Posts Tagged With: Czyściec

Jak to jest z tym piekłem?

Ciamajda pięćset lat temu zadał mi pod notką z pytaniami i odpowiedziami kilka pytań. Nie dałem rady się do dziś do nich zabrać. Prawie dwa miesiące minęły bez notki – ale wciąż pozostaję przy najmniej jednej miesięcznie! Stwierdziłem jednak, że może jest wreszcie czas na napisanie czegoś.

Ciamajda zapytał tak: „Po pierwsze jak to jest z piekłem, będzie ono czy nie? Upowszechnia się bowiem pogląd jakoby piekło albo w ogóle nie istniało, albo nie było wieczne, tylko przejściowe. W zasadzie to utożsamiane być zaczyna z czyśćcem.” Rzeczywiście, słyszałem różne teorie związane z piekłem. Ostatnio jestem dość blisko zżyty ze Świadkami Jehowy, którzy na przykład twierdzą, że piekło nie jest wspomniane w Piśmie Świętym, że to raczej oznacza wieczną śmierć, a więc nieistnienie człowieka po śmierci, jeśli był niegodny. Kościół katolicki nigdy jednak nie miał wątpliwości, że kara ognia piekielnego, o której jednak Jezus wspominał, czy zmartwychwstanie dla potępienia jest czymś realnym. Przez wieki jednak zmieniał się pogląd co do tego, jak ten ogień ma wyglądać. I tak pierwotnie miał to być prawdziwy, gorący ogień i wieczne tortury. Niektórzy Ojcowie Kościoła widzieli w tym wręcz jedną z rozkoszy dostępną dla zbawionych (obserwacja męki potępieńców musi być zaiste zajmującym zajęciem). Współcześnie jednak od tak dosłownego rozumienia piekła powoli się odchodzi. Wiele zmieniła teoria utożsamiająca niebo i piekło nie tyle, jak dotychczas, z miejscem, ile ze stanem. Niebo jest więc stanem wiecznej szczęśliwości, a może się znajdować gdziekolwiek, choćby i, jak twierdzą Świadkowie na temat Raju, na ziemi. Niebo to stan, w którym czujemy się nieskończenie szczęśliwi z obecności Boga, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy. Piekło z kolei byłoby wówczas stanem wiecznego nieszczęścia. Wiecznego odłączenia od Boga. Pomyślmy sobie: po co komu ognie i tortury, skoro nie może spotkać się z Panem? Czy istnieją cięższe od tych męki?

Czyściec zaś, jak mówi w wielu miejscach współczesna teologia (chociażby Benedykt XVI w encyklice Spe salvi), nie trwa, lecz jest. To znaczy nie odpokutowujesz za swoje grzechy piętnastu czy dwudziestu lat, lecz zmartwychwstając przechodzisz przez ogień, by oczyścić się z wszelkiej nieczystości. I to jest cały czyściec. Boli, ale ból jest przyjemny. I nie ma nic wspólnego z piekłem, czyli z oddzieleniem od Boga.

Inna sprawa to teoria apokatastazy. Są i zawsze byli tacy, którzy twierdzili, że skoro wszystko wyszło z Boga, wszystko powinno też do Niego powrócić. Co za tym idzie – piekła albo nie ma, albo jest przejściowe (jak czyściec). Ponieważ bowiem każde stworzenie wraca do Boga, to miłosierdzie Boże przywołuje do siebie z czeluści największych grzeszników. Na koniec wreszcie do łona Ojca powróci pierwszy odstępca, czyli Szatan. Przykro mi, ale nie jestem zwolennikiem apokatastazy. Wyklucza ona bowiem coś bardzo w stworzeniu istotnego – a więc wolność. Bóg, dając aniołom i ludziom wolność, sam sobie swoją wolność ograniczył. Nie zechciał nas bowiem do niczego zmuszać. Jeśli więc podejmiemy decyzję o odstąpieniu od Niego, On nie będzie nas na siłę do siebie ciągnął w imię jakiejś apokatastazy. Mam znajomych, którzy mają do Jezusa żal, że ich zbawił, bo oni wcale nie chcieli. Czy sądzicie, że oni rzeczywiście z konieczności są zbawieni? Jednak mój brak wiary w apokatastazę nie wyklucza nadziei na tzw. puste piekło. Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść? A na samym końcu sam Szatan ukorzy się, przeprosi i powróci do swojego Stwórcy? Jeśli zło nie ma istnienia samo w sobie, to może i on ma tę odrobinę dobra, które go ku Panu pociągnie?

Piekło zostało nam objawione. Nie musimy się go jednak bać, jeśli kochamy i służymy Jedynemu. A czy okaże się w końcu czasów być puste? Aż do końca się o tym nie dowiemy…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Wielka księga pytań i odpowiedzi

Każda strona od czasu do czasu jest przez kogoś odnaleziona za pomocą wyszukiwarki internetowej. WordPress ma to piękne narzędzie, które prowadzi z tych odwiedzin statystyki. Dzięki temu mogę zobaczyć, co najbardziej interesuje ludzi, którzy odnajdują mój blog. Mogę też czasem udzielić odpowiedzi na najczęściej zadawane przez Was pytania, które czasem nie mają najlepszych odpowiedzi w innych notkach. Oto najczęściej zadawane pytania i moja próba odpowiedzi na nie (z oczywistych względów pomijam wyniki wyszukiwania, dzięki którym ludzie znajdywali mój blog, właśnie go szukając. Najczęściej wpisywaną frazą dzięki której do mnie trafiano jest „studencki blog teologiczny”. Owszem, to tutaj :):

(Jakie są) warunki bycia chrzestnym?

Na ten temat napisałem kiedyś notkę i jest ona najpopularniejszą notką na blogu. Jednak aby najzwięźlej wyjaśnić problem, krótko jeszcze raz odpowiem. Otóż aby być chrzestnym, trzeba być katolikiem bierzmowanym, po przyjęciu Komunii Świętej. Tenże katolik musi również żyć po katolicku, a jego życie musi być zgodne z funkcją, którą ma pełnić. Co za tym idzie rodzic chrzestny musi być człowiekiem żyjącym zgodnie z zasadami Kościoła Katolickiego i jego poglądy również muszą być zbieżne z poglądami Kościoła (to oczywiście oznacza zgodę w m.in. takich sprawach, jak in-vitro, aborcja, związki homoseksualne czy antykoncepcja). Rodzic chrzestny musi mieć też ukończone 16 lat, choć w innym wypadku może otrzymać dyspensę i też zostać chrzestnym. Chrzestnym nie może być rodzic biologiczny chrzczonej osoby.

(Jakie są) obowiązki chrzestnego? Obowiązki chrzestnej?

Do obowiązków chrzestnego nie należy kupowanie drogich prezentów, finansowanie chrześniakowi studiów, zajmowanie się nim pod nieobecność rodziców itp. Oczywiście niektórzy tego oczekują, ale jeśli wiemy że ktoś, kto nas prosi o bycie chrzestnym ma takie oczekiwania, nie mamy obowiązku się zgadzać. Obowiązkiem chrzestnego jest natomiast przekazywanie wiary i dawanie świadectwa katolickiego życia swojemu chrześniakowi. Chrzestny ma takie obowiązki tym bardziej wówczas, gdy rodzice chrzczonego nie są wierzący lub praktykujący i nie zapewnią swojemu dziecku wychowania katolickiego. Pamiętajmy: rodzice nie muszą być ortodoksyjnymi katolikami. Chrzestni – owszem. Osobiście uważam również, że chrzestny powinien pamiętać o urodzinach, imieninach i dniach dziecka. Nie musi jednak kupować prezentów, wystarczy że zadzwoni.

Czy ateista może być chrzestnym?

Nie, z oczywistych względów ateista nie może być chrzestnym. W jaki sposób ateista miałby dbać o moje katolickie wychowanie i dawać mi przykład katolickiego życia? Jasna sprawa – wielu ateistów dostanie zaświadczenie od wielu księży i zostanie chrzestnym, choć absolutnie nie powinni. Nie odpowiadam jednak za sumienie ani tych ateistów, ani tych księży. Oni natomiast odpowiadają za sumienie tego chrzczonego, który zyskuje w rzeczywistości antychrzestnego. Który może kupi mu laptopa na Pierwszą Komunię…

34 osoby odnalazły mnie również wpisując: świadek chrztu ateista. Otóż Kodeks Prawa Kanonicznego ma zapis: „Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.” Świadkiem chrztu może być więc niekatolik, a więc np. protestant czy prawosławny, ale nie ateista. Nie i kropka. Tak właściwie to dlaczego aż tak bardzo nam zależy, żeby świadkiem całkowicie kościelnej (a więc i Bożej) uroczystości był ktoś niewierzący?

Czy ksiądz może być ojcem chrzestnym?

Tak, może. Chrzestnym nie może być tylko rodzic dziecka. Może nim być więc zarówno przyjaciel, znajomy, kolega ze wspólnoty, dziadek czy babcia chrzczonego, starszy brat lub siostra, albo ksiądz. Ksiądz nie ma zakazu bycia chrzestnym. Nie jestem pewien, czy nie powinien zapytać biskupa o zgodę. Ale mam znajomych księży, którzy mają chrześniaków.

Czy psy idą do nieba? Czy zwierzęta będą zbawione?

Ogólnie rzecz biorąc: nie wiadomo. W zasadzie są dwie różne szkoły. Jedni mówią, że ponieważ zwierzęta mają duszę nierozumną, to jest ona śmiertelna i w związku z tym zwierząt nie czeka zmartwychwstanie. Że nie należy kochać zwierząt tak, jak ludzi i oczekiwać spotkania z nimi. Inni twierdzą, że skoro zwierzęta są nierozumne, nie mogą popełnić grzechu i przez to są zbawione z zasady. Jako argument podają też to, że w Raju żyły zwierzęta, były też u Izajasza w zapowiedzi wiecznej radości. Ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że rzeczywiście zwierząt nie należy obdarzać tą samą miłością, co ludzi, ale nikt nie zabrania nam mieć nadziei, że swojego pupila spotkamy kiedyś w Królestwie Niebieskim.

Ile trwa czyściec?

Znów: nie wiadomo. Dogmat o czyśćcu opiera się przede wszystkim na fragmencie jednego z listów św. Pawła, w którym ten stwierdza, że niektórzy ludzie będą zbawieni, ale tak jakby przez ogień. Tenże ogień ma właśnie wypalić w ludziach to, co złe, aby byli godni Królestwa Bożego. Co do trwania czyśćca są jednak różne teorie. Popularna jest ta, która mówi: im więcej nagrzeszyłeś, tym dłużej posiedzisz. Ale ostatnio coraz częściej słyszy się, że przecież dla Boga nie ma czasu. Bóg stworzył czas, ale Jemu samemu on nie był potrzebny. Dlatego dusza nie czeka na zmartwychwstanie, lecz, skoro człowiek jest jednością duszy i ciała, od razu zmartwychwstaje. Przy tym myśleniu pojawia się domniemanie, że czyściec nie trwa. Że ten stan oczyszczenia jest mniej-więcej równy czemuś, co możemy rozumieć jako przejście przez ogień. Tak, to może boleć. Ale nie martwcie się, prawdopodobnie za długo nie poboli.

Czy można mieszkać razem przed ślubem? Czy można przyjmować komunię?

To i inne podobne pytania pojawiają się ostatnio dość często – jest to spowodowane opublikowaniem dość kontrowersyjnej notki w tym temacie, do której trafia cała rzesza ludzi. Odpowiem więc krótko: nie wiem. Wiele osób twierdzi, że nie. Ze względu na pokusę współżycia i zgorszenie drugiego nie powinno się w ogóle mieszkać razem przed ślubem. Jednak od kilku lat się nad tym zastanawiam i żadnego oficjalnego dokumentu Kościoła o tym mówiącego znaleźć nie mogę. Owszem, wypowiedzi proboszczów czy nawet biskupów – ale nic płynącego z Watykanu. Co nie znaczy, że taki dokument nie istnieje. Dopóki jednak go nie znam, od siebie powiem: to zależy od ludzkiego sumienia. Jeśli ktoś nie czuje się z tym źle, a do tego nie ma nieopanowanych pokus (bo oczywiście współżycie pozamałżeńskie jest niedopuszczalne) i dąży bezpośrednio do małżeństwa, a nie na przykład sprawdza się jak to będzie, to myślę, że może się zdecydować na mieszkanie razem przed ślubem. Przy oczywistej rezygnacji w przypadku, gdy któryś z tych warunków okaże się niespełniony. Należy się przy tym liczyć z faktem, że mimo życia w czystości można nie otrzymać rozgrzeszenia w czasie spowiedzi. Wówczas już z pewnością, po nieotrzymaniu rozgrzeszenia, nie można przystępować do komunii. Ja jednak osobiście odradzam wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Skoro i tak dążycie do małżeństwa, to pozwólcie sobie poczekać. Gdy apetyt wzrośnie, to i słodycz spożywania będzie większa!

Udzieliłem odpowiedzi tylko na kilka pytań. Tych najczęściej zadawanych, albo najciekawszych. Ale może chcecie znać odpowiedzi na inne pytania? Nic nie stoi na przeszkodzie, byście pytali, np. w komentarzach. Zapraszam!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

Czyściec po benedyktyńsku

Sprawa czyśćca jest tematem, który od dłuższego czasu zaprząta moje myśli. Ponieważ jestem zwolennikiem starej średniowiecznej nauki „fides quaerens intellectum” – starałem sobie w głowie to wszystko poukładać. Jak mają się stany przejściowe do sądu ostatecznego (czy w związku ze stanami przejściowymi są dwa sądy?), jak długo trwa – i czy rzeczywiście trwa – taki stan przejściowy, skoro dla Boga czas nie istnieje? Czy męki czyśćcowe są czymś realnym, skoro człowiek biorący w nich udział nie ma ciała? I czy rzeczywiście mamy jakiekolwiek prawo uważać, że człowiek, który jest jednością ciała i duszy może istnieć w jakiś sposób bez ciała, a jednak w czasie i przestrzeni (którymi byłby czyściec) – i w tychże cierpieć? Te wszystkie wątpliwości pewnego dnia doprowadziły mnie do negacji czyśćca, oraz do wypracowania zdania: „Jeśli chcesz, możesz wierzyć w istnienie czyśćca, ale nie licz na to, że wszystkie twoje grzechy zostaną ci odpuszczone po śmierci. Żyj tak, jakby czyśćca nie było”. Miałem nawet napisać notkę, którą puentowałbym w ten sposób. Postanowiłem jeszcze zaczekać…

Pozwólcie, że skupię się przez sekundę na kilku teoriach czyśćca, które utkwiły mi w pamięci, a które postaram się przytoczyć zanim zwrócę się w stronę meritum.

Pierwsza opierała się na pewnym opowiadaniu, w którym chłopiec zachowywał się źle, ale chciał zmienić swoje zachowanie. Tatuś zaproponował mu więc, żeby za każdym razem gdy zrobi coś złego, wbijał w płot jeden gwóźdź, gdy zaś zrobi coś dobrego – by jeden gwóźdź z płota wyciągnął. Chłopiec robił więc to, co tata mu kazał. Po pewnym czasie płot był naszpikowany gwoźdźmi – chłopiec postanowił więc zmienić taktykę. Zaczął spełniać dobre uczynki, wyjmując potem po jednym gwoździu. Ostatecznie przyszedł do taty, by pokazać, że w płocie nie ma już żadnego gwoździa. „Ale spójrz” – rzekł tata – „Płot jest teraz pełen dziur”. Ot i całe opowiadanie. Osobiście wykorzystałem je by opowiedzieć drugoklasistom o sakramencie pojednania – że tylko Boże miłosierdzie jest w stanie załatać te dziury. Słyszałem jednak i inne interpretacje – że dziury łata czyściec, lub jeszcze docześnie – odpust zupełny. Nie podobała mi się ta interpretacja.

Druga zaś wypłynęła z ust mojego znajomego ojca franciszkanina. Powiedział on, że czyściec to takie miejsce i czas, gdzie my przygotowujemy się do spotkania z Panem. Stajemy w prawdzie przed samymi sobą i zauważamy, jak bardzo jesteśmy niegotowi. Pan przychodzi już po nas i zaprasza do siebie, ale my jesteśmy jak taka dziewczyna wybierająca się z chłopakiem na randkę. On już na nas czeka, bo on chce nas zobaczyć, chce mieć nas dla siebie, ale to my jesteśmy jeszcze niegotowi – i prosimy go, żeby na nas zaczekał. On to w tym wypadku oczywiście Bóg, a my – szykujący się – nie chcemy wyjść, bo nie czujemy się gotowi. Ta interpretacja również mi się nie podobała.

Osobiście bowiem byłem zwolennikiem teorii, że człowiek zmartwychwstaje zaraz po śmierci. Wynikało mi to z faktu, że ponieważ jest jednością duszy i ciała – nie może istnieć jako sama dusza. Choć nie czytałem wciąż Sumy świętego Tomasza (pokornie się przyznaję, Elu), rozumiem, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, ponieważ posiada właściwości które są tylko duchowe, niezależne od ciała (to dowodzenie filozoficzne, nie teologiczne). Zdaje mi się jednak również, że dusza nie może istnieć bez ciała, ponieważ jest jedynie formą, a nie całą substancją (którą nota bene jest człowiek) – i tym samym nie może istnieć bez materii. Dlatego dusza ludzka jednocześnie ma istnienie poza ciałem i nie ma istnienia poza ciałem. I dlatego też korzystając ze swej nieśmiertelności (czyli istnienia poza ciałem) jest zmobilizowana do znalezienia sobie nowego ciała w tym samym momencie, w którym poprzednie umiera (ze względu na niemożność istnienia poza ciałem). To bardzo skomplikowane rozumowanie doprowadziło mnie do wniosku, że człowiek mający możność istnienia tylko w ciele nie istnieje poza czasem (sama dusza może i istnieje – dlatego też mowa o zmartwychwstawaniu w momencie śmierci nie wyklucza istnienia „pozaczasu” tylko dla duszy), lecz jedynie w czasie przed śmiercią i w czasie po zmartwychwstaniu. A więc czas czyśćcowy nie istnieje.

Ufff… skomplikowane. Taka była moja teoria do niedawna – i nie miałem pojęcia, gdzie ja mogę ten czyściec wcisnąć. Stąd właśnie moja negacja czyśćca. Ale właśnie wtedy z pomocą przyszedł mi Benedykt XVI! Czytając na zaliczenie jego encyklikę „Spe salvi” natknąłem się na fragment dotyczący czyśćca, który z łatwością zapełnił dziury w moim rozumowaniu.

Benedykt XVI rozpoczyna od ukazania nauki chrześcijańskiej, która mówi, że ludzie na wskroś źli trafiają do piekła, a ci na wskroś dobrzy – do nieba. Wiemy jednak, że żaden z tych stanów nie jest normalnym stanem ludzkiej egzystencji – że człowiek z natury jest dobry, lecz tą dobroć pokrywa zazwyczaj pewna warstwa brudu, pewna warstwa zła. „Co dzieje się z takimi ludźmi, kiedy pojawiają się przed Sędzią?” pyta. „Czy wszystkie brudy, jakie nagromadzili w ciągu życia, staną się od razu bez znaczenia? Albo co jeszcze nastąpi?” (Spe salvi 46). Dalej powołuje się na słowa św. Pawła zapisane w Pierwszym Liście do Koryntian: „I tak ktoś na tym fundamencie [czyli na Chrystusie] buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drewna, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego budowla wzniesiona na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień” (1 Kor 3, 12-15).

No dobrze, to już wiemy. Właśnie to jest ten fragment, na którym przez wieki opierały się najróżniejsze nauki o czyśćcu. Co nowego mówi więc Benedykt XVI? Otóż powołuje się on na niektórych współczesnych teologów, którzy „uważają, że ogniem, który spala a równocześnie zbawia jest sam Chrystus” (Spe salvi 47). Cierpieniem, które jest tym ogniem, to, które spala nasz źle wybudowany przybytek, jest „Sędzia i Zbawiciel”. Nie tyle czas, nie tyle miejsce, co Osoba. „Ból miłości staje się naszym zbawieniem i naszą radością”. Co więcej jednak, papież kontynuuje w słowach, które niezwykle mnie ucieszyły: „Jest jasne, że nie możemy mierzyć ‚trwania’ tego przemieniającego wypalania miarami czasu naszego świata. Przemieniający ‚moment’ tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu – jest czasem serca, czasem ‚przejścia’ do komunii z Bogiem w Ciele Chrystusa” (Spe salvi 47).

Jak możemy więc rozumieć, oczyszczający ogień zwany czyśćcem wcale nie jest (lub może – nie musi być) czasem przygotowania, miejscem pokuty, lecz pozaczasowym spotkaniem ze Zbawicielem w palącym ogniu Jego miłości. I przez ten ogień wypaleni – zmartwychwstajemy do nowego, lepszego życia. Bez pośrednich między doczesnością a życiem wiecznym łon Abrahama czy Pól Elizejskich. Albo czyśćców. Bez „trochę zbawieni” czy „tak jakby zbawieni”. Bez czekania duszy na ciało uwielbione.

Kiedy na wykładzie z dogmatyki o. Salij (którego naukę cenię niepomiernie) wspomniał o młodych teologach, z którymi nie do końca się zgadzał, a którzy twierdzili, że zmartwychwstajemy w momencie śmierci, wystawiał pewien poważny problem: Jeśli jest tak, jak mówisz, to na cóż zdać by się miała moja modlitwa za zmarłych, lub twoja modlitwa za mnie, gdy ja umrę? Benedykt XVI znakomicie radzi sobie i z tym problemem. Z Drugiej Księgi Machabejskiej wiemy, że modlitwa za zmarłych była praktykowana i że ma sens. „To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem” – zaznacza papież w numerze 48, dodaje jednak: „Można (…) zapytać: jeżeli ‚czyściec’ oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?” Zaraz jednak odpowiada: „Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami (…). Nieustannie w moje życie wkracza życie innych (…). I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych (…). Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci. W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony. Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne” (Spe salvi 48). Ja dodałbym jeszcze: nigdy nie jest za wcześnie. Jeśli nasza modlitwa ma wpływ na oczyszczenie, na zbawienie człowieka, który umarł przed nami, to ma ona również wpływ na zbawienie człowieka, który po nas się narodzi. Na zbawienie naszego wnuka, wnuka naszego wnuka, i tak dalej, i tak dalej.

Tak więc wolno nam, jak sądzę, rozumieć oczyszczenie, czyli tradycyjny czyściec, jako ‚moment’ sądu (śmiem wnioskować to z przytoczonego fragmentu encykliki). Czyściec to nie miejsce i czas oczekiwania, lecz etap (jak trudno dobrać ludzkie, czasoprzestrzenne sformułowanie) na drodze ze śmierci do życia, z grobu do zmartwychwstania. Stąd też moje przypuszczenia, że dzień sądu przyjdzie za naszego życia (dobrze kombinował św. Paweł) – a dokładniej – w dniu naszej śmierci. „A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9, 27). Sąd – czyli czyściec?

Ten przydługaśny monolog (przepraszam stokrotnie) nie rozwiązuje jednak wszystkich jeszcze problemów. Ostatnio na dogmatyce z innym z kolei wykładowcą, o. Bartosikiem, poruszony został ten sam problem – problem zmartwychwstania w momencie śmierci wobec zmartwychwstania i wniebowzięcia Matki Boskiej. Skoro bowiem wszyscy umieramy i zmartwychwstajemy w chwili śmierci – to w czym lepsze było od naszego zmartwychwstanie (pierwszej wśród ludzi nie będących Bogiem) Maryi? Problem jest realny – i chętnie zadałbym to pytanie Benedyktowi XVI. Zanim odpowiem – przemyślę. Może coś ciekawego przejdzie mi jeszcze przez myśl?

I jest jeszcze problem odpustów. Na teologii odpustowej nie znam się jednak wcale. Na dzień dzisiejszy jestem na etapie negacji odpustów. Poczekajmy, z pewnością mi się jeszcze odmieni :).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy