Posts Tagged With: Dogmat

Co jest złego w byciu dogmatycznym?

Od powrotu blogu w środowisko niegdyś opuszczone i połączenia obu grup czytelników w jedną grupę docelową wkrótce minie rok. Wówczas to snułem przypuszczenia, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Myślałem, że albo wszystko pozostanie bez echa, a w gronie czytelników pozostaną nowi, z czasów mojej anonimowości. Po drugie brałem pod uwagę powrót trolli i uczciwie współpracujących z trollami moich czytelników z wcześniejszych lat. Po trzecie wreszcie przyszło mi do głowy, że nowi czytelnicy poczytają archiwa, poznają komentarze, obrażą się i sobie pójdą. Ostatecznie najbliższa prawdy okazała się pierwsza, najlżejsza opcja. I tak byłoby pewnie do dziś, gdyby nie moja ochotność do publikowania i przywoływania wpisów na Facebooku. Bo oto po roku prawie dawni czytelnicy budzą się i odnajdują siebie w moich wpisach. No i dobrze, w końcu wychodząc z ukrycia zaprosiłem ich do czytania i komentowania wszystkich wpisów, także tych archiwalnych. Witam Was zatem i nie odmawiam lektury oraz wchodzenia w dyskusje, w które jednak nie obiecuję, że będę zawsze dawał się wciągnąć.

Tym razem jednak temat uderza we mnie bezpośrednio i wydaje mi się ciekawy do rozważenia i wyjaśnienia, podejmę go więc. Ernest zwany Nunatakiem wysunął bowiem argument, którego adresatem się poczułem. Określił bowiem, że „Można być Żydem-ateistą, a nawet gejożydomasonem, i być działaczem pro-life, kwestia tylko tego, czy podejmujemy tę działalność z faktycznej miłości i poczucia odpowiedzialności za wszelkie życie, czy jedynie z dogmatycznego wyprania mózgu, czyli strachem przed popełnieniem grzechu i karą Bożą. W drugim przypadku mamy do czynienia w pierwszej kolejności z troską o samego siebie, a wszelkie twierdzenia o motywacji z miłości i odpowiedzialności są jedynie przykrywką. To dopiero dwulicowość!”, w innym zaś miejscu dodał, że „Moja definicja mohera to: sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy (które to lubi określać mianem “Prawdy” przez duże P, za argument podając, że to nie jego pogląd, ale sam Bóg tak mówi…)”. I choć komentator nie wymienił żadnych osób, do których odnosiłby bezpośrednio te słowa (takie sobie, niezobowiązujące pisanie), wydaje mi się, że uderzają one bezpośrednio we mnie i ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. Jestem bowiem prawowiernym członkiem Kościoła katolickiego, z wykształcenia teologiem o specjalności „teologia fundamentalna”, której do dogmatyki niedaleko, a przy okazji jako katolik przyjmuję i wierzę we wszystkie podawane do wierzenia przez Kościół dogmaty. Oczywiście, to że jestem dogmatyczny, nie oznacza, że moje zachowanie wynika z „dogmatycznego wyprania mózgu”, ani że mam „sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy”. Ale obawiam się, że z dużym prawdopodobieństwem bycie katolickim dogmatykiem, wiernym Bogu i uznającym coś, co nazywa się uniwersalną Prawdą, może być przez mojego komentatora z taką postawą utożsamiane.

Wiem to również, ponieważ podobne dyskusje i argumenty były już pod moim kierunkiem wysuwane na dawnym blogu, nie pamiętam czy przez Ernesta bezpośrednio, czy przez inne osoby, ale zdecydowanie okrzykiwano mnie już na różne sposoby, choćby członkiem „świętej rodziny” (tu w konsolidacji z moją małżonką). Już określano, że próbuję indoktrynować, narzucać innym swoje poglądy, że oceniam i potępiam ludzi. Wiara jednak w dogmat, widzenie jedynej słusznej drogi postępowania, zgodnej z Bożą wolą i ocenianie zachowań niektórych osób jako złych nie musi się wiązać z dogmatycznym zaślepieniem i byciem tak zwanym przez niektórych „moherem”. Osobom, które tak uważają, pragnę wyjaśnić ich błąd.

Zacznijmy jednak od definicji dogmatu. Za Avery Dullesem można powiedzieć, że dogmat należy określić jako „prawdę objawioną w sposób boski, ogłoszoną jako taką przez kościelny i nieomylny autorytet nauczający, a zatem zobowiązujący wszystkich członków Kościoła bez wyjątku”*. Oczywiście można powiedzieć, że to jest narzucanie innym zdania i mówienie, że „to nie mój pogląd, tylko prawda od Boga”, jednak podkreślić należy, że wszelkie dogmaty rzeczywiście wynikają z dostępnego nam objawienia, a więc z ukazania się Boga w Jego Synu Jezusie i zapisie tego zdarzenia na kartach Pisma Świętego. O wiarygodności samego źródła, jakim jest Pismo Święte już prawdopodobnie kiedyś pisałem, a jeśli nie, napiszę wkrótce na poparcie tezy. Teraz tylko zaznaczę, że żadne starożytne zapiski nie posiadają tak wielu manuskryptów w tej chwili dostępnych, które są tak bliskie czasowi zapisania oryginałów. Mimo tego jako bardziej wiarygodne często traktuje się Dialogi Platona czy Wojnę Galijską Cezara. A jednak to na Piśmie Świętym, najbardziej wiarygodnej ze wszystkich ksiąg starożytnych, a nie na papieskim widzimisię opierają się katolickie dogmaty. Żaden dogmat też tego, co na kartach Biblii zapisano, nie wyklucza.

Kolejną sprawą jest tematyka dogmatów. Mogliśmy bowiem przeczytać w jednym z komentarzy, że „Dogmaty występują przeciwko życiu, zniewalają duszę i umysł człowieka, powodując nerwice i choroby psychiczne (które też czasem szlachetni dogmatycy zwykli nazywać “opętaniem”, nie pomyślawszy ani przez chwilę, że sami mogli być jego twórcami)”… Dogmaty katolickie dotyczą jednak tylko prawd wiary, czasem także kwestii moralnych. Jednak większość wewnętrznych ustaleń moralnych Kościoła nie posiada dogmatycznego podłoża, wiara w to, że np. współżycie przed ślubem czy używanie antykoncepcji jest czymś złym nie oznacza przyjmowania tego jako głoszonego ex cathedra objawienia Bożego. Owszem, wszystkie te ustalenia na Piśmie Świętym są oparte (choć za czasów Jezusa antykoncepcja nie stanowiła takiego problemu), ale nie są podciągnięte pod argument „tak mówi Bóg”. Te dogmaty, które wyznajemy, wynikają też z objawienia i niezachwianej wiary Kościoła Bożego. Nie mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, choć mogą być nim kapłani i ludzie świeccy w zły sposób o dogmatach i zasadach moralnych mówiący. Prawdą jest, że nawet osoby popadające w grzech nie są przez Kościół potępiane, lecz przystępując do sakramentu pokuty otrzymują rozgrzeszenie i wracają na łono Kościoła. Trochę inaczej sprawa ma się w stosunku do osób, które w sposób świadomy i wolny odrzucają któreś z praw moralnych – te osoby swoją własną decyzją postanawiają tkwić w grzechu i dobrowolnie od Kościoła się oddalić.

Dlaczego Kościół daje nam do wierzenia dogmaty? Odpowiedział na to w sposób doskonały o. Jacek Salij: „To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać”**. Dogmaty, a więc prawdy wiary, otwierają nam drogę i torują ją w stronę prawdziwego objawienia: Jezusa Chrystusa, który przyszedł na świat, aby nas zbawić. Nie mogą więc w oczywisty sposób prowadzić do opętań (chorób psychicznych), bo nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość.

Mowa jednak o umysłach silnie zdogmatyzowanych, które zamykają się na naukę i wierzą we wszystko, starając się przekonać do tego (siłą?) innych ludzi. Owszem, są i tacy. O nich też pisze Salij: „Owszem, może się zdarzyć, że jakiś ksiądz czy katecheta usiłuje doprowadzić kogoś do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych — ale jest to zwyczajne nadużycie i ciężka obraza głoszonej w ten sposób prawdy Bożej. Może się również zdarzyć, że ktoś aprobuje prawdę wiary w fałszywej świadomości (na przykład w sposób czysto formalny i powierzchowny, z duchowego lenistwa albo spodziewając się jakiejś korzyści). Są to jednak grzechy poszczególnych ludzi i jedyne, co Kościół ma naprawdę na ten temat do powiedzenia, to wezwanie, żeby się z takich grzechów nawracać”**.

Czy ja, katolik, mam umysł zdogmatyzowany i wypaczony, próbuję więc indoktrynować i narzucić komukolwiek swoje poglądy? Niemożliwe! Przez lata byłem bowiem sceptykiem, który wątpił w słuszność prawdy o szkodliwości (fizycznej, ale i psychicznej) antykoncepcji, homoseksualizmu (aktywnego), a nawet aborcji czy eutanazji. Miałem problem z zaakceptowaniem dogmatu o nieomylności papieża czy tak często krytykowanych dogmatów maryjnych. Do wszystkiego jednak doszedłem z pomocą Bożego natchnienia sam, wszystko przemyślałem, we wszystko włożyłem dużo z siebie, żeby to zrozumieć. Można było, oczywiście, powiedzieć „olać, to nie może być prawda”. Ale ja wolałem pogłębić swoją wiedzę. Studia teologiczne były dla mnie objawieniem i teraz mogę powiedzieć: tak, to wszystko prawda! Wszystko rozumiem, choć nie wszystko bez pomocy będę umiał teraz wyjaśnić. Ale choćby kwestie antykoncepcji – pisałem o tym na początku bloga, mając 20 lat i pisałem ostatnio. Jak wielka jest moja różnica w zrozumieniu tematu – sam siebie zadziwiam!

Nie jestem bezmózgim dogmatykiem zamkniętym na argumenty innych. Staram się słuchać i staram się wczuwać. Nie zawsze mi to wychodzi, to oczywiste. Największym chyba jednak problemem, który widzą we mnie inni, a który moim zdaniem nie jest żadnym problemem jest to, że nie staram się skłaniać ku innemu myśleniu, temu, które widzę jako mylne. Że nie zmieniam poglądów. Nie, ja kiedyś już miałem inne poglądy i zmieniłem je na dobre. Nie widzę potrzeby zmieniać ich ponownie. Teraz pozostaje mi pokazywać (nie narzucać) tę prawdę innym, a kto chce przyjąć ją, niech ją przyjmuje.

Na koniec ostatni raz zacytuję Salija za tym samym źródłem:

„Czasem ta nasza pewność co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego”**. Przez wierzącego „na swój sposób” też: „Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości”**.

______________________
*Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/wprowadzenie_dogm2.html
**Za: http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_15.htm

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

My, protestancka wiara

Żyjemy w kraju, w którym podobno ponad 90% ludności deklaruje się jako katolicy. Jednocześnie podobno ok. 80% ludzi używa prezerwatyw lub innych środków antykoncepcyjnych i nie widzi w tym nic złego. Spora część tych osób, wzruszając się źródłami pisanymi (Gazeta Wyborcza) albo telewizyjnymi (TVN) opowiada się za aborcją czy eutanazją w szczególnych sytuacjach (których to sytuacji zasięg staje się coraz szerszy), albo za legalizacją związków homoseksualnych. Ostatnio zaś rozmawiałem z jedną osobą, która jest praktykującą katoliczką, a która zgromiła mnie za to, że twierdzę, jakoby masturbacja była grzechem. Wszak robi to zdecydowana większość mężczyzn (i coraz więcej kobiet), jest to naturalny sposób na rozładowanie napięcia i przygotowanie się do małżeństwa. Ta osoba nie jest jedyna. Inni jej podobni zresztą opowiadają się za seksem przedmałżeńskim, lub choćby za poważnymi erotycznymi pieszczotami, takimi jak petting czy seks oralny. Stadko katolików niewierzących w Tradycję tu, stadko wypowiadających się za kapłaństwem kobiet tam, tutaj i tutaj kilkoro niewidzących nic pozytywnego w celibacie. Ci ludzie wciąż mówią o sobie „katolicy”, nawet jeśli nie chodzą do kościoła od wielu lat („wierzący, ale niepraktykujący”), a gdy mówię im, że właściwie to nie mają prawa nazywać siebie katolikami, wyrażają oburzenie i argumentują za pomocą belek w oku i tych słynnych „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

Ale to nie tylko w Polsce przecież. Na całym świecie pojawiają się katolickie organizacje żonatych księży, katolików za wyborem (a nie „za aborcją”), katolickich lesbijek czy gejów. Katolickie feministki walczą o kapłaństwo kobiet, katoliccy geje o legalizację sakramentalnych (!) małżeństw dla siebie, katoliccy liberałowie o zezwolenie na antykoncepcję i zniesienie dogmatów. Katoliccy publicyści krytykują papieża za nieżyciowość i nienowoczesność, katolickie parafie za wypowiedzi w Afryce, katoliccy biskupi… To wszystko to jakaś jedna wielka paranoja.

A mnie przyszło do głowy, że w rzeczywistości wszyscy ci wyżej wymienieni katolicy to swego rodzaju protestanci. Protestantyzm wybudował się na proteście przeciw katolicyzmowi – i ten też się w ten sposób buduje. „Kościół powinien to, papież powinien tamto”. Myślę, że dla tych wszystkich ludzi znalazłoby się miejsce, jeśli nie w tym, to w tamtym Kościele protestanckim. Jest taki wybór, że każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Problem tkwi w tym, że oni nie chcą. Oni byli, są i będą katolikami – choćby Kościół katolicki myślał inaczej. To nie oni mają się dostosowywać do Kościoła, ew. szukać sobie innego. To Kościół ma dostosować się do nich. Wszak oni są ludem Kościoła – a przecież żyjemy w czasach demokracji! Ten Kościół jest w związku z tym strasznie zacofany. Oni nie rozumieją chyba, że to bardzo dobrze…

Poniżej zamieszczam ankietę, którą naprędce przygotowałem i uprzejmie proszę o wypełnienie jej dla zbadania stanu polskiego (i, być może, nie tylko) katolicyzmu.

Wypełnij!

(Aby otworzyć w nowym oknie/karcie i dzięki temu nie wyłączać notki – kliknij prawym i wybierz odpowiednią opcję :).

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 35 Komentarzy

Dogmatix

Dobra znajoma zapytała mnie niedawno jak to jest w katolicyzmie z dogmatami. Wszak część z nich oparta jest na tradycji, a nie ma pokrycia w Piśmie Świętym. Trudno więc uwierzyć, a Kościół podaje jako obowiązujące do wierzenia – co można więc zrobić? Do tych problemów dołączę, dla pełnego obrazu, jeszcze jeden. Otóż niektóre środowiska (zarówno te poszukujące, jak i antykościelne) widzą problem z dogmatami w tym, że stwierdza się je prawie 2000 lat po napisaniu Biblii (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny – 1950 rok). W tej sytuacji, jak uważają, Kościół autorytatywnie stwierdza sobie jakąś wydumaną nowość i nakazuje swoim owieczkom wiarę w tę nowość. Aby odpowiedzieć na ten problem trzeba najpierw mniej-więcej wytłumaczyć pojęcia, które we współczesnym, ponowoczesnym świecie, są błędnie rozumiane.

Dogmat nie jest, wbrew powszechnej opinii, autorytatywnie ogłoszonym przez papieża, nieopartym na dowodzeniu twierdzeniem, niepodlegającym dyskusji i – co wielekroć się podkreśla – popartym autorytetem św. Piotra i dogmatem (ogłoszonym w 1870 roku) o nieomylności papieża. Katolicy, wierzący w taki dogmat i Kościół opierający się na takim dogmacie, mogliby być w rzeczy samej oskarżeni, całkiem podstawnie, o fanatyzm. Dogmat jest jednak w samej rzeczy twierdzeniem opartym na Piśmie Świętym, jego stwierdzenie poprzedzają lata studiów nad lepszym rozumieniem Biblii oraz rozwinięta Tradycja, a poza tym wszystkim częstokroć jeszcze potwierdzona wiara Kościoła (którym są wszyscy Jego wierni). Ogłoszenie dogmatu poprzedzają więc wieki, w ciągu których Kościół, opierając się na Piśmie Świętym i Świętej Tradycji tenże dogmat, bez ogłoszenia go oficjalnie, wyznawał.

Tradycja zaś, co należy podkreślić ze szczególnym naciskiem, nie jest tym, co my pod tym słowem dziś rozumiemy – tj. zbiorem wierzeń i przyzwyczajeń wyrobionych w ciągu wieków w jakiejś grupie społecznej (najczęściej wiejskiej); przykładem może być tradycja wigilii, tj. choinka, 12 potraw, etc. Jednak nie na tej tradycji opiera się wiara Kościoła, nie na niej opierają się dogmaty. Tradycja, w znaczeniu kościelnym (pisana z dużej litery) oznacza przede wszystkim to, na czym opiera się Pismo Święte i to, co poza Pismo Święte wykracza. Żeby to zrozumieć, należy uświadomić sobie, że pierwsze pismo Nowego Testamentu powstało ok. 20 lat po śmierci Chrystusa. Ewangelie zaczęły powstawać jeszcze później. W związku z tym nielogiczni ateiści czy odstępcy kościelni twierdzą, że to św. Paweł wymyślił chrześcijaństwo, albo że opiera się ono na religii egipskiej. Tymczasem, gdyby to było prawdą, chrześcijaństwo nigdy nie zdobyłoby takiej popularności. Bo listy św. Pawła czy Ewangelie trafiały nie tylko do ludzi, którzy dzięki temu po raz pierwszy słyszeli o Jezusie. Czytali je również ci, którzy znali Jezusa osobiście (20-50 lat to jednak nie tak wiele, by całe pokolenie wyginęło) i doskonale pamiętali fenomen pustego grobu (o czym pisze Mateusz w Mt 28, 15) i nauczanie Mistrza. Ci zaś, gdyby historia Jezusa w rzeczywistości nie miała miejsca, bez wątpienia odrzuciliby bzdurne teksty i tym samym obalili chrześcijaństwo w zalążku. Apostołowie też pamiętali i zapisali to, co pamiętali, a także to, co pamiętali ludzie, z którymi toczyli rozmowy, co pamiętała Matka Boska, etc. Czasem napisali coś, co, można powiedzieć, uznali za słuszne do napisania, by coś podkreślić, a co my uważamy za natchnione z Ducha Świętego. Pismo Święte Nowego Testamentu, ale przecież również i Starego Testamentu, powstało więc na Tradycji, czyli czymś, co pamiętano i przekazywano ustnie, a z czego nie wszystko zostało spisane. Tradycja Święta jest więc, co można łatwo zrozumieć, szersza w treści niż cała Biblia – i dlatego część dogmatów opiera się w większym stopniu na Tradycji, niż na Piśmie Świętym.

Ale oczywiście nie jest prawdą, że jakikolwiek dogmat nie ma żadnego oparcia w Piśmie Świętym. Bardzo popularnym fragmentem, na którym bazuje dogmat o Wniebowzięciu jest 12 rozdział Apokalipsy, gdzie Niewiasta rodzi Syna, który zostaje porwany do Boga, ona zaś najpierw otrzymuje od Boga miejsce na pustyni, następnie zaś odlatuje na skrzydłach niby orlich „do swojego miejsca, gdzie jest żywiona przez czas i czasy, i połowę czasu, z dala od Węża”. Jest teoria, która dominuje, a która mówi, że to obraz Matki – Kościoła. Ale oczywiście nasuwa się również myśl, że chodzi o Matkę Boską i że fragment ten powstał nie tylko jako zapowiedź apokaliptyczna, jako proroctwo, ale jest oparty na jakimś autentycznym wydarzeniu z życia Apostoła Jana, który Apokalipsę napisał. Pamiętamy, że Jan został przez Jezusa mianowany synem Maryi i miał się nią zaopiekować po śmierci Mistrza. Prawdopodobnie więc był on również świadkiem… no właśnie – czego? Są dwie teorie – że Matka Boska zmarła, po czym została z ciałem i duszą wzięta do nieba, albo została wzięta bez umierania. Tak czy inaczej Jan mógł być tego świadkiem i zdarzenie to mogło wywrzeć na niego taki wpływ, że zamieścił je w swym prorockim dziele.

Ten fragment jest jednak jedynie przesłanką, a dogmat rzeczywiście opiera się głównie na Tradycji. Ale, jak już wyjaśniłem, Tradycja przekazuje nam te prawdy o Bogu, Jezusie czy Maryi, których nie zanotowano w księgach Nowego Testamentu, w które jednak pierwotny Kościół wierzył i wiarę rozwijał. Na tej zasadzie czcimy np. św. Annę i św. Joachima, rodziców Maryi – których imiona zanotowano w pewnym powstałym później apokryfie. Autor tego apokryfu pragnął podkreślić świętość Maryi i dlatego napisał, że i ona, jak później jej Syn, poczęła się z Ducha Świętego. Oczywiście jest to zagadnienie uznane przez Kościół za nieprawdziwe, ale nie było podstaw, by nie uwierzyć w brzmienie imion dziadków Jezusa – pierwotny Kościół prawdopodobnie bowiem je znał i mógł przekazać na piśmie. Tak też wygląda sprawa wniebowzięcia. W IV wieku pojawiły się pierwsze pisma opiewające to zdarzenie, a już w VII wieku była to prawda oficjalnie uznana, posiadająca własne święto. Kościół wschodni od wieków czci to wydarzenie, Kościół zachodni miał pewne problemy – choćby właśnie takie, że było na ten temat zbyt mało materiału w Piśmie Świętym. Dlatego dopiero w 1950 roku papież ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, po wielowiekowych dochodzeniach, dzięki silnie ugruntowanej od najwcześniejszych lat Tradycji, za zgodą całego Kościoła. Dogmat ogłoszony przez papieża był tylko potwierdzeniem tego, w co niewątpliwie (wierzymy, że z natchnienia Ducha Świętego) wierzył Kościół przez stulecia. Oficjalnym potwierdzeniem prawdziwości.

My dziś mamy problemy z tym dogmatem oraz z innymi dogmatami. Tak jak częstokroć mamy problemy z Kościołem samym w sobie. By jednak lepiej zrozumieć, musimy nie patrzyć z perspektywy ponowoczesnej młodzieży, która uważa prawdę za względną, a Kościół za wypaczenie, ale z perspektywy wieków kształtujących wiarę Kościoła – całego Kościoła, a nie tylko hierarchów. A na koniec odsyłam jeszcze do pewnej strony internetowej, na której kilku księży na swój sposób tłumaczy dogmat o Wniebowzięciu: LINK. Nie z każdą ich teorią się zgadzam, ale ogólnie uważam tekst za godny przeczytania przez ludzi zainteresowanych tematem. Chciałbym jeszcze po cichu poprosić Panią E. Wiater o mały komentarz – bo jednak przyda się odezwa istoty nieco lepiej orientującej się w zawiłościach teologii ode mnie. Z góry serdecznie dziękuję.

Niniejszym życzę wszystkim uroczystego i radosnego świętowania dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny w dniu jutrzejszym. Muszę przyznać, że nie planowałem tej notki w związku z okazją, a z tego powodu muszę podziękować Bogu, że zechciał mnie w tym czasie natchnąć.

A pierwsza osoba, która zgadnie, co dosłownie znaczy słowo „Dogmatix”, zamieszczone w tytule notki, dostanie ode mnie kość. Dostanie karuzelę kości! No dobrze, obiecuję, że dostanie batonik :).

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy