Posts Tagged With: Domowy Kościół

Rajski ptak na Marszałkowskiej

Powrót z rekolekcji zawsze nastraja do tworzenia wpisów. Adam – prowadzący ten turnus – podkreślił, żeby zapisywać sobie swoje przemyślenia. Ja wprawdzie nie zapisywałem nic na bieżąco, ale na koniec postanowiłem podzielić się kilkoma myślami z czytelnikami. Pierwsza myśl – zawarta w tytule – to słowa Adama, które postanowiłem sobie zapamiętać. Nie pamiętam nawet kontekstu, w którym zostały wypowiedziane, ale wiem, co miały oznaczać. Coś niezwykle rzadkiego, niespotykanego, wręcz niemożliwego. Ulotnego. Można tak powiedzieć o wielu rzeczach, wspomnieniach, przeżyciach. Warto jednak postarać się, by Duch Święty był takim rajskim ptakiem na Marszałkowskiej, który nie ucieka, lecz trwa.

Wróciliśmy z Oazy Rodzin III stopnia w Nałęczowie. Oznacza to, że podstawową formację Domowego Kościoła mamy właściwie za sobą. Co nie oznacza, że jestem nagle super uformowany i święty za życia. Im dłużej jestem w Domowym Kościele, tym więcej widzę braków w sobie. Oczywiście nie wynika to z tego, że jestem coraz bardziej oświecony i więcej zauważam. Wynika raczej z faktu, że tych braków naprawdę jest coraz więcej. Coraz rzadziej pamiętam w codzienności o tym, kim dla mnie jest Jezus Chrystus i jak wiele dla mnie zrobił. Że umarł, zabierając do grobu moje grzechy, a potem zmartwychwstał, by pokazać że pokonał dla mnie śmierć. I nie, nie są to tylko puste frazesy – a przecież tak często stają się frazesami. Żeby naprawdę to uchwycić, trzeba złapać rajskiego ptaka na Marszałkowskiej…

Spójrzmy na priorytety osoby wierzącej. Bóg na pierwszym miejscu. Jak łatwo to powiedzieć i jak łatwo staje się to pustym hasłem. Często księża przypominają o miejscach w naszych życiach, do których nie wpuszczamy Boga. Tak, Panie Boże, jesteś dla mnie najważniejszy. Ale tu nie wchodź, tu się nie wtrącaj. Tu sobie poradzę. Ja zwróciłem uwagę, że mam nieco inaczej. Owszem, Panie Boże, zapraszam Cię. Możesz wejść, ale siądź sobie cicho z boku i nie przeszkadzaj. Nie mam dziedzin życia, w których nie chcę widzieć Boga. Ale mam takie, w których wolałbym działać sam. A skoro Bóg jest na pierwszym miejscu, to On to wszystko ogarnia. Nie siądzie sobie z boku, bo On jest we wszystkim, a wszystko jest w Nim. I owszem, dał człowiekowi wolną wolę, więc zgadza się na swoją cichą obecność dopóki Go nie zaprosimy. Ale skoro przenika wszystko, to nie da się go zostawić za drzwiami.

„Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych. Jezu zmartwychwstały ze śladami męki”. Nie zwróciłbym uwagi na tę piosenkę, gdyby nie jedna ze współuczestniczek rekolekcji. Ona otworzyła mi oczy na jedno z możliwych działań Boga w moim życiu. Już nie tylko „Oto stoję u drzwi i kołaczę”. Już nie tylko stara opowieść o klamce tylko od środka, gdzie Jezus czeka na zewnątrz aż Mu otworzymy. Nie, Jezus wchodzi do naszego życia choć drzwi wieczernika są zamknięte. I zmienia nas, bo przenika wszystko. Warto Mu uwierzyć i oddać się w opiekę.

Na pierwszym miejscu musi być Bóg, na drugim żona – dopiero później dzieci. Co to oznacza? Od dłuższego czasu miałem takie głupie przeświadczenie, że jeśli żonie jestem w stanie poświęcić dwie godziny w ciągu dnia, to Bogu powinienem poświęcić co najmniej trzy. Ale tych trzech godzin nigdy nie miałem. I dopiero teraz, w czasie tych rekolekcji, przypomniałem sobie bardzo dawne czasy, kiedy byłem klerykiem w seminarium (zainteresowanych odsyłam do pierwszych wpisów na blogu). Kiedy dla Boga miałem naprawdę wiele godzin dziennie, ale to sprawiło, że czułem Go zawsze tuż obok. Śmiałem się, bo szedłem korytarzem, a Jezus kroczył obok mnie, a tam przecież była ściana i przepaść na pierwszym piętrze. I teraz zdałem sobie sprawę, że na rozmowę z Bogiem twarzą w twarz przyda się 15 minut, nawet pół godziny. I to wystarczy, pod warunkiem, że zdam sobie sprawę z tego, że On jest zawsze przy mnie. I że nie poświęcam Mu trzech godzin, lecz cały dzień, cały swój czas, całego siebie.

Owszem, nie jest łatwo przełożyć te przemyślenia na czyny. Czuć Pana cały czas obok i śmiać się do Niego ku zdziwieniu gapiów na ulicy. Dlatego kolejny fragment Pisma Świętego rozpościeram przed sobą jako moje życiowe motto. I staram sobie go przypominać w chwilach zwątpienia.

„Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy”

(Księga Psalmów 16,8).

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające rajskiego ptaka, za: https://pixabay.com/pl/bird-of-paradise-safari-oddzia%C5%82%C3%B3w-2433714/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Stawiam na Domowy Kościół

Przed tygodniem wróciliśmy z rekolekcji wakacyjnych. Przez ostatni tydzień błądziliśmy między jednymi a drugimi teściami, dlatego dopiero dziś witam Was ponownie, drodzy Czytelnicy. Podobnie jak w zeszłym roku, i tym razem pragnę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami porekolekcyjnymi, jednak chciałbym również poruszyć szerzej temat całego Domowego Kościoła.

Rekolekcje, na których byliśmy to drugi stopień Oazy Rodzin. Oazy rodzin są zaś organizowane z myślą o Domowym Kościele, który jest rodzinną gałęzią ruchu Światło Życie założonego przez ks. Franciszka Blachnickiego. Osobiście, dzięki trosce i uprzejmości naszych bliskich znajomych, dołączyliśmy do Domowego Kościoła tuż po ślubie i jesteśmy w nim już prawie cztery lata. Formacja w DK odbywa się przez kręgi, na które składa się kilka małżeństw oraz ksiądz, który tym małżeństwom towarzyszy. Spotkania kręgu odbywają się – najlepiej – raz w miesiącu, z wyłączeniem miesięcy wakacyjnych. Krąg ma jednak tylko za zadanie ustawiać i korygować nasz ciąg formacyjny, który trwa cały miesiąc – w rodzinie, w małżeństwie i indywidualnie. Odbywa się on w oparciu o kilka zobowiązań, które podejmuje się wstępując do Domowego Kościoła i które zbliżają człowieka i jego rodzinę do Boga. W gałęzi młodzieżowej Ruchu Światło-Życie tych zobowiązań nie ma, ponieważ opiera się on trochę na czymś innym.

Wielu z Was, choć nie należy do Domowego Kościoła, jest połączone z drugą osobą sakramentem małżeństwa. Dlatego każdemu, kto wstąpił w sakramentalny związek małżeński z całego serca polecam Domowy Kościół jako miejsce budowania swojej wiary i umacniania swojego małżeństwa. Nie jest ani za wcześnie, ani za późno, żeby zacząć się formować i zmieniać, a muszę przyznać z własnego doświadczenia, że zmiany na lepsze są bardzo wyraźne. Jeśli jednak nie zamierzacie póki co wstępować do Domowego Kościoła, a chcecie formować się i umacniać w małżeństwie mimo to, polecam wdrożenie w życie naszych domowokościelnych zobowiązań, które warto kultywować nawet pozostając poza wspólnotą. Zobowiązania Domowego Kościoła to:

Codzienny Namiot Spotkania – Jest to modlitwa indywidualna każdego z nas, oparta w swoim zamyśle na Namiocie Spotkania z Pięcioksięgu, tego w którym Mojżesz spotykał się z Bogiem. Aby odbyć Namiot nie wystarczy powiedzieć rano i wieczorem pacierz. Trzeba „wyjść poza obóz”, czyli oddzielić się od świata, np. zamykając się na 20 minut w osobnym pokoju, przeczytać wybrany fragment z Pisma Świętego i porozmawiać z Bogiem tak, jak Mojżesz z Nim rozmawiał. Należy przez ten czas skupić się na modlitwie, na spotkaniu z Panem, naszym Przyjacielem i Sojusznikiem.

Regularna lektura Pisma Świętego – Inaczej, niż w Namiocie Spotkania. Tym razem skupiamy się na poznaniu Słowa Bożego i zrozumieniu go w sposób intelektualny, również w celu umocnienia naszej wiary. Czytamy Biblię jak bardzo ważną książkę, której Autor chce powiedzieć nam coś naprawdę ważnego. Nie musi się to odbywać codziennie, ważne, by było regularne.

Codzienna modlitwa małżonków – Moment, w którym małżonkowie stają we dwoje przed Bogiem. W tej modlitwie nie uczestniczą dzieci, można więc modlić się np. kiedy te już śpią. Modlitwa może być krótka, ważne, by była wspólna: Ty i ja wobec Boga. My z czasem wypracowujemy coraz pełniejszą i głębszą modlitwę, włączamy w to modlitwę spontaniczną (własnymi słowami), odchodzimy od klepania regułek, czytamy wspólnie Pismo Święte. Modlitwa może jednak być taka, jaką małżonkowie sobie wymarzą, ważne, by była wspólna.

Codzienna modlitwa rodzinna – Tym razem stajemy przed Bogiem całą rodziną. Tu jest łatwiej, bo w Polsce pokutuje jeszcze stary schemat kładzenia dzieci do łóżka: „siusiu, paciorek i spać”. Zamiast więc infantylnego „paciorka” modlimy się z naszymi dziećmi przed snem. Każde z nas modli się we własnych intencjach, ostatnio zapalamy też świecę – Światło Chrystusa – co jest bardzo atrakcyjne dla naszego synka. Uczymy dzieci tradycyjnych modlitw, takich jak Modlitwa Pańska czy Wezwanie Anielskie, ale przede wszystkim pokazujemy, że jest Ktoś większy od nas, kto nas wszystkich bardzo kocha i do kogo możemy mówić Ojcze, Tato. Można też modlić się rodzinnie przed posiłkami czy przed podróżą. Zawsze znajdzie się dobry moment na modlitwę.

Comiesięczny dialog małżeński – Bardzo ważny element, często niestety pomijany przez małżonków. Dialog to rodzaj rozmowy małżonków przed Bogiem. Zapalamy świecę, przyzywamy Ducha Świętego i rozmawiamy. Niekoniecznie o tym, co słychać w pracy, czy jak tam dzieci (pierwszy krok, pierwszy ząbek itp.), ale o naszym życiu, nastawieniu i oczekiwaniach wobec siebie nawzajem, wobec dzieci czy innych ludzi. Zastanawiamy się nad problemami w małżeństwie czy w rodzinie, nad tym co jest dobre, nad tym, co należy zmienić. Dialog powinien trwać co najmniej godzinę, często trwa około trzech. Również nie biorą w nim udziału dzieci, dlatego warto go robić kiedy te już śpią, albo wybrać się na randkę, zamówić herbatę i ciastko, i tam odbyć dialog. Ważne, by być otwartym na siebie nawzajem i Boga. Codzienna, nawet głęboka rozmowa nie zastąpi regularnego dialogu małżeńskiego.

Reguła życia – Postanowienie podejmowane najczęściej podczas dialogu małżeńskiego, wdrażane w życie celem jego poprawy, zbliżenia się do Boga, polepszenia stosunków rodzinnych itp. My np. pod wpływem rekolekcji podjęliśmy decyzję, że będziemy bardziej przykładać się do celebracji niedzieli (o tym napiszę innym razem), mniej korzystać z komputera czy telewizora, bardziej zastanawiać się nad wydatkami. Regułą może być wszystko, co w zgodzie z Panem pomoże nam zreformować nasze życie. Na kolejnym dialogu małżeńskim można rozważyć, czy i w jakim stopniu reguła została zrealizowana, a jeśli nie – co można zrobić, żeby polepszyć jej realizację.

Coroczne rekolekcje – Domowy Kościół ma swoje rekolekcje (Trzy stopnie Oazy Rodzin, dwa Oazy Animatorów Rodzin i różnorakie rekolekcje tematyczne), które bardzo polecam, ale są dostępne tylko dla członków Domowego Kościoła. Nie oznacza to jednak, że nie ma potrzeby, by inne katolickie małżeństwa uczestniczyły w rekolekcjach raz do roku. Istnieje wiele rodzajów rekolekcji, na które można się wybrać nie będąc w DK. A rekolekcje odbywane raz do roku bardzo mocno oddziałują na przeżywanie trudów codziennego życia w ciągu roku, ustawiają nasze całoroczne spojrzenie na Boga i naszą wiarę. Pomagają przez cały rok skupić się na formacji. Sądzę, że potrzebne są każdemu, nie tylko członkom Domowego Kościoła, tylko pozostali muszą trochę bardziej się wysilić, żeby je dla siebie znaleźć.

Do tego dochodzi comiesięczne spotkanie wspólnoty, które już zostało wspomniane. Są małżeństwa, które dodają dialog rodzinny (nie zastępują nim dialogu małżeńskiego), podczas którego omawiają z dziećmi poważne sprawy i podejmują rodzinne decyzje (np. wybór szkoły), nie jest to jednak zobowiązanie Domowego Kościoła. Powyżej opisane zobowiązania dotyczą i są obowiązkiem członków Domowego Kościoła, a jak powiedziano na rekolekcjach – kto nie akceptuje i odrzuca któreś ze zobowiązań, sam wystawia się poza DK. Oczywiście nie ma obowiązku należeć do Domowego Kościoła, a nie-członkowie nie mają takich zobowiązań. Mimo tego małżeństwom, które nie należą do Domowego Kościoła polecam przede wszystkim wstąpienie do niego, a niechętnym – wprowadzenie w życie naszych zobowiązań. To są, tak naprawdę, zupełnie podstawowe zasady, dzięki którym panujemy nad naszym kontaktem z Bogiem. I to naprawdę działa!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Aaa chrzestnego tanio

W odpowiedzi na propozycję znajomej tworzę kolejny wpis dotyczący chrztu i chrzestnych. Tym razem związane jest to z opublikowanym przez Gazetę Wyborczą tekstem dotyczącym poszukiwania chrzestnych… w internecie. Tekst można znaleźć TUTAJ. Tekst jak tekst Wyborczej. Przedstawia spojrzenie na zlaicyzowane polskie społeczeństwo, które chrzci dzieci, bo tak wypada, bo taka jest tradycja itp. Niedawno na ten temat pisałem, pytając czy w ogóle chrzcić, czy nie chrzcić. Opowiedziałem się za chrzczeniem i nadal się za nim opowiadam. Ale za chrzczeniem ze świadomością.

Tekst ukazuje, że niektórzy myślą. Np. nie posyłają dzieci do chrztu, albo są niewierzący. Widzą hipokryzję w całej fecie i otoczce przystępowania do sakramentów. Brakuje mi ludzi, którzy myślą, tj. prawdziwie wierzą i przynoszą dziecko do chrztu, bo im zależy na jego zbawieniu, którzy nie muszą się bawić w poszukiwania chrzestnych nie wiadomo gdzie itp.Tych świadomych, mądrych katolików, którzy mogliby innym coś wytłumaczyć. Wyborcza pokazuje obraz nędzy i rozpaczy, przez który sam chętnie wyrwałbym sobie włosy z głowy. Bo oto rodzice przez x lat szukają kogoś, kto nada się na chrzestnego dla ich dziecka. Nie mogą znaleźć nikogo, bo a to mieszka ze swoją konkubyną, a to zbyt mało znany, a to w ogóle ateista. I dziecko nieochrzczone, bo nie ma chrzestnych. Część z tych rodziców wreszcie wrzuca ogłoszenie w internet, że poszukuje kogoś, kto przyjdzie, podpisze papierki i zniknie z ich życia. Bo chrzestny musi być – choćby na papierze. Tekst pokazuje patologię, której oczywiście jest wiele, ale nie ogół. Typowy obraz kreowany przez media: byle co, byle źle. Dobrych niusów nikt nie czyta.

Rodzice mają problem ze znalezieniem chrzestnych, bo sami są daleko od Kościoła. Przysięgam na wszystkie świętości, że jeśli jest się blisko tej Bosko-ludzkiej instytucji, to nie ma się większego problemu ze znalezieniem takich chrzestnych, którzy dadzą swoim życiem prawdziwie chrześcijańskie świadectwo chrześniakowi. Niestety, tekst z Dużego Formatu nie bierze pod uwagę ludzi będących blisko Kościoła, choć wbrew pozorom nie ma ich wcale tak mało. Państwo mają problem (choć pewnie nie powinni go mieć), ale jakby omija się fakt, że to jest problem spowodowany osobistym oddaleniem od Kościoła. Wiemy, że są oddaleni – ale to nie jest argumentem w sprawie. Chrzestnych po prostu trudno znaleźć.

Bzdura! Obracamy się z żoną w środowisku, w którym można przebierać w chrzestnych jak w ulęgałkach. Każdy ma inny charyzmat, każdy inaczej grzeszy i inaczej przeżywa nawrócenie, ale wszyscy wierzą i wiarą żyją. Mamy spokojnie kandydatów na chrzestnych dla szóstki naszych dzieci, tak aby każdy miał kogo innego zarówno na chrzestną, jak i na chrzestnego. I to dobrych kandydatów. A czy wejście w środowisko jest trudne? Nie, jest banalnie łatwe! Znajomi kiedyś napisali nam, że zazdroszczą nam wspólnoty, do której należymy, ale oni nie mają czasu. Znowu bzdura! Ja w tej chwili pracuję prawie na 2 etaty w szkole specjalnej, a weekendami robię kursy doszkalające. Mimo tego znajduję czas, by raz w miesiącu uczestniczyć w spotkaniu wspólnoty. Kochani, kto ma Boga w sercu, ten naprawdę otacza się ludźmi, którzy mają Boga w sercu! Gdyby każdy miał taką świadomość, nie trzeba by było pisać podobnych artykułów w gazetach lub czasopismach. Nie trzeba by było patrzeć na chrzciny jak na imprezkę, tylko jak na uroczystość, w czasie której radujemy się z przyjęcia sakramentu i włączenia do grona dzieci Bożych naszego dziecka.

Ale wypowiem się kontrowersyjnie. Nie widzę nic złego w poszukiwaniu chrzestnych przez internet! Można tam znaleźć męża lub żonę (http://www.przeznaczeni.pl/), a znam kilka par, które dzięki temu zostały małżeństwami, to można znaleźć i chrzestnych dla dzieci! Ogłoszenie nie powinno jednak wyglądać, jakbyśmy chcieli kogoś, kto podpisze papiery i zniknie. Nie! Jeśli potrzebujemy chrzestnego, a nie znamy nikogo odpowiedniego, napiszmy, że potrzebujemy chrzestnego katolika, wierzącego i praktykującego, który ukarze naszemu dziecku przykład chrześcijańskiego życia. Pieniądze nie grają roli, nie oczekujmy nie wiadomo jakich prezentów! Nauczmy dziecko, że prezenty są super, ale najlepszym prezentem jest zbawienie od Najwyższego! Myślę, że są w Kościele ludzie, którzy chętnie podejmą się bycia chrzestnym kogoś, kto bardzo tego potrzebuje.

Dziś o 11 w kościele oo. Kapucynów na ul. Miodowej 13 w Warszawie nasza córeczka przyjmie sakrament chrztu świętego, który obmyje ją z grzechu pierworodnego i włączy do grona dzieci Bożych. Będzie miała wspaniałych chrzestnych, którzy, mam nadzieję, wraz z rodzicami przyczynią się do wychowania jej w prawdziwej wierze. A piękny krzyż jako prezent na komunię w zupełności wystarczy. Komputerów chyba w ogóle nie będziemy przyjmować.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Ładowanie akumulatorów

Zakończył się bardzo owocny dla nas rok, nazwijmy to, akademicki. Przede wszystkim ukończyłem moje umiłowane studia i zostałem magistrem teologii (czyli pełnoprawnym teologiem). Smutno, że to już koniec, cieszę się jednak, że na magistrze lista dostępnych stopni naukowych się nie kończy. Przypuszczalnie jednak dalszy rozwój mojej kariery naukowej nie nastąpi w przyszłym semestrze, ponieważ znalazłem także pracę, w pełni zgodną z moim powołaniem. Od września będę uczył. Wprawdzie angielskiego, a nie religii, ale za to w szkole specjalnej. Daje mi to więc duże możliwości sprawdzenia się w trudnych sytuacjach, a przy okazji pozwala skupić się na pomaganiu ludziom, którzy są w nieco innej, pewnie trudniejszej sytuacji niż ja. Oczywiście mam nadzieję, że w latach następnych będę miał możliwość pogodzenia pracy w szkole z kontynuacją studiów. A może spróbuję coś wymyślić już teraz?

Z drugiej strony jest też wspólnota Domowego Kościoła, do której z małżonką należymy. W związku z nią pojawił się pewien problem, mianowicie – zgodnie z zasadami – przed wakacjami przeprowadzono demokratyczne wybory, w czasie których wyłoniono nową parę animatorską. Zgadzam się tu z moją żoną, że wybrano niestety małżeństwo najmniej odpowiedzialne i najmniej nadające się do tej roli, najbardziej zapóźnione i o najsłabszej wierze. My akurat sami nigdy byśmy na to małżeństwo nie zagłosowali. Jeszcze większy problem polega na tym, że wybrano nas… Szczerze mówię, postawiłbym na kogokolwiek innego, ale nie na siebie. Przed tymi wyborami pojawiły się w naszych głowach nawet myśli, że może powinniśmy odejść ze wspólnoty. Ale Opatrzność widać nad nami czuwa, nie możemy sobie teraz tak po prostu odejść. I jeszcze musimy się wziąć w garść, sprężyć i stać się niezmiernie odpowiedzialni. Pan Bóg ma z pewnością poczucie humoru i to jest raczej jakiś czarny humor. Ale ja nadal Go kocham ;).

No i właśnie – nie lubię słów „ładowanie akumulatorów” – tak zwykli gadać ludzie związani z Oazą, zwłaszcza ci młodsi i bardziej postrzeleni. Twierdzi się, że rekolekcje wakacyjne to jest taki moment, kiedy się tymi Bożymi emocjami nadziuchasz do pełna i potem ma ci starczyć na cały kolejny rok. Nie lubię tych słów, ponieważ uważam, że energię powinno się czerpać nie z dwóch tygodni intensywnej emocjonalnej jazdy, lecz z codziennej modlitwy, rozmowy z bliskimi, coniedzielnych mszy świętych. Tak jak, żeby nabrać zdrowej, wysportowanej sylwetki, nie należy przechodzić na wyniszczającą dietę, ale zmienić całkowicie swoją codzienność. Jednak okazuje się, że czasami oczyszczająca głodówka albo tydzień na diecie Dukana może przynieść znaczne efekty, które pozwolą coś zmienić na szybko, nie wykluczając przedłużenia efektu przez codzienne ćwiczenia i zdrowe żywienie. Tak samo jest z rekolekcjami. Można naładować baterie i nie koniecznie rozładować je natychmiast, ale dalej, w codzienności, po trochu je doładowywać. A z pewnością przyda się wejść w nowy rok szkolny czy wspólnotowy z pełnymi akumulatorami, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę, jak trudny to może być rok.

Jedziemy na rekolekcje do Bystrej. Obiecuję swoją za Was modlitwę, a i Wy módlcie się za nas. I oczywiście do przeczytania po zakończeniu!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze