Posts Tagged With: Czas

Zmartwychwstać natychmiast

Wpis przyszedł mi do głowy po komentarzu Marka pod notką o końcu świata. Marek Piotrowski napisał tam, że „skoro ma być Sąd Ostateczny to ludzkość chyba musi (w doczesności) jakoś wymrzeć”. Ja bowiem twierdziłem, że koniec świata to prywatna sprawa każdej osoby – przychodzi na nas w momencie naszej śmierci. Ale rzeczywiście pozostaje pytanie, czy jeśli każdy przejdzie przez Sąd Ostateczny w chwili swojej śmierci i na tym Sądzie spotka innych, bo Sąd dotyczy każdego człowieka w tym samym stopniu, to czy wszyscy kiedyś i tak wymrzemy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Jednak częściowo problem da się rozwiązać, analizując znaczenie słowa „czas”. Jest to dla mnie podstawa, ponieważ rozumiem czas jako coś względnego. I nie chodzi o to, że nie odczuwam upływu czasu. My, ludzie, wszyscy odczuwamy czas. Jednak należy pamiętać, że kiedy Bóg był sam i świat nie istniał, to nie istniał ze światem również czas. Teologowie mówią, że Bóg stworzył świat nie w czasie, lecz z czasem. Stworzył świat i zarazem stworzył czas, bo On sam czasu do istnienia nie potrzebował. Ludzie, którzy poruszają się w przestrzeni, potrzebują też w niej czasu, jako czwartego wymiaru, Bogu zaś przecież żaden wymiar do niczego nie był potrzebny, bo Bóg jest niematerialny.

W efekcie okazuje się, że czas jest rzeczą najzupełniej względną i dlatego pytanie, czy ludzkość musi wymrzeć, żeby był Sąd Ostateczny ma jedną odpowiedź: nie. Ponieważ Bóg nie uzależnia swoich planów od naszego pojęcia czasu, Bogu jest czas do działania niepotrzebny. Uwielbiam ostatni odcinek szóstego sezonu serialu „Lost”. Sam sezon nie był rewelacyjny, ale końcówka pięknie opisuje to, co możemy odczytywać jako koniec świata i Sąd Ostateczny. Otóż Jack (doktor, szef na wyspie) poszukuje w alternatywnym świecie ciała swojego ojca, które zniknęło z trumny. Znajduje go wreszcie wraz z trumną w kaplicy, z tym że okazuje się, że ojciec chodzi i rozmawia z nim, jak żywy. Na co Jack mówi: „Ale przecież ty nie żyjesz”, ojciec zaś mu odpowiada coś w rodzaju „Wszyscy kiedyś umierają”. W znaczeniu: Ty też nie żyjesz, synu. W całej akcji bierze też udział Hugo, który też nie żyje (alternatywny świat okazuje się być bowiem czymś w rodzaju poczekalni przed drogą do Nieba), który dla przykładu w prawdziwym świecie stał się nowym przywódcą wyspy i jeszcze długie życie przed nim.

To, co obejrzałem w Zagubionych jest tylko przykładem ludzkiej interpretacji jakichś eschatologicznych wydarzeń. Ale myśl, że wszyscy kiedyś umierają ma tu bardzo wielkie znaczenie, bowiem wszyscy bohaterowie serialu spotykają się w tym samym miejscu o tej samej porze po „tamtej stronie”, choć część z nich nie żyła od dawna, część zginęła na wyspie, a część dalej sobie jakoś radzi. Tę prostą interpretację można odczytać w sposób teologiczny: Bóg nie potrzebuje, aby ludzkość wymarła, żeby tę ludzkość zgromadzić na Sąd. Być może więc ludzkość nigdy nie wymrze, będziemy istnieć w nieskończoność, a na Sądzie Ostatecznym spotkamy się z nieskończoną ilością ludzi ze wszystkich miejsc i czasów? Dla Boga nie ma przecież nic niemożliwego.

Nie jestem pewien, czy dobrze to wytłumaczyłem: każdy człowiek kiedyś umrze i spotka się z Panem, każdy będzie miał swój koniec świata. Jednak ludzkość sama w sobie nie musi wymrzeć. Ta opcja jest jednak niestety dość prawdopodobna, np. kiedy rzeczywiście słońce postanowi spalić ziemię. Choć ja przypuszczam, że do tego czasu wymyślimy podróże międzygalaktyczne i polecimy w kosmos. Przejdźmy jednak to tematu notki. Spotkanie na Sądzie w momencie śmierci zakłada natychmiastowe zmartwychwstanie. Oczywiście założenie nie jest bezpodstawne. Święty Tomasz udowadniając niezależność duszy od ciała (możliwość myślenia i decydowania wynika z duszy, nie z ciała) wykazał jej nieśmiertelność. Odkrył jednak również, wbrew świętemu Augustynowi, że człowiek jest jednością duszy i ciała, a nie duszą zamkniętą w klatce ciała. Co za tym idzie – choć dusza ludzka jest nieśmiertelna, to nie może być osobnym duchowym bytem, musi pociągać ciało ze sobą. Stąd wniosek, nie kolidujący również z faktem niematerialności i pozaczasowości świata Boga, że dusza nigdzie i nigdy na zmartwychwstanie ciał czekać nie musi. Bo tam, gdzie dusza odchodzi po śmierci ciała, nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Oczekiwanie, myśl o którym zakorzeniła się mocno w kulturze chrześcijańskiej, odbywa się de facto poza czasem i przestrzenią, a więc w rzeczywistości wcale się nie odbywa. A co za tym idzie zmartwychwstanie ciał następuje w momencie śmierci. Że są to ciała uwielbione, inne od naszych aktualnych i niewymagające zabalsamowania zwłok nie ulega wątpliwości. Sam Chrystus zmartwychwstając ukazał nam wzór ciał, które my jako Jego uczniowie w chwili śmierci otrzymamy.

Niebo, które dotąd przez wielu rozumiane jest jako miejsce, gdzie czeka się na zmartwychwstanie, miejscem nie jest. Dusza bowiem niematerialna żadnego miejsca do niczego nie potrzebuje. Dlatego też należy odrzucić myśl, że Niebo jest jakimkolwiek miejscem, albo że czyściec trwa… Niebo jest stanem wiecznej szczęśliwości. „Stan” to najlepsze ludzkie słowo, które może oddać istotę Nieba. To nie miejsce, nie czas, lecz stan przebywania z Bogiem w wiecznej radości. Jeśli nazwiemy je miejscem, musimy założyć, że jest materialne. Ale jeśli użyjemy słowa „stan”, to zmartwychwstałe ciała będą mogły przebywać nawet i na odnowionej ziemi (jak chcieliby Świadkowie Jehowy), ale jednocześnie właśnie w stanie niebiańskiej szczęśliwości. Czyściec zaś byłby również jakimś stanem oczyszczenia, przemiany, wypalenia „jakby przez ogień”, jak mówił święty Paweł. A piekło to stan nieszczęścia, oddalenia od Boga.

Co każe nam snuć podobne przypuszczenia? Nunatak przecież napisał, że „zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała” pisząc o Zaśnięciu i Wniebowzięciu Maryi. Należy jednak przypomnieć, że w Piśmie Świętym Nowego Testamentu jest opisane jedno wzięcie człowieka z ciałem do Nieba. Nie chodzi tu o Maryję, lecz o samego Jezusa. On jako pierwszy pokazał nam, że w mieszkaniu Boga będziemy mogli korzystać z ciał. Że zakładanie, iż Niebo jest światem niematerialnym jest błędem. Bo tam właśnie, w Niebie, sam Jezus Chrystus przebywa z duszą i ciałem, co wiemy z Biblii. Do snucia hipotez nie potrzeba nam Wniebowzięcia Maryi. W Niebie, jako stanie bliskości z Bogiem, mogą przebywać zarówno niematerialni aniołowie, jak i materialni ludzie. A czy tam jest czas i przestrzeń? Jeśli nam ona jest potrzebna, pewnie tak. Może to jest rzeczywiście nowa ziemia.

Ja widzę ten wielki hotel w kształcie żagla, nad ogromnym jeziorem. Mnie, moich bliskich, moje zwierzaki. I Boga, z którym mogę rozmawiać w cztery oczy. Jak będzie naprawdę – nie wiem. Wiem, że Jezus utorował nam drogę do Nieba, które nie jest wcale światem niematerialnym. I On to udowodnił, idąc tam wraz ze swoim ciałem uwielbionym.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Ja nie żyję w XVII wieku

Zdarza nam się słyszeć takie słowa wielokrotnie. Padają najróżniejsze stulecia. Może chodzić o wiek XV, XVI czy XIX. Częściej zaś pojawia się wzmianka o życiu w Średniowieczu. Czasami o epoce kamienia łupanego. Najważniejsze, że „Ja nie żyję w …”, tylko w XXI wieku.

Co to w praktyce oznacza? Oznacza to tyle, że mamy powszechny dostęp do internetu, jedzenie w hipermarketach i – najczęściej – toaletę w mieszkaniu. Co chcieliby, żeby to oznaczało? Bezwzględną wolność, rozumianą jako swobodę i liberalizm.

„Ja nie żyję w XVII wieku” oznacza, że mnie już nie dotyczą starożytne zasady, prawa moralne, nie obowiązują mnie złożone przysięgi, uczciwość, sprawiedliwość. Nie dotyczy mnie to wszystko, bo XXI wiek, w którym żyję, to wiek liberalizmu, pełnej swobody, robienia tego, co mi się podoba. Prawa moralne i zasady są dla lamusów z minionych epok. Prawda nie istnieje, istnieją tylko różne poglądy na różne sprawy. Dla katolika płód może być dzieckiem jeśli chce, dla kobiety robiącej karierę może być zwykłą naroślą do usunięcia. Względność. Ponieważ nie żyję w XVII wieku mogę się rozwieść, rozejść ze swoim mężem mimo złożonej przeze mnie przysięgi – obowiązywała ona tylko średniowiecznych mnichów, ale nie postępowych ludzi, takich jak ja. W poprzednich wiekach homoseksualizm uważany był za chorobę, ale przecież geje wywalczyli swoje prawa i teraz trzeba ich szanować, bo naprawdę głośno krzyczą, więc pewnie mają rację. W poprzednich stuleciach ich prześladowano, ale teraz ludzie zmądrzeli, wiedzą, że Bóg kazał się kochać – a geje przecież chcą tylko kochać.

Dziś państwo chciałoby, żeby młodzi rodzili jak najwięcej dzieci. Na szczęście młodzi są mądrzy – żyją w XXI wieku – i poprzestają na dwójce. A jak nie poprzestają, to znaczy, że nie są mądrzy. Wszak nie żyjemy w epoce średniowiecza, żeby nie wiem ile dzieci rodzić. I tak w koło Macieju. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona… Nie masz prawa nic mi mówić, nie masz prawa zwracać mi uwagi, nie masz nawet prawa planować trzeciego dziecka. Wszak żyję w XXI wieku. I możesz mi naskoczyć.

Niestety, nie jest tak prosto. Rzeczywiście, żyjemy w XXI wieku, w czasach określanych jako ponowoczesność, ale oprócz ludzkiego wyzwolonego myślenia i galopującej technologizacji nic się nie zmieniło. Prawda pozostaje prawdą. Prawo moralne pozostaje prawem moralnym. Jeśli zapytamy kogoś, czy istnieją kosmici, on może odpowiedzieć tylko „Jeśli istnieją, to istnieją, a jeśli nie istnieją, to nie istnieją”. Ponieważ nikt tego nie wie, nikt nie ma prawa powiedzieć „istnieją” albo „nie istnieją” tak, jakby to była prawda niezaprzeczalna. Jeśli jednak zapytamy, czy słonie istnieją, odpowiedź będzie oczywista: tak, istnieją. To nie może zależeć od czyjejkolwiek opinii. To jest prawda niezaprzeczalna, nawet jeśli jesteś niewidomy i nigdy słonia nie widziałeś. Czy płód jest człowiekiem, czy nie? Najprościej odpowiedzieć: nie wiemy. Jeśli nie jest, to odskrobujemy narośl. Jeśli jednak jest, zabijamy człowieka. Czy wolno nam podjąć ryzyko, jeśli odpowiadamy w najgorszym razie „nie wiem”? Nie wchodzę tu w naukowe dywagacje o początkach człowieka. Jeśli nie mam dowodów, nie wiem. Jeśli nie wiem, nie mam prawa skrobać, tak jak nie mam prawa wyburzyć budynku, w którym nie wiem, czy ktoś nie pozostał.

Inaczej ma się sprawa z rozwodami i opuszczaniem współmałżonka. Przysięga małżeńska brzmi bowiem „Ślubuję ci (…) że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Możemy mieć zaćmę. Możemy zapomnieć (skleroza, amnezja itp.), ale przysięgę złożyliśmy i ona nas obowiązuje. To, że żyjemy w XXI wieku nie jest, nie było i nie będzie dla nas usprawiedliwieniem. Możemy sobie żyć w XXXI wieku, na Syberii albo na Marsie, ale przysięga, którą składamy, obowiązuje nas do śmierci, a nie do początku nowego Millenium. Podobnie się ma sprawa z katolickim wychowaniem potomstwa poprzysięganym na ślubie. Każdy, kto brał i udzielał ślubu w Kościele przysięgał również, że wychowa po katolicku potomstwo. Jeśli ochrzcił to potomstwo, które parafię ujrzy następnie przy okazji pierwszej Komunii, to stał się hipokrytą składając przysięgę przed ołtarzem i przed ołtarzem chrzcząc dziecko. Nie okaże się większym hipokrytą wypełniając swój przysiężony obowiązek i zabierając dziecko na niedzielną mszę świętą. To, że żyjemy w XXI wieku nie uprawnia nas do krzywoprzysięstwa, kłamania, omijania prawdy i wymazywania z pamięci tego, o czym wobec Boga i Kościoła mówiliśmy. Jeśli jesteśmy tacy mądrzy, że XXI wiek upoważnił nas do swobody we wszystkim, na co przyjdzie nam ochota, to może wypnijmy się najpierw na te wszystkie obrządki, nie składajmy sakramentalnych przysiąg i nie ograniczajmy katolickiego wychowania do ochrzczenia. Żyjesz w XXI wieku? To było nie brać ślubu!

Prawda i moralność nie zmieniają się w zależności od okresu historycznego, ani od naszego widzimisię. Dziecko, które w wieku XVII było dzieckiem, teraz już pewnie nie żyje, ale to nie znaczy, że podobne dziecko z XXI wieku dzieckiem być przestało. Ślub zawarty w Średniowieczu był tyle samo warty, co ten zawarty w ubiegłą sobotę. Różnica nie tkwi w prawdzie ani w ważności przysięgi, lecz w dojrzałości współczesnych ludzi. Ludzi, którym wygodnie jest kłamać, oszukiwać, wykręcać się od odpowiedzialności. Jak małe dzieci oszukują dorosłych, żeby dostać cukierka. Robię to, co jest dla mnie wygodne i przyjemne, nawet jeśli w ten sposób okłamuję wszystkich. A tylko niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że kogoś okłamałem, to osobiście dostanie ode mnie w dziób!

Żony! Wracajcie do swoich sakramentalnych mężów! Mężowie! Wracajcie do żon, którym przysięgaliście na wszystkie świętości! Wychowajcie potomstwo, którym Bóg Was obdarzy(ł) w pełnej, prawdziwej rodzinie, po katolicku – jak obiecaliście, a w wielu przypadkach jestem świadkiem! Nie zwalajcie wszystkiego na XXI wiek! Jedna kreseczka wiosny nie czyni, nie ma znaczenia położenie wskazówek. Najwyższa pora dojrzeć! Dojrzeć – to znaczy wydorośleć i podjąć odpowiedzialność za to, co się mówi i robi.

To samo tyczy się kwestii rodziny. Jeśli chodzi o pokrewieństwo nie ma znaczenia, czy kogoś się za rodzinę uważa, czy nie. Krewnym się jest, albo się nie jest. Wybiera się tylko żonę albo męża. Raz na całe życie, nierozłącznie, aż do śmierci. Pozdrawiam!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Mamy czas…?

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” To prawda. Jednakże…

Jezus chodził po świecie i mówił do ludzi. Podszedł jednego dnia do celnika zwanego Mateuszem i powiedział mu: Zostaw swój majątek i pójdź za mną. Ten natychmiast porzucił wszystko i zrobił to, co Pan mu nakazał.

Jak wygląda nasza wiara? Czy jesteśmy tacy jak celnik Mateusz, który porzucił wszystko i na zawsze, w całości oddał się woli Pana? Jak wygląda nasze życie? Nasze dążenie do świętości? Czy już zostaliśmy wiernymi sługami Jezusa? A może mówimy sobie: „Jeszcze nic nie wiem. Jeszcze jestem młody/młoda. Jeszcze nie zdążyłam/em dorosnąć do tego, by swe życie poświęcić Bogu. Mam czas, mam czas, mam czas…”

Były sobie panny. W zasadzie było ich 10 – połowa była mądra, a połowa głupia. Wszystkie czekały na Oblubieńca, aby przyjąć Go i ugościć. Aby dostać się na Jego ucztę weselną. Z tym, że te głupie stwierdziły, że mają czas, wszak jeszcze wczesna godzina, komu by się spieszyło, można przespać parę chwil. Tylko się zdrzemnąć. Pozostałe w tym czasie udały się do sklepu, po oliwę do lampy, by cały czas być gotowe.

W zasadzie żadna z nich nie spodziewała się, że Oblubieniec przyjdzie JUŻ. Ale przyszedł. Wstały głupie panny i powiedziały: „Matko, ojcze i wszyscy inni! Toż my jeszcze nie gotowe! Wszak tyle czasu mamy!” Ale czasu już nie było. Wszedł Oblubieniec, zaprosił mądre panny na wesele. Głupie w tym czasie pobiegły szukać oliwy. Ale już było za późno.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

„I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13, 6-9). Bóg mówi nam w tej przypowieści, że ma cierpliwość nad swymi sługami. My jesteśmy drzewkiem. Drzewkiem, które od lat myśli, że ma czas. Że jeszcze nie pora. Że Bóg poczeka, wszak jest cierpliwy. Wszak jest dla Niego ważne to, żebyśmy byli zbawieni, więc nie stanie mi się krzywda gdy jestem pod wpływem grzechu. Poczekam, nie pójdę do spowiedzi. Jestem pod wpływem grzechu, ale nie myślę nad tym, by go zdjąć. Dziś, jutro, za rok. Mam czas, mam czas, mam czas…

„A jeśli nie, w przyszłości możejsz je wyciąć.” Bóg jest łaskawy i miłosierny. Ale dla Niego czas nie istnieje. Wobec Niego każda chwila jest wiecznością. Każda stracona chwila jest straconą wiecznością. Nie jesteś gotowy/gotowa? Jutro może być o jedno jutro za późno, by stać się gotowym. Jutro sklep z oliwą może być zamknięty. Może jednak wydamy wreszcie ten owoc, jeśli tak uparcie obkładają nas nawozem. Choć już trzy lata nie ma z nas pożytku.

Jeden z moich wspaniałych kolegów z Seminarium, bardzo wierzący i zdolny do nauki, ostatnio wyszedł na chwilę. Ma raka płuc. Nigdy nie palił papierosów. Nie wiem co przeżywa, jak to dla niego wygląda. Ale jak go znam, nie oskarża Boga. Przecież nigdy nie wiemy, kiedy Pan Bóg przyjdzie.

Masz czas? Ja go nie mam. Każda chwila w oddaleniu od Boga jest wystawianiem Go na próbę. „No, przecież nie zrobisz mi nic. Przecież mnie kochasz!” Nie pamiętacie: „Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Łk 4, 12) To od Boga, nie od nas zależy, kiedy zachorujemy, wpadniemy pod samochód, spadniemy z konia, kiedy umrzemy. I nie mamy prawa mieć do Niego pretensji o to, że przecież nie jesteśmy jeszcze gotowi. Czas nagli. Tylko od nas zależy czy odpowiemy na Jego sygnały.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

Nie. Nie mamy.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Memento mori

Dziś odbył się pogrzeb taty Czipsatej – jednej z qrczaków (chcesz poznać qrczaki – kliknij na podobiznę qrczaka na dole strony) i to wywołało u mnie refleksję nad śmiercią. Padają trzy pytania – Jak śmierć bliskiej osoby przeżywano kiedyś? Jak przeżywa się ją dzisiaj? Czym jest śmierć i o czym powinniśmy w związku z nią pamiętać?

Memento1. Kiedyś śmieć przeżywało się jako przejście. Jeśli nie była nagła i niespodziewana, czuwano przy łóżku umierającego, modlono się z nim, słuchano jego ostatniej woli. Wszyscy czekali aż bliska osoba umrze i nie dlatego, że wreszcie będą mieli spokój, lecz dlatego, że właśnie idzie do Domu Ojca. Jeśli śmierć była nagła i niespodziewana wiedziano, że Bóg zabrał tą osobę tak nagle z jakiegoś powodu, albo po prostu – że chciał ją mieć u siebie. Płakano, to jasne, ale pamiętano, że od tej pory człowiek ten będzie naprawdę szczęśliwy. Wielu ludzi modliło się o śmierć, marzyli bowiem o ujrzeniu Boga twarzą w twarz. Wielu marzyło o męczeństwie za wiarę.

2. Dziś, kiedy na ziemi powoli zaczyna „panować” cywilizacja śmierci, paradoksalnie śmierć stała się tematem tabu. Jeśli mówi się „kiedyś umrę” natychmiast ktoś z twoich bliskich odpowie: „Nawet tak nie mów”. Ludzie żyją chwilą, tym co teraz, tym co przyjemne i przyziemne, a śmierć nie należy do tych rzeczy. Dlatego o śmierci własnej czy kogoś bliskiego boją się nawet myśleć. To przecież skończyłoby ich życie… Śmierć ukazywana jest w horrorach i sensacjach, lecz nie jako odejście i przejście, lecz jako łatwo sprzedawalny towar. Życie, które diametralnie różni się od filmu, w ogóle nie dopuszcza do siebie świadomości śmierci. I dlatego albo starcy umierają w hospicjach bez kogokolwiek przy swoim boku, albo śmierć kogoś bliskiego staje się życiową tragedią, której nikt się nie spodziewał.

schodziznieba3. Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Tym samym ukazał nam, że życie to dopiero początek. Życie nie może, nie powinno być zlepkiem przyjemności które nie dopuszczają do siebie myśli o śmierci, lecz właśnie myśleniem o śmierci na całej rozciągłości – „memento mori”. To może wydawać się dziwne, ale nie jest. Bo śmierć nie jest żadnym końcem, lecz właśnie początkiem. Śmierć jest tym, co zaczyna nasze życie a nie kończy je. Ona z tego świata, na którym trwamy lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, przerzuca nas do tego świata, gdzie przez całą wieczność będziemy oglądać oblicze Boga. Dlatego właśnie musimy cały czas myśleć o tym, że nie tylko każdy z naszych najbliższych kiedyś odejdzie, ale że i na nas to przyjdzie. I że nie mamy pojęcia kiedy. Bo to może wydarzyć się w późnej starości, a może jutro, kiedy będziemy przechodzić przez ulicę. Nikt z nas nie wie kiedy przyjdzie Oblubieniec i zaprosi nas na wesele. Dlatego wciąż pamiętając, że to może przyjść w każdej chwili, w każdej chwili musimy być gotowi na odejście do Domu Ojca.

Jasne jest, że śmierć naszych bliskich wywołuje w nas łzy i wspomnienia. Ale nie możemy bać się śmierci, chyba że nie jesteśmy na nią gotowi. Bo śmierć jest tak naprawdę najpiękniejszym momentem naszego życia. Możecie powiedzieć, że „nie wie co gada bo mu nikt bliski nigdy nie umarł”. Macie rację. Nie wiem jak będzie kiedy umrze mi ktoś bliski. Ale modlę się bym przeżył to tak, jak napisałem tutaj. I powiem Wam jeszcze coś – nie boję się własnej śmierci.

Gdybym umarł Jezus żyłby we mnie
Gdybym umarł odpocząłbym
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć
Pragnę umrzeć aby żyć.

W tej chwili mówię Wam „z Bogiem” bo wyjeżdżam na wczasy. Będę z początkiem sierpnia. Obiecuję za Was swoją modlitwę.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze