Posts Tagged With: Jezus

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Jak wygląda Kana?

Od dawna chciałem napisać notkę o Kanie Galilejskiej i ostatecznie wziąłem się za to po uprzedniej niewielkiej prowokacji. Tytuł notki też prowokacyjny, kojarzący Kanę z kanią – takim grzybem, który zwykło się zrywać i porzucać z obawy. Prowokacja tytułem związana z prowokacją tematem: ta sama osoba prowokowała, która o kaniach pisała. Rzeczywisty tytuł powinien jednak brzmieć „Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?”. A więc:

Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?

Temat z jednej strony bardzo oczywisty, z drugiej skomplikowany. Opiera się na znanym wszystkim prawie fragmencie Ewangelii świętego Jana, opowiadającym o weselu w Kanie Galilejskiej, w którym udział brał sam Jezus. Aby wdrożyć się lepiej w opowieść, przytoczę rzeczony fragment w całości.

„Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: [Czyż] to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,1-11).

Teraz możemy wejść po kolei na kilka płaszczyzn interpretacji tekstu biblijnego. Pierwsza płaszczyzna to oczywiście dosłowne rozumienie tego, co zostało napisane. I w ten sposób zazwyczaj się wyjaśnia fragment o Kanie Galilejskiej. Jezus przyszedł na wesele, na którym bawił się z innymi biesiadnikami. Jednak w pewnym momencie zabrakło wina. Dlatego też został poproszony o uratowanie sytuacji, choć z początku oponował, wreszcie postanowił pomóc. Przemienił wodę w wino, które okazało się być najlepszym winem na tym weselu. Starosta weselny woła i chwali pana młodego, uczniowie zaczynają wierzyć w Jezusa, a On od tego znaku (zgodnie z narracją Jana) rozpoczyna swoją działalność ewangelizacyjną.

Tyle jeśli chodzi o dosłowną interpretację, jak najbardziej prawidłową. Nie ma się co dziwić, że wielu młodych pragnie odczytywania tego fragmentu na swoim ślubie. Nie ma się co dziwić, że fragment o Kanie Galilejskiej bywa brany pod uwagę przy argumentowaniu przeciw abstynencji. Interpretacja dosłowna to jednak tylko pierwsza płaszczyzna. Aby zrozumieć więcej, należy zagłębić się w symbole. To też zrobił niegdyś mój wykładowca od Pism Janowych, to też za nim zrobię dzisiaj ja.

Spróbujmy zbadać najpierw osoby dramatu. Mamy tu Matkę Jezusa, mamy Jego uczniów i Jezusa samego. Jest też starosta weselny, pan młody i słudzy, którzy czerpali wodę. Należy zatem zastanowić się, kogo brakuje. Ciekawostką okaże się, że w historii o Kanie Galilejskiej nie występuje panna młoda… Można powiedzieć: została pominięta, bo nie miała znaczenia w narracji, ale z pewnością tam była. I ja przypuszczam, że przy dosłownej interpretacji należałoby zakładać tę wersję wydarzeń. Jeśli jednak wejdziemy głębiej, brak panny młodej zaczyna nas dziwić. Druga rzecz to fakt, że Jezusa i Jego uczniów zaproszono na wesele. Ale Jego Matka już tam była… Co robiła tam wcześniej? Co oznacza jej uprzednia obecność? Pomaga w przygotowaniu? Kim była dla młodych?

Kolejna często interpretowana rzecz to dialog między Matką a Jezusem. Kiedy ona prosi Go o pomoc, On zdaje się odmawiać. Pyta, czy jest to ich sprawa, czy nadeszła/nie nadeszła Jego godzina. Mimo tego Matka zwraca się do sług, by zrobili wszystko, co On im każe, a On każe. Scena ta wyraźnie wskazuje na pośrednictwo Matki między ludźmi a Jezusem. Jest to argument za stawianiem Matki Chrystusa w roli pośredniczki między Panem a Kościołem, także w modlitwach.

Wejdźmy jeszcze dalej. Stągwie kamienne do oczyszczeń, pojemność 2 lub 3 miary. Może się wydawać, że to tak sobie, ale talent to też nie była monetka, tylko góra złota. Miara zaś to 40 litrów. Stągwie miały zatem pojemność od 80 do 120 litrów każda, zatem ilość wina w całości wynosiła od 480 do nawet 720 litrów! To ogromne morze wina! Ale co więcej – woda, a potem wino, znalazły się w stągwiach przeznaczonych do oczyszczeń żydowskich. Woda, która miała zmywać grzech, usprawiedliwiać Żydów wobec Boga, zmieniła się w doskonałe wino. To prawie jak ofiara dotychczasowa zmieniająca się w idealną ofiarę Baranka Bożego. Jezus czyni znak zmieniając stare (wodę do oczyszczeń) w nowe (wspaniałe wino). Ale to jeszcze nie wszystko. Stągwi było bowiem 6. A 6 jest liczbą według symboliki żydowskiej najgorszą. Jest to liczba oznaczająca brak pełni, pełnia zaś to liczba 7. Jezus bierze więc coś, co określić można jako brak pełni i to wypełnia. Symbol Kany Galilejskiej przybliża nas do zrozumienia, że w całości swego nauczania Jezus bierze to, co dotychczas było niepełne i wypełnia to sobą. To Jezus jest „siódmą stągwią”, tym, w którym wszystko się wypełni. Czy jednak wyłącznie siódmą stągwią?

Panny młodej nie ma w tej historii w ogóle. Pojawia się natomiast pan młody, którego starosta weselny woła i mówi mu: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Starosta nie wiedział, skąd wzięło się wino, pogratulował więc panu młodemu. Czy pan młody był rzeczywiście odpowiedzialny za najlepsze wino na koniec? Jeśli zagłębimy się w symbolikę, to oczywiście, że tak! Jeśli przejrzymy choćby pobieżnie Pisma Janowe stwierdzimy, że często używa on pojęcia „Mąż”, „Oblubieniec” odnośnie Jezusa, lub pisze o Nim w podobnym kontekście, jak choćby w tym cytacie z Apokalipsy: „Weselmy się i radujmy, i oddajmy Mu chwałę, bo nadeszły Gody Baranka, a Jego Małżonka się przystroiła, i dano jej przyoblec bisior lśniący i czysty – bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych” (Ap 19,7-8). Jeśli zaś dla Jana Jezus, po weselu w Kanie, był tożsamy z Oblubieńcem, którego Małżonką miałby być Kościół świętych, to początkiem tych znaków pozostaje Kana Galilejska. Z ogromnym prawdopodobieństwem można więc przypuszczać, że Jezus i pan młody to w opowiadaniu o Kanie jedna i ta sama osoba! To właśnie do Mesjasza starosta weselny mówi: „Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Przeminęło Stare Przymierze, przeminęły czasy żydowskich oczyszczeń, nadszedł pan młody, który najlepsze przyniósł na koniec. Przyszedł pan młody, ten, który jest siódmą stągwią, który dopełnia i wszystko wypełnił!

W opowiadaniu o Kanie Galilejskiej nie ma zatem panny młodej, bo panną młodą jesteśmy my wszyscy, jest nią Kościół Boży. Jezus przybył by porwać swoją oblubienicę, by wypełnić jej życie radością. By osiągnęła wieczną radość. To, co było przed Nim było dobre. Ale dopiero On przyniósł to, co najlepsze.

Spojrzenie na symbole i zagłębienie się w dalszą interpretację nie wyklucza oczywiście dosłownego rozumienia cudu w Kanie i początku znaków. Otwiera jednak oczy i serca na głębsze rozumienie Ewangelii. Jedna i druga interpretacja jest prawidłowa, należy jednak pamiętać, że nie warto poprzestawać przy lekturze Pisma Świętego na tym, co tylko powierzchowne.

A co zdarzyło się potem?

Nad ranem w Kanie Galilejskiej panuje cisza. Wszyscy goście śpią, upojeni najlepszym winem. W pewnym momencie głowę podnosi starosta weselny. „Wody! Wyślijcie kogoś po wodę!” – woła. Na te słowa budzi się jeden z gości: „Błagam, tylko nie Jezusa!”.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Czy kochasz swoją żonę tak, jak Pan Ciebie ukochał?

Tegoroczne rekolekcje wyglądały zdecydowanie inaczej, niż te z roku poprzedniego, czy nawet jeszcze sprzed dwóch lat. Krótsze, trwały niecały tydzień, a do tego trudno było je przeżyć, bo cały czas musiałem się uganiać za roczną córką. Mimo tego już dziś klarują się we mnie myśli, które udało mi się przez ten czas uchwycić i okazuje się, że czas spędzony w Tenczynie nie poszedł na marne. Mam nadzieję, że Bóg da mi odczuwać to w coraz większym stopniu i że rekolekcyjna nauka i modlitwa wpłynie na moją codzienność.

Z myśli, które najgłębiej we mnie utkwiły, najważniejszą umieściłem w tytule wpisu. Znacząca część konferencji księdza prowadzącego opierała się na tak zwanym Nowym Przykazaniu. Kiedy zapyta się czasem kogoś, jakie to jest nowe przykazanie, często pada odpowiedź, że to przykazanie miłości, a więc „Miłuj Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”. Otóż prawdą jest, że to przykazanie stare, jeszcze z czasów Starego Przymierza. Oczywiście, Jezus mówi o nim w pewnym momencie, że to jest najważniejsze przykazanie, ale potem sam daje swoim uczniom przykazanie nowe: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34). Mamy miłować już nie tak, jak siebie samego, ale zdecydowanie bardziej: tak, jak sam Jezus nas umiłował. A właśnie Jezus, Bóg prawdziwy, do końca nas umiłował. Do końca, czyli do samej śmierci na krzyżu, ale i jeszcze dalej – aż po horyzont zmartwychwstania i życia wiecznego! Ksiądz na konferencjach kilkakrotnie zestawiał ze sobą te dwa przykazania, przykazanie stare i nowe. Zadawał przy tym pytanie, o co chodzi z tą miłością samego siebie. Dlaczego wcześniej Bóg nauczał, by kochać bliźniego jak siebie samego. Czyżby kochanie siebie samego nie było egoistyczne? Ksiądz sięgnął tu do nowego przykazania, do nakazu miłowania bliźniego tak, jak Jezus nas ukochał. I tylko taka miłość własna – jak Jezus kocha mnie – nie jest objawem egoizmu. Pytanie tylko jaka tak naprawdę jest miłość Boga do mnie? Bóg nie jest dobrotliwym dziadkiem, głaszczącym po główce, pozwalającym na wszystko i ustępującym jak tylko zrobię buzię w podkówkę. Bóg kocha mnie, troszcząc się o mnie, oddając za mnie wszystko, ale też karcąc mnie za przewinienia, czasem wystawiając mnie na próbę wiary. Bóg mnie wychowuje, bo prawdziwa miłość to miłość wychowawcy. I ja wobec siebie powinienem być dobry, ale i restrykcyjny. Pomocny, ale stawiający sobie wysokie cele. Jezus, żyjąc wśród nas, pokazał nam doskonały przykład Bożej miłości, obiecując nam wiele mieszkań w domu Pana, lecząc chorych, karmiąc głodnych, ale i wypędzając kupców ze świątyni, krytykując faryzeuszów, mówiąc do Piotra „zejdź mi z oczu, szatanie”. I my powinniśmy samych siebie tak miłować, a bliźniego swego jak siebie samego.

Kiedyś, będąc ze swoją pierwszą narzeczoną w okolicach końcówki liceum, przeinterpretowywałem sobie przykazania na własny użytek. Stwierdziłem, że choć mamy kochać bliźniego jak siebie samego, to własną żonę powinniśmy kochać zdecydowanie bardziej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Pan Jezus załatwił tę sprawę za mnie, dając uczniom nowe przykazanie. Teraz, w nawiązaniu do słów księdza z konferencji, przykazanie wypłynęło w czasie wieczornej modlitwy małżonków. Podczas wstępu do fragmentu modlitwy, w czasie którego małżonkowie mieli się nawzajem przepraszać, padło pytanie o to, czy kochamy swoich współmałżonków tak, jak Jezus kocha nas. Czy ja kocham swoją Żonę tak, jak Jezus mnie kocha. Czy dbam o nią, troszczę się o jej potrzeby, czy nie jestem dla niej nieuprzejmy, czy nigdy – nawet w myślach – nie posuwam się do zdrady małżeńskiej. Te wszystkie pytania są związane z głównym: czy kocham ją tak, jak ja jestem przez Boga kochany. Oczywista odpowiedź: nie kocham, jeszcze nie kocham wystarczająco. Wiem, że Jezus nigdy mnie nie zdradzi, nigdy mnie nie opuści. Wiem, że nie zostawi w kłopotach i nie każe sobie radzić. Wiem też, że wesprze mnie w trudnych zadaniach codzienności. Czy ja zawsze robię to wszystko dla mojej żony? Nie. Ale wiem, że muszę próbować. Przed nami całe życie.

To jest myśl, która najgłębiej utkwiła we mnie podczas tych rekolekcji. To również myśl, z którą pozostawiam wszystkich czytających mój blog małżonków. Czy poświęcasz swojej żonie lub swojemu mężowi wystarczająco dużo uwagi? Czy masz czas by się nią lub nim zająć, by wspomóc w trudnych chwilach, w szarej codzienności? Czy dzięki Twojej opiece nad dziećmi Twoja żona lub Twój mąż mają czas dla siebie, mogą odpocząć? Czy kochasz swojego współmałżonka tak, jak Bóg sam Cię umiłował?

Przemyślimy to wspólnie i zacznijmy działać.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Istota chrześcijaństwa

Dałem się ponownie sprowokować do przemyśleń apologetycznych, co świadczy o tym, że dyskusje są budujące, nawet jeśli trudne i mierzenie się z poglądami innych jest potrzebne, nawet jeśli bolesne. Otóż jeden z komentatorów napisał coś, co może być odczytywane jako oskarżenie chrześcijaństwa i ogólnie wiary w Boga o egoizm i hipokryzję. Z komentarza wynika, że ludzie, którzy czynią dobrze dlatego, że chcą otrzymać nagrodę, są hipokrytami. Nagroda ta to pobyt w niebie, czyli w wiecznej szczęśliwości z Bogiem. Przytoczono nawet cytat, popierający tę tezę: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 11-12).

Owszem, Królestwo Niebieskie jest nam obiecane jako nagroda. Nauczanie Jezusa w dużej mierze oscylowało wokół nauki o Królestwie, które zamieszkuje Bóg, które buduje się wokół, które jest naszą przyszłością, które już trwa. Królestwo wiecznej szczęśliwości, do której mamy dążyć, którą mamy mieć przed oczami, żeby do niej dojść. Jednak rozumienie tego Królestwa jako nagrody w takim znaczeniu, w jakim my rozumiemy pojęcie nagrody, byłoby zbyt płytkie. Nagroda bowiem nie jest w tym wypadku jakimś nieosiągalnym, bliżej nieokreślonym cukierkiem, który dostaje się za dobre postępowanie. Nagrodą tu jest Królestwo, które rozwija się i buduje, ponieważ my je rozwijamy i budujemy. To nie jest dom nad jeziorem, który dostaniemy jeśli spełnimy ten a tamten warunek, lecz dom nad jeziorem, który sami musimy sobie zbudować. Mamy nagrodę w niebie, ponieważ sami tę nagrodę tworzymy. O tym świadczy wiele przypowieści Jezusa, np. ta o ziarnku gorczycy, które zmienia się w ogromne drzewo. Pan Jezus przyszedł do nas po to, by nam o Królestwie opowiedzieć, aby zasiać w nas ziarno, ale wszystko to musi w nas wykiełkować. Nie jesteśmy hipokrytami robiącymi dobro dla otrzymania nagrody, lecz tworzymy dobro, ponieważ właśnie to dobro jest prawdziwą nagrodą. Tym dobrem jest Królestwo Niebieskie i wieczna szczęśliwość, którą widzimy już tu, na ziemi, kiedy sami pracujemy nad jej wzrostem.

W jaki sposób pracuje się nad wzrostem Królestwa? Zdobywając dla tego Królestwa nowych członków. To oznacza, że nie czynimy dobrze po to, by samemu dojść do Królestwa, które w tym przypadku byłoby jakąś indywidualną hiperprzestrzenią, lecz po to, by innych do Królestwa doprowadzić. Naszym zadaniem jest głodnych nasycić, spragnionych napoić, strapionych pocieszyć, ale nie po to, by zdobyć dla siebie dodatkowe punkty w skali niebieskiej, lecz po to, by głodni, spragnieni i strapieni (a także chorzy i ci, co w więzieniu) zobaczyli jak dobry jest sam Bóg, w imieniu którego my działamy i jak dobrze jest być przy Nim i do Jego Królestwa dążyć. Nie jest to egoizm – wręcz przeciwnie! To nie nasze zasługi chcemy pokazać światu i nie chcemy, by to nas chwalono, lecz pragniemy by dzięki nam, jak najmniej widocznym, choć niekoniecznie anonimowym, chwalono i wielbiono Boga.

Istotą chrześcijaństwa nie jest egoistyczne wpatrzenie się w nagrodę i czynienie dobra w hipokryzji (którego oczywiście nie można w tym przypadku zwać dobrem), lecz miłość. Jezus dał nam przykazanie miłości, które powinniśmy spełniać, będąc Mu wierni. I nie jest to powszechnie znane, starotestamentalne przykazanie „Miłuj bliźniego jak siebie samego” bo okazuje się, że ono właśnie oznacza swego rodzaju egoistyczne zapatrywanie. Jezus dał nam nowe przykazanie, większe i lepsze od tego starego: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,34-35). A jak Jezus nas umiłował? Tak, jak tylko Bóg może kochać. On zszedł do nas na Ziemię, choć wieczność spędzał wraz z Ojcem w szczęśliwości. On stał się jednym z nas, mówił do ludzi, pomagał im, leczył i nawracał. Dawał rozgrzeszenie. Wreszcie oddał życie za całą ludzkość i za każdego z nas z osobna. Jezus nie mówi „Kochaj innych tak, jak siebie”, lecz „Kochaj innych tak, jak Ja ciebie kocham”. Czyli ostatecznie i do końca – nawet jeśli to dla człowieka nieosiągalne. Jezus każe nam poświęcać swoje życie za innych z miłości – po tym inni poznają, że my podążamy za Nim. A jeśli poznają, to zrozumieją, że w Nim jest Prawda, że za Nim właśnie należy iść – a więc trzeba kochać się nawzajem. My jesteśmy Jezusa, a nie sami swoi. Nasze życie i postępowanie, nasza miłość przede wszystkim ma wskazywać właśnie na Jezusa. My budujemy Królestwo Niebieskie.

Świadkowie Jehowy rozumieją to wręcz tak, że w momencie, kiedy wszyscy będą kochać wszystkich, zapanuje raj na Ziemi i to będzie właśnie to Królestwo. Nie przychylam się do ich myślenia, ale rozumiem ich podejście – nagrodą nie jest nieosiągalny stan rzecz, nagroda jest tu i teraz. Nagrodą jest wieczna szczęśliwość w nieustającym kontakcie z Bogiem i Jezusem. Niebo nie leży gdzieś nad gwiazdami, lecz my właśnie, będąc uczniami Jezusa, budujemy to Niebo, którego On pokazał nam bramę i dał nam narzędzia do jego tworzenia. A my mamy sprawić, by ono zaistniało nie tylko w nas samych, lecz w innych na równi, w każdym człowieku. Jednym zaś ze sposobów dążenia do niego jest wspomniane przez Jezusa znoszenie cierpień od urągających nam wokół przeciwników Jezusa. Dla nas właśnie na plus jest to, że nam urągają, prześladują nas i mówią kłamliwie wszystko złe z powodu Jezusa. Bo dzięki cierpliwości i błogosławieniu naszych wrogów pomagamy Jezusowi budować Królestwo. Wielu takich urągających (np. św. Paweł czy św. Augustyn) w dziejach nawróciło się do Pana pod wpływem tej cierpliwości i znoszenia cierpień. Tak swoją drogą komentator nasz trafił w sam raz we właściwy cytat na dany moment.

Ateiści czy, jak dziś modnie, agnostycy sądzą, że oni są najlepsi na świecie, bo czynią dobrze nie dla własnego dobra, nie dla jakichś nagród, lecz dla dobra samego w sobie. Niestety nie zauważają tego, że za nimi w tym przypadku nie stoi nic, żadna większa Prawda, a z pewnością nikt, kto jest większy od nich. Dlatego jeśli uczynią coś dobrego, komuś pomogą, salwa pochwał i honorów na nich się zatrzymuje (dopóki w ogóle coś takiego jest widoczne). Za nami stoi Jezus Chrystus, widząc naszą miłość, widzi się Chrystusa. Nie zatrzymujemy dla siebie tego, co dobrego otrzymujemy, lecz stawiamy jako nową cegłę wciąż powstającego Królestwa Bożego. Nie chwalcie mnie – chwalcie Pana, który jest większy i silniejszy ode mnie. To jest brak fałszywej skromności, ale również brak ogromnego egoizmu!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Wigilia Paschalna, a nie Rezurekcje!

Wielkanoc jest najważniejszym świętem chrześcijaństwa, choć najstarsi górale mogliby powiedzieć, że chodzi jednak o Boże Narodzenie. Jednak to nie Boże Narodzenie obchodzi się w Kościele praktycznie od zawsze i to nie narodziny Jezusa są bezpośrednią przyczyną naszego zbawienia, lecz właśnie Jego śmierć i zmartwychwstanie. Świętując Boże Narodzenie radujemy się ze zstąpienia Słowa Bożego na Ziemię, jednak to świętując Wielkanoc płaczemy nad śmiercią Słowa w znaczeniu ludzkim i przeżywamy zmartwychwstanie i wybawienie dusz, które są bezpośrednimi celami całego tego Boskiego spektaklu.

W tradycji polskiej przyjęło się, że najważniejszą mszą w najważniejszym święcie są Rezurekcje (lub Rezurekcja – prawidłowo). Rezurekcja zaczyna się rano, bladym świtem, najlepiej jeszcze przed wschodem słońca lub równo z nim. Ludzie przychodzą na nią świeżo wybudzeni, zaspani, trzeźwi ich poranny chłód. W związku z koniecznością porannego wstawania mszę świętą w Wigilię Paschalną odprawia się wcześnie, opornie i w pośpiechu, żeby ludzie zdążyli się wyspać. Żeby wyspać się zdążył ksiądz.

W tym myśleniu jest błąd. W całym bowiem Kościele katolickim to msza święta Wigilii Paschalnej jest najważniejszym ze wszystkich punktów kalendarza liturgicznego. Nie jest to msza w Wielką Sobotę, lecz już pierwsza msza Niedzieli Wielkanocnej, już pierwsza msza po zmartwychwstaniu. Poważnym naruszeniem liturgicznym jest, z jakiegokolwiek powodu, celebrowanie tej mszy przed zmrokiem. Wigilia Paschalna musi się bowiem zaczynać już w nocy, to jest po zachodzie słońca. Tak też oto nie odprawia się mszy ani w Wielki Piątek, ani w Wielką Sobotę, msza Wigilii jest już bowiem mszą Niedzieli Zmartwychwstania, choć data zdaje się mówić co innego.

Rozwiązaniem tego dylematu jest kalendarz Żydów. Pewnie nieraz zdarzyło Wam się zetknąć z informacją, że Pan Jezus leżał w grobie 3 dni, tak jak Jonasz w rybie. Z czystej matematyki wychodzi jednak, że leżał w grobie jeden dzień z hakiem, a ten hak był mały. Zmarł w piątek popołudniu. W niedzielę o świcie już Go w grobie nie było. Czysty rachunek: Jezus nie żył przez dzień do półtora. Skąd więc trzy? Należy sobie przypomnieć, że Żydzi północy nie uważali za linię graniczną kolejnych dób. Nowy dzień zaczynał się ze zmrokiem, wówczas też kończył się poprzedni. Otóż Jezus zmarł i został pochowany w ostatnich godzinach przed piątkowym zachodem słońca. Grzebano Go w popłochu, żeby zdążyć przed szabatem (sobotą), w którą dodatkowo wypadała Pascha (najważniejsze żydowskie święto). Tak więc Jezus leżał w grobie w piątek. Potem była sobota, szabat i Pascha, aż słońce nie zaszło ponownie. Dziewczęta z wonnościami zbliżyły się do grobu w niedzielę około świtania, ale Jezusa już tam nie było. Zmartwychwstał więc w nocy – a cała noc to była już niedziela, jak mówią najstarsi Żydzi. Tak więc Jezus leżał w grobie również w sobotę (całą) i w niedzielę (kawałek). A więc: trzy dni leżał w grobie. To mi się skojarzyło, żeby odbiec od tematu, ze Staszkiem, który zdaniem Mamusi Cytrynny jest już czterolatkiem, choć skończył dopiero rok.

Stąd też zasada działająca w Kościele, że ostatnia msza w sobotę jest już odprawiana z formularza niedzieli, ponieważ liczy się jako niedzielna. Stąd też, bez wyjątku w tej kwestii, msza święta w Wigilię Paschalną (a więc po Wielkiej Sobocie) jest już mszą Zmartwychwstania. Musi się jedynie zaczynać po zmierzchu, bo według tradycji żydowskiej po zmierzchu jest już niedziela, a Pan Jezus zmartwychwstał po zmierzchu, acz przed świtem, a o której – tego nie wiedzą ani najstarsi Żydzi, ani najstarsi górale.

Msza święta Wigilii Paschalnej jest więc najważniejszym momentem całego roku liturgicznego – odbywa się około momentu faktycznego powstania Pana z grobu tych kilka tysięcy lat wcześniej. Same Rezurekcje nie są jednak również celebrowane bezpodstawnie. Msza święta o świcie związana jest z momentem, w którym kobiety przyszły do grobu i nie zastały tam Jezusa. Nie jest to więc tradycja, którą należy za wszelką cenę wytępić i odrzucić. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że to nie jest pierwsza, lecz już druga msza Niedzieli Zmartwychwstania. Że po Wigilii nie wsadzamy Jezusa do grobu jeszcze na kilka godzin i że nie wyciągamy Go procesyjnie jeszcze raz. Że alleluja uroczyście już rozbrzmiało. Jeśli chcemy, wstańmy o świcie na Rezurekcje, ale pamiętajmy że prawdziwa Rezurekcja, czyli Zmartwychwstanie, odbyło się w nocy.

Są też tacy, którzy uważają, że najważniejszym momentem w roku liturgicznym jest święconka. Pozwólcie, że powiem tylko: nie, nie jest. Bez święconki całe święta będą równie ważne. Pójdźmy do kościoła w sobotę wieczorem, a nie tylko w sobotę przed południem.

Wszystkim Wam życzę prawdziwej radości z Chrystusowego Zmartwychwstania! Alleluja!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Zmartwychwstać natychmiast

Wpis przyszedł mi do głowy po komentarzu Marka pod notką o końcu świata. Marek Piotrowski napisał tam, że „skoro ma być Sąd Ostateczny to ludzkość chyba musi (w doczesności) jakoś wymrzeć”. Ja bowiem twierdziłem, że koniec świata to prywatna sprawa każdej osoby – przychodzi na nas w momencie naszej śmierci. Ale rzeczywiście pozostaje pytanie, czy jeśli każdy przejdzie przez Sąd Ostateczny w chwili swojej śmierci i na tym Sądzie spotka innych, bo Sąd dotyczy każdego człowieka w tym samym stopniu, to czy wszyscy kiedyś i tak wymrzemy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Jednak częściowo problem da się rozwiązać, analizując znaczenie słowa „czas”. Jest to dla mnie podstawa, ponieważ rozumiem czas jako coś względnego. I nie chodzi o to, że nie odczuwam upływu czasu. My, ludzie, wszyscy odczuwamy czas. Jednak należy pamiętać, że kiedy Bóg był sam i świat nie istniał, to nie istniał ze światem również czas. Teologowie mówią, że Bóg stworzył świat nie w czasie, lecz z czasem. Stworzył świat i zarazem stworzył czas, bo On sam czasu do istnienia nie potrzebował. Ludzie, którzy poruszają się w przestrzeni, potrzebują też w niej czasu, jako czwartego wymiaru, Bogu zaś przecież żaden wymiar do niczego nie był potrzebny, bo Bóg jest niematerialny.

W efekcie okazuje się, że czas jest rzeczą najzupełniej względną i dlatego pytanie, czy ludzkość musi wymrzeć, żeby był Sąd Ostateczny ma jedną odpowiedź: nie. Ponieważ Bóg nie uzależnia swoich planów od naszego pojęcia czasu, Bogu jest czas do działania niepotrzebny. Uwielbiam ostatni odcinek szóstego sezonu serialu „Lost”. Sam sezon nie był rewelacyjny, ale końcówka pięknie opisuje to, co możemy odczytywać jako koniec świata i Sąd Ostateczny. Otóż Jack (doktor, szef na wyspie) poszukuje w alternatywnym świecie ciała swojego ojca, które zniknęło z trumny. Znajduje go wreszcie wraz z trumną w kaplicy, z tym że okazuje się, że ojciec chodzi i rozmawia z nim, jak żywy. Na co Jack mówi: „Ale przecież ty nie żyjesz”, ojciec zaś mu odpowiada coś w rodzaju „Wszyscy kiedyś umierają”. W znaczeniu: Ty też nie żyjesz, synu. W całej akcji bierze też udział Hugo, który też nie żyje (alternatywny świat okazuje się być bowiem czymś w rodzaju poczekalni przed drogą do Nieba), który dla przykładu w prawdziwym świecie stał się nowym przywódcą wyspy i jeszcze długie życie przed nim.

To, co obejrzałem w Zagubionych jest tylko przykładem ludzkiej interpretacji jakichś eschatologicznych wydarzeń. Ale myśl, że wszyscy kiedyś umierają ma tu bardzo wielkie znaczenie, bowiem wszyscy bohaterowie serialu spotykają się w tym samym miejscu o tej samej porze po „tamtej stronie”, choć część z nich nie żyła od dawna, część zginęła na wyspie, a część dalej sobie jakoś radzi. Tę prostą interpretację można odczytać w sposób teologiczny: Bóg nie potrzebuje, aby ludzkość wymarła, żeby tę ludzkość zgromadzić na Sąd. Być może więc ludzkość nigdy nie wymrze, będziemy istnieć w nieskończoność, a na Sądzie Ostatecznym spotkamy się z nieskończoną ilością ludzi ze wszystkich miejsc i czasów? Dla Boga nie ma przecież nic niemożliwego.

Nie jestem pewien, czy dobrze to wytłumaczyłem: każdy człowiek kiedyś umrze i spotka się z Panem, każdy będzie miał swój koniec świata. Jednak ludzkość sama w sobie nie musi wymrzeć. Ta opcja jest jednak niestety dość prawdopodobna, np. kiedy rzeczywiście słońce postanowi spalić ziemię. Choć ja przypuszczam, że do tego czasu wymyślimy podróże międzygalaktyczne i polecimy w kosmos. Przejdźmy jednak to tematu notki. Spotkanie na Sądzie w momencie śmierci zakłada natychmiastowe zmartwychwstanie. Oczywiście założenie nie jest bezpodstawne. Święty Tomasz udowadniając niezależność duszy od ciała (możliwość myślenia i decydowania wynika z duszy, nie z ciała) wykazał jej nieśmiertelność. Odkrył jednak również, wbrew świętemu Augustynowi, że człowiek jest jednością duszy i ciała, a nie duszą zamkniętą w klatce ciała. Co za tym idzie – choć dusza ludzka jest nieśmiertelna, to nie może być osobnym duchowym bytem, musi pociągać ciało ze sobą. Stąd wniosek, nie kolidujący również z faktem niematerialności i pozaczasowości świata Boga, że dusza nigdzie i nigdy na zmartwychwstanie ciał czekać nie musi. Bo tam, gdzie dusza odchodzi po śmierci ciała, nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Oczekiwanie, myśl o którym zakorzeniła się mocno w kulturze chrześcijańskiej, odbywa się de facto poza czasem i przestrzenią, a więc w rzeczywistości wcale się nie odbywa. A co za tym idzie zmartwychwstanie ciał następuje w momencie śmierci. Że są to ciała uwielbione, inne od naszych aktualnych i niewymagające zabalsamowania zwłok nie ulega wątpliwości. Sam Chrystus zmartwychwstając ukazał nam wzór ciał, które my jako Jego uczniowie w chwili śmierci otrzymamy.

Niebo, które dotąd przez wielu rozumiane jest jako miejsce, gdzie czeka się na zmartwychwstanie, miejscem nie jest. Dusza bowiem niematerialna żadnego miejsca do niczego nie potrzebuje. Dlatego też należy odrzucić myśl, że Niebo jest jakimkolwiek miejscem, albo że czyściec trwa… Niebo jest stanem wiecznej szczęśliwości. „Stan” to najlepsze ludzkie słowo, które może oddać istotę Nieba. To nie miejsce, nie czas, lecz stan przebywania z Bogiem w wiecznej radości. Jeśli nazwiemy je miejscem, musimy założyć, że jest materialne. Ale jeśli użyjemy słowa „stan”, to zmartwychwstałe ciała będą mogły przebywać nawet i na odnowionej ziemi (jak chcieliby Świadkowie Jehowy), ale jednocześnie właśnie w stanie niebiańskiej szczęśliwości. Czyściec zaś byłby również jakimś stanem oczyszczenia, przemiany, wypalenia „jakby przez ogień”, jak mówił święty Paweł. A piekło to stan nieszczęścia, oddalenia od Boga.

Co każe nam snuć podobne przypuszczenia? Nunatak przecież napisał, że „zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała” pisząc o Zaśnięciu i Wniebowzięciu Maryi. Należy jednak przypomnieć, że w Piśmie Świętym Nowego Testamentu jest opisane jedno wzięcie człowieka z ciałem do Nieba. Nie chodzi tu o Maryję, lecz o samego Jezusa. On jako pierwszy pokazał nam, że w mieszkaniu Boga będziemy mogli korzystać z ciał. Że zakładanie, iż Niebo jest światem niematerialnym jest błędem. Bo tam właśnie, w Niebie, sam Jezus Chrystus przebywa z duszą i ciałem, co wiemy z Biblii. Do snucia hipotez nie potrzeba nam Wniebowzięcia Maryi. W Niebie, jako stanie bliskości z Bogiem, mogą przebywać zarówno niematerialni aniołowie, jak i materialni ludzie. A czy tam jest czas i przestrzeń? Jeśli nam ona jest potrzebna, pewnie tak. Może to jest rzeczywiście nowa ziemia.

Ja widzę ten wielki hotel w kształcie żagla, nad ogromnym jeziorem. Mnie, moich bliskich, moje zwierzaki. I Boga, z którym mogę rozmawiać w cztery oczy. Jak będzie naprawdę – nie wiem. Wiem, że Jezus utorował nam drogę do Nieba, które nie jest wcale światem niematerialnym. I On to udowodnił, idąc tam wraz ze swoim ciałem uwielbionym.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zabiorę brata na koniec świata

Znajdziemy wyspę jak Robinson! Problem w tym, że koniec świata nie istnieje, bo ziemia jest okrągła, a bramki są dwie. Zresztą mój brat siedzi w Lublinie. Spotkam się z nim, ale w kilka dni po końcu świata…

Owszem, piszę tę notkę z wyprzedzeniem i opublikuje się ona jakiś czas po tym, jak ją napiszę. To tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że jednak koniec świata nastąpi. Wówczas nikt już notki nie przeczyta, ale przynajmniej opublikuje się ona o odpowiedniej porze. Może pewnego dnia jacyś przyjemni badacze z innych zakątków wszechświata złapią internetowy sygnał przesyłający mój wpis w przestrzeń i dowiedzą się, kiedy dokładnie nastąpił koniec naszej cywilizacji?

Piszę tę notkę wcześniej dla żartu, bo ja w ten koniec świata wcale nie wierzę. Pewnie też źle się wyraziłem. Ja ogólnie nie wierzę w koniec świata w ogóle. Jasne, jasne, znam Pismo Święte, czytałem Apokalipsę. Rozumiem ludzi interpretujących tę księgę dosłownie, można. Można interpretować dosłownie liczby (144000), można interpretować opisy wydarzeń czy postaci. Moim zdaniem ta księga jednak ma bardzo symboliczny charakter, podobnie jak przynajmniej pierwsza część Księgi Rodzaju (stworzenie świata, Adam i Ewa). Jednak ludzie od zawsze (od początków chrześcijaństwa) oczekiwali na ten moment, na moment dosłownego zakończenia dziejów. Na powrót Chrystusa. My, chrześcijanie, wierzymy w śmierć Jezusa, wyznajemy Jego zmartwychwstanie i oczekujemy Jego przyjścia w chwale. To samo działo się za czasów pierwszych wiernych, którzy jednak sądzili, że Jezus przyjdzie… już. Stąd wielkie poświęcenia na początku czasów, stąd setki męczenników, którzy życie oddawali za wiarę. Dlatego też Paweł pisał, aby pracować tak jakby się nie pracowało, aby żonaci byli tak, jakby nieżonaci, a zamężne jak niezamężne. Paweł wraz z innymi wierzącymi oczekiwał bowiem, że tak, jak Jezus zapowiedział, wróci za chwilę. Poszedł przygotować mieszkania dla nich, jak o tym wspominał, posprząta pokoje, wyniesie śmieci i wróci zaprosić na gotowe. Paweł chciał, aby ludzie byli jak on (bezżenni), bo w ten sposób lepiej się skupią na przygotowaniach. Chciał, żeby nie oddawali się małżonkom, lecz w całości skupili się na oczekiwaniu powrotu Zbawiciela. Z tego też powodu opisano w Dziejach Apostolskich scenę, w czasie której wszyscy wierzący oddają cały swój majątek wspólnocie i oddają się wspólnemu życiu. Oni zwyczajnie sądzili, że to wszystko nie będzie im już potrzebne. Że zaraz przyjdzie Jezus i odnowi wszystko.

Mijał jednak czas i Jezus nie nadchodził. Zapał oczekiwania chrześcijan też opadał i św. Paweł musiał zmienić linię swej twórczości, ponownie skłaniając wiernych do pracy. Chrześcijaństwo weszło w drugą fazę, oczekiwanie nie przestało obowiązywać, ale przestało być na „już” i na „teraz”. Wrócono do codziennych obowiązków i do osobistej własności, ale nie przestano myśleć o powrocie Pana. I tak minęło już prawie 2000 lat. Nic się nie zmieniło, chrześcijanie nadal oczekują na powrót Mesjasza, zatapiając się w swojej codzienności. Zasada Pawła dotycząca bezżenności przestała obowiązywać, bo setki małżeństw odeszło, a Jezus nie wrócił. Nasze oczekiwanie i tak jest spoko. My czekamy na Mesjasza, który ma po nas wrócić. Mesjasz Żydów jeszcze nie przyszedł w ogóle. I obawiam się, że już nie przyjdzie, chyba że jak nasz wróci, a oni w Niego wreszcie uwierzą.

Ludzie jednak od zawsze wymyślali sobie daty końca świata, by być bliżej oczekiwanego, by znów mieć nadzieję na powrót Mesjasza (lub ogólniej na wielkie bum). Były różne pomysły: lata 375-400, początek roku 1000, potem kilka jeszcze, początek roku 2000, a dziś oczekujemy na zapowiedziany podobno przez Majów koniec, czyli właśnie dziś: 21 grudnia 2012. Z tym, że choćbyśmy wyliczali koniunkcje planet, sejsmiczne ruchy i plamy na słońcu, albo, jak Świadkowie Jehowy, liczby z Biblii, żaden koniec świata nie nastąpi. Nie będzie Apokalipsy, Armagedonu, Wielkiego Wybuchu 2 czy czego tam jeszcze. Jezus nie przyjdzie! Rozumiecie to? Nigdzie się nie wybiera!

„Lecz o dniu owym lub godzi­nie nikt nie wie, ani anio­ło­wie w nie­bie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 24–32).

Ten cytat o „końcu świata”, czy o ponownym przyjściu Jezusa, jest bardzo ważny. Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy: »Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!” Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.« (Mt 25, 1-13).

Cała przypowieść o pannach głupich i mądrych mówi tak naprawdę o tym, co nas czeka. O tym też mówi księga Apokalipsy. I nie zmienia tego faktu to, że minęło już prawie 2000 lat odkąd to wszystko napisano. To nie ma znaczenia, bo „nie znacie dnia ani godziny” nie oznacza dnia i godziny wielkiego bumu niwelującego wszystko, co na świecie, lecz moment naszej śmierci. To właśnie (moim zdaniem) moment naszego zejścia z tego świata jest prawdziwym końcem świata. Dla nas już ten świat przestaje istnieć. Tak było od początku chrześcijaństwa i tak jest do dziś: wierni umierają. I wówczas właśnie Jezus przychodzi do nas, aby podać nam dłoń i zabrać do tego mieszkania, które nam przygotował. O ile my nie zaniedbaliśmy oliwy i mamy oprawione lampy. O ile jesteśmy gotowi. I choć nie będzie morowego powietrza, potopu, globalnego zlodowacenia i innych wybuchów jądra, koniec świata nadejdzie. Może to być jutro albo i pojutrze. Albo za x lat. Nastąpi wówczas, kiedy my umrzemy.

A potem zmartwychwstanie. I sąd. Jedni zmartwychwstaną ku zbawieniu, a drudzy ku potępieniu. I, jeśli oprawiliśmy lampy, będziemy żyć dążąc ku nieskończoności. Na zawsze szczęśliwi z Chrystusem, w tym wielkim luksusowym hotelu w kształcie żagla, położonym nad brzegiem jeziora. I będę wyprowadzał swojego psa na spacer. Nie będzie końca świata, bo on jest zawsze. Jezus przychodzi po każdego z nas ponownie, codziennie.

A tak poza tym według kalendarza Grudniów koniec świata będzie w maju. Mamy więc czas na przemyślenie tematu…

Koniec świata będzie w maju

A kiedy wreszcie nastąpi, musi wyglądać tak, bo jak nie, to ja się obrażę:

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Tylko Jezus jest Panem

Wpis postanowiłem stworzyć pod wpływem dzisiaj przeprowadzonej rozmowy ze Świadkami Jehowy. Temat rozmowy dotyczył eschatologii – końca świata – który to temat jest sam w sobie bardzo dyskusyjny, jednak w międzyczasie spełzliśmy na kontrowersje z Imieniem Bożym. Temat wałkowaliśmy wielokrotnie i spieraliśmy się wielokrotnie, ale dziś jeden z rozmówców był świeży, więc z tą świeżością, a także z dużo większą niż zwykle gorliwością, wróciliśmy na stare tory.

W obroty poszedł fragment z listu do Rzymian: „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10,13). Padło pytanie: Kogo dotyczy ten fragment, kto jest owym Panem? Po przeanalizowaniu, na wszelki wypadek, szerszego kontekstu, odpowiadam: Jezus. No właśnie, ale spójrzmy: to jest cytat z księgi Joela. Zerkamy więc do rzeczonego i czytamy: „Każdy jednak, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony…” (Jl 3,5a). Z oczywistych względów u mnie w Biblii napisano „Pańskiego” (wydanie piąte Biblii Tysiąclecia), u rozmówcy „Jahwe” (wydanie wcześniejsze) albo „Jehowa” (wydanie Biblii w przekładzie Nowego Świata). I tu pada pytanie: Czy nie wydaje się panu, że jeśli cytuje się jakiś wcześniej napisany fragment, należy zacytować go dosłownie? Co za tym idzie – Paweł powołując się na znany sobie fragment z proroka Joela powinien zamiast słowa „Pańskiego” użyć „Jehowy” i z całą pewnością tak właśnie zrobił.

Bzdura! Niestety tak krzyknąłem, zapominając, że temu panu akurat jeszcze tego nie tłumaczyłem. I Wam również powiem: bzdura! Jednak zanim zrozumiemy, dlaczego, przeanalizujmy myślenie Świadków Jehowy.

Założenie 1: Imię Boga Jehowa jest istotą wiary, musimy czcić to konkretne imię, Jezus zaś, mówiąc „Święć się Imię Twoje” miał na myśli imię Jehowa, mówiąc natomiast „Objawiłem im Twoje Imię” również miał na myśli imię Jehowa. Założenie 2: Skoro Imię jest najświętsze i wielokrotnie dane w Piśmie do czczenia, jest więc niewyobrażalne, aby tak Jezus, jak i Jego apostołowie, nie używali tego Imienia. Założenie 3: Skoro poprzednie dwa założenia są prawdziwe, fragmenty Pism Greckich (Nowy Testament), przynajmniej te będące cytatami ze Starego Testamentu, musiały pierwotnie zawierać słowo „Jehowa”/”Jahwe” zamiast „Pan”. Wniosek: Autorzy natchnieni używali Imienia Bożego i zapisywali Je na kartach Ewangelii, niestety pierwsi przepisywacze i tłumacze, uznawszy, że jest to obraza Bożego Majestatu, zastępowali Imię wyrazem „Kyrios”, po grecku „Pan”.

A jaka jest prawda? Rzecz jasna poszukiwanie prawdy rozpoczyna się od niestawiania założeń. Czytając Biblię należy skupić się na faktach, nie na założeniach. Fakt 1: Imię, zapisywane tetragramem hebrajskim JHWH, zostało na pewnym etapie rozwoju uznane przez Żydów za zbyt święte, by w ogóle Je wymawiać. Z tego powodu zaczęto używać na zamianę słowa „Adonai”, co po hebrajsku oznacza „Pan”. W tetragram zaś zaczęto wpisywać samogłoski z wyrazu „Adonai”, co dla niezorientowanego lektora dało wynik „Jahowah”, stąd też mylny odczyt „Jehowa” (prawdopodobieństwo, że Imię odczytywano jako „Jahwe” jest zdecydowanie większe, ale niekoniecznie graniczące z pewnością). Fakt 2: W czasach, w których żył Jezus i Jego apostołowie prawdopodobnie nikt nie próbował wymawiać Imienia Bożego, ponieważ po pierwsze nadal było ono uważane za zbyt święte, po drugie zaś nikt, oprócz najwyższych kapłanów, którzy przekazywali wymowę tylko sobie nawzajem, już nie wiedział, jak powinno się je wymawiać, ponieważ czas, który minął od momentu wypowiedzenia Go po raz ostatni był tak długi, że nie istniał nikt, poza wspomnianymi kapłanami, kto mógłby to pamiętać. Fakt 3: Jezus, jako Syn Boży, prawdopodobnie wiedział, jak wymawiać to Imię, nie miało Ono jednak już wcale znaczenia w przekazie, który miał do objawienia. Świadczy o tym brak jakichkolwiek dowodów, by z jakichkolwiek powodów Jezus wymówił kiedykolwiek to Imię. Imię było ważne dla Żydów w czasach Mojżesza, ponieważ Żydzi wierzyli, że istnieje tylko to, co posiada imię. W czasach Jezusa na określenie Boga wystarczyło po prostu słowo „Bóg” albo „Pan”. Wnioski: Ponieważ Jezus nie przyszedł po to, aby wielbić Imię, lecz po to, by głosić Królestwo Boże i przyciągnąć ludzi do Ojca, całe zastanawianie się nad kwestią Imienia traci sens. Dodatkowym argumentem jest brak jakichkolwiek zapisów tego imienia w Nowym Testamencie.

Świadkowie Jehowy będą oczywiście argumentować. Argument 1: Jest niewyobrażalne, by Jezus, czytając fragment Pisma w synagodze, zastąpił słowo „Jehowa” słowem „Pan” w obawie przed reakcją Żydów. Dlatego też, czytając fragment z Izajasza, z pewnością przeczytał: „Duch Jehowy spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi” (Łk 4,18), nie zaś „Duch Pański”. Kontrargument: Pomimo, że rzeczywiście trudno jest sobie wyobrazić, aby Jezus w obawie przed Żydami zmieniał słowa w tekście, to nie jest „zmienianie” słów przez Jezusa niemożliwe w ogóle. Pamiętajmy, że Jezus nie zastępuje jednego słowa innym z jakichś konkretnych przyczyn, On po prostu czyta tak, jak się w Jego czasach czytało. Oczywiście, mógłby zszokować słuchaczy i wyprowadzić ich z równowagi, czytając „JHWH” (jakkolwiek się to nie czyta), jednak Jego celem w tym momencie nie było rozjuszenie Żydów słowem, które nie miało w danej chwili większego znaczenia, chciał natomiast pokazać, że proroctwo Izajasza dotyczy właśnie Jego. Czy osiągnąłby to, gdyby zaczął od nieuzasadnionego wprawiania Żydów w gniew? Argument 2: Jezus kazał uświęcać imię Ojca, a imię Ojca to Jehowa. Kontrargument: Rzeczywiście w „Modlitwie Pańskiej” padają słowa „Święć się Imię Twoje”, jednak czy naprawdę Jezus każe, by uświęcać Imię Jehowa? „Święć się imię JHWH”? Wątpię. Imię nie oznacza tu bowiem imienia w sensie tetragramu, tylko to, co się za tym imieniem kryje – istotę Boga. Osobę Ojca. Jego przymioty itp. Tak jakby ktoś, mówiąc „Robię to w twoim imieniu” miał, w moim przypadku, na myśli „Robię to w imieniu »Maurycy«”. A jednak ma na myśli – „Robię to za ciebie, ty ponosisz za to odpowiedzialność”. Podobnie Imię nie może być w Modlitwie Pańskiej interpretowane dosłownie, bo „cztery litery” nie mają dla współczesnych Jezusowi żadnego głębszego znaczenia. Poza tym – Nie Ojciec ma na imię JHWH. To jest Imię Boga! Czyli – biorąc pod uwagę Trójcę Świętą – Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Kwestie Trójcy będę omawiał szerzej w późniejszych notkach, teraz tylko dodam, że nie jest niczym niewłaściwym modlić się słowami: „Jahwe, Boże w Trójcy Jedyny, zmiłuj się nade mną”. Argument 3: Święty Paweł był sumiennym człowiekiem i cytat z Joela musiał przekazać dosłownie. Kontrargument: Znowu wchodzimy w „trudno sobie to wyobrazić”. Jednak nie, wcale nie musiał i nie jest tak trudno sobie to wyobrazić. Zwłaszcza, jeśli święty Paweł pragnął przekazać (i przekazał) swoim czytelnikom treść diametralnie inną od tej, której pragnęliby i którą zakładają Świadkowie Jehowy. W szerszym kontekście Paweł w Liście do Rzymian rozpisuje się nad wielkością i chwałą Pana, którym jest Jezus Chrystus. W wersecie dziewiątym pisze na przykład: „Jeżeli więc wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9), w wersecie dwunastym zaś „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają” (Rz 10,12). Paweł korzysta z faktu, że od lat wszystkie przypadki użycia Imienia „JHWH” ze Starego Testamentu odczytywane są jako „Adonaj”, że w Septuagincie (a więc w greckim tłumaczeniu) zazwyczaj zapisywane są jako „Kyrios”, być może cytując wręcz – dosłownie! – za księgą Septuaginty, odnosi fragment, który u Joela oznaczał Boga, do Jezusa. Bo „Jezus jest Panem”, a „Kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Dokonuje tu dwóch wielkich rzeczy: ogłasza Jezusa Panem dającym Zbawienie i stawia Go na równi z Bogiem, cytując słowa mówiące o Bogu w kontekście Jezusa. W tym przypadku Świadkowie Jehowy powinni zauważyć jeszcze jeden problem: cytowanie Joela z użyciem słowa „JHWH” zamiast „Kyrios” lub „Adonai” byłoby wytrącaniem zdania z kontekstu. Zupełnie dziwnym byłoby rozpływanie się nad tym, jakim to Jezus jest Panem, żeby potem niespodziewanie wtrącić, że trzeba wzywać Jehowę, żeby być zbawionym. „Jeden jest Pan [Jezus] wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Jehowy, będzie zbawiony”. Wytrącone z kontekstu zdanie, pasujące tam tylko po to, żeby nie odbiegało od założeń Świadków Jehowy.

Świadkowie jednak mówią: To niewyobrażalne, żeby nie zapisano w Nowym Testamencie imienia JHWH! Z pewnością na początku tam było, jednak potem ktoś chciał zatrzeć ten fakt, dlatego zastąpił Je we wszystkich fragmentach. Ja mówię: Świetnie! A gdzie dowód? „Ale to jest niewyobrażalne”. Jakoś nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tego. Poproszę o dowód. Oczywiście dowodów nie ma, ponieważ wszystkie pisma powstałe przed zmianą zostały zniszczone. Spróbujmy przez chwilę rozważyć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Imię, które miałoby występować w Nowym Testamencie, pojawia się co najmniej w tych dwóch księgach, o których mówiliśmy, czyli w Liście do Rzymian i w Ewangelii wg św. Łukasza. Oba te pisma powstały w innym czasie, do kogo innego były też skierowane. Możemy się jednak domyślać, że oba bardzo szybko zaczęto kopiować i rozprzestrzeniać, dzięki czemu Kościół tamtych wieków mógł je poznawać i się nimi ubogacać. Autorzy pism zaś nie umarli zaraz po ich napisaniu, dzięki czemu mało prawdopodobnym było, aby ktokolwiek w tym czasie dokonał spisku, zniszczył wszystkie kopie ksiąg i pozostawił tylko te, z których powykreślano Imię. To nie mogło być dzieło jednego kopisty czy tłumacza, lecz zorganizowany „spisek”. Trudno, żeby nie zachowały się żadne ślady takiego spisku. Pozostanie do naszych czasów niezliczonej liczby bardzo starych manuskryptów Nowego Testamentu, w których ani razu nie pojawia się imię JHWH jest wystarczającym dowodem, by obalić mylne założenie Świadków Jehowy.

Mój rozmówca nie dał jednak za wygraną. Stwierdził, że jest to jedynie dowód na to, że ktoś to Imię jednak stamtąd wykreślił i to ja powinienem znaleźć dowód, że tak nie było. W porządku – powiedziałem – ale w takim razie poddajemy w wątpliwość wiarygodność Nowego Testamentu w ogóle. Jaką bowiem mamy pewność, że księgi, które zachowały się do naszych czasów są autentycznymi pismami apostołów i ich uczniów, jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, by usunąć z nich tak ważny szczegół, jakim jest Imię Boże tak, że nie pozostały po tym żadne zapiski historyczne? W takiej sytuacji kopiści manipulujący przy księgach mieli pełną dowolność działania, mogli wszystko pozmieniać i co chcieli podopisywać. Mogli w ogóle stworzyć księgi od nowa. Jeśli już z założenia podejrzewamy, że dokonali bezkarnej manipulacji przy najważniejszym słowie w Biblii, to jaką mamy pewność, że opieramy się na wiarygodnym źródle? Oczywiście, można odeprzeć moje pytanie fragmentami z Pisma Świętego, jaki to jednak ma sens, skoro wiemy, że te fragmenty mogą być tam umyślnie wpisane, żeby zatuszować manipulację?

Nie, Kochani, nie ma żadnych dowodów na jakąkolwiek manipulację. Dzisiejszy przekład Pisma Świętego (mam na myśli Biblię Tysiąclecia) opiera się na ogromnej liczbie starożytnych manuskryptów i podaje najbardziej zbliżone do nieznanego nam oryginału treści. W Nowym Testamencie słowo JHWH nigdy się nie pojawiło, bo nie było potrzeby, by się tam znalazło. Mógłbym podawać też argumenty za tym, że BT w nowszych wydaniach zastępuje to słowo słowem „Pan” (w Starym Testamencie), jednak nie czas na to i nie miejsce. Zaznaczę jedynie, że ma to właśnie znaczenie w kontekście odczytywania Pisma nie tylko jak najwierniejszego oryginałowi, ale też jak najwierniejszego wersji, którą znali ludzie za czasów Jezusa. Bo to na gruncie tamtej wersji powstał Nowy Testament. W Nowym Testamencie zaś Imię nie pojawia się. Dowiadujemy się natomiast, że tylko Jezus jest Panem. I to właśnie ten, kto wezwie Imienia Jezusa, będzie zbawiony. Nie ma żadnego dowodu, że mogłoby być inaczej.

„Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,9-11). Amen.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Pusty grób

To właśnie dziś rano, kiedy część z nas, podobnie jak Maria Magdalena, wybierze się do grobu Pańskiego, odkryje, że jest on pusty. Oczywiście, ci którzy byli na mszy Wigilii Paschalnej już to wiedzą, ci którzy wstaną rano na Rezurekcje dopiero zauważą.

Pusty grób to bardzo poważny problem teologiczny. Położono do grobu martwe ciało, postawiono straże, zapieczętowano wejście, ustawiono ciężką skałę. Mimo tego kamień jest odwalony, pieczęć zerwana, straże jakby zabite. Co może być tego powodem? Josh McDowell twierdzi, że grób jest znakomitym dowodem Zmartwychwstania. Mój promotor Józef Kulisz sądzi jednak inaczej. Dla niego pusty grób jest tylko nieznaczącym argumentem, na podstawie którego wiele rzeczy można by udowodnić. „Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu». Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego” (Mt 28, 11-15). Dla ówczesnych Żydów pusty grób oznaczał, że uczniowie wykradli ciało Chrystusa, już to z wielkiej do Niego miłości, już w celu rozgrywania swoich zmartwychwstańczych gierek. „Do dnia dzisiejszego” oznacza – do dnia pisania Ewangelii. Ale nie tylko! Biblia jest aktualna we wszystkich miejscach i czasach – i dziś również istnieje szereg teorii, które próbują ukazać, że Jezus prawdziwie nie zmartwychwstał. Że to jest wielkie oszustwo.

Temat zmartwychwstania, wszystkie teorie pustego grobu, śmierci pozornej itp. do rozważenia szerzej, kiedy indziej. Dowody i dowodziki – do rozpatrzenia, potwierdzenia czy obalenia. Dziś tylko chciałem przypomnieć, jak wielu uczniów widziało Jezusa już po Zmartwychwstaniu. Jak wielu z Nim rozmawiało, rozpoznawało Go, oddawało Mu cześć. Ilu widziało Go wstępującego do nieba. Ilu wyznaczył rolę w powstającym Kościele. Wreszcie – ilu ludzi współcześnie ma z Nim kontakt. Rozmawia z Nim w modlitwie, adoruje w kościele, przyjmuje Jego Ciało i Krew w Eucharystii.

Chrystus zmartwychwstał prawdziwie! Alleluja!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze