweł II (którego używa się jak afiszu tylko w kwestiach, w których jego nauka była dla nas korzystna), to nie tylko tolerancja dla wolności religijnej – lecz przede wszystkim dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w jednym, powszechnym i apostolskim, katolickim Kościele Jezusa Chrystusa.

Podsumowując – tekst miejscami robi wrażenie mądrego, lecz w głównej mierze rozjusza i denerwuje ludzi, którzy nie tylko czują się członkami Kościoła katolickiego, do czego autor tekstu również się przyznaje, ale także respektują panujące w nim zasady, czego Jean Delumeau kategorycznie odmawia. Tak czy inaczej – artykuł skłania do refleksji. Dzięki niemu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepszy Kościół niewielu wiernych Chrystusowi chrześcijan, niż „jedna owczarnia” tłumu, który z owczarnią ma często tyle wspólnego, że zje całą trawę, zostawi nienadający się do niczego nawóz i poprosi o więcej. I że papież powinien wreszcie zacząć częściej korzystać z przysługującej mu władzy ekskomuniki.

***

Dziękuję serdecznie za lekturę i bardzo proszę o wyrażanie własnych opinii. Jest to dla mnie dość ważne – i pozwala mi widzieć cel w moim pisaniu. Przy okazji dodam, że jestem w trakcie pisania kolejnej notki i mam nadzieję wkrótce ją zamieścić.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze