Posts Tagged With: Ideały

It’s all ’bout the money!

Ten blog stracił już chyba swój pierwotny półprywatny, półtematyczny charakter. Dziś wydaje się być całkowicie prywatny. Opowiada o złamanym życiu pewnego byłego kleryka i jego kłopotach w pracy, na studiach i w miłości. I teoretycznie chciałem by ta notka miała może oparcie w czymś innym (w końcu mamy Wielki Post, przed nami Wielkanoc… A może coś o czystości?). Przecież odkąd przestałem cechować się wiedzą na tematy teologiczno – moralne, sam blog przestał być tak często odwiedzany i czytany. Jednak jak zwykle chwilowy przypływ emocji zwyciężył. I jak ostatnio prawie zawsze – dziś znów o moich prywatnych, jakże emocjonujących, przeżyciach…

Ale nie do końca. Bo przecież sytuacja dotyczy wielu (zarówno znanych mi jak i nieznanych) osób. Dotyczy konfrontacji o której już raz była mowa. W notce „Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj” wspominałem już o walce Mamony ze Świętością. Dziś raczej o walce owej Mamony z wyższymi ideałami. Co mam na myśli? Spójrzmy jeszcze raz na sytuację Artdico Gnorofexa. Idealista wylatuje z seminarium za publiczne wypisywanie swoich przemyśleń i działanie ku formowaniu przed uformowaniem samego siebie. Zakochany w teologii wierzy, że właśnie ona pomoże mu zbliżyć się do Boga tak bardzo jak to tylko możliwe. Pochłania wiedzę z filozofii, Pisma Świętego, patrologii. Kocha codzienne Msze Święte, kocha śpiew w chórze, kocha spokój i wyciszenie małego pokoiku. Wypada i wtedy kilku przychylnych mu kapłanów daje kilka cennych rad. Jeden proponuje polonistykę, drugi (widocznie zauważył potencjał delikwenta) mówi o dalszej próbie sił na teologii. Artdico wie, że o polonistyce nigdy nie marzył, ale ponieważ wyrzucają go nie tylko z Seminarium, lecz również z uczelni, wie również, że pod koniec września to się absolutnie nigdzie na teologię nie dostanie. Atakuje więc polonistykę zaoczną. Zatrudnia się w McDonaldzie. Żyje. Wzdycha. Kościół odwiedza coraz rzadziej, wreszcie wpada tam tylko w niedzielę. Przestaje pisać, rysować, popada w marazm. Śpi, pracuje, śpi, pracuje… Czasem z marazmu wyciągają go wpadające na ferie Qrczaki (przynajmniej jest się z kim pokłócić), czasem po pracy zamiast kłaść się spać jedzie do Albina. Ale je coraz mniej, właściwie tylko śpi i pracuje. Studia okazują się (przynajmniej w porównaniu do dziennych) porażką. W sumie co to za studia, że studiuje się po 3 dni raz na 2 tygodnie, zabula się za nie 300 złotych miesięcznie, a częstokroć wykładowcy i tak się nie pojawiają? Po pół roku coraz głębszego marazmu Artdico stwierdza, że byle do wakacji, a potem wszystko się ułoży. Potem wróci na teologię, rzuci tą robotę, rzuci polonistykę i znów zatopi się w swoich ideałach. Znów dosięgnie nieba, którego dotykał przez rok. Znów zacznie pisać. Znów zagłębi się w modlitwie. Znów będzie poznawał tajniki ponad 2000 lat myśli ludzkiej, tajemnice Pisma Świętego, mądrość Ojców Kościoła.

Chłopak przyjeżdża do domu. Mama już wie, że polonistyka na zaocznych nie ma sensu. Już drugi rok praktycznie zmarnowany. Mama pyta co dalej. Artdico wie. Nie ma wątpliwości. Szuka teologii w Łodzi. Już kombinują coś z Albinem w sprawie mieszkania (więc nie będzie samotny), już szuka gdzie jest jakaś katedra teologiczna (bo podobno jest, tylko głęboko ukryta). Wszystko będzie super, byle dożyć do wakacji. Na to mama pyta: A z czego ty będziesz żył? Zresztą, nie tylko mama. Przychodzi w odwiedziny mądra ciotka, która ma mnóstwo argumentów przeciw studiowaniu teologii. Teoretycznie mają rację. W końcu może jakby Artdico wciąż planował być księdzem, to ta teologia mogłaby mu zapewnić jakiś żywot. A tak – to kim on będzie? Katechetą? Katecheci nie są potrzebni. Zresztą cóż to za los katechety? Artdico nie ma argumentów. Ma, ale jak zwykle utopijne. Jako mądry, pojętny uczeń zdobędzie stypendium naukowe, potem, po studiach, zrobi doktorat (którego absolutnie nie planował robić gdy chciał być księdziem), potem może zrobi drugi kierunek. Myśli o japonistyce. I to już jakiś czas. Mama pyta czy nie lepiej zacząć od japonistyki. Po tym, chciał nie chciał, praca jest. Tłumacz. Ambasador. Po japonistyce nie ma źle płatnych stanowisk. Mama nie wie, że Artdico myśli o japonistyce z powodów równie idealistycznych co o teologii. Chce (a przynajmniej przemknęło mu to przez głowę) zostać misjonarzem, a co, właśnie że w Japonii. I że nie pragnie ambasad, drogich samochodów, a tłumaczyć na japoński mógłby Grzegorczyka albo Tishnera. Że już dziś żyje na jednym posiłku dziennie więc jest w stanie żyć tak całe życie. I nie obchodzi go to, że w jego wieku Tata miał już ustaloną datę ślubu. Bo Artdico przestał planować ślub. Artdico planuje zbawienie. I szuka najlepszej drogi do niego prowadzącej. Najprostszej? Tam nie ma prostych dróg. Tam droga wiedzie przez ciernie. Przez studia po których nie ma pracy. Po których można bloga prowadzić i cieszyć się, że Anka Amerykanka zrozumiała, że „Kleryk też człowiek”, a Połowa Duszyczki wie coś więcej o przepisach liturgicznych. I nie mieć z tego nic więcej jak tylko dziką radość, że jeśli coś dokonujesz ramię w ramię z Bogiem, to to nie może być złe, choćby ktoś naprawdę ważny tak myślał. Tam nie ma wystawnych przyjęć, drogich samochodów, garniturów i krawatów. Jest kromka chleba z masłem i płacz podczas śpiewu Ojca Rafała. Jest artykuł w gazecie za talerz zupy. Rodziny z tego nie utrzymasz. Ale przyjaciołom pieniądze nie są potrzebne by pozostali przyjaciółmi. Po pół roku marazmu Artdico już wie, że nie ma dość silnej wiary, by sobie bez nich poradzić. Ale wie też, że właśnie dlatego Bóg mu ich dał i to w niezwykłej ilości. I że choćby nie chciał, przeżyje tak długo, jak tylko będzie Mu potrzebny. I że nie chce kasy. Nie chce, choćby się skichał. Właśnie dlatego w tydzień po wypłacie nie miał już pieniędzy. Bo wydał je by ugościć przyjaciół. Bo kupił Tygodnik Powszechny. I znaczki na listy. Nie potrzebuje nic więcej. Mama opuszcza ze złości ręce. „To dowiedz się co chcesz robić i jak przyjedziesz następnym razem to masz już wiedzieć”. Artdico, też wkurzony, pisze notkę. Qrczak Expugnis i Albin budują z klocków Lego jakiś pojazd. Artdico wie, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebne mu pieniądze. Bóg jest…

To sytuacja chłopca zwanego Artdico Gnorofex. Czyli Mateusza Gajka. Ale nie tylko moja. Znam osobiście chociaż jedną osobę, która znalazła się przede mną w podobnej sytuacji. Przełamała niechęć. Postanowiła porzucić ideały i zagłębiła się w coś, z czego rodzinę utrzyma. Wiem, że nie jest jej łatwo. Wiem, że to nie powód trudnych studiów lecz właśnie tłumienia ideałów. A skąd mamy te ideały, które przychodzi nam tłumić? Wierzę, że zsyła nam je Bóg. Wierzę, że to dzięki Niemu zafascynowałem się teologią i że to On doprowadził mnie do złożenia Mu przysięgi, że tylko dla Niego będę. Kocham Go i chcę Mu poświęcić całe życie. Ale są ludzie, których ideałem nie jest teologia i pomoc w łowieniu dusz, lecz np. nauczanie, leczenie, gaszenie pożarów, studiowanie zachowań koni. Ci ludzie stoją przed wyborem tak jak ja. Bo najczęściej jest tak, że z zewnątrz ich ideały wydają się mało atrakcyjne, głupie i mało dochodowe. A tu trzeba z czegoś żyć. „Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6, 30-34) A wszystko rozbija się o pieniądze…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Jestem Judym; Tomasz Judym

Ile osób przeczytało książkę Żeromskiego „Ludzie bezdomni”, tyle ma na jej temat różne zdanie. Większość z nich jednak uważa głownego jej bohatera – doktora Judyma, za idiotę i kretyna. Niewiele osób takich jak ja traktuje go jak ideał do naśladowania. Oto bowiem (niewtajemniczeni, acz zamierzający książkę przeczytać, zostają niniejszyum ostrzeżeni, że nastąpi przytaczanie treści) Judym jest idealistą, który pragnie poświęcić swe życie ratowaniu ludzkiego zdrowia i życia. W pewnym momencie zakochuje się w pięknej dziewczynie – Joasi – i nawet jej się oświadcza. Gdy ta odwiedza go, by ugadać datę ślubu i plany na przyszłość, Judym trochę wbrew sobie zrywa kontakt, potem przeżywa załamanie.

Joasia chciała dzielić z Tomaszem jego ideały, jego poświęcenie. Z drugiej jednak strony pragnęła mieć ładny dom i zdrowe dzieci. Tym czasem Judym, jeszcze z czasów jak pracował w Warszawie, pamiętał swych kolegów po fachu, żonatych, dbających o dobrobyt swój i rodziny, a zapominających o młodzieńczych ideałach ratowania świata. I choć Joasia oferuje mu pomoc i wsparcie, doktor w ostatniej chwili je odrzuca. Wie bowiem, że na dłuższą metę taki układ może być niemożliwy – albo będzie zmuszony porzucić ideały, albo zranić żonę, albo jedno i drugie. Zrywa. No i właśnie – większość znanych mi ludzi twierdzi, że to najgorszy idiotyzm jaki można zrobić. Bo nie należy porzucać własnego szczęścia z powodu jakichś chorych ambicji. I ja tak myślałem…

Skończyłem czytać książkę kiedy jeszcze byłem z Gosią. Powieść czytało mi się genialnie i dlatego przeżyłem wielki szok jak doczytałem do końca. Natychmiast wystosowałem SMS do narzeczonej w którym napisałem, że to bez sensu, bo przecież można dzielić ideały a jednocześnie kochać się wzajemnie i sobie pomagać. Gosia mnie pocieszyła. Ale nie na długo. Wkrótce potem stwierdziła bowiem, że ja jej wmówiłem swoje chore ideały i że ona, owszem, może być ze mną, ale nie chce nawracać ludzi i głosić Ewangelii, bo to nie jej życie. Na początku się zdziwiłem. A potem doznałem olśnienia – Judym miał rację! Nie da się związać z kimkolwiek mając takie ideały, względem których nie idzie się nigdy na kompromis. Nie ma możliwości by złączyć się z kobietą jeśli nie chce się porzucać ideałów lub zranić owej kobiety.

Ale część z Was pewnie znów łapie się za głowy. Przecież Judym był idiotą! Może i był. A ja jestem ortodoksyjnym katolikiem. Ortodoksyjny katolik nie tylko zna naukę Kościoła, ale także nią żyje. Oddycha, karmi się. Ortodoksyjny katolik z natury rzeczy jest idealistą z którym nie sposób przeżyć w bliższym kontakcie, o ile samemu nie jest się ortodoksyjnym katolikiem. Niektóre najbanalniejsze kwestie (choćby omawianej już kiedyś antykoncepcji) w podobnych związkach mogą doprowadzić do gigantycznych sprzeczek i załamania. Do zranienia drugiej osoby, albo samego siebie. A tym samym zranienia samego Boga. Nie mówiąc o sprawach dotyczących wychowania dzieci, przestrzegania postów i tym podobnych. Nie mówię, że Judym był ortodoksyjnym katolikiem, ale z pewnością był ortodoksyjnym lekarzem. Chciał być blisko swoich pacjentów, wciąż im towarzyszyć, umierać razem z nimi. Tak jak misjonarz, który jedzie do Afryki i wie, że może zginąć. Taki człowiek wolałby nie mieć żony i dzieci, by go nie stracili. Zwykły kapłan nie jest może zagrożony bezpośrednio śmiercią, ale jako kapłan ma poświęcać całe swe życie niesieniu pomocy ludziom i służeniu Bogu. Przez to poświęcenie się pojedynczej kobiecie sprawia, że inni ludzie stają się jakby mniej ważni (nie mówiąc o zazdrości ze strony żony). Dlatego doszedłem do wniosku, że kapłan właściwie w rzeczy samej jest takim Judymem. Czyli „Ludzie bezdomni” odpowiadają w świetny sposób na pytanie dlaczego celibat.

Ale ta kwestia mnie nie dotyczy. To jest nie kwestia celibatu, lecz kwestia kapłaństwa. Ostatnio więc zaczynałem się rozglądać za kimś kto mógłby mi towarzyszyć (tak jakbym nie pamiętał przejść z Gosią). Myślałem nawet, czy notka o Judymie, którą od początku planowałem tu zamieścić, wciąż byłaby aktualna. Okazuje się, że jest. Spotkałem bowiem kogoś, co do kogo miałem nadzieję, że uda się, nie porzucając ideałów, pozostawać z tą osobą. Jest jedynie mały problem – moje ideały wykluczają związki opierające się tylko na emocjach, które są chwilowe. Ja zawsze patrząc na dziewczynę widzę w niej już moją przyszłą żonę, matkę moich dzieci… Okazuje się jednak, że to odstrasza i to bardzo. I znów staje przed oczami Judym. Joasi nie zdążył odstraszyć swym idealizmem. Ale domyślił się, że w końcu ją odstraszy. Z bólem serca porzucił ją. Nagle znajduję się w podobnej sytuacji. Któryś kolejny raz. I dziś notka o Judymie nabiera emocjonalnego wyrazu. Bo choć cały czas pragnąłem ją napisać, dziś wiem, że czuję to dużo lepiej. Oto moja nowa Joasia zromumiała, że ze mną się nie da. Ja, głupielok, miałem nadzieję, że może jednak się da. I przypomniałem sobie dr Tomasza, który wiedział, że się nie da. Że jeśli zależy mi na czystości przedmałżeńskiej, na katolickim wychowaniu dzieci, na modlitwie nieskończonej, to moje wymagania mogą nie objąć żadnej Joasi czy innej białogłowy. Od dziś nie mam już nadziei. Bo Judym może być sobą tylko będąc samemu.

Czy wciąż uważacie Judyma za idiotę? Pewnie tak. Pewnie dziś i ja jestem dla Was idiotą. Ale nie będziecie pierwszymi osobami które tak o mnie pomyślą. A dla mnie Judym to ideał. Tribute to Stefan Żeromski…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy