Posts Tagged With: Jan Paweł II

Po-Star Wars

Plakaty, plakaty, wszędzie plakaty. W takich już żyjemy czasach, że na każdym kroku, zwłaszcza na terenie większych aglomeracji, biją nas po oczach reklamy, bilbordy. Raz „Konkubinat to grzech”, innym razem znów Jan Paweł II, niby jako Karol Wojtyła, ale przecież wyraźnie jako Jan Paweł II (tak, to prawda, to jest jeden i ten sam człowiek), bo w piusce. Ale w garniturze. Plakat wyborczy. I przez internet przetoczyła się kolejna, po tym nieszczęsnym konkubinacie, dyskusja na temat plakatów. A ja, choć miałem zamiar pisać na samym początku, znów piszę jako (przed?)ostatni. Ale to też w jakiś sposób lubię. Bo mam szerszą perspektywę i więcej wiadomości, by skomentować.

papieżplakat

Kiedy pierwszy raz ujrzałem Jana Pawła II na plakacie w piusce, ale pod krawatem (stąd u niektórych publicystów skojarzenie z jarmułką, najzupełniej uzasadnione, ponieważ piusek nie zakłada się do garnituru), pomyślałem sobie: kolejne kremówki! Znowu próbują ludziom napychać brzuch „fajnym papieżem”, uśmiechniętym i pod krawatem. Właśnie krawat i marynarka wydają mi się w tym przypadku bardzo kremówkowe. W drugim momencie pomyślałem jednak, że hasło „Twój kandydat w codziennych wyborach” może nakłaniać ludzi do patrzenia na świętego papieża jak na autorytet w codzienności, może nawet zachęcać do lektury jego (moim zdaniem dość trudnych w odbiorze) encyklik czy adhortacji. Z trzeciej strony znowu pomyślałem (i skomentowałem w ten sposób u znajomego nawet), że niby dlaczego Karol Wojtyła ma być moim kandydatem w codziennych wyborach? Niby dlaczego nie Jezus Chrystus? Zapewne plakat wyborczy z Jezusem Chrystusem byłby o wiele bardziej kontrowersyjny, ale ja, jako katolik, chcę by święci wskazywali mi Chrystusa, by to Chrystus był moim prawdziwym codziennym celem. Ogólnie rzecz biorąc plakat wydał mi się raczej nieszkodliwym, kremówkowym dziwactwem. A potem rozpętała się burza.

Ci, którzy ostro krytykowali plakat o konkubinacie, hurraoptymistycznie przyjęli ten z Karolem Wojtyłą. Przy okazji nie omieszkali skrytykować ludzi, którzy „hejtują” wspaniałą ich zdaniem inicjatywę plakatową. Bo przecież plakat namawia do bycia razem, a nie przeciw sobie, więc ta dziwnie nazwana internetowa nienawiść nie powinna w tym miejscu w ogóle istnieć. Skoro sam papież z plakatu namawia do bycia razem, to nie powinniście się oburzać! Przy okazji – jak powiedziałem wcześniej – ci sami ludzie plakat z konkubinatem i grzechem ostro krytykowali. Co może świadczyć o typowym mainstreamowym myśleniu (w tym przypadku „Kościół mainstreamowy” brzmi całkiem nieźle) tych ludzi – my możemy krytykować, ale jak krytykujesz to, co mnie się podoba, toś tępak i hejter.

I tak czytam sobie tekst człowieka, który pisze o tym, jak Kościół jest podzielony i jak widać to po dyskusjach plakatowych. A przecież nie powinien być podzielony, powinien być wspólnotą. Jednocześnie ten sam człowiek opisuje dwa kontrowersyjne plakaty, krytykując pierwszy (konkubinat) za to czy tamto – dodając, że nie zabrania by komuś się on podobał, bo do kogoś mógł przemówić – a potem krytykując tych, którzy krytykują plakat drugi. Ironizuje przy tym: „Ale ten temat i nie jest już trendy. Jest inny, lepszy. A i temat poważniejszy. Bo dotyczy (teraz proszę o przyklęknięcie przed monitorem, co wrażliwsi czytelnicy – proszę uronić łzę lub dwie, ewentualnie można także zemdleć) św. Jana Pawła II”. A więc bardzo mocno gani „hejterów”, dowalając im i tym wszystkim, którzy Jana Pawła II otaczają wyższą czcią.

Co pokazała mi zatem akcja z plakatem przedstawiającym Jana Pawła II (tudzież Karola Wojtyłę) w garniturze? Że i w Kościele istnieje poprawny politycznie odłam ludzi, który może sobie pozwolić na „konstruktywną krytykę”, ale kiedy krytykowany sam, jest już „obrzucany hejtem”. Hektolitry ironii wylane przez katolickich publicystów popierających plakat przygotowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II w odpowiedzi na próby skrytykowania tego plakatu (przyznaję, często – moim zdaniem – przesadzone, jak choćby krytyka krakowskiego Centrum Jana Pawła II) przez innych katolików zakryły mnie po czubki uszu. Cała ta krytyka krytyki brzmi w moich uszach jak głośnie: „Olaboga, biją Najświętszego Papieża wszechczasów, co to będzie, hłe hłe hłe”. A jednocześnie to głośne „hłe hłe hłe” pozbawione jest krztyny nienawiści, bo przecież „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie”. Czyli – my jak krytykujemy, to jest dobrze. Wy jak krytykujecie, to w ogóle czego tutaj?

Ale pomyślmy jeszcze przez chwilę dlaczego Centrum Myśli Jana Pawła II rozpoczęło taką akcję. Chciało przekonać innych do kierowania się w życiu myślami i słowami zmarłego papieża – zgoda. Ale dlaczego ubrali go w garnitur? Dlatego, że trwa kampania prezydencka i wszyscy kandydaci występują w garniturach – a ten plakat miał się wpisywać w kampanię wyborczą. Zgoda! I nazwisko – Karol Wojtyła – zamiast przyjętego imienia – Jan Paweł II – też pod kątem „brania udziału w kampanii”. Hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie” w sposób wolny oparte na jakichś papieskich przemówieniach, mające jednoczyć nie wiadomo kogo z nie wiadomo kim (Bronkowców z Dudowcami? Albo tylko kierować Dudowców na właściwą drogę Bronka pojednawcy?), kojarzące się wielu rzeczywiście z wyborczym hasłem Bronisława Komorowskiego „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo” – kontrowersyjne, bo niejednoznaczne. W sumie to dobrze, żeby być razem, bo Kościół powinien być jeden – Chrystusowy. A z drugiej strony czy chodzi tylko o Kościół? Czy może to hasło rzeczywiście wpisuje się w mainstreamowe „Nie hejtuj mnie, przecież jestem taki dobry”. Wszak wszyscy wiemy, że to opozycja nienawidzi rządzących, a przecież rządzący kochają opozycję i darzą ją wielkim szacunkiem. I wcale się nie dziwię, że wielu osobom hasło „papieża” mogło skojarzyć się z zawołaniem Ewy Kopacz do narodowej zgody (pod warunkiem, że nadal będzie można straszyć Kaczyńskim) czy z hasłem wyborczym Komorowskiego (które obowiązuje pod warunkiem, że będzie wolno nazywać głosujących na kogoś innego radykałami). Ale to jeszcze da się przeżyć. Zgoda.

671602Tylko skoro garnitur, a nie sutanna, skoro Karol Wojtyła, a nie Jan Paweł II, to dlaczego w papieskiej piusce na głowie? Przecież Jan Paweł II jako papież nie chodził w garniturach, ani w innych świeckich strojach, ani bez koloratki. Jako młody ksiądz – owszem! Jako kardynał – owszem! Ale jako papież zawsze miał na sobie strój świadczący o powadze urzędu, który piastował. Nawet gdy szedł w góry. Dlaczego zatem Centrum Myśli Jana Pawła II dobrało mu piuskę do garnituru? W tej rzeczywistości naprawdę wygląda jak Żyd w jarmułce. Czy to zestawienie było skierowane na wywołanie większej kontrowersji? Pewnie tak. Dla mnie, w obliczu tego, że Jan Paweł II nigdy nie dążył do podobnych zestawień, jest ono zwyczajnie bez sensu.

Tak sobie piszę i czy coś z mojego pisania wynika? Mam nadzieję, że dla kogokolwiek moje słowa będą godne choć lekkiego przemyślenia. Osobiście uważam kampanię o grzechu za udaną. Nie jestem też wielkim przeciwnikiem kampanii karolowo-wojtyłowej. Pragnę tylko podkreślić, że mam prawo do krytykowania. Mam prawo do wyrażania własnej opinii w sposób czasem naprawdę ostry. I nie lubię tego, że usta próbują mnie, hejterowi, zamknąć w bardzo niewybredny sposób ci, którzy popierają hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie!” Ci, którzy sami są przeciwnikami „hejtowania”. Bo takie rozdwojenie przypomina mi niezwykle dobrze znane hasło Rewolucji Francuskiej: „Wolność, Równość, Braterstwo”.

Właśnie, bardzo dobrze znane w skróconej wersji. Właściwie brzmiało ono tak:

„Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat Centrum Myśli Jana Pawła II, za: http://www.centrumjp2.pl/
2. Wędrówka z Janem Pawłem II w górach, za: http://www.rp.pl/galeria/634527,1,648674.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II

Jan Paweł I był papieżem, który zasiadał na tronie papieskim przez bardzo krótki okres czasu. Wybrany w czasie konklawe 26 sierpnia 1978 roku, uroczyście objął stanowisko 3 września tegoż roku, a zmarł 28 września. Jego pontyfikat trwał więc nieco ponad miesiąc, a nagła śmierć do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Albino Luciani po wyborze na papieża przyjął jednak imię Jan Paweł (na cześć swoich dwóch poprzedników – Jana XXIII i Pawła VI), a nie Jan Paweł I, tak jak i dziś będący biskupem Rzymu Franciszek nie nosi przy swym imieniu dodatku „Pierwszy”. Do imienia „Jan Paweł” dodano rzymską liczbę oznaczającą „jeden” już po jego śmierci. A zrobiono to dlatego właśnie, że jego bezpośredni następca przyjął również imię Jan Paweł, tym razem by upamiętnić swego nagle zmarłego poprzednika. Wówczas to Karol Wojtyła otrzymał numer „drugi”, a Albino Luciani – już pośmiertnie – „pierwszy”.

POPE JOHN PAUL II POPE JOHN PAUL IWydaje się logicznym stwierdzenie, że gdyby nie przedwczesna, nagła śmierć Jana Pawła I, jego następca prawdopodobnie przyjąłby zupełnie inne imię. Nie tylko zresztą to, ale również papieżem zostałby prawdopodobnie ktoś zupełnie inny. Gdyby nie niewyjaśniona do końca śmierć Albino Lucianiego, Karol Wojtyła raczej nigdy nie trafiłby na tron piotrowy, nie mielibyśmy papieża Polaka, „naszego” papieża. I, może dało się to zauważyć już, cały ten mój wywód wpisuje się idealnie we wcześniejszą tematykę dziecka śmierci. Tylko tym razem chodzi o imię.

Mamy z moją Żoną taką umowę, ku sprawiedliwości, że wybieramy imiona naszym dzieciom na zmianę. Na początku, ustaliliśmy, jeśli urodziłby się chłopak, ja nadałbym mu imię. Jeśli zaś dziewczynka – imię wybrałaby Żona. I kontynuując – imię drugiemu chłopcu wybierać miała Żona, a drugiej dziewczynce ja. Są przy tym pewne obostrzenia, jak na przykład takie, że dziecko nie może nosić imienia, którego nie nosił żaden święty patron. Albo nie może nosić imienia, które podoba się tylko jednemu z nas, a drugie go nie akceptuje. W efekcie kilka imion odpadło, ale co do większości jesteśmy w stanie się dogadać. A skoro naszym pierwszym dzieckiem jest chłopiec, to nosi imię zgodne z moim pomyślunkiem. A druga jest dziewczynka i to Żona nadała jej imiona. A potem było trzecie dziecko.

Nasz Trzeci zmarł. Zmarł na tyle wcześnie, że nie dało się określić jego płci w stu procentach, ale i na tyle późno, że lekarz zdążył wcześniej określić jego płeć z pewnym prawdopodobieństwem, graniczącym z niepewnością. Było możliwe, ale nie pewne, że Trzeci był chłopakiem. A skoro był chłopakiem, to nosił imię takie, jakie chciałaby moja Żona. Komplikacje jednak pojawiły się już w momencie nadawania tego imienia dziecku, które nawet nie mogło zostać ochrzczone. Zastanawialiśmy się, czy może nie pochować go pod imieniem innym, niż planowane. Myśleliśmy o nienadawaniu mu imienia, bo „Bóg zna jego prawdziwe imię”, ale nie dało się tego zrobić – urzędnik musiał wpisać jakieś imię, żeby zarejestrować śmierć maluszka. Zdecydowaliśmy, że najbardziej sprawiedliwe wobec niego było nadanie mu takiego imienia, jakie było zamierzone od początku. I tak oto nasz Trzeci, przedwcześnie zmarły dzieciaczek otrzymał imię Piotr Łukasz i pod tym imieniem został pochowany.

A potem pojawiło się kolejne dzieciątko, któremu też trzeba było nadać imię. Kolejna burza mózgów między nami podsunęła nam kilka pomysłów. Pierwszym było to, że jeśli będzie to chłopiec, to imię nadam mu ja, bo Trzeci nosił imię od mojej Żony. Drugą myślą było nadanie innego imienia, również wybranego przez moją Małżonkę. Ale wciąż nie skreślaliśmy imienia Piotr Łukasz z listy możliwości. Nie byliśmy jednak pewni, czy to jest dobry pomysł. Czy to jest sprawiedliwe wobec Trzeciego, który odszedł od nas przedwcześnie, ale dostał od nas imię i pod tym imieniem został pochowany. I wtedy właśnie przyszło mi do głowy to porównanie. Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II…

116Karol Wojtyła przyjął imię Jana Pawła po swoim przedwcześnie zmarłym poprzedniku. Nosił je z dumą, choć nie porównywano go nigdy do Albino Lucianiego, a on nie próbował być taki, jak tamten. Przejął imię po nim, by uczcić jego życie i śmierć. I dzięki tej sytuacji my postanowiliśmy nadać naszemu czwartemu dziecku, jeśli będzie chłopcem, imię Piotr Łukasz, takie samo, jakie nosił jego zmarły przedwcześnie brat.

Piotr Łukasz, bez dodatku „drugi”, urodził się 25 sierpnia 2014 roku. Jest chłopcem, tak jak prawdopodobnie był nim jego „poprzednik”, ten którego imię nosi. I jeśli pewnego dnia pójdziemy na cmentarz, by zapalić znicz na grobie naszego zmarłego maluszka, a Piotruś zapyta dlaczego tam jest jego nazwisko, opowiemy mu dokładnie tę samą historię. Wierzymy, że zrozumie, tak jak w tej chwili rozumie to jego pięcioletni brat.

Dziękuję wszystkim za troskę i modlitewne wsparcie, zarówno gdy zmarł nasz Trzeci, jak i gdy oczekiwaliśmy na Czwartego. Chwała Panu!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Jan Paweł I wita kardynała Karola Wojtyłę, za: http://wojdalscy.republika.pl/galeria/jp2/slides/z2634086G.html

2. Piotr Łukasz, autor zdjęcia: Maurycy Teo

Categories: Ku chwale innych, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Święty Jan Paweł od Kremówek

Aktualny stan rzeczy dotyczący Papieża Polaka doskwiera mi od wielu lat. Przeszkadzało mi to już właściwie jeszcze kiedy Jan Paweł II żył, a ja byłem w liceum. Pamiętam moment, kiedy z rodziną wybrałem się na wycieczkę do Wadowic, by odwiedzić miasto, z którego papież się wywodził. To, co najbardziej zapamiętałem z wycieczki, to rynek miasteczka, wokół którego roiło się od cukierni specjalizujących się w sprzedaży kremówek. Choć z chęcią zjadłem jedną (która prawdopodobnie do kremówki, na którą po maturze chodził Karol Wojtyła nie miała wiele wspólnego) i jedną zawiozłem swojej ówczesnej narzeczonej, ten stan rzeczy zaczynał mnie powoli irytować. Kumulacja nastąpiła jednak już po śmierci papieża. Pojęcie „Nasz papież”, które istniało przecież wcześniej, teraz nabrało nowego znaczenia. Gazeta Wyborcza wykorzystała chociażby to pojęcie, by wzbogacić się na gawiedzi, chcącej kupić wszystkie ery, bery, pompki i rowery związane z „naszym” papieżem. „Naszym” czyli papieżem Polakiem. Jedynym właściwym na stanowisku papieża. I nawet długo długo w pontyfikat Benedykta XVI nadal pojawiały się sytuacje, gdy mówiąc „papież” miało się na myśli Jana Pawła II. Dziś na stolicy piotrowej Franciszek, a „papież” nadal jest ten sam.

Co się jednak dzieje w mediach czy wśród pospołu, to naprawdę małe piwo. Największa nerwówka łapie mnie kiedy widzę to, co dzieje się w parafiach. We wszystkich parafiach. A jeśli istnieją takie, w których się nie dzieje, to chyba tylko jakiś chlubny wyjątek. Parafia musi bowiem mieć swój pomnik Jana Pawła II. Pomnik, choćby najbardziej paskudny, przed kościołem musi być. Jeśli nie stać parafii, albo z jakichś powodów nie widzi miejsca na pomnik u siebie, stawia figurkę jedynego papieża we wnętrzu kościoła. A nawet jeśli nie stawia figurki, to tworzy kapliczki w nawach bocznych, poświęcone najwspanialszemu wśród papieży. Jeśli w kościele znajduje się jeden obraz Jana Pawła II, to naprawdę wspaniale. Przepisy liturgiczne mówią, że we wnętrzu świątyni może znajdować się tylko jeden wizerunek danego świętego. Jana Pawła II jednak takie obostrzenia nie dotyczą – można spotkać po dwa lub trzy wizerunki. No i obowiązkowo należy się starać o relikwie Jana Pawła II. W mojej parafii są. Comiesięczne błogosławieństwo kobiet spodziewających się dziecka lub modlących się o nie zostało zmienione na comiesięczne błogosławieństwo relikwiami Jana Pawła II. Przestaliśmy z żoną chodzić po błogosławieństwo…

A dziś przeczytałem, że w Częstochowie budują największy ze wszystkich pomników Jana Pawła II. Podobno zlecił to właściciel parku miniatur. Najnowsza miniatura ma mieć 14 metrów i być widoczna z każdego zakątka miasta. Czy to już szczyt wszystkiego, czy jeszcze można zrobić więcej dla tego bałwochwalczego kultu?

Żeby było jasne – Jan Paweł II był moim zdaniem świetnym papieżem. Zrobił naprawdę wiele nie tylko dla ekumenizmu, ale też dla rodziny, dla Kościoła na innych kontynentach. Napisał wiele ciekawych, mądrych, choć trudnych encyklik czy adhortacji. Jana Pawła II naprawdę cenię za to, jak działał i czego nauczał. Jestem jak najbardziej zwolennikiem wyniesienia go za to wszystko na ołtarze, bo dokonał w imieniu Pana wielkich rzeczy. Nie śmiałem jednak, jak co poniektórzy, powiedzieć przed beatyfikacją, że uważam Jana Pawła II za świętego. Czekałem cierpliwie na wyrok Rzymu i Nieba i powiem szczerze, że mi się nie spieszyło. Denerwuje mnie potrójnie pośpiech z wynoszeniem Jana Pawła II do grona błogosławionych, w momencie kiedy tłum nie mający o „pięknie umierającym” papieżu zielonego pojęcia, krzyczy „Santo subito!”. Denerwuje mnie wciskanie Jana Pawła II gdzie się da. Nie lubię już wszechbędącej Barki, nie cierpię przesłodkiej kremówkowości. Nie oszukujmy się bowiem, najważniejsze zdaniem wielu w Janie Pawle II było to, że był Polakiem i lubił kremówki. I przez tę polskość, i przez te kremówki teraz Jan Paweł II musi być wszędzie. W każdej polskiej parafii i w każdym polskim kościele. Wcisnęli go nawet do modlitwy Krucjaty Wyzwolenia Człowieka i widać, że wcale nie jest mu tam wygodnie. „Chcemy wraz z Tobą i z oddanym Ci całkowicie błogosławionym Janem Pawłem II stanąć pod krzyżem Chrystusa, wyznając, iż tylko zjednoczenie z Nim w miłości, której wyrazem jest ofiara, może wyzwolić życiodajną i macierzyńską moc dla ratowania tych, którzy stali się niewolnikami dlatego, że utracili zdolność miłowania czyli posiadania siebie w dawaniu siebie”. Powiedzcie szczerze: co nam daje wtrynienie tam błogosławionego? Satysfakcję chyba tylko, że go tam wtryniliśmy…

Kult Jana Pawła II nie wygląda w Kościele polskim jak kult jakiegokolwiek innego świętego. Zdecydowanie nie jest to kult przez świętego do Boga. Błogosławienie relikwiami JPII, więcej podobizn niż wizerunków Chrystusa, dodawanie go do przeróżnych modlitw, prześciganie się w gorliwości i pojedynki na pomniki – to zdecydowanie jest kult bałwochwalczy. Do tego coroczne kalendarze opatrzone Janem Pawłem II całującym dzieci, Janem Pawłem II robiącym okularki, Janem Pawłem II wypuszczającym gołębia i Janem Pawłem II jedzącym kremówki – nieważne że po maturze (bo, jak powiadają, wówczas były alkoholizowane, ale kto zrozumiał dowcip ten trąba)… Monety z Janem Pawłem II, kubeczki i T-shirty z ckliwymi hasełkami nieistniejącego pokolenia JPII… Wszystkiego od zatrzęsienia, a prawdziwej wiedzy na temat błogosławionego, prawdziwej wiary w Boga za pośrednictwem brak. Jest uwielbienie dla polskości, ekumeniczności i kremówek…

Mam naprawdę dość powoływania się na Jana Pawła II wtedy tylko, kiedy to jest wygodne, albo kiedy przyniesie korzyści finansowe (np. sprzedaż kalendarzy). Wolę powoływanie się na Jezusa Chrystusa. I pamięć, że Jan Paweł II był tylko Jego uniżonym sługą.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Jaki powinien być prawdziwy Papież

Gazety Wyborczej właściwie nie czytam. Właściwie, bo wszędzie wokół jest mnóstwo Gazety Wyborczej i to za darmo. Tak więc można powiedzieć, że Gazety Wyborczej nie czytam za pieniądze, ale czytam za darmo. Właściwie w dwóch źródłach: w metrze i w Metrze. Tak swoją drogą skoro sąd zasądził że „W Sieci” musi zmienić nazwę, bo jest zbyt podobne do nazwy portalu „W sieci opinii” to dlaczego nie oskarżą dziennika Metro że ma nazwę zbieżną z innym źródłem przekazującym podobne treści, jakim jest metro?

Tak czy inaczej czytam Gazetę z dwóch źródeł: z ekranów przekazujących informację w warszawskim metrze (czasami też w autobusie) – tam przeczytałem na przykład, że w Rzeczpospolitej pisali o odkryciu w Tupolewie trotylu (nie przeczytałem już jednak, że prokuratura potwierdziła, że trotyl był, choć zdążono zwolnić z tego tytułu pół redakcji Rzeczpospolitej i drugie pół Uważam Rze; i pewnie już nie przeczytam) i z bezpłatnego dziennika Metro. Czytam i się wkurzam, skąd społeczeństwo czerpie swoją wiedzę i poglądy. Gazeta Wyborcza, a z nią Metro i metro, należą do podstawowych źródeł tak zwanego mainstreamu, obok telewizji TVN i tygodników w stylu lisowskiego Newsweeka. I choć mogę dostać setki wiadomości, by nie przejmować się przekazem medialnym, to muszę się przejmować, bo przekaz medialny kształtuje ludzkie rozumowanie.

I tak oto w numerze Metra na weekend 22-24 lutego natrafiłem na felieton naczelnego teologa Gazety Wyborczej Jana Turnaua. Sposób przekazywania wiedzy teologicznej przez tego pana już wielokrotnie doprowadzał mnie do białej gorączki (np. gdy podkreślał, że ktoś był „wielkim katolikiem; więcej – wielkim chrześcijaninem”. A więc więcej jest być chrześcijaninem niż katolikiem? To takie poprawne politycznie…) ale tym razem już zwyczajnie przegiął.

Turnau zastanawiał się nad tym, jaki powinien być następny po Benedykcie XVI Papież. Wszyscy już wiedzieli, że B-XVI abdykuje, wszyscy też musieli o tym pisać. I Turnau nie miał wyjścia, i musiał głos zabrać. Najpierw napisał, za co cenił dwóch poprzednich papieży – a cenił ich bardzo. Nie cenił ich bynajmniej za to, że byli wybitnymi teologami bo papież, jego zdaniem, powinien być ponad teologami, lecz „za gesty wyrażające to, co w chrześcijaństwie najważniejsze”. Jana Pawła II cenił za „przeogromny przełom ekumeniczny”, a Benedykta XVI za… „abdykację, czyli potężny akt najgłębiej chrześcijańskiej pokory”. A więc cenimy Jana Pawła II za to, że walczył o jedność chrześcijan (pamiętajmy, że to temat bardzo kontrowersyjny, bo choć walczymy o to, „aby byli jedno” to jednak musimy wypracowywać zasady, które nie są kompromisem), ale już nie np. za jego bardzo wielki wkład w nauki o rodzinie, o małżeństwie i rodzicielstwie. Oczywiście każdy może cenić JP-II za co innego, ale cenienie go za ekumenizm to cenienie za coś ładnego, prostego (w przekonaniu tłumu), zbliżającego. Weźmy się za ręce i zaśpiewajmy Barkę, odprawiając mszę ekumeniczną… A nie za to, co trudne, bolesne, nie do końca się podobające. Np. za naukę o antykoncepcji, tak trudną dla wielu, a przez Jana Pawła II poruszaną. Cenienie jednak Benedykta XVI za abdykację to szczyt szczytów. Bardzo cenię Papieża, bo zrezygnował. Wykazując tym głębię pokory chrześcijańskiej – w jakim znaczeniu? W takim, że był już stary i chory i należało ustąpić? Czy w takim że się nijak nie nadawał do roli Papieża i dobrze, że wreszcie sobie poszedł? Ja tę wypowiedź zrozumiałem w drugi sposób i obawiam się, że podobnie jest w przypadku większości czytających. Dlaczego Turnau nie ceni Benedykta XVI za naukę o miłości, o nadziei czy za przekazanie długiej, wielotomowej biografii Jezusa z Nazaretu? Oczywiście, można cenić za co się chce, ale dlaczego akurat za to, że (nareszcie) sobie poszedł?

Moim zdaniem Jan Paweł II był fascynującym Papieżem i nauczał pięknych rzeczy – o aborcji, antykoncepcji, rodzinie. Za to go cenię najbardziej. Mnóstwo ludzi najbardziej ceni go, jak Turnau, za ekumenizm, za kremówki, pielgrzymki i Barkę (która jest hiszpańska). Powołują się na „Papież mówił”, ale nie kiedy mówił niezgodnie z tym, co oni chcą usłyszeć. Benedykta XVI cenię za wykład dotyczący muzułmanów (zwłaszcza zdanie, że Islam jest niepotrzebny, bo cofa się z religii zbawienia ponownie do religii prawa), za kontrowersyjne i trudne dokumenty o zakazie wyświęcania homoseksualistów, o nieużywaniu imienia Jahwe w liturgii i o antykoncepcji w Afryce. Ale także za encykliki, które poruszają, są napisane łatwiej niż te Jana Pawła II i inspirują do teologicznych przemyśleń (patrz „Czyściec po benedyktyńsku”). Można oczywiście, podkreślam kolejny raz, cenić go za to, że odszedł (bo np. zdaniem niektórych już dość nabruździł w kwestii homoseksualistów wśród księży, przyjaźni z muzułmanami i antykoncepcji w Afryce), szkoda tylko, że właśnie to łyknie społeczeństwo jako właściwą wykładnię.

Na tym jednak niestety wywód Turnaua się nie kończy. Pan Jan chciałby, żeby kolejny Papież był podobny do Jana XXIII (sam zatytułował swój felieton „Czego oczekuję od Jana XXIV?”), który był wielkim reformatorem i zwołał Sobór Watykański II. Nie wspomniał w ogóle o Pawle VI, który był twardziakiem, wprowadził obostrzenia i zakazał antykoncepcji. Ale dlaczego? Dlatego, że dzisiaj w Kościele (nazwanym przez Turnaua „moim”; jeśli jego, to chyba nie moim, ale w tym przypadku każdy powinien jednak założyć swój własny Kościół) jest wiele poglądów rozmaitych i sprzecznych. Wśród nich Jan Turnau wymienia następujące: „celibat obowiązkowy, antykoncepcja, aborcja, homoseksualizm, kapłaństwo kobiet”. I co powinien zrobić nowy papież? „Marzę – pisze Turnau dalej – o papieżu, który podda je pod szeroką debatę. Pod debatę teologów, ale też zwyczajnych świeckich, którzy w sprawie antykoncepcji mają wiele do powiedzenia”. Sugeruje wręcz zwołanie Soboru Watykańskiego III. I dodaje na końcu, że przecież „vox populi, vox Dei” – głos ludu Bożego jest głosem Boga!

Jan Turnau nie chce kolejnego Pawła VI. Nie chce kolejnego Jana Pawła II ani Benedykta XVI. Tych trzech Papieży nie chce też „lud Boży”, kierowany opinią, czy raczej wypaczaniem opinii mainstreamowych mediów. Kierowany, w kwestiach teologii czy zwyczajnie wiary przez takie autorytety jak Jan Turnau, ks. Adam Boniecki, Stanisław Obirek czy Tomasz Polak (właściwie Tomasz Węcławski). Oni chcą kolejnego Jana XXIII, a właściwie tego, co sobie z Jana XXIII wybrali, a z niego akurat można było wybrać więcej. Chcą ekumenizmu i dyskusji. Nie zapomnijmy zaś, że dyskusja pozostanie aktualna dopóki my nie przystaniemy na to, co mówią oni. Dyskusja ma jeden cel – przekonać nas, że oni mają rację. Jeśli Sobór Watykański III odbędzie się i nie wyniknie z niego zgoda na antykoncepcję, będzie to oznaczało konieczność zmiany papieża i dalszej dyskusji. Debata musi trwać, bo świeccy mają w sprawie antykoncepcji (pewnie również aborcji) wiele do powiedzenia. I będzie trwała dopóki świeccy tej antykoncepcji nie przeforsują.

Jan Turnau wpaja tłumowi to, co forsuje w swojej linii lewicowy, antykatolicki i antyteistyczny mainstream. Że Jan XXIII był cool, bo dopuścił do dyskusji i zliberalizował Kościół. Że Benedykt XVI był niecool, więc dobrze, że już sobie poszedł. Że Jan Paweł II był cool, bo był Polakiem, ekumenistą i lubił kremówki. A o Pawle VI w ogóle nie warto wspominać, bo będzie hałas. Kościół zaś powinien zmienić się ze scentralizowanego, z jedną głową Kościoła, w demokratyczny. I aborcja, eutanazja, antykoncepcja, kapłaństwo kobiet itp. itd. powinny być poddane pod dyskusję. I głosowanie. A jeśli wynik będzie niepomyślny, to weźmiemy gejów, niech trochę pokrzyczą, a potem zagłosujemy jeszcze raz.

Tako rzecze teolog. Który mówi „mój Kościół”. Może i Pański, Panie Turnau. Ale zdecydowanie ja się z tym Pańskim Kościołem nie utożsamiam…

I mam nadzieję, że kogokolwiek by nie wybrano na Papieża, a modlę się o mądry wybór, będzie na tyle inteligentny, by nie utożsamiać hałasu rozkrzyczanej gawiedzi prowadzonej przez domorosłych (mediorosłych) teologów z głosem ludu Bożego.

______________________
Cytaty za „Metro”, nr 2503, str. 2.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , , | 16 Komentarzy

Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

Po długiej przerwie wreszcie mam normalny dostęp do internetu i mogę normalnie napisać notkę. Dlatego pewnie Was nie zdziwi, że notka (mam nadzieję) będzie dość długa, a w zasadzie nie będzie to jedna notka, lecz 3 w jednym (coś jak szampon, odżywka i nie-wiem-co-oni-tam-jeszcze-wymyślili-ale-coś-było w jednej butelce). Powyżej zamieszczony tytuł odnosi się bowiem do trzech różnych rzeczy (jak można się domyślić, pooddzielanych przecinkiem oraz spójnikiem „i”), z których każda powinna była zostać napisana w różnych odstępach czasu. I tak – pierwsza w okolicach rocznicy śmierci Papieża JP II, druga w miniony czwartek, trzecia zaś w sobotę. Ale postanowiłem zrobić fuzję i oto nastąpią trzy. Szykujcie się więc na poważnie długą lekturkę (coś mi się zdaje, że już do tej pory jest przesadnie długa ;). I może jeszcze nim zacznę, podniosę rękę i zapytam panią profesor czy można odpowiadać na pytania w dowolnej kolejności. Można? No to zaczynam…

2. Wuj a nie facet

Historia może się wydać interesująca wielu osobom i, mam nadzieję, niektórym oburzająca. Zdarzyła mi się właśnie we czwartek. Tego dnia akurat miałem dzień wolny w pracy i dałem się zaprosić przez kumpelę Iwonę do niej do domu by pomóc jej w angielskim. Iwona należy do niewierzącej części społeczności, jest jednak dość tolerancyjną osobą. Pozanałem ją pewnego pięknego… nocy właściwie na dyskotece w Łodzi. I choć pierwszy raz umówiła się ze mną potem dlatego, że „jestem dupkiem” (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), więc się mnie nie bała, to raczej nie stosowała nigdy przytyków dotyczących mej kleryckiej przeszłości, mej seksualnej wstrzemięźliwości i innych moich etyczno-moralnych przywar. Spotykaliśmy się zresztą potem dość często i miałem pewną wątpliwą przyjemność poznać nawet jej rodziców. Historia ta ich właśnie dotyczy, a mamusi głównie.

No więc pojawiłem się u Iwony trochę po 16, akurat podawano obiad. Byłem z lekka głodny, ale nie mam do nikogo pretensji, że mimo iż uczę ich córę za darmochę angielskiego to jeszcze nie dostanę wyżerki. Nie o to zresztą chodzi. Bo już pod koniec lekcji (która zresztą nie wiem czy była potrzebna, Iwona bowiem wydawała się nieźle orientować w tej partii materiału) zostałem jednak poczęstowany kawałkiem chałwy. Mamuśka podała mi ją na talerzyku, po czym, asekuracyjnie, rzuciła przez ramię: „Tylko się nie módl. Bo jak ostatni raz tu byłeś to się modliłeś. To ja ci daję jeść, a nie Pan Bóg. Ja jestem wierząca, ale nie do przesady”. Iwona już wcześniej (na poprzednim spotkaniu) mówiła mi, że mamuśka się o to doczepiła i robiła jej wymówki, więc fakt ów przemilczałem (zresztą ja robię znak krzyża tylko przed posiłkiem. POSIŁKIEM, a nie kawałkiem chałwy). Skończyłem lekcję, grzecznie wpałaszowałem chałwę i wyszedłem na korytarz by zbierać się na aut. Iwona postanowiła odprowadzić mnie na przystanek. Gdy i ona stanęła na korytarzu, mamuśka zawołała do niej z pokoju: „Mam nadzieję, że dzisiaj pójdziecie spać wcześniej, nie tak jak wczoraj”. Iwona na to, że nie. „Ale czy wy nie rozumiecie? My chcemy uprawiać seks! Seks, nie mamy do tego prawa?” Obleśny śmiech… Stałem na korytarzu zawiązując buty, udając że nie słyszę (w sumie nie przeszkadza mi, że małżonkowie chcą uprawiać seks. Tylko po co właściwie tak głośno?). Jednak atak nastąpił bardzo szybko. Po obleśnym śmiechu kolejne słowa: „Ale twój kolega się zgorszy…” A potem kolejna salwa obleśnego śmiechu i kolejne słowa: „No bo jeszcze dziewczyna jak chce poczekać z seksem do ślubu, to ja rozumiem. Ale taki facet to za przeproszeniem chuj a nie facet”. No cóż, nie twierdzę, że lubię jak mnie nazywają chujem, ale nie należę też do ludzi cierpiących po tym katusze. Uczę się od Albina (pamiętacie notkę „Bóg jest”? Jeśli tak, to wiecie jak wygląda Albin i domyślacie się, że często lecą w jego stronę najróżniejsze obelgi). Odpowiedziałem więc bardzo grzecznie (choć z przerzutką na „ty”, bo do tego zdania bardziej pasuje druga osoba): „Mów mi chuju”. Na to mamuśka, że nareszcie powinienem dorosnąć. Iwona usiłowała powstrzymać mający nastąpić słowotok, ale ja już dałem się wciągnąć. „Czy to, że nie uprawiam seksu przed ślubem świadczy o tym, że jestem nie dorosły?”. „Nie. Ale choćby to, że w tak młodym wieku chciałeś iść do seminarium”. Możecie sobie przypomnieć mój sentyment do Seminarium i wyobrazić, że dla mnie tego było za wiele. „A mnie się wydaje” – wycedziłem najgrzeczniej jak potrafię – „że o niedojrzałości świadczy dziecko w wieku 16 lat” (dla zainteresowanych – Iwona jest o 16 lat młodsza od mamuśki). No i tu mamuśka uznała, że chyba przegiąłem. Zaczęła mnie wyklinać, wyganiać i mówić rzeczy w stylu „wrzucać to możesz sobie, ale nie mnie”. Powiedziała, że mam sobie iść i że mnie nie chce więcej u siebie w domu widzieć. Odparłem, że ja chyba wcale nie mam ochoty wracać. Rzuciłem „Dowidzenia”, kiwnąłem głową przerażonej Iwonie, która zatrzymała się w połowie wiązania buta i wyszedłem. Czekałem sekundkę na Iwonę, ale że nie wychodziła, a za chwilkę jechała pięćdziesiątka, szaleńczym biegiem pomknąłem ku przystankowi i tak zakończyła się owa ciekawa historia. Odtąd z Iwoną nie miałem kontaktu, ale mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Pożyczyła ode mnie 50 złotych. I 4 części Narnii…

A jaki z tego morał, każdy zapyta? A taki, że jeśli ktoś jest prawowiernym chrześcijaninem i jest z tego dumny, musi oczekiwać, że spotkają go prześladowania. Mówił o tym sam Chrystus. Im bardziej święte ma człowiek zasady, tym szerzej zakrojone działania wroga, by zgnieść, zniszczyć, sponiewierać. Ale, z drugiej strony, im więcej podobnych, skierowanych przeciw nam działań, tym większa pewność, że robimy słusznie, że nasze zasady są dobre i że bolą tych, którzy nie potrafią. Tylko co nie potrafią? Nie potrafią zrozumieć? Nie. Chyba dawno zrozumieli. Nie potrafią żyć zgodnie z Prawdą. Co się zaś tyczy „ciętego języka”, jak to nazwał Albin gdy mu o tym opowiedziałem (chwaląc mnie zresztą za ów cięty język), muszę przyznać, że odpowiednie ważenie słów w takich sytuacjach i cios, dobry cios, we właściwym momencie, może dać do myślenia wrogowi. I pamiętajcie, by nie dać się zwyciężyć złu, lecz by zło dobrem zwyciężać…

3. Spowiedź przedświąteczna

Dawno nie miałem takiej przerwy między spowiedzią a spowiedzią. Dwa miesiące. Wielu powiedziałoby że to normalka, że co dwa miesiące to się święci spowiadają. Przed Seminarium rzeczywiście spowiadałem się co dwa miesiące (chyba że wpadałem w „ciąg”; wtedy T, mój ówczesny niemal stały spowiednik miał mnie dość, bo przychodziłem co trzy dni), ale w samym Seminarium nauczono mnie spowiadać się częściej. Na początku co dwa tygodnie, potem trochę się opuściłem (do „co trzy tygodnie”). Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić żeby nie iść do Ojca Maćka raz na jakiś czas. Ojciec Maciek to mój spowiednik z Seminarium, jeśli chodzi o ścisłość. Tym czasem, co już przecież pisałem w notce „Awans”, po wygnaniu mnie z Domu moja moralność i wrażliwość opadła i choć z pewnością w Seminarium nie grzeszyłem aż tyle ile grzeszę w obecnej chwili, to wtedy miałem jakoś wrażliwsze sumienie i byłem pewien, że grzeszę więcej. No i tak się właśnie me losy toczyły, że przez ostatnie 2 miesiące do konfesjonału nie zaglądałem. A przecież miałem iść, choćby przed Bierzmowaniem Przyjaciółki. No ale wreszcie się zebrałem, zważywszy że idą Święta i by wypadało. Zacząłem formułkę, a potem się posypało. Właściwie większość grzechów przypominało mi się już podczas spowiedzi, tak że minęła chwilka nim skończyłem. Kapłan po drugiej stronie kratki zapytał czy brałem udział w Drodze Krzyżowej. Raz. W rekolekcjach? Chciałem, ale praca mi nie pozwoliła (szczera prawda). Jakieś postanowienie wielkopostne? Odmawiam codziennie Różaniec. Dobrze. Masz Pismo Święte? Przy sobie (tu taki znaczący uśmiech z mojej strony). Nawet… No to za pokutę przeczytasz sobie List świętego Pawła do Filipian. Żałuj za grzechy…

Żałowałem. Łzy zaczęły mi płynąć i uśmiech zagościł na mych ustach. Jednocześnie. Czułem się cudownie. Wspaniale. Tak jakbym jeszcze nigdy nie był taki czysty jak teraz. Tak jakby cały świat przejaśniał. I śmiałem się z samego siebie, że myślałem, iż nie jest ze mną źle, że w zasadzie nie mam się z czego spowiadać i może bym do tego konfesjonału w ogóle nie podchodził. Dziś już wiem, choć wiedziałem to wcześniej, że nie warto zwlekać. Nie warto czekać do ostatniej chwili. Nie warto czekać do Świąt. Grzech nie jest wart tego by go w sobie kisić. Trzeba się go jak najszybciej pozbywać. Płakałem i śmiałem się na przemian, taki byłem szczęśliwy. A przeciwnikom spowiedzi ustnej powiem tylko, że dla tego uczucia całkowitego wyzwolenia warto oczekiwać na właśnie TEN moment. No i spowiedź przez pośrednictwo kapłana ma tą przewagę, że uczy nas pokory. I wzbudza większy żal. Dziękuję, Panie, za to, że ustanowiłeś sakrament Pojednania.

1. Radość Pojutrze

Dziś trudno mi już określić dlaczego nazwałem tą notkę „Radość Pojutrze”. Co w zasadzie oznacza Pojutrze? Jak dla mnie – dzień następny. Więcej. Dzień jeszcze następny. Tak jakby coś, czego nie możemy się spodziewać. Czego nie możemy nawet podejrzewać. Jutro bowiem to coś co można jakoś przewidzieć. Na co można mieć nadzieję. Czego można się obawiać. Jutro to symbol zagadki do której posiadamy klucz. Tym kluczem możemy otworzyć zagadkę nim Jutro nastąpi. Do Pojutrza nie mamy klucza. Pojutrze to wielka niewiadoma. Coś zupełnie nieprzewidywalnego.

Jednocześnie Pojutrze to ten okres w którym gaśnie zapał i entuzjazm po śmierci JP II i zaczyna się normalne życie. To ten moment w którym wszyscy już ochłonęli i z trzeźwością zaczynają oceniać Pontyfikat, Życie, Twórczość. Albo z trzeźwością zapominają Jutro, w Pojutrze wchodząc tak jakby nie tylko nie istniało Jutro, nawet jakby nie istniało Dziś, czyli śmierć Jana Pawła II, ale nawet jakby Wczoraj nie miało miejsca. A Wczoraj to dla wielu z nas, zwłaszcza najmłodszych TYLKO Pontyfikat Jana Pawła II. Ale nie w tym rzecz. Bo nie zamierzam stosować żadnego podsumowania minionego roku, żadnej oceny Pokolenia JP II, żadnego rozszyfrowywania tajemnic następcy, Benedykta XVI. Chcę napisać o mojej własnej, prywatnej Radości mojego własnego, prywatnego Pojutrze. Dnia, którego nie spodziewałem się nawet w najśmielszych snach.

W okolicach ferii zimowych bodajże dostałem SMSa-łańcuszek od mojej Ciotki. W nim to napisano „Dziś mija tyle-to-a-tyle dni od śmierci Papieża. Wyślij ten SMS do tylu-to-a-tylu osób, a za tyle-to-a-tyle dni (czyli dokładnie w rocznicę – przyp. Autor Notki) przytrafi Ci się wielkie szczęście”. Nie wierzę w łańcuszki (stary zabobon), ale tym razem, dla śmiechu, rozesłałem (były u mnie wtedy Qrczaki, może to był Sylwester? Tak czy inaczej wszyscy wokoło podostawali ode mnie tego SMSa). No i czas trwał. Nie twierdzę, że nic się nie działo aż do dnia. Nie. Było wielkie wydarzenie. Jedna Pani wyznała mi, że się jej podobam. W zasadzie to był tzw. Wieczór Zwierzeń, gdy wszyscy siedzimy w kółku i każdy o każdym wszystko szczerze. No i się odważyła. Byłem w ciężkim szoku (zresztą wiecie jak traktuję te dziewczyny, które znały mnie jako kleryka, a nagle okazuje się że interesują się mną jako facetem), nie tylko ja zresztą. Poza mną w całym towarzystwie tylko Albin nie wiedział prawdy wcześniej, a jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Pani się wygada. Wygadała się. Dodała jeszcze, że dała sobie spokój, bo podoba mi się jej siostra (wspominałem już o Owej kilka razy; zresztą zdarzyło się i w tej notce jednokrotnie) i że nie ma o czym gadać. Reszta towarzystwa postanowiła iść za śladem Pani i wywalić kawę na ławę, przez co parę szpil sobie wetknęliśmy, ale przy okazji cała atmosfera ostatecznie się oczyściła. No ale wiedziałem, że Pani nie istnieje dla mnie jako dziewczyna, w końcu „podoba mi się jej siostra” i nawet jeśli Owa dała mi kosza, to nie znaczy że mam sobie korzystać z okazji i „zadowalać się” tym co zostało. Powiedziałem więc Albinowi, że nic i nigdy.

A potem się zakochałem…

Tu właśnie zaczęło się moje prywatne, nieprzewidziane Pojutrze. Kombinowanie, romantyzm, podchody i robienie wszystkiego, by nie wyglądało to tak, jakbym korzystał z okazji… Wydałem się na tydzień przed rocznicą. Wtedy też postanowiliśmy o tym, że jesteśmy ze sobą. 24 marca 2006 roku, około 23:30. Przez SMSy. Pani bowiem jest ze Skarżyska. Ja też. Ale mieszkam w Rzgowie, jak wszyscy dobrze wiecie. Spotkaliśmy się więc dopiero w tydzień po tym, jak zaczęliśmy być ze sobą. Na kilka dni przed Pojutrzem Jana Pawła II. I dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że to może nie jakieś łańcuszki, ale rzeczywiste wstawiennictwo Papieża u Boga wyjednało mi coś, co mogę nazwać Wielką Radością Pojutrze. Coś, czego się nie spodziewałem, a jednak przyszło. Miłość. Prawdziwa, jeszcze raz, jeszcze jedna Miłość do Kobiety. Do Mojej Pani. Wierzę w to, że Judym dostał jeszcze jedną szansę. Bo w sumie dla Judyma nie było wyjścia – jego ideały wymagały samotności. Ale może moje nie są aż tak zaborcze? Może marzę jednak o idealnym małżeństwie, o dzieciach, o domu i psie. I o tym, żeby jednak wspólnie, we dwoje, wypełniać misję Kościoła. Głosić ludziom Boga swą Miłością. Może jednak coś z tego będzie. Nie chcę zapeszać. A przede wszystkim modlę się bym nie postąpił jak za pierwszym razem. Bym potrafił jak najwięcej kochać, a jak najmniej narzucać swych myśli, swych ideałów, swych pomysłów i planów. Kto wie, czy Bóg rzeczywiście nie chce bym doznał raz jeszcze szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Szczęścia dla dwojga. Radości Pojutrze…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy

Super impreza at Saint Franciszek's

Notka powinna była powstać około piątku, ale w tamtym czasie miałem już w planach poprzednią i zanim się zużyła, nadszedł poniedzialek. Ale napiszę to tu, zdarzyło się bowiem wtedy coś co na długi czas będę pamiętać.

W piątek już cała Polska zaczęła obchodzić 27 rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża. I to samo działo się w naszym, było nie było, małym mieście. Lokum znalazło się w klasztorze św. Franciszka na Kamiennej. Montaż słowno-muzyczny przygotowywała, z tego co się orientuję, moja rodzima parafia. Opowiadał on o czwórce ludzi, którzy dotknięci życiowymi problemami choroby, depresji, alkoholizmu, narkotyków zostali podniesieni na duchu przez cudowny pontyfikat Jana Pawła II, który w niesamowity sposób przybliżał ludziom Boga. Po tym montażu nastąpiła krótka projekcja zdjęć z życia naszego papieża okraszona piękną muzyką. Wiele ludzi, w tym również ja, wylało przy tym litry łez. Takie wspomnienie człowieka, który w białej sutannie zdobywał szczyty, i te ziemskie, i te niebieskie, przyprawiało o dreszcze. Gdy projekcja dobiegła końca, wyszedł do prezbiterium zaproszony Ojciec Franciszkanin, który spędził w Watykanie długie lata pomagając w czymś Widzialnej Głowie Kościoła. Próbował nam opowiedzieć wszystkie swe spotkania z papieżem, przez co, nie chcę ujmować nikomu czci, po kilku minutach stał się nudny. Zaznaczając to, że wszystkie fakty ze swego życia przytaczał z kartki. Pokreślę jeszcze raz, nikomu nie chcę w ten sposób ujmować czci. Ja jednak zrobiłbym inaczej. Zaprosiłbym człowieka który np. spotkał papieża raz i wywarło to na nim niesamowite wrażenie. Włożyłby w wykład trochę emocji i wszyscy byliby zadowoleni…

Ale zejdźmy z tematu. W sumie prelekcja dała się słuchać, padło kilka anegdot, więc nie było najgorzej. Ale potem zrobiło się o wiele lepiej. Przybyły bowiem dwie muzykujące rodziny, z Konstantynowa Łódzkiego chyba (Makota, dobrze mówię?) i tam, w prezbiterium, rozstawiły sprzęt. No i zaczęło się granie! Na początku miałem wątpliwości czy tańczyć. W sumie był piątek. Ale skoro nawet moi ukochani ojcowie franciszkanie poszli w tany, to stwierdziłem, że musi być dyspensa i wraz z kochanymi Qrczakami udałem się pod „scenę”. Qrczaki Makota, Expugnis, Agnes i Recydywista, niezrzeszona jeszcze Gremlin oraz ja szaleliśmy pod Ołtarzem do muzyki Magdy Anioł, Arki Noego czy innych katolickich zespołów (podejrzewam, że niektóre kawałki należały osobiście do wykonujących je rodzin). Najciekawiej obserwowało się jednak tańcujących ojców. Jeden z nich, w pełnym umundurowaniu, kręcił młynki z dziewczynami. Drugi zdjął habit i założył beżowy skejtowki strój – bluzę z kapturem i spodnie. Radość opanowała zakon świętego Franciszka. Właśnie to podziwiam w niektórych współczesnych księżach – że potrafią wyjść do ludzi i pokazać im, że są również ludźmi.

Następnego dnia odbyłem rozmowę z tym drugim ojcem. Na temat mojego powołania i złożonej przysięgi. I uwierzcie, rozmiawiało się z nim jak z dorosłym, poważnym, znającym się na rzeczy człowiekiem. Kapłanem. Bo powaga, moi drodzy, wcale nie polega na braku zabawy, życiowej radości, na spokoju i ciągłym opanowaniu. Powaga polega na tym, że potrafi się odpowiednio podejść do człowieka. Potrafi się wzbudzić jego zaufanie choćby przez zwariowaną zabawę, by potem móc wziąć go na stronę i porozmawiać o Bogu. Powaga polega na tym, że we wszystkim co się robi, nawet w tańcu pod Ołtarzem, widzi się moc Boga, który zawsze znajdzie sposób na to, by znaleźć drogę do człowieka.

Wiem, wiem, że w niektórych z Was cała ta sprawa wzbudza kontrowersje. Jak to, ksiądz tańczący w skejtowskich ciuchach i to jeszcze przed Ołtarzem w kościele? Ale nie zżymajcie się tak. To są właśnie zasady nowoczesnej ewangelizacji. Zresztą już Jezus bywał na weselach i zmieniał wodę w wino. Dobre wino. A o św. Franciszku śpiewamy:

Wciąż przede mną na rosie
Franciszka ślady bose
Tak niedawno obok mego życia przeszedł.
Tańczył chociaż nic nie miał
I klaskała w takt ziemia
I tak pragnął aby w radość jego wierzył.

Wszystkich Skarżyszczan zapraszam do Klasztorka w piątki na 18. Wtedy odbywają się spotkania młodzieży franciszkańskiej. To jest grupa modlitewna…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy

Karol – człowiek który został papieżem

KarolByłem dziś w kinie z mamusią. Na „Karolu”. I muszę powiedzieć, że przeżyłem coś naprawdę niesamowitego. Wiecie, ja wiedziałem, że ten człowiek był kimś, ale nie miałem pojęcia, że on to wszystko przeżył! Tak, tak, już jakiś czas temu obliczyłem sobie, że należał do pokolenia Kolumbów, ale nie byłem sobie w stanie wyobrazić jak to pokolenie tak naprawdę żyło… Powiem Wam, że film, ale taki dobry film, może czasem otworzyć człowiekowi oczy na prawdę, na to, jaki ten świat rzeczywiście jest. I co mnie zatkało? To, że Karol Wojtyła żył tam, gdzie wokół trwała wojna, zło szalało. A on był niewzruszony i trwał, trwał w tym, co sobie postanowił. Trwał w miłości. Bo taka jest prawda – tylko miłością można pokonać zło. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” (Rz 12, 21). Naprawdę, film może nauczyć nas wiele, a przede wszystkim pokory. It’s a must-see.

Wiem, że moje notki są póki co bardzo chaotyczne, ale ja dopiero zaczynam. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa.” (1 Tes 5, 23)

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze