Posts Tagged With: Film

Smoleńsk to tylko preludium

tusk-putinObejrzałem w kinie film „Smoleńsk”, bo jakże mogłem go nie oglądać? Nie będę pisał recenzji, bo wiele ich powstało. Sam na facebooku zapisałem, że jest to film sprawiający dualistyczne wrażenie. Pozytywne opinie o nim wydadzą ci, którzy uważają, że prawdy należy szukać głębiej niż dotychczas szukano. Negatywne ci, którzy sądzą, że film jest propagandą, ponieważ na temat katastrofy smoleńskiej wszystko już zostało powiedziane. Poszczególne recenzje będą natomiast podawać dalej na facebooku ludzie podzielający daną opinię. W ten sposób będą myśleć, że komuś coś udowadniają – tak naprawdę jednak potwierdzają tylko, że myślą tak jak myślą.

Co ciekawe jednak – nie spotkałem ani jednej recenzji, która mówiłaby, że film Krauzego jest genialny. Pozytywne opinie uwypuklają mankamenty, których jest sporo. Nieidealna gra aktorska, kilka niepotrzebnych, nic niewnoszących wątków. Te negatywne zaś pełne są pogardy, ironii i śmiechu. Ciekawa różnica. Pozytywne komentarze o filmie potwierdzają, że nie był to film zachwycający. Podkreślają jednak, że był to film potrzebny.

Mamy do czynienia z realną, nieporywającą fabułą, w którą owinięte jest coś o wiele ważniejszego. Zainteresowani mogą bowiem z filmu wyczytać większość informacji związanych z wątpliwościami dotyczącymi wypadku i śledztwa. Ponieważ dzielimy społeczeństwo na tych, którzy wierzą, że komisja Millera odnalazła prawdziwą przyczynę śmierci 96 osób z pokładu Tupolewa, i na tych, którzy mają wątpliwości, film prezentuje zestawienie wątpliwości tych drugich. Czyli łączy w całość wszystko, co do tej pory było rozproszone. Czego można się było dowiedzieć z rozmów z przedstawicielami „sekty smoleńskiej” albo z konferencji zespołu parlamentarnego Macierewicza. Do tego dochodzi wątek serii samobójstw i nieszczęśliwych wypadków ludzi związanych w jakiś sposób ze sprawą smoleńską. Film zatem nie jest tylko prostą fabułą ze średnią grą aktorską, ale jest autentycznym, dobrym źródłem poznania części faktów zagłuszanych wcześniej przez media mainstreamowe i partie rządzące, oraz sposobu myślenia tych, którzy wybuchu na pokładzie Tupolewa nie wykluczają.

Krauze powiedział, że chciałby, aby jego film łączył ludzi i zakończył konflikt między Polakami. Nie wiem, czy taka była jego prawdziwa intencja, jednak z pewnością się tak nie stanie. Przeciwnicy brania w ogóle pod uwagę możliwości zamachu świetnie się sprawdzają w atakowaniu samego filmu, jego reżysera, scenarzystów, aktorów i w ogóle „sekty smoleńskiej”. Ale to dobrze. Dlaczego dobrze? Bo Smoleńsk jest tylko preludium. Film będący zestawieniem nieuwypuklanych faktów i wątpliwości jest wstępem do tego, co teraz nastąpi. Proszę zwrócić uwagę na to, że w niecały tydzień po kinowej premierze filmu „Smoleńsk” po raz pierwszy wystąpiła sejmowa podkomisja Berczyńskiego, przedstawiając nowe ustalenia dotyczące smoleńskiego śledztwa.

Wejście filmu do kin podgrzało atmosferę. Ci, którzy go widzieli, jak i ci, którzy tylko słyszeli lub czytali o nim, otrzymali odgrzaną potrawę, która od dawna leżała zimna i zapomniana. Nagle o katastrofie smoleńskiej zrobiło się ponownie głośno. Co więcej – wszyscy dostali jako wstępniak kumulację wszystkiego, czego dotychczas się domyślano. Teraz wreszcie społeczeństwo jest gotowe, by wysłuchać, co podkomisja ma nowego do powiedzenia. Gdyby nie „Smoleńsk”, zainteresowanie tematem byłoby znikome. A tak, można mieć nadzieję, że więcej ludzi zechce słuchać.

Podkomisja Berczyńskiego przyniosła ciekawe informacje. Odczytano dotychczas nieosiągalne ostatnie sekundy nagrań czarnych skrzynek, udowodniono z całą pewnością, że generała Błasika nie było w kokpicie i dowiedziano się, że pan Miller, w konsultacji z Donaldem Tuskiem, próbował doprowadzić do jak największej spójności w ustaleniach własnej komisji z ustaleniami Rosjan. Te informacje są oczywiście wyśmiewane i komentowane jako nieważne, a przedstawiciele Platformy Obywatelskiej jednogłośnie twierdzą, że to wszystko cyrk i podkomisję należy zamknąć. Ale gdyby nie „Smoleńsk”, miałyby szansę przejść w ogóle bez komentarza. Tymczasem mamy rozwój sytuacji. Napięcie rośnie.

Film „Smoleńsk” jeszcze się wcale nie skończył. Za chwilę ekshumacja zwłok ofiar katastrofy. A kto wie co przyniesie przyszłość. Ja, przedstawiciel „sekty smoleńskiej”, patrzę na to z ciekawością. I jestem przekonany, że dzięki „Smoleńskowi” również ci z drugiej strony spojrzą z ciekawością.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające Donalda Tuska i Wladimira Putina po katastrofie w Smoleńsku. Źródło zdjęcia: http://kurzastopa.blog.onet.pl/tag/wladimir-putin/.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Bitwa czterech armii, nie licząc nietoperzy

Kiedy dowiedziałem się, że do kin wchodzą niemal jednocześnie „Hobbit – Bitwa pięciu armii” i „Noc w muzeum: Tajemnica grobowca”, byłem przekonany, że – po obejrzeniu dwóch pierwszych części obu tych filmów – chcę zdecydowanie iść na „Noc w muzeum”. Niestety, w jedynym dniu w którym mogłem zabrać żonę do kina, a właściwie w jedynym dniu i o jedynej godzinie, wszystkie seanse Nocy w muzeum były już za nami. Pozostała więc „Bitwa…” Poszliśmy, zobaczyliśmy i film zniesmaczył mnie i zdruzgotał tak niezmiernie, że nie mogłem powstrzymać się przed napisaniem krótkiej blogowej recenzji na jego temat. Przykro mi, Elu Wiater, że po raz kolejny nie zgadzam się kompletnie z tym, co napisałaś Ty. Oczywiście uwaga – będą spojlery i będzie ich dużo.

Film był przesadzony. To było do przewidzenia. Już po pierwszym filmie można było się tego spodziewać. Ba, można się było tego spodziewać już po tym, jak Peter Jackson ogłosił, że podzieli książkę na trzy części, by nakręcić na jej podstawie trzy filmy. Jednak, niestety, film był przesadzony – moim zdaniem – wielokrotnie bardziej niż poprzednie cząstki. Tolkien ma szczęście, że tego nie widział. Jakby miał w grobie telewizor, to by się przekręcił. Z drugiej strony podobno pretenduje do roli świętego, więc z dużym prawdopodobieństwem jest dziś w niebie. Jeśli tak, to zapewne widząc produkcję Jacksona krzyczy, jak krzyczał pewien kibic z filmu „Pierwsza Liga” (przynajmniej w tym tłumaczeniu, w jakim ja go znam): „Przynieście brezent, zasłaniamy boisko!”

LegolasPierwsza sprawa: dla przypomnienia, bitwa była pięciu armii, ponieważ w książce brało w niej udział pięć armii. Byli to, owszem, ludzie, elfy i krasnoludy (czy też elfowie i krasnoludowie, albo elfi i krasnoludzi) przeciwko armii goblinów i wargów. Zgoda, możemy ominąć argument pod tytułem „goblinów, a nie orków!” dlatego choćby, że Tolkien sam informował podobno, iż gobliny z Hobbita i orkowie z Władcy Pierścieni to właściwie to samo. Możemy, ale nie musimy, z kilku powodów. Po pierwsze czytając najpierw Hobbita, a potem Władcę pierścieni czytamy najpierw o goblinach, a potem o orkach i automatycznie wyobrażamy sobie ich inaczej, widzimy ich jako oddzielne rasy (i w tę stronę poszli też np. twórcy gier RPG, takich jak Warhammer); i ja sam wyobrażałem sobie gobliny i orki zupełnie inaczej, jeszcze na długo nim obejrzałem filmy lub choćby grałem w Warhammera. Jeśli zatem Tolkien planował stworzyć jedną rasę i w zależności od książki nazwać ją na dwa sposoby, to sam niechcący wprowadził czytelników w błąd. Po drugie zaś dlatego, że sam Jackson także odróżnił goblinów od orków. I gobliny też pojawiły się w „Bitwie pięciu armii”… jako niewiele znaczący epizod.

Zatem: możemy ominąć argument, że w oryginalnej bitwie pięciu armii brały udział gobliny, a nie orkowie. Już naprawdę nie pamiętam, czy Bolga, przywódcę goblinów, zabił Beorn, czy może raczej Kili, Fili czy ktokolwiek inny, kto nie był smukłą elfką. Pamiętam natomiast, że w książce była jeszcze armia wargów – piąta armia. Wargowie to takie duże wilki. Które oczywiście pojawiają się w filmie. Jako pojazdy orków. Bynajmniej nie jako armia. Zatem – cóż to jest za tajemnicza piąta armia, która występować miałaby w filmie? Może gigantyczne nietoperze, służące doskonale za transport powietrzny Legolasowi (który w Hobbicie nie występował i raczej nie miał zamiaru, ale to wiemy już od drugiego filmu)? A może piątą armią miałaby być druga armia orków, docierająca z jakiegoś innego miejsca? Hmmm… Może piąta armia to owa garstka goblinów rzucona nie wiadomo po co (nie pokazano nawet jak krasnoludy ją pokonują)? A może to orły były piątą armią? Owszem, w książce szala zwycięstwa przechyla się na stronę „tych dobrych” po interwencji orłów i Beorna w postaci niedźwiedzia (który jednak nie przyfrunął na orle). Ale orły nie były liczone jako piąta armia, bo nie były jedną z sił przeciwnych w konflikcie. Któż zatem stanowił ową tajemniczą piątą armię? Widzowie nie czytający uprzednio książki pewnie nadal zachodzą w głowę.

Druga sprawa: wszelkie magiczo-komiczne wstawki, których być nie powinno. Bo zwyczajnie psują odbiór. Legolas latający na wielkim nietoperzu już był wspomniany. Dalej: Legolas skaczący po kamieniach walącego się mostu jak mistrz platformówek z Pegasusa (tu muszę oddać sprawiedliwość mojej koleżance Eli) – nie sposób było nie parsknąć śmiechem, ja do tego krzyczałem „No gdzie jest jakiś nietoperz?!” Deska surfingowa z Władcy Pierścieni się nie umywa. Kolejny – to Bard z Dali. Szczególnie komiczna scena. Wielki troll atakuje dzieci Barda (a może to trolle były piątą armią?). Ma szerokie ramiona, małą głowę, tępy wyraz twarzy i za plecami coś skrywa – z pewnością była to maczuga. No toczka w toczkę troll z Harry’ego Pottera! I kiedy już czekasz aż syn Barda wyciągnie różdżkę i krzyknie „Wingardium Leviosa”, nagle Bard wskakuje na wielki wóz konny i zjeżdża na nim w dół wielkiego zbocza! Przypominają się dowcipy z Jackass, z tą różnicą, że im się nie udawało. Ale nie z Bardem te numery. Krzyczy więc tylko do dzieci, by się schowały (te bezpiecznie chowają się między kołami rozpędzonego wozu), a on sam śmiało taranuje wroga. Brawa! Jeszcze jakieś przykłady? Hmmm… Bard naprędce konstruujący kuszę, której częścią staje się jego syn, by zabić smoka? Krasnoludy ujeżdżające świnie, kozy i co tam jeszcze się nadarzy? No i niezastąpiony Radagast (w książce tylko gdzieś napomknięty), wciąż pędzący swoimi zaprzężonymi w króliki saniami, albo ujeżdżający orły…

GaladrielaTrzecia sprawa to kwestia wątku z Sauronem. Ten wątek właściwie nie miał prawa się pojawić. W Hobbicie nie było jeszcze mowy o Sauronie (jeśli już, to o jakiejś złej mocy, która właśnie się budzi). Nie było mowy o pierścieniach, poza jedynym. I wówczas on nie był jeszcze jedyny. Tymczasem mamy upiory pierścienia – a więc dziewięciu ludzi od dziewięciu pierścieni. Mamy Saurona, który – jak się okazuje – sam stanowi źrenicę tego wielkiego oka! Mamy też Galadrielę, która Gandalfa przed Sauronem ratuje (czy mi się zdaje, czy ma ona jakieś nieczyste stosunki z Gandalfem?) – skąd się wziąwszy była? A Galadriela ma na palcu pierścień. Jeden z pierścieni elfów. A skoro ma pierścień (ring), to nagle staje się dziewczynką z „Ringa”. Mówi dziwne rzeczy dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią demon. Mocą demona odgania demona – a wszelkie skojarzenia z Ewangelią wydają się tutaj wciskane na siłę, albo wyssane z palca. No bardzo mi przykro…

I, pomijając setki innych spraw, jak romans między elfką (skąd się wziąwszy) i krasnoludem – bo nie ma się kompletnie nad czym rozwodzić („Dlaczego to tak boli?” „Bo miłość była prawdziwa”. Buhuhuhu!), sprawa czwarta. Thorin, Kili i Fili, oraz czwarty krasnolud o jakimś imieniu (tak, zgadza się, Tolkien też nie przyłożył się do tego, żeby dało się ich rozróżniać) odjeżdżają z głównej bitwy, by zabić dowódcę orków. Tam walczą, walczą, walczą, pomaga im Legolas i Tauriela, Legolas właśnie tam lata i skacze, potem Kili, Fili i Thorin umierają. Owszem! Umierają! Ale nie tam! Gdzie? Po co? Na co? Czemu mieliby się w ogóle oddalać od głównej bitwy? No ale oddalają się. W książce ukazana jest śmierć Thorina. Rannego z bitwy wyciąga Beorn. Owszem, z bitwy. A nie z pojedynku z Azogiem (który już wtedy nie żył, jeśli być zgodnym z Tolkienem). Śmierć Kilego i Filego jest w Hobbicie zaś tylko wspomniana. Oczywiście, nie można było sobie tak ot uśmiercić dwóch bohaterów (choć z drugiej strony co byłoby złego w tym, że któryś z krasnoludów po bitwie powiedziałby „Kili i Fili nie żyją”) – ale po co robić z tego tyle dramaturgii?

No i po piąte! Na koniec sam Legolas dostaje od swego ojca rozkaz! Ma odnaleźć człowieka, którego ojciec był potężny. Ten człowiek zwany jest Obieżyświatem. A Legolas jego prawdziwe imię będzie musiał poznać sam. Świetnie! Chyba za pięćdziesiąt lat! Jak Obieżyświat się urodzi, bo póki co nie ma go jeszcze nawet w planach! Tak, Obieżyświat – Aragorn – choćby nie wiem jak był potężny – wciąż pozostaje tylko człowiekiem! W czasie Bitwy pięciu armii jeszcze nie istnieje! Prawdopodobnie nie istnieje jeszcze nawet jego ojciec! Trudne zadanie dostał Legolas. Taką zagwozdkę. Musi znaleźć kogoś, kto urodzi się za pięćdziesiąt lat. No to se jeszcze poszuka, hehehe. Po drodze pewnie straci gdzieś Taurielę. Bo przecież nie ma jej w filmach o Władcy Pierścieni…

TaurielaPodsumowując: Film był przepełniony taką masą kiczu i takim ogromem nadinterpretacji, a także nieścisłości, że nijak nie mogłem cieszyć się jego odbiorem. Do tego pojawiały się bezsensowne wątki, które można było w ogóle pominąć (jak ten o słudze Barda, który przebiera się za kobietę by uniknąć bitwy). Nie widziałem w tym ani krztyny radości, ani krztyny zabawy, niestety również nie mogłem w tym znaleźć odrobiny Ewangelii (w książce, dla sprawiedliwości, też nie było jej za dużo, właściwie dopiero Władca pierścieni jest nią nasączony). I nie sądzę, by wątek syna pomagającego ojcu był ewangeliczny. Jest to po prostu wątek syna pomagającego ojcu. Nie ten pierwszy i nie ostatni. Było dużo Ewangelii, a dokładniej Evangeliny. Lily. Dużo za dużo.

Ja podsumowywałem większość scen tradycyjnym facepalmem, albo powiedzonkiem: „Srali muchy będzie wiosna”. Doskonale jednak podsumował to za mnie jeden z bohaterów, ujeżdżający świnię kuzyn Thorina, kiedy spod ziemi ni stąd ni zowąd wynurzają się piaskowe robaki (a Gandalf zna ich nazwę!). Woła on wtedy „Oh, come on!”, ale na polski przetłumaczono to jako „Przesada!” I tak, to było najlepsze podsumowanie tego filmu.

______________

Sprostowanie:

Choć intuicyjne wydaje się oburzenie (moje i wielu widzów mnie podobnych) na wspomniane przeze mnie życzenie ojca Legolasa, by ten odnalazł Obieżyświata, okazuje się jednak, że w tym przypadku nie mam racji. Aragorn należał bowiem do rodu Dúnedainów, miał w sobie też krew elfów i majarów (majarem był np. Gandalf), co czyniło go długowiecznym. W chwili utworzenia drużyny pierścienia miał już około 80 lat, zatem w momencie Bitwy pięciu armii miał ponad 20. Poszukiwanie go mogło być uzasadnione. A odmowa zagrania go w Hobbicie przez Viggo Mortensena nie do końca tak mocno uzasadniona, jak chciałby tego sam zainteresowany.

To przykre, ale na dobrą sprawę występowanie Legolasa w Hobbicie też było możliwe. Moim zdaniem epizodyczne pojawienie się go, jako syna królewskiego, byłoby miłym akcentem. Niepotrzebnie uczyniono z niego postać pierwszoplanową. Ale na dobrą sprawę chronologicznie jego obecności nie da się wykluczyć.

Dziękuję tu kochanej Eli za udzielenie mi wyjaśnień. I przepraszam za niemerytoryczne błędy.

____________________________________

Wszystkie ilustracje zastosowane we wpisie są memami pobranymi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/fantasyscifi?fref=ts

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Robin who?

W czasie pobytu w Szkocji postanowiliśmy wybrać się do kina. Ponieważ z filmów, które w miarę nas interesowały opcją był jedynie Robin Hood (reż. Ridley Scott), kupiliśmy na niego bilety. Na samych biletach zaś w tytule filmu nie zmieściły się wszystkie litery, dlatego napis głosił „Robin Hoo”. Po obejrzeniu filmu stwierdziłem zresztą, że przy odpowiedniej transliteracji ten tytuł lepiej oddaje treść. Robin who? – Jaki Robin?

Przyznam szczerze, wybrałem się do kina po lekturze recenzji Pani Eli, choć pewnie gdybym najpierw przeczytał recenzję na którą Pani Ela się powoływała, już bym się zastanowił. Z jednego z komentarzy autorki blogu „Especjalnie” pod notką wynikało, że film Scotta jest prequelem historii o Robin Hoodzie (czyli historią opowiadającą jego wcześniejsze dzieje). No cóż, jeśli tak byłoby w rzeczywistości, to gdzieś między najnowszym filmem, a większością pozostałych adaptacji legend o Robinie Król Ryszard Lwie Serce musiałby zmartwychwstawać, bo pod koniec przecież wraca z krucjaty, ułaskawia Robina i błogosławi jego małżeństwu z Lady Marion. Tymczasem, co mogłem był przeczytać wcześniej na blogu „Simon Café” (acz nie zrobiłem tego), film Scotta zaczyna się od śmierci Króla Ryszarda. Zgodnie z mało pewnymi, acz szeroko dostępnymi źródłami historycznymi (czyt. Wikipedia) oznacza to, że najnowsza produkcja o banicie z Sherwood zaczyna się w kwietniu 1199 roku (wówczas Ryszard ginie we Francji), podczas gdy pozostałe kończą się w 1194, kiedy to Ryszard wraca do kraju z krucjaty, odbiera władzę niesubordynowanemu bratu Janowi (wówczas jeszcze księciu Janowi) bez Ziemi – i zgodnie z legendą przywraca Robina do łask.

Oczywiście w tej sytuacji nie może być mowy o prequelu. Znajdujemy tu za to piękny materiał na sequel. Oto po powrocie króla do kraju Robin, już wolny, przyłącza się do wojska jako jeden z dowódców („znaj łaskę pana”), uczestniczy w śmierci władcy i dostarcza koronę do nowego właściciela. Towarzyszy mu w tym jego wierny kompan Mały Jan. Niestety, ponieważ królem zostaje ich wróg – Jan bez Ziemi – muszą ponownie ukrywać się w lesie. Byłby z tego wspaniały sequel, tylko mamy kilka znaczących braków:

1. Robin i Mały Jan poznają się dopiero tuż przed śmiercią Ryszarda Lwie Serce, a nie są kumplami z lasu.
2. Lady Marion nie na Robina czeka z obiadem, tylko na kogoś innego (kto umiera, pozostawiając ją w stanie wdowieńskim).
3. Nikt, prócz niewidomego starca (w tym przypadku teść Marion!), nie zna w ogóle Robina z Locksley – a i on kojarzy go jako dziecko.

Tak więc nie jest to w żadnym wypadku ani prequel, ani sequel do historii o Robin Hoodzie, lecz umieszczona 5 lat później historia alternatywna. Bohaterowie mają tak samo na imię, ale nie są tymi samymi bohaterami. Nie mają tych samych celów, nie mają tych samych zadań i nie pełnią tych samych ról. Po obejrzeniu filmu przyszły mi więc do głowy wszelkie opowieści w stylu „Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka”, albo wręcz film pt. „Młody Einstein” (reż. Yahoo Serious), gdzie Einstein wychowuje się w Tasmanii, skąd jedzie do Europy, by ożenić się z Marią Curie (oczywiście wychowaną w domu swoich rodziców, państwa Curie). Albo „Bękarty wojny”, gdzie Hitler ginie w kinie. Albo jeszcze coś. I naprawdę nie docierają do mnie argumenty, że przecież jak ktoś jest inteligentny, to skupi się na przesłaniu, bo wie, że „było inaczej”. Amerykanie, ale również duża część innych społeczeństw, wcale nie wie. I być może Robin Hood to tylko postać legendarna. Ale postać legendarna osadzona w jakichś realiach. To, że Janosik jest postacią legendarną nie daje nam podstaw, by kazać mu robić rozbój w XXI wieku…

I właśnie wszelkie tego typu porażkowe zapędy Amerykanów do manipulowania wszystkim, co tylko możliwe, by było ciekawie, sprawiają, że nijak nie mogłem się skupić na mężczyznach w nocy obsiewających pola… Filmu nie polecam.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…

UWAGA! Niniejsza notka przeznaczona jest jedynie dla osób które przeczytały Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, zawiera bowiem treści mogące zdradzić czytelnikom fabułę i rozwiązanie całej książki.

Właśnie wyszedłem z kina obejrzawszy Kod da Vinci by mieć pełen ogląd sprawy i pognałem do pierwszej lepszej kafejki by móc o tym napisać. Spodziewam się że wielu z Was oczekuje ode mnie już od dość dawna wypowiedzi na temat twórczości Dana Browna i oto wreszcie jestem w stanie Was zadowolić. Przeczytałem bowiem powieść jakiś tydzień do dwóch temu, a dziś zobaczyłem film.

Tytuł mojej notki może Was trochę zdziwić. „Ojciec Augustyn w obkęciach Kodu”… Już spieszę z wyjaśnianiem. Otóż św. Augustyn to postać której imię nie pojawia się ni razu w samej powieści, a mój dawny profesor uczący nas patrologii twierdził wręcz, że Brown dla oddania tego co chciał przekazać umyślnie pominął w ogóle temat istnienia Ojców Kościoła. Fakt – czytając książkę na określenie „Ojcowie Kościoła” natknąłem się raz. Byli oni opisani jako jedni z tych, którzy próbowali zatrzeć „prawdę”, obok cesarza Konstantyna, na temat Jezusa Chrystusa. Skąd więc tytuł notki? Otóż na mojej tablicy korkowej wiszą różne obrazki przedstawiające świętych, Augustyna między innymi. Ten też obrazek posłużył mi jako zakładka do książki, nie miałem bowiem nic innego pod ręką. Stąd też pomysł na ironiczny tytuł – Kod, który pochłania. pożera nauczanie Kościoła ;).

Ale do rzeczy, do rzeczy Przyjaciele! Cóż jest takiego w tej książce, ale tak na serio, co sprawia, że trafiła do Indeksu Ksiąg Zakazanych, a film jest bojkotowany przez fanatycznych (błagam, nie róbcie mi wymówek, ale rzeczywiście uważam ich za fanatyków) chrześcijan? Otóż mamy tam pracórkę Jezusa Chrystusa, przebiegłego naukowca mającego świra na punkcie kobiecej świętości, starszego naukowca mającego świra na punkcie Kościoła i kilku panów z Opus Dei, którzy zamieszali się przypadkowo w coś w co wcale nie chcieli się zamieszać. Mamy średniej klasy (nie zawaham się użyć tych słów) kryminał, który w tle ukazuje jakiś wstręt, powiedzmy, autora w stosunku do Kościoła. Ale czy rzeczywiście? Otóż w książce mamy dwie postacie będące przeciwnikami tego co głosi Kościół: Roberta Langdona, który jednak mocno opowiada się za tym, że wiara umacnia i dobrze jest w coś wierzyć, oraz jego brytyjskiego przyjaciela, który – zauważcie! – okazuje się w końcu być postacią złą i podstępną do szpiku kości, równocześnie niesłusznie oskarżającą niektórych członków Kościoła o przestępstwa których się nie dopuścili. Dalej mamy kilku ludzi z Opus Dei – biskupa próbującego w, jak mu się wydaje, jedyny sposób ratować przed zagładą powierzone mu owieczki; który nieświadomie, jak się pod koniec okazuje, trwa w całej akcji jako ten, który popycha szachy; i jego przyjaciel, w głębi duszy też dobry i poczciwy, lecz nieco zwariowany mnich albinos – Sylas. Obaj oni są przez całą książkę pokazani jako źli ludzie złego Kościoła, ale tylko po to, by zwiększyć napięcie panujące w powieści. Bo przecież na koniec okazują się być zupełnie niewinni. I aż szkoda Sylasa, który umiera ratując ukochanego biskupa. Podobnie ma się rzecz jeśli chodzi o nieustraszonego Bezu Fache – mamy odnosić wrażenie, że on, jako człowiek Kościoła, ma za zadanie zniszczyć Langdona. Na koniec okazuje się, że facet po prostu popełnił nieszczęśliwą pomyłkę…

No dobrze, rozwiązaliśmy sprawę obiekcji pana Browna względem Kościoła (więc teoretycznie mamy za sobą połowę sprawy, a mnie zostało 15 minut…). Są jednak jeszcze poważniejsze zarzuty – nie wobec Kościoła TERAZ, lecz w ciągu wieków. Zacznijmy od wspomnianego w książce Soboru w Nicei. Otóż rzeczywiście, został on zwołany za pozwoleniem cesarza Konstantyna krótko po wydaniu przez niego edyktu tolerancyjnego. Ale nie myślano na nim W OGÓLE o ustalaniu kanonu Pisma Świętego. Nie widziano potrzeby odrzucania jakichkolwiek Ewangelii. Dlaczego? Ponieważ Kościół na całym świecie czytał do tego czasu TYLKO cztery Ewangelie, listy Pawła i innych Apostołów oraz Apokalipsę Jana i Dzieje Apostolskie. Kościół w Jerozolimie, Rzymie, Atenach i Egipcie odrzucił inne Ewangelie już dawno. Zresztą – nawet jeśli w tym samym czasie napisano jakiekolwiek inne Ewangelie poza znanymi Czterema, odrzucono je jednomyślnie i, uwaga!, bez konsultacji między sobą. W Nicei zajęto się głównie uznaniem prawdziwego Bóstwa Crystusa – nie że wątpiono w Nie wcześniej. Chodziło o ustalenie, czy jest On cały Bogiem i cały Człowiekiem, czy może tylko po połowie.

Dalej – Maria Magdalena i Merowingowie. Stara legenda. Merowingowie podobno rzeczywiście utrzymywali, że ich ród pochodzi od dzieci Marii Magdaleny i Crystusa. Ten sam mieli wspominani w Kodzie Wolnomularze. Brown słyszał te historie, połączył je w całość, dodał coś od siebie i podobno przeczytał jeszcze jakąś pracę magisterską na temat sztuki Leonarda da Vinci (teraz za to go pono po sądach ciągają), co przepełniło czarę. Zmieszał to wszystko i trach – powstała powieść ciekawa, nieco oburzająca (jednak naprawdę nie wiem czemu Kościół nie wpuścił filmowców do Saint Sulpice – dla mnie to co najminej dziwne), jednak nie wspaniała, takie czytadło. Brown wiedział o czym pisać, choć nie jest geniuszem i książka pozostawia wiele do życzenia. Co do Marii M. jako żony Jezusa Ch. – Jeśli nawet da Vinci cokolwiek insynuował – jakim świadkiem był on, po 1500 latach od tamtej pory. No dobra. A jakim świadkiem może być Brown, w 500 lat po śmierci Leonarda. A co by było gdyby Chrystus rzeczywiście miał żonę? Czy miałbym coś przeciwko temu? Nie. Problem tylko w tym, że jej nie miał…

No i na koniec dwa słowa o filmie. Siedziałem w kinie i nie mogłem wytrzymać. Z 10 razy myślałem czy nie wyjść w trakcie. Słuchajcie! Jeśli podobała Wam się książka, błagam Was! NIE IDŹCIE NA TEN FILM! W jego trakcie zadałem sobie jedno ważne pytanie: Czy scenarzysta i reżyser w ogóle przeczytali książkę…?

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka

Myślę że część ludzi już domyśla się w czym rzecz i o czym będzie ta nowa po bardzo długiej przerwie notka. Pierwsze ciastko to szarlotka, najlepiej ciepła, z dużą ilością jabłka, żeby można było zrobić z nią różne ciekawe rzeczy. Drugie ciasteczko to trufla czekoladowa. A właściwie coś co miało być truflą czekoladową lub za coś takiego miało uchodzić, gdy było przeżuwane przez jednego przystojnego gościa, zostawiając ładne ślady na zębach (mmm, pychota!).

American Pie. Ale właściwie American Pie to tylko pretekst by napisać ogólnie o wszystkich arcyśmiesznych (lub może arcyżenujących) filmach młodzieżowych opowiadających o jednym. O seksie. Filmach nie tylko amerykańskich, moda na nie rośnie przecież ogóloświatowo, choć oczywiście poza kilkoma kiczami z Niemiec czy Francji Ameryka posiada monopol na kicz. Ale skąd moje oburzenie tematem? Przecież, można rzec, nie ma w tym nic takiego potwornego. W większości filmów nawet nie pojawia się ani odrobina intymnych części ciała. Więc co w tym takiego oburzającego?

Rzecz wydaje się naprawdę ciekawa. Oto chłopak kończy 18 lat i – o mamusiu! – wciąż jest prawiczkiem. Więc co by tu zrobić, by jak najszybciej stracić swe znienawidzone dziewictwo? Tak, na początku chłopiec ma 18 lat. Ale czas mija, wymagania idą w górę, humor staje się coraz bardziej ordynarny, a chłopiec z każdym nowym filmem – coraz młodszy. Chłopiec i nie tylko. Bo przecież głównymi bohaterkami często są dziewczyny, które mają kompleksy, bo koleżanki się z nich śmieją, że mają 16 lat i wciąż są dziewicami. Przesadzam? Może. Ale wiem, że skutki oglądania takich filmów są jasne – człowiek zatraca poczucie moralności. Zatraca poczucie taktu i miejsca. Zatraca poczucie cnoty, a przecież kiedyś „wzór cnoty” to był komplement. Dziś używa się słowa „cnotka” na określenie dobrze prowadzącej się dziewczyny. I nie jest to określenie pozytywne. Oglądanie filmów, ale również czytanie gazet typu Bravo i tym podobnych doprowadza bez wątpienia do stępienia poczucia tego, co kiedyś uchodziło za wspaniałe. I nie chodzi o to, że rzeczywiście doprowadza dziewczęta do poczucia winy z powodu niestraconego jeszcze dziewictwa. Choć owszem, te bardziej wrażliwe może doprowadzić. Ale dzięki modzie na seks nikogo już nie razi rozwiązłość gwiazd filmowych, potem rozwiązłość przyjaciół, braci czy sióstr, w końcu własna rozwiązłość. A humor o zjadaniu kupy jeszcze dodaje temu wszystkiemu ochydy. Ochydy spustoszenia…

Osobiście podkreślę, że nie oglądałem ani jednej części American Pie, choć miałem okazję zobaczyć je niejednokrotnie. Widziałem tylko te „najciekawsze” i „najśmieszniejsze” sceny. Po kilku wychodziłem z pokoju. To samo dotyczy kilku innych filmów o tej tematyce. Jedynym filmem który obejrzałem w całości były niemieckie „Mrówki w gaciach”. Film o nastolatkach, w których puentą okazało się, że to nie seks, lecz miłość jest najważniejsza. Dlatego jak nakręcili drugą część, miałem ogromnego doła. Bo autorzy dostosowali się do wymogów światowych. Rozumiecie o co chodzi… Najbadziej jednak zaintrugowało mnie gdy kilku kumpli z mojego niegdysiejszego domu siedziało przy telewizorze i oglądali właśnie trylogię Amerykańskiej Szarlotki na DVD. Spytałem ich potem jak zamierzają powiedzieć ludziom, że to wszystko jest złe, skoro sami się z tego śmieją. Ich zdawkowe „daj spokój” sprawiło, że nie dam spokoju. Wypowiadam wojnę Amerykańskiej Szarlotce…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

He's got the whole world in His hand

Ta notka miała być o antykoncepcji, ale pojawiło się parę okoliczności które w jednej sekundzie zmieniły moje plany. Przepraszam Cię Animaedimidium, obiecuję że zamówiona przez Ciebie notka pojawi się jeszcze zanim zniknę w seminarium.

Dwa powody dla których zmieniłem plany: 1. Temat zbyt ciężki i póki co mam za mało argumentów (choć wyrobione zdanie), 2. Film, który obejrzałem przed chwilą.

Film pewnie oglądała większość z Was lub przynajmniej spora część. Nosi tytuł „Lot skazańców” (jeśli ktoś nie oglądał, nie musi czytać dalej tej notki) i muszę przyznać, że dawno nie oglądałem tak dobrego filmu. Ponieważ jakość filmu określam po liczbie wylanych łez, to muszę przyznać, że ten jest w czołówce. Ale jak to – zapytacie – przecież to pospolita strzelanka z niezłą obsadą. No i nie ryczałem przecież przez cały film. Pewnie że piękna była scena jak główny bohater wrócił do żony i córki, jak ratował policjantkę przed gwałtem czy kumpla przed śmiercią cukrzyczną. Ale nie, te fragmenty nie przyprawiły mnie o łzy. Był jeden, a właściwie dwa fragmenty które do tego doprowadziły. Film niesie w sobie bowiem ogromne, gigantyczne, aczkolwiek głęboko ukryte przesłanie. Przesłanie, które jest tytułem mojej notki.

Ale pewnie zapytacie co to były za sceny, które doprowadziły mnie do łez. Pierwsza, na której nie mogłem usiedzieć ze wzruszenia, to moment gdy samolot startuje ponownie po postoju na pustyni. Wtedy pojawia się dziewczynka, którą każdy oglądający uważa już za martwą, i macha swojemu nowemu przyjacielowi – choremu psychicznie zabójcy, na pożegnanie. Ale jak to się stało że ona żyje? Spróbujmy przypomnieć sobie przebieg ich rozmowy (mamusiu, ale mnie wkurzało napięcie jak oni ze sobą gadali, a tamci dobrzy się ze sobą kłócili w hangarze!). Dziewczynka pyta psychola czy jest chory, potem czy bierze leki. On mówi, że na to nie ma lekarstwa. I ona wtedy zadaje mu pytanie, czy zaśpiewa z nią piosenkę. Śpiewają właśnie „He’s got the whole world in His hand”. Potem ten człowiek wraca do samolotu z laleczką w ręce. No i przybiega dziewczynka… żyje.

Druga scena to ostatnie kadry – ta nieoczekiwana końcówka na którą wszyscy zawsze czekamy. W ostatniej scenie wyłapywania łobuzów nie pojawia się wogóle rzeczony morderca. Liczyłem na coś w rodzaju „pomóż głównemu”, ale to się nie zdarzyło. Nagle Kena znajdują gliniarze i pytają się czy to nie dziwne, że w samolocie pełnym twardzieli znaleźli coś takiego. Po chwili sytuacja przenosi się do kasyna, gdzie krupier pyta nowego gracza „czy czujesz że masz dziś szczęście?” Zbliżenie na twarz – a tu nasz chory morderca. Odpowiedź pada: „O tak” i z niewiadomych przyczyn czuję, że nie tylko on jest dziś szczęśliwy.

No i gdzie tu jest przesłanie? Bardzo proste okazuje się odnalezienie go, jeśli ma się serce napełnione miłością. Bo co odmienia, leczy tego psychicznego mordercę, do którego legendy jak Kuba Rozpruwacz się nie umywają? Bóg. Miłość. Mężczyzna zostaje odmieniony, odmienia się przez nieskończoną miłość Boga i niewielką, ale szczerą miłość niczego nieświadomej dziewczynki. Dziewczynka za pomocą jednej piosenki i ogromnej troski o zdrowie towarzysza odmienia całkowicie życie człowieka, na którego chorobę nie ma lekarstwa. I ostatnia scena – ktoś mógłby powiedzieć, że tragiczna (morderca na wolności, kryjcie się niewiasty), to tak naprawdę obraz tego, że człowiek ma zawsze kolejną szansę. Jeśli tylko zechce próbować, Bóg da mu szansę. Drugą, czwartą, setną, tysiączną… Zawsze da szansę. Nasz bohater odmienił się, bo Bóg ma cały świat w Swojej dłoni. I dostał jeszcze jedną szansę na normalne, zdrowe, święte życie. Dlatego tak kocham ten film.

Ale powiecie – to tylko film. Tak, film. Ale film ukazujący, że Bóg istnieje i działa w ludziach. W dziecięcej piosence. W ciszy poranka. W blasku księżyca. W lekkim powiewie. W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie! Film pokazujący realność zbawienia, realność dobra w ludziach. Realność miłości. Miłości żyjącej w nas wszystkich. I we mnie i w Tobie. I w seryjnym mordercy. Miłości która nie wiadomo kiedy się wybudzi. Nie wiadomo kiedy. Ale może się to zdarzyć w najmniej spodziewanym momencie…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Karol – człowiek który został papieżem

KarolByłem dziś w kinie z mamusią. Na „Karolu”. I muszę powiedzieć, że przeżyłem coś naprawdę niesamowitego. Wiecie, ja wiedziałem, że ten człowiek był kimś, ale nie miałem pojęcia, że on to wszystko przeżył! Tak, tak, już jakiś czas temu obliczyłem sobie, że należał do pokolenia Kolumbów, ale nie byłem sobie w stanie wyobrazić jak to pokolenie tak naprawdę żyło… Powiem Wam, że film, ale taki dobry film, może czasem otworzyć człowiekowi oczy na prawdę, na to, jaki ten świat rzeczywiście jest. I co mnie zatkało? To, że Karol Wojtyła żył tam, gdzie wokół trwała wojna, zło szalało. A on był niewzruszony i trwał, trwał w tym, co sobie postanowił. Trwał w miłości. Bo taka jest prawda – tylko miłością można pokonać zło. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” (Rz 12, 21). Naprawdę, film może nauczyć nas wiele, a przede wszystkim pokory. It’s a must-see.

Wiem, że moje notki są póki co bardzo chaotyczne, ale ja dopiero zaczynam. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa.” (1 Tes 5, 23)

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze