Posts Tagged With: Harry Potter

Bo Spike

„Diabeł nosi pumpy, pentagramy na portkach, diabeł lubuje się w czarnych kolorach. Czarny jak piekło, czerwony jak ogień, demoniczne dziwne rzeczy. Lecz niczego się nie bójcie”.

Tak w pewnym internetowym hicie VJ Dominion zinterpretował słowa księdza Natanka, znanego ze swoich kontrowersyjnych słów odnośnie subkultur, japońskich animacji, gier komputerowych i ich powiązań z diabelskimi mocami. I choć ksiądz Natanek utracił pozwolenie na wypowiadanie się w imię Kościoła, to wielu katolików, w nieco może mniej kontrowersyjny sposób podąża za głoszonymi przez niego hasłami. Rozglądają się wokół i wszędzie widzą diabła, wszystko może być źródłem opętania. Tak oto ksiądz Aleksander Posadzki ostro walczy z przejawami magii, np. z Harrym Potterem, Małgorzata Nawrocka pisze powieści antymagiczne, dorośli ludzie odchodzą od czytania dzieciom bajek, bo tam jest magia. Oczywiście to jest ta „dobra” magia, w odróżnieniu od „złej” magii Pottera, bo to magia bajkowa, ale dziś wróżka dziecku może się kojarzyć z wróżbitami z telewizji, a nie z matką chrzestną Kopciuszka. Hello Kitty to już legenda – jej twórca miał podpisać pakt z demonem, by leczyć chorą córkę, albo – z innej strony – postać nie ma ust, bo miała być stworzona na podstawie dziewczynki, której zaszyto usta. Choć Wikipedia twierdzi, że twórcą Hello Kitty jest wiekowa w tej chwili kobieta…

„Podejrzane bransolety, Chińskie maski, amulety, Demoniczne Pokemony, Seksualne gry-potwory, Harry Potter, Quake, Diabolo, Techno albo metal. Wszystko to diabelskie. Lecz niczego się nie bójcie…”

O Pokemonach było głośno parę lat temu. Małe, pluszowe stworzonka pojedynkujące się między sobą na różne moce. Gatunki muzyczne – metal czy techno jako źródła opętania. Mówił o tym ksiądz Natanek, ale nie są to wyłącznie jego słowa. Ostatnio doszły do tego kucyki z kreskówki „Mój mały kucyk”. Podobno i w nich ukryte są treści satanistyczne. Gdy trafiłem na podobny wątek na którymś z forów, zobaczyłem jako dowód zdjęcie Spike’a. Spike, dla niewtajemniczonych, jest kucykowym smokiem. Właściwie małym, sympatycznym smoczkiem, nikomu nie robiącym krzywdy. Ale smok to smok…

„Oj dana dana, posłuchałem szatana
Oj dana dana, posłuchałem szatana”.

satanizm_w_bajkach

Dla mnie to jest wszystko pomieszanie z poplątaniem. Smok, choć biorąc pod uwagę szeroko pojętą kulturę judeo-chrześcijańską, jest symbolem diabła, to jednak nasza kultura zdążyła dojść do zrozumienia, że symbol jest tylko symbolem. Nie uosabia tego, co symbolizuje. Dlatego na przykład sakrament nie jest symbolem sensu stricte, bo jest sposobem przekazania, a nie tylko ukazania rzeczywistości. Smok zaś pozostanie symbolem, tak jak jest nim wąż. A przecież wąż sam z siebie nie jest diabłem. Spike to postać smoczka dobrotliwego, czasem złośliwego czy wrednego, ale zdecydowanie nie diabelskiego. I samo to, że smok występuje w Kucykach (a nie jest to jedyny smok w tej bajce) nie sprawia, że Kucyki stają się satanistyczne. Inna sprawa, że My Little Ponny miało już setkę serii i odsłon. Jak byłem dzieckiem, sam bardzo lubiłem oglądać Kucyki, miałem nawet film na wideo. Tamte kucyki były bardziej koniowate, miały przyjaciół-ludzi i wrogów-czarownice („Potniej, wilgotniej, rapet papet”) i były zdecydowanie bardziej bajkowe. Dziś Kucyki muszą się nawalać, kłócić, prawić złośliwości i walić w drzewa. Takie czasy, takie obyczaje. To, mimo wszystko, nie sprawia, że teraz nagle Kucyk jest przedstawicielem szatana w telewizji. Nawet jeśli pojawiają się w tej bajeczce magiczne sztuczki…

Harry Potter to jeszcze inna sprawa. Odkąd się pojawił, sprawiał trudności interpretacyjne. Chłopiec, który okazuje się nie być zwykłym dzieckiem, lecz czarodziejem. Zdobywa magiczną różdżkę, która pomaga mu skupić i wydobyć posiadaną przez niego moc. Jest zwykłym, choć magicznym, chłopcem – ma swoje wady i zalety, lubi szkołę jak przeciętny uczeń, czasem oszukuje lub ściąga na klasówkach – nie jest bohaterem-herosem, lecz zwykłym chłopcem. Przeciwnicy Pottera twierdzą, że książka próbuje przekonać dzieci, że magia jest fajna. Moim zdaniem książka przekonuje dzieci, że magia jest fajna w książce. Że, być może, fajnie byłoby być sobie takim magiem w szkole magii i czarodziejstwa, ale fajnie przecież byłoby też być sobie Anią na wyspie Księcia Edwarda albo dzielnym Pilotem Pirxem. Tylko to wyłącznie książka, autorska fantazja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Autorka, pisząc książkę, wcale nie próbowała przekonać dzieci, że teraz należy poszukać sobie różdżki i zacząć parać się magią. To wyłącznie fantazja.

Zarzuca się Harry’emu Potterowi, że nie ma w nim wyraźnego rozgraniczenia między dobrem, a złem. Prawda jest taka – co już napisałem – że nie ma tu superbohaterów, którzy walczą z superwrogami. Harry i jego koledzy mają wady, popełniają błędy, czasem kombinują jak przeciętni nastolatkowie. Jednak nikt nie musi być idealny, żeby być dobrym. A oni są dobrzy, mają złego wroga, który próbuje zapanować nad światem. Walczą z nim, aż wreszcie go pokonują. Zwycięża dobro, które może czaruje, ale to nie jest satanizm – to tylko świat fantasy! Zwycięża przyjaźń. Ostatecznie wręcz pomocną dłoń wyciąga się nawet w stronę szkolnego wroga, który bruździ i często pokazuje złą wolę, ale ostatecznie okazuje się być kimś wartym ocalenia. Harry Potter to książka o dobru i przyjaźni, o wspólnych celach i ideałach, nawet jeśli przykryta magicznym kocykiem.

Zarzuca się wreszcie Harry’emu, że promuje okultyzm, zawiera bowiem opis rzeczywistych praktyk okultystycznych. Przywołuje się w tym miejscu sławetną scenę z części czwartej, z „Czary Ognia”, gdzie na cmentarzu odbywa się rytuał przywrócenia do życia Lorda Voldemorta. Proszę Państwa, nawet jeśli to rzeczywiście jest prawdziwy rytuał okultystyczny, to co to oznacza? Czy ma on namówić nas do służenia diabłu, do składania ofiar na cmentarzu? Przecież to scena, w której wróg próbuje ujarzmić naszego bohatera i wykorzystuje go celem odzyskania sił. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ja piszę opowieść o prawdziwych chłopcach porwanych przez prawdziwych satanistów, celem dokonania prawdziwego rytuału okultystycznego. Czy, przez samo to, że opiszę to, stwarzam książkę satanistyczną i wołam diabła? Nie! Przecież nie piszę tego, by kogokolwiek namówić do okultyzmu, lecz by podkreślić grozę i potrzebę walki z taką sytuacją. Również Harry Potter walczył z odradzającym się Voldemortem, który był zły, demoniczny i musiał odrodzić się właśnie w tak demoniczny sposób. Czy pisząc o Adolfie Hitlerze powinienem opowiadać, że kupował swoim więźniom kwiaty i dawał podjeść, czy pisać o obozach koncentracyjnych i grozie sytuacji? Właśnie demoniczność Voldemorta sprawia, że trzeba skupić wszelkie siły na pokonaniu go.

Przejdźmy do książki Zmierzch. Stephanie Meyer stworzyła kolejny nieistniejący, choć umieszczony w ramach naszego, świat. Są tu wampiry i wilkołaki – jak w setkach ludowych podań z różnych zakamarków świata. Z tym, że te wampiry świecą w słońcu, zamiast się palić. Nie ma tu mowy o żadnym rytualnym piciu krwi. Nie ma mowy o rytualnych mordach. Szkodliwość książki nie polega na uwielbieniu wampiryzmu. Wampiry w tej książce zostają „wegetarianami”, a więc żywią się krwią zwierząt. Są „przeklęci” nie z własnej woli i decydują się na pomoc innym, zamiast szkodzić. Wielokrotnie podkreślają swoje zasady (np. ślub jako podstawa związku dwójki ludzi). Zastanawiają się, czy w ogóle posiadają duszę. To są naprawdę poważne problemy egzystencjalne – i ja nad tym zastanawiam się, np. czy gdyby powstała sztuczna inteligencja równa ludzkiej, to miałaby ona duszę? Szkodliwość książki polega wyłącznie na poddawaniu dziewczętom pod rozważanie możliwości znalezienia mężczyzny idealnego, jakim miałby być Edward, zamiast szukać prawdziwej, nieidealnej miłości. Ale sam wampiryzm w powieści pani Meyer nie jest szkodliwy, a już z pewnością nie jest diabelski.

Inaczej (niż z Kucykami) sprawa się ma jednak z kreskówką, która pojawiła się w telewizji ostatnio. Nosi ona tytuł Tree Fu Tom i zaniepokoiła niezależnie mnie, moją Żonę i dwójkę znajomych. Tam jak w Kucykach, pojawia się magia. Tak jak i w Harrym Potterze. Ale różnica jest zauważalna. Bajka o Tomie naprawdę zachęca do czarowania. W odcinku pojawiają się sceny, w których chłopiec, aby móc czegoś dokonać, potrzebuje przepływu mocy. Dlatego zachęca dzieci do stanięcia naprzeciw ekranu i poruszania się na różne sposoby, by wydobyć moc. Następnie, kiedy moc jest już wydobyta, dzieci mają ułożyć ręce tak, by przesłać moc Tomowi, a on ją później wykorzystuje. Szkodliwość tej techniki natychmiast jest widoczna. To nie jest bajka o magicznym, nieistniejącym świecie, to nie jest tylko czysta fantazja. To nieistniejący świat, który działa dlatego, że dzieci stają się jego bezpośrednimi uczestnikami. Który namawia dzieci do praktyk magicznych, które oczywiście w prawdziwym świecie są szkodliwe. Ponieważ naprawdę mają bezpośredni związek z prawdziwym diabłem. Wyczarowywanie mocy w rzeczywisty sposób i w rzeczywisty sposób przesyłanie jej do bohatera filmu naprawdę jest niebezpieczne. Dlatego nasze dzieci nie oglądają Tree Fu Toma – ponieważ realnie namawia do praktyk okultystycznych.

No dobrze – zapytacie – ale w takim razie jak to się ma do zabawy w magię? Przecież pół podwórka za naszych czasów bawiło się w ekologiczne gierki rodem z Kapitana Planety. Wszyscy mieliśmy pierścienie i wzywaliśmy moce żywiołów. Otóż różnica polega na tym, że to była tylko zabawa, w nieprawdziwe historie rodem z kreskówek. Czarowanie zaś na modłę Toma czy kogokolwiek innego przestaje być zabawą. Dzieci myślą, że Tom naprawdę potrzebuje ich pomocy. Że mają realną możliwość tworzenia mocy i przesyłania jej do telewizora. Dzieci nie bawią się w magiczne sztuczki – one czarują naprawdę!

Podobnie się ma sprawa z graniem w przeróżne gry RPG, zwłaszcza te fabularne, słowne, ustne. Sam jestem mistrzem gry (tak się nazywa osoba prowadząca sesję RPG) i lubię wymyślać różne przygody w świecie fantasy. Piszę też opowiadania, w których pojawia się temat magii. Gra w RPG jednak, w tym również wcielanie się w przeróżne postacie – także postacie magów – należy do świata fantasy. Grając magiem, udaję, że jestem magiem, udaję, że czaruję, choć naprawdę wiem, że to tylko fantazja. W momencie, w którym przestaję to kontrolować i zaczyna mi się zdawać, że te światy się przeplatają, powinienem natychmiast przestać grać w RPG.

RPG jest dla dorosłych, myślących ludzi. Nie dla dzieci, które mogą identyfikować się za bardzo z postacią. Jeśli gramy kapłanem kultu niemonoteistycznego, pamiętamy, że naprawdę Bóg jest jeden. Ciężko byłoby, moim zdaniem, wyobrazić sobie w ogóle świat, w którym nie ma Boga, bo jest ich wielu. Bóg jest jeden, tu czy tam, a kult politeistyczny uprawiano zawsze. Zresztą czy nie możemy sobie wyobrazić, że istnieje świat, w którym naprawdę jest wiele bóstw – są to stworzenia, mające nieco leprze umiejętności niż ludzie. I u Tolkiena w Śródziemiu było to samo. Gandalf był chociażby Majarem, posiadał moc wielokrotnie większą od ludzi. Nad Majarami byli zaś Valarowie. A od Valarów większy był tylko Eru, zwany Iluvatarem. Czyli Bóg. Jeśli „święty”, wywyższany w kręgach Kościoła Tolkien mógł sobie stworzyć plejadę bóstw, czemu mamy z góry wykluczać wszelkie fantastyczne światy, w których panuje wielobóstwo? Nie mamy obowiązku tego robić, jeśli podkreślimy, że nad tym wszystkim zawsze musi być ten sam Bóg.

Do wszystkiego musimy podchodzić z rozsądkiem. Nie każdy świat, w którym wyobrazimy sobie magię, jest światem satanistycznym. Nie każdy smok jest ucieleśnieniem szatana. Nie każdy czarodziej namawia nas do praktyk okultystycznych. Nie każdy wampir spożywa rytualnie krew. Zanim coś opiszemy i potępimy, najpierw się z tym zapoznajmy. Ja obejrzałem Tree Fu Toma i odrzucam. Poznałem nekromancką historię Monster High i trzynaście razy zastanowię się, zanim pozwolę córce to obejrzeć. Ale nie widzę nic złego w Hello Kitty. To, że dziewczynki wariują na jej punkcie nie świadczy o mocy szatana, tylko o mocy dobrego marketingu i świetnej reklamy. Podobnie, jak jeszcze niedawno było z Pokemonami (które oglądałem ja i mój zmarły kolega-kleryk Jakub Płusa, o którego beatyfikację zamierzam się starać). Nie szukajmy diabła wszędzie, gdzie można szukać. Podejdźmy do tego z rozumem – wszak po to mamy rozum.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Powołanie do życia w świętości

„Nie lubię tytułów”. Taki tytuł nadała swego czasu jednej ze swoich notek Serafinka. A ja się zdziwiłem. Przecież tytuł to jest jedna z najważniejszych spraw. Tytuł musi przyciągnąć, często niektóre rzeczy czyta się właśnie ze względu na chwytliwy, ciekawy tytuł. Tytuł może być nawet kontrowersyjny, by przyciągnąć czytelników (tytuł mojego poprzedniego bloga był tak kontrowersyjny, że uznano go za ubliżający seminarium – „stuknięty” kleryk). Ja bardzo lubię tytuły.

Ale co ma tytuł tej notki wspólnego z moim, trochę przydługim, wywodem o tytułach? Otóż w komentarzach do poprzedniej notki poinformowałem, że napiszę notkę o tytule mojego bloga. „W Obronie Życia i Świętości”. Bo to, czemu w adresie jest Gnorofex, jest mało ważne. Gnorofex jest to nazwisko Artdico. Artdico Gnorofex. Dlatego gdy założyłem nowego bloga zostałem oskarżony o małą oryginalność. Jednak pomyślmy o tym życiu i świętości.

Życie i świętość mają dwa różne znaczenia. A jednak w moim przekonaniu można postawić między nimi znak równości. Jedno bez drugiego istnieć nie może. Dlaczego? Bo tak naprawdę tylko życie w świętości ma sens. Tylko ten, kto przestrzega Bożego prawa, kocha Boga i bliźniego, dla kogo godność ludzka jest na pierwszym miejscu, tylko ten żyje naprawdę. Ktoś pełen grzechu, kto pluje na innych i myśli tylko o sobie, albo co więcej, nawet o sobie nie myśli, choćby oddychał, trawił, choćby jego serce biło, tak naprawdę od dawna jest martwy. No dobrze, wiemy już czemu świętość = życie. Ale dlaczego życie = świętość? Spójrzmy teraz na prawo, na tą rozkoszną, ssącą kciuka istotkę ze zdjęcia, która oczekuje by niezadługo wyjść z ukrycia. Czyż nie jest śliczna? Czyż nie jest słodziutka? Czyż nie jest święta…? No właśnie. Bóg daje nam życie. Każdemu z osobna. To sprawia, że życie, każde życie, jest świętością. Nie ważne w jakich okolicznościach, z jakiego powodu, przez kogo powstało. Ważne, że Bóg zechciał powołać je do istnienia. Dlatego życie jest święte. I dlatego można postawić znak równości między życiem a świętością. W obie strony.

Powołanie do życia w świętości. Otrzymuje je każdy z osobna. Jest to z góry nadane nam powołanie, wynikające z naszego niekoniecznego przecież istnienia. I z równości między życiem a świętością. Każdy z nas jest powołany przez Boga do tego, by jego życie było święte. Istnieją w prawdzie również specjalistyczne powołania: powołanie do kapłaństwa, bycia mężem, macieżyństwa. Do zawodu lekarza, piekarza, piosenkarza. Każde z tych powołań Bóg daje różnym osobom. Ale to jedno – powołanie do życia w świętości – daje nam wszystkim. I od nas zależy co z tym powołaniem zrobimy.

Wiemy już czemu świętość = życie a życie = świętość. Wiemy, że wszyscy jesteśmy powołani do życia w świętości. Ale czemu w tytule mojego bloga pojawia się słowo „obrona”? Nawet jedna przyjaciółka powiedziała, że to brzmi trochę jak jakieś hasło Młodzieży Wszechpolskiej. No i dobrze. W sumie jestem jeszcze młody. Ale jestem również waleczny. Jako swoje powołanie odczytuję walkę w obronie najwyższych wartości jakimi są życie i świętość. Nie wiem na obecną chwilę czy jestem powołany do kapłaństwa (co On sobie tam kombinuje?), czy do bycia mężem i ojcem, ale wiem, że jestem powołany do walki. To powołanie wynika właściwie z powołania do życia w świętości. Jest może tylko trochę silniejsze. Więc pamiętajcie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy przypuścić atak na życie i świętość, będzie musiał zmierzyć się ze mną. Tu sprafrazuję znany fragment z Harry’ego Pottera:

– Mr Gajek will allways be there to save the day…
– Don’t worry. I will be.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 Komentarze