Posts Tagged With: Edukacja

Kiedy odciąć pępowinę?

przedszkoleOdcinanie pępowiny jest nie tylko medyczną procedurą polegającą na cielesnym odseparowaniu dziecka od matki wkrótce po porodzie. Potocznie określa się w ten sposób także odrywanie potomstwa od rodziców w sensie psycho-społecznym, a proces ten może trwać przez całe życie.

Każdy człowiek jest osobnym organizmem, posiada oddzielne ciało i duszę. W zgodności z planem, który Bóg wyznaczył człowiekowi, może się on związać z drugą osobą „stając się jednym ciałem”. Tę decyzję nazywamy małżeństwem, a w chrześcijaństwie mamy nawet błogosławiony przez Chrystusa sakrament małżeństwa. Małżeństwo zaś ma za zadanie rozmnażać się – współpracować z Bogiem w stwarzaniu potomstwa. W ten sposób przemienia się w rodzinę – ale nie przestaje być małżeństwem. I choć rodzice skupiają się na wychowaniu swoich dzieci, to wciąż pozostają ze sobą związani sakramentem, który nie łączy ich z potomstwem. A to z kolei oznacza tyle, że w pewnym momencie dzieci opuszczą ich rodzinne gniazdo, a oni – o ile wówczas oboje będą jeszcze żyli – pozostaną we dwoje, wciąż związani tym samym sakramentem.

Rodzice wychowują dzieci dla nich samych i dla świata, ale nie dla siebie. Łączą ich z nimi więzy krwi, ale to nie oznacza jakichkolwiek przyszłych praw do decydowania o ich dorosłym życiu. Należy więc odpowiednio wcześnie i w odpowiedni sposób odciąć psychiczną pępowinę, by nie przeżyć szoku, kiedy potomstwo dojrzeje i postanowi pójść swoją drogą. Kiedy powinno się zacząć proces separowania – nie tyle dziecka od siebie, co raczej siebie od dziecka? Większość psychologów i pedagogów zgadza się co do tego, że dla dziecka, które nie skończyło jeszcze trzech lat, najlepszą formą rozwoju jest przebywanie w jak najczęstszym kontakcie z matką. Później już jednak potrzeby rozwojowe dziecka sięgają głębiej. Trzylatek, wciąż jeszcze mały, ale coraz bardziej sprawny społecznie, poszukuje pierwszych kontaktów i zabaw z rówieśnikami. Psycholog Anne Bacus zaznacza, że czas od ukończenia trzech lat „to okres, w którym dziecko powinno przebywać już w gronie rówieśników, zwłaszcza gdy jest jedynakiem” (Dziecko od 3 roku do 6 lat, Warszawa 2011, 2012). Nawet jeśli matka (albo babcia) przebywa w domu i może zajmować się maluchem przez 24 godziny na dobę, warto oderwać go od towarzystwa rodzicielki na kilka godzin w ciągu dnia.

Im starsze są dzieci, tym większe są ich potrzeby społeczne. O ile zabawa z rówieśnikami jest na początku mniej ważna niż chęć przypodobania się pani przedszkolance, o tyle później jest już odwrotnie. Okres szkoły podstawowej – zwłaszcza w klasach powyżej trzeciej – oraz czas dojrzewania to etapy rozwoju, w czasie których największe znaczenie ma kontakt z kolegami czy koleżankami z klasy. To także pierwsze sympatie, emocjonalne zauroczenia i fascynacje płcią przeciwną. Bardzo dobrze, jeśli kontakt z matką jest na tyle dobry, że można liczyć na jej wsparcie, dobre rady czy tylko możliwość wygadania się. Nie jest jednak dobrze, kiedy matka wciąż pozostaje osobą, z którą spędza się najwięcej czasu. Im starszy jest potomek, tym więcej czasu powinien spędzać z rówieśnikami, a mniej z własnymi rodzicami. Dom powinien pozostawać przystanią, bezpiecznym schronieniem, portem, do którego przybija marynarz, by zaczerpnąć potrzebnej energii. Ale miejsce jego statku jest na morzu – poza domem. W pewnym momencie dziecko wyruszy w podróż, z której do domu rodzinnego będzie wracać raz na kilka miesięcy. Odpowiedzialni rodzice nie mogą pozwolić na to, by ta właśnie podróż była pierwszym większym wypłynięciem z portu. Wówczas będzie to bardzo trudne do zniesienia zarówno dla dorosłego już dziecka, jak i dla samych rodziców.

Biorąc pod uwagę etapy rozwojowe dziecka i jego rosnące potrzeby społeczne można zastanowić się, czy lepszym rozwiązaniem dla potomstwa jest wysłanie go do przedszkola i szkoły, czy kształcenie w domu. Osoby propagujące edukację domową zaznaczają, że nie jest prawdą, jakoby dziecko przebywało tylko w ich towarzystwie. Ma ono kontakt z rówieśnikami na zajęciach dodatkowych, a także w czasie wspólnych wypraw np. muzealnych, w których bierze udział szereg związanych z home-schoolingiem rodzin. Rzecz jednak w tym, że w podobnych wyprawach oprócz kolegów i koleżanek zazwyczaj uczestniczy również matka. Jeśli w danym momencie mamy nie ma, jest mama innego kolegi czy koleżanki (albo mamy kilkorga z nich). Zajęcia pozalekcyjne trwają do kilku godzin i kontakt z kolegami ogranicza się w ich trakcie do uczestnictwa w programie zajęć. Nie ma przerw w czasie których można się powygłupiać, pogadać o tym, co dziecko interesuje i zapomnieć o rodzicach choćby na krótki czas. Mama zazwyczaj dowozi potomka na zajęcia i go z nich odbiera. Dziecko nie dostaje wystarczająco długiej chwili na bycie bez mamy. A mama nie dostaje tej chwili dla siebie. Tylko idąc do szkoły, gdzie mamy nie ma, dziecko będzie mogło poczuć tak potrzebną mu w tym wieku swobodę.

Proces wychowania to dążenie do tego, by dziecko – kiedy przestanie już być dzieckiem – żyło bez rodziców. To także dążenie do tego, by rodzice, usatysfakcjonowani pracą włożoną w wychowanie i wykształcenie dziecka, żyli bez niego. Proces odseparowywania, odłączania, „odpoczywania od siebie” nawzajem, czyli odcinania pępowiny nie zaczyna się zaś w wieku osiemnastu lat, czyli w momencie wchodzenia w dorosłość. Jest to długotrwały proces, do rozpoczęcia którego dziecko jest już gotowe po skończeniu trzeciego roku życia. Warto wypuścić dziecko z domu.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa Lupuca ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kontrowersje z edukacją integracyjną

integracjaGruchnęła wiadomość: PiS chce izolować dzieci niepełnosprawne! To wywoła brak szacunku innych osób do niepełnosprawnych i utrudniony start tych drugich w dorosłe, zawodowe życie! Wiadomość rozpowszechniła Gazeta Wyborcza, po tym, jak wiceminister edukacji narodowej Teresa Wargocka stwierdziła, że pojawiają się różne pomysły rozwiązań dotyczących uczniów z niepełnosprawnością i jednym z nich – proponowanym przez rodziców – jest utworzenie w szkołach masowych osobnych klas dla osób niepełnosprawnych.

Nie zamierzam dementować legendy, która od wczoraj narosła wokół tej neutralnej wypowiedzi, ponieważ naprawdę szkoda skupiać się na poziomie manipulacji uskutecznianej przez media pokrewne Gazecie Wyborczej. Sądzę raczej, że należy zastanowić się, czy rozwiązanie poddane pod rozwagę przez panią wiceminister jest aż tak bardzo pozbawione sensu.

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie mówi się tu raczej o osobach sprawnych intelektualnie, ale np. jeżdżących na wózku inwalidzkim. Albo nawet o wybitnych intelektualnie autystykach – a są i tacy. Mowa jest o osobach z niepełnosprawnością intelektualną (która do niedawna nazywana była upośledzeniem, ale zmieniono nazewnictwo, by jeszcze bardziej „nie oceniać” i „dawać równe szanse”). Mamy człowieka – lub grupę ludzi – którzy posiadają niższe niż przeciętne zdolności uczenia się oraz rozumienia kwestii, które mają poznać. Często występują przy tym różnorakie wyniesione z domu lub wywołane samą chorobą zaburzenia zachowania. Niepełnosprawność intelektualną dzieli się na cztery kategorie: lekka, umiarkowana, znaczna i głęboka. Wylicza się ją za pomocą testów IQ, ale i rozpoznaje na podstawie ogólnego poziomu funkcjonowania. I nawet jeśli mamy do czynienia tylko z niepełnosprawnością w stopniu lekkim – takie dzieci mają tę samą podstawę programową i takie same przedmioty w szkole – to i tak rozbieżności między uczniami są ogromne. Jeden będzie „prawie w normie”, a dugi – „prawie umiarkowany”.

Od pięciu lat uczę w szkole specjalnej. Jestem nauczycielem języka angielskiego – dlatego nauczam w klasach z lekką niepełnosprawnością. Miewałem też religię w klasach z głębszą niepełnosprawnością intelektualną (umiarkowana i znaczna). W naszej szkole są wszystkie typy uczniów: od tych z zespołem Downa czy z porażeniem mózgowym, poprzez autystyków słabo funkcjonujących, autystyków funkcjonujących na wysokim poziomie, aż po dzieci z rodzin patologicznych. Uczniowie prezentują całe spektrum niepełnosprawności, sprzężeń i trudnych zachowań. Uczenie w klasie tylko czteroosobowej (angielski, tu mam szczęście, jest dzielony na grupy), w której jeden uczeń jest bardzo zdolny, drugi przeciętny, a dwoje prezentuje poziom bliski zeru, to orka na ugorze. Obowiązek skupienia się indywidualnie na każdym uczniu przynosi kolejne problemy, bo ci zdolniejsi mają pretensje, że mniej się wymaga od słabszych, a słabsi – że częściej się ich odpytuje i bardziej przyciska do pracy. A jeśli klasy są za małe, organ nadzorujący każe nam łączyć oddziały. To oznacza, że np. klasa II i III gimnazjum stanowią jeden oddział i większość nauczycieli (nie licząc mnie) musi przez 45 minut przeprowadzić dwa tematy, skupiając się przy tym indywidualnie na każdym uczniu. Jednocześnie dać „równe szanse” każdemu i jednocześnie zrealizować podstawę programową, przygotowując wszystkich do egzaminu gimnazjalnego (na dostosowanym poziomie).

Przy tym – oprócz deficytów intelektualnych – pojawiają się najróżniejsze trudne zachowania. Wulgaryzmy, ataki na kolegów, bicie, poniżanie, często zaczepianie nauczycieli. Oczywiście takie zachowania są normą również w innych szkołach. Ale połączenie tego z niepełnosprawnością intelektualną wzmacnia efekt, nawet jeśli klasy są mniejsze. Nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy i dyrektor muszą sobie z tym radzić, co jest oczywiście możliwe, choć często nie można na przykład liczyć na pomoc rodziców.

A teraz wyobraźmy sobie klasę integracyjną. Piętnaścioro dzieci w normie intelektualnej plus do pięciorga z niepełnosprawnością. Nawet jeśli w takiej klasie pojawia się nauczyciel wspomagający, opiekujący się szczególnie dziećmi niepełnosprawnymi, to lekcja automatycznie jest utrudniona. Nauczyciel musi zrealizować temat z uczniami w normie, z których również część wykazuje szczególne zdolności, a część albo słabuje, albo im się nie chce. I tu też trzeba zwrócić szczególną uwagę na każdego ucznia. A do tego kilkoro uczniów, którzy tego, co jest tłumaczone ich kolegom, nie są w stanie zrozumieć w stopniu nawet minimalnym. Dlatego z uczniami o obniżonym ilorazie inteligencji trzeba przeprowadzić osobny temat – wszystko to mieszcząc w 45 minutach lekcji. Słyszałem opinie kilkorga nauczycieli z klas integracyjnych i twierdzą oni, że to naprawdę bardzo trudne zadanie. Często wątpią w zasadność istnienia takich klas. Podobnie jak rodzice, których opinię przytoczyła wiceminister Wargocka.

Opinia publiczna i wiele innych osób kontestujących „dobrą zmianę” PiS krzyczy, że takie wydzielanie osobnych klas dla uczniów niepełnosprawnych to uderzenie w ich godność, narażenie na poniżenie i nierówny start w życiu. Rzeczywistość jest odwrotna. Godność uczniów, którzy mogą mieć zajęcia skierowane szczególnie do siebie, na właściwym sobie poziomie, na których to, co na tablicy, nie jest czarną magią, znacznie się zwiększa. Uczniowie niepełnosprawni narażeni są na poniżenia zarówno w klasie, w której uczą się tylko oni (ze strony tych „lepszych” kolegów, którzy nie wiedzą, czemu są w tej klasie), jak i w klasie integracyjnej (bo i w takich spotyka się „lepszych” uczniów). Faktu narażenia na poniżenie ze strony zarówno osób w normie intelektualnej, jak i tych z obniżonym IQ, nie zmieni to, że przeniesiemy chore dziecko do klasy integracyjnej. I wreszcie postulat równego startu. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną nie mają żadnej szansy na równy start w życiu. Skupiając na nich szczególną uwagę jesteśmy w stanie zapewnić im optymalny start, taki, na jaki pozwala ich poziom intelektualny. Ale posadzenie ich w ławce z kolegą w normie i zapisanie im na tablicy wzoru tworzenia zdań w czasie past perfect continuous nie sprawi, że w jakiś magiczny sposób nauczą się mówić po angielsku i w przyszłości zostaną profesorami anglistyki. Zamiast więc trzymać ich w sali na lekcji z całek, lepiej byłoby skupić się na nauczeniu ich tego, czemu intelektualnie podołają. Fizyka kwantowa nie przyda się osobie, która ma trudności z czytaniem i pisaniem, ale podstawy wykonywania różnych zadań manualnych już tak. A tego się w klasie integracyjnej nie osiągnie.

Kiedy mam nauczyć angielskiego kilka osób z niepełnosprawnością intelektualną, nie skupiam się na większych zawiłościach gramatycznych. Moi uczniowie pod koniec gimnazjum znają cztery angielskie czasy (present simple, present continuous, past simple i future simple), choć zazwyczaj jest to znajomość bardzo powierzchowna. Kiedy naciskam na moich uczniów, by włożyli więcej pracy w poznanie języka, to nie widzę ich jako wybitnych anglistów albo zdających certyfikaty. Widzę ich jako pracowników McDonalda na saksach w Wielkiej Brytanii, w miejscu gdzie wielu znajomych zarabia więcej niż ja jako nauczyciel. I nie wyobrażam sobie, że łatwiej by mi było przekazać im wiedzę na podstawowym poziomie, gdybym musiał się w tym samym czasie skupić na piętnastce uczniów, którzy wymagają i potrzebują więcej.

A teraz wyobraźmy sobie, że nasze dziecko poszło do szkoły. I w klasie jest taki jeden chłopak, który głośno krzyczy, ciągle histeryzuje, zaczepia i bije, wyzywa kolegów, rozbiera się nagle do naga albo sika pod tablicą. Czy my, bardzo tolerancyjni i wspierający różnorodność rodzice, nie zażądalibyśmy przeniesienia tego ucznia, by nie narażać naszego własnego dziecka na szwank? Niektórzy uczniowie z niepełnosprawnością intelektualną tak właśnie mają. To są ich zachowania, nad którymi da się zapanować w małej klasie albo na zajęciach indywidualnych. Ale trudno się skupić na blokowaniu podobnych akcji w czasie, kiedy wybitne intelektualnie jednostki czekają na wlewanie im wiedzy do głowy.

Nie jestem przeciwnikiem klas integracyjnych. Niepełnosprawność ruchowa, niewielkie zaburzenia słuchu i wzroku, czasem ADHD – to są takie niepełnosprawności, które da się łatwiej lub trudniej zintegrować z dziećmi zdrowymi. Ale zaburzenia zachowania czy obniżony iloraz inteligencji to przypadłości, których łączenie z dziećmi w normie najczęściej działa na niekorzyść zarówno osób niepełnosprawnych, jak i pełnosprawnych. I nadal nie pochwalam słów, których Janusz Korwin-Mikke użył na określenie klas integracyjnych – których tu nie przytoczę – ale jednocześnie rozumiem istotę jego myśli. Dla uczniów z obniżonym ilorazem inteligencji jest lepiej, gdy mają własną, dostosowaną do nich placówkę. Podobnie jak dla tych z IQ w normie.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację „Integracja”. Źródło ilustracji: http://sp3.gryfice.eu/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Jestem za, a nawet przeciw

Wpis miał powstać przed pierwszym września, czyli przed uroczystym wymarszem sześciolatków do szkół. Było to spowodowane zarówno tym pierwszym faktem, jak i wnioskiem, który złożył prezydent Andrzej Duda, by zorganizować referendum w sprawie szkół i sześciolatków. W międzyczasie uczniowie do szkół wyruszyli, a senat kontrolowany przez partię rządzącą odrzucił wniosek złego prezydenta, bo może akceptować tylko te składane przez dobrego. Mimo wszystko moje zdanie w temacie się nie zmieniło. Nie zmieniło się od 1 września, ale zmieniło się już wcześniej.

sześciolatekWcześniej bowiem byłem gorącym przeciwnikiem posyłania do szkół sześcioletnich dzieci. Miałem takie mniemanie, że siedem lat to jest wiek w porządku na rozpoczynanie edukacji, bo większość z nas tak rozpoczynała i wyrośliśmy na ludzi. Że ten czas do siódmego roku życia to czas na zabawę i beztroskę, tak jak czas do trzeciego roku życia to czas na opiekowanie przez mamę. Bardzo zatem wkurzała mnie pani Kluzik-Rostkowska, która usilnie lansowała reformę edukacji zaproponowaną przez władzę wyższą i bardzo mocno wpierałem państwa Elbanowskich, którzy próbowali wszelkimi sposobami zapobiec wprowadzeniu tej reformy. I tak naprawdę nie przestałem się denerwować na pierwszą zdrajczynię ideałów, panią minister edukacji (teraz chyba przebił ją dopiero pan Ludwik Dorn), ani nie przestałem wspierać dzielnych, wielodzietnych rodziców, państwa Elbanowskich. Ale moje zrozumienie sprawy trochę się przesunęło.

Nauka nie jest i nigdy nie była niczym złym. Jeśli dziecko do 3 roku życia powinno, zgodnie z wszelkimi normami rozwojowymi, trwać przy mamie, ponieważ jest mu wtedy najbliższą i najpotrzebniejszą osobą, to nie znaczy, że jednocześnie nie powinno się niczego uczyć. Dziecko do 3 roku życia uczy się jeść, pić, chodzić, mówić i wyczuwać swoje potrzeby fizjologiczne, by później wydalać do nocnika, a nie w majtki. Uczy się rozpoznawać kształty, często już cyfry i litery, śpiewać, tańczyć i rysować. I oczywistym jest, że lepiej się tego nauczy w domu z motywującą i nadzorującą mamą niż w wielodzieciowym żłobku, w którym nikt nie poświęci mu indywidualnej uwagi, gdy mama wróci do pracy. Ale to nie znaczy, że nie uczy się w ogóle. Zwyczajnie nie uczy się instytucjonalnie, tylko domowo.

Trochę inaczej wygląda już edukacja dziecka od trzeciego roku wzwyż. Takie dziecko zaczyna odczuwać potrzebę przebywania z rówieśnikami, wspólnych zabaw i często rywalizacji. Dlatego też przedszkole zaczyna się w wieku trzech lat, a nie czterech czy pięciu, choć oczywiście obowiązek przedszkolny obejmuje dopiero dzieci od piątego roku życia. Ale i my – stanąwszy w obliczu przeprowadzki, która komplikowała nam dokonywanie wyborów przedszkolnych – mieliśmy zamiar zostawić naszą trzylatkę w domu przez jeszcze jeden rok. I pewnie tak by się stało, gdyby ona sama z jakichś powodów nie zaczęła opowiadać wszystkim wokół, że idzie do przedszkola, bo już ma trzy lata. I nie dało się jej przegadać, że prawdopodobnie jeszcze nie. Zatem zmuszeni zostaliśmy do szybkiego znalezienia placówki dla niej, i od pierwszego września została przedszkolakiem. A tam okazało się, że będziemy musieli kupić jej podręcznik, ponieważ dzieci pracują z książką. Nieco nas to zdziwiło, ale i ucieszyło zarazem. Nasza mała dziewczynka będzie odtąd bowiem nie tylko bawić się, ale też zdobywać regularną wiedzę, oczywiście na poziomie trzylatki.

Co się jednak dzieje z dzieciaczkami, które kończą zerówkę w wieku 6 lat i wówczas trafiają do szkół? Niektórzy mówią, że sobie nie radzą. Pewnie mają rację. Niektórzy mają jakieś myślenie o magicznej granicy czwartej klasy, która jest do przeżycia, gdy przekroczy ją dziesięciolatek, ale jest wielką porażką, gdy musi przekroczyć ją dziewięciolatek. Ta granica jednak wcale nie jest magiczna. To, że dzieci idące do klasy czwartej muszą przestawić się z trybu „jest jedna pani, pani jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, na tryb „są trzy osoby”, a często i więcej, nie oznacza, że to jest przepaść nie do przekroczenia dla dziewięcioletniego brzdąca. Taki brzdąc bowiem już w sumie brzdącem nie jest i, odpowiednio przygotowany, powinien dać sobie radę. Jeśli będzie miał problemy, stresy, nieprzyjemności, to ma od tego rodziców, by wciąż przy nim byli i go wspierali. Dla mnie legenda o granicy czwartej klasy pozostaje jeszcze zagadką z innego powodu. Z takiego mianowicie, że zawsze byli rodzice, którzy swoje dzieci posyłali do szkoły rok wcześniej. A mam w rodzinie osobę – własną babcię – która stała się dorosła wyjątkowo wcześnie, bo jak poszła do szkoły, to miała zasób wiedzy tak duży, że przesunęli ją od razu do 3 klasy. I jakoś dała sobie radę przechodząc potem do czwartej. Tak, jak większość dzieci wysłanych do szkoły wcześniej dawała sobie radę. Nie twierdzę, że badania potwierdzające, że dzieci wysłane do szkoły w wieku sześciu lat gorzej znoszą próg czwartej klasy są nieprawdziwe. Nie oznacza to jednak, że powinno się nakazać wysyłanie dzieci do szkoły dopiero od siedmiu skończonych lat. Oznacza, że należy wspomóc młodsze dzieci w przechodzeniu przez ten trudniejszy etap. Tak, jak wspomaga się dzieci dopiero zaczynające szkołę albo kończące podstawówkę czy gimnazjum – i stające przed wyborem dalszej ścieżki edukacyjnej.

Nie wiem jeszcze, co nas czeka w przyszłości w związku z naszymi dziećmi. Nasz najstarszy syn zaczął edukację w wieku 6 lat, nie stawialiśmy oporu ani przez chwilę, a ze względu na inteligencję i rozwój zapisaliśmy go do klasy z siedmiolatkami. Mija miesiąc i chłopak sobie radzi bardzo dobrze. Oczywiście nie wiadomo, co będzie później, w czwartej klasie czy kiedy bądź. Wiem natomiast, że mnie też próbowano pchnąć do szkoły jako sześciolatka, ale miałem nieodpowiednią datę urodzenia. Dziś żałuję, że mój rozwój był w jakiś sposób zablokowany przez rok. Umiałem już wszystko, czego się w przedszkolu mogłem nauczyć, a mimo to musiałem czekać. Widząc, jak radzi sobie z liczeniem czy czytaniem, czy z graniem w szachy mój sześcioletni syn, nie chcę zmuszać go do oczekiwania przez kolejny rok – zwłaszcza, że on naprawdę lubi się uczyć. Wiem też jeszcze jedno. Że dzieci, które są odraczane przez rodziców i posyłane do pierwszej klasy jednak jako siedmiolatki, mogą mieć poczucie bycia tym gorszym, głupszym itp. Obawy rodziców odraczających dzieci – czasem nawet mimo wyraźnego wskazania, że dziecko jest rozwojowo gotowe na szkołę – mogą wynikać z jak najlepszych pobudek, ale w rzeczywistości zazwyczaj sprowadzają się do stwierdzenia „Moje dziecko nie da sobie rady”. Jest za słabe, za delikatne, zbyt niedojrzałe emocjonalnie. Nie dziwi mnie wcale to, że takie odroczone dziecko może się czuć właśnie takie. Choć w rzeczywistości mogłoby być silniejsze, mogłoby dawać sobie radę. Dostaje jednak wyraźny komunikat, że sobie nie poradzi. I wie już, że sobie nie poradzi.

pupilekTo wszystko nie znaczy jednak, że jestem zwolennikiem edukacji szkolnej sześciolatków! Nawet jeśli, to nie obowiązku, i nie wszystkich. Jestem zwolennikiem edukacji szkolnej sześciolatków, jeśli w swojej wiedzy i inteligencji osiągnęły poziom, który pozwoli im na lepszy rozwój w pierwszej klasie, niż działoby się to w zerówce. Co więcej – jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, pod warunkiem, że sytuacja w szkołach w Polsce byłaby sprzyjająca nauczaniu tych dzieci. I nie mam dziś na myśli tego, że powinna być podłoga do zabawy i sekcja z ławkami. Osobiście sądzę, że jeśli dziecko jest dość inteligentne, by w wieku sześciu lat rozwijać się w szkole, to jest ono w stanie wysiedzieć 30-45 minut w ławce i rozwiązywać zadania. Mam na myśli to, co dziś powszechne w szkołach w Polsce, a więc – ze względu na brak miejsc w szkołach – system zmianowy. Niektóre klasy pierwsze zaczynają zatem lekcje rano, a niektóre popołudniu. Z tego względu osoby zaczynające popołudniu są przywożone do szkoły na ósmą (bo rodzice muszą iść do pracy albo tak działa szkolny transport) i przez wiele godzin nic nie robią w szkolnej świetlicy. A potem kończą lekcje wieczorem i jedyne, co im pozostaje, to odrobić pracę domową. O 19, może o 20. Bez zbyt wielu minut pozostałych na zabawę czy kontakt z rodzicami. Z tego względu muszę po raz kolejny podkreślić, że pani Kluzik-Rostkowska się myli. Polskie szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. A już na pewno nie te, które pracują na dwie zmiany.

Dziś po raz kolejny moje serce skradła pani Beata Szydło. I nie chcę wprawdzie agitować politycznie, ale powiedziała w swoim spocie dotyczącym sześciolatków to, co ja sam zamierzałem napisać. „Oczywiście wielu sześciolatków świetnie radzi sobie w szkole. Tak było zawsze. To rodzice najlepiej znają swoje dzieci i to oni wiedzą, czy sześcioletnie dziecko nadaje się do tego, żeby pójść do szkoły. To jest prawo i obowiązek rodziców decydować, co jest najlepsze dla ich dzieci”. To właśnie chciałem napisać wtedy, kiedy początkowo miał powstać ten wpis. Dlatego, że prezydent Andrzej Duda chciał zapytać Polaków w referendum o to, czy są za przywróceniem powszechnego obowiązku edukacji do wieku 7 lat. A ja, gdyby to referendum miało się rzeczywiście odbyć, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Bo z jednej strony tak, ale z drugiej strony dobrze jest, kiedy sześciolatek może jednak zacząć szkołę wcześniej. Ja nie dostałem tej szansy i mogę tylko żałować.

Ale właśnie dziś dowiedziałem się, że istnieje szansa wprowadzenia prawa wyboru. Prawa do tego, by to rodzice decydowali, bez żadnych upokarzających dziecko odroczeń, bez konieczności zdobywania zaświadczeń o geniuszu, czy ich dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu lat. Wtedy żadne z dzieci nie byłoby gorsze, bo odroczone, ani lepsze, bo mądrzejsze. Jestem za wyborem. I wiem, że gdybym mógł wybrać, wysłałbym swojego syna do szkoły w wieku sześciu lat. Ale chcę wybierać, bo jeszcze nie wiem, co będzie z moją córką. I z drugim synem też.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Sześciolatek w szkole, zdjęcie za: http://natablicy.pl/slaskie-14-3-proc-szesciolatkow-w-szkole-od-wrzesnia,artykul.html?material_id=51fa1b6116f1da4738bb3565
2. Pupilek, zdjęcie za: http://egaga.pl/zle-stopnie-w-szkole-sa-potrzebne/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 komentarze