Posts Tagged With: Ewangelia

Śmierć są to panny mądre i głupie

Miałem niedawno kilka myśli związanych ze śmiercią. Czym właściwie jest śmierć, dlaczego tak nas przeraża, jest dla nas taka trudna? Może przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Bożym objawieniem ludzie na początku nie powinni byli umierać. Człowiek, jak mnie uczono, miał możliwość nieumierania – a nie niemożliwość umierania. Gdyby ta druga opcja wchodziła w rachubę, żaden grzech nie pociągnąłby go ku śmierci. W pierwszym przypadku jednak wybierając nieposłuszeństwo, człowiek wybrał śmierć dla siebie. Drugim powodem, dla którego boimy się śmierci jest fakt utraty kogoś bliskiego. Pożegnanie z nim na dłużej, niż tylko na kilka godzin. Tak naprawdę na zawsze – to jest do końca naszego własnego życia. I trzeci powód to fakt, że nigdy tak do końca nie jesteśmy gotowi na własną śmierć. Ktoś mi niedawno powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie.

„Wtedy z królestwem niebieskim będzie podobnie jak z dziesięcioma pannami, które wzięły lampy i wyszły naprzeciw pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wziąwszy lampy nie zabrały z sobą oliwy. A mądre wzięły razem z lampami naczynia z oliwą. Kiedy pan młody się spóźniał, ogarnęła je senność i wszystkie zasnęły. O północy rozległo się wołanie: – Pan młody nadchodzi, wyjdźcie mu naprzeciw. Wtedy wszystkie panny zerwały się ze snu i przygotowały lampy. A głupie powiedziały do mądrych: – Dajcie nam trochę waszej oliwy, bo lampy nasze gasną. Lecz mądre odpowiedziały: – O nie! Nie wystarczyłoby dla was i dla nas. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. A kiedy tamte poszły kupować, nadszedł pan młody i te, które były gotowe, weszły razem z nim na wesele. I zamknięto drzwi. W końcu przychodzą i pozostałe panny, mówiąc: Panie, panie, otwórz nam! – On zaś odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam: Nie znam was. Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1-13).

Moment przyjścia pana młodego to tak naprawdę koniec świata. Wejdziesz albo nie wejdziesz – bo albo się przygotowałeś, albo nie. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie. A ja powiadam odwrotnie – na umieranie zawsze jest dobry czas. Tylko i wyłącznie dlatego, że nigdy nie wiemy kiedy Pan Bóg po nas przyjdzie. Nie znamy dnia ani godziny – o tym sam Mesjasz nam powiedział. Nie znamy dnia ani godziny, zatem musimy nieustannie czuwać. Musimy zaopatrzyć się w lampy i w oliwę do lamp, bo kiedy przyjdzie czas, nie będzie od kogo pożyczyć.

„Mówię [wam], bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, którzy się radują, tak jakby się nie radowali; ci zaś, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Te słowa zapisał św. Paweł, mający czasem dość kontrowersyjne myślenie. Pisząc pierwszy list do Koryntian wierzył jeszcze prawdopodobnie w szybkie przyjście Chrystusa, tj. w zakończenie się czasu i powrót Jezusa z nieba na ziemię. Później zmienił nieco nauczanie, kiedy zorientował się, że Jezus jednak nie przyszedł. Ale dziś jego nauka jest wciąż ważna, jeśli zrozumiemy, że Jezus po każdego z nas przychodzi wówczas, gdy my umieramy. Śmierć to jest nasz mały koniec świata. Być może właśnie jedyny prawdziwy koniec świata, jaki istnieje. Dlatego musimy żyć tak, jakby w każdym momencie mogła przyjść na nas śmierć.

Śmierć była elementem konsekwencji, jakie spłynęły na nas w efekcie grzechu. Była jakby karą, nie wiadomo było, czy coś jest po śmierci. Ale przyszedł Jezus i naprawił śmierć. Sprawił, że coś, co dotąd nas wykańczało, teraz jest otwartą bramą do dalszej, lepszej drogi. Pytaniem tylko pozostaje, czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do naszego tu i teraz, żeby otworzyć się na światło bijące z wnętrza sali weselnej, z wnętrza Królestwa Bożego.

Wszyscy umierają i każdy kiedyś umrze. Śmierć nie jest końcem życia, lecz drzwiami, przez które można przejść na drugą stronę. Odchodząc zostawiamy bliskich, ale możemy mieć nadzieję, że oni do nas wkrótce dołączą. Do miejsca, w którym zawsze króluje pokój, w którym można oglądać Boga twarzą w twarz.

Pytanie tylko, czy na koniec, kiedy nadejdzie dzień i godzina, będziemy czekać, jak mądre panny, z lampkami płonącymi w dłoniach, czy jak głupie – gdzieś na targu kupować oliwę i spóźnimy się na zamknięcie drzwi. Jezus nam powiedział, co należy robić. Powtórzył to innymi słowy święty Paweł. A wiele, wiele lat wcześniej Bóg przemówił do Izraela:

„Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,19-20).

A Bóg zawsze dotrzymuje obietnicy.

Pomysł na notkę powstał tydzień temu, gdy zmarł mój dziadek. Zastanawiałem się wówczas, czy znalazł się po stronie panien mądrych, czy głupich. Przyszło mi do głowy, że nasze trzecie dziecko nigdy nie pozna pradziadka…

Dziś już wiem, że również nasze trzecie dziecko Pan powołał do siebie. Śmierć nastąpiła kilka tygodni temu, dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny! Po każdego kiedyś Pan Zbawiciel przyjdzie.

On właśnie zmienił śmierć w życie. Bo po życiu następuje zmartwychwstanie. Wybierajcie więc życie.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

Ksiądz Jan Twardowski

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Jak wygląda Kana?

Od dawna chciałem napisać notkę o Kanie Galilejskiej i ostatecznie wziąłem się za to po uprzedniej niewielkiej prowokacji. Tytuł notki też prowokacyjny, kojarzący Kanę z kanią – takim grzybem, który zwykło się zrywać i porzucać z obawy. Prowokacja tytułem związana z prowokacją tematem: ta sama osoba prowokowała, która o kaniach pisała. Rzeczywisty tytuł powinien jednak brzmieć „Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?”. A więc:

Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?

Temat z jednej strony bardzo oczywisty, z drugiej skomplikowany. Opiera się na znanym wszystkim prawie fragmencie Ewangelii świętego Jana, opowiadającym o weselu w Kanie Galilejskiej, w którym udział brał sam Jezus. Aby wdrożyć się lepiej w opowieść, przytoczę rzeczony fragment w całości.

„Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: [Czyż] to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,1-11).

Teraz możemy wejść po kolei na kilka płaszczyzn interpretacji tekstu biblijnego. Pierwsza płaszczyzna to oczywiście dosłowne rozumienie tego, co zostało napisane. I w ten sposób zazwyczaj się wyjaśnia fragment o Kanie Galilejskiej. Jezus przyszedł na wesele, na którym bawił się z innymi biesiadnikami. Jednak w pewnym momencie zabrakło wina. Dlatego też został poproszony o uratowanie sytuacji, choć z początku oponował, wreszcie postanowił pomóc. Przemienił wodę w wino, które okazało się być najlepszym winem na tym weselu. Starosta weselny woła i chwali pana młodego, uczniowie zaczynają wierzyć w Jezusa, a On od tego znaku (zgodnie z narracją Jana) rozpoczyna swoją działalność ewangelizacyjną.

Tyle jeśli chodzi o dosłowną interpretację, jak najbardziej prawidłową. Nie ma się co dziwić, że wielu młodych pragnie odczytywania tego fragmentu na swoim ślubie. Nie ma się co dziwić, że fragment o Kanie Galilejskiej bywa brany pod uwagę przy argumentowaniu przeciw abstynencji. Interpretacja dosłowna to jednak tylko pierwsza płaszczyzna. Aby zrozumieć więcej, należy zagłębić się w symbole. To też zrobił niegdyś mój wykładowca od Pism Janowych, to też za nim zrobię dzisiaj ja.

Spróbujmy zbadać najpierw osoby dramatu. Mamy tu Matkę Jezusa, mamy Jego uczniów i Jezusa samego. Jest też starosta weselny, pan młody i słudzy, którzy czerpali wodę. Należy zatem zastanowić się, kogo brakuje. Ciekawostką okaże się, że w historii o Kanie Galilejskiej nie występuje panna młoda… Można powiedzieć: została pominięta, bo nie miała znaczenia w narracji, ale z pewnością tam była. I ja przypuszczam, że przy dosłownej interpretacji należałoby zakładać tę wersję wydarzeń. Jeśli jednak wejdziemy głębiej, brak panny młodej zaczyna nas dziwić. Druga rzecz to fakt, że Jezusa i Jego uczniów zaproszono na wesele. Ale Jego Matka już tam była… Co robiła tam wcześniej? Co oznacza jej uprzednia obecność? Pomaga w przygotowaniu? Kim była dla młodych?

Kolejna często interpretowana rzecz to dialog między Matką a Jezusem. Kiedy ona prosi Go o pomoc, On zdaje się odmawiać. Pyta, czy jest to ich sprawa, czy nadeszła/nie nadeszła Jego godzina. Mimo tego Matka zwraca się do sług, by zrobili wszystko, co On im każe, a On każe. Scena ta wyraźnie wskazuje na pośrednictwo Matki między ludźmi a Jezusem. Jest to argument za stawianiem Matki Chrystusa w roli pośredniczki między Panem a Kościołem, także w modlitwach.

Wejdźmy jeszcze dalej. Stągwie kamienne do oczyszczeń, pojemność 2 lub 3 miary. Może się wydawać, że to tak sobie, ale talent to też nie była monetka, tylko góra złota. Miara zaś to 40 litrów. Stągwie miały zatem pojemność od 80 do 120 litrów każda, zatem ilość wina w całości wynosiła od 480 do nawet 720 litrów! To ogromne morze wina! Ale co więcej – woda, a potem wino, znalazły się w stągwiach przeznaczonych do oczyszczeń żydowskich. Woda, która miała zmywać grzech, usprawiedliwiać Żydów wobec Boga, zmieniła się w doskonałe wino. To prawie jak ofiara dotychczasowa zmieniająca się w idealną ofiarę Baranka Bożego. Jezus czyni znak zmieniając stare (wodę do oczyszczeń) w nowe (wspaniałe wino). Ale to jeszcze nie wszystko. Stągwi było bowiem 6. A 6 jest liczbą według symboliki żydowskiej najgorszą. Jest to liczba oznaczająca brak pełni, pełnia zaś to liczba 7. Jezus bierze więc coś, co określić można jako brak pełni i to wypełnia. Symbol Kany Galilejskiej przybliża nas do zrozumienia, że w całości swego nauczania Jezus bierze to, co dotychczas było niepełne i wypełnia to sobą. To Jezus jest „siódmą stągwią”, tym, w którym wszystko się wypełni. Czy jednak wyłącznie siódmą stągwią?

Panny młodej nie ma w tej historii w ogóle. Pojawia się natomiast pan młody, którego starosta weselny woła i mówi mu: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Starosta nie wiedział, skąd wzięło się wino, pogratulował więc panu młodemu. Czy pan młody był rzeczywiście odpowiedzialny za najlepsze wino na koniec? Jeśli zagłębimy się w symbolikę, to oczywiście, że tak! Jeśli przejrzymy choćby pobieżnie Pisma Janowe stwierdzimy, że często używa on pojęcia „Mąż”, „Oblubieniec” odnośnie Jezusa, lub pisze o Nim w podobnym kontekście, jak choćby w tym cytacie z Apokalipsy: „Weselmy się i radujmy, i oddajmy Mu chwałę, bo nadeszły Gody Baranka, a Jego Małżonka się przystroiła, i dano jej przyoblec bisior lśniący i czysty – bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych” (Ap 19,7-8). Jeśli zaś dla Jana Jezus, po weselu w Kanie, był tożsamy z Oblubieńcem, którego Małżonką miałby być Kościół świętych, to początkiem tych znaków pozostaje Kana Galilejska. Z ogromnym prawdopodobieństwem można więc przypuszczać, że Jezus i pan młody to w opowiadaniu o Kanie jedna i ta sama osoba! To właśnie do Mesjasza starosta weselny mówi: „Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Przeminęło Stare Przymierze, przeminęły czasy żydowskich oczyszczeń, nadszedł pan młody, który najlepsze przyniósł na koniec. Przyszedł pan młody, ten, który jest siódmą stągwią, który dopełnia i wszystko wypełnił!

W opowiadaniu o Kanie Galilejskiej nie ma zatem panny młodej, bo panną młodą jesteśmy my wszyscy, jest nią Kościół Boży. Jezus przybył by porwać swoją oblubienicę, by wypełnić jej życie radością. By osiągnęła wieczną radość. To, co było przed Nim było dobre. Ale dopiero On przyniósł to, co najlepsze.

Spojrzenie na symbole i zagłębienie się w dalszą interpretację nie wyklucza oczywiście dosłownego rozumienia cudu w Kanie i początku znaków. Otwiera jednak oczy i serca na głębsze rozumienie Ewangelii. Jedna i druga interpretacja jest prawidłowa, należy jednak pamiętać, że nie warto poprzestawać przy lekturze Pisma Świętego na tym, co tylko powierzchowne.

A co zdarzyło się potem?

Nad ranem w Kanie Galilejskiej panuje cisza. Wszyscy goście śpią, upojeni najlepszym winem. W pewnym momencie głowę podnosi starosta weselny. „Wody! Wyślijcie kogoś po wodę!” – woła. Na te słowa budzi się jeden z gości: „Błagam, tylko nie Jezusa!”.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Tylko Jezus jest Panem

Wpis postanowiłem stworzyć pod wpływem dzisiaj przeprowadzonej rozmowy ze Świadkami Jehowy. Temat rozmowy dotyczył eschatologii – końca świata – który to temat jest sam w sobie bardzo dyskusyjny, jednak w międzyczasie spełzliśmy na kontrowersje z Imieniem Bożym. Temat wałkowaliśmy wielokrotnie i spieraliśmy się wielokrotnie, ale dziś jeden z rozmówców był świeży, więc z tą świeżością, a także z dużo większą niż zwykle gorliwością, wróciliśmy na stare tory.

W obroty poszedł fragment z listu do Rzymian: „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10,13). Padło pytanie: Kogo dotyczy ten fragment, kto jest owym Panem? Po przeanalizowaniu, na wszelki wypadek, szerszego kontekstu, odpowiadam: Jezus. No właśnie, ale spójrzmy: to jest cytat z księgi Joela. Zerkamy więc do rzeczonego i czytamy: „Każdy jednak, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony…” (Jl 3,5a). Z oczywistych względów u mnie w Biblii napisano „Pańskiego” (wydanie piąte Biblii Tysiąclecia), u rozmówcy „Jahwe” (wydanie wcześniejsze) albo „Jehowa” (wydanie Biblii w przekładzie Nowego Świata). I tu pada pytanie: Czy nie wydaje się panu, że jeśli cytuje się jakiś wcześniej napisany fragment, należy zacytować go dosłownie? Co za tym idzie – Paweł powołując się na znany sobie fragment z proroka Joela powinien zamiast słowa „Pańskiego” użyć „Jehowy” i z całą pewnością tak właśnie zrobił.

Bzdura! Niestety tak krzyknąłem, zapominając, że temu panu akurat jeszcze tego nie tłumaczyłem. I Wam również powiem: bzdura! Jednak zanim zrozumiemy, dlaczego, przeanalizujmy myślenie Świadków Jehowy.

Założenie 1: Imię Boga Jehowa jest istotą wiary, musimy czcić to konkretne imię, Jezus zaś, mówiąc „Święć się Imię Twoje” miał na myśli imię Jehowa, mówiąc natomiast „Objawiłem im Twoje Imię” również miał na myśli imię Jehowa. Założenie 2: Skoro Imię jest najświętsze i wielokrotnie dane w Piśmie do czczenia, jest więc niewyobrażalne, aby tak Jezus, jak i Jego apostołowie, nie używali tego Imienia. Założenie 3: Skoro poprzednie dwa założenia są prawdziwe, fragmenty Pism Greckich (Nowy Testament), przynajmniej te będące cytatami ze Starego Testamentu, musiały pierwotnie zawierać słowo „Jehowa”/”Jahwe” zamiast „Pan”. Wniosek: Autorzy natchnieni używali Imienia Bożego i zapisywali Je na kartach Ewangelii, niestety pierwsi przepisywacze i tłumacze, uznawszy, że jest to obraza Bożego Majestatu, zastępowali Imię wyrazem „Kyrios”, po grecku „Pan”.

A jaka jest prawda? Rzecz jasna poszukiwanie prawdy rozpoczyna się od niestawiania założeń. Czytając Biblię należy skupić się na faktach, nie na założeniach. Fakt 1: Imię, zapisywane tetragramem hebrajskim JHWH, zostało na pewnym etapie rozwoju uznane przez Żydów za zbyt święte, by w ogóle Je wymawiać. Z tego powodu zaczęto używać na zamianę słowa „Adonai”, co po hebrajsku oznacza „Pan”. W tetragram zaś zaczęto wpisywać samogłoski z wyrazu „Adonai”, co dla niezorientowanego lektora dało wynik „Jahowah”, stąd też mylny odczyt „Jehowa” (prawdopodobieństwo, że Imię odczytywano jako „Jahwe” jest zdecydowanie większe, ale niekoniecznie graniczące z pewnością). Fakt 2: W czasach, w których żył Jezus i Jego apostołowie prawdopodobnie nikt nie próbował wymawiać Imienia Bożego, ponieważ po pierwsze nadal było ono uważane za zbyt święte, po drugie zaś nikt, oprócz najwyższych kapłanów, którzy przekazywali wymowę tylko sobie nawzajem, już nie wiedział, jak powinno się je wymawiać, ponieważ czas, który minął od momentu wypowiedzenia Go po raz ostatni był tak długi, że nie istniał nikt, poza wspomnianymi kapłanami, kto mógłby to pamiętać. Fakt 3: Jezus, jako Syn Boży, prawdopodobnie wiedział, jak wymawiać to Imię, nie miało Ono jednak już wcale znaczenia w przekazie, który miał do objawienia. Świadczy o tym brak jakichkolwiek dowodów, by z jakichkolwiek powodów Jezus wymówił kiedykolwiek to Imię. Imię było ważne dla Żydów w czasach Mojżesza, ponieważ Żydzi wierzyli, że istnieje tylko to, co posiada imię. W czasach Jezusa na określenie Boga wystarczyło po prostu słowo „Bóg” albo „Pan”. Wnioski: Ponieważ Jezus nie przyszedł po to, aby wielbić Imię, lecz po to, by głosić Królestwo Boże i przyciągnąć ludzi do Ojca, całe zastanawianie się nad kwestią Imienia traci sens. Dodatkowym argumentem jest brak jakichkolwiek zapisów tego imienia w Nowym Testamencie.

Świadkowie Jehowy będą oczywiście argumentować. Argument 1: Jest niewyobrażalne, by Jezus, czytając fragment Pisma w synagodze, zastąpił słowo „Jehowa” słowem „Pan” w obawie przed reakcją Żydów. Dlatego też, czytając fragment z Izajasza, z pewnością przeczytał: „Duch Jehowy spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi” (Łk 4,18), nie zaś „Duch Pański”. Kontrargument: Pomimo, że rzeczywiście trudno jest sobie wyobrazić, aby Jezus w obawie przed Żydami zmieniał słowa w tekście, to nie jest „zmienianie” słów przez Jezusa niemożliwe w ogóle. Pamiętajmy, że Jezus nie zastępuje jednego słowa innym z jakichś konkretnych przyczyn, On po prostu czyta tak, jak się w Jego czasach czytało. Oczywiście, mógłby zszokować słuchaczy i wyprowadzić ich z równowagi, czytając „JHWH” (jakkolwiek się to nie czyta), jednak Jego celem w tym momencie nie było rozjuszenie Żydów słowem, które nie miało w danej chwili większego znaczenia, chciał natomiast pokazać, że proroctwo Izajasza dotyczy właśnie Jego. Czy osiągnąłby to, gdyby zaczął od nieuzasadnionego wprawiania Żydów w gniew? Argument 2: Jezus kazał uświęcać imię Ojca, a imię Ojca to Jehowa. Kontrargument: Rzeczywiście w „Modlitwie Pańskiej” padają słowa „Święć się Imię Twoje”, jednak czy naprawdę Jezus każe, by uświęcać Imię Jehowa? „Święć się imię JHWH”? Wątpię. Imię nie oznacza tu bowiem imienia w sensie tetragramu, tylko to, co się za tym imieniem kryje – istotę Boga. Osobę Ojca. Jego przymioty itp. Tak jakby ktoś, mówiąc „Robię to w twoim imieniu” miał, w moim przypadku, na myśli „Robię to w imieniu »Maurycy«”. A jednak ma na myśli – „Robię to za ciebie, ty ponosisz za to odpowiedzialność”. Podobnie Imię nie może być w Modlitwie Pańskiej interpretowane dosłownie, bo „cztery litery” nie mają dla współczesnych Jezusowi żadnego głębszego znaczenia. Poza tym – Nie Ojciec ma na imię JHWH. To jest Imię Boga! Czyli – biorąc pod uwagę Trójcę Świętą – Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Kwestie Trójcy będę omawiał szerzej w późniejszych notkach, teraz tylko dodam, że nie jest niczym niewłaściwym modlić się słowami: „Jahwe, Boże w Trójcy Jedyny, zmiłuj się nade mną”. Argument 3: Święty Paweł był sumiennym człowiekiem i cytat z Joela musiał przekazać dosłownie. Kontrargument: Znowu wchodzimy w „trudno sobie to wyobrazić”. Jednak nie, wcale nie musiał i nie jest tak trudno sobie to wyobrazić. Zwłaszcza, jeśli święty Paweł pragnął przekazać (i przekazał) swoim czytelnikom treść diametralnie inną od tej, której pragnęliby i którą zakładają Świadkowie Jehowy. W szerszym kontekście Paweł w Liście do Rzymian rozpisuje się nad wielkością i chwałą Pana, którym jest Jezus Chrystus. W wersecie dziewiątym pisze na przykład: „Jeżeli więc wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9), w wersecie dwunastym zaś „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają” (Rz 10,12). Paweł korzysta z faktu, że od lat wszystkie przypadki użycia Imienia „JHWH” ze Starego Testamentu odczytywane są jako „Adonaj”, że w Septuagincie (a więc w greckim tłumaczeniu) zazwyczaj zapisywane są jako „Kyrios”, być może cytując wręcz – dosłownie! – za księgą Septuaginty, odnosi fragment, który u Joela oznaczał Boga, do Jezusa. Bo „Jezus jest Panem”, a „Kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Dokonuje tu dwóch wielkich rzeczy: ogłasza Jezusa Panem dającym Zbawienie i stawia Go na równi z Bogiem, cytując słowa mówiące o Bogu w kontekście Jezusa. W tym przypadku Świadkowie Jehowy powinni zauważyć jeszcze jeden problem: cytowanie Joela z użyciem słowa „JHWH” zamiast „Kyrios” lub „Adonai” byłoby wytrącaniem zdania z kontekstu. Zupełnie dziwnym byłoby rozpływanie się nad tym, jakim to Jezus jest Panem, żeby potem niespodziewanie wtrącić, że trzeba wzywać Jehowę, żeby być zbawionym. „Jeden jest Pan [Jezus] wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Jehowy, będzie zbawiony”. Wytrącone z kontekstu zdanie, pasujące tam tylko po to, żeby nie odbiegało od założeń Świadków Jehowy.

Świadkowie jednak mówią: To niewyobrażalne, żeby nie zapisano w Nowym Testamencie imienia JHWH! Z pewnością na początku tam było, jednak potem ktoś chciał zatrzeć ten fakt, dlatego zastąpił Je we wszystkich fragmentach. Ja mówię: Świetnie! A gdzie dowód? „Ale to jest niewyobrażalne”. Jakoś nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tego. Poproszę o dowód. Oczywiście dowodów nie ma, ponieważ wszystkie pisma powstałe przed zmianą zostały zniszczone. Spróbujmy przez chwilę rozważyć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Imię, które miałoby występować w Nowym Testamencie, pojawia się co najmniej w tych dwóch księgach, o których mówiliśmy, czyli w Liście do Rzymian i w Ewangelii wg św. Łukasza. Oba te pisma powstały w innym czasie, do kogo innego były też skierowane. Możemy się jednak domyślać, że oba bardzo szybko zaczęto kopiować i rozprzestrzeniać, dzięki czemu Kościół tamtych wieków mógł je poznawać i się nimi ubogacać. Autorzy pism zaś nie umarli zaraz po ich napisaniu, dzięki czemu mało prawdopodobnym było, aby ktokolwiek w tym czasie dokonał spisku, zniszczył wszystkie kopie ksiąg i pozostawił tylko te, z których powykreślano Imię. To nie mogło być dzieło jednego kopisty czy tłumacza, lecz zorganizowany „spisek”. Trudno, żeby nie zachowały się żadne ślady takiego spisku. Pozostanie do naszych czasów niezliczonej liczby bardzo starych manuskryptów Nowego Testamentu, w których ani razu nie pojawia się imię JHWH jest wystarczającym dowodem, by obalić mylne założenie Świadków Jehowy.

Mój rozmówca nie dał jednak za wygraną. Stwierdził, że jest to jedynie dowód na to, że ktoś to Imię jednak stamtąd wykreślił i to ja powinienem znaleźć dowód, że tak nie było. W porządku – powiedziałem – ale w takim razie poddajemy w wątpliwość wiarygodność Nowego Testamentu w ogóle. Jaką bowiem mamy pewność, że księgi, które zachowały się do naszych czasów są autentycznymi pismami apostołów i ich uczniów, jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, by usunąć z nich tak ważny szczegół, jakim jest Imię Boże tak, że nie pozostały po tym żadne zapiski historyczne? W takiej sytuacji kopiści manipulujący przy księgach mieli pełną dowolność działania, mogli wszystko pozmieniać i co chcieli podopisywać. Mogli w ogóle stworzyć księgi od nowa. Jeśli już z założenia podejrzewamy, że dokonali bezkarnej manipulacji przy najważniejszym słowie w Biblii, to jaką mamy pewność, że opieramy się na wiarygodnym źródle? Oczywiście, można odeprzeć moje pytanie fragmentami z Pisma Świętego, jaki to jednak ma sens, skoro wiemy, że te fragmenty mogą być tam umyślnie wpisane, żeby zatuszować manipulację?

Nie, Kochani, nie ma żadnych dowodów na jakąkolwiek manipulację. Dzisiejszy przekład Pisma Świętego (mam na myśli Biblię Tysiąclecia) opiera się na ogromnej liczbie starożytnych manuskryptów i podaje najbardziej zbliżone do nieznanego nam oryginału treści. W Nowym Testamencie słowo JHWH nigdy się nie pojawiło, bo nie było potrzeby, by się tam znalazło. Mógłbym podawać też argumenty za tym, że BT w nowszych wydaniach zastępuje to słowo słowem „Pan” (w Starym Testamencie), jednak nie czas na to i nie miejsce. Zaznaczę jedynie, że ma to właśnie znaczenie w kontekście odczytywania Pisma nie tylko jak najwierniejszego oryginałowi, ale też jak najwierniejszego wersji, którą znali ludzie za czasów Jezusa. Bo to na gruncie tamtej wersji powstał Nowy Testament. W Nowym Testamencie zaś Imię nie pojawia się. Dowiadujemy się natomiast, że tylko Jezus jest Panem. I to właśnie ten, kto wezwie Imienia Jezusa, będzie zbawiony. Nie ma żadnego dowodu, że mogłoby być inaczej.

„Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,9-11). Amen.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Miłujesz

‚A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje!” I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce moje!”. Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje!”‚ (J 21, 15-17).

Piotr zaparł się Jezusa trzy razy. Dlatego też Jezus trzy razy pyta Piotra o miłość. Dwa razy zadaje pytanie: „Czy Mnie miłujesz?”, na co Piotr odpowiada: „Ty wiesz, że Cię kocham”. Za trzecim razem Jezus pyta już: „Czy Mnie kochasz”, a Piotr to potwierdza. Oczywiście w języku polskim nie widzimy wielkiej różnicy między słowami „miłować” i „kochać”, ale tłumacze zrobili kawał dobrej roboty używając dwóch różnych słów, bo to daje nam iskrę do zagłębienia się w oryginał. A w oryginale Jezus najpierw dwukrotnie pyta: „agapas me?”, Piotr zaś odpowiada: „filo se”. Następnie Jezus pyta: „fileis me?” i Piotr potwierdza. Większość biblistów skłania się tu do rozróżnienia dwóch rodzajów miłości, z których „agapao” oznacza miłość bezinteresowną, gotową poświęcić wszystko, „fileo” zaś – miłość przyjacielską. Interpretacja przyjęta oficjalnie przez Kościół skłania się więc do tego, że Jezus pyta Piotra dwukrotnie, czy ten Go kocha, na co Piotr odpowiada coś w rodzaju „bardzo Cię lubię” – choć nie jest to dość dokładne porównanie. Wreszcie Jezus stwierdza, że żąda od Piotra czegoś, czego ten spełnić nie może, pyta go więc o ten „mniejszy” rodzaj miłości. Piotr, zasmucony tą degradacją, przytakuje.

Usłyszałem jednak ostatnio inną, ciekawą interpretację. Ksiądz, który nam ją przekazywał stwierdził, że trochę dziwnie wygląda taki dialog, w którym Pan przekazuje władzę pasterską nad swym Kościołem, ostatecznie zadając pytanie: „Piotrze, czy lubisz mnie chociaż troszeczkę?” i ciesząc się z odpowiedzi twierdzącej. Wykładowca ów stwierdził więc, że kiedy przeanalizujemy występowanie słowa „fileo” w Nowym Testamencie stwierdzimy, że niemal zawsze występuje ono tam, gdzie idzie o miłość gotową oddać życie. „Agapao” jest zaś określeniem mówiącym o miłości, jednak w sensie bardziej ogólnym. Co więcej: interpretator idzie dalej, zajmując się słowami, które występują po pierwszym pytaniu Jezusa, a które my tłumaczymy na „więcej aniżeli ci”. W oryginale brzmią one: „pleon pleion tuton”. Gramatyka grecka zaś pozwala nam przetłumaczyć te słowa na dwa inne jeszcze sposoby. Po pierwsze, mogą one brzmieć: „aniżeli tych” i oznaczać prośbę Jezusa o stwierdzenie, czy Piotr kocha Go bardziej, niż kolegów apostołów. Po drugie, da się je tłumaczyć: „ponad wszystko” i takoż interpretować. Oczywiście tłumaczenie przyjęte oficjalnie jest dobre, ale nie wyczerpuje wszystkich możliwości interpretacyjnych.

Gdyby zaś przyjąć drogę interpretacji zgodną z myśleniem mojego wykładowcy, przytoczony na początku tekst wyglądałby po polsku mniej-więcej tak:

‚A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie ponad wszystko?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham tak, że oddałbym za Ciebie życie”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje!” I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że oddałbym za Ciebie życie„. Rzekł do niego: „Paś owce moje!”. Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz mnie tak, że oddałbyś za mnie życie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy oddałbyś za mnie życie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że oddałbym za Ciebie życie”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje!”‚*

I ta interpretacja naprawdę przypadła mi do gustu tak bardzo, że postanowiłem się nią z Wami podzielić.

*Pogrubieniem opatrzyłem fragmenty tekstu zmienione przeze mnie. Tekst ten jest nieautoryzowany i nie posiada imprimatur.

PS. Już od roku dla Was piszę i jesteśmy razem :). Oby tak jeszcze przez wiele lat!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Siedemdziesiąt siedem

Ciągle zaczynam od nowa,
Choć czasem w drodze upadam.
Wciąż jednak słyszę te słowa:
Kochać to znaczy powstawać.

Nie wiele osób zainteresowanych mym aktualnym kryzysem (o bosh… ależ on wiecznie narzeka i narzeka na swój podły los!) odwiedza mego bloga. Tam, gdzie właśnie mnie nie lubią, nie zdążyłem się zareklamować. To chyba dobrze.

Znów popełniłem błąd. Nie jeden, ale o jednym powiem. Znów dałem się głupio sprowokować i znów najpierw się odezwałem, a potem dopiero zastanowiłem się nad konsekwencjami.

Przeprosiłem. I dostałem odpowiedź: „Ja Ci mogę wybaczyć. Co nie znaczy, ze bedę Cię traktowac jak normalnego użytkownika. Bo wybaczenie nie oznacza zaczynania na nowo.” Po przeczytaniu tej odpowiedzi usłyszałem w głowie słowa wyżej wymienionej pieśni oazowej. I postanowiłem napisać notkę.

Bo jeśli wybaczanie nie oznacza zaczynania na nowo, to nie jest wybaczaniem. Owszem, wybaczyć nie znaczy zapomnieć. Ale nie zapomnieć nie znaczy również rozpamiętywać. Człowiek, który popełnia grzech, idąc do spowiedzi otrzymuje od Boga wybaczenie. I za każdym razem zaczyna od nowa. Od nowa. Od nowa.

„Wtedy Piotr wysunąwszy się naprzód powiedział: Panie, ile razy mam przebaczać memu bratu, gdy zawini wobec mnie? Czy aż siedem razy. A Jezus odpowiedział: Nie mówię, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.” (Mt 18, 21-22).

Tak, ta notka miała powstać. Już od jakiegoś czasu miałem ją napisać. Ale nie miała mieć tak osobistego wydźwięku. Nieważne.

Jezus powiedział, by wybaczać siedemdziesiąt siedem razy. A to oznacza: bardzo wiele. Sam dał na to dowód, wybaczając Piotrowi i innym, a także nam wszystkim, umierając na krzyżu. Nam wszystkim po wielokroć.

Uczmy się wybaczać, tak jak wybaczał Chrystus. Wybaczać i dawać drugą szansę. Drugą szansę na nowe życie. Bo jeśli przekreślimy człowieka, który zrobił nam krzywdę, to może być dla niego koniec. Tak jak dla Ciebie końcem byłoby to, gdyby Jezus powiedział Ci: nie jesteś godzien by zacząć od nowa. A jednak „ciągle zaczynam od nowa”. Siedemdziesiąt i siedem razy.

Dajcie mi szansę…

Chciałem Ci w chwilach uniesień
życie poświęcić bez reszty.
Spójrz, moje ręce są puste,
stoję ubogi, ja grzesznik.
Przyjm jednak małość mą, Panie,
weź serce me, jakie jest.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 11 Komentarzy

Mamy czas…?

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” To prawda. Jednakże…

Jezus chodził po świecie i mówił do ludzi. Podszedł jednego dnia do celnika zwanego Mateuszem i powiedział mu: Zostaw swój majątek i pójdź za mną. Ten natychmiast porzucił wszystko i zrobił to, co Pan mu nakazał.

Jak wygląda nasza wiara? Czy jesteśmy tacy jak celnik Mateusz, który porzucił wszystko i na zawsze, w całości oddał się woli Pana? Jak wygląda nasze życie? Nasze dążenie do świętości? Czy już zostaliśmy wiernymi sługami Jezusa? A może mówimy sobie: „Jeszcze nic nie wiem. Jeszcze jestem młody/młoda. Jeszcze nie zdążyłam/em dorosnąć do tego, by swe życie poświęcić Bogu. Mam czas, mam czas, mam czas…”

Były sobie panny. W zasadzie było ich 10 – połowa była mądra, a połowa głupia. Wszystkie czekały na Oblubieńca, aby przyjąć Go i ugościć. Aby dostać się na Jego ucztę weselną. Z tym, że te głupie stwierdziły, że mają czas, wszak jeszcze wczesna godzina, komu by się spieszyło, można przespać parę chwil. Tylko się zdrzemnąć. Pozostałe w tym czasie udały się do sklepu, po oliwę do lampy, by cały czas być gotowe.

W zasadzie żadna z nich nie spodziewała się, że Oblubieniec przyjdzie JUŻ. Ale przyszedł. Wstały głupie panny i powiedziały: „Matko, ojcze i wszyscy inni! Toż my jeszcze nie gotowe! Wszak tyle czasu mamy!” Ale czasu już nie było. Wszedł Oblubieniec, zaprosił mądre panny na wesele. Głupie w tym czasie pobiegły szukać oliwy. Ale już było za późno.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

„I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13, 6-9). Bóg mówi nam w tej przypowieści, że ma cierpliwość nad swymi sługami. My jesteśmy drzewkiem. Drzewkiem, które od lat myśli, że ma czas. Że jeszcze nie pora. Że Bóg poczeka, wszak jest cierpliwy. Wszak jest dla Niego ważne to, żebyśmy byli zbawieni, więc nie stanie mi się krzywda gdy jestem pod wpływem grzechu. Poczekam, nie pójdę do spowiedzi. Jestem pod wpływem grzechu, ale nie myślę nad tym, by go zdjąć. Dziś, jutro, za rok. Mam czas, mam czas, mam czas…

„A jeśli nie, w przyszłości możejsz je wyciąć.” Bóg jest łaskawy i miłosierny. Ale dla Niego czas nie istnieje. Wobec Niego każda chwila jest wiecznością. Każda stracona chwila jest straconą wiecznością. Nie jesteś gotowy/gotowa? Jutro może być o jedno jutro za późno, by stać się gotowym. Jutro sklep z oliwą może być zamknięty. Może jednak wydamy wreszcie ten owoc, jeśli tak uparcie obkładają nas nawozem. Choć już trzy lata nie ma z nas pożytku.

Jeden z moich wspaniałych kolegów z Seminarium, bardzo wierzący i zdolny do nauki, ostatnio wyszedł na chwilę. Ma raka płuc. Nigdy nie palił papierosów. Nie wiem co przeżywa, jak to dla niego wygląda. Ale jak go znam, nie oskarża Boga. Przecież nigdy nie wiemy, kiedy Pan Bóg przyjdzie.

Masz czas? Ja go nie mam. Każda chwila w oddaleniu od Boga jest wystawianiem Go na próbę. „No, przecież nie zrobisz mi nic. Przecież mnie kochasz!” Nie pamiętacie: „Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Łk 4, 12) To od Boga, nie od nas zależy, kiedy zachorujemy, wpadniemy pod samochód, spadniemy z konia, kiedy umrzemy. I nie mamy prawa mieć do Niego pretensji o to, że przecież nie jesteśmy jeszcze gotowi. Czas nagli. Tylko od nas zależy czy odpowiemy na Jego sygnały.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

Nie. Nie mamy.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Cierpienie ma sens

Notkę piszę na prośbę Iluvromance. Bo sprawa cierpienia zawsze dotyka nas. Każdego z nas. I często jest tak, że człowiek który wierzy w zbawienie, w miłość i miłosierdzie, ugina swą wiarę pod brzemieniem bólu. Pod naciskiem cierpienia które zjawia się ni stąd ni z owąd i rzeczywiście staje się czymś nie do zniesienia. Czy jednak rzeczywiście rzeczywiście?

W Piśmie Świętym na temat cierpienia odnajdujemy całe mnóstwo różnych fragmentów. Choćby cała Księga Hioba mówi nam o sensie cierpienia niezawinionego. Ale to nie jest odpowiedź na nurtujące każdego pytanie: „Dlaczego ja, on, ona, ci ludzie od tsunami”? Nie najlepsza ze wszystkich. Jak zawsze najlepszą odpowiedź znajdziemy w Ewangelii. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24) Jezus mówi wyraźnie, bez żadnych domysłów, bez zagadkowości: chcesz iść za Nim, być świętym, być zbawionym – musisz wyrzec się wszystkiego, także siebie samego i cierpliwie znosić swoje udręki. Ten krzyż właśnie.

Pukacie się po głowie. To śmieszne! Jak można być tak okrutnym, by kazać swym uczniom brać krzyż (który wtedy był symbolem najgorszej kaźni i największego upokorzenia) i nieść go przez całe życie? Zapominamy jednak o tym co podane na końcu tego wiersza: „I niech Mnie naśladuje”. Tak! Naśladuje Chrystusa! Bo On nie każe nam robić czegokolwiek czego sam przed nami nie zrobił. Nie każe nam przyjmować na siebie swych cierpień nie pokazując nam wcześniej jak należy to zrobić. Jezus Chrystus, prawdziwie człowiek i przawdziwie Bóg, pokazał nam jedyną możliwą drogę do zbawienia. Drogę pełną cierni i trudności. Drogę wysłaną bólem i cierpieniami. Taką, której nie przejdziemy jeśli nie schylimy głowy i nie poddamy się spotykającym nas udrękom. Ale zaraz, przecież przyjmować na siebie cierpienie nie oznacza chować głowę w piasek (że się zwrócę w stronę jednej z poprzednich moich notek). Naśladować Chrystusa znaczy walczyć o zbawienie dusz, wiedząc że czeka cię przez to wiele cierpienia które będziesz musiał na siebie przyjąć. Na które nie będziesz mógł narzekać. Cierpienia, które czasem będziesz musiał znosić w pojedynkę… Czy w pojedynkę? Nie! Zawsze jest z Tobą Chrystus, który to samo przeszedł przed Tobą.

No dobrze, ale dlaczego do zbawienia nie prowadzi ścieżka usłana różami? Dlaczego na każdym kroku ciernie wbijają się nam w stopy? Wyobraźmy sobie gdyby tak nie było… Gdyby każdy miał w życiu dobrze, gdyby nikt nikomu nie dokuczał. Gdyby wszystko szło z górki… Czy byłoby nudno? Niekoniecznie. Bo i nie w tym rzecz. Z całą pewnością coś takiego jak pokora bardzo szybko by zniknęło. Pokora wobec siebie. Pokora wobec drugiego człowieka. Pokora wobec świata. Wreszcie pokora wobec Boga. Gdyby wszystko było piękne i nieskazitelne, bardzo szybko poczulibyśmy się sami swoimi własnymi bogami. Spójrzmy na historię osób które tak miały. Którym wszystko szło z górki. Nie chcę wskazywać palcami ale minione stulecie miało na koncie przynajmniej kilku takich osobników. Takich, którzy czuli że wszystko idzie po ich myśli. Zwyrodnialców…

Zajrzyjmy na pierwsze strony Pisma Świętego. Historia znana i wyświechtana. Adam i Ewa zjadają jabłko (czy inną brzoskwinię), tym samym popadają w grzech wraz ze swym całym potomstwem i zostają wygnani z raju, popadając w cierpienia. Ale czy musimy na nich patrzyć jak na winnych naszego cierpienia? Z pewnością nie! Wystarczy że spojrzymy na nich jak na siebie. Że spróbujemy zobaczyć siebie w roli któregoś z nich. Nich, którzy mieli wszystko. Którym wszystko szło z górki. I oni właśnie chcieli mieć jeszcze więcej. Pokora, jeśli w ogóle jakaś była, odfrunęła z pierwszym podmuchem wiatru. Zapragnęli być jak Bóg. I skazali się na cierpienia. Właśnie! Bo to nie była Ewa, to nie był Adam. To było każde z nas! Z nas, którzy, gdy mamy za dobrze, odwracamy się przeciwko Bogu. Sami wpędzamy się we własne cierpienia…

Ciekawe jak ja szybko zmieniam temat. Raz jest o zbawieniu przez cierpienie, raz o źródle tego cierpienia. Ale to wszystko łączy się w jedną całość. Bo dzięki cierpieniu które sami na siebie zrzuciliśmy (nie tylko my na siebie, ale i na innych ludzi. Oni na nas zresztą też) potrafimy się uniżyć przed ogromem Boga i zdać się na Jego łaskę. Na łaskę Tego, który sam wyraźnie powiedział i pokazał: bez bólu nie będzie radości. Bez upokorzeń nie będzie wzniosłości. Bez śmierci nie będzie zbawienia. Dlatego cierpienie ma sens…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 20 Komentarzy

Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików

Ciekawa sprawa, ciekawy tytuł. Przynajmniej mnie się tak wydaje. Od dawna chciałem o tym napisać tylko nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Dziś już wiem, ale temat się zestarzał… Wogóle wszystko we mnie stało się stare. Straciłem wolę do działania i dlatego takie trudności z tym wszystkim. Ale jeśli Bóg z nami to któż przeciwko nam…?

Cóż mogą znaczyć te dziwne słowa zawarte po wyrazach „nie znoszę”? Proste jest tego wytłumaczenie – Strusie to te osoby, które tam, gdzie mogłyby działać, chowają głowę w piasek. Tam, gdzie zawiniły, udają niewinnych. Tam, gdzie dzieje się coś wartego uwagi, wolą wogóle nie patrzeć. Niedzielni katolicy są to natomiast ci, którzy są katolikami z nazwy, którzy chodzą do kościoła w niedzielę, ba, nawet do Komunii przystępują, a przez resztę tygodnia poza wyznaczoną godziną zachowują się jakby ich to wogóle nie dotyczyło. Jakby byli kimś innym.

Strusie. Jak pisałem, jeszcze trzy tygodnie temu mogłem na ten temat napisać bardzo dużo. Ale wiem, że działałbym w afekcie. W szoku pourazowym. Dziś wszystko dokładnie przemyślałem, przeanalizowałem, i muszę stwierdzić, że mam do napisania znacznie mniej. Ale to nie znaczy, że nic nie napiszę. Zacznę od tego, że ja strusiem nie jestem. Staram się nie być. Głowę noszę wysoko uniesioną. Znam jednak ludzi, którzy mogą działać, a nie działają. Którzy siedzą cicho i czekają na swoją kolej. Mając nadzieję, że ta kolej nigdy nie nadejdzie. Wychylają głowę tylko po to, by uderzyć w osobę która usiłuje być. Ja nie boję się ciosów. Ciosów z różnych stron. Ze strony osób z którymi spędziłem najpiękniejszy rok mojego życia, ze strony ateistów, antyklerykałów, satanistów, świadków Jehowy… Znam jednak takich, którzy faktycznie chcą wyruszać do sprawiedliwych, marzą o tym, by Boże ziarno upadało tylko na żyzną, urodzajną glebę. Nie, ono upada wszędzie. Jedno wydziobią kruki, inne spali słońce, inne zadepczą przechodnie. Jeszcze inne wyda plon wśród trudów i kropli potu. Ale nie będzie nigdy tak, że wszystko pójdzie z górki. I w takich sytuacjach właśnie trzeba walczyć, a nie chować głowę w piasek, marząc, by wszystko rozegrało się samo. Ja wystawiałem głowę. Walczyłem. I głowę straciłem. Ale tylko na chwilę. Bo dziś odbyłem poważną rozmowę z Bogiem. I powiedziałem Mu, że wiem, iż nadal chce bym walczył o Jego Królestwo. Bo On chce tego od nas wszystkich. Chce walki, a nie chowania głowy w piasek. „Nie dajcie się zwyciężyć złu” – mówi – „ale zło dobrem zwyciężajcie”. Zwycięstwo możemy osiągnąć jedynie walcząc. Trzymając w dłoni miecz Bożego Słowa i miłości. Nigdy zaś chowając głowę w piasek i czekając… Powiedziałem Mu tak – wiem, że chcesz bym wciąż walczył. Nie wiem, czy jako kapłan, czy jako mąż i ojciec. Ale wiem, że każda ewentualna dziewczyna będzie miała ze mną przekopane. Bo zawsze będę walczył. Dziś poczułem, że się wybudzam…

A niedzielni katolicy? Te dwie sprawy są do siebie bardzo podobne. Szanuję ateistów, którzy są pewni swego ateizmu. Szanuję antyklerykałów, którzy mają ustawiony pogląd na świat. Szanuję świadków Jehowy, Mahomentan, Buddystów, którzy wierzą w coś i poświęcają się temu całkowicie. Choć oni wszyscy oczywiście błądzą i potrzabna im jest pomoc, to szanuję ich naprawdę, bo żyją tym w co wierzą (lub nie wierzą). Jest tylko jeden typ ludzi których nie szanuję. Oczywiście nie jako osób (u mnie każda osoba darzona jest jednakowym szacunkiem) ale jako ludzi o takim a nie innym podejściu do życia. Bo to są ludzie, którzy mówią co innego, a robią co innego. Więcej, często nawet mówią tak jak robią, a jedyne co ich łączy z Kościołem to niedzielna msza święta. Tych ludzi nie znoszę. Dlatego, bo zdarza im się udawać kogoś innego niż są naprawdę. Dlatego, że uczestniczą we Mszy Świętej i słuchają Ewangelii, kazania, a wracając do domu zapominają o czym wogóle była mowa. Dlatego, że bezmyślnie przełykają Ciało Chrystusa traktując Je jako przekąskę między śniadaniem a obiadem. Dlatego, że nie mówią nawet „ksiądz dziś gadał głupoty” albo „w Ewangelii napisano bzdury”. Oni przytakują księdzu i Ewangelii, a żyją zupełnie w drugą stronę. Sam kiedyś byłem niedzielnym katolikiem. Dziś walczę. W pierwszej kolejności walczę ze sobą.

Żeby nie być niedzielnym katolikiem.

I strusiem.

Panie, zmiłuj się nade mną grzesznym.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 24 Komentarze