Posts Tagged With: Chrzest

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Reforma sakramentalna

Zwróciłem uwagę, że ostatnio kilka tematów interesuje mnie w sposób szczególny i piszę głównie o nich. Poza liturgiką najczęściej są to sakramenty. Nie dziwię się temu, ponieważ sakrament jest sposobem, w który Bóg objawia się nam na codzień, w normalnym życiu. Życie sakramentalne jest właśnie namacalnym życiem w bliskości z Bogiem. I dlatego właśnie, ze względu na tę bliskość, ale i na łatwość profanacji, niepokoi mnie z każdym momentem coraz bardziej podejście do sakramentów w Kościele.

Nie chodzi mi wyłącznie o Kościół w Polsce, trzeba jednak podkreślić, że tę część Kościoła jest mi najłatwiej obserwować, bo właśnie w Polsce mieszkam. Moi stali czytelnicy wiedzą już, co denerwuje mnie w tym wszystkim najbardziej. Najbardziej denerwuje mnie spęd osobników w określonym wieku, dwa razy w życiu, celem przyjęcia albo Eucharystii, albo bierzmowania. Denerwuje mnie podejście, dotyczące wcale nie tylko rodziców, wcale nie tylko dziadków i wiejskich tradycji, lecz przede wszystkim biskupów i kapłanów, że „tak się robi”. Tak się robi – wysyła się dzieci w wieku 9 lat do Pierwszej Komunii. Wysyła się młodzież w późnym gimnazjum, wczesnym liceum (czy innej szkole średniej) do bierzmowania. Nie zważa się na nic, wysyła się, bo tak już jest, bo tak się robi. Zazwyczaj „tak się robi” wiąże się w tradycyjnym rozumieniu z chrztem albo z małżeństwem – ale odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest prosta. Ponieważ zarówno sakrament chrztu, jak i małżeństwa, pozostaje w tradycji katolickiej (a przynajmniej w polskiej tradycji katolickiej) w indywidualnej gestii rodziców (chrzest) i narzeczonych (małżeństwo). To oni, młodzi ludzie, wielokrotnie przychodzą do kościoła prosić o sakrament, bo „tak się robi”. Tymczasem jeśli chodzi o Eucharystię i bierzmowanie, są one udzielane dzięki współuczestnictwu katechetów, szkół i parafii. Oczywistym tu jest, że tak się robi i niewielu pyta o cokolwiek.

Źródła powyższych problemów upatruję w utwardzonym, zaklepanym rozumienia słowa „powszechny” gdy mowa o Kościele powszechnym. Kościół był powszechny od początku istnienia i oznaczało to, że każdy, kto chce i spełnia warunki, może do niego należeć. Pojęcie zmieniło się, gdy któryś z cesarzy (może był to nawet nasz sławetny Konstantyn) uczynił z chrześcijaństwa religię narodową. Następnie zaś kolejne podboje powodowały chrzczenie kolejnych narodów, częstokroć wbrew woli nie tyle narodów, co indywidualnych ludzi chrzest przyjmujących. Podobnie rzecz miała się z Polską, którą „ochrzczono” prawie 1000 lat po tym, jak powstał Kościół. I tu również wypływało to w dużej mierze ze względów politycznych, a nie wiary indywidualnych osób. Tak oto z powszechności polegającej na otwarciu na wiernych uczyniono powszechność polegającą na tym, że w Kościele byli wszyscy. Przez stulecia system się sprawdzał, choć pospólstwo czciło Boga w dość magiczny sposób, łącząc Go wielokroć z tradycyjnymi pogańskimi zabobonami. Minął jednak czas powszechności Kościoła rozumianej jako „wszyscy”. Pospólstwo weszło do wielkiego świata Europy i nie chciało już siedzieć w tym samym Kościele, do którego zapisywano wszystkich jak leci. Kościół powszechny zaczął się opróżniać, czy – jak już pisałem – wypróżniać.

Do biskupów i starszych wiekiem kapłanów (ale również wielu młodszych) ten stan rzeczy zdaje się nie docierać. Wciąż utrzymują, że w Polsce jest około 90% katolików i nie zauważają, że to mniej-więcej tyle samo, ilu jest zwolenników używania antykoncepcji. Zwolenników aborcji, eutanazji czy związków partnerskich jest wśród tychże katolików nieco mniej, ale fani in-vitro znów górują w statystykach. Księża jednak uparcie chrzczą każdego, kto się nadarzy, wpisują go w księgi parafialne i przyklejają niezrywalną, niewiele znaczącą etykietkę „katolik”. Nawet, jeśli rodzice postanowili ochrzcić go bo „tak się robi”. Potem pchają dzieciaczki do komunii, nawet jeśli nigdy nie widzieli ich w kościele od momentu chrztu. Następnie zaś wysyłają do bierzmowania, bez względu na to, czy ćpają, piją i uprawiają niezobowiązujący seks. A potem taki wybierzmowany zrobi koleżance dziecko i pójdzie z nią do kościoła dać na zapowiedzi, bo „tak się robi”. I przyniesie dziecko do chrztu, dodając je do sumy katolików w Polsce…

Kościół w Polsce, ale pewnie i ten w szerzej rozumianym świecie, powinien natychmiast przeprowadzić reformę sakramentalną. Należy jak najprędzej odejść od praktyki udzielania sakramentów każdemu, bez zasięgania na jego temat żadnych informacji. Bez względu nawet na to, czy danego człowieka znamy, czy nie. Należy zacząć się stosować do wytycznych Prawa Kanonicznego i do zdrowego rozsądku. Zacznijmy od chrztu. Kodeks Prawa Kanonicznego stwierdza, że „Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować” (Kan. 867, § 1). Dalej też dowiadujemy się, że „Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się: aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują; aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie” (Kan 868, § 1). Rozumiemy więc, że rodzice dziecka mają kanoniczny obowiązek zgłosić się na nauki celem przygotowania się do dobrego przyjęcia przez nie chrztu, tuż po urodzeniu lub jeszcze przed! Nauki takie powinny być również przygotowaniem do wychowania dziecka w wierze, ponieważ do chrztu potrzebna jest uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku. De facto takie przygotowanie nie odbywa się nigdy lub prawie nigdy. Wszystko ogranicza się do wypełnienia papierów, księża z rzadka sprawdzają w ogóle tożsamość chrzestnych. Wielokrotnie więc blokada powinna być zakładana już w momencie chrztu, wielokrotnie bowiem nie ma żadnej nadziei na jakiekolwiek katolickie wychowanie – ale nikt tego nie sprawdza!

Jeśli jednak dziecko jest już ochrzczone, wzrasta i idzie do szkoły, prędzej czy później dostąpi możliwości przystąpienia do pierwszej komunii. Oto co na ten temat mówi Prawo Kanoniczne: „Każdy ochrzczony, jeśli tylko prawo tego nie zabrania, może i powinien być dopuszczony do Komunii świętej. Dzieci wtedy można dopuścić do Komunii świętej, gdy posiadają wystarczające rozeznanie i są dokładnie przygotowane, tak by stosownie do swojej możliwości rozumiały tajemnicę Chrystusa oraz mogły z wiarą i pobożnością przyjąć Ciało Chrystusa. Jednakże dzieciom znajdującym się w niebezpieczeństwie śmierci wolno udzielić Najświętszej Eucharystii, gdy potrafią odróżnić Ciało Chrystusa od zwykłego chleba i mogą z szacunkiem przyjąć Komunię świętą. Jest przede wszystkim obowiązkiem rodziców oraz tych, którzy ich zastępują, jak również proboszcza troszczyć się, ażeby dzieci, po dojściu do używania rozumu, zostały odpowiednio przygotowane i jak najszybciej posiliły się tym Bożym pokarmem, po uprzedniej sakramentalnej spowiedzi. Do proboszcza należy również czuwać nad tym, by do Stołu Pańskiego nie dopuszczać dzieci, które nie osiągnęły używania rozumu albo jego zdaniem nie są wystarczająco przygotowane” (Kan 912-914). Należy więc udzielać komunii świętej każdemu ochrzczonemu – owszem – ale na kategorycznych warunkach. Wszyscy, ale posiadający używanie rozumu i dokładnie przygotowani. Co jeszcze ważniejsze – proboszcz ma obowiązek czuwać, by do Pańskiego Stołu nie dopuszczać dzieci, które są niewystarczająco przygotowane. Biorąc tu pod uwagę sytuację opisaną kilka notek wcześniej, gdzie proboszcz dopuścił ucznia, który otrzymał trzykrotnie negatywną opinię podpisaną przez wszystkich katechetów, można zauważyć, jak wielką wagę przykładają proboszczowie do przepisów Kościoła.

Jak moim zdaniem powinna wyglądać sytuacja dzieci idących do Pierwszej Komunii? Skoro przygotowanie do chrztu jest zawsze indywidualne, tak jak (o tym później) przygotowanie do małżeństwa, to i przygotowanie do Eucharystii powinno przebiegać indywidualnie. Katecheza w szkole mogłaby wówczas wspomagać przygotowanie, uczyć prawd o Jezusie i Kościele, ale nie skupiać się na zakuwaniu modlitw (akty, przykazania, składy apostolskie, etc.) których znajomość ma być dowodem na odpowiednie przygotowanie do przyjęcia Chrystusa. Przygotowaniem zajęliby się rodzice, którzy opowiadaliby dzieciom o Bogu, a także oczywiście rodzice chrzestni, mający być dla chrześniaków żywym świadectwem wiary. Dziecko przystępowałoby po raz pierwszy do komunii w sposób, oczywiście, uroczysty i dostojny, może nawet w garniturze czy pięknej sukience, ale bez popisówek wierszykowych, bez wielogodzinnych prób, bez stania w rządku, w tłumie, w którym znika każda indywidualność. Bez oceniania przez kolegów, rodziców kolegów, katechetów, kapłanów i przypadkowych gapiów. Bez całej wielkiej licytacji na to, kto ile dostał, zarówno prezentów, jak i kasy. Każde dziecko szłoby do komunii wtedy, kiedy uznano by jego indywidualną gotowość, kiedy wykazałoby autentyczną, osobistą chęć przyjęcia Chrystusa do swojego serca. A nie wtedy, kiedy cała klasa idzie, bez względu w ogóle na to, czy przez ostatnie 7 lat (od momentu chrztu jakieś dwa lata za późno) w ogóle choć raz pojawiło się w kościele na mszy.

Następnie jest bierzmowanie i oczywiście sytuacja się powtarza. Tu jeszcze mocniej należy podkreślić konieczność indywidualnego przygotowania osoby przyjmującej sakrament. Kodeks mówi co następuje: „Zdatnym do przyjęcia bierzmowania jest każdy i tylko ten, kto został ochrzczony, a nie był jeszcze bierzmowany. Poza niebezpieczeństwem śmierci, mający używanie rozumu wtedy godziwie przyjmuje bierzmowanie, gdy jest odpowiednio pouczony, właściwie dysponowany i może odnowić przyrzeczenia chrzcielne. Wierni są obowiązani przyjąć ten sakrament w odpowiednim czasie. Rodzice, duszpasterze, zwłaszcza proboszczowie mają troszczyć się, żeby wierni zostali właściwie przygotowani do jego przyjęcia i w odpowiednim czasie do niego przystąpili. Sakrament bierzmowania wierni powinni przyjmować w pobliżu wieku rozeznania, chyba że Konferencja Episkopatu określiła inny wiek, albo istnieje niebezpieczeństwo śmierci, lub zdaniem szafarza co innego doradza poważna przyczyna” (Kan.889-891). I znów dowiadujemy się, że do przyjęcia bierzmowania należy być odpowiednio pouczonym i mieć możliwość odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych. Zgodnie z KPK to rodzice i duszpasterze, a przede wszystkim proboszczowie powinni dbać o odpowiednie przygotowanie i przyjęcie sakramentu. Proboszczowie – rzeczywiście – dbają o to, ale znów tylko powierzchownie. Przygotowanie do bierzmowania sprawdza się poprzez zdobycie odpowiedniej ilości stempli w czerwonej książeczce i zaliczenie testu związanego z co bardziej skomplikowaną i mniej potrzebną wiedzą teologiczną. I tak oto, podbiwszy wszystkie gorzkie żale, msze święte niedzielne, różańce i drogi krzyżowe oraz (czasem za ósmym podejściem) zaliczywszy test wiedzy o tym, co to jest bierzmo, banda ćpunów i poprawnych politycznie prześmiewców (plus kilku gorliwych katolików) przystępuje do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, żegnając się częstokroć z Kościołem. Ale nie powinno tak być! Rodzice, kapłani, a także rodzice chrzestni powinni przygotować kandydata do bierzmowania tak, by ten rzeczywiście osiągnął chrześcijańską dojrzałość. Świadek bierzmowania, spełniający te same warunki, które spełnia chrzestny (KPK mówi, że wręcz wypada, aby świadkiem był ktoś z chrzestnych) ma za zadanie, jako i chrzestny, prowadzić swego podopiecznego naprzód w wierze. I znów – zupełną normą powinno być indywidualne, mądre przygotowanie do bierzmowania i osobiście podjęta, dojrzała decyzja. Bez zbędnych, dwugodzinnych prób, bez zbyt wielu zbiorowych spotkań. Bierzmowanie, udzielane w uroczysty sposób, powinno być udzielane indywidualnie. Wówczas, gdy wierny będzie naprawdę gotowy, a nie gdy wypadnie kolej na jego klasę.

I ślub wreszcie, czyli sakrament małżeństwa. O tym można szczególnie dużo pisać, bo i Kodeks Prawa Kanonicznego szeroko opisuje ten sakrament. Prawdopodobnie dlatego, że nie dotyczy on tylko układu człowiek-Bóg. Dotyczy układu człowiek-Bóg-człowiek, a dwoje ludzi w jednym układzie to podwójne kłopoty. Zwróćmy jednak uwagę na sam aspekt przygotowania do małżeństwa. „Duszpasterze mają obowiązek troszczyć się o to, aby własna wspólnota kościelna świadczyła pomoc wiernym, dzięki której stan małżeński zachowa ducha chrześcijańskiego i będzie się doskonalił. Ta pomoc winna być udzielana przede wszystkim: poprzez przepowiadanie, katechezę odpowiednio przystosowaną dla małoletnich, młodzieży i starszych, także przy użyciu środków społecznego przekazu, dzięki czemu wierni otrzymają pouczenie o znaczeniu małżeństwa chrześcijańskiego, jak również o obowiązkach małżonków i chrześcijańskich rodziców; przez osobiste przygotowanie do zawarcia małżeństwa, przysposabiające nupturientów do świętości ich nowego stanu i jego obowiązków; przez owocne sprawowanie liturgii małżeństwa, która winna ukazywać, że małżonkowie są znakiem i zarazem uczestniczą w tajemnicy jedności oraz płodnej miłości Chrystusa i Kościoła; przez świadczenie pomocy małżonkom, ażeby wiernie zachowując i chroniąc przymierze małżeńskie, osiągali w rodzinie życie coraz bardziej święte i doskonałe. Jest rzeczą ordynariusza miejsca troszczyć się o właściwe organizowanie tego rodzaju pomocy, po wysłuchaniu także, gdy się to wyda pożyteczne, zdania mężczyzn i kobiet odznaczających się doświadczeniem i biegłością” (Kan. 1063-1064). I znów, rozumie się samo przez się, przygotowanie do sakramentu małżeństwa to nie zabawa w kotka i myszkę. W ramach przygotowania znajduje się nauka o znaczeniu małżeństwa udzielana od najmłodszych lat, osobiste przygotowanie narzeczonych – nie skupiajmy się tylko na tzw. kursie przedmałżeńskim, który przez mało mądrych księży często bywa wręcz pomijany przez wzgląd np. na ciążę – oraz pomoc współwiernych w zachowaniu małżeńskiej czystości i miłości. Co za tym idzie – narzeczeni chcący przyjąć i udzielić sobie sakramentu małżeństwa, muszą się do tego najpierw doskonale przygotować. Nie tylko uczestniczyć w kursach przedmałżeńskich, ale całym swoim życiem przygotować się razem do całkowitego powierzenia swego wspólnego życia Bogu. Powinni przystąpić do sakramentu nie dlatego, że „tak się robi”, lecz dlatego, że naprawdę pragną budować swoje życie na Bogu. I potem ochrzcić swoje dzieci w tym samym Kościele. I zamknąć koło, które nie będzie już błędne.

Możemy mieć do tego, co napisałem wiele wątpliwości. Po pierwsze biskupi mogą burzyć się, że liczba wiernych spadnie, kościoły opustoszeją. Przecież liczba rodziców chrzczących swoje dzieci ulegnie drastycznej redukcji. Liczba dzieci idących do komunii i dojrzałej młodzieży zmierzającej do bierzmowania znacząco zmaleje. Liczba zawieranych małżeństw zredukuje się do minimum. Ale prawda jest taka, że to nie liczba wiernych spadnie. Jeśli Kościół zdecyduje się na więcej pokory i ograniczenie osób przyjmujących sakramenty do konkretnego, przygotowanego i pewnego minimum, okaże się, że liczba wiernych nie spadła – bo pozostali wcale nie byli wiernymi. Wtedy i tylko wtedy będzie można powiedzieć, że Kościół wreszcie jest powszechny – przyjmuje wszystkich, którzy chcą być wierni. A że jest ich niewielu – nie szkodzi. Siła Kościoła nie leży w ilości, lecz w jakości osób do niego należących.

Pozostaje problem jak to zrobić. Ja oczywiście mogę pisać, ale dopóki coś nie poruszy się na górze, dopóty w nagonce na chrzty, śluby, komunie i bierzmowania nic się nie zmieni. A jeśli nawet się zmieni – czy nie zauważymy oburzenia ludu, któremu nie spodoba się projektowana zmiana? Otóż wydaje mi się, że oburzenie może się pojawić. I nie wszystko będzie łatwe. Ale wyobraźmy sobie Kościół 4 pokolenia w przód. Dziecko przyjmujące chrzest, przygotowujące się do komunii i bierzmowania w wielkiej wierze, w której wyrosło za sprawą rodziców. Wreszcie biorące ślub z drugim dzieckiem, takim samym jak ono. I znów mający dzieci, chrzczone w wierze, i tak dalej. To wygląda jak idylla, utopia. Uwierzmy jednak, że tak może się stać. Jeśli tylko odejdziemy od tradycyjnego udzielania sakramentów wszystkim jak popadnie tylko dlatego, że „tak się robi”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Co powinien chrzestny na Komunii?

Przyszło mi utworzyć wpis kumulacyjny. Wprawdzie o obowiązkach chrzestnych już pisałem, notka zyskuje coraz większą popularność, prześcigając w codziennych statystykach notkę o Ojcu Chrzestnym, choć ten ma ogólny wynik uplasowany o kilka tysięcy kliknięć wyżej niż kolejna notka, więc prześcignięcie go będzie trudne.

Ostatnio jednak przeżywam prawdziwe oblężenie związane z takimi frazami wrzucanymi do googli, jak: „co robi chrzestny na komunii”, „co chrzestny na komunię”, „chrzestna na komunii” czy też „obowiązki chrzestnego na komunii”. Nic w tym dziwnego, jest właśnie maj, czas Pierwszych Komunii Świętych, o czym też już pisałem, zarówno rok temu jak i w tym roku. Wielu rodziców chrzestnych, lepiej lub gorzej spełniających na co dzień swoje zadanie, właśnie teraz zastanawia się, jak należy wypełnić obowiązki chrzestnego czy chrzestnej w obliczu Pierwszej Komunii chrześniaka. Pozytywnym aspektem tego zagadnienia jest to, że nie istnieją żadne konkretne obowiązki chrzestnego związane z Komunią. Ja przynajmniej o żadnych zapisach w tym temacie nic nie wiem. Rodzice chrzestni powinni natomiast być blisko i uczestniczyć w całym wychowaniu, a zwłaszcza w wychowaniu chrześniaków w wierze. To już, choć nie ma oficjalnego nauczania Kościoła na temat obowiązków chrzestnych w obliczu Pierwszej Komunii, przekłada się bezpośrednio na ich rolę. Otóż Komunia to jeden z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pierwszym jest chrzest, w którym chrzestni są ustanawiani i przejmują obowiązki. Ostatnim w polskiej tradycji udzielanym sakramentem wtajemniczenia jest bierzmowanie, w którym, co sugeruje się w przepisach kościelnych, chrzestny może (lecz nie musi i najczęściej nie pełni) pełnić funkcję świadka bierzmowania. W rzeczywistości najczęściej wybiera się kogoś bliższego sobie wiekiem. Jeśli zaś chodzi o Eucharystię, która jest druga, udzielana najczęściej we wczesnej podstawówce, chrzestny ma być tylko obecny.

Ale to właśnie chrzestny i chrzestna są tymi, którzy odpowiadają przed Bogiem za chrześcijańskie wychowanie chrześniaków. To właśnie chrzestni zostali powołani do głoszenia swojemu podopiecznemu czy podopiecznej Królestwa Bożego. Zwłaszcza, ale nie tylko, w sytuacji, w której rodzice nie pełnią tej roli, bo albo składali przysięgę o katolickim wychowaniu potomstwa kłamliwie (przez co i ich sakrament małżeństwa jest podejrzany o bycie nieważnym), albo w ogóle nie mają ślubu, a ochrzcili dzieci, bo taka jest tradycja i nie wkładają siły w ich wychowanie religijne. To właśnie rodzice chrzestni muszą w takiej, ale i w zupełnie zwyczajnej sytuacji opowiedzieć chrześniakowi o Panu Jezusie, o prawdzie na temat Jego Ciała i Krwi, o poświęceniu Jego za nas. Chrzestny, w obliczu Pierwszej Komunii, ma za zadanie wskazać dziecku, że najważniejszy w tym wszystkim, w całym tym przedstawieniu, jest Jezus, jest wybór Jezusa na Pana i Zbawiciela, ostateczny i całkowity, a nie prezenty, błyski fleszy, blichtr i konkurs na to, kto piękniej się ubierze. Dziecko, dzięki pomocy swego duchowego przewodnika, którym jest chrzestny i którą jest chrzestna, powinno iść do Komunii z myślą o radości płynącej z Pańskiego stołu, o mocy Jego Ciała. Takie właśnie są obowiązki chrzestnych przy okazji Pierwszej Komunii chrześniaka.

Rolą chrzestnego nie jest kupić najdroższy prezent. Chrzestny, aby nie pokazywać dziecku, że w tej wielkiej uroczystości, jaką jest pierwsze przystąpienie do Ołtarza Pańskiego, najważniejsze są prezenty, może w ogóle prezentu nie kupować. Ja jednak nie sugeruję takiego rozwiązania. Moim zdaniem przyjęcie i prezenty mogą być elementem świętowania wielkiej radości, a zdecydowanie dzieciom to tym bardziej działa na wyobraźnię. Ważne, by przyjęcie było skromne, pozbawione alkoholu (bo to przyjęcie dziecka, a nie dorosłych oraz ponieważ warto przystąpienie do Eucharystii świętować bez alkoholu) i podkreślające to, co się wydarzyło (pełne modlitwy i rozmów o Bogu – choć przecież nie wyłącznie). Ważne, by prezenty były tematycznie związane z życiem sakramentalnym, albo najwyżej neutralne. Chrzestni powinni oszczędzić sobie trudu zdobywania najnowszych ajfonów, laptopów czy quadów, jeży szanghajskich i tygrysów syberyjskich, lecz raczej przynieść Biblię, piękną ikonę, duży, drewniany krzyż lub co innego, co przypomni dziecku o istocie wydarzenia. Jeśli chrzestny ma za dużo pieniędzy, o czym też już pisałem, może wykupić i wybrać się z chrześniakiem na wycieczkę (oczywiście za zgodą rodziców lub z ich współudziałem) do Ziemi Świętej, do Rzymu albo Lourdes. Byle by miało to związek z Chrystusem i Eucharystią. I to nie może być dodatek do prezentu (np. kiczowata książeczka z supermarketu z napisem „Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej”), lecz prezent główny. Neutralne dodatki (np. srebrne łyżeczki czy moneta z Janem Pawłem II) powinny chować się w cieniu tego, co wiąże chrześniaka bezpośrednio z Chrystusem. A gotówka, jeśli już taka się pojawi (w co nie wątpię) powinna trafić do kieszeni rodziców, którzy zagospodarują ją, albo przeleją na konto i oddadzą dziecku np. w ramach posagu. Liczenie i licytowanie się kto ile dostał naprawdę nie jest najlepszym pomysłem…

Czy istnieje jakaś tradycyjna rola chrzestnego lub chrzestnej na Komunii? Ta nie wynikająca z założeń roli chrzestnych w Kościele, lecz z ludowych tradycji? Nie wiem. Niektórzy mówią, że chrzestna powinna upiec tort, inni że kupić (uszyć) albę/garnitur/sukienkę itp. Nie wiem. Nie znam się, ja o niczym takim nie słyszałem. Takie rzeczy prawdopodobnie dogaduje się z rodzicami dziecka (podobnie jak zakup świecy czy ubranka do chrztu). Nie ma żadnych odgórnie narzuconych obowiązków. Oprócz tradycji „zastaw się, a postaw się”, odnośnie której już się wypowiedziałem, a która kłóci się z zakładaną rolą chrzestnych w wychowaniu dziecka. Dlatego też właśnie chrzestni powinni przed Komunią przypomnieć rodzicom (zwłaszcza tym, którzy nie skupiają się na katolickim wychowaniu), jaką rolę dla nich wybrali i co to za sobą pociąga. Podkreślić, że nie dadzą dziecku roweru, lecz Pismo Święte. Nie jeża z Syjonu, lecz obraz Matki Bożej. Że nie dołożą się do licytacji pieniężnej, lecz ewentualne koperty złożą w tajemnicy na ręce samych rodziców. To właśnie są obowiązki chrzestnych na Komunii. I to w rzeczywistości może się okazać dużo trudniejsze, niż oczekiwany zakup laptopa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Obowiązki chrzestnego

Notka trochę świąteczna, a trochę nieświąteczna, choć minęło Boże Narodzenie, a jego okres w pełni. Ale zainspirowała mnie wczorajsza i dzisiejsza wizyta na mszy w kościele. Podczas tych mszy odbywały się liczne chrzty (wczoraj więcej, niż dziś) i przyszło mi do głowy, że skoro tak wiele zapytań o tej treści kieruje ludzi na mojego bloga, to mogę temat poruszyć jeszcze raz. Tym razem skupię się konkretnie na obowiązkach chrzestnego czy chrzestnej: tych podstawowych i tych pobocznych.

Obowiązki podstawowe są określone przez Kościół, który dziecko (lub osobę dorosłą) w swoje szeregi przyjmuje i który chrztu udziela. Kodeks Prawa Kanonicznego w punkcie 872 określa, że chrzestny „ma (…) dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki”. Pierwszym i podstawowym zadaniem chrzestnych jest więc dawać przykład życia chrześcijańskiego, pokazywać własnym życiem jak powinno wyglądać życie osoby ochrzczonej, oddanej Bogu. W przypadku chrztu dorosłych chrzestny, który jest już w Kościele, pokazuje ścieżkę i poucza katechumena (osobę przygotowującą się do chrztu), jest jakby jednym z jego nauczycieli – oznacza to więc, że chrzestny musi być człowiekiem silnej wiary, utwierdzonym w Panu. W przypadku chrztu dzieci chrzestny powinien zaś od początku towarzyszyć chrześniakom w rozwoju duchowym, pomagając także w wypełnianiu obowiązków wynikających z chrztu (tak, chrzest nie jest tylko przywilejem, jest też źródłem obowiązków!).

Kanon wspomina o jeszcze jednym obowiązku chrzestnych w punkcie 855: „Rodzice, chrzestni i proboszcz powinni troszczyć się, by nie nadawać imienia obcego duchowi chrześcijańskiemu”. Ciekawe spostrzeżenie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wprost roi się od Nikol, Borysów, Oliwierów, Nadii. Szczerze mówiąc nie wiem, czy nadawanie takich imion jest już kwestią obcości duchowi chrześcijańskiemu, czy tylko obcości dobremu smakowi, ale warto wspomnieć to, co połowa ludzi z jakichś przyczyn robi, a druga połowa łapie się przy tym za głowy.

Obowiązki poboczne to wszystko, co wynika z tradycyjnego podejścia do bycia chrzestnym i posiadania chrześniaków. Chrzestny powinien pamiętać o chrześniakach nie tylko wówczas, gdy przychodzi czas na nawracanie, czy czuwanie nad wiarą, lecz także w codzienności. Chrzestny więc, jak również chrzestna, powinni pamiętać o urodzinach, imieninach chrześniaków. Powinni pamiętać o świętach, które obchodzi się rodzinnie, np. o Bożym Narodzeniu. Oczywiście powinni pamiętać o momentach, w których chrześniak przyjmuje kolejne sakramenty: Najświętszy Sakrament, bierzmowanie, ślub. Powinien czasem, bez okazji, zadzwonić do chrześniaka i pogadać z nim. Czasem może zaproponować wspólny wyjazd, wypad do kina czy teatru, albo do zoo. Pokazać, że pamięta, że się troszczy. Nie tylko wówczas, gdy chrześniak ma 5-10-15 lat, ale i gdy ma 30. I oczywiście – tu nie chodzi o jakieś drogie prezenty, chociaż wszyscy lubimy dostawać prezenty, a wielu z nas (w tym także i ja) lubi je dawać. Czasem wystarczy drobiażdżek, karteczka, pocztówka z życzeniami, telefon. Wystarczy pamiętać. A jeśli chrzestny nie pamięta, powinien być otwarty na przypomnienia ze strony żony/męża, którzy mają dobrą pamięć do dat. A jeśli i oni nie pamiętają, powinien być otwarty na przypomnienia ze strony rodziców chrześniaka. Ja jestem otwarty!

Co chrzestny powinien kupić? Tego typu pytania padają często. Głównie pytają o Pierwszą Komunię i nie wiem, czy szukają odpowiedzi na pytanie „jak drogi prezent”, czy „czy lepiej quada czy laptopa”, ale moje odpowiedzi będą inne. Na chrzest sugeruję Pismo Święte, aby towarzyszyło dziecku od najmłodszych lat, aby od początku mogło je poznawać. Gabryś dostał po egzemplarzu tradycyjnej już „Biblii dla najmłodszych” od obojga chrzestnych (sam taką miałem). Natalka od Chrzestnego dostała oprawiony egzemplarz Biblii Tysiąclecia. I ja mojej chrześnicy kupiłem duże, ilustrowane wydanie. Co zaś kupić na Pierwszą Komunię? Jeśli jeszcze nie ma własnego egzemplarza Pisma Świętego, to jest kolejna dobra okazja. Jeśli jednak już posiada, można pomyśleć o dowolnym medaliku, krzyżyku, porządnym krzyżu na ścianę, ikonie (nie musi być pisana przez profesjonalistów), świętym obrazie itp. Nie jest prawdą, że obowiązkiem chrzestnego jest załatwić laptop, ajpod czy choćby tradycyjny rower. Obowiązkiem chrzestnego jest dbać o wychowanie chrześniaka w wierze. Prezent na Pierwszą Komunię powinien więc pasować do tego święta i przybliżać dziecku wartość wydarzenia, fakt, że właśnie przyjęło do swego serca Jezusa. Jeśli jesteśmy bardziej dziani i chcemy się postawić, nie kupujmy quada, tylko zaproponujmy dzieciaczkowi wyjazd do Rzymu (z położeniem akcentu na Watykan) czy do Lourdes. Ja niestety nie będę miał możliwości wykazać się w tej kwestii, moja chrześnica przyjęła Pierwszą Komunię w kilka tygodni po chrzcie…

Ważną rzeczą, moim zdaniem, jest nie zapominać o bierzmowaniu. Sugeruje się, by na świadka bierzmowania prosić swojego chrzestnego, ja jednak jestem nie do końca zwolennikiem tej teorii. Tak czy inaczej to właśnie chrzestny powinien pamiętać, że bierzmowanie nie jest tylko kolejnym dniem wyjętym z życia. Jeśli świętuje się chrzest, komunię, ślub, to dlaczego tak często podchodzi się olewczo do sakramentu bierzmowania? Chrzestny, jeśli rodzice nie biorą tego pod uwagę, powinien zasugerować zorganizowanie maleńkiego przyjęcia, albo zaprosić chociaż chrześniaka, chrzestną, świadka bierzmowania do restauracji na skromny obiad, by cieszyć się dostąpieniem łaski sakramentalnej i przyjęciem darów Ducha Świętego. I jakiś mały drobiażdżek też się nada.

Na imieniny, urodziny czy pod choinkę też można prezentować podarki symbolicznie związane z chrześcijańskim życiem, sam jednak uważam, że jeśli na co dzień tak czy inaczej daje się przykład chrześcijańskiego życia, to można ofiarować chrześniakowi coś bardziej świeckiego, jak choćby nieogłupiającą zabawkę. Jestem przeciwnikiem kupowania telefonów, konsol, piespi i tym podobnych gadżetów. Oprócz przykładu chrześcijańskiego życia dawajmy też przykład życia skromnego. Zwłaszcza, że do pewnego wieku telefon wcale nie jest dziecku potrzebny…

Chrześniak pamięta o swoim chrzestnym – to ważna sprawa. Rodzice powinni w dzieciach zaszczepić potrzebę modlitwy za swoich chrzestnych. Dzieci mogą też pamiętać o imieninach, urodzinach chrzestnych. Jednak zapamiętajmy, że nie mają takiego obowiązku. Założę się, że jeśli chrzestny ze względu na obejmujące jego urząd obowiązki będzie pamiętał o chrześniaku w ważnych dla niego momentach, to i chrześniak będzie pamiętał i miło wspominał swojego chrzestnego czy swoją chrzestną. Jeśli jednak chrzestni zapomnieli o urodzinach czy imieninach chrześniaka, kiedy ten miał 10 lat, albo pamiętają, ale nie dzwonią, bo nie widzą powagi tego, do czego zostali powołani, niech nie oczekują, że chrześniak zadzwoni na imieniny do nich. I niech nie wymagają tego od chrześniaków ich rodzice czy dziadkowie. Pamiętajcie, to na chrzestnym spoczywają obowiązki chrześcijańskiego wychowania i pamiętania o swoich chrześniakach. Nigdy odwrotnie.

Wszystkim Wam życzę udanych, pełnych łaski świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku wypełnionego Bożym błogosławieństwem.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Aaa chrzestnego tanio

W odpowiedzi na propozycję znajomej tworzę kolejny wpis dotyczący chrztu i chrzestnych. Tym razem związane jest to z opublikowanym przez Gazetę Wyborczą tekstem dotyczącym poszukiwania chrzestnych… w internecie. Tekst można znaleźć TUTAJ. Tekst jak tekst Wyborczej. Przedstawia spojrzenie na zlaicyzowane polskie społeczeństwo, które chrzci dzieci, bo tak wypada, bo taka jest tradycja itp. Niedawno na ten temat pisałem, pytając czy w ogóle chrzcić, czy nie chrzcić. Opowiedziałem się za chrzczeniem i nadal się za nim opowiadam. Ale za chrzczeniem ze świadomością.

Tekst ukazuje, że niektórzy myślą. Np. nie posyłają dzieci do chrztu, albo są niewierzący. Widzą hipokryzję w całej fecie i otoczce przystępowania do sakramentów. Brakuje mi ludzi, którzy myślą, tj. prawdziwie wierzą i przynoszą dziecko do chrztu, bo im zależy na jego zbawieniu, którzy nie muszą się bawić w poszukiwania chrzestnych nie wiadomo gdzie itp.Tych świadomych, mądrych katolików, którzy mogliby innym coś wytłumaczyć. Wyborcza pokazuje obraz nędzy i rozpaczy, przez który sam chętnie wyrwałbym sobie włosy z głowy. Bo oto rodzice przez x lat szukają kogoś, kto nada się na chrzestnego dla ich dziecka. Nie mogą znaleźć nikogo, bo a to mieszka ze swoją konkubyną, a to zbyt mało znany, a to w ogóle ateista. I dziecko nieochrzczone, bo nie ma chrzestnych. Część z tych rodziców wreszcie wrzuca ogłoszenie w internet, że poszukuje kogoś, kto przyjdzie, podpisze papierki i zniknie z ich życia. Bo chrzestny musi być – choćby na papierze. Tekst pokazuje patologię, której oczywiście jest wiele, ale nie ogół. Typowy obraz kreowany przez media: byle co, byle źle. Dobrych niusów nikt nie czyta.

Rodzice mają problem ze znalezieniem chrzestnych, bo sami są daleko od Kościoła. Przysięgam na wszystkie świętości, że jeśli jest się blisko tej Bosko-ludzkiej instytucji, to nie ma się większego problemu ze znalezieniem takich chrzestnych, którzy dadzą swoim życiem prawdziwie chrześcijańskie świadectwo chrześniakowi. Niestety, tekst z Dużego Formatu nie bierze pod uwagę ludzi będących blisko Kościoła, choć wbrew pozorom nie ma ich wcale tak mało. Państwo mają problem (choć pewnie nie powinni go mieć), ale jakby omija się fakt, że to jest problem spowodowany osobistym oddaleniem od Kościoła. Wiemy, że są oddaleni – ale to nie jest argumentem w sprawie. Chrzestnych po prostu trudno znaleźć.

Bzdura! Obracamy się z żoną w środowisku, w którym można przebierać w chrzestnych jak w ulęgałkach. Każdy ma inny charyzmat, każdy inaczej grzeszy i inaczej przeżywa nawrócenie, ale wszyscy wierzą i wiarą żyją. Mamy spokojnie kandydatów na chrzestnych dla szóstki naszych dzieci, tak aby każdy miał kogo innego zarówno na chrzestną, jak i na chrzestnego. I to dobrych kandydatów. A czy wejście w środowisko jest trudne? Nie, jest banalnie łatwe! Znajomi kiedyś napisali nam, że zazdroszczą nam wspólnoty, do której należymy, ale oni nie mają czasu. Znowu bzdura! Ja w tej chwili pracuję prawie na 2 etaty w szkole specjalnej, a weekendami robię kursy doszkalające. Mimo tego znajduję czas, by raz w miesiącu uczestniczyć w spotkaniu wspólnoty. Kochani, kto ma Boga w sercu, ten naprawdę otacza się ludźmi, którzy mają Boga w sercu! Gdyby każdy miał taką świadomość, nie trzeba by było pisać podobnych artykułów w gazetach lub czasopismach. Nie trzeba by było patrzeć na chrzciny jak na imprezkę, tylko jak na uroczystość, w czasie której radujemy się z przyjęcia sakramentu i włączenia do grona dzieci Bożych naszego dziecka.

Ale wypowiem się kontrowersyjnie. Nie widzę nic złego w poszukiwaniu chrzestnych przez internet! Można tam znaleźć męża lub żonę (http://www.przeznaczeni.pl/), a znam kilka par, które dzięki temu zostały małżeństwami, to można znaleźć i chrzestnych dla dzieci! Ogłoszenie nie powinno jednak wyglądać, jakbyśmy chcieli kogoś, kto podpisze papiery i zniknie. Nie! Jeśli potrzebujemy chrzestnego, a nie znamy nikogo odpowiedniego, napiszmy, że potrzebujemy chrzestnego katolika, wierzącego i praktykującego, który ukarze naszemu dziecku przykład chrześcijańskiego życia. Pieniądze nie grają roli, nie oczekujmy nie wiadomo jakich prezentów! Nauczmy dziecko, że prezenty są super, ale najlepszym prezentem jest zbawienie od Najwyższego! Myślę, że są w Kościele ludzie, którzy chętnie podejmą się bycia chrzestnym kogoś, kto bardzo tego potrzebuje.

Dziś o 11 w kościele oo. Kapucynów na ul. Miodowej 13 w Warszawie nasza córeczka przyjmie sakrament chrztu świętego, który obmyje ją z grzechu pierworodnego i włączy do grona dzieci Bożych. Będzie miała wspaniałych chrzestnych, którzy, mam nadzieję, wraz z rodzicami przyczynią się do wychowania jej w prawdziwej wierze. A piękny krzyż jako prezent na komunię w zupełności wystarczy. Komputerów chyba w ogóle nie będziemy przyjmować.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Chrzcić albo nie chrzcić – oto jest pytanie

Znajomy przeżywa pewien dylemat, z którym o pomoc zgłosił się do mnie. Dotychczas nie wypowiedziałem się w sprawie zbyt kategorycznie, ale pomyślałem, że mogę udzielić odpowiedzi zgodnej z moim sumieniem i umieścić ją na blogu, ponieważ z pewnością wiele osób przeżywa podobne dylematy.

Znajomy jest dziadkiem, wnuk jest malutki, rodzice nie mają z Kościołem zbyt wiele wspólnego. Przypuszczam, że uważają się za katolików, jednak do kościoła nie chodzą, nie uczestniczą w życiu wspólnoty. Nie do końca wiadomo, czy wierzą w Boga, bo głupio nie wierzyć, czy nie wierzą w Niego wcale. Jest jednak ten moment, w którym wypadałoby dziecko ochrzcić. Rodzice mają co do tego wątpliwości, dziadkowie naciskają, choć sami do katolickich ortodoksów nie należą. No ale wypada, bo tak się robi. Rodzice z kolei twierdzą, że to powinna być osobista decyzja dziecka – więc powinno samo pójść do chrztu, jak już będzie odpowiednio dojrzałe. I właśnie znajomy, który należy do naciskających dziadków, zwraca się do mnie po poradę, bo nie jest już sam pewien, czy niewierzący/niepraktykujący rodzice powinni zanosić dziecko do chrztu, bo tak wypada.

Moja odpowiedź nie jest prosta. Oczywiście – nie powinno się, a wręcz nie należy zanosić dziecka do chrztu, bo tak wypada. Chrzest to sakrament, to obecność żywego Chrystusa w naszym życiu. Żadnego sakramentu nie wolno przyjmować dlatego, że tak wypada, czy że taka jest polska tradycja. Np. na co dzień niepraktykujący mężczyzna pójdzie w święta na pasterkę, bo taka tradycja. Albo młodzież idąca ciągiem do bierzmowania bo tak się robi, po czym rezygnująca z uczestnictwa w Kościele na zawsze. Podobnie jest z dzieckiem zanoszonym do chrztu – nie wolno nam tego robić dlatego, bo tak się robi. Przy okazji odskocznia – po czym poznać, że dziecko jest zanoszone do chrztu, bo taka jest tradycja? Po tym, że matka, matka chrzestna, albo obie jednocześnie, mają na sobie mini krótsze niż kiedykolwiek w życiu.

A więc nie wolno zanosić dziecka do chrztu bo taka tradycja. Chrzczenie dziecka, które jeszcze nie jest w stanie podjąć samodzielnie decyzji o tym, czy chce być ochrzczone, jest bowiem poważnym, wymagającym zadaniem dla rodziców i rodziców chrzestnych. Podczas obrzędu chrztu to rodzice deklarują, że będą wspierać rozwój wiary swojego dziecka, a chrzestni – że będą im w tym pomagać. A więc chrzcząc dziecko, rodzice deklarują wiarę i zaangażowanie własne, a nie dziecka. Jeśli tej wiary i zaangażowania nie ma, chrzest jest udzielany w kłamstwie. Jest ważny – bo jako sakrament dotyczy dziecka, a nie rodziców – ale jest udzielany ze względu na przysięgę składaną kłamliwie. Kolejna odskocznia – jeśli ciż sami rodzice wcześniej zawierali ślub sakramentalny, to – zawarty kłamliwie (np. przysięgamy po katolicku wychować potomstwo) – jest on od początku nieważny.

Czy należy więc chrzcić? Co na temat chrzczenia dzieci mówi Kodeks Prawa Kanonicznego?

Kan. 867 – § 1. Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować.
§ 2. Jeśli dziecko znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, powinno być natychmiast ochrzczone.

Kan. 868 – § 1. Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się:
1° aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują;
2° aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie.
§ 2. Dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, znajdujące się w niebezpieczeństwie śmierci, jest godziwie chrzczone, nawet wbrew woli rodziców.

Jak możemy więc w Kodeksie przeczytać, zaleca się, a wręcz zobowiązuje rodziców do niemal natychmiastowego ochrzczenia dziecka, w pierwszych tygodniach życia. Kanon 867 nie wspomina przy tym, aby chodziło tu tylko o rodziców katolickich. Rodzice mają obowiązek chrzcić w pierwszych tygodniach, a nie, jak to jest dziś w modzie, pozwalać dziecku już dojrzałemu samodzielnie podejmować decyzję. Za takim postawieniem sprawy stoi kilka argumentów. Przede wszystkim w Piśmie Świętym możemy przeczytać, że chrzest zmywa grzech pierworodny. Tym samym sprawia, że szatan traci władzę nad nami, którą to władzę do tego momentu posiadał. To oznacza, że człowiek ochrzczony jest bardziej podatny na działanie Boga, na religijną formację i wychowanie do modlitwy. Po drugie, w innym miejscu Pismo mówi, że w ochrzczonym mieszka Duch Święty. A to oznacza, że choć Duch działa z zewnątrz na nieochrzczonego, bo do każdego człowieka Duch ma dostęp z zewnątrz, to jednak nie może być w nim, działać od środka. A Duch mieszkający w człowieku jest w stanie o wiele lepiej ukierunkować go ku Bogu. I po trzecie – Pismo mówi też, że tylko ochrzczony będzie zbawiony. I choć istniały przez wieki najróżniejsze teorie na temat tego, co po śmierci dzieje się z dziećmi nieochrzczonymi, nadal sugeruje się, by w obliczu śmierci chrzcić każdego bez względu na wszystko (Stąd §2 Kanonu 868). Bo, mimo aktualnej przewagi teorii o miłosierdziu u współczesnych teologów, nadal Pismo mówi wyraźnie, że ochrzczony będzie zbawiony. I nadal nie wiemy, co dzieje się z nieochrzczonymi dziećmi po śmierci.

Jednak Kanon 868 – §1. 2° twierdzi, że jeśli brak jakiejkolwiek nadziei na katolickie wychowanie dziecka, chrzest należy odłożyć. Względy katolickiego życia przeważają więc nad potrzebą ochrzczenia – ponieważ chrzest ma być zaczątkiem katolickiego życia, a nie pustą, głupią tradycją. Należy jednak pamiętać, że w Polsce nadal Kościół ma duże znaczenie. W szkołach i przedszkolach są katecheci prowadzący lekcje religii katolickiej (a nie religioznawstwa). Nadzieja na katolickie wychowanie w Polsce więc pojawia się częściej, niż np. w Japonii czy niektórych krajach Afryki. Jeśli nawet nie zajmą się tym rodzice, jest szansa, że dziecko pójdzie w ślady mądrego katechety, wierzącej babci czy zaangażowanego w Oazie przyjaciela. Dlatego uważam, że w Polsce należy chrzcić dzieci, nawet gdy jest się niewierzącym, aby dać im bezwzględną pewność, że szanse na ich zbawienie zależne będą od ich decyzji i wiary, a nie od tego, czy obmyły się z grzechu pierworodnego, czy nie.

No i pozostaje jeszcze kwestia chrzestnych. O tym już pisałem wcześniej, można sobie wyszukać (choćby klikając w tag ‚chrzest’), ale tylko przypomnę, że to na chrzestnych spoczywa obowiązek dawania chrześniakom przykładu katolickiego życia. Zwłaszcza, gdy rodzice nie przywiązują do tego odpowiedniej wagi. Dlatego rodzice, wybierając chrzestnych, mają obowiązek bezwzględny kierować się tym, czy wybrane osoby są wierzące, praktykujące, czy Bóg jest dla nich najważniejszy, a nie tym, czy będą kupować niezmiernie drogie prezenty. Ty, Rodzicu, może nie dbasz za bardzo o sprawy Boże. Ale zadbaj, by Twoje dziecko, które zamierzasz ochrzcić, mogło to otrzymać od swoich chrzestnych!

A taki rodzinny chrzest mógłby też przy okazji być dobrym momentem do nawrócenia dziadka. Niech może chociaż on będzie gotów pokazać wnukowi, co znaczy być ochrzczonym.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Wielka księga pytań i odpowiedzi

Każda strona od czasu do czasu jest przez kogoś odnaleziona za pomocą wyszukiwarki internetowej. WordPress ma to piękne narzędzie, które prowadzi z tych odwiedzin statystyki. Dzięki temu mogę zobaczyć, co najbardziej interesuje ludzi, którzy odnajdują mój blog. Mogę też czasem udzielić odpowiedzi na najczęściej zadawane przez Was pytania, które czasem nie mają najlepszych odpowiedzi w innych notkach. Oto najczęściej zadawane pytania i moja próba odpowiedzi na nie (z oczywistych względów pomijam wyniki wyszukiwania, dzięki którym ludzie znajdywali mój blog, właśnie go szukając. Najczęściej wpisywaną frazą dzięki której do mnie trafiano jest „studencki blog teologiczny”. Owszem, to tutaj :):

(Jakie są) warunki bycia chrzestnym?

Na ten temat napisałem kiedyś notkę i jest ona najpopularniejszą notką na blogu. Jednak aby najzwięźlej wyjaśnić problem, krótko jeszcze raz odpowiem. Otóż aby być chrzestnym, trzeba być katolikiem bierzmowanym, po przyjęciu Komunii Świętej. Tenże katolik musi również żyć po katolicku, a jego życie musi być zgodne z funkcją, którą ma pełnić. Co za tym idzie rodzic chrzestny musi być człowiekiem żyjącym zgodnie z zasadami Kościoła Katolickiego i jego poglądy również muszą być zbieżne z poglądami Kościoła (to oczywiście oznacza zgodę w m.in. takich sprawach, jak in-vitro, aborcja, związki homoseksualne czy antykoncepcja). Rodzic chrzestny musi mieć też ukończone 16 lat, choć w innym wypadku może otrzymać dyspensę i też zostać chrzestnym. Chrzestnym nie może być rodzic biologiczny chrzczonej osoby.

(Jakie są) obowiązki chrzestnego? Obowiązki chrzestnej?

Do obowiązków chrzestnego nie należy kupowanie drogich prezentów, finansowanie chrześniakowi studiów, zajmowanie się nim pod nieobecność rodziców itp. Oczywiście niektórzy tego oczekują, ale jeśli wiemy że ktoś, kto nas prosi o bycie chrzestnym ma takie oczekiwania, nie mamy obowiązku się zgadzać. Obowiązkiem chrzestnego jest natomiast przekazywanie wiary i dawanie świadectwa katolickiego życia swojemu chrześniakowi. Chrzestny ma takie obowiązki tym bardziej wówczas, gdy rodzice chrzczonego nie są wierzący lub praktykujący i nie zapewnią swojemu dziecku wychowania katolickiego. Pamiętajmy: rodzice nie muszą być ortodoksyjnymi katolikami. Chrzestni – owszem. Osobiście uważam również, że chrzestny powinien pamiętać o urodzinach, imieninach i dniach dziecka. Nie musi jednak kupować prezentów, wystarczy że zadzwoni.

Czy ateista może być chrzestnym?

Nie, z oczywistych względów ateista nie może być chrzestnym. W jaki sposób ateista miałby dbać o moje katolickie wychowanie i dawać mi przykład katolickiego życia? Jasna sprawa – wielu ateistów dostanie zaświadczenie od wielu księży i zostanie chrzestnym, choć absolutnie nie powinni. Nie odpowiadam jednak za sumienie ani tych ateistów, ani tych księży. Oni natomiast odpowiadają za sumienie tego chrzczonego, który zyskuje w rzeczywistości antychrzestnego. Który może kupi mu laptopa na Pierwszą Komunię…

34 osoby odnalazły mnie również wpisując: świadek chrztu ateista. Otóż Kodeks Prawa Kanonicznego ma zapis: „Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.” Świadkiem chrztu może być więc niekatolik, a więc np. protestant czy prawosławny, ale nie ateista. Nie i kropka. Tak właściwie to dlaczego aż tak bardzo nam zależy, żeby świadkiem całkowicie kościelnej (a więc i Bożej) uroczystości był ktoś niewierzący?

Czy ksiądz może być ojcem chrzestnym?

Tak, może. Chrzestnym nie może być tylko rodzic dziecka. Może nim być więc zarówno przyjaciel, znajomy, kolega ze wspólnoty, dziadek czy babcia chrzczonego, starszy brat lub siostra, albo ksiądz. Ksiądz nie ma zakazu bycia chrzestnym. Nie jestem pewien, czy nie powinien zapytać biskupa o zgodę. Ale mam znajomych księży, którzy mają chrześniaków.

Czy psy idą do nieba? Czy zwierzęta będą zbawione?

Ogólnie rzecz biorąc: nie wiadomo. W zasadzie są dwie różne szkoły. Jedni mówią, że ponieważ zwierzęta mają duszę nierozumną, to jest ona śmiertelna i w związku z tym zwierząt nie czeka zmartwychwstanie. Że nie należy kochać zwierząt tak, jak ludzi i oczekiwać spotkania z nimi. Inni twierdzą, że skoro zwierzęta są nierozumne, nie mogą popełnić grzechu i przez to są zbawione z zasady. Jako argument podają też to, że w Raju żyły zwierzęta, były też u Izajasza w zapowiedzi wiecznej radości. Ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że rzeczywiście zwierząt nie należy obdarzać tą samą miłością, co ludzi, ale nikt nie zabrania nam mieć nadziei, że swojego pupila spotkamy kiedyś w Królestwie Niebieskim.

Ile trwa czyściec?

Znów: nie wiadomo. Dogmat o czyśćcu opiera się przede wszystkim na fragmencie jednego z listów św. Pawła, w którym ten stwierdza, że niektórzy ludzie będą zbawieni, ale tak jakby przez ogień. Tenże ogień ma właśnie wypalić w ludziach to, co złe, aby byli godni Królestwa Bożego. Co do trwania czyśćca są jednak różne teorie. Popularna jest ta, która mówi: im więcej nagrzeszyłeś, tym dłużej posiedzisz. Ale ostatnio coraz częściej słyszy się, że przecież dla Boga nie ma czasu. Bóg stworzył czas, ale Jemu samemu on nie był potrzebny. Dlatego dusza nie czeka na zmartwychwstanie, lecz, skoro człowiek jest jednością duszy i ciała, od razu zmartwychwstaje. Przy tym myśleniu pojawia się domniemanie, że czyściec nie trwa. Że ten stan oczyszczenia jest mniej-więcej równy czemuś, co możemy rozumieć jako przejście przez ogień. Tak, to może boleć. Ale nie martwcie się, prawdopodobnie za długo nie poboli.

Czy można mieszkać razem przed ślubem? Czy można przyjmować komunię?

To i inne podobne pytania pojawiają się ostatnio dość często – jest to spowodowane opublikowaniem dość kontrowersyjnej notki w tym temacie, do której trafia cała rzesza ludzi. Odpowiem więc krótko: nie wiem. Wiele osób twierdzi, że nie. Ze względu na pokusę współżycia i zgorszenie drugiego nie powinno się w ogóle mieszkać razem przed ślubem. Jednak od kilku lat się nad tym zastanawiam i żadnego oficjalnego dokumentu Kościoła o tym mówiącego znaleźć nie mogę. Owszem, wypowiedzi proboszczów czy nawet biskupów – ale nic płynącego z Watykanu. Co nie znaczy, że taki dokument nie istnieje. Dopóki jednak go nie znam, od siebie powiem: to zależy od ludzkiego sumienia. Jeśli ktoś nie czuje się z tym źle, a do tego nie ma nieopanowanych pokus (bo oczywiście współżycie pozamałżeńskie jest niedopuszczalne) i dąży bezpośrednio do małżeństwa, a nie na przykład sprawdza się jak to będzie, to myślę, że może się zdecydować na mieszkanie razem przed ślubem. Przy oczywistej rezygnacji w przypadku, gdy któryś z tych warunków okaże się niespełniony. Należy się przy tym liczyć z faktem, że mimo życia w czystości można nie otrzymać rozgrzeszenia w czasie spowiedzi. Wówczas już z pewnością, po nieotrzymaniu rozgrzeszenia, nie można przystępować do komunii. Ja jednak osobiście odradzam wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Skoro i tak dążycie do małżeństwa, to pozwólcie sobie poczekać. Gdy apetyt wzrośnie, to i słodycz spożywania będzie większa!

Udzieliłem odpowiedzi tylko na kilka pytań. Tych najczęściej zadawanych, albo najciekawszych. Ale może chcecie znać odpowiedzi na inne pytania? Nic nie stoi na przeszkodzie, byście pytali, np. w komentarzach. Zapraszam!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

Ojciec chrzestny

Kan. 872 – Przyjmujący chrzest powinien mieć, jeśli to możliwe, chrzestnego. Ma on dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki.

Kan. 873 – Należy wybrać jednego tylko chrzestnego lub chrzestną, albo dwoje chrzestnych.

Kan. 874 – § 1. Do przyjęcia zadania chrzestnego może być dopuszczony ten, kto:
1° jest wyznaczony przez przyjmującego chrzest albo przez jego rodziców, albo przez tego, kto ich zastępuje, a gdy tych nie ma, przez proboszcza lub szafarza chrztu, i posiada wymagane do tego kwalifikacje oraz intencję pełnienia tego zadania;
2° ukończył szesnaście lat, chyba że biskup diecezjalny określił inny wiek albo proboszcz lub szafarz jest zdania, że słuszna przyczyna zaleca dopuszczenie wyjątku;
3° jest katolikiem, bierzmowanym i przyjął już sakrament Najświętszej Eucharystii oraz prowadzi życie zgodne z wiarą i odpowiadające funkcji, jaką ma pełnić;
4° jest wolny od jakiejkolwiek kary kanonicznej, zgodnie z prawem wymierzonej lub deklarowanej;
5° nie jest ojcem lub matką przyjmującego chrzest.
§ 2. Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.

Te punkty z Kodeksu Prawa Kanonicznego określają kto może być ojcem chrzestnym w naszej katolickiej czarnej mafii. Są to wymogi trudne do spełnienia, ale przecież by zostać przełożonym mafii nie można sobie zwyczajnie przyjść, powiedzieć „chcę być bossem” i zostać przez Sycylijczyków przyjętym.

Nie no, może niezupełnie. Tak naprawdę z niewiadomych przyczyn słowa „ojciec chrzestny” mają dla nas zupełnie inne znaczenie. Wróżek chrzestnych też nie posiadamy – jedynie chrzestne matki. Ale mimo wszystko zainteresował mnie ostatnio ten fragment obowiązującego KPK. Pragnę się skupić zwłaszcza na 3 kwestii z paragrafu pierwszego kanonu 874. Chrzestnym może być więc ten, kto „jest katolikiem, bierzmowanym i przyjął już sakrament Najświętszej Eucharystii oraz prowadzi życie zgodne z wiarą i odpowiadające funkcji, jaką ma pełnić”. Bierzmowani jesteśmy niemal wszyscy, seryjnie, jak leci, bo tak. Komunię Świętą przyjęliśmy jeszcze wcześniej, stadko białych, nieświadomych owiec w albach (za moich czasów jeszcze w garniturach, ja byłem owcą kremową), z których nieliczni zostali dobrze przygotowani, nie przez katechetów, a przez rodziców, a reszta szła bo tak. Ale nie na bierzmowaniu czy komunii tylko opiera się zdolność do bycia chrzestnym. Chrzestnym powinien być katolik (wiem, ponad 90% Polaków to katolicy), ale katolik żyjący zgodnie z wiarą, a jego życie ma odpowiadać funkcji, którą ma pełnić. Oczywistym wydaje się więc, że człowiek, który pojawia się w kościele na wielkie święto, spowiada się maksymalnie raz do roku, od dłuższego czasu żyje w związku niesakramentalnym nie planując ślubu w najbliższej przyszłości, czy choćby wychowujący własne dzieci w duchu dalekim od katolickiego, nie zważając na złożoną przy ślubie przysięgę, nie może być niczyim chrzestnym. Albo wspomnę np. o małżeństwach stosujących antykoncepcję, która tak niewielu wydaje się złem mimo wyraźnej nauki Kościoła Katolickiego (ale proszę mi nie zaglądać pod kołdrę, czarna mafio). Ci ludzie, nie żyjący zgodnie z katolicką wiarą, choć z niewiadomych dla mnie przyczyn deklarują się częstokroć jako katolicy (i niech śmiem im tylko powiedzieć, że nimi nie są), nie mogą w żadnym wypadku zostać niczyimi chrzestnymi.

Życie chrzestnego, zgodne z wiarą, ma odpowiadać funkcji, którą chrzestny ma pełnić. A tę funkcję poznajemy z kanonu 872. „Ma on dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki”. Chrzestny odpowiada więc za chrześcijańskie wychowanie dziecka lub współpracowanie z dorosłym w rozwoju wiary. Myślę wręcz, że jeśli rodzic nie jest praktykującym katolikiem i nie zamierza wychować dziecka w wierze, to chrzestni mają obowiązek zrobić to za niego. Mają obowiązek skupić swoją uwagę na walce o wiarę chrześniaków, a w razie oporu rodziców przypominać, że oni sami im taką rolę nadali i nikt ich nie zmuszał. Takie warunki powinien spełniać chrzestny.

W naszym ultrakatolickim czarno-mafijnym polskim społeczeństwie Boże Narodzenie, ślub kościelny, Pierwsza Komunia i chrzest należą do areligijnej, świeckiej tradycji wypranej z podstaw Ewangelii. Na Gwiazdkę jest wyżerka, prezenty i nocny tłok w kościele (Pasterka jest często tradycyjnie jedną z dwóch, obok Rezurekcji, mszą w której wielu z nas w ciągu roku uczestniczy). Do ślubu biała suknia i wesele z oczepinami, do Komunii rower, laptop, a dziś często limuzyna, a chrzest to chrzest – dzieci się chrzci przecież. Bo tak. A w tym wszystkim rodzice niepamiętający o złożonej w białej sukni przysiędze, że wychowają potomstwo po katolicku, proszą na chrzestnych przyjaciół, rodzeństwo czy znajomych z pracy, którzy zupełnie na chrzestnych się nie nadają. Muszę oddać sprawiedliwość, że najczęściej ani rodzice nie znają warunków (bo wcale nie chcą ich poznać), ani nie znają ich przyszli chrzestni, a proboszcz często daje zgodę (zaświadczenie o katolickim życiu) na ładne oczy. Choć kilkakrotnie już słyszałem, na całe szczęście, o księżach, którzy odsyłają petentów z kwitkiem, ale nie tym zezwalającym na bycie chrzestnym.

Chrzest pozostaje ważny nawet, gdy chrzestny jest niepraktykujący. Nawet, gdy jest antyklerykałem czy ateistą. Ale o ile piękniej byłoby dać naszym dzieciom szansę na pełny rozwój łask sakramentalnych, do którego potrzebne jest logiczne dobranie chrzestnych. I oczywiście jest bardzo przykre to, że na obecną chwilę nie mogę poprosić na chrzestnego mojego najlepszego przyjaciela. Być może przyjdzie moment kiedy będę musiał przeżyć starcie z niektórymi członkami rodziny, bo nie każdy przedstawiciel naszego rodzeństwa stopnia drugiego linii bocznej spełnia warunki wiernego katolickiego, a przecież wypada, żeby chrzestnym był, bo to w końcu siostra/brat. Jest wiele przeszkód, ale, jak zaznaczył Terlikowski, „kompromis nie jest imieniem Boga”. Dlatego chrzestnych będziemy dobierać racjonalnie, zgodnie z jedynym Boskim sumieniem.

G.M. został ochrzczony w czasie uroczystej mszy świętej 5 lipca 2009 roku w Centrum Zdrowia Dziecka w warszawskim Międzylesiu. Niedługo zdrowi opuścimy szpital. Wszystkim serdecznie dziękuję za modlitwę i wsparcie.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy