Posts Tagged With: Dojrzałość

Gdzie są dziś ludzie z oazy?

zdjecieJakiś czas temu artykuł o podobnym tytule, zamieszczony w jednym z katolickich tygodników, przykuł moją uwagę. Ponieważ od dłuższego czasu zastanawiałem się nad tematyką dalszych losów byłych oazowiczów, postanowiłem zakupić ten numer i przeczytać tekst. Bardzo się zawiodłem, ponieważ okazało się, że nie był to reportaż o pokręconych losach dawnych uczestników oazowej formacji, lecz zbiór celebrytów, którym się w życiu udało (osiągnąć sukces), a którzy kiedyś należeli do ruchu Światło-Życie. Do dziś pamiętam tylko twarz pana Zubilewicza, który teraz – może właśnie dzięki oazie – przekazuje informacje o pogodzie na kanałach TVNu.

A tekst na temat tego, co stało się z ludźmi oazy, mógłby wyglądać z gruntu inaczej. Piszę to, bo zarówno ja, jak i moja żona, mamy wielu znajomych wywodzących się z tego środowiska – lub środowisk jemu pokrewnych. I widzimy, jak bardzo komplikują się losy tych ludzi. Można swobodnie powiedzieć, że silną wiarę i zaangażowanie w życie Kościoła katolickiego zachowuje nie więcej, niż 10% byłych oazowiczów.

Oczywiście wśród nastolatków jeżdżących na wakacyjne rekolekcje można wyróżnić i tych naprawdę zapatrzonych (często bardzo emocjonalnie) w Boga, i tych szukających przygód, przyjaciół czy sympatii. Nie jest jednak regułą, że tylko ci drudzy odchodzą od Kościoła. Im bliżej byli Boga w młodości, tym większym zaskoczeniem okazuje się ich całkowity zwrot, ale nie oznacza to, że stanowią wyjątek.

Ciekawostką jest, jak bardzo ekstremalną zmianę poglądów reprezentują ci, którzy wydawali się najbardziej sympatyczni, dający słabszym nadzieję i świadectwo wiary. Część z nich – obrażona na dawne środowisko – zostaje walczącymi antyklerykałami, krytykującymi domniemaną hipokryzję księży i osób wierzących. Pojawiają się przypadki osób szukających emocji i spełnienia poza Kościołem – w innych grupach wyznaniowych, często również sektach. A są i tacy, którzy jako nastolatkowie nie rozumieli tych nielogicznych dla dzieciaków dojrzewających w rozerotyzowanym świecie zasad, jak choćby wstrzemięźliwość przedmałżeńska czy odrzucenie antykoncepcji. We wczesnej dorosłości zaczynają się gubić, zachodzą w ciążę (lub doprowadzają do ciąży – w przypadku mężczyzn) i angażują się w nie do końca świadomie założony związek, albo zostają samotnymi matkami. A w efekcie zaplątania się we własne grzechy, odchodzą od kościoła i zapominają o Bogu. Potrafię również wskazać tych, którzy zwyczajnie ochłonęli, zobaczyli że Kościół nie jest jednak taki „cool” jak się wydawało, i zlaicyzowali swoje życie – chociaż ślub katolicki wezmą, a może i do kościoła pójdą co niedzielę.

Skąd taki przykry rozwój wypadków? Nazwałbym to efektem wyczerpania emocji. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że młodzież oazowa to właściwie wyłącznie nabuzowane hormonalnie nastolatki. Okres dojrzewania to czas pierwszych „erotycznych” miłości, czas huśtawek emocjonalnych i wielkich euforii. Dlatego oazowe nauczanie pada na podatny grunt – dzieciaki jak gąbka chłoną wszystko, co jest „dżezi”, „trendi” i „cool”, czyli ogólnie mówiąc: fajne. A Jezus Chrystus może być fajny, jeśli zgasi się światło, zagra na gitarze i zaśpiewa kilka oazowych hitów. Przyznaję – sam uwielbiam emocjonalny klimat oazowych wieczorków, dźwięk gitary i smętne, wyciskające łzy z oczu melodie. Sam wspominam grającą na gitarze w ciemnym kościele koleżankę, w której – właśnie tam i wtedy – się zakochałem. Bo miałem naście lat i wszystko tak na mnie działało. Zakochanie nie było trwałe, ale rozumiem dlaczego dziewczyny zakochują się i łączą w związki z chłopakami na wakacyjnych rekolekcjach. W całym tym klimacie zatopione jest nauczanie o Chrystusie i przyjmowanie Go jako swojego Pana i Zbawiciela. I znowu – część osób podejmie tę decyzję w gigantycznej euforii, a część nie zrobi tego, bo akurat przeżywa dół i czuje się niegodna. To właśnie jest nastoletnia huśtawka hormonalna.

Przypomina mi się scena z rekolekcji oazowych I stopnia. Przeżywałem je już z żoną, jako członkowie Domowego Kościoła. Omawialiśmy wyższość woli i rozumu nad uczuciami, które są piękne i ubogacające, ale nie są związane z nami, tylko przychodzą do nas z zewnątrz. I mówiliśmy o tym, że wiara wynika z rozumu i woli, a nie z uczuć. Zwróciliśmy wówczas uwagę na to, że I stopień oazy przechodzą też nastolatki. I że przechodzą również przez ten etap – etap ustalania, że wiara to decyzja, a nie emocja. I popadają w emocjonalny zachwyt nad tą rzeczywistością – i przyjmują ją wszystkimi swoimi uczuciami. Czyli tak naprawdę nie osiągają momentu decyzji, a tylko ekscytują się możliwością decydowania.

A potem trzeba zacząć dorosłe życie. Burza hormonów się kończy i pora na serio decydować, co się będzie w życiu robiło i w co się będzie wierzyło. I nagle okazuje się, że trzeba by zaakceptować zakaz seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji, nakaz dawania świadectwa czy najbardziej pierwotne przykazanie Boga: rozmnażanie się i zaludnianie ziemi. Na początku jeszcze uczucia się bronią – w zderzeniu z trudną rzeczywistością byli oazowicze przypominają sobie, jak fajnie jest na rekolekcjach czy na pielgrzymkach do Częstochowy. Próbują przywołać te myśli, żeby nie odejść od Kościoła, bo Kościół musi być „cool”. Potem jednak ostatnie uczucia się rozmywają i – jeśli decyzja o przyjęciu Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela nie była trwała – pozostaje szare życie, w którym Bóg nie jest już rzeczywistością. Sekty czy ruchy antyklerykalne potrafią zagospodarować to uzależnienie młodych od emocjonalnych zrywów, których nie osiąga się już w Kościele katolickim w dorosłym życiu. I tak oto pojawiają się setki, a nawet tysiące osób, które nie rozumieją, czemu Kościół, który był tak fajny kiedy mieli 15 lat, przestaje być fajny kiedy mają 25. To są właśnie byli oazowicze, zupełnie inni niż ci sympatyczni chłopcy i radosne dziewczynki sprzed lat.

Oczywiście nadal pozostaje to 10% oazowiczów, którzy rozumieją, co znaczy, że wiara jest decyzją i nie wynika z uczuć. Oni przechodzą w prozę życia z nastawieniem, że już nie będzie tak łatwo, jak było, ale z Bogiem musi być dobrze. Oni pozostają wierni Kościołowi i chętnie dają świadectwo swej wiary. I wcale nie ma znaczenia, czy są prezenterami sczytującymi chmurki z telewizyjnej mapy pogody.

____________________________________

Zdjęcie we wpisie pochodzi z archiwów Jacka Słabego. Znajdują się na nim przedstawiciele franciszkańskiej młodzieży oazowej oraz ich opiekunowie w czasie pieszej pielgrzymki do Częstochowy w 2003 roku. Ten w niebieskiej koszulce z Jezusem to ja.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno

Mija rok odkąd narzekałem na doroczny spęd bydła, odbywający się zawsze wtedy, kiedy zbliża się czas pierwszej komunii świętej. Kiedy dzieci przychodzą do kościoła tylko dlatego, że właśnie są w drugiej klasie, choć na co dzień się ich w tym kościele nie uświadczy. Nie uświadczy się ich, bo nie przychodzą też ich rodzice, nie zmuszający swoich dzieci do obrządków, których oni sami nie praktykują. Ale w tym jednym przypadku, a mianowicie w obliczu wielkiego przyjęcia, jakim jest Komunia, zarówno rodzice, jak i dzieci pojawią się na mszy, żeby podpisać papierki, poświęcić medaliki i dokonać innych, nie mających znaczenia rytuałów.

W zeszłym roku nie przypuszczałem, że temat będzie dotykał mnie w sposób bezpośredni. Nie w tym rzecz, że sam mam dzieci. Mam, ale są jeszcze za małe, by przejmować się ich pierwszą komunią. Ale mam uczniów. Pracuję w szkole, w której nie każdego roku organizowana jest komunia. Do komunii przystępują więc dzieci w drugiej, trzeciej czy nawet czwartej klasie, wtedy kiedy zbierze się odpowiednia liczba kandydatów. W tym roku pojawił się jednak ciekawy przypadek. Rodzice pewnego dziecka postanowili załatwić sprawę komunii niezależnie od szkoły. Dziecko jest w drugiej klasie, rodzicom wydało się więc czymś naturalnym, że idzie ono do pierwszej komunii. Niezależnie więc od szkoły i katechetów posłali dziecię na kurs komunijny przy parafii, w którym biorą udział uczniowie z innej szkoły. Dowiedziawszy się o terminy imprezy rodzice zamówili też salę na przyjęcie i zaprosili gości. Nikt jednak wcześniej nie zapytał, czy dziecko przypadkiem jest już gotowe na przyjęcie Pana Jezusa do swojego serca.

Mający pewne rozeznanie (lub zwyczajnie usiłujący umyć ręce) proboszcz uznał na szczęście, że w temacie gotowości dziecka do przyjęcia sakramentu szkoła może mieć coś do powiedzenia. Dlatego złożył wniosek o wydanie opinii katechety na temat gotowości ucznia. Katecheta zaś wydał opinię. Opinia była zgodna z prawdą. Dziecko bowiem, mówiąc ogólnie, nie dojrzało do przyjęcia sakramentu Eucharystii. W codziennym przebywaniu z kolegami czy nauczycielami jest krnąbrne, kłótliwe, agresywne i zawistne. Skore do bójek. Jeszcze ciekawiej jest w czasie mszy świętej czy rekolekcji w kościele. Dziecko nie umie bowiem usiedzieć 15 minut we względnym spokoju, nie mówiąc o aktywnym uczestnictwie we mszy świętej. Pyta wielokrotnie „kiedy koniec” jeszcze przed rozpoczęciem mszy. W trakcie rekolekcji musi być upominane, a nawet wyprowadzane z kościoła przez nauczyciela. Na pytanie zaś „co to jest komunia święta” odpowiada „To jest wtedy, jak się dostaje prezenty”. Oczywiście pewnie w całym świecie jest mnóstwo drugoklasistów, którzy w ten sposób myślą czy zachowują się. Ten przypadek traktujmy jako teoretyczny przykład. Jednak każdy przykład i każdy przypadek takiego dziecka oznacza tylko tyle, że takie dziecko jest na przyjęcie Pana Jezusa niegotowe.

Przeciwnicy mojego toku myślenia mówią, że może trzeba dopuścić takie dziecko do komunii i spowiedzi, bo w sakramencie płynie łaska i ona może dotknąć i odmienić. Zgoda, płynie łaska. Ale sakrament to nie jest żadne czary-mary, że jak się przyjmie kawałek opłatka, to cię rozświetli od środka i wewnętrznie przemieni. Sakrament, o czym już pisałem, to łaska, dar, ale i obowiązek. Dlatego dopuszczanie do niego wszystkich jak leci tylko dlatego, że może pomoże, jest błędem graniczącym z grzechem ciężkim. „Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny staje się Ciała i Krwi Pańskiej” (1 Kor 11,27). Zwróćmy też uwagę na to, że jeśli ktoś jest niegodny, niegotowy, to właśnie więcej go nauczy jeśli się go do komunii nie dopuści, niż jakby się machnęło ręką, dobra, niech już idzie. Właśnie wtedy, kiedy człowiek w swojej pysze już wszystko przygotował, tzn. zamówił salę i zaprosił gości, lecz nic nie przygotował wewnętrznie, dużo więcej może dać pokazanie mu, że nie ma racji, niż kiwnięcie ręką, dla świętego spokoju.

Bo sakrament to nie jest przyjęcie i prezenty. To nie jest rytuał koszenia baranków na rzeź prowadzonych. Nieważne, czy ateista, czy satanista, do pierwszej komunii musi iść, a potem też do bierzmowania. Pierwsza komunia i każda kolejna ofiara Eucharystyczna to wybór Jezusa na swojego Pana i Zbawiciela, to przyznanie, że chce się całe życie poświęcić Jemu i z Nim iść, a nawet dla Niego zginąć. To decyzja na całą życiową drogę, a nie tylko na kolor garnituru. I nie ma znaczenia, nie może mieć znaczenia, że już jest sala i zaproszenia wysłane. Prawdę powiedziawszy można było nie zamawiać sali, dopóki nie wiedziało się czy dziecko do komunii się nadaje.

Pracuję jako nauczyciel języka angielskiego. Ale jestem też katechetą. Dlatego jako trzeci katecheta podpisywałem się pod negatywną opinią katechety prowadzącego, potem także pod negatywną opinią wychowawcy. Opinia pisana była trzy albo cztery razy. W grę wchodzi coś, co nazywam casusem Irlandii, tudzież Traktatu Lizbońskiego. W Irlandii przeprowadzono referendum w sprawie akcesji do Traktatu i opinia ludu była negatywna. Przeprowadzono więc kampanię promocyjną, wywołano kryzys i przeprowadzono referendum jeszcze raz. Tym razem wynik okazał się pozytywny. Co powinno się wydarzyć potem? Skoro za pierwszym razem nie uwierzyli ludowi, za drugim też nie powinni wierzyć. Powinni znów przeprowadzić kampanię i za rok przeprowadzić referendum. Ale nie zrobili tego… Podobnie było w przypadku rzeczonego dziecka. Zgłaszano się po opinię kilka razy, ponieważ za każdym razem była negatywna. Czy gdyby okazała się pozytywna, rodzic zgłosiłby się po opinię jeszcze raz? Przecież oczekiwano zmiany decyzji, może należy w związku z tym brać pod uwagę, że decyzja może się zmienić ponownie?

Ostateczne słowo należy do proboszcza, choć nauczyciele podkreślili, że nie są w stanie wydać pozytywnej opinii w kwestii gotowości ucznia do przyjęcia komunii świętej. Co się jednak okaże, czas pokaże. Dziecko jest przekonane, że w maju idzie do komunii. Zobaczymy. Jeśli to się uda, mam nadzieję, że Pan Jezus naprawdę odmieni serce tego dziecka.

„Nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być. Mieliśmy razem iść na wino, bo się nam zachciało pić. I nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nasze plany wzięły w łeb. Bo kiedy pobiegłem po wino, wtedy mi zamknęli sklep…”

T.Raperzy znad Wisły

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Doroczny spęd bydła

W większości polskich parafii rzymskokatolickich są dwie takie okazje, które pociągają za sobą spędy wszelkiej maści postaci najpiękniej mówiąc do kościelnej rzeczywistości nieprzystających. Te dwie okazje związane są z sakramentami, czyli jednymi z najświętszych znaków, jakie pozostawił nam po sobie Jezus Chrystus. Pierwszy z nich to bierzmowanie, drugi – pierwsza komunia święta. Pierwszy przyciąga młodzież w wieku późnogimnazjalnym czy wczesnolicealnym, przy czym rzeczywiście jest to wszelka młodzież, niezależnie od sposobu codziennego zachowania, stopnia uduchowienia, poziomu zaangażowania w Kościele. Niezależnie od tego czy prywatnie uważa się za katolika, ateistę, satanistę, czy jest za antykoncepcją, seksem przedślubnym, aborcją i sam Pan Bóg wie czym jeszcze. Do bierzmowania się idzie, w określonym wieku, i lepiej to zrobić, bo potem się jeszcze będzie chciało pójść do ślubu. Druga okazja to walny zjazd nie tylko często wybitnie nienadających się dziatek wiek osiem, ale również ich równie przyjemnych rodziców.

Scena z niedzielnej mszy świętej. Siedzimy z rodziną w ławce, w bocznej nawie, kilka ławek przed nami zasiada mężczyzna z uśmiechniętą córką. Córka ma na oko właśnie 7-8 lat. Dla usprawiedliwienia jej dałem jej mniej, ale żona mnie poprawiła. Zwracam na dziewczynkę uwagę w momencie, gdy zjada cukierka czekoladowego. Wcześniej jeszcze jedna z mamuś przesadza swoją córkę, by ta nie siedziała koło rzeczonej dziewczynki. Sytuacja staje się ironiczna w momencie, gdy następuje klęknięcie przy przeistoczeniu. Dziewczynka przysiada na stopach, jak zwykły robić małe dzieci. Jej tatuś, o dziwo, dokonuje tego samego procederu, a więc przysiada na własnych stopach, tak jakby nigdy w życiu nie był w kościele i nie wiedział, jak się klęczy (nie wypróbował nawet pozycji „na Małysza”). Z mojej strony konsternacja, ale jeszcze nie zdecydowałem się odezwać. Zabrałem głos dopiero gdy szedłem z moim uśpionym trzylatkiem w procesji komunijnej. Pan, siedząc na swoim miejscu, korzystał z chwili przerwy i trzymając swojego smartfona w lewej dłoni gmerał prawą po powierzchni ekranu. Nie próbował tego nawet ukryć pod połami kurtki, tylko ostentacyjnie się rozwalił. „Przepraszam, może jednak w kościele powstrzymałby się pan od używania telefonu” – rzuciłem w jego stronę odruchowo niemal. „A co pana to obchodzi?” – Odparł. Odpowiedziałem na to: „No niech pan nie robi z siebie durnia”. Dalsza dyskusja nie miała chyba sensu.

Dziewczynka później wygłupiała się jeszcze z przesadzoną koleżanką, trykały się nogami i głośno się śmiały. Mamie przesadzonej wyraźnie przestało to przeszkadzać, wdała się nawet w dyskusję z wyżej omówionym tatą. Zdawało mi się przez moment, że mówili o mnie, bo facet wskazał kciukiem w moją stronę. Podczas ogłoszeń duszpasterskich ksiądz poprosił, aby dzieci pierwszokomunijne wraz z rodzicami pozostały po mszy. Mogliśmy się już domyślać, co szanowny pan robił tej niedzieli w kościele – i rzeczywiście nasza intuicja była słuszna.

Moi drodzy, jedynym sakramentem potrzebnym do zbawienia jest chrzest. Oczywiście, chrzest przyciąga z sobą również często grupki osób niedopasowanych (moje uwielbione chrzestne w ultramini i chrzestni z włosami na żel), jednak sama idea ochrzczenia dziecka sytuację usprawiedliwia. Komunia i bierzmowanie już nie. Na punkcie bierzmowania mam świra szczególnego. To jest sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Powinien do niego przystępować ten chrześcijanin, który bezwzględnie jest gotów dla Jezusa Chrystusa poświęcić życie. I się Go nie wstydzi. Sam zdaję sobie sprawę z tego, że przystąpiłem do tego sakramentu o jakieś 2 lata za wcześnie. Wiele osób w ogóle nigdy nie powinno było do niego przystąpić. Człowiek o przyjęciu bierzmowania powinien zdecydować sam, sam powinien iść na kurs i sam powinien się do niego przygotować. Wędrówka jak to stado owiec na zgolenie albo na rzeź jest w tym przypadku wybitnie kiepskim pomysłem. Ilu z moich bierzmowanych kolegów do dziś nie wyraża swoim życiem gotowości…

Z komunią jest podobnie. Wprawdzie granica dolna dla tego sakramentu jest postawiona niżej, ale dziecko również powinno do niej przystąpić, bo kocha i szanuje Pana Jezusa i chce Go prawdziwie mieć w swoim sercu, a nie dlatego, że wszyscy idą, albo dlatego, że dostaje się rower, zegarek, PlayStation czy komputer, albo quada i przejazd limuzyną. Nie wystarczy zaliczyć głównych prawd wiary i dziesięciu przykazań, żeby być gotowym na przyjęcie Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Oczywiście – tutaj wielką rolę odgrywają rodzice. Ale jeśli ksiądz czy katecheta/katechetka nie są w stanie przebić się przez pancerz rodzicielskiego wychowania antychrystusowego i prawdziwie, wewnętrznie przygotować dziecka na przyjęcie Eucharystii, to powinni bezapelacyjnie odłożyć komunię takiego dziecka na późniejszy termin. Na ten czas, kiedy będzie naprawdę gotowe. Niech zarówno dziecko, jak i jego rodzice zrozumieją, że ten biały opłatek to jest Chrystus Żywy, a nie zabawa w królewny i kredyt na imprezę okolicznościową.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Myron

Przyjechałem do Albina i od wejścia powiedziałem, że nie piszę notki, bo nie mam natchnienia. Ale ponieważ od ostatniego spojrzenia w to miejsce uzyskałem dwa komentarze, postanowiłem je przeczytać. No i oczywiście natchnienie przyszło. Muszę przyznać, że najczęściej gdy czytam komentarze, notki lub cokolwiek innego napisanego przez Animaedimidium, to myśli przychodzą natychmiast. A tu, co ciekawe, poszło o Jej wyżalanie się na temat bierzmowania…

Myron (co oznacza „krzyżmo”) lub chryzmacja to wschodnie nazwy sakramentu Bierzmowania. Jednego z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Na wschodzie udziela się go jednocześnie z sakramentem chrztu, na zachodzie oddzielono je od siebie by podkreślić związek każdego chrześcijanina z jego biskupem (u nas bowiem bierzmowania udziela, lub udzielać powinien, biskup). Samo bierzmowanie jest pamiątką Pięćdziesiątnicy, czyli Zesłania Ducha Świętego. Podkreśla i dopełnia darów Ducha Świętego uzyskanych przez nas na chrzcie, dodaje nam odwagi do wyznawania wiary w Chrystusa i głoszenia owej wiary, czyli w zasadzie do działalności misyjnej (która jest obowiązkiem każdego chrześcijanina). Bierzmowanie jest również zwane sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, a ja mam fioła na punkcie dojrzałości (również) chrześcijańskiej, i dlatego bierzmowanie jest moim ulubionym sakramentem. Więcej na temat historii, skutków i bierzmowania w ogóle można przeczytać w Katechiźmie Kościoła Katolickiego w punktach 1285-1321. Ale nie o tym przecież miałem…

Animaedimidium pisze w komentarzu że przygotowanie do bierzmowania odbiera jej całą radość uczestniczenia w Mszy Świętej, że nie chodzi już do kościoła bo to daje moc, ochotę na dalsze życie, bo pomaga, lecz dlatego, że trzeba zebrać podpis, bo inaczej Jej nie dopuszczą. Ale Duszyczka przecież nie jest tu odosobniona. Sam pamiętam te czerwone książeczki z tysiącami głupkowatych pytań (głupkowatych nie dlatego, że były bez znaczenia, lecz dlatego, że nic do życia młodego człowieka nie wnosiły) które miały chyba pogłębić moją wiedzę na temat Kościoła, Boga i wiary, a tak naprawdę oddalały od Kościoła, Boga i wiary. I nie tylko mnie, podkreślę, lecz również wszystkich moich znajomych. Formacja (czyli przygotowanie) do bierzmowania opierało się na wkuwaniu i zdawaniu tych pytań, czy jak kto woli – ZZZ (Zakuć, Zdać, Zapomnieć). Do kościoła trzeba było pójść żeby dostać podpisik. To samo w związku z drogami krzyżowymi itp. Sam byłem świadkiem (dość niedawno) że Msza skończyła się wcześniej niż przypuszczalnie miała się skończyć i kilka dziewcząt pięć minut po niej wparowało do zachrystii by zdobyć podpisy. Oczywiście – spóźniły się, bo na żadnej Mszy nie były. Jeden z zaprzyjaźnionych Ojców Franciszkanów powiedział niedawno na spotkaniu naszej grupki, że wśród młodzieży bierzmowanie nazywa się „oficjalne pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa”. Ale dlaczego? Pytania, podpisy, podpisy, ZZZ… A gdzie tu jest formacja? Zaraz Wam powiem gdzie.

Jeszcze byłem klerykiem gdy moja (dziś najlepsza, wówczas prawie jej nie znałem) Przyjaciółka we wrześniu rozpoczynała formację mającą na celu przygotować Ją do bierzmowania, czyli zweryfikować Jej stopień dojrzałości. Było to po mszy na 10:30 w mojej rodzinnej parafii (do której, czy to szczęście, czy to pech, już dziś nie należę), ksiądz T, kiedyś ideał kapłana w mych oczach, później (gdy wstąpiłem do Seminarium), znienawidzony wróg którego musiałem tolerować jeśli nie chciałem mieć nieprzyjemności, zebrał osoby mające trwać w formacji na rozmowie. Ja stałem wówczas przed kościołem, ale mówił tak głośno, że wszystko słyszałem. Mówił do nich z ambony. Nie padło ani jedno słowo mówiące o tym, czym bierzmowanie w zasadzie jest. Ani jedno o tym po co się je przyjmuje. Ani jedno o tym jaki w zasadzie z niego pożytek. I ani jedno o piętrzących się przed chrześcijaninem obowiązkach następujących PO przyjęciu tego sakramentu. Ale o obowiązkach PRZED było bardzo dużo. O chodzeniu na każdą Mszę i każde spotkanie, o podpisach i pytaniach. „I żebyście sobie nie myśleli” – krzyknął tak, że mi się skóra na plecach zjeżyła – „że nie będziecie przychodzić a potem przyjdzie wasza matka i załatwi wam zezwolenie na przyjęcie bierzmowania! W zeszłym roku mogłem nie dopuścić tyle to a tyle osób, w tym mogę was wszystkich odrzucić, jeśli taka będzie wasza wola. I mamusia wam nie pomoże!” Boże, pomyślałem, jak tak można? Jak w takiej sytuacji mają się odnaleźć nie tylko ci, którzy zamierzają się oficjalnie pożegnać z Kościołem (choć kto wie, czy, gdyby przywitano ich trochę inaczej, nie zmieniliby zdania?), ale również chrześcijanie dążący do osiągnięcia swej dojrzałości, do zdobycia ostatniego stopnia wtajemniczenia? Chciałem powiedzieć T kilka słów potem, ale ja wogóle od dawna chciałem mu kilka słów powiedzieć (co wreszcie okazało się niewykonalne, zwłaszcza gdy on, wyrzucając mnie z parafii, sam wyczerpał wszystkie możliwe słowa), musiałem się więc ugryźć w język żeby przypadkiem nie zechciał wpłynąć na mój dalszy klerycki stan (czyli w zasadzie mogłem mu tych kilka słów powiedzieć, tylko skąd wtedy mogłem wiedzieć?). Jednak pokrzyczał sobie, pokrzyczał, zaprosił zainteresowanych (bo jeśli ktoś nie chciał otrzymać dopuszczenia, to mógł nie przychodzić) na spotkanie w tygodniu i wyszedł. Ja czekałem na następną mszę, o 12. We dwóch spędziliśmy w zachrystii ten czas w milczeniu. Aż wreszcie przybył kolega ministrant, będący akurat w odpowiednim wieku by też zacząć formację do bierzmowania. I popełnił najgorszą gafę jaką mógł popełnić. Zapytał mnie (T siedział na fotelu kawałek dalej) czy nie wiem czy ma być dzisiaj jakieś spotkanie kandydatów do bierzmowania. „Ups” – pomyślałem, a jemu szepnąłem że może lepiej pogadajmy na zewnątrz. Ale było za późno. T spojrzał bacznie na kumpla. „B., czy ty też przygotowujesz się do bierzmowania?” Zdążyłem wydobyć pośladki z tego niewygodnego miejsca tuż przed wybuchem. Po chwili B. dołączył do mnie, zbity jak pies. Przeprosiłem, że go nie ostrzegłem… Dalszych losów osób z mojej parafii gotujących się do bierzmowania nie pamiętam bo wkrótce potem pożegnałem się ze św. Józefem. Wiem tylko, że jutro (tj. w niedzielę) bierzmowanie dojdzie do skutku i że Przyjaciółce udało się dobrnąć do końca (ciekawe co by było gdyby T wiedział, że jest moją Przyjaciółką; rok temu dopuścił mojego brata, choć miał ogromną ochotę tego nie zrobić; przypomnę, że wówczas byłem wciąż klerykiem). Kumpel ministrant pewnie też dobrnął. Ale o czym to ja miałem…

No właśnie. Właściwie to chyba miałem o tym czym powinno być przygotowanie do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, ostatniego (w naszej kulturze) z sakramentów wtajemniczenia, sakramentu misyjności Kościoła, a czym w rzeczywistości jest. I to nie tylko w mojej parafii rodzinnej (choć tą sytuację pamiętam najlepiej) ale w wielu (większości? Masz rację Zgredziku, to nie są wyjątki) innych miejscach. Potem przychodzi biskup, maże nam czymś głowy, wkłada na nas ręce, nadaje nam różne dziwne imiona (podnieta, sami je sobie możemy wybrać!) i koniec. All over. Nawet roweru nie dostaniemy bo to nie Komunia. Dla większości jest to „żegnaj panie Kościół i Boże, czymkolwiek jesteś” aż do ślubu najczęściej. Są takie osoby które tylko ze względu na kiedyś planowany ślub przyjmują bierzmowanie i związane z nim upokorzenia. Ale czy tak być powinno? Po co ta notka? Nic nią nie zmienię, a osobiście też nic nie wskóram (w końcu kapłanem pewnie nigdy nie będę, zwłaszcza po tym co tu wypisuję), mogę tylko rozwścieczyć T, o ile wciąż czytuje mojego bloga (Pozdrawiam Księdza!), ale to niewiele zmieni (choć może jeszcze zdąży zablokować Przyjaciółce i B. pozwolenie przed jutrem). A może jednak? Może wolno mi poprostu mieć nadzieję, że Wy, którzy szykujecie się do bierzmowania, jak i Wy, którzy macie to już za sobą, spojrzycie na Myron jako taki jaki rzeczywiście powinien być. Że sami postawicie sobie cele na drodze do osiągnięcia tego sakramentu. Że może nauczycie się odpowiedzi na głupkowate pytania po to, by naprawdę poszerzyć swą wiedze, a nie po to, żeby ZZZ. I może uwierzycie, że Apostołowie naprawdę zaczęli mówić w językach całego świata gdy dostąpili tego daru…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 komentarzy