Posts Tagged With: Gość Niedzielny

Riposta czwarta – na obronę treningu

Szanowny Panie Wydawco! Szanowni Czytelnicy!

Na stronie internetowej wydawnictwa Vocatio, w dziale dającym możliwość zakupienia książki Michaela i Debi Pearl „Jak trenować dziecko” pojawiło się jakiś czas temu oświadczenie Pana Wydawcy dotyczące zarówno samej książki, jak i komentarzy związanych z nią, a pojawiających się w mediach. Stało się to niedługo po tym, jak sam napisałem na blogu tekst krytykujący wydaną przez Vocatio książkę. Poczułem się więc zobowiązany do dania szerszej odpowiedzi na oświadczenie Pana Wydawcy, sam bowiem zaliczam się do komentatorów medialnych, jako że blog uznawany jest powszechnie za swego rodzaju medium.

Na swojej stronie Pan Wydawca napisał, że zarzuty stawiane publicznie omawianej książce i drugiej pozycji, zatytułowanej „Mądra miłość” są niezgodne z prawdziwym przesłaniem tych książek. Dodał Pan również, że protestuje przeciw manipulacyjnemu relacjonowaniu książek. Zacytuję fragment Pańskiej wypowiedzi: „Niestety, medialni komentatorzy, bez przeczytania książek w całości, wypowiadają się, bazując jedynie na zręcznie opracowanych przez inne osoby pamfletach, które wyrywają poszczególne zdania z kontekstu i błędnie komentują całe fragmenty”. W związku z tym, że aż do dzisiaj po wpisaniu w wyszukiwarkę słów „Vocatio Jak trenować dziecko” mój wpis blogowy pojawia się na pierwszej stronie, a w czasach największej krytyki wydanej przez Vocatio książki był wręcz na drugiej pozycji – tuż pod stroną Wydawcy – mogę snuć przypuszczenia, że Wydawca miał okazję przeczytać mój wpis. Mogę więc również prawdopodobnie zaliczyć siebie do jednej z dwóch grup: albo do medialnych komentatorów bazujących na pamfletach, albo do pamflecistów wyrywających poszczególne zdania z kontekstu. Nie czuję się obrażony tymi słowami, raczej rzeczywiście zobowiązany do bronienia własnego dobrego imienia i imienia innych osób, które książkę mniej lub bardziej dokładnie skrytykowały.

Na początek przyznam bez bicia, że pisząc, iż mój syn nie jest mułem amiszów, rzeczywiście nie znałem treści całej książki. Oparłem się jedynie na krótkim fragmencie pierwszego rozdziału, który Pan Wydawca miał umieszczony na stronie w ramach promocji książki, a który bardzo sprytnie i całkiem słusznie podmienił na rozdział czwarty w momencie, gdy atmosfera wokół książki zaczynała się podgrzewać. W moim osobistym przekonaniu jednak rozdział pierwszy, czy nawet niewielki jego wycinek wystarczył, by móc wyciągnąć prawdziwy wniosek na temat całej książki. Właściwie gdyby Wydawca uważał inaczej, nie zamieszczałby fragmentu, by przyciągnąć czytelników. Wraz z innymi komentatorami zostałem jednak skrytykowany za to, że wypowiadam się bez przeczytania całości książki, postanowiłem więc nadrobić zaległości przed kolejną moją wypowiedzią. Ponieważ książka zniknęła z oferty wydawcy, kupiłem ją na Allegro, następnie zaś przeczytałem w całości, by móc się oficjalnie wypowiadać. Niestety, obrońcy książki nie mają w tym przypadku szczęścia. Moja opinia w stosunku do książki rzeczywiście zmieniła się w porównaniu do tej, którą posiadałem po lekturze krótkich fragmentów, jednak bynajmniej nie na lepsze. Książka prezentuje treści wypełnione przemocą, zwaną z nieznanych mi przyczyn treningiem, w stopniu zdecydowanie większym, niż pierwotnie przypuszczałem.

Pan Wydawca pisze, że faktycznym przesłaniem książki „Jak trenować dziecko” nie jest to, o czym piszą media negatywnie nastawione (a więc nauka efektywnego bicia i przemocy), lecz mądre wychowanie w miłości i dyscyplinie. Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Rzeczywiście przesłaniem omawianej książki jest wychowanie w miłości i dyscyplinie. Takie właśnie przesłanie pragnął nadać książce jej autor. Treść książki jednak niestety odpowiada planowanemu przesłaniu w stopniu raczej miernym. W rzeczywistości jest bardziej zachętą, a momentami wręcz psychicznym przymuszaniem, do używania wobec dzieci bolesnych narzędzi celem wywołania w nich bezwzględnego posłuszeństwa. Oczywiście – jeśli się chce, można podciągnąć wszystko pod pełne miłości wychowanie. Jako alternatywę proponuję wydanie książki pedofila, który mógłby zaznaczyć, że wychowuje swoje dzieci z tak wielką miłością, że aż musi wywoływać w nich takie czy inne przyjemne odczucia. I że poleca takie zachowanie każdemu zaangażowanemu rodzicowi. Przecież prawdą jest, że wielu pedofilów molestujących własne dzieci twierdzi, że robi to z miłości. Państwo Pearl sądzą zaś, że z miłości do dzieci stosowali wobec nich karcenie rózgą (witką wierzbową, 2 milimetry), które de facto jest niezwykle wyrafinowaną i bardzo bolesną przemocą fizyczną.

Przesłanie książki jest więc bardzo piękne, zawartość już nieco mniej. Oprócz przytaczanych przeze mnie we wcześniejszym wpisie przykładów na odpowiednie bicie malutkich i bardzo malutkich dzieci w celu zapewnienia sobie ich bezwzględnego posłuszeństwa od najmłodszych lat (a tekst pierwszego rozdziału można znaleźć nadal w internecie) można w książce znaleźć również sposoby na starsze dzieci oraz na unikanie problemów związanych z poparzeniem, utopieniem itp. W jednym z fragmentów naszej książki autor opisuje, jak dla uniknięcia nieprzyjemności wynikającej z utonięcia któregoś ze swoich dzieci w przydomowym stawie postanowił wykorzenić z nich chęć zbliżania się do owego poprzez podtapianie tychże w tymże. Nikt wprawdzie nie trzymał dzieci z głową pod wodą, ojciec pozwalał jednak na zbliżenie się do stawu na taką odległość, by nieuniknione było wpadnięcie do niego i paskudne uczucie związane z umieraniem przez utonięcie. W podrozdziale zatytułowanym „Poczuj się, jakbyś tonął” autor pisze tak o sytuacji jednej z córek: „Trzeba przyznać, że mieliśmy problem z Szalom. (…) Zawsze miała wspaniałą koordynację ruchową. Po prostu nie chciała wpaść do stawu. Zmęczyło mnie już chodzenie za nią do stawu. Aby doprowadzić naukę do końca, postanowiłem ją dyskretnie popchnąć. Kiedy więc stała wychylona nad wodą, po prostu lekko szturchnąłem ją stopą” (Str. 136-137). Nie jestem osobą, której metody wychowawcze polegające na wpychaniu swoich dzieci do stawu tylko dlatego, że same są zbyt mądre, by do niego wpaść imponują. Jest mi zarazem bardzo przykro, że są osoby, które tak mocno stoją za tekstami pana Pearl’a. Kiedy ja pragnę nauczyć moje dziecko, by nie dotykało gorącego pieca, tłumaczę mu, że to może boleć, a gdy do niego podchodzi zbyt blisko, łapię je, by pokazać, że tak nie należy robić, dla własnego dobra. Pan Pearl zaś pozwala dotykać dzieciom pieca, tylko wówczas jednak, gdy jest już wystarczająco rozgrzany, by spowodować ból. „Kiedy nadeszła jesień i zaczęliśmy palić w piecu, prowokowaliśmy dzieci, aby podeszły bliżej i przyjrzały się fascynującym płomieniom. Oczywiście zawsze miały ochotę je dotknąć, dlatego powstrzymywałem je, dopóki piec nie rozgrzał się na tyle, że dotknięcie go było bolesne, ale nie na tyle, by spowodowało oparzenie (…)” (Str. 135) – pisze autor. Wynika z tego, że pieca wolno dotknąć tylko wówczas, gdy jest wystarczająco mocno rozgrzany, tak aby zabolało. Wówczas tata krzyczy „gorące” i odtąd już zawsze słowo „gorące” oznacza – nie dotykaj.

Wyżej omówiony przykład z piecem i sygnałem „gorące” działa na bardzo prostym mechanizmie psychologicznym, zbadanym przez Pawłowa. Zwyczajnie połączenie sygnału głosowego z nazywanym przez Pearlów wzmocnieniem (czy to rózga, czy ból od gorącego pieca) sprawia, że po kilku próbach dziecko (a potem i dorosły człowiek) słysząc „gorące” czuje ból na wnętrzu dłoni. Słysząc „nie” czuje pieczenie na rękach, udach czy pośladkach. Rzeczywiście, pan Pearl ma rację – przy ciągłym treningu bardzo szybko będziesz mógł odłożyć rózgę w kąt. Od tej pory bowiem będzie wystarczył sygnał „nie”, by dało się odczuć nieznośne, bolesne i upokarzające uderzenie rózgi. Już zawsze.

Drugą sprawą jest polecane przez Pearlów tzw. karcenie. Jako takie rozumie się zarówno wcześniej już omawiane wzmocnienie sygnału z pomocą rózgi, jak również – chyba przede wszystkim – regularne, spokojne bicie rózgą dziecka, które w jakikolwiek sposób przejawia swe nieposłuszeństwo. Przykład takiego karcenia może wyglądać następująco: „Matka wraca z rózgą i stając przed nim mówi: »Johnny, powiedziałam ci, żebyś starł wodę, a ty tego nie zrobiłeś. Dlatego zostaniesz skarcony, żebyś następnym razem już się nie zastanawiał. Mama chce, żeby jej synek wyrósł na takiego mądrego mężczyznę jak tata, dlatego chce ci pomóc być posłusznym. Połóż się na tapczanie. Połóż ręce obok siebie. Nie ruszaj się, bo inaczej będę musiała dać ci więcej razów«. Potem matka wymierza mu bez pośpiechu około dziesięciu smagnięć po gołych łydkach. Chłopiec płacze z bólu. Jeśli nadal będzie się buntował, wywijając się na boki i broniąc się przed karą albo wyrażając złość, wtedy powinna odczekać chwilę i pouczyć go raz jeszcze, a potem znowu wymierzyć mu kilka razów” (Str. 122). Jako nieposłuszeństwo należy przy tym traktować wszystko, co nie jest ochoczym wykonaniem każdego polecenia. Nieposłuszeństwem, według książki, jest więc nie tylko nerwowe, spóźnione wykonywanie poleceń celem uniknięcia kary, ale nawet najmniejszy objaw niezadowolenia z wykonywanego polecenia. Ciekawe – wydaje mi się bowiem, że każdy człowiek od czasu do czasu musi wykonać z obowiązku coś, co nie sprawia mu odrobiny przyjemności. Czy z tego powodu powinien jeszcze dodatkowo smagać się rózgą? Ale nie, dzieci powinny robić cokolwiek sobie rodzice zażyczą, wkładając w to maksimum radości i ochoczości, bo jak nie, będzie trzeba je skarcić rózgą. Nieposłuszeństwem jest tu nawet – o zgrozo! – brak uśmiechu o poranku u córki, mimo wyraźnej zachęty ze strony matki. „Dziewczynka rozpoczynająca dzień przepełniona pretensjami do całego świata powinna spotkać uśmiechniętą matkę, która nie zważając na jej nachmurzoną minę, wita ją okrzykiem radości. Jeśli jej nastrój nie ulegnie zmianie, z pewnością nie wolno pozwalać jej, aby psuła nastrój całej rodzinie. Jej zachowanie należy traktować jako przewinienie; sama odcięła się od wspólnej radości, przyjmując naburmuszoną postawę. Jeśli marudne dziecko może zmienić atmosferę w domu z powodu swego złego humoru, wtedy wydaje mu się, że takie zachowanie jest usprawiedliwione” (Str. 202) – pisze na jednej ze stron pan Pearl.

Pan, Panie Wydawco, wspomina na swojej stronie, że karcenie „biblijne” różni od kary to, że „Karanie (…) nosi w sobie element odwetu, odegrania się czy zemsty, a biblijne karcenie jest motywowane miłością i zorientowane na rozwój dojrzałego charakteru i zbudowanie pozytywnej przyszłości osoby poddanej temu procesowi. W jednym i drugim wypadku może występować element bezpośredniego przymusu, ale jego źródło, motywacja, kontekst a także intensywność będą całkowicie różne. Inny też będzie tego wychowawczy wpływ na dzieci.” Karcenie jest więc – zdaniem Pana – dawanym ze spokojem upomnieniem fizycznym, które (jak pisze Pearl) oczyszcza dziecko z przewinień i z poczucia winy. Tylko dlatego, że jest wykonywane przez człowieka, który robi to spokojnie, bez nerwów, a nie w gniewie. Otóż muszę powiedzieć, że znam osobiście człowieka, który raz w życiu przeszedł, wraz ze swoim rodzeństwem, tego typu egzekucję. Wszyscy uklękli razem i, tak jak w instrukcji Pearlów, wypięli pośladki i spokojnie dostali po tyłkach. Ten człowiek wspomina ów fakt jako jedną z największych traum swojego dzieciństwa. Może gdyby dostawał w ten sposób częściej zapamiętałby to jako normę i starałby się wyprzeć traumę tego zdarzenia do podświadomości? Może to właśnie dzieje się z dziećmi Pearlów, jak i z wieloma innymi w ten sposób „wychowanymi” osobami?

Książka, której Pan, Panie Wydawco, tak usilnie broni, pełna jest innych mrożących krew w żyłach historii, jak choćby opowieści o doskonale wytrenowanej trzylatce, która bawiła się z lalką w trening, spokojnie okładając ją rózgą i ostrzegając, że jeśli będzie płakać, będzie musiała dostać więcej razy. Pan Pearl jest zachwycony postawą tej dziewczynki. Mnie ona kojarzy się z zastraszoną, wyniszczoną dzieciną, która swe frustracje przelewa na własne zabawki, zamiast z miłością bawić się nimi w dom. I którą natychmiast powinien zająć się dobry psycholog.

Książka jest pełna mrożących krew w żyłach historii, jednak nie będę się w nie wszystkie zagłębiał. Przeczytałem wszystkie i wcale nie chcę do tego wracać. Powiem tylko, że książka opiera się na błędnych założeniach, z punktu widzenia zarówno psychologii, pedagogiki, jak i teologii. Oparte na Biblii karcenie w rzeczywistości opiera się o kilka cytatów z Księgi Przysłów i o jeden psalm, w którym to kij i laska pasterska pociesza mnie. Kij służył pasterzom do walki z wilkami, laska do zaganiania stada. Ale wcale niekoniecznie do bicia tego stada regularnie po gołych łydkach. Pozostałe cytaty to słowa, które rzeczywiście mówią o karceniu, ale w dalszym ciągu pochodzą ze zbioru mądrości Izraela, z których nie każda musi pozostawać prawdziwą mądrością po dziś dzień. Jak wspomniała w o wiele lepszym od mojego tekście pani Anna Golus, w Starym Testamencie jest też mowa o karceniu krnąbrnego syna przez ukamienowanie. Czemu nie sięgamy do tego przykładu? Zauważyłem ogólnie tendencję u protestantów i świadków Jehowy, że swoje nauki opierają w głównej mierze na Starym Testamencie, zapominając jakby o Ewangelii, o wypełnieniu Przymierza w Jezusie Chrystusie. Pozycje, które korzystają z Nowego Testamentu tylko po to, by udowodnić swoje tezy oparte na Starym Testamencie, z góry należy traktować jako podejrzane. Ta książka jest jedną z nich.

Pod koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa aspekty, o których wcześniej wspomniałem, a które pragnę nieco bardziej uwypuklić. Pierwszy z nich to kwestia nieposłuszeństwa rozumianego jako niezadowolenie, jęczenie, smutek spowodowane wykonywanym zadaniem, czy naburmuszona postawa córki o poranku. Pan Pearl zdaje się tu sugerować, że człowiek nie ma prawa do bolesnych uczuć, nie ma prawa ich okazywać, wszystko ma przyjmować z radością i poświęceniem, bez względu na to, jak duży ból mu to sprawia. Doskonały jeszcze przykład – zakaz płakania podczas lania. Dziecko, które dostaje razy, prawdopodobnie powinno się uśmiechać i powtarzać „Dzięki, ojcze”. Drugi aspekt, mający z pierwszym bezpośredni związek, to wymaganie od innych bezwzględnego posłuszeństwa. Podkreślam słowo „bezwzględnego”, ponieważ zdaniem Pearlów dziecko powinno bez wahania wykonać każde polecenie, choćby nie miało ono żadnego sensu. Nie ma słowa sprzeciwu. Przykładem mężczyzna, który do momentu opuszczenia domu rodzinnego zawsze na zawołanie ojca rzucał wszystko i przychodził. Brak własnej woli lub negacja. Oba te aspekty wskazują de facto, że propagowany przez pp. Pearlów i Pana Wydawcę trening jest w rzeczywistości tresurą – stąd porównanie do mułów amiszów całkowicie trafne. Dziecko ma być wytresowane jak piesek, nie zaś wytrenowane. To jest, pełna podobno miłości i szacunku, całkowita depersonifikacja człowieka.

Na swojej stronie przytoczył Pan bardzo ciekawy wywiad z Gościa Niedzielnego. Sam Gość w przypadku Pana książek niestety również mnie zawiódł. Siła, z jaką bronił Pańskich wystąpień i książek nawołujących do zimnej przemocy była dla mnie porażająca. Zwłaszcza, że nie tak dawno sam napisałem notkę opartą o felieton z Gościa* i był to felieton opowiadający się przeciwko biciu dzieci. A teraz obrona, wypowiedzi kobiet, które metodami Pearlów wychowują czwórkę swoich dzieci, zwyczajnie przeraża. Ale wracając – tekst przytoczony przez Pana doskonale obrazuje okropną sytuację w Szwecji, której rzeczywiście nie należy zazdrościć. Sam, przeczytawszy ten tekst, zapragnąłem na jego podstawie napisać trzecią część Podstępu szwedzkiego i nie wiem, czy tego nie zrobię. Niestety, tekst ten nie ma nic wspólnego z obroną książki, z poparciem dla bicia dzieci, z gniewem na Szwedów, którzy zabronili „klapsa”. Rozumiem, że przytaczając ten wywiad sugeruje Pan, iż jeśli zaprzestaniemy dawania klapsów, staniemy się drugą Szwecją. Kolejne błędne założenie, które wynika z zaślepienia chyba antypoprawnością polityczną, w którą wpisuje się przymus bicia dzieci. Niestety, z pewnością nie udało się Panu udowodnić, że bez klapsa upadniemy na dno cywilizacji. Przedstawił Pan dwie rzeczy, kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Dziś wystarczyć powinno tyle. Nie jestem już pamflecistą, który nie przeczytał książki. Jestem człowiekiem, który widzi zmiany w swoim zachowaniu po przeczytaniu tej nieprzyjemnej lektury. Stałem się po niej bowiem bardziej oschły i bezwzględny dla swojego syna, rzadziej pozwalając mu na szukanie własnej drogi i częściej karcąc. To jest zmiana na gorsze. Dlatego polecam książkę jako ciekawostkę przyrodniczą jedynie osobom, które nie są podatne na sugestie, także te w stylu „Jeśli nie bijesz swojego dziecka, nie możesz nazywać się chrześcijaninem”. Panie Wydawco, bardzo mi przykro, że byłem zmuszony poddać się praniu mózgu by udowodnić Panu, że nie piszę kłamliwych recenzji na podstawie przytoczonego przez Pana rozdziału. Mam nadzieję, że nie będę się musiał spotykać więcej z sytuacją konfliktu z osobą czy książką, która pod przykryciem katolicyzmu propaguje najprościej mówiąc tortury i znęcanie się nad dziećmi. Pozbawione przemocy.

Z poważaniem

Maurycy Teo

______________________________
*W tym miejscu zaistniała pomyłka. Notka napisana była w oparciu o felieton z „Idziemy”, innego katolickiego pisma.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Kobieta niebita psuje się od środka

Jak mawiał kiedyś mój bliski krewny, w żartach rzecz jasna, bo nie jest z tych, który by swą żonę uderzył. Takie żartobliwe zdanko, a przecież do niedawna wcale nie było w nim nic zabawnego. Nie tak dawno jeszcze kobieta mieszkająca pod jednym dachem z mężczyzną, który zarabiał na utrzymanie jej i dzieci, a po pracy jeszcze popijał z kumplami w karczmie, musiała być gotowa na to, że kiedy ten wróci z roboty, to będzie lał równo nie patrząc na wiek i płeć. Kobieta ta, wierna żona, nie mogła o mężu złego słowa powiedzieć, bo mogła za to oberwać jeszcze mocniej. Zresztą – komu miała mówić? Nie było psychologów, grup wsparcia, a wszystkie koleżanki obrywały od swoich ślubnych tak samo, tak samo ich zachwalając. I tak to się losy kobiety plotły – spod pasa ojca pod pas męża – wszak winna była posłuszeństwo.

O nie, bynajmniej nie tęskni mi się do tych „barbarzyńskich” czasów – jestem gorącym zwolennikiem równości płciowej jeśli chodzi o godność. Moje małżeństwo buduję na miłości, a nie na przemocy. Wspominam tylko to, co możemy dobrze znać z literatury, ponieważ właśnie dziś uważa się to za coś nienormalnego. Jeśli mężczyzna uderzy kobietę – to jest przemoc w rodzinie. Ona albo jest zahukana i nikomu nic nie powie, usprawiedliwiając męża, albo pójdzie na policję, albo zgłosi się do psychologa, poradni rodzinnej, albo zadzwoni na telefon zaufania. Wszystko dlatego, że dziś właśnie zachowanie męża polegające na biciu żony uważane jest za coś złego, moralnie niedopuszczalnego. Ja oczywiście zgadzam się z tym podejściem! Ruszyłem ten temat z zupełnie innego powodu…

Nie tak dawno moja żona napisała notkę w odpowiedzi na pewien wpis blogowy z Frondy. Autor wpisu, krótko mówiąc, argumentuje za karami cielesnymi w stosunku do dzieci. Opowiada się przeciwko bezstresowemu wychowaniu, które – jego zdaniem – jest synonimem braku bicia. Podając przykład Super Niani stara się ukazać, że zwolennicy bezstresowego wychowania stracili grunt pod nogami i muszą iść na ustępstwa, a więc wciąż nie biją, za to straszą, szantażują, terroryzują. A ja, podobnie jak moja żona, muszę krzyknąć głośne, kategoryczne „nie!”

Po pierwsze Super Niania (której wielkim fanem osobiście jestem – choć jej prywatnego życia nie popieram) nie jest, o ile mi wiadomo, zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie – dokładnie jak autor frondowego wpisu zauważył – opiera się na poglądach J.J.Rousseau, że ludzie są z natury dobrzy i trzeba pozwolić im się rozwijać swobodnie. Takie podejście prowadzi rzecz jasna do braku zasad, reguł postępowania, do ogólnego rozpasania – to już zostało udowodnione. Dziecko nie jest bowiem z natury dobre – wg. nauki chrześcijańskiej ma naturę skażoną grzechem – i nie jest w stanie samo się wychować. I dlatego też Dorota Zawadzka (Super Niania) jest i zawsze była absolutną przeciwniczką bezstresowego wychowania. Sama uczy o zasadach postępowania, o regulaminach, zakazach i nakazach, stanowczości i autorytecie rodziców. Uczy, moim zdaniem, bardzo mądrze – jednocześnie ucząc o wyciąganiu konsekwencji. Nazywa te konsekwencje tak jak się zwykło nazywać: a więc nagrody i kary. Ale zawsze używa kar adekwatnych do sytuacji. Dziecko przed popełnieniem błędu jest ostrzegane (a nie, jak twierdzi pan Autor, szantażowane), że jeśli go popełni, poniesie jego konsekwencje. Tak też jest przecież w świecie dorosłych: szef informuje pracownika, że jeśli jeszcze raz ukradnie coś z pracy, zostanie wywalony dyscyplinarnie. Nazwalibyście to szantażem? Sądzę, że szef, który po ukradnięciu czegoś przez pracownika daje mu ostrzeżenie, jest raczej zbyt pobłażliwy. Ostrzegania dziecka nie nazwałbym pobłażliwością – ale również nie szantażem.

Pani Zawadzka uczy też, że można użyć siły. Na przykład dla przytrzymania dziecka w ataku histerii. Nie po to jednak, by zrobić mu krzywdę – ale po to, by samo jej sobie nie zrobiło. Uczy też, by nie bić. Bicie nazywa aktem bezsilności. Rodzic, który nie może się opanować, podnosi rękę na istotę słabszą od siebie, wyładowując swój gniew. Dziecko jest istotą słabszą! Klaps (moim zdaniem niekoniecznie natychmiast karalny – ale można dać ostrzeżenie) jest dowodem słabości rodzica, który nie potrafi poradzić sobie ze swoimi uczuciami inaczej, niż przez wyładowanie złości na kimś słabszym (choć może rzeczywiście niegrzecznym lub złośliwym). Argumentem nie jest to, że dziecko uderzone szybciej się nauczy. Wierzę, że istnieje mnóstwo sposobów na nauczenie dziecka lepiej (nie w każdym wieku jest to tłumaczenie, ale sądzę, że prawidłowo stosowany „karny jeżyk” odniesie sukces).

Znam kilka koronnych argumentów zwolenników bicia. Jednym z nich jest to, że „moi rodzice mnie bili i jakoś mi się nic nie stało” lub nawet „i wyszło mi to na dobre”. Przytaczam TU felieton jednego księdza z (o dziwo!) katolickiego pisma „Idziemy”, w którym argumentuje, że jakoś nikt się nie skarży, iż był w dzieciństwie za mało bity – za to zdarza się, że skarżą się na słaby kontakt, brak rozmowy z rodzicami itp. Ja sam zaś mogę powiedzieć o sobie – zdarzało mi się dostać. Nie wspominam tego ani odrobinę dobrze. I tego samego nie zafunduję również swoim dzieciom.

Inny ważny argument wykorzystał mój znajomy w swojej notce dotyczącej innego tematu: „Jak można popierać aborcję, a z drugiej strony walczyć o to, żeby dziecku już narodzonemu nie można było dać nawet klapsa – wychowanie bezstresowe, prawa człowieka…” Rzeczywiście – często widzimy ludzi, którzy bronią dzieci przed biciem, a jednocześnie są za aborcją. We Frondzie (w wersji papierowej) wykorzystano w związku z tym ciekawie cykl reklam „kocham…” („Kocham, nie biję”, „Kocham, reaguję” etc.) umieszczając na zdjęciu kobietę w ciąży i napis „Kocham, nie zabiję”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że ci drudzy mają ten sam argument, tylko odwrotnie? „Dla tego Kościoła ważne jest tylko żeby to dziecko się urodziło. Potem niech się z nim dzieje co chce, niech tatuśkowie alkoholicy się nad nim znęcają fizycznie”. Bunt? Ale przecież mają rację! Opowiadając się za biciem dzieci – opowiadamy się za takim obrazem Kościoła! Za obrazem Kościoła walczącego o życie nienarodzonych – ale narodzonych już wcale niekoniecznie.

Bicie dzieci to znęcanie się nad młodszymi i słabszymi od siebie. Tak samo niedopuszczalne, jak zabijanie nienarodzonych. A od przyzwolenia na klapsa do prywatnych egzekucji („zostałeś osądzony i dostaniesz 10 pasów, klęknij przy łóżku”), a od egzekucji do regularnej przemocy domowej już naprawdę niedaleko.

Dziecko niebite psuje się od środka? Oby się Tobie kiedyś od kogoś nie dostało…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

W kwestii Gościa Niedzielnego

Tak jest, w kwestii Gościa Niedzielnego napisano i wypowiedziano się wiele razy. Wiele osób postanowiło umieścić w różnych miejscach napisy, że aborcja jest jak holokaust, że powinniśmy zostać wszyscy pozwani, że opowiadają się po stronie redaktora naczelnego, ks. Gancarczyka. I nikogo chyba nie zdziwi, że ja również myślę podobnie jak oni. Choć wątpię, by kogoś takiego, jak ja, ktokolwiek chciał oskarżać i wodzić po sądach.

Ksiądz Gancarczyk w artykule (słowo wstępne do wydania Gościa Niedzielnego) z października 2007 roku napisał, że „pani Tysiąc otrzyma 25 tys. euro odszkodowania, plus koszty postępowania, za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Mówiąc inaczej, żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono”. Pośrednio porównał również sędziów wydających wyrok do hitlerowskich oprawców – pisząc, że „Zapewne na weekendy jeżdżą w różne urokliwe miejsca”, tak, jak robili to wyżej wspomniani oprawcy. Zaznaczył przy tym, i należy to podkreślić, że dziś jest „Inaczej, ale równie strasznie”. To znaczy – sędziowie trybunału to nie to samo co słudzy Hitlera. O co zaś ksiądz Gancarczyk został oskarżony (i za co, de facto, został skazany)? Za porównywanie pani Alicji Tysiąc do hitlerowców i za wielokrotne pomówienia, jakoby chciała zabić swoje dziecko. Miała to być, wg słów prokuratora, nie tyle mowa nienawiści, ile „przemowa nienawiści”.

Podkreślę jeszcze raz, że to nie pani Tysiąc została porównana w ten mocny sposób, lecz sędziowie w Strasburgu. I to pośrednio, z zaznaczeniem, że to jednak nie to samo. A co do odszkodowania za chęć zabicia dziecka, na co jej nie pozwolono – jak inaczej można by to nazwać? Kim jest (poruszanie tego wątku jest, rzecz jasna, przekleństwem dla takich jak ks. Gancarczyk, a nie dla Alicji Tysiąc) dziewięcioletnia córka kobiety, jeśli nie dzieckiem, którego nie udało się usunąć? Za co pani Alicja raz po raz zgarnia kasę, jeśli nie za to, że jej córka żyje i ma się dobrze? Oczywiście można utrzymywać, że się to dziecko bardzo kocha i że jest bardzo chciane, że tu chodziło tylko o wzrok matki. Ale naprawdę nie wiemy – i pewnie się nigdy nie dowiemy – jak całą tę sprawę odbiera dziewczynka. Jak czuje się z tym, że mama ciągle się bogaci tylko dlatego, że ona żyje – a raczej przez to, że ona żyje.

I naprawdę nie przeszkadza mi w tym wszystkim stwierdzenie z mowy końcowej, że „wszystko to w imię fundamentalistycznego światopoglądu, nakazującego zrównać aborcję z zabójstwem a ubieganie się o realizację standardów demokratycznego państwa za równe sprzedawaniu Żydów z Getta czy uprawianie ludobójstwa – to jest mowa nienawiści”. Ponieważ próba zrównania aborcji z zabójstwem to nie jest fundamentalistyczne działanie, lecz dążenie do zrównania w prawach wszystkich ludzi – a czyjś fundamentalistyczny światopogląd nakazuje nam, katolikom i nie tylko, wierzyć w to, że płód ludzki nie jest jeszcze człowiekiem, choć wszelkie argumenty metafizyczne za tym przemawiają. I nie mogę się doczekać pytań: „Przepraszam, jakie argumenty…?”

Bo gdyby aborcja nie była zabójstwem, to jak nazwalibyśmy istotę, która przeżyła tylko dlatego, że kilku trzeźwych Polaków odmówiło dokonania aborcji na jej embrionie? Kiedy córka Alicji Tysiąc przestała być zlepkiem komórek, a stała się córką Alicji Tysiąc? I czym, jeśli chodzi o budowę DNA, potencjał rozwojowy i nieprzewidzianą przyszłość różni się dziś od owego zlepka, którego nie udało się usunąć, oprócz tego, że jest trochę starsza?

A mówienie o realizacji standardów demokratycznego państwa przypomina mi panią minister Ewę Kopacz, która jest katoliczką, ale swój światopogląd pozostawia za drzwiami urzędu. To nie jest śmieszne. To tragiczne. Nad tym trzeba płakać.

W tym samym czasie toczy się proces mojej ulubionej, od czasów wydania wraz z Terlikowskim „Agaty…”, autorki – Joanny Najfeld. Wszystkiego można się dowiedzieć z założonej przez nią strony. Po wyroku skazującym ks. Gancarczyka rosną obawy, że wyrok w tej sprawie również będzie niepomyślny. Szkoda, że mówienie prawdy może spotkać się z takim złym odbiorem… Pani Joannie należy się wsparcie, nawet od tak niewiele znaczących ludzi jak ja. A po wydaniu wyroku, jeśli będzie niepomyślny, również wsparcie finansowe (tak, jak Gancarczykowi, na zapłacenie 30 tysięcy). A zdawać się może, że to dopiero początek. Że teraz bezkarna, liberalna antykultura może poczuć, że jej czas właśnie się rozkręca. I to nie będzie ostatni wyrok sądowy.

Zdziwię się, jeśli ktoś za tą wypowiedź zaprowadzi mnie do sądu, bo póki co biorą się za tych sławniejszych. Jeśli jednak – mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze wsparcie…

A tak przy okazji – ciekaw jestem, czy ks. Gancarczyk wywiąże się z 2 części wyroku i przeprosi panią Tysiąc na łamach swego pisma za coś, czego nie zrobił (czyli za porównanie jej do nazistów). Chyba zacznę prenumerować Gościa Niedzielnego…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze