Posts Tagged With: Grzech

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Grzech to grzech

Głośno o tej akcji organizowanej przez część środowisk kościelnych ostatnio i czas chyba bym i ja się na jej temat wypowiedział. Najgłośniej jest tam, gdzie zwykle, czyli w Kościele „mainstreamowym”. Ten warunek – bycia tzw. Kościołem otwartym – ostatnio znakomicie spełnia Deon (podobno mający coś więcej wspólnego z o. Jackiem Prusakiem, o którym od dawna nie mam najlepszego zdania). Deon wyprzedził nawet Tygodnik Powszechny, ale o tym raczej innym razem. Piszę tylko żeby zaznaczyć, że środowisko „deonowe” słychać najgłośniej i najgłośniej słychać głosy oburzenia – bo przecież Ewangelia jest pozytywna, a akcja bilboardowa jest negatywna.

plakat„Konkubinat jest grzechem. Nie cudzołóż” – możemy przeczytać na plakatach rozwieszonych w całej Polsce, a na zdjęciu widnieją dwie dłonie splecione wężem. O słowa głównie hałas się podnosi, ponieważ zdaniem wielu mówienie ludziom wprost, że coś jest grzechem nie przyciągnie ich do Kościoła i nie zmieni myślenia na pozytywne. Jeśli już, to prędzej odstraszy tych, którzy się wahają. Ci, którzy się sprzeciwiają, są raczej zwolennikami podkreślania wartości małżeństwa, sakramentalnego związku dwojga ludzi, starają się więc odrzucać negatywną retorykę. Tu – muszę to mocno podkreślić – są jednak w wielkim błędzie. Małżeństwo bowiem, owszem, jest eksplozją dobra i cudem, radością Ewangelii. A cudzołóstwo jest grzechem. Jest złe. I jest negatywne. Zatem – jeśli zaczniemy robić akcję popierania małżeństwa, zrobimy tak, by była ona pełnią pozytywnej energii. A jeśli mówimy o cudzołóstwie, nie oszukujmy, że można pozytywnie.

Do czego dążę? Do stwierdzenia, że zawołanie „Nie cudzołóż” nie oznacza zawsze tego samego, co „Weź ślub”. Może też oznaczać „Wyprowadź się” lub „Opuść swoją kochankę/swojego kochanka”. Zatem nagana wystawiona grzechowi nie zawsze jest pochwałą wielkiego dobra. Zawsze jest pochwałą najwyższego dobra, a tym dobrem jest Jezus Chrystus.

O grzechu pozytywny przekaz?

Ludzie domagają się pozytywnego przekazu, mówiąc że negatywny odstraszy tych, do których ma przemówić. Zapytajmy więc do kogo ma przemówić. Czy wielki plakat krzyczący do nas „grzech!” jest skierowany do każdego świeckiego przechodnia, albo do ateisty, albo do dziennikarza TVNu, albo do ks. Sowy i o. Prusaka? Nie, plakat na którym wypisano słowo „grzech” jest skierowany do tych ludzi, którzy rozumieją słowo „grzech”. Do tych, dla których grzech ma jakieś znaczenie, którzy wychowani w katolickiej wierze nadal twierdzą, że są katolikami. To ci ludzie, którzy żyją sobie po swojemu, którzy mają swoje własne mniejsze i większe grzeszki, ale nadal twierdzą, że są katolikami, że są w Kościele. Porównanie ich do faryzeuszów i uczonych w Piśmie z czasów Jezusa jest podstawne o tyle, o ile możemy i o tamtych powiedzieć, że uważali się za wiernych, gdy wewnątrz mieli swój brud. Poczytajmy o tym, jak bardzo Jezus głaskał tych, którzy „chodzili do kościoła”, ale „żyli w konkubinacie”: „Biada wam, nauczyciele Pisma i faryzeusze, obłudnicy! Bo jesteście jak groby pobielane, które na zewnątrz pięknie wyglądają, a wewnątrz są pełne trupich kości i wszelkiej zgnilizny” (Mt 23,27); „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości” (Mt 23,25). A jeszcze jak pogłaskał po głowach sklepikarzy, którzy sprzedawali na terenie Świątyni w Jerozolimie: „Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” (J 2,16). Nie, tak naprawdę nie było głaskania. Były ostre, głośne słowa, był krzyk i nawet ganianie z biczem. Dlaczego?

Dlatego, że o grzechu nie można mówić pozytywnie, nie można owijać go w złotka i sreberka. Grzech to grzech i Jezus sam mówił o tym, głośno i wyraźnie. Kiedy zatem mówimy do ludzi, którzy mają poczucie grzechu, którym choć minimalnie zależy na byciu z Bogiem i którym zależy na własnym sumieniu, musimy im powiedzieć „Tu leży grzech!” Oni bowiem, żyjąc w dzisiejszym świecie, myślą że grzechu tu nie ma, bo przecież „wszyscy tak robią”. Owszem, należą do Kościoła i chodzą co niedzielę na mszę, ale wydaje im się, że mieszkanie ze sobą bez ślubu nie jest grzechem. Że antykoncepcja nie jest grzechem. Że współżycie pozamałżeńskie nie jest grzechem i że masturbacja też nie jest. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat odebrał od nich tę świadomość. Odsunął myślenie, że możemy zgrzeszyć. Grzech to brzydkie, złe słowo i po co o nim mówić? Po co nim straszyć? Jak grzech to i piekło – zatem „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła!” I ludzie odstraszani odchodzą, znikają. Zobaczcie – Jezus mówił o grzechu, karcił za grzech i choć przygarniał grzeszników, grzech potępiał! Pierwsi chrześcijanie dawali jedną szansę na poprawę – ktoś, kto zgrzeszył ponownie nie miał możliwości powrotu. Jeden raz! Ale dzisiejszy świat mówi „nie ma grzechu – ten kto mówi o grzechu, próbuje cię nastraszyć”. A członkowie Kościoła idą tą drogą. Patrzą na mainstream i przyłączają się do niego, bo przecież – tak myślą – żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, musimy mówić do nich językiem mainstreamu. I tak oto odrzucają mówienie o grzeszności jako kategorię ewangelizacji.

A jednak „Nie cudzołóż” to jest Boże przykazanie. I nie, Jezus nie powiedział „Nie mówmy »nie cudzołóż«, tylko raczej »kochaj i żeń się«”. Nie – powiedział: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” (Mt 5,27-30). Jezus nie tylko zakazywał cudzołóstwa. Nie tylko zakazywał pożądliwego patrzenia na kobietę (na każdą kobietę!). Mówił też o tym wszystkim w kategoriach grzechu. A na końcu – olaboga! – straszył piekłem!

Małżeństwo nie takie różowe

Pewnego dnia między Jezusem a Jego uczniami wynikła dyskusja o nierozerwalności małżeństwa. Przebiegła ona w ten sposób: „»Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«. Rzekli Mu uczniowie: »Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić«. Lecz On im odpowiedział: »Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane«” (Mt 19,8-11). Co zatem mówi Ewangelia o małżeństwie? Że to słodka, wspaniała droga do świętości? Owszem, w innych miejscach trafimy na pochwałę tej drogi i tu też ją widzimy, ale w oczy rzuca się raczej stwierdzenie uczniów na słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa: Skoro tak jest, to nie ma co się żenić! Jakże to, brać ślub z jedną niewiastą na całe życie? Toż to absurd! Ale Jezus nie mówi „Co wy gadacie, jaki absurd? Najprostsza rzecz na świecie!” – Jezus mówi „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane”. Zatem i Jezus nie twierdzi, że małżeństwo to droga usłana różami. On przyznaje, że trudno w ogóle pojąć naukę o jego nierozerwalności. I dzisiejsza młodzież też to widzi. I oni również próbują uciekać od małżeństwa, bo nie pojmują jego sensu. I jaka droga jest dobra, by ich przekonać? Czy mamy im kadzić, pachnić, fiołki na drodze do małżeństwa sadzić? A może warto przyznać, że małżeństwo jest trudną drogą, ale cudzołóstwo jest drogą złą? Tak przecież robił Jezus…

Komu pomoże kampania

konkubinatAkcja plakatowa z pewnością nie pomoże tym, którzy stoją teraz na granicy Kościoła i zastanawiają się, czy odejść, czy zostać. Z pewnością nie pomoże też tym wszystkim, którzy głośno krzyczą że kampania jest be, ale są poza Kościołem. Nie ma za bardzo także w czym pomóc tym osobom, które są w Kościele, wprawdzie po jego „deonowej” stronie, ale wierzą w moc małżeństwa i wykluczają cudzołóstwo. A komu może pomóc? Kampania może pomóc tym, do których jest skierowana: młodym ludziom uważającym się za członków Kościoła, ale uwiedzionym przez mainstream. Ta akcja może pomóc tym, którzy zachłysnęli się współczesnym światem i tym, co świat błędnie nazywa wolnością, ale wciąż pragną być blisko Boga i w oddaleniu od grzechu. Ta akcja pomoże tym, którzy mają zatarte poczucie grzechu, tym którzy nie widzą go tam, gdzie jest, więc myślą, że mogą – że powinni, a czasem, że powinno się im pozwolić – przystępować do Komunii, bo przecież „nie taki diabeł straszny jak go malują” na plakatach oczywiście. Wielu ludzi, którzy chcą żyć w Kościele, a którym krzyknie się „grzeszysz!”, może odwrócić się od grzechu i stwierdzić, że z człowiekiem, z którym nie zamierzam brać ślubu, dobrego życia nie zbuduję. I prawda jest taka, że do mnie na przykład to hasło przemawia. Ja sam jestem zwolennikiem mocnego uderzenia. I stwierdzenia: albo jesteś w Kościele i żyjesz zgodnie z zasadami, ustalonymi przez samego Boga dla twojego dobra (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij), albo nie jesteś w tym Kościele wcale.

A co jeśli się obrazi, zabierze manatki i sobie pójdzie? Bo on/ona nie chce być w takim Kościele, który mówi „nie”, zamiast sadzić kwiatków i głaskać po głowie? No to niech sobie idzie. Możemy się modlić, by jeszcze wrócił/a. Ale jeśli będzie chciał/a wrócić, to na naszych warunkach. Na warunkach Kościoła. Tego, w którym cudzołóstwo nadal pozostaje cudzołóstwem. W którym grzech to grzech.

Post Scriptum

Oczywistym jest, że część z Was okrzyknie mnie teraz faryzeuszem. Że zacznie doszukiwać się belki w moim oku, albo zarzuci mnie cytatami w stylu „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Tak, tradycyjna mainstreamowa gadka w stosunku do tych, którzy są gotowi głośno krzyknąć, że grzech jest tu, dokładnie tu, i że grzech znaczy zło. Przykro mi, ale Jezus sam tak krzyczał. Naprawdę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat „Konkubinat to grzech”, za: http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/konkubinat-to-grzech-kontrowersyjny-plakat-takze-w-poznaniu,3304139,artgal,t,id,tm.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.interia.pl/forum/konkubinat-to-dla-mnie-nie-zwiazek-tematy,dId,2282698

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Nie ma złych wilków

Ciamajda pewnego dnia przyszedł do mnie z workiem pytań (chyba już o tym wspominałem), na jedno z których udało mi się dotychczas odpowiedzieć. Pozostało ich jeszcze kilka, naprawdę ciekawych, na które również znajduję odpowiedź w swojej zteologizowanej głowie. Pytanie numer dwa zadane przez Ciamajdę brzmiało: „Czy wolno powiedzieć o drugim człowieku, że jest zły, jeśli czyni zło? Oczywiście nie po to żeby go przekreślić, ale raczej by nim wstrząsnąć. Jeśli można to czy również publicznie? A jeśli np. uważam że sam jestem zły (a tak właśnie uważam), to czy mogę mieć o sobie takie zdanie i dzielić się nim z kimś innym nie popełniając grzechu? Albo czy mogę liczyć na drugiego człowieka aby mi powiedział że jestem zły?” Na to pytanie pokrótce odpowiedziała już moja żona, trafnie zresztą, jednak i ja zdecydowałem się głębiej przeanalizować temat.

Kiedy przeczytałem ten komentarz Ciamajdy przypomniała mi się krótka „bajeczka” Bruno Ferrero, którą czytałem moim wychowanicom swego czasu na koloniach, a która szczególnie zapadła mi w pamięć. Ponieważ nie jest ona zbyt długa, przytoczę ją w całości:

Bajka o złym wilku

Adaś (trzy lata):
– Opowiedz mi bajkę o złym wilku.
Kasia (dziesięć lat):
– Ależ nie ma złych wilków, są tylko wilki nieszczęśliwe.

Nie ma złych ludzi…

Oczywiście, sprowadzenie ludzkości do myślenia dziesięciolatki, na podstawie którego należałoby stwierdzić, że człowiek niedobry jest po prostu nieszczęśliwy, nieco spłyca problem. Ale sama idea jest prawidłowa. Ludzie nie są źli. Ktoś, kto czyni zło, nie jest zły – jedynie czyni zło. Wynika to z prostej sprawy: wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. Oczywiście, najpierw upadli aniołowie, następnie zaś ludzie, wprowadzili zło w świat. Ale stworzenie Boże, nawet po upadku, nie przestało być dobre. I żaden człowiek, który upada, nie staje się złym. Bo stworzenie jest dobre z natury. I nikogo nie wolno nam nazwać złym – ani po to, by go przekreślić, ani po to, by nim wstrząsnąć.

Istnieje wiele teorii zła. Jedni uważają, że zło realne istnieje. Wg nich np. diabeł jest złem realnym. Ja jednak, obok stwierdzenia „Nie ma złych wilków” i „Nie ma złych ludzi” posunąłbym się do przewrotnego stwierdzenia „Nie ma złych diabłów”. Gdy dziś ksiądz zapytał na kazaniu: czy diabeł jest zły? moja odpowiedź (w duchu) brzmiała „nie”. Nie dlatego, że nie jest zagrożeniem realnym dla nas. Nie dlatego, że piekło jest wieczną imprezą, a diabeł to przystojny facet z rogami i ogonkiem. Wyłącznie dlatego, że Bóg nie stworzył zła, a wszystko, co realnie istnieje jest stworzeniem Bożym. A więc – zło nie istnieje.

Czym zatem jest zło? Można by powiedzieć „Zło jest dziurą w całym”. Czy, jak mówił Augustyn, zło jest brakiem dobra. Można to wytłumaczyć na prostym przykładzie. Mamy spodnie. Upadliśmy i teraz mamy dziurę na kolanie. Dziura jest czymś, co widzimy, a więc jest realna. Jednak zróbmy tak, że weźmiemy nożyczki i potniemy spodnie, żeby została sama dziura. Nie da się. Nawet jeśli wytniemy tak, żeby pozostał tylko wąski pasek materiału, w stosunku do którego dziura będzie wielokrotnie większa, to nadal pozostanie ona dziurą w całym. A gdy przetniemy pasek w jednym miejscu, dziury już nie będzie – materiał będzie całością. Tak więc na tym przykładzie można odkryć, że właściwe zło samo w sobie nie ma istnienia – jest oparte na realnym dobru. Diabeł (Szatan), gdyby był po prostu zły, musiałby w związku z tym przestać istnieć. Człowiek „zły” również by nie istniał.

Tak więc, jak widać – nie ma realnego zła, jest jedynie zło utkwione w dobru. Diabeł jest zły tylko pozornie (choć zagrożenie od niego płynące jest niewątpliwie realne), ponieważ jego złe czyny i pokusy oparte są na dobru Bożego stworzenia, a także na tym, co diabłu wydaje się dobre. Diabeł chciał rządzić światem sam, poza zwierzchnością Boga. Nie pragnął rządzić źle. Chciał być dobrym władcą, ale dobrym w inny niż Bóg sposób. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nie da się być dobrym inaczej, niż Bóg.

I nie ma złych ludzi. Są tylko złe czyny i zachowania, które wynikają z dobrych pobudek. Stąd też nie wolno nam sądzić ludzi („Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”), ale mamy wręcz obowiązek osądzać i oceniać ich złe czyny, czasem nawet publicznie. Nie mamy zaś prawa stwierdzać, prywatnie czy publicznie, że ktoś jest złym człowiekiem. Czy o sobie możemy tak mówić, czy mielibyśmy grzech? Ja bym tego nie podciągał pod pojęcie grzechu (chyba, że przeciw 7 [poprawka: 8] przykazaniu: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”), ale z pewnością nie mówilibyśmy prawdy. Czyniąc zło, nawet naprawdę wielkie zło, nie stajemy się złymi ludźmi. Mamy w sobie, owszem, duże braki które sprawiają, że wyglądamy lub wydajemy się sobie źli. Jednak nie jest to prawda, ponieważ zawsze możemy te braki uzupełnić godziwym dobrem.

Czy możemy liczyć na kogoś, że powie nam, że jesteśmy źli? Nie. Możemy liczyć, że dla własnego dobra nigdy nam tego nie powie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Jedno, dwa ustępstwa wobec zła

Daleki-bliski znajomy był wiernym, praktykującym katolikiem. Wszystkie stopnie oazy, podpisanie krucjaty, wielka waga przywiązywana do wiary, do zasad katolickich. Niestety, miał ze sobą problemy na kilku płaszczyznach. Ale nie przesadzajmy, wszyscy mają problemy. Nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić tak ot z grzesznymi przyzwyczajeniami. Tak czy inaczej te właśnie problemy doprowadziły znajomego, moderatora oazowego i głęboko uduchowionego człowieka, przed ołtarz. To znaczy najpierw doprowadziły do zapłodnienia, a w jego wyniku doprowadziły przed ołtarz.

Problemy znajomego były powszechnie znane i z nim dyskutowane. Jednak znajomy nie pozwalał sobie słowa powiedzieć, wszak ilekroć upadał, tylekroć powstawał i to mu się chwali. Mówiliśmy, błagaliśmy, trzymaj rączki przy sobie, ale znajomy swoje dobrze wiedział, no i odczepcie się od moich rączek. To się dorobił. Oczywiście podjął wielką odpowiedzialność, zdecydował poświęcić swe życie sprawie ojcostwa i mężostwa, wszak tak właśnie robi wierzący w Boga, zaangażowany katolik (nie dość wspomnieć, że jeszcze chwilę wcześniej zdawał się potępiać moją decyzję o ślubie po tak krótkim okresie znajomości; ale przecież dziecko w drodze usprawiedliwia wszystko). No i poświęcił, ślub wziął, wesele alkoholowe zrobił, bo nie potrafił niestety wykazać wyższości swej krucjaty nad polską „musi być” tradycją. Dziecko się urodziło, kontakt się osłabił, wieści z tamtej strony przestały zbyt często przychodzić. Oczywiście nadal wiedzieliśmy, że państwo młodzi mają bardzo poważne podejście do wiary i do nauczania Kościoła i że Bóg jest najważniejszy.

Tym większym szokiem było dla nas to, że owi państwo, po urodzeniu maleństwa, zdecydowali się na korzystanie z antykoncepcji mechanicznej. Źródło niezwykle wiarygodne – pewna sieciowa notatka samej panny młodej. Jak ujęła to w owej notatce: od urodzenia korzystają z gumek połączonych z NPR i póki co przynosi rezultaty pozytywne. Dodam, dla ścisłości, że jeszcze parę lat temu znajomy był absolutnie przekonany, że żadnej antykoncepcji, choćby się skichał…

Prawdopodobnie państwo nadal mają się za katolickich wiernych, nadal chodzą do kościoła i przyjmują Pana Jezusa, choć do niedawna wiedzieli, że tym samym dopuszczaliby się świętokradztwa. Tego wszystkiego jednak nie jestem pewien. Tak jak tego, że prędzej czy później w ich związku pojawi się ktoś trzeci. Ale przypuszczam…

I jak tu wychować potomstwo po katolicku…?

Inna znajoma skończyła teologię i stanowiła dla mnie autorytet niepodważalny. Silnie argumentowała przeciwko mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Aż do momentu, gdy postanowiła zamieszkać z żonatym mężczyzną (który stara się o stwierdzenie nieważności małżeństwa). Już dziś są zaręczeni, a co tam się dzieje, tego nie wiem…

Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć, że z nim nie jest podobnie? Że i on nigdy, dla „większego dobra” nie odstawia Boga na bok, by dać sobie pozwolenie na łatwiejsze życie? Sądzę, że każdy coś takiego kiedyś przeżył. I ja pamiętam, jak w sobotę szedłem na imprezę podrywać dziewczyny, a w niedzielę do kościoła, do Komunii, ale niekoniecznie do spowiedzi. Skończyło się na zaproszeniu pewnej dziewczyny na randkę, pierwszą dodajmy, na której doszło do namiętnego pocałunku. Do niczego więcej – dzięki Bogu. Dopadły mnie wówczas wyrzuty sumienia i wreszcie poszedłem do konfesjonału. Tej dziewczyny nigdy więcej nie spotkałem. Za to kilka dni później po raz pierwszy umówiłem się z Inką, w której widać było działanie Boga. Razem tego Boga odnaleźliśmy, a nieco ponad rok później byliśmy już małżeństwem.

Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby się nie potykać. Żeby nigdy nie błądzić, nie gubić drogi. Chodzi o to, żeby nie słuchać świata, tylko sumienia. Więcej jeszcze – jeśli sumienie podpowiada nam inną drogę, niż nauka Boża, to chodzi o to, żeby dostosowywać swoje życie do Bożej nauki. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12, 2). My, ludzie mądrzy, inteligentni, wolni, mamy za zadanie przemieniać swój umysł, swoje sumienie tak, by były zgodne z Bożym objawieniem. A nie udawać wspaniałego, najmądrzejszego na świecie katolika, który używa prezerwatyw i leków homeopatycznych, śmiejąc się publicznie, że w tym podobno siedzi szatan, więc zostanie się ekskomunikowanym.

I mogę zabrzmieć butnie i wyniośle, ale powiem: mnie się udało. Raz, może drugi i trzeci. Ale pokonałem swoje głupie myślenie i włączyłem się w ścieżkę Bożego objawienia. Nie udaję dobrego katolika. Wiem, że do perfekcji mi jeszcze daleko, ale obelgi skierowane w stronę mnie i mojej żony, takie jak „święta rodzina” czy „nadludzie” traktuję jak komplement. Bo właśnie Bóg powiedział mi: to jest dobre, ale to złe. A ja powiedziałem: dobrze, Panie Boże. I nie wiem, czy będę zawsze wybierał dobrą drogę. Czy nigdy nie zagłębię się w grzech tak bardzo, że zacznę go odczytywać jako dobro, a Kościół jako zacofany. Ale dziś jestem spokojny. Poznaję wolę Bożą co do mnie i staram się żyć zgodnie z nią. A naukę Kościoła staram się zrozumieć, zamiast odrzucać jako przestarzałą. Czy może raczej jako niewygodną…?

Ustąpmy raz, dajmy się złamać drugi, a potem pójdzie już całą lawiną. Nie zatrzymamy jej. Nadal będziemy mieli się za sprawiedliwych, udając że wszystko jest w porządku. Przyjmując Jezusa Chrystusa w Eucharystii, jak gdyby nigdy nic. Albo rezygnując z tego, dla jakiegoś wyższego dobra. Czyli dla własnego niepohamowanego egoizmu…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Siedemdziesiąt siedem

Ciągle zaczynam od nowa,
Choć czasem w drodze upadam.
Wciąż jednak słyszę te słowa:
Kochać to znaczy powstawać.

Nie wiele osób zainteresowanych mym aktualnym kryzysem (o bosh… ależ on wiecznie narzeka i narzeka na swój podły los!) odwiedza mego bloga. Tam, gdzie właśnie mnie nie lubią, nie zdążyłem się zareklamować. To chyba dobrze.

Znów popełniłem błąd. Nie jeden, ale o jednym powiem. Znów dałem się głupio sprowokować i znów najpierw się odezwałem, a potem dopiero zastanowiłem się nad konsekwencjami.

Przeprosiłem. I dostałem odpowiedź: „Ja Ci mogę wybaczyć. Co nie znaczy, ze bedę Cię traktowac jak normalnego użytkownika. Bo wybaczenie nie oznacza zaczynania na nowo.” Po przeczytaniu tej odpowiedzi usłyszałem w głowie słowa wyżej wymienionej pieśni oazowej. I postanowiłem napisać notkę.

Bo jeśli wybaczanie nie oznacza zaczynania na nowo, to nie jest wybaczaniem. Owszem, wybaczyć nie znaczy zapomnieć. Ale nie zapomnieć nie znaczy również rozpamiętywać. Człowiek, który popełnia grzech, idąc do spowiedzi otrzymuje od Boga wybaczenie. I za każdym razem zaczyna od nowa. Od nowa. Od nowa.

„Wtedy Piotr wysunąwszy się naprzód powiedział: Panie, ile razy mam przebaczać memu bratu, gdy zawini wobec mnie? Czy aż siedem razy. A Jezus odpowiedział: Nie mówię, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.” (Mt 18, 21-22).

Tak, ta notka miała powstać. Już od jakiegoś czasu miałem ją napisać. Ale nie miała mieć tak osobistego wydźwięku. Nieważne.

Jezus powiedział, by wybaczać siedemdziesiąt siedem razy. A to oznacza: bardzo wiele. Sam dał na to dowód, wybaczając Piotrowi i innym, a także nam wszystkim, umierając na krzyżu. Nam wszystkim po wielokroć.

Uczmy się wybaczać, tak jak wybaczał Chrystus. Wybaczać i dawać drugą szansę. Drugą szansę na nowe życie. Bo jeśli przekreślimy człowieka, który zrobił nam krzywdę, to może być dla niego koniec. Tak jak dla Ciebie końcem byłoby to, gdyby Jezus powiedział Ci: nie jesteś godzien by zacząć od nowa. A jednak „ciągle zaczynam od nowa”. Siedemdziesiąt i siedem razy.

Dajcie mi szansę…

Chciałem Ci w chwilach uniesień
życie poświęcić bez reszty.
Spójrz, moje ręce są puste,
stoję ubogi, ja grzesznik.
Przyjm jednak małość mą, Panie,
weź serce me, jakie jest.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 11 Komentarzy

Mamy czas…?

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” To prawda. Jednakże…

Jezus chodził po świecie i mówił do ludzi. Podszedł jednego dnia do celnika zwanego Mateuszem i powiedział mu: Zostaw swój majątek i pójdź za mną. Ten natychmiast porzucił wszystko i zrobił to, co Pan mu nakazał.

Jak wygląda nasza wiara? Czy jesteśmy tacy jak celnik Mateusz, który porzucił wszystko i na zawsze, w całości oddał się woli Pana? Jak wygląda nasze życie? Nasze dążenie do świętości? Czy już zostaliśmy wiernymi sługami Jezusa? A może mówimy sobie: „Jeszcze nic nie wiem. Jeszcze jestem młody/młoda. Jeszcze nie zdążyłam/em dorosnąć do tego, by swe życie poświęcić Bogu. Mam czas, mam czas, mam czas…”

Były sobie panny. W zasadzie było ich 10 – połowa była mądra, a połowa głupia. Wszystkie czekały na Oblubieńca, aby przyjąć Go i ugościć. Aby dostać się na Jego ucztę weselną. Z tym, że te głupie stwierdziły, że mają czas, wszak jeszcze wczesna godzina, komu by się spieszyło, można przespać parę chwil. Tylko się zdrzemnąć. Pozostałe w tym czasie udały się do sklepu, po oliwę do lampy, by cały czas być gotowe.

W zasadzie żadna z nich nie spodziewała się, że Oblubieniec przyjdzie JUŻ. Ale przyszedł. Wstały głupie panny i powiedziały: „Matko, ojcze i wszyscy inni! Toż my jeszcze nie gotowe! Wszak tyle czasu mamy!” Ale czasu już nie było. Wszedł Oblubieniec, zaprosił mądre panny na wesele. Głupie w tym czasie pobiegły szukać oliwy. Ale już było za późno.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

„I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13, 6-9). Bóg mówi nam w tej przypowieści, że ma cierpliwość nad swymi sługami. My jesteśmy drzewkiem. Drzewkiem, które od lat myśli, że ma czas. Że jeszcze nie pora. Że Bóg poczeka, wszak jest cierpliwy. Wszak jest dla Niego ważne to, żebyśmy byli zbawieni, więc nie stanie mi się krzywda gdy jestem pod wpływem grzechu. Poczekam, nie pójdę do spowiedzi. Jestem pod wpływem grzechu, ale nie myślę nad tym, by go zdjąć. Dziś, jutro, za rok. Mam czas, mam czas, mam czas…

„A jeśli nie, w przyszłości możejsz je wyciąć.” Bóg jest łaskawy i miłosierny. Ale dla Niego czas nie istnieje. Wobec Niego każda chwila jest wiecznością. Każda stracona chwila jest straconą wiecznością. Nie jesteś gotowy/gotowa? Jutro może być o jedno jutro za późno, by stać się gotowym. Jutro sklep z oliwą może być zamknięty. Może jednak wydamy wreszcie ten owoc, jeśli tak uparcie obkładają nas nawozem. Choć już trzy lata nie ma z nas pożytku.

Jeden z moich wspaniałych kolegów z Seminarium, bardzo wierzący i zdolny do nauki, ostatnio wyszedł na chwilę. Ma raka płuc. Nigdy nie palił papierosów. Nie wiem co przeżywa, jak to dla niego wygląda. Ale jak go znam, nie oskarża Boga. Przecież nigdy nie wiemy, kiedy Pan Bóg przyjdzie.

Masz czas? Ja go nie mam. Każda chwila w oddaleniu od Boga jest wystawianiem Go na próbę. „No, przecież nie zrobisz mi nic. Przecież mnie kochasz!” Nie pamiętacie: „Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.” (Łk 4, 12) To od Boga, nie od nas zależy, kiedy zachorujemy, wpadniemy pod samochód, spadniemy z konia, kiedy umrzemy. I nie mamy prawa mieć do Niego pretensji o to, że przecież nie jesteśmy jeszcze gotowi. Czas nagli. Tylko od nas zależy czy odpowiemy na Jego sygnały.

Mamy czas. Mamy czas. Mamy czas…?

Nie. Nie mamy.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 18 Komentarzy

Zabiłem Boga

To było dawno.

Prawie dwa tysiące lat temu.

No dobra, w zeszłe wakacje też. I tydzień temu. No okej, dziś do południa również. I jutro przed śniadaniem…

Nic mi nie zrobił. Był dobry, mówił o miłości, o zbawieniu. Cuda czynił, ludzi zmieniał. Nie bronił się, gdy zadawałem ciosy. Chyba dlatego było tak łatwo. Dlatego nie miałem problemów z wbijaniem w Niego noża.

Najpierw spotkałem Go na ulicy. Mówił do ludzi, twierdził że trzeba się uczyć pokory. Że należy nadstawiać drugi policzek, gdy Cię uderzą. Śmiałem Mu się w twarz. Nieźle Mu się ode mnie dostało. A On nic nie zrobił, nic nie odpowiedział, tylko mówił dalej. Dalej się modlił. To BYŁO wkurzające…

Ale potem spotkałem Go jak szedł pod górę. Był półnagi, na plecach niósł krzyż. Podszedłem i krzyknąłem, że miał nas zbawić, że miał pokazać nam Królestwo. Znów nic nie odpowiedział. Plunąłem Mu w twarz. Kilka razy. Na początku myślałem, że to przyjemne. Potem pojawiły się wyrzuty sumienia. Plułem więc dalej, próbując je zagłuszyć. Na wszelki wypadek kopnąłem Go jeszcze. Niech ma, bezczelny! I poszedłem za Nim.

Wprowadzili go na górę siłą niemal. Wziąłem od nich gwoździe i pokolei wbijałem, sprawiając ból. Było mi trochę przykro. A trochę wesoło. Miło czasem popatrzeć, jak ktoś cierpi. Niewinnie. Potem Go wykończyłem. Aby wykończyć. Zabić. Zabić wyrzuty sumienia. Zabić swoje myśli. Za chwilę już nie żył.

Kłamstwo, cudzołóstwo, aborcja, samogwałt, pijaństwo, złe myśli, intencje, zainteresowania. Grzechy przynoszące cierpienie. Mnie, Tobie. Zabijające Boga.

Tak, zabiłem Boga.

Wcale nie jest pocieszającym fakt, że byliście tam ze mną. Że Wasza wina nie jest mniejsza niż moja.

Jest jednak coś, co pociesza. To, że zrobił nas w konia. To, że trzeciego dnia zmartwychwstał. Mogłem Go przeprosić. A On powiedział: nie ma sprawy…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 Komentarze

Cierpienie ma sens

Notkę piszę na prośbę Iluvromance. Bo sprawa cierpienia zawsze dotyka nas. Każdego z nas. I często jest tak, że człowiek który wierzy w zbawienie, w miłość i miłosierdzie, ugina swą wiarę pod brzemieniem bólu. Pod naciskiem cierpienia które zjawia się ni stąd ni z owąd i rzeczywiście staje się czymś nie do zniesienia. Czy jednak rzeczywiście rzeczywiście?

W Piśmie Świętym na temat cierpienia odnajdujemy całe mnóstwo różnych fragmentów. Choćby cała Księga Hioba mówi nam o sensie cierpienia niezawinionego. Ale to nie jest odpowiedź na nurtujące każdego pytanie: „Dlaczego ja, on, ona, ci ludzie od tsunami”? Nie najlepsza ze wszystkich. Jak zawsze najlepszą odpowiedź znajdziemy w Ewangelii. „Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24) Jezus mówi wyraźnie, bez żadnych domysłów, bez zagadkowości: chcesz iść za Nim, być świętym, być zbawionym – musisz wyrzec się wszystkiego, także siebie samego i cierpliwie znosić swoje udręki. Ten krzyż właśnie.

Pukacie się po głowie. To śmieszne! Jak można być tak okrutnym, by kazać swym uczniom brać krzyż (który wtedy był symbolem najgorszej kaźni i największego upokorzenia) i nieść go przez całe życie? Zapominamy jednak o tym co podane na końcu tego wiersza: „I niech Mnie naśladuje”. Tak! Naśladuje Chrystusa! Bo On nie każe nam robić czegokolwiek czego sam przed nami nie zrobił. Nie każe nam przyjmować na siebie swych cierpień nie pokazując nam wcześniej jak należy to zrobić. Jezus Chrystus, prawdziwie człowiek i przawdziwie Bóg, pokazał nam jedyną możliwą drogę do zbawienia. Drogę pełną cierni i trudności. Drogę wysłaną bólem i cierpieniami. Taką, której nie przejdziemy jeśli nie schylimy głowy i nie poddamy się spotykającym nas udrękom. Ale zaraz, przecież przyjmować na siebie cierpienie nie oznacza chować głowę w piasek (że się zwrócę w stronę jednej z poprzednich moich notek). Naśladować Chrystusa znaczy walczyć o zbawienie dusz, wiedząc że czeka cię przez to wiele cierpienia które będziesz musiał na siebie przyjąć. Na które nie będziesz mógł narzekać. Cierpienia, które czasem będziesz musiał znosić w pojedynkę… Czy w pojedynkę? Nie! Zawsze jest z Tobą Chrystus, który to samo przeszedł przed Tobą.

No dobrze, ale dlaczego do zbawienia nie prowadzi ścieżka usłana różami? Dlaczego na każdym kroku ciernie wbijają się nam w stopy? Wyobraźmy sobie gdyby tak nie było… Gdyby każdy miał w życiu dobrze, gdyby nikt nikomu nie dokuczał. Gdyby wszystko szło z górki… Czy byłoby nudno? Niekoniecznie. Bo i nie w tym rzecz. Z całą pewnością coś takiego jak pokora bardzo szybko by zniknęło. Pokora wobec siebie. Pokora wobec drugiego człowieka. Pokora wobec świata. Wreszcie pokora wobec Boga. Gdyby wszystko było piękne i nieskazitelne, bardzo szybko poczulibyśmy się sami swoimi własnymi bogami. Spójrzmy na historię osób które tak miały. Którym wszystko szło z górki. Nie chcę wskazywać palcami ale minione stulecie miało na koncie przynajmniej kilku takich osobników. Takich, którzy czuli że wszystko idzie po ich myśli. Zwyrodnialców…

Zajrzyjmy na pierwsze strony Pisma Świętego. Historia znana i wyświechtana. Adam i Ewa zjadają jabłko (czy inną brzoskwinię), tym samym popadają w grzech wraz ze swym całym potomstwem i zostają wygnani z raju, popadając w cierpienia. Ale czy musimy na nich patrzyć jak na winnych naszego cierpienia? Z pewnością nie! Wystarczy że spojrzymy na nich jak na siebie. Że spróbujemy zobaczyć siebie w roli któregoś z nich. Nich, którzy mieli wszystko. Którym wszystko szło z górki. I oni właśnie chcieli mieć jeszcze więcej. Pokora, jeśli w ogóle jakaś była, odfrunęła z pierwszym podmuchem wiatru. Zapragnęli być jak Bóg. I skazali się na cierpienia. Właśnie! Bo to nie była Ewa, to nie był Adam. To było każde z nas! Z nas, którzy, gdy mamy za dobrze, odwracamy się przeciwko Bogu. Sami wpędzamy się we własne cierpienia…

Ciekawe jak ja szybko zmieniam temat. Raz jest o zbawieniu przez cierpienie, raz o źródle tego cierpienia. Ale to wszystko łączy się w jedną całość. Bo dzięki cierpieniu które sami na siebie zrzuciliśmy (nie tylko my na siebie, ale i na innych ludzi. Oni na nas zresztą też) potrafimy się uniżyć przed ogromem Boga i zdać się na Jego łaskę. Na łaskę Tego, który sam wyraźnie powiedział i pokazał: bez bólu nie będzie radości. Bez upokorzeń nie będzie wzniosłości. Bez śmierci nie będzie zbawienia. Dlatego cierpienie ma sens…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 20 Komentarzy

Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!

Na sam początek pragnę przeprosić wszelkich urażonych, Zgredka przede wszystkim. Właściwie nie chciałem poprostu by wypowiadały się osoby luźno związane z tematem przypowieści, a Ty w końcu chyba do nich nie należysz? Rzecz polegała na tym, że Ci nie siedzący w temacie nie mieliby na ten temat za wiele do powiedzenia, nie prawda?

Przepraszam Coexist, że mu nudno. Faktycznie czuję jakby coś odemnie odpłynęło wraz z moim odpłynięciem z seminarium. Nawet zaczynam to rozumieć. Obiecuję, że będę się starał. Nie wiem co z tego wyjdzie.

Notka ta będzie ciężka i nie wiem czy jej podołam. Jest to odpowiedź na prośbę Braka o wytłumaczenie sprawy myśli erotycznych. Pierwszą rzeczą będzie sięgnięcie do samych źródeł…

„Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5, 27-28). Potem jest fragment o wyłupywaniu oka i odcinaniu ręki, znany dobrze każdemu. To właśnie dotyczy myśli erotycznych, choć można powiedzieć – nie do końca. Jezus mówi tu o pożądliwym patrzeniu na dziewczynę. Prosta sprawa – idzie sobie laska w krótkiej kiecce ulicą, a my za nią łyp! okiem… Mam kolegę, dość dobrego nawet, który każdą w miarę dziewczynę wycenia słowami: „Ale fajna! Pyknąłbym ją”. To jest rzecz która drażni mnie u niego najbardziej, jasne jest bowiem, że „już w swym sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa”. To smutna rzecz, nawet nie ze względu na niego samego, ale choćby i na tą dziewczynę, która niczemu nie jest winna że wygląda tak jak wygląda, a tu ktoś, obcy nawet, ocenia ją jako pierwszą lepszą. Nie zaglądając nawet w jej wnętrze. To samo tyczy się choćby dyskotek czy innych imprez na które wychodzimy tylko po to żeby wycenić wartość niektórych dziewczyn, a czasem może wyciągnąć jakąś do toalety. Jednak jeśli to nam się nie uda, należy pamiętać że sama chęć, wola zgrzeszenia już sprawia, że zgrzeszyliśmy. Albo, powiedzmy, oglądanie pornografii, bez problemu może być nazwane takim samym cudzołóstwem. Z prostej przyczyny, że tą kobietę widzianą na zdjęciu z miłą chęcią w myślach gwałcimy…

Ale dobrze, to co napisałem dotyczyło pożądliwego patrzenia na kobietę, a nie myśli erotycznych samych w sobie. No bo cóż jeśli żadnej kobiety nie ma obok, a my kładąc się na przykład wieczorem do łóżka wyobrażamy sobie jakieś sceny erotyczne? I osobą w naszych wyobrażeniach pojawiającą się nie jest np. jakaś konkretna kobieta (ew. mężczyzna), lecz wymyślony ideał? Odpowiedź wydaje się prosta – takie myśli, jeśli pojawiają się z premedytacją i z naszym przyzwoleniem, także są grzechem. Bo nawet jeśli widzi nam się jedynie jakaś nieistniejąca mara, to ona również należy w jakiś sposób do stworzonego przez Boga świata. Posiada zresztą cechy różnych ładnych dziewcząt spotkanych przez nas w życiu, więc nie pozostaje całkowicie anonimową. Tak czy inaczej wyobraźnia nasza pobudzana przez nas do produkowania podniet w takich sytuacjach jest nam powodem do grzechu.

Ale przecież jesteśmy ludźmi, a ludzie mają w sobie coś ze zwierząt! Istnieje w nas coś takiego jak naturalny pociąg seksualny, przez który bardzo często dochodzi do poznania niezwykle ciekawych istot. Czytałem zresztą u ks. Malińskiego, że pociąg seksualny jest jedną z trzech podstawowych cech udanego związku. I nie ma w tym nic zdrożnego. Bo pociąg seksualny, który jest naturalny, nie jest jeszcze pożądaniem. Pociąg seksualny nie jest zależny od nas, wypływa z naszych uczuć, czy, jak kto woli – z naszych hormonów, i mamy na niego niewielki wpływ. Jakaś osoba podoba nam się i już. Tym czasem pożądanie jest już aktem naszej woli. „Chciałbym się z nią przespać” mówimy, co potwierdza, że to nie nasz organizm, a my właśnie chcemy dopuścić się grzechu. Można rzec, że pożądanie jest jakby dalszym stopniem rozwoju pociągu, wzmocnionym naszą wolą. No właśnie – tu jest najważniejsza sprawa. Bo Bóg właśnie dał nam wolność, byśmy mogli o sobie sami decydować. Choćby i w takich sprawach jak pożądanie. Jeśli jakaś dziewczyna mija nas na ulicy i zachwycił nas na przykład zapach jej perfum, możemy wybrać, czy chcemy by pozostała dla nas osobą, czy przedmiotem który „pyknąłbym”. Tak jest – więc jeśli myśli erotyczne same pojawiają się w naszej głowie (rzadko się to zdarza i zazwyczaj na krótko), a my nie chcemy ich rozwijać, lecz wolimy na drugą osobę patrzyć jak na człowieka, nie grzeszymy. Lecz jeśli pielęgnujemy w sobie nasze pożądanie i każdą napotkaną istotę traktujemy jako przedmiot do ulżenia naszemu egoizmowi, nasz grzech jest wielki.

Na koniec dodam jeszcze, by Pytajnik nie miał pretensji, że nasz grzech, jakkolwiek wielki by nie był, traci swą moc gdy go żałujemy i postanawiamy poprawę. Spowiedź, jako sakrament dany nam przez Boga, jest tu oczywiście najważniejsza, lecz bez żalu i postanowienia poprawy nic nie znaczy. Błogosławieństwo Pana z Wami wszystkimi. I zapraszam wszystkich do komentowania ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 28 Komentarzy

Ale dlaczego seminarium?

powołanie2To pytanie zadaje mi każdy człowiek który dowiaduje się, że tu poszedłem. Ciekawa rzecz – że tego dokładnie nie da się wytłumaczyć. Jak powiedziałby nasz rektor: „Najpierw trzeba zastanowić się nad tajemnicą powołania”. No właśnie, co to jest to powołanie i czym się objawia? I tu znów zonk, bo przecież nie umiem odpowiedzieć i na to pytanie. Mam kolegę który mnie podpuszcza. Mówi, żebym się zastanowił, bo może mnie się tylko wydaje że jestem powołany (dodam, że i on jest klerykiem). Ale ja wiem. Skąd? Nie umiem powiedzieć.

Ale jak to się zaczęło? Powiem jak zawsze: byłem wielkim grzesznikiem (i dodam, że teraz jestem trochę mniejszym grzesznikiem) ale jednocześnie niezwykle wrażliwym i wierzącym człowiekiem. Co niedziela byłem w kościele i gorąco się modliłem. A wierzyłem, że jeśli pojawi się dziewczyna, ale właśnie ta jedyna, to dla niej stanę się lepszy. Więc modliłem się o dziewczynę. I nagle, o dziwo, na Lednicy właśnie (wiecie co to Lednica?) poznałem dziewczynę. Mówię tu zwykle, że usłyszałem głos: „Oto ona”, ale nie jestem dziś o tym przekonany. Wiem natomiast, że to był grom z jasnego nieba i że rzeczywiście, natychmiast przeszedłem metamorfozę. Zaczęliśmy się spotykać, a ja nabrałem wdzięczności do niej i do Boga, za ten wielki dar. I dlatego z wdzięczności tej postanowiłem pomóc jej nawrócić się tak, jak ona pomogła mnie. I wziąłem się całym sercem do roboty.

powołanieCiekawostka – lubię niektóre sprawy stawiać na ostrzu noża. I tu postawiłem sprawę. Ponieważ błagałem Boga o tę jedyną, dla której mógłbym się zmienić, i On mi ją dał, to złożę przysięgę – Jeśli nie jest Twoją wolą, Panie, bym był z nią na zawsze, to zostanę na zawsze z Tobą. Nie wynikało to z moich ogromnych chęci zostania kapłanem (Boże zachowaj, mówiłem wtedy), lecz z wielkiego zaufania Bogu. I tak minęły 3 miesiące i nagle… ona zrywa. Ja sobie myślę: o qrczaki, ale żem strzelił gafę z tą przysięgą. Pójdę do jakiegoś kapłana i poproszę żeby ją zdjął ze mnie. I po chwili: To dlaczego ja przysięgałem? Czy jestem aż tak niesłowny? A może Bóg chce mnie sprawdzić? I tym samym wytrwałem. Okazało się, że Bóg nie tylko chciał mnie sprawdzić, lecz też dać mi czas na ułożenie we mnie powołania. Po tygodniu bowiem rozłąki wróciliśmy do siebie. I ja, jeszcze bardziej wdzięczny, jeszcze mocniej przykładałem się by jej pomóc… A potem poczułem niedosyt – za mało wdzięczności. Jednocześnie niespodziewanie zaczęły pojawiać się osoby proszące o rozmowę. I ja, odwdzięczając się Bogu, zacząłem pomagać innym ludziom. Tym czasem popełniłem ogromną gafę – zaręczyłem się. Nie, same zaręczyny nie były gafą, gafą było moje nastawienie „wszystko albo nic”, czyli albo jesteśmy ze sobą na całego albo to nie ma sensu. Myślałem zresztą, że ona jest już nie tyle nawrócona (choć wówczas tak to nazywałem) lecz wyrzeźbiona do moich planów. Bo zgodziła się na ślub. Ja już snułem plany dotyczące ewangelizacji świata we dwoje, pomagania ludziom w imię Boga (nawet myślałem czy nie przejść na protestantyzm, bo to powołanie już się we mnie gotowało), kiedy nagle ona stwierdza, że nie jest gotowa na ślub i że ma swoje życie i chce je przeżyć po swojemu. Co? Byłem w szoku, a przecież nie było powodu żeby się szokować. Próbowałem ze swojej narzeczonej uczynić narzędzie („pomocnik” to zbyt piękne słowo) w wykonywaniu swych planów i idei. Planów niezwykle szlachetnych, to prawda, lecz jakże bardzo moich. I raptem zacząłem rozumieć Judyma z „Ludzi bezdomnych” i jego zerwanie z Joasią (o tym może kiedy indziej). Rozstaliśmy się. I wtedy poczułem, że nie chcę zdejmować żadnej przysięgi. Że nie pragnę uciec przed odpowiedzialnością za podjęte wybory. Ba, poczułem wręcz, że ta przysięga nawet przestała mieć jakieś większe znaczenie. Poprostu poczułem, że jestem powołany. Kolejne pół roku było męczarnią – nie dość, że kłębiły się wątpliwości, to jeszcze zaczęły się pojawiać dziewczyny których nigdy nie było… Ale o tym też innym razem. Bo oto jestem klerykiem i przyjąłem jednak to, o co Bóg mnie poprosił.

Nie wiem, czy nie pomyślicie tutaj tego, co większość ludzi sobie myśli: „Poszedł do seminarium bo zerwała z nim dziewczyna”. Myślcie sobie co chcecie. Obiecuję modlitwę.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze