Posts Tagged With: Fantasy

Dzień, w którym odpoczywał

Czasem blog żyje jakby życiem naturalnym, tętni krew w jego słownych żyłach, bije jego treściowe serce. A czasami spoczywa sobie, czekając na lepsze czasy, zapadając w sen zimowy. Jest tyle do napisania, tyle deklaracji, tak ważnych tematów, obiecanych sobie i innym. Jak choćby ten nieszczęsny synod. Ale nie ma czasu i natchnienia, żeby wskrzeszać blog. Notkę o synodzie obiecałem i obietnicy dotrzymam. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dziś pobudzę blog do życia „gotowcem”, czymś, co już napisałem dawno temu. Swoistą autopromocją.

2Jestem teologiem. Jestem też fanem fantasy. I, łącząc ze sobą te dwa fakty, wyznaję teorię o której wspomniałem już w poprzednim wpisie: Każdy świat który istnieje lub mógłby potencjalnie istnieć, choćby tylko w ludzkiej wyobraźni, został stworzony przez tego samego Boga. Zatem: nie może istnieć świat, w którym realnie nie istnieje Bóg – Ten Bóg. Rozumowanie jest może pokrętne, ale wydaje mi się logiczne. Oto bowiem Bóg jest. Może nie być niczego, żadnego świata, ale jest Bóg – zawsze. Jeśli zatem powstaje jakiś świat, nie może on powstać bez Boga, albo mimo Boga. Dlatego Tolkien nie mógł stworzyć Śródziemia bez Iluvatara. Dlatego Lewis nie mógł dać nam Narnii bez Aslana. A tych dwóch panów uważa się za klasyków fantasy, którzy popchnęli ten wózek niedający się zatrzymać. I dlatego też ja, tworząc swój świat Jasmine, nie potrafię wyobrazić sobie odrzucenia Boga w tym świecie.

Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy to projekt, który polega na współtworzeniu jednej historii przez pomysłodawcę (to ja) i czytelników historii. W efekcie z pierwszego krótkiego opowiadania rozwija się bogaty, niezależny świat, który ma początek, ale nie będzie mieć końca. Odcinki czy niezależne opowiadania powstają w ramach zabawy połączonej często z konkursami, w których można wygrać atrakcyjne nagrody. I dziś właśnie jeden z takich konkursów trwa, a ja – publikując na blogu odcinek przedstawiający głównych bohaterów i ich stosunek do Jedynego – pragnę namówić Was do przyłączenia się do tego konkursu. Zapraszam do napisania opowiadań konkursowych i do dzielenia się tym pomysłem z innymi swoimi znajomymi! Teraz już zapraszam do lektury.

Jasmine
Odcinek szesnasty
Dzień, w którym odpoczywał

lobifinalcolorWprawdzie od Polany dzieliło ich najwyżej pół dnia marszu, Jasmine szła jednak w zaparte i twierdziła, że dziś się nie ruszy. Odkąd Levis po wypadkach poprzedniego dnia odebrał jej medalion Feil, wróciła jej zupełnie przytomność umysłu, ale przez to pies musiał znów używać Gavsona jako komunikatora.
– Powiedz jej, do diaska, że straciliśmy już masę cennego czasu i jak dojdziemy na Polanę to sobie znajdzie jakąś świątynię.
– Levis twierdzi… – Gavson rozpoczął przekazywanie psich myśli, ale Jasmine nie pozwoliła mu dokończyć.
– Wiem co twierdzi Levis, choć go nie słyszę. Możesz mu powiedzieć… Właściwie sama mogę mu powiedzieć, że dziś jest dziewiąty dzień tygodnia, a ponieważ nasza – na „nasza” położyła mocny akcent, spoglądając na Gavsona – religia nakazuje by dziewiątego dnia odprawić kult, musimy odprawić kult. Prawda Gavson?
– W sumie to tak… To znaczy – tak, oczywiście, Gwiazdo Poranka!
Levis nie do końca wiedział czemu chłopak przytaknął koleżance. Czy rzeczywiście był takim samym ortodoksem jak i ona, czy przestraszył się gromów rażących w niego z jej strony, czy może po prostu jego zbolałe stopy jęczały o wytchnienie. Tak czy inaczej przytaknął, a i Stuknięty wykazywał żywe zainteresowanie wydarzeniem, którego miał zostać świadkiem, więc Levis musiał ulec. Zdenerwowany wskoczył do rzeki, by pływając trochę ochłonąć.
Tymczasem Jasmine i Gavson usypali z ziemi niewielki, spłaszczony u góry kopiec i z pomocą dzięcioloida zaczęli kłaść na nim suche drewno. Levis wypłynął na drugi brzeg i z odległości przyglądał się całemu przedstawieniu.
Choć trudne, pełne niebezpieczeństw i bogate w doświadczenia życie nie sprawiło, że przestał wierzyć w Początek, zdążył nabrać dużego sceptycyzmu w stosunku do wszelkich przejawów kultu. A jednak kilka lat wcześniej zatrzymał się w Herbertown, oazie spokoju, ponieważ panowała tam czysta, niezmącona niczym wiara w Jedynego. Na całym świecie nie istniało drugie takie miejsce. Levis nie musiał wierzyć w bogów. Wiedział, że istnieją. Wielu z nich spotkał osobiście, kilku traktował prawie jak przyjaciół. No, co najmniej jak dobrych znajomych. To byli nie tylko ludzcy bogowie. Spotykał i bogów krasnoludzkich, i gnomich, a nawet kenderską Wielką Złodziejkę czy elfickiego transwestytę.
– Hmhhh… – Zamknął oczy i roześmiał się pod nosem, przypominając sobie to spotkanie. Tak, bogowie istnieli naprawdę. Mieli wielkie moce i całkowitą nieśmiertelność. Istnieli w niebiańskim wymiarze i tylko czasami schodzili na ziemię by siać postrach lub rozdawać dobro. Levis oglądał na własne oczy jak palili miasta, wskrzeszali rzesze nieumarłych bądź uwodzili piękne ziemskie dziewczęta. Raz nawet widział jak pewien młody (to jest taki, który posiada młodo-wyglądającą postać) bóg tworzy nową rasę. Zinnowie, nazwani od jego imienia – Zinnus, byli smukli, weseli, niscy i posiadali motyle skrzydła. I, oczywiście, Zinnus stał się głównym bogiem ich panteonu.
Levis znał bogów osobiście, a to sprawiało, że przejawy kultu bardzo go bawiły. Jak można czcić kogoś takiego – i tu padały tysiące epitetów dotyczących jego znajomków, jak choćby alkoholizm, nieopanowany pociąg do kobiet czy skłonność do bójek. Wielu bogów korzystało sobie na tym kulcie. Pożerali tony ofiar mięsnych czy płynnych lub zaspokajali swe chuci płodząc dziesiątki ziemskich bękartów – półbogów. A ludzie, elfy, krasnoludy i inne stworzenia stojące od nich niżej w procesie ewolucji jeszcze się z tego cieszyły.
Był też inny powód dla którego Levis śmiał się z kultu bogów. Wyniknął z bezpośrednich z nimi rozmów. To, skąd się wzięli. Jednych powoływali poprzedni bogowie. Dawali im testy, które musieli zdać by wejść do panteonu. Inni po prostu rodzili się z bosko-boskich lub bosko-nieboskich związków. Kolejnych bogowie tworzyli osobiście. A pierwszy z nich? Levis słyszał różne odpowiedzi, ale wszystkie sprowadzały się do jednego – również został stworzony. Może przybył z innej planety? Albo wywołała go jeszcze potężniejsza siła? Istniały legendy o starożytnych rasach z innych wymiarów. Tak czy inaczej nie trwał od zawsze. Kiedyś się pojawił. Skąd? Nie było jasnej odpowiedzi. Ale nawet jeśli to było coś jeszcze bardziej inteligentnego, też prawdopodobnie skądś się wzięło. Levis nie wierzył w nieskończone następstwo przyczyn i skutków. Tymczasem gdy coś znał, znajdywał również tego przyczynę. Gdy próbował dojrzeć skąd wzięło się wszystko, ale wszystko zupełnie, trafiał na blokadę. Tak, wiedział, że wszystko nie mogło DZIAĆ SIĘ od zawsze. Coś musiało BYĆ na początku. Nazwał to Początkiem. Jego życie nie polegało bynajmniej na próbie odnalezienia owego Początku. Czasem tylko myślał nad tym problemem. Nie czcił go jak inni czczą bogów, ale czuł się komfortowo w towarzystwie osób, które, tak jak on, w Początek wierzyły, nazywając go Jedynym. Stąd wziął się pomysł by osiąść i odpocząć w Herbertown. Przynajmniej na chwilę.
Skąd wziął się kult Jedynego, tego Levis nie wiedział. Zdarzało mu się rozmawiać z osobami, które go wyznają, ale nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. Istniała legenda, że gdzieś na wyspie otoczonej kipiącą rzeką i ścianą wiatru mieszka rasa zwana giurami, która została obdarzona objawieniem i osobiście zna sługów Jedynego, zwanych aniołami. Levis był kiedyś w tamtym miejscu, nie wierzył jednak, że za rzeczywiście znajdującą się tam nieprzebytą kipielą może być jakiś ląd. Podobno legendę przekazał jako pierwszy Mubur – jeden z trzynastu bogów, którzy jako jedyni przeprawiali się na drugą stronę (lub raczej do wnętrza) Nieprzebytej Kipieli. Levis nigdy jednak nie spotkał akurat tego boga.
A jednak i na stałym lądzie żyły istoty wierzące w Jedynego. Najbardziej znaną osobą trwającą w tym kulcie był Artdico Gnorofex – bliski znajomy Levisa. To właśnie on wskazał psu Herbertown jako oazę spokoju i wyjątkowe, jeśli chodzi o kult, miejsce. Czy wiedział o przepowiedni wiszącej nad Jasmine, Garvsonem i nad nim jako telepatą? To możliwe – zważywszy, że to właśnie na spotkanie z Artdico wyruszył w podróż do Dervergu. Ten sam cel przyświecał Stukniętemu. Levis wolał się nad tym nie zastanawiać.
Zerknął na drugi brzeg. Dzieci podskakiwały i dawały mu znaki rękami. Stos z gałązek był już ułożony, a na nim spoczywały cztery dorodne rybki ułowione przez Stukniętego. Levis westchnął. Kult Jedynego nakazywał by dziewiątego dnia tygodnia nie pracować, nie podróżować, nie uczyć się, a jedynie odpoczywać i składać Bogu ofiary. Tego bowiem dnia, mówią stare pisma, Jedyny miał odpocząć po ciężkiej pracy tworzenia świata, gwiazd, bogów i innych istot. To śmieszne – myślał Levis – przecież Początek był Początkiem. Wszystko zrodziło się z niego, więc raczej się nie męczył. A już z pewnością nie po ośmiu dniach roboty. Ale przymknął na to oko. Artdico zaczeka na nich jeszcze dzień dłużej. Musiał to zresztą przewidzieć.
Levis zerknął na stos drewna, a ten zapłonął żywym ogniem. Dzieci pomachały rękami, a potem uklękły przed smażącą się ofiarą. Obok nich, co wyglądało komicznie, uczynił to samo Stuknięty. Levis wskoczył do wody. Jedyny był dobry i kochał żywe stworzenia ponad miarę. Dzielił się więc ofiarami ze swymi dziećmi. A to oznaczało, że za chwilę zacznie się wyżerka. Ten element kultu bardzo się Levisowi podobał.

***

Beloc chodził po swoim pokoiku w kółko, cicho klnąc pod nosem. Już ją miał! Leżała w tym dole, czekała na niego. Dwie minuty! Dwie minuty dłużej i porwałby ją na zawsze. To mogłoby uratować wszystko. Naprawić całą sytuację! Medalion musiał ich połączyć. Takie jego przeznaczenie – łączy kontrolowanego i kontrolującego nierozerwalnym węzłem. Małżeństwo? Coś więcej niż to. O tym naiwniaczka Feil nie powiedziała Jasmine. Może miała nadzieję, że Beloc będzie na wszystko spokojnie patrzył i nie upomni się o swoje? Albo wierzyła, że Jasmine nie zechce zapanować nad mocą medalionu? Hmmm… A może malutka działa po jego stronie? Jednak teraz ten parszywy telepata wszystko zepsuł! Zabrał dziewczynie medalion. Ma go ten młodziak. W kieszeni. Ale Beloc stracił kontrolę nad właścicielką. Miał prawo w tej sytuacji omówić sprawę medalionu ze swoim duszkiem. Dając moc medalionowi Feil włożył w to trochę z siebie. Tak jakby Feil była matką, a Beloc ojcem. Beloc musiał wiedzieć czemu właśnie Jasmine. I czy ma tu coś do rzeczy ten pies. Wymówił w myślach imię duszka trzy razy. Za chwilę powinna tu być…

By Artdico

Ten odcinek przypomina mi czasy, kiedy poszczególne opowiadania były naprawdę krótkie. Ten jest nawet treściwy, ale jeśli spojrzymy na historię 10 odcinków wcześniej, spotkamy się z jeszcze krótszymi opowiadankami. Nie ma w tym nic dziwnego. Właśnie na tym polega rozwój historii: na pojawianiu się wątków i bohaterów, którzy sprawiają, że nie da się już pisać króciutkich historyjek. Ja teraz tworzę odcinek 22. A Was zapraszam do lektury poprzednich i napisania dwóch odcinków pobocznych, związanych z przeszłością i przyszłością bohaterów historii. Aby wejść na Jasmine, należy kliknąć TUTAJ (uwaga: jakiś błąd w html sprawia, że strona źle otwiera się w Chrome. Najlepiej użyć Firefoxa lub Internet Explorera). Życzę satysfakcji! Do usłyszenia!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Logo strony Jasmine – Niekończąca się Historia fantasy, autorstwa Anny Lisieckiej
2. Jasmine i Levis, rysunek autorstwa Aleksandry Józefowicz (Lobi), barwiony przez Bartosza Piętkę.
Obie ilustracje znajdują się w galerii na stronie http://www.jasmine.artdico.com

Reklamy
Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Co ma Pan Bóg do Hobbita?

Wielu spośród Was zapewne zdaje sobie już sprawę z tego, że jestem fanem literatury fantasy. Co za tym idzie bardzo lubię też filmy o tej tematyce. Nie należę do anty-potterowców, walczących z każdym przejawem magii w książkach, nie zamykam się na Wiedźmina, który bywa wulgarny i przesączony zbędnymi scenami seksu. Jestem jednak zdania, że aby wejść w świat Pottera, albo Geralta z Rivii, czy choćby Pratchetta lub Gry o Tron, warto zapoznać się z klasyką gatunku. A do klasyki zaliczam dwóch twórców: C.S.Lewisa i J.R.R.Tolkiena (a dobrze jest dodać do ich kompanii Ursulę K.Le Guin). To Lewis i Tolkien stworzyli dwa wielkie, żyjące własnym życiem światy i wprowadzili do nich wyrazistych bohaterów, dając tym samym inspirację kilku pokoleniom czytelników i podążającym ich śladem pisarzom. Tolkien swój świat stworzył całkowicie od podstaw, jako niezależny od tego, w którym my żyjemy. Lewis wprowadził ideę światów przenikających się, gdzie ludzie z naszej strony mogą przejść na drugi brzeg przez starą szafę, albo przez ramy obrazu. Oba z tych pomysłów znajdują odzwierciedlenie w dziełach licznych autorów podążających tropem klasyki fantasy.

Wielu zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczne fantasy opiera się na legendach, podaniach ludowych i mitologii. Nie oszuka nikogo bowiem ten, kto stwierdzi, że to starożytni Grecy (opiewający centaury, Minotaura czy Ikara i Dedala lecących na skrzydłach ku słońcu), Egipcjanie (mówiący o bóstwach w ciałach ludzi, lecz z głowami zwierząt) czy choćby Skandynawowie (Odyn na sześcionożnym rumaku, Thor z młotem, mity o Ragnaroku), starając się wyjaśnić różne zjawiska, stworzyli pierwotną fantastykę. Do tego doszły tysiące podań i legend, przekazywanych lub wymyślanych przez tysiące lat w różnych zakątkach ziemi – jak lewiatany i krakeny niszczące statki marynarzy wyprawiających się w morze, wielkie Yeti żyjące we wszystkich wyższych górach świata czy dziwne potwory zamieszkujące szkockie jeziora (najpopularniejszy z nich mieszka do dziś w Jeziorze Loch Ness). To wszystko twórcy fantastyki z połowy XX wieku włączyli do swoich inspiracji, by opisać nowe światy. Tolkien sięgnął zatem głównie po mitologię i podania anglosaskie, a jego przyjaciel Lewis zainspirował się także grecką mitologią starożytną (włączając w swoje opowieści zarówno faunów, jak i satyrów, nie wyjaśniając jednak różnic między jednymi, a drugimi).

Są jednak i tacy, którzy wiedzą, że zarówno Tolkien, który był bardzo zaangażowanym katolikiem, jak i Lewis, nawrócony na anglikanizm ateista – tu duża zasługa Tolkiena, ale także konflikt między przyjaciółmi, ponieważ Tolkien miał żal do Lewisa o to, że nie wstąpił do Kościoła katolickiego – oparli dzieła swojego życia na Ewangelii. Są rzecz jasna i tacy, dla których pozostawało to tajemnicą. Fantasy to fantasy, odradzający się czarodzieje i gadające lwy to kwestia konwencji. Kiedy zatem powiedziałem koleżance, która była niedługo po fascynacji „Opowieściami z Narnii”, że Lewis umieścił w swojej serii przesłanie z Ewangelii, usłyszałem: „No i zepsułeś mi całą radość z czytania”. Fantasy to bowiem fantasy, przygoda w wyobraźni, obce, wspaniałe światy, a Ewangelia – zdaniem niektórych – to bujda, zaś wkręcanie jej gdziekolwiek jest zniesmaczające.

aslanTymczasem faktem jest, że zarówno Lewis – bardzo bezpośrednio, jak i Tolkien – nieco bardziej dookoła, w swoich dziełach zawarli przesłanie o zbawieniu, o samym Chrystusie, prawdziwym Bogu, synu Boga Ojca. Bohaterowie jednego i drugiego szukają swojej drogi nie tylko do rozwiązania trudnej przygody, lecz również do zbawienia, do wiecznego wybawienia. Spójrzmy chociaż na „Opowieści z Narnii” i na najbardziej znaczącą postać lwa Aslana. Kim jest Aslan? Jest postacią, która dla większości bohaterów jest rodzajem legendy, kimś, kto opiekuje się całą Narnią, wszystkimi żyjącym w niej istotami. Jest nazywany Synem Władcy zza Morza i kiedy wreszcie się pojawia, by przynieść prawdziwą pomoc bohaterom, później wraca za to Morze (w jednej części podąża z nim jeden z bohaterów). Aslan również umiera, zostaje zamordowany, by później powstać, pokonać Białą Czarownicę, która go zabiła. Jak ktoś pragnie, może to traktować jako czystą fantastykę. Analogia jednak z postacią Chrystusa wydaje się być więcej niż oczywista. Chrystus też był Synem wielkiego Władcy. Do tego Władcy powracał, zabierając też z sobą wiernych Mu ludzi (tak, jak Aslan zabrał Ryczypiska). Jezus Chrystus zabity został na krzyżu, tak jak Aslan przez Białą Czarownicę na kamieniu. Kamień pękł, gdy Aslan powstawał – i w ten sposób przedstawia się często zmartwychwstanie Jezusa. Analogia staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy w „Podróży »Wędrowca do Świtu«”, właśnie przy odchodzeniu Za Morze, Edmund pyta Aslana o jego obecność w ich (czyli naszym) świecie: „Czy ty… czy tam jesteś również, panie?” Aslan odpowiada: „Jestem. Ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem”.

Tolkien, jak wspomniałem, nie jest już tak bezpośredni w lokowaniu Ewangelii w swych dziełach. Czasem można pomyśleć, że jeśli udaje się odszukać jakieś analogie, to pewnie przez przypadek się tam znalazły. Że Tolkien jako zaangażowany katolik mimo woli umieszczał w swoich książkach to, czym żył. Poznając jednak szerszą twórczość autora, w tym jego listy, ale też dowiadując się, że dopracowywał swoje powieści w najmniejszych szczegółach, pozbywamy się wątpliwości, że Śródziemie też ma swoją Ewangelię, nieco inną od naszej, ale równie wyrazistą.

Zaczynając od Hobbita musimy podkreślić, że to była pierwsza powieść Tolkiena i nie wiadomo, czy planował jakiś dalszy ciąg, dopóki czytelnicy nie zachłysnęli się historią o Bilbo Bagginsie i nie zażądali kontynuacji. W samym Hobbicie, krótkiej, trzystustronicowej książce, wielkich analogii do Ewangelicznego życia trudno się doszukiwać. Dlatego na dzieło mistrza należy patrzeć szeroko, z perspektywy Władcy Pierścieni, ale i jeszcze szerzej – z perspektywy Silmarillionu. Zacznijmy jednak od Hobbita. W tej krótkiej historii rzucają się w oczy szczególnie postaci krasnoludów. Mało konkretnych, stanowiących raczej kogoś w rodzaju „ludu”, z jednym wyraźnym przywódcą, ale nie wyróżniających się między sobą. Wielu widzi w nich analogię do narodu wybranego, czyli do Izraela. Wydaje się to jasne w perspektywie posiadania wspaniałego kraju, z którego zostają wygnani, tak jak wygnany ze swej ziemi na przestrzeni wieków – i to kilkakrotnie – był Izrael. Postacią wyganiającą ich jest pożądający bogactw i władzy smok, który w Biblii jest symbolem diabła. Oczywiście w wielu innych opowieściach występują smoki, wiele z nich ma dobry charakter. Smok Tolkiena jest jednak diaboliczny, bezwzględny i zły – a żaden dobry smok się u niego nie pojawia. Oczywiście ostatecznie zostaje on pokonany dzięki poświęceniu zarówno krasnoludów, jak i ludzi, a także najmniejszego i najsłabszego: hobbita.

gandalfPrzejdźmy jednak do dalszej historii, a więc do Władcy Pierścieni. Tu Ewangelia przebija już ze wszystkich stron. Wprawdzie nie mamy jednego wyrazistego obrazu Chrystusa, jak u Lewisa, ale to, co w Ewangelii przynależy do jednej osoby, Tolkien rozpisał na trzy. I tak – przede wszystkim – hobbit Frodo, który jest „słaby w oczach świata”, wykonuje misję, która wybawia cały świat spod władzy złego. Ten zły jest – w sposób zdecydowany – obrazem Szatana w książkach Tolkiena. Drugi obraz Chrystusa to Gandalf. On jest przewodnikiem, kierownikiem, wskazuje wszystkim najlepszą, najmądrzejszą drogę. W pewnym momencie jednak staje do walki z Balrogiem, który nawet wyglądem przypominać ma znane nam wizerunki diabła. Pokonuje stwora, ale sam spada i umiera jako Gandalf Szary. Później jednak rodzi się na nowo, zmartwychwstaje przemieniony jako Gandalf Biały – jeszcze mądrzejszy i potężniejszy. Tak samo, jak Aslan w Opowieściach z Narnii. Analogicznie do Jezusa Chrystusa w naszym świecie. Nareszcie „trzeci Chrystus”, a więc prawdziwy król, Aragorn. Podobnie jak w narodzie wybranym dynastia Dawida została przerwana, a Jezus okazał się być dziedzicem tronu Dawida, tak i w Gondorze zaginął ślad po dynastii królewskiej, której ostatnim żyjącym potomkiem był Aragorn, znany jako Obieżyświat przez wzgląd na swój tułaczy tryb życia. On zaś nie tylko powraca na tron, nie obalając namiestnika (ostatnim żyjącym namiestnikiem pozostaje Faramir), lecz zaprzyjaźniając się z nim, ale też wyzwala dusze, które oczekiwały na wybawienie. Podobnie jak w naszej tradycji Chrystus „zstąpił do piekieł”, by z łona Abrahama uwolnić sprawiedliwych sprzed Jego przybycia na ziemię, tak Aragorn wstępuje między przeklętych umarłych, zawołuje ich do wierności swemu królowi i ostatecznie uwalnia ich dusze od klątwy.

Jeśli wgłębić się w strony Władcy Pierścieni, można napisać na ten temat niejedną pracę doktorską z teologii. Znam dwoje znamienitych katolickich publicystów, którzy więcej na ten temat niż ja powiedzą (Elżbieta Wiater i Wojciech Teister). Ja teraz sięgnę jeszcze głębiej, a więc do Silmarillionu. Ta powieść Tolkiena – acz mam wątpliwości, czy nazywać ją powieścią – jest czymś w rodzaju mitologii Śródziemia. Albo może Księgi Rodzaju Śródziemia. Opowiada o stworzeniu świata, o dziele stworzenia ludzi, krasnoludów, elfów, entów, orłów… I tak – przede wszystkim – Stwórca jest jeden. Zwą Go Eru lub Iluvatar i On jest Panem wszystkiego. Z miłości stwarza Valarów, zwanych niekiedy bogami (ale będącymi odpowiednikami aniołów z naszej wiary), a ci Valarowie „śpiewają” świat. Oprócz Valarów istnieją też Majarowie, pomniejsze dusze, należące do tej samej, co Valarowie rodziny Ainurów. Jednym i najbardziej nam znanym z nich jest Gandalf.

Nie będę opowiadał całej historii Śródziemia i powiązań ewangelicznych, bo nie sposób to uczynić. Dość tylko zaznaczyć, że twórczość Tolkiena jest nie tylko wspaniałą historią fantasy, ale niesie w sobie ogromne przesłanie Ewangeliczne. Pan Bóg ma bardzo wiele wspólnego z Hobbitem, bo Tolkien – prawdopodobnie w sposób bardzo świadomy – włożył do Hobbita bardzo dużo Boga. A w zestawieniu Tolkiena z Lewisem widzę wyraźne odzwierciedlenie własnej teorii fantasy: Jeśli istnieje jakikolwiek świat inny od naszego, czy to naprawdę, czy tylko w naszej wyobraźni, z pewnością został on stworzony przez tego samego Boga.

Polecam przeczytanie książek Tolkiena i Lewisa przed sięgnięciem po filmy. Trudno bowiem doszukiwać się w ekranizacjach jednego i drugiego dzieła tak wyraźnych odniesień do Ewangelii, które zawarli autorzy. Sprawa jest jeszcze bardziej podejrzana przy ekranizacji Hobbita. W sumie co to za pomysł, by trzystustronicową „broszurę” rozpisać na 9 godzin filmu? Jeśli jednak tak wiele Boga znajdziemy w powieściach, możemy także, choćby dla zwykłego porównania, obejrzeć filmy, w celu doszukiwania się w nich pierwiastków Boskich.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Aslan, kadr z filmu, ilustracja dostępna między innymi tu: http://id.wikipedia.org/wiki/Aslan
2. Gandalf i Balrog, autorstwa Flavio Hoffe, źródło (oficjalna strona autora): http://www.flaviohoffe.com/2008/11/14/teste/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Bo Spike

„Diabeł nosi pumpy, pentagramy na portkach, diabeł lubuje się w czarnych kolorach. Czarny jak piekło, czerwony jak ogień, demoniczne dziwne rzeczy. Lecz niczego się nie bójcie”.

Tak w pewnym internetowym hicie VJ Dominion zinterpretował słowa księdza Natanka, znanego ze swoich kontrowersyjnych słów odnośnie subkultur, japońskich animacji, gier komputerowych i ich powiązań z diabelskimi mocami. I choć ksiądz Natanek utracił pozwolenie na wypowiadanie się w imię Kościoła, to wielu katolików, w nieco może mniej kontrowersyjny sposób podąża za głoszonymi przez niego hasłami. Rozglądają się wokół i wszędzie widzą diabła, wszystko może być źródłem opętania. Tak oto ksiądz Aleksander Posadzki ostro walczy z przejawami magii, np. z Harrym Potterem, Małgorzata Nawrocka pisze powieści antymagiczne, dorośli ludzie odchodzą od czytania dzieciom bajek, bo tam jest magia. Oczywiście to jest ta „dobra” magia, w odróżnieniu od „złej” magii Pottera, bo to magia bajkowa, ale dziś wróżka dziecku może się kojarzyć z wróżbitami z telewizji, a nie z matką chrzestną Kopciuszka. Hello Kitty to już legenda – jej twórca miał podpisać pakt z demonem, by leczyć chorą córkę, albo – z innej strony – postać nie ma ust, bo miała być stworzona na podstawie dziewczynki, której zaszyto usta. Choć Wikipedia twierdzi, że twórcą Hello Kitty jest wiekowa w tej chwili kobieta…

„Podejrzane bransolety, Chińskie maski, amulety, Demoniczne Pokemony, Seksualne gry-potwory, Harry Potter, Quake, Diabolo, Techno albo metal. Wszystko to diabelskie. Lecz niczego się nie bójcie…”

O Pokemonach było głośno parę lat temu. Małe, pluszowe stworzonka pojedynkujące się między sobą na różne moce. Gatunki muzyczne – metal czy techno jako źródła opętania. Mówił o tym ksiądz Natanek, ale nie są to wyłącznie jego słowa. Ostatnio doszły do tego kucyki z kreskówki „Mój mały kucyk”. Podobno i w nich ukryte są treści satanistyczne. Gdy trafiłem na podobny wątek na którymś z forów, zobaczyłem jako dowód zdjęcie Spike’a. Spike, dla niewtajemniczonych, jest kucykowym smokiem. Właściwie małym, sympatycznym smoczkiem, nikomu nie robiącym krzywdy. Ale smok to smok…

„Oj dana dana, posłuchałem szatana
Oj dana dana, posłuchałem szatana”.

satanizm_w_bajkach

Dla mnie to jest wszystko pomieszanie z poplątaniem. Smok, choć biorąc pod uwagę szeroko pojętą kulturę judeo-chrześcijańską, jest symbolem diabła, to jednak nasza kultura zdążyła dojść do zrozumienia, że symbol jest tylko symbolem. Nie uosabia tego, co symbolizuje. Dlatego na przykład sakrament nie jest symbolem sensu stricte, bo jest sposobem przekazania, a nie tylko ukazania rzeczywistości. Smok zaś pozostanie symbolem, tak jak jest nim wąż. A przecież wąż sam z siebie nie jest diabłem. Spike to postać smoczka dobrotliwego, czasem złośliwego czy wrednego, ale zdecydowanie nie diabelskiego. I samo to, że smok występuje w Kucykach (a nie jest to jedyny smok w tej bajce) nie sprawia, że Kucyki stają się satanistyczne. Inna sprawa, że My Little Ponny miało już setkę serii i odsłon. Jak byłem dzieckiem, sam bardzo lubiłem oglądać Kucyki, miałem nawet film na wideo. Tamte kucyki były bardziej koniowate, miały przyjaciół-ludzi i wrogów-czarownice („Potniej, wilgotniej, rapet papet”) i były zdecydowanie bardziej bajkowe. Dziś Kucyki muszą się nawalać, kłócić, prawić złośliwości i walić w drzewa. Takie czasy, takie obyczaje. To, mimo wszystko, nie sprawia, że teraz nagle Kucyk jest przedstawicielem szatana w telewizji. Nawet jeśli pojawiają się w tej bajeczce magiczne sztuczki…

Harry Potter to jeszcze inna sprawa. Odkąd się pojawił, sprawiał trudności interpretacyjne. Chłopiec, który okazuje się nie być zwykłym dzieckiem, lecz czarodziejem. Zdobywa magiczną różdżkę, która pomaga mu skupić i wydobyć posiadaną przez niego moc. Jest zwykłym, choć magicznym, chłopcem – ma swoje wady i zalety, lubi szkołę jak przeciętny uczeń, czasem oszukuje lub ściąga na klasówkach – nie jest bohaterem-herosem, lecz zwykłym chłopcem. Przeciwnicy Pottera twierdzą, że książka próbuje przekonać dzieci, że magia jest fajna. Moim zdaniem książka przekonuje dzieci, że magia jest fajna w książce. Że, być może, fajnie byłoby być sobie takim magiem w szkole magii i czarodziejstwa, ale fajnie przecież byłoby też być sobie Anią na wyspie Księcia Edwarda albo dzielnym Pilotem Pirxem. Tylko to wyłącznie książka, autorska fantazja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Autorka, pisząc książkę, wcale nie próbowała przekonać dzieci, że teraz należy poszukać sobie różdżki i zacząć parać się magią. To wyłącznie fantazja.

Zarzuca się Harry’emu Potterowi, że nie ma w nim wyraźnego rozgraniczenia między dobrem, a złem. Prawda jest taka – co już napisałem – że nie ma tu superbohaterów, którzy walczą z superwrogami. Harry i jego koledzy mają wady, popełniają błędy, czasem kombinują jak przeciętni nastolatkowie. Jednak nikt nie musi być idealny, żeby być dobrym. A oni są dobrzy, mają złego wroga, który próbuje zapanować nad światem. Walczą z nim, aż wreszcie go pokonują. Zwycięża dobro, które może czaruje, ale to nie jest satanizm – to tylko świat fantasy! Zwycięża przyjaźń. Ostatecznie wręcz pomocną dłoń wyciąga się nawet w stronę szkolnego wroga, który bruździ i często pokazuje złą wolę, ale ostatecznie okazuje się być kimś wartym ocalenia. Harry Potter to książka o dobru i przyjaźni, o wspólnych celach i ideałach, nawet jeśli przykryta magicznym kocykiem.

Zarzuca się wreszcie Harry’emu, że promuje okultyzm, zawiera bowiem opis rzeczywistych praktyk okultystycznych. Przywołuje się w tym miejscu sławetną scenę z części czwartej, z „Czary Ognia”, gdzie na cmentarzu odbywa się rytuał przywrócenia do życia Lorda Voldemorta. Proszę Państwa, nawet jeśli to rzeczywiście jest prawdziwy rytuał okultystyczny, to co to oznacza? Czy ma on namówić nas do służenia diabłu, do składania ofiar na cmentarzu? Przecież to scena, w której wróg próbuje ujarzmić naszego bohatera i wykorzystuje go celem odzyskania sił. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ja piszę opowieść o prawdziwych chłopcach porwanych przez prawdziwych satanistów, celem dokonania prawdziwego rytuału okultystycznego. Czy, przez samo to, że opiszę to, stwarzam książkę satanistyczną i wołam diabła? Nie! Przecież nie piszę tego, by kogokolwiek namówić do okultyzmu, lecz by podkreślić grozę i potrzebę walki z taką sytuacją. Również Harry Potter walczył z odradzającym się Voldemortem, który był zły, demoniczny i musiał odrodzić się właśnie w tak demoniczny sposób. Czy pisząc o Adolfie Hitlerze powinienem opowiadać, że kupował swoim więźniom kwiaty i dawał podjeść, czy pisać o obozach koncentracyjnych i grozie sytuacji? Właśnie demoniczność Voldemorta sprawia, że trzeba skupić wszelkie siły na pokonaniu go.

Przejdźmy do książki Zmierzch. Stephanie Meyer stworzyła kolejny nieistniejący, choć umieszczony w ramach naszego, świat. Są tu wampiry i wilkołaki – jak w setkach ludowych podań z różnych zakamarków świata. Z tym, że te wampiry świecą w słońcu, zamiast się palić. Nie ma tu mowy o żadnym rytualnym piciu krwi. Nie ma mowy o rytualnych mordach. Szkodliwość książki nie polega na uwielbieniu wampiryzmu. Wampiry w tej książce zostają „wegetarianami”, a więc żywią się krwią zwierząt. Są „przeklęci” nie z własnej woli i decydują się na pomoc innym, zamiast szkodzić. Wielokrotnie podkreślają swoje zasady (np. ślub jako podstawa związku dwójki ludzi). Zastanawiają się, czy w ogóle posiadają duszę. To są naprawdę poważne problemy egzystencjalne – i ja nad tym zastanawiam się, np. czy gdyby powstała sztuczna inteligencja równa ludzkiej, to miałaby ona duszę? Szkodliwość książki polega wyłącznie na poddawaniu dziewczętom pod rozważanie możliwości znalezienia mężczyzny idealnego, jakim miałby być Edward, zamiast szukać prawdziwej, nieidealnej miłości. Ale sam wampiryzm w powieści pani Meyer nie jest szkodliwy, a już z pewnością nie jest diabelski.

Inaczej (niż z Kucykami) sprawa się ma jednak z kreskówką, która pojawiła się w telewizji ostatnio. Nosi ona tytuł Tree Fu Tom i zaniepokoiła niezależnie mnie, moją Żonę i dwójkę znajomych. Tam jak w Kucykach, pojawia się magia. Tak jak i w Harrym Potterze. Ale różnica jest zauważalna. Bajka o Tomie naprawdę zachęca do czarowania. W odcinku pojawiają się sceny, w których chłopiec, aby móc czegoś dokonać, potrzebuje przepływu mocy. Dlatego zachęca dzieci do stanięcia naprzeciw ekranu i poruszania się na różne sposoby, by wydobyć moc. Następnie, kiedy moc jest już wydobyta, dzieci mają ułożyć ręce tak, by przesłać moc Tomowi, a on ją później wykorzystuje. Szkodliwość tej techniki natychmiast jest widoczna. To nie jest bajka o magicznym, nieistniejącym świecie, to nie jest tylko czysta fantazja. To nieistniejący świat, który działa dlatego, że dzieci stają się jego bezpośrednimi uczestnikami. Który namawia dzieci do praktyk magicznych, które oczywiście w prawdziwym świecie są szkodliwe. Ponieważ naprawdę mają bezpośredni związek z prawdziwym diabłem. Wyczarowywanie mocy w rzeczywisty sposób i w rzeczywisty sposób przesyłanie jej do bohatera filmu naprawdę jest niebezpieczne. Dlatego nasze dzieci nie oglądają Tree Fu Toma – ponieważ realnie namawia do praktyk okultystycznych.

No dobrze – zapytacie – ale w takim razie jak to się ma do zabawy w magię? Przecież pół podwórka za naszych czasów bawiło się w ekologiczne gierki rodem z Kapitana Planety. Wszyscy mieliśmy pierścienie i wzywaliśmy moce żywiołów. Otóż różnica polega na tym, że to była tylko zabawa, w nieprawdziwe historie rodem z kreskówek. Czarowanie zaś na modłę Toma czy kogokolwiek innego przestaje być zabawą. Dzieci myślą, że Tom naprawdę potrzebuje ich pomocy. Że mają realną możliwość tworzenia mocy i przesyłania jej do telewizora. Dzieci nie bawią się w magiczne sztuczki – one czarują naprawdę!

Podobnie się ma sprawa z graniem w przeróżne gry RPG, zwłaszcza te fabularne, słowne, ustne. Sam jestem mistrzem gry (tak się nazywa osoba prowadząca sesję RPG) i lubię wymyślać różne przygody w świecie fantasy. Piszę też opowiadania, w których pojawia się temat magii. Gra w RPG jednak, w tym również wcielanie się w przeróżne postacie – także postacie magów – należy do świata fantasy. Grając magiem, udaję, że jestem magiem, udaję, że czaruję, choć naprawdę wiem, że to tylko fantazja. W momencie, w którym przestaję to kontrolować i zaczyna mi się zdawać, że te światy się przeplatają, powinienem natychmiast przestać grać w RPG.

RPG jest dla dorosłych, myślących ludzi. Nie dla dzieci, które mogą identyfikować się za bardzo z postacią. Jeśli gramy kapłanem kultu niemonoteistycznego, pamiętamy, że naprawdę Bóg jest jeden. Ciężko byłoby, moim zdaniem, wyobrazić sobie w ogóle świat, w którym nie ma Boga, bo jest ich wielu. Bóg jest jeden, tu czy tam, a kult politeistyczny uprawiano zawsze. Zresztą czy nie możemy sobie wyobrazić, że istnieje świat, w którym naprawdę jest wiele bóstw – są to stworzenia, mające nieco leprze umiejętności niż ludzie. I u Tolkiena w Śródziemiu było to samo. Gandalf był chociażby Majarem, posiadał moc wielokrotnie większą od ludzi. Nad Majarami byli zaś Valarowie. A od Valarów większy był tylko Eru, zwany Iluvatarem. Czyli Bóg. Jeśli „święty”, wywyższany w kręgach Kościoła Tolkien mógł sobie stworzyć plejadę bóstw, czemu mamy z góry wykluczać wszelkie fantastyczne światy, w których panuje wielobóstwo? Nie mamy obowiązku tego robić, jeśli podkreślimy, że nad tym wszystkim zawsze musi być ten sam Bóg.

Do wszystkiego musimy podchodzić z rozsądkiem. Nie każdy świat, w którym wyobrazimy sobie magię, jest światem satanistycznym. Nie każdy smok jest ucieleśnieniem szatana. Nie każdy czarodziej namawia nas do praktyk okultystycznych. Nie każdy wampir spożywa rytualnie krew. Zanim coś opiszemy i potępimy, najpierw się z tym zapoznajmy. Ja obejrzałem Tree Fu Toma i odrzucam. Poznałem nekromancką historię Monster High i trzynaście razy zastanowię się, zanim pozwolę córce to obejrzeć. Ale nie widzę nic złego w Hello Kitty. To, że dziewczynki wariują na jej punkcie nie świadczy o mocy szatana, tylko o mocy dobrego marketingu i świetnej reklamy. Podobnie, jak jeszcze niedawno było z Pokemonami (które oglądałem ja i mój zmarły kolega-kleryk Jakub Płusa, o którego beatyfikację zamierzam się starać). Nie szukajmy diabła wszędzie, gdzie można szukać. Podejdźmy do tego z rozumem – wszak po to mamy rozum.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

And that’s the way the cookie crumbles

Był niski, chudy i miał włosy tak trochę w stylu afro. Może bardziej w stylu Chopin po koncercie? Często uśmiechnięty, za to nigdy się nie złościł. Spokój. Ojciec Maciek stwierdził, że ciężko określić jego charakter, bo wykazuje niespotykany zanik uczuć. Wykazywał do tego znaczący geniusz. Miał same piątki. Prawie same.

Kiedyś już o nim pisałem. Dwa razy. Bo to był jeden z najlepszych kleryków na naszym roku. Kiedy pytali go czemu poszedł do seminarium, odpowiedział po prostu, że chciał służyć Bogu i ludziom. Ale to był jeden z tych przypadków, który wyglądał wiarygodnie.

Oprócz tego lubił fantasy. I Pokemony. I Japonię. Bratnia dusza.

Mama zapytała go kiedyś na jakie pójdzie studia. Odparł, że do seminarium. Zdenerwowała się i powiedziała, że ma sobie wybrać coś innego. „W takim razie japonistyka”. „Japonistyka? A co ty po tym będziesz robił?” „Pójdę do seminarium”.

Na studniówkę nie poszedł. Nie lubił takich imprez. Śmiał się, gdy szedł do kościoła na siódmą, a jego kumple w tym czasie mijali go, na kacu.

Miałem w nim ogromne wsparcie. Gdy chłopaki o coś się na mnie gniewali, zawsze wzruszał ramionami i mówił, że przecież nie ma o co. Raz, jak dostałem karty do Magica, rozegraliśmy partyjkę. Sam zbierał jednak raczej karty z Pokemonami. Wymienialiśmy się nowościami ze świata Johto. Gdy przegapiłem parę odcinków, dał mi kasetę ze swoimi. Ja zbierałem, on nagrywał, oglądał i kasował. Tę kasetę mam do dziś. „Pokemony dla Jamesa”.

Miał na imię Kuba. Na księdza nadawał się jak nikt. Jak nikt. Żył tym, to było widać. I był kochany. Bo taki cichy i spokojny. Uczył się dużo. Choć, jak twierdził, wcale tego nie lubił. „To dlaczego nie nauczysz się na trójkę żeby mieć spokój?” – spytałem kiedyś. „A skąd mogę wiedzieć, że już umiem na trójkę?”

W pokoju miał pustkę. Puste półki, czyste biurko. Pościelone łóżko. Jakby wcale się tam nie wprowadził. I tylko kalendarz z Pokemonami na ścianie.

Spotkałem go w wakacje. Ucieszyliśmy się jak dzieci. Przyszedł do Skarżyska, do Ostrej Bramy, na „pieszą pielgrzymkę” ze Starachowic, bo była ładna pogoda. Ja szedłem akurat po Monikę do szkoły. Roześmiał się. „A tak sobie myślałem, czy spotkam Mateusza…” Później już się nie spotkaliśmy.

W okolicy Bożego Narodzenia dostałem wiadomość od Anity, naszej wspólnej przyjaciółki, że Kuba przerwał formację. Ma raka płuc i bierze chemię. Nie przypuszczałbym… Nigdy nie palił papierosów. A jednak nie byłem w szoku. „Jeśli ktoś” – pomyślałem – „to właśnie Kuba”. Człowiek, który mógłby dać idealne świadectwo pięknego umierania. Świadectwo bycia wybranym, by odejść wcześniej. Czułem, że nie przeżyje. I wiedziałem, że Bóg wybrał dobrze.

Miałem go odwiedzić w ferie.

Nie znalazłem czasu.

Nie wiem kiedy pogrzeb. Ale chociaż tam postaram się być. Spotkam Anitę. I kolegów – już w sutannach.

Dziś przeżyłem mszę w sposób cudowny. Wiem, że Kuba też tam był. Bo teraz jest jeszcze szczęśliwszy niż był w seminarium.

„A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości – życie nieskalane. Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność. Sprawiedliwy umarły potępia żyjących bezbożnych, i dopełniona wcześnie młodość – leciwą starość nieprawego. Zobaczą bowiem kres roztropnego, a nie pojmą, co o nim Pan postanowił i w jakim celu zachował go bezpiecznym. Patrzą i żywią pogardę, ale Pan ich wyśmieje.” (Mdr 4, 7-18)

I każdy z nas odejdzie. I tak się właśnie kruszy ciacho…

[*]

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Gavson kontra Artdico Gnorofex

Miałem napisać co innego, ale to chyba będzie lepsze…

Część z Was zna moją stronę fantasy Jasmine. Dam do niej jakby coś linka, ale chwilowo strona jest zablokowana, gdyż Lord Nicon (pozdro!) przenosi serwer. Stronka jest TU. Jeśli lubicie fantasy choć trochę, zapraszam. Jednakże…

Jednakże nawet jeśli nie zajrzycie, nie oznacza to, że nie możecie czytać tej notki. Dotyczy ona bowiem dwóch postaci będących bohaterami owej strony. Obie te postacie, w czym zorientowałem się dość późno, mają wspólną cechę. A jednak obie różnią się od siebie diametralnie. Tak naprawdę to dwie odmienne osoby.

Gavson.

Gavson to główny bohater Jasmine, Niekończącej się Historii Fantasy. Ma 14 lat, jest (jako i ja) blondynem. Jest życiowym nieudacznikiem, ślamazarą, ciamajdą. Oprócz tego myśli, że pozjadał wszystkie rozumy, uważa się za najlepszego na świecie, najmądrzejszego, najprzystojniejszego. Przyjaźni się z Jasmine, która jednak nieraz dostaje od niego w kość przez wielką pychę i złośliwość chłopaka. Wierzy, jak Jasmine, w Jedynego Boga, ale kult wykonuje jakby z przymusu, a gdyby nie towarzyszyła mu przyjaciółka, pewnie w ogóle by o tym zapomniał. W jednym odcinku Gavson niespodziewanie wybucha tracąc zaufanie Jasmine, co zostało przez czytelników uznane za nienaturalne i dziwne. Cóż. Może takie właśnie było. Ale Gavson taki właśnie jest…

Artdico.

Artdico jest mistrzem. Nie uważa się za najlepszego, najinteligentniejszego, najprzystojniejszego i w ogóle naj. Jest taki. Ale nie obnosi się z tym. Jest najstarszy, ma długą, siwą brodę i posiadł wiedzę dotyczącą wszelkich szkół magicznych jakie istnieją. A jednak nie chełpi się tym – w zasadzie niewielu widziało go w ogóle jak czarował. Zna swe umiejętności, talenty, możliwości, ale nie chwali się nimi, lecz używa ich dla dobra świata. Jest podziwiany przez ludzi, ale ze skromnością macha na te podziwy ręką. Miewa świetne pomysły i wykonuje je z inteligencją. A gdy ktokolwiek myśli inaczej niż on, po prostu milczy, lub wykorzystuje naprawdę ineligente argumenty. I nawet jeśli jest odrobinę rubaszny, no i lubi dziewczęta, wszyscy wiedzą, że całe życie poświęcił Jedynemu i tylko w Jego imię działa.

Te dwie postacie nigdy się nie spotkały. Jeszcze. Różnią się od siebie wszystkim. Jeden to zdziecinniały bachor. Drugi – wiekowy starzec. Jeden to przemądrzałek i nerwus. Drugi jest skromny i spokojny (lub przynajmniej umie pokonać swą nerwowość). Jeden to głupiec i gbur. Drugi jest inteligentny i zabawny. Jeden zapomina o tym, co naprawdę ważne. Drugi oddał temu, co ważne całe swoje życie…

Te dwie postacie łączy coś bardzo ważnego.

No, może przesadzam. Może nie aż tak ważnego.

Ja.

Artdico powstał wcześniej. Kiedy moje życie wyglądało inaczej. Jeszcze nim wstąpiłem do Seminarium. Jeszcze gdy byłem z Gosią i zaczynaliśmy grać w Warhammera. Ale powiem szczerze, byłem Artdico. Znałem swe talenty, potrafiłem je wykorzystać. Wiedziałem o swej inteligencji, ale się z nią nie obnosiłem. Byłem wrogiem fałszywej skromności, ale wszystko zawdzięczałem Bogu. Potem wstąpiłem do Seminarium, gdzie osobowość Artdico rozwijała się, nabierała rumieńców. Założyłem bloga i ludzie znający bloga znali mnie jako Artdico. Może nie idealnie takiego Artdico, jakim chciałem być, ale prawie idealnie takiego…

A potem nadeszły cięższe czasy. Artdico zaczął się rozpływać. Ustępować miejsca Gavsonowi. Przemądrzałemu, niedojrzałemu płaczkowi, który jest wiecznie niezadowolony, myśli że pozjadał wszystkie rozumy i zapomina, że każdy człowiek jest inny i ma prawo myśleć inaczej. Gavson istniał, jak się okazuje, jeszcze przed Artdico, ale wtedy byłem dzieckiem. Wtedy to nie rzucało się tak w oczy. Dziś Gavson wszedł na miejsce Artdico niepostrzerzenie, siejąc zamęt i spustoszenie. Pokazał kim potrafi być jak się rozzłości, co może z siebie dać gdy robi mu się smutno i jeszcze dokopał paru osobom, które ofiarowały mu serce. Gavson chce być autorytetem, obnosi się ze swą pychą i pokazuje osobom próbującym go uratować środkowy palec.

Jest ich dwóch. Doktor Jekyl i Mr Hyde. Gavson i Artdico Gnorofex.

I wiecie, Gavson nie jest aż tak zły. Bo nie ma ludzi złych do końca. Gavson jest tylko małym dzieckiem, które bez Jasmine zginęłoby w lesie z głodu i pragnienia.

Gavson musi osiągnąć cel. Stać się dorosłym. Musi dojść do stolicy. A w stolicy może spotka się z Artdico…

Gavson marzy, by stać się taki, jak Artdico Gnorofex. Wielki w swej małości. Sługa wszystkich sług.

Chciałbym, by Artdico Gnorofex znów był Artdico Gnorofexem. Bym mógł spotykać na swej drodze Gavsonów i pomagać im się zmieniać.

Zepsułem się. Potrzebuję naprawy. Zaczynam radykalnie. Zaczynam walczyć ze sobą. Staję naprzeciw siebie i mówię sobie: „Nie masz nade mną władzy. Mogę zrobić z tobą co chcę!” Daję sobie czas do wakacji. I proszę Boga o to, by ten czas mi dał. I bym go dobrze wykorzystał.

Jestem przeklęty. Przeklęty na miłość.

I wyobraź sobie, że to działa. Bo dawno nie czułem się tak dobrze.

Dziękuję. I żegnaj.

Odchodzę do pustelni.

Ale nie znaczy, że nie będziecie mieć ode mnie więcej wiadomości :).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

O literaturze fantasy

Właściwie nie do końca. Ale niech już tej notce będzie, że nazwę ją w ten sposób. Bo tu nie chodzi tylko o samą normalną fantasy, ale również o wszelakie różne inne asortymenta które w pewien sposób nie odpowiadają obrazowi świata, czy na przykład obrażają Kościół. A tak naprawdę, w zupełności, to chodzi mi o sposób wypowiadania się na ten temat przez ludzi i ich podejście.

Słyszałem ostatnio wypowiedź jednej kobiety na temat Harry’ego Pottera. Jej zdaniem jest to literatura satanistyczna, mroczna i odwodzi czytelników od prawdy o świecie. Ta osoba nie przeczytała nigdy żadnej książki J.K.Rowling. Co więcej, widziała jedynie krótki fragment jednego z filmów. Jest za to coś, co sprawiło, że jej podejście jest takie jakie jest. Ta kobieta słucha Radia Maryja… Wszyscy wiedzą, że przeróżne audycje w tym, nie można powiedzieć że nie bardzo kontrowersyjnym radiu traktują na temat takich spraw jak Harry Potter, szkodliwość gier komputerowych i tym podobne. Niestety, audycje te kształtują podejście słuchaczy, którzy nigdy z Potterem ani z komputerem doczynienia nie mieli. Sprawa Radia Maryja (oststnio jeszcze bardziej gotująca się niż zazwyczaj) zasługuje na osobną notkę, ale tu napiszę tylko właśnie o takim wypowiadaniu się bez osobistej znajomości tego o czym się mówi.

Harry Potter to książka o młodym czarodzieju walczącym ze złym czarnoksiężnikiem. Jest o tym, jak za pomocą miłości, przyjaźni, można pokonać zło które czai się tuż obok. „Zło dobrem zwyciężaj”. Tak, owszem, dzieci latają tam na miotłach, strzelają piorunami z różdżek, a główny bohater toczy pojedynek z wrogiem na ziemi cmentarza (cóż za świętokradztwo!). Ale czy to oznacza, że magia powieści pani Rowling przyćmiewa magię miłości o której przecież – w rzeczy samej – te powieści traktują? Nie! Ale magia w naszej, chrześcijańskiej kulturze, wiąże się bezpośrednio z okultyzmem, satanizmem i takimi innymi. Dlatego niektóre źródła twierdzą, że magia występująca w HP jest bezpośrednią namową młodych ludzi do oddania się wirowi okultyzmu i wskoczeniu w ramiona szatana. I twierdzą, że należy panią Rowling wrzucić na listę ksiąg zakazanych. A co ja na to odpowiem? Magia be? Zrzucamy Harry’ego na czarną listę? Dobrze. Ale zacznijmy od tego, co dotyczy podstaw. Co już dzieci w wieku 2 lat pochłaniają (Bo Potter jest dla starszych) za pomocą swych mam i tatków. Zakażmy najpierw czytać Braci Grimm i Andersena. Kopciuszka (dynie zmieniające się w karoce), Jasia Fasoli (wielka łodyga i królestwo olbrzyma w chmurach) czy Śnieżki (o, masz, Voldemort w wersji female). Zanim zajmiemy się nowościami, sięgnijmy do podstaw.

Sięgamy. Podstawy fantasy tkwią już w kulturze starożytnych. Centaury, olbrzymi, bogowie – to wszystko mitologia wszelkiego rodzaju starożytnych plemion. Ale to dotyczy również Pisma Świętego. Bo aniołowie i diabły, które właśnie stamtąd znamy, to również częsty motyw literatury fantasy. A więc mity i legendy tworzą podstawkę pod prężnie rozwijającą się fantastykę. Aby zanegować fantasy, trzeba by najpierw zanegować całą (lub prawie całą) kulturę starożytną, od której przecież wszystko się zaczęło. A teraz przejdźmy do tego, co nazywam klasyką fantasy. Za klasyków uważam dwóch autorów: Tolkiena i Lewisa. Obaj w ogromnym stopniu czerpali właśnie z mitologii starożytnej. Z legend i wierzeń. Ale, jak wiemy, obaj byli również bardzo wierzącymi osobami. I tak Lewis w swej Narnii zamieścił niezwykle wyraźnie historię zbawienia, jako Chrystusa wstawiając Aslana, który poświęca życie za zdrajcę, a potem zmartwychwstaje. Syn Władcy Zza Morza. No i mamy też obraz Raju, czyli ląd Aslana. Tolkien już nie tak bezpośrednio uderza w dzwon wiary, ale jeśli znamy Silmarilion wiemy, że autor nie wyobraża sobie świata w którym rządzi więcej niż jeden Bóg (którego tu nazwał Eru lub Iluvatar). Co więcej – porównajmy postać Gandalfa z lewisowskim Aslanem i już mamy kolejny obraz Chrystusa – Gandalf Szary umiera by odrodzić się jako Gandalf Biały. Tak więc widzimy, że klasycy współczesnej fantastyki to osoby, które za pomocą nieziemskich sposobów i użycia magii pragnęły przekazać czytelnikom coś, co było w ich (i w każdego człowieka) życiu najważniejsze. Czy Kościół potępia Władcę Pierścieni i Opowieści z Narnii? Nie, wręcz przeciwnie, poleca je do czytania. A przecież to taka sama magia jak w Harrym Potterze.

Ale wróćmy do kłopotliwej sytuacji wypowiadania się na ten temat ludzi, którzy treści książki nie znają, a znają jedynie kilka audycji Ojca Rydzyka. Czy mogę się z nimi kłócić? Czy mogę argumentować, że J.K.Rowling nigdy nie napisała nic o żadnym bogu sprzecznym z naszym, ani nie namawiała nikogo do robienia czarnych mszy na cmentarzu? Nie mogę. Te osoby bowiem wiedzą więcej niż ja. No, może nie więcej, ale ich wiedza jest pewniejsza. No bo przecież chociaż nie przeczytali, to zatwierdził to takitoataki autorytet. To tak jakbym ja miał teraz napisać notkę w której potępiam Kod Leonarda da Vinci, choć nie znam w ogóle tej książki. Mam oczywiście zamiar ją poznać, a wtedy pewnie poznacie moją opinię na ten temat. Ale póki co spakowałem książkę do plecaka i słowa nie szepnę dopóki się nie dowiem czy to co powiedział ktoś tam ktoś tam jest prawdą czy nie.

Co do samej fantasy zaś – ja bardzo lubię. Czytam Sapkowskiego, Tolkiena, Rowling, ostatnio zaglądam do Pratchetta. Sam też tworzę coś w tym rodzaju (patrz choćby na Jasmine, moją stronę o podobnej tematyce). I to, że magia jest tam czymś normalnym a w powietrzu fruwają smoki nie oznacza, że wątpię w możliwość przekazania w ten sposób jakichś wartościowych treści. Ale jest to moje zdanie jako człowieka który to przeczytał lub czyta na bieżąco. A nie kogoś kto coś tam kiedyś usłyszał w radiu…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy