Posts Tagged With: Franciszkanie

Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym

Oczywiście planowałem wykorzystać wieczór spędzony w domu na napisanie notki ale oczywiście miała to być notka o zupełnie innej treści. Mniej oparta na uczuciach, bardziej na trzeźwym myśleniu, która telepie się w mojej głowie już odkąd założyłem (pierwszego) bloga. Jednak dziś stwierdziłem, że jak już czeka tyle czasu, „no to se jeszcze poczeka, hehe”. Bo dziś napiszę coś opartego na emocjach, jakem emocjonalny człowiek.

Ostatnio zresztą nie za wiele przychodzi mi przeżywać emocji. Są, ale są słabe. Zresztą to jasne – wstaję koło południa, idę do pracy, wracam, idę spać… Jestem niezwykle uczuciowy ale niestety przeżywanie spraw wyższych, związanych także z Bogiem i wiarą, opiera się u mnie właśnie na uczuciach. I w takiej szarej rzeczywistości jak codzienna praca przeżywanie Transcendensu gdzieś się ulatnia, upłynnia. Znika. Jakby Boga nie było, choć jasne, że jest… Może – jakby zbyt oczywiste było Jego istnienie i przez to nie warte zachodu. Jak pisałem w ostatniej, panicznej notce, to wszystko, cała ta praca itp. sprawia, że w kościele bywam raz na tydzień. Do tego parafia w Rzgowie działa mi tak na nerwy (całkowite pomylenie przepisów liturgicznych, kazania czytane z kartki, organista zapierniczający psalm 200 km/h…), że zamiast się skupić na przeżywaniu Mszy choć ten raz w tygodniu, skupiam się żeby nie krzyczeć na głos „nie zgadzam się!”.

Ale, jak już napisałem, jestem w domu. Na weekend, jutro idę na Studniówkę. Ale że trafiłem właśnie w piątek, nie mogłem odrzucić jedynej, niepowtarzalnej możliwości zahaczenia o klasztorek Franciszkanów. Tu bowiem w piątki odbywają się spotkania modlitewnej grupy świętego Franciszka. Grupy, która była jednym z czynników mających bezpośredni wpływ na moje nawrócenie 3 lata temu. Wtedy do tej grupy wciągnęła mnie Gosia, moja najumileńsza (zresztą jest to chyba w nocie z tamtego bloga, odnośnik znajdziecie w moim komentarzu do poprzedniej notki). Potem czas mijał, grupa się rozpadła z dwóch powodów (to, że większość osobników należących wywędrowała na studia, jak ja na przykład, oraz to, że nieopodal klasztorka otwarto klub dla metalowców i „czarni”, a tych był ogrom w grupie, wybrali „Semafora” na piątkowe wieczory). Ja ten rok przestoju, gdy grupka nie istniała, spędziłem w seminarium, więc nawet tego nie zauważyłem. Tym czasem nadeszły wakacje i mój brat, znany jako Qrczak Expugnis, wraz z paczką przyjaciół – Piętusiem, Makotą, Agnes i kilkoma innymi, umyślili sobie, że pójdą na pielgrzymkę z grupą jedenastą (Franciszkanie, rzecz jasna), ponieważ podobno jest luzik i w ogóle spoko. Komu by tam wtedy do głowy przychodziło jakieś szukanie Boga? No ale poszli i oczywiście, klawo się bawili, nawet ich kawałek odprowadziłem (niestety, nie mogłem iść, w tym czasie miałem bowiem partię w seminarium). Ale i ojciec proboszcz miał wtedy klawy pomysł – ponieważ ojciec Rafał, który chodzi z Franciszkanami na pielgrzymkę od początku istnienia grupy, dostał akurat nominację do Skarżyska (stąd pochodzę), zadecydował o wskrzeszeniu grupki. Oczywiście po pielgrzymce zostało zorganizowane spotkanie młodzieży na które przybyłem (brat też był, i tylko on i Agnes z Qrczaków), a na tym spotkaniu R. wyłuszczył pomysł proboszcza. Ja się ucieszyłem, nie pamiętam reakcji reszty. Ale tak właśnie otworzono na nowo moją starą przystań. Z początku tylko kilka osób przychodziło (w tym większość stanowiły Qrczaki pielgrzymkowicze), potem zaczęły dochodzić nowe osoby (w dalszym ciągu Qrczaki – są w grupce oprócz R. tylko dwie osoby – nieqrczaki). I tak oto, chcąc nie chcąc, Stowarzyszenie Niepodległych Qrczaków, jakkolwiek wciąż niezależna organizacja, przerodziło się we wspólnotę świętego Franciszka. Potem nastąpiło przeniesienie większości z nas w ogóle do tej parafii (powód – 29 września 2005, proste i logiczne, czytaj poprzednie notki). No a następnie moja wyprawa na północ „za chlebem” i w poszukiwaniu swojego miejsca.

Dziś po 2 miesiącach po raz pierwszy odwiedziłem klasztorek. Nie wiem od jak dawna nie byłem na spotkaniu… Ale dziś coś we mnie pękło. Modliliśmy się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym tylko świecami, przy gitarze ojca Rafała. Śpiewaliśmy, modliliśmy się w ciszy. Modliliśmy się na głos. I choć niewielu osobom udało się przełamać wewnętrzny opór (wstyd? Obawę?) to atmosfera była wielka mimo wszystko. I po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczułem, że Bóg jest. I to jest cały czas, trzeba się tylko wpatrywać, wsłuchiwać. Modlić. Śpiewać. Płakałem jak małe dziecko. Prosiłem Boga o to, by dał mi szansę czuć się codziennie, w szarej codzienności. Żebym nie potrzebował takiego natłoku uczuć jak dziś by zrozumieć, że jestem ważny, bo On mnie kocha. Prosiłem też o to, bym mógł wybaczyć tym, których posądzam o doprowadzenie do sytuacji w której się znajduję. O to, bym zrozumiał, że to moja wina… Bo to już trwa za długo. I pora się podnieść.

Oto jaki związek mają Qrczaki ze świętym Franciszkiem. Dziś mogę mieć nadzieję, że jeśli tą przyjaźń trzymają już nie tylko młodzieńcze wygłupy, jak gdy młodsze (niż ja) Qrczaki były w gimnazjum, ale ponad to to, co ponad to, czyli sam Bóg we własnej osobie, to Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków nie rozniesie czas. Bo dziś SNQ to również Franciszkańska grupa modlitewna…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Super impreza at Saint Franciszek's

Notka powinna była powstać około piątku, ale w tamtym czasie miałem już w planach poprzednią i zanim się zużyła, nadszedł poniedzialek. Ale napiszę to tu, zdarzyło się bowiem wtedy coś co na długi czas będę pamiętać.

W piątek już cała Polska zaczęła obchodzić 27 rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża. I to samo działo się w naszym, było nie było, małym mieście. Lokum znalazło się w klasztorze św. Franciszka na Kamiennej. Montaż słowno-muzyczny przygotowywała, z tego co się orientuję, moja rodzima parafia. Opowiadał on o czwórce ludzi, którzy dotknięci życiowymi problemami choroby, depresji, alkoholizmu, narkotyków zostali podniesieni na duchu przez cudowny pontyfikat Jana Pawła II, który w niesamowity sposób przybliżał ludziom Boga. Po tym montażu nastąpiła krótka projekcja zdjęć z życia naszego papieża okraszona piękną muzyką. Wiele ludzi, w tym również ja, wylało przy tym litry łez. Takie wspomnienie człowieka, który w białej sutannie zdobywał szczyty, i te ziemskie, i te niebieskie, przyprawiało o dreszcze. Gdy projekcja dobiegła końca, wyszedł do prezbiterium zaproszony Ojciec Franciszkanin, który spędził w Watykanie długie lata pomagając w czymś Widzialnej Głowie Kościoła. Próbował nam opowiedzieć wszystkie swe spotkania z papieżem, przez co, nie chcę ujmować nikomu czci, po kilku minutach stał się nudny. Zaznaczając to, że wszystkie fakty ze swego życia przytaczał z kartki. Pokreślę jeszcze raz, nikomu nie chcę w ten sposób ujmować czci. Ja jednak zrobiłbym inaczej. Zaprosiłbym człowieka który np. spotkał papieża raz i wywarło to na nim niesamowite wrażenie. Włożyłby w wykład trochę emocji i wszyscy byliby zadowoleni…

Ale zejdźmy z tematu. W sumie prelekcja dała się słuchać, padło kilka anegdot, więc nie było najgorzej. Ale potem zrobiło się o wiele lepiej. Przybyły bowiem dwie muzykujące rodziny, z Konstantynowa Łódzkiego chyba (Makota, dobrze mówię?) i tam, w prezbiterium, rozstawiły sprzęt. No i zaczęło się granie! Na początku miałem wątpliwości czy tańczyć. W sumie był piątek. Ale skoro nawet moi ukochani ojcowie franciszkanie poszli w tany, to stwierdziłem, że musi być dyspensa i wraz z kochanymi Qrczakami udałem się pod „scenę”. Qrczaki Makota, Expugnis, Agnes i Recydywista, niezrzeszona jeszcze Gremlin oraz ja szaleliśmy pod Ołtarzem do muzyki Magdy Anioł, Arki Noego czy innych katolickich zespołów (podejrzewam, że niektóre kawałki należały osobiście do wykonujących je rodzin). Najciekawiej obserwowało się jednak tańcujących ojców. Jeden z nich, w pełnym umundurowaniu, kręcił młynki z dziewczynami. Drugi zdjął habit i założył beżowy skejtowki strój – bluzę z kapturem i spodnie. Radość opanowała zakon świętego Franciszka. Właśnie to podziwiam w niektórych współczesnych księżach – że potrafią wyjść do ludzi i pokazać im, że są również ludźmi.

Następnego dnia odbyłem rozmowę z tym drugim ojcem. Na temat mojego powołania i złożonej przysięgi. I uwierzcie, rozmiawiało się z nim jak z dorosłym, poważnym, znającym się na rzeczy człowiekiem. Kapłanem. Bo powaga, moi drodzy, wcale nie polega na braku zabawy, życiowej radości, na spokoju i ciągłym opanowaniu. Powaga polega na tym, że potrafi się odpowiednio podejść do człowieka. Potrafi się wzbudzić jego zaufanie choćby przez zwariowaną zabawę, by potem móc wziąć go na stronę i porozmawiać o Bogu. Powaga polega na tym, że we wszystkim co się robi, nawet w tańcu pod Ołtarzem, widzi się moc Boga, który zawsze znajdzie sposób na to, by znaleźć drogę do człowieka.

Wiem, wiem, że w niektórych z Was cała ta sprawa wzbudza kontrowersje. Jak to, ksiądz tańczący w skejtowskich ciuchach i to jeszcze przed Ołtarzem w kościele? Ale nie zżymajcie się tak. To są właśnie zasady nowoczesnej ewangelizacji. Zresztą już Jezus bywał na weselach i zmieniał wodę w wino. Dobre wino. A o św. Franciszku śpiewamy:

Wciąż przede mną na rosie
Franciszka ślady bose
Tak niedawno obok mego życia przeszedł.
Tańczył chociaż nic nie miał
I klaskała w takt ziemia
I tak pragnął aby w radość jego wierzył.

Wszystkich Skarżyszczan zapraszam do Klasztorka w piątki na 18. Wtedy odbywają się spotkania młodzieży franciszkańskiej. To jest grupa modlitewna…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy