Posts Tagged With: Kobieta

Potrzeba dzietności

Kolejna akcja społeczna wywołała burzę. Tym razem nie chodzi o ubieranie papieża w garnitur, ani o przypominanie co jest grzechem, a co nim nie jest, ale o zachętę do rodzenia dzieci. Fundacja Mamy i Taty przygotowała kampanię, w której przedstawiona jest kobieta nie posiadająca dzieci. „Zdążyłam zrobić karierę” – mówi ona – „Zdążyłam być w Paryżu. Zdążyłam kupić dom, ale… nie zdążyłam zostać mamą”. Kogo uosabia – może w sposób przesadzony – ta kobieta? Ma ona reprezentować współczesną (wciąż jeszcze) młodą, wykształconą z wielkiego miasta, która w pogoni za rozwojem, za karierą i własną satysfakcją wyłącza w ogóle myślenie o dzieciach. Nie jest pokazane, czy ma męża, czy nie, czy ma choćby chłopaka – ale pokazane jest, że nie ma dziecka, i że tego żałuje.

zdążyłam

Chybiony target?

Oburzenie wielu osób spowodowane jest, jak twierdzą, chybionym wyborem celu przez pomysłodawców kampanii. Fundacja Mamy i Taty – mówią – popełniła błąd zakładając, że powodem nieposiadania dzieci przez współczesne kobiety jest ich pogoń za karierą. Nie, ich zdaniem jest inaczej. Powodem braku dzieci jest brak odpowiednich warunków do życia. Jest polityka państwa, która nie sprzyja posiadaniu dzieci. Jest brak perspektyw finansowych dla kobiet, które rodzą przerywając pracę, czy zawieszając działalność firmy. Krytyków ogarnia zwątpienie, gdy widzą bogatą kobietę, która wszystko już ma, tylko nie zdążyła urodzić. Przecież – podobno – większość kobiet nie rodziła, bo nie ma niczego.

Zgoda, na pewno jest sporo osób, które mają problem z przeżyciem i nie są w stanie sobie pozwolić na posiadanie kolejnych osób na utrzymaniu. Jednak zwrócić należy uwagę na to, że targetem kampanii nie były wszystkie kobiety, które dotychczas nie rodziły. Była to konkretna grupa kobiet – nie tych najbiedniejszych, leczy tych, które uniknęły biedy poprzez zanurzenie się w karierze, w zarabianiu pieniędzy, w szukaniu „szczęścia” i – to już prędzej – przyjemności. Nie ma takich kobiet? O, z pewnością są. Sam znam takich dziesiątki. Kampania uderza w znaczącą część współczesnych kobiet. Takich, które kończą liceum i idą na studia. Tu poznają swojego przyszłego męża, ale biorą z nim ślub dopiero po magisterce. Potem może by i mogły mieć dziecko, ale jeszcze muszą znaleźć pracę i rozwinąć skrzydła, żeby potem mieć za co przeżyć. To nie jest „chybiony target”. To jest klasyczny, naturalny sposób spędzania życia przez ogrom kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie. Nie żyjemy może w Japonii, gdzie ludzie śpią w korporacjach, jedzą w korporacjach i umierają w korporacjach. Ale target jest jak najbardziej trafiony.

Skąd więc oburzenie?

Na pytanie „Skąd oburzenie?” należy prawdopodobnie odpowiedzieć: z poczucia bycia targetem. Albo z poczucia utożsamiania się z targetem. Oburzenie połączone z ironicznymi, pełnymi jadu komentarzami, obserwuję głównie u tych kobiet, które skończyły już studia, znalazły już pracę, mają często nawet już męża, ale nie mają jeszcze dzieci, bo „na dzieci przyjdzie czas”. To te właśnie osoby najmocniej uderzają w kampanię wspierającą wczesne macierzyństwo. Same o sobie oczywiście powiedzą, że targetem kampanii nie są. Że zwyczajnie jeszcze są tak krótko w małżeństwie, że zwyczajnie mają dopiero dwadzieścia kilka, albo trzydzieści kilka lat i jeszcze dzieci mieć nie muszą. To nie do nich ta kampania, ale jest zła i powinna się odczepić.

Widzę to oburzenie w osobach, które, być może, nie korzystają z antykoncepcji hormonalnej (a kampania miała pierwotnie odnosić się też do problemu z tym właśnie rodzajem antykoncepcji), ani w ogóle z żadnej metody antykoncepcji (choć zapytani ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają), ale żyją w sposób antykoncepcyjny. To jest – żyją tak i współżyją tak, aby dziecka nie mieć. I tu znów wchodzimy na grunt naturalnego planowania rodziny. Zgodnie nawet z nauczaniem Kościoła poczęcie dziecka można z obiektywnych przyczyn odłożyć w czasie. Wówczas można współżyć tylko w czasie niepłodnym i w ciążę nie zajść. Potrzeba jednak odróżnić odkładanie potomstwa z obiektywnych przyczyn od odrzucania go, odcinania się od niego. NPR nie jest po to, żeby nie mieć dzieci, lecz po to, by mieć je w odpowiednim czasie. A tym odpowiednim czasem często jest czas wyznaczony przez Boga i nie możemy stawiać Mu barier.

Nie wolno zachęcać?

Oburzeni często wspominają o agresji z jaką prowadzona jest kampania. Tymczasem to najczęściej oni są agresywni w swoim oburzeniu. A kampania Fundacji Mamy i Taty w spokojny, delikatny sposób przedstawia myślenie całego ogromu kobiet, które nie mogą urodzić, bo są już za stare, albo dlatego, że zatruły swój organizm antykoncepcją. Kobieta ze spotu zdaje się mówić „Ja to zrobiłam, ale nie idź moją drogą”. Ona właśnie jest naszą dobrą ciotką, albo starszą siostrą, która dziecka już nigdy nie urodzi (albo zrobi to za pomocą in vitro). Może być też kobietą, która ma jedno dziecko i żałuje, że nie urodziła więcej. Osobiście znam takie kobiety. Jedną starszą, która już nie urodzi, drugą młodszą, która jeszcze nie może, bo ma mieszkanie na kredyt. Tutaj ta starsza mówi tej młodszej: nie popełniaj mojego błędu. Też miałam mieszkanie na kredyt, ale teraz mam tylko jedno dziecko (albo nie mam go wcale). Jasne, że ta młodsza może się oburzać. Ale może też wziąć sobie do serca żal starszej koleżanki i pomyśleć, czy nie warto podjąć tego wysiłku związanego z macierzyństwem.

Każdy ma prawo podpowiadać i zachęcać do działania w zgodzie z tym, jak on sam uważa. Jeśli chce zachęcić ludzi bardziej, może zorganizować w tym celu kampanię społeczną. Na nikogo w niej nie krzyczy, nikogo nie wytyka palcem, nikogo nie wyciąga do tablicy. Pozostawia kilka zdań do rozważenia we własnym sumieniu. Ci, których sumienie coś wyrzuci, a będą starali się to przykryć, zareagują gniewem i ironią. Ci, którzy w swoim sumieniu ujrzą poważny wyrzut i przyjmą go jako część siebie, pewnie postanowią przyspieszyć decyzję o dzieciach. I sądzę, że nie trzeba aż tak mocno podminowywać akcji, która ma tylko pokazać, że warto mieć dzieci teraz. Bo „potem” może się rzeczywiście okazać za późno.

____________________________________

We wpisie zastosowano następującą ilustrację:

Zdjęcie w tle, profil Fundacji Mamy i Taty: https://www.facebook.com/FundacjaMamyiTaty?fref=ts

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Stan umysłu

Za kilka dni wybory do Europarlamentu. Będziemy decydować o tym, jaką reprezentację będziemy mieć w miejscu, które kontroluje, lub stara się przynajmniej kontrolować politykę, gospodarkę i życie społeczne w większości krajów kontynentu Europejskiego. Prognozuje się, że mogą to być pierwsze od dawna wybory wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość (jedną z głównych porażek PiS miałoby być to, że przegrało 6 wyborów z rzędu – a przecież nie przegrało, tylko zajęło drugie miejsce, a pierwsze od lat zajmuje jej największy konkurent, nie wchodźmy w to czy prowadzący politykę w sposób uczciwy; tak czy inaczej – nie ma o co kopii kruszyć), pierwsza od dawna porażka Platformy Obywatelskiej.

A jednak, dość niespodziewanie, pierwsze miejsce w debacie medialnej – dziś już nie tylko tej internetowej – zajmuje kto inny, niż wreszcie dążący do triumfu Jarosław Kaczyński. Wiadomości o Kaczyńskim giną pod naporem tych dotyczących Janusza Korwina-Mikke (proszę zwolenników poprawności deklinacyjnej o wyrozumiałość, sprawdzałem w internetach i dozwolono używanie różnych form, a mnie ta najbardziej pasuje), szefa Nowej Prawicy. Jest to spowodowane nagłym wzrostem poparcia dla partii Janusza Korwina-Mikke, która w sondażach po raz pierwszy przekracza próg wyborczy, osiągając nawet 7% poparcia. Wszystkie media – od lewicy po prawicę – zastanawiają się, skąd nagły fenomen Korwina-Mikke, który przecież w polityce jest od dawna i właściwie swoich poglądów dotyczących różnych spraw nie zmienia. Pojawia się na ten temat kilka odpowiedzi, w każdej jest cząstka prawdy, może poza twierdzeniami samych zwolenników Korwina, którzy twierdzą, jakoby Nowa Prawica miała być jedyną szansą dla Polski. I tak Tomasz Lis w Newsweeku pisze, że Korwin-Mikke jest w tych wyborach przedstawicielem elektoratu buntu, który pojawia się za każdym razem, bo część ludzi zawsze ma dość aktualnego stanu polityki i pragnie zmian. W poprzednich wyborach takim objawem buntu było poparcie dla Ruchu Palikota. Z kolei we „wSieci” Łukasz Warzecha zaznacza, że partia Janusza Korwina-Mikke działa jak sekta, przyciągając najróżniejszych zwolenników, zwłaszcza żądnych zmian młodych, mamiąc ich nierealnymi, abstrakcyjnymi obietnicami. I w obu tych teoriach jest prawda.

Wizja polityczna Korwina-Mikke

Nie chcę tutaj się dziś zagłębiać w programy jakiejkolwiek partii. Chcę raczej zilustrować jak wygląda podejście pana Janusza Korwina-Mikke do polityki. Otóż pierwszym podstawowym założeniem, którym zachwyca swoich wyborców, jest u Korwina to, że obecny porządek rzeczy jest zły. Zła jest demokracja, złe są starcia polityczne na szczycie, zła jest konkurencja PO-PiS i zła jest Unia Europejska. Znaleźliśmy się, zdaniem Korwina-Mikke, w matni, z której pozornie nie ma wyjścia. Oczywiście tego typu stwierdzenia działają na wielu ludzi, którzy czują się niepewnie w istniejącym systemie rzeczy i pragną odmiany, pragną czegoś nowego. A skoro już wzbudzono zainteresowanie części elektoratu poszukującej całkowitej przemiany tego, co istnieje, należy jeszcze tylko wskazać rozwiązanie. To rozwiązanie jest jedno: Janusz Korwin-Mikke. Jeśli PiS dojdzie do władzy, nic się nie zmieni. Jeśli wybory do Unii wygrają reformatorzy pragnący naprawiać to, co istnieje, nic się nie zmieni. Zmieni się wszystko tylko wtedy, kiedy do władzy dojdzie Janusz Korwin-Mikke i zrobi rewolucję. Zatem nie ma możliwości zmiany na lepsze, jeśli wszystkiego nie rozjedzie się buldożerem i nie zbuduje od początku. To są hasła, które – rzecz jasna – przyciągną zawsze jakąś część elektoratu. Dotychczas ta część, wierząca w podobne ciekawostki, była zbyt mała, by wygrać jakiekolwiek wybory, ale teraz to się zmieniło. Grupa buntu chcąca budować porządek od nowa, na nowych fundamentach, wzrosła.

Zatem zadaniem Korwina, jego partii i wyborców jest zlikwidować demokrację (którą z jakichś powodów się wygwiazdkowuje). Na miejsce demokracji należy wprowadzić monarchię i, być może, rządy mniejszości (przykładowo: najinteligentniejszych). Należy odebrać prawo głosu wszystkim, którzy nie znają się na polityce, którzy posiadają zbyt mały iloraz inteligencji itp. Przy okazji wychodzimy z założenia, że kobiety mają z natury mniejszy iloraz inteligencji niż mężczyźni, więc należy wrócić do czasów, kiedy one nie mogły wybierać władzy. W ogóle wypadałoby wrócić do czasów, kiedy rządził król, ludzie mu podlegali, niektórzy co mądrzejsi doradzali, a kobiety zajmowały się domem nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Przy tym wszystkim wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke są tak logicznie skonstruowane, że ciężko z nimi de facto polemizować. Tak się przynajmniej wydaje na początku, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Otóż, jak słusznie zauważył Warzecha, logika Korwina wygląda nieco jak reguły gry w szachy lub w brydża. Sam Korwin jest zapalonym brydżystą i okazuje się być takim również w życiu politycznym. Otóż według niego nawet jeśli do wygrania danej partii prowadzi więcej niż jedna droga, to tak czy inaczej cel jest jeden i jeden zwycięzca. Na szachownicy są białe i czarne, w rzeczywistym świecie również. I tak oto jeśli, przykładowo, stwierdzi się, że kobiety szukają sobie mężczyzn bardziej inteligentnych od siebie, to jedynym kontrargumentem może być – śmieszne przecież – twierdzenie, że kobiety wolą jednak mniej inteligentnych mężczyzn. W żadnym wypadku nie przyjdzie p. Korwinowi do głowy, że być może partnerzy/współmałżonkowie starają się dogadywać ze sobą na tej samej płaszczyźnie, że szukają sobie kogoś, kto będzie im dorównywał w inteligencji, żeby mieć z kim pogadać. To rozwiązanie wydaje się być najbardziej naturalne, zwłaszcza w czasach gdy sami dobieramy sobie współmałżonków, a nie robią tego za nas rodzice czy swaci.

Rozwiązanie problemów politycznych Polski jest zdaniem Janusza Korwina-Mikke tylko jedno: całkowite zwycięstwo jego partii w wyborach. Nie może to być przekroczenie progu wyborczego, nie może to być piętnaście procent. Inne ugrupowania potrafią działać wygrywając wybory i szukając sobie partnerów do koalicji, żeby wprowadzać forsowane przez nie przepisy. Ideał taki, jaki osiągnięto na Węgrzech, gdzie Orban działa właściwie samodzielnie, jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak Janusz Korwin-Mikke ma świadomość, że nic się nie zmieni, dopóki nie osiągnie w sejmie większości głosów tak, by mógł rządzić samodzielnie. Wtedy i tylko wtedy mógłby zlikwidować „koryta”, obalić parlament i ogłosić królestwo – a jak jest potrzeba, zawsze się znajdzie ktoś odpowiedni na króla. Zatem wybory trzeba wygrać większością. Jednym ze sposobów forsowanych przez jego zwolenników jest namówienie 50% społeczeństwa, które nie chodzi na wybory, aby poszło na wybory i zagłosowało na Korwina. Są zapewne też inne sposoby, a dopóki to się nie uda, Korwin zamierza wchodzić do parlamentu (czy to europejskiego, czy krajowego), by niszczyć wszystko od środka. Już ma w krajowym parlamencie swojego człowieka (Przemysław Wipler), który na przykład jako jedyny zagłosował przeciw podwyższeniu stawki zapomogi dla rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi. Zadaniem zatem ugrupowania pana Janusza nie jest wchodzenie w koalicje i dogadywanie się z ludźmi, lecz albo przejęcie władzy, albo podminowanie wszystkiego i zniszczenie fundamentów.

Oderwanie od rzeczywistości

MikkeNiestety problemem w tym wszystkim jest to, że choćby było to najbardziej logiczne na świecie, to jest kompletnie nierealne. Myślenie Janusza Korwina-Mikke nie ma zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. Po pierwsze szanse na jednowładztwo w naszym kraju ma może PiS, może PO, bo to są ugrupowania, które w tej chwili się na scenie politycznej liczą. Pozostałe to blotki, pionki i Janusz Korwin-Mikke nie jest tu wyjątkiem. Tak, jak trudno jest wygrać partię szachową mając tylko jeden pion, tak i ciężko jest zdobyć w wyborach większość głosów mając poglądy kompletnie oderwane od realności aktualnej polityki krajowej czy światowej. Mówi się, że na szczycie polityki jest beton, że ciągła walka Platformy z PiSem, i że tylko Kongres Nowej Prawicy może cokolwiek zmienić, że tylko on jest alternatywą. Z tym, że to wcale nie jest żaden beton, tam na górze. To są realia współczesnej polityki. Jedna licząca się partia centrolewicowa, druga centroprawicowa, mające nieco inne podejście, ale odnajdujące się w zastanym systemie, budowanym w całym współczesnym świecie od kilkudziesięciu lat. Żadna z tych partii nie twierdzi, że będzie mogła rządzić skutecznie pod warunkiem, że zniszczy obecny system rzeczy i postawi w jego miejsce coś nowego/coś starego. Nie mówi tak również lewicowe SLD, chłopskie PSL czy inne, mniej liczące się partie. Jedynie Janusz Korwin-Mikke twierdzi, że tę partię da się wygrać, jeśli pozdejmuje się figury z planszy i ustawi się je na nowo. To oczywiście przyciąga, to oczywiście działa. I działa na ludzi rzeczywiście jak sekta. Bo to właśnie sekty działają, promując jakąś oderwaną od świata nowość, jakieś oczyszczenie, całkowite wyzwolenie i mamią swoich wiernych tymi nowościami. Większość sekt nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mormoni wymyślają, że Jezus był w Ameryce, Świadkowie Jehowy dopisują do Biblii swojego Jehowę tam, gdzie go nie ma. Janusz Korwin-Mikke opowiada o królestwie i o zabieraniu pieniędzy ubogim, o rozwalaniu Unii od środka itp. To wszystko bardzo fajne, tylko nadal nie mające nic wspólnego z zastaną rzeczywistością. Co ciekawe – w podobny sposób opowiadali Izraelici przed nadejściem Chrystusa. Oczekiwali oni na Mesjasza, który zbije Rzymian, odbije Jerozolimę i zasiądzie na tronie Dawida. Nic takiego nie nastąpiło, bo nie miało szansy nastąpić. Tego rodzaju marzenia były niezgodne z zastaną rzeczywistością. Prawdziwy Mesjasz też mówił o królestwie – ale Jego królestwo nie było z tego świata. Powielanie błędnego myślenia starożytnych jest, być może, ciekawostką przyrodniczą, ale nikogo nigdzie nie zaprowadzi.

Janusz Korwin-Mikke patrzy na politykę jak na mecz szachowy i wydaje mu się, że jeśli nie wygra, to przegra. Prawdopodobieństwo zatem, że osiągnie politycznie jakikolwiek potencjał który sprawi, że będzie się liczył jako figura, nie jako pionek, jest znikome. Być może to dlatego, że jest zbyt inteligentny, by większość pospołu mogła go zrozumieć?

Myślenie jednobiegunowe

Bardzo ważną rolę w myśleniu Janusza Korwina-Mikke stanowi statystyka. Liczy się ona między innymi wtedy, gdy chodzi o kobiety. Bywa on ogłaszany szowinistą roku, ale jego zwolennicy twierdzą, że jest wręcz przeciwnie – że właśnie bardzo szanuje on kobiety, uważa że ich praca jest lepsza od pracy mężczyzn, trudniejsza itp. Pytanie: dlaczego w takim razie jest ogłaszany szowinistą? Odpowiedź na to jest prosta. Ponieważ jego szacunek do kobiet kompletnie odbiega od tego, co współcześnie definiuje się jako szacunek do kobiet. To tak, jakby ktoś mówił jedno, a robił drugie. Janusz Korwin-Mikke nie mówi jednego i nie robi czegoś przeciwnego, on zwyczajnie nie rozumie co to znaczy „szacunek do kobiet”. I nie mówię tu o tym, że pozwala kobietom uczestniczyć w polityce, że pozwala im pracować „nawet i na pięciu etatach”. Mówię o tym, że stara się je zmieścić w sztywnych ramach, jakby one nie odpowiadały za swoje życie, za swoje decyzje. Jakby rzeczywiście szukały sobie inteligentniejszych mężczyzn, jakby rzeczywiście były wystarczająco mało inteligentne, by siedzieć ponad godzinę z dzieckiem (podobno inteligentny mężczyzna by tego nie wytrzymał, ale widocznie ja jestem nieinteligentnym mężczyzną). Oczywiście przy tym wszystkim podkreśla się, że „nieinteligentne” nie znaczy „głupie”. To tak, jakbym powiedział, że „diament” to nie znaczy „węgiel”. Można sobie mówić, a oczywistym jest, że jeśli powie się komuś, że jest nieinteligentny, to odczyta to jako „głupi”, chyba, że jest skażony korwinowskim myśleniem.

FrederickTymczasem, jak już wspomniałem, statystyka nie ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się naprawdę. Mnóstwo kobiet (nie wiem czy statystycznie większość) wcale nie szuka sobie inteligentniejszego męża, lecz takiego, który byłby na podobnym poziomie intelektualnym. Takiego, z którym dałoby się porozmawiać, z którym można twórczo działać i interesować się tymi samymi rzeczami. Nie jest tak jednobiegunowo, że kobiety są mniej inteligentne. Tak samo jak nie jest tak, że – co wynikło w ostatniej debacie Janusza Korwina-Mikke z Pawłem Kowalem – „zawsze się troszeczkę gwałci”, bo „kobiety zawsze udają, że pewien opór stawiają”. Takie myślenie nie jest szowinistyczne? Można powiedzieć oczywiście, że to jest prawda. Ale to nie jest prawda. Współżycie, zwłaszcza w dobranym, mądrym i Bożym małżeństwie, następuje za obopólną decyzją i zgodą małżonków. Mądry mężczyzna nie dąży do stosunku, gdy kobieta stawia opór. Czy to jest statystyka? Nie wiem. Wiem, że gwałt to przemoc, a miłość małżeńska zakłada wzajemną zgodę na akt małżeński. Gwałcenie jest złe, nawet jeśli nie następuje zawsze, tylko czasami.

Jeszcze jedna ważna sprawa warta zauważenia, czyli kwestia poglądów kobiety, która nawet jeśli mało inteligentna, jest bardzo szanowana przez Janusza Korwina-Mikke. Cytat: „Kobieta przesiąka poglądami człowieka, z którym sypia. Ostatecznie (Natura czy Bóg – nie będziemy się spierać) nie po to tak skonstruował mężczyzn, by setki tysięcy plemników się marnowały; wnikają one w ciało kobiety i przerabiają ją na obraz i podobieństwo mężczyzny, do którego ona należy”. Skąd wzięła się teoria, że w męskich plemnikach zawarty jest materiał światopoglądowy, tego ja nie wiem. Załóżmy, że to przenośnia, że chodzi raczej o mentalną manipulację. Jest to jednak tylko i wyłącznie manipulacja wyssanymi z palca teoriami Korwina. Być może element projekcji, przekazania tego, jak wyglądają kwestie poglądów w jego rodzinie? Ja związałem się z moją Żoną, bo miała takie jak ja poglądy, zarówno na wiarę i Boga, jak i na politykę. Teraz wzajemnie się uzupełniamy, czytamy tę samą prasę, podsyłamy sobie wzajemnie artykuły i czasem się sprzeczamy, a częściej się zgadzamy. Kiedy polemizuję z kimś np. w intenecie i piszę jakąś myśl, a potem mówię Żonie, co mi napisano, Ona komentuje to tymi samymi słowami, których ja użyłem. Nie jest tak, że ja mojej Żonie wkładam poglądy do głowy (lub w inne części ciała). Zwyczajnie zgadzamy się ze sobą – i dlatego jesteśmy razem szczęśliwi.

Co jednak, jeśli szczęśliwe małżeństwo nie zgadza się ze sobą w kwestiach politycznych? Znam jednego człowieka, który jest całym sobą w Gazecie Wyborczej. Jego żona zaś dała się wciągnąć w Łysiaka i często się ze sobą kłócą. Idąc do wyborów wrzucają głos na kogo innego. Czyżby ona była niesubordynowana? Powinna podporządkować się mężowi? To jest szacunek do kobiety? Nie, każdy człowiek bowiem może mieć własne poglądy. I mogą one być nawet sprzeczne z poglądami współmałżonka. Bez względu na to, czy jest się mężczyzną, czy kobietą. Ale jednobiegunowe myślenie Janusza Korwina-Mikke nie dopuszcza takiej możliwości. Żona ma być podporządkowana mężowi, a na dobrą sprawę – jeśli tak – to on mógłby mieć jej głos i wrzucać dwa. Oczywiście na Korwina.

Słowo na wybory

To koniec wpisu, choć niemożliwym jest, bym wszystkie myśli przekazał. Zawarłem własne przemyślenia skrótowo i oczekuję krytyki. Na koniec namawiam do głosowania w niedzielę (i w całym życiu) zgodnie z własnym sumieniem i własnymi poglądami – niekoniecznie w zgodzie z poglądami męża. Zachęcam do oddawania głosu na tego, kogo uważacie za najlepszą alternatywę. Czy to będzie Korwin? To już jest Wasz wybór. Czy ma on realne szanse na wprowadzenie realnych zmian w realnej polityce? Mam nadzieję, że nie ma.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Janusz Korwin-Mikke, pobrane ze strony http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,12451909,Korwin_Mikke_pozywa_za_rysunek_z_niepelnosprawnym.html
2. The Long Journey – Frederick Cayley Robinson, z dodanym komentarzem, za https://www.facebook.com/RozgadaneObrazy/photos/a.123193057844570.27132.123137091183500/302959083201299/?type=1&theater

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Nawet Tosia musi być sexy

Przyszło nam żyć w bardzo dziwnych czasach. Przeciętna (mówiąc „przeciętna” nie mam na myśli „bylejaka”, tylko „typowa”) kobieta, która kiedyś mogła być nazywana piękną, śliczną, ładną, zgrabną, powabną, oszałamiającą, interesującą czy nawet atrakcyjną, wystarczy, że dziś jest seksowna. Albo po prostu sexy. Jedno słowo określające wszystko, co w wyglądzie kobiety ma znaczenie. Nogi, pupa, biust, nawet twarz i włosy – wszystko musi być sexy. Jeśli ktoś złapie fazę na oglądanie TLC (dawnej Discovery Travel & Living) czy choćby naszego rodzimego TVN Style, bardzo szybko się dowie, że kobieta przede wszystkim ma być sexy. Gok Van z szykiem aktywnego homoseksualisty tak rozbierze każdą kobietę, by prezentowała się jak najbardziej sexy. Wszystkie cygańskie nastolatki i zbuntowane amisze muszą włożyć najkrótszą mini, żeby być jak najbardziej sexy. Trinny i Susannah przebiorą cały świat właśnie tak, by był jak najbardziej sexy. Nie oszukuję – te zacne panie dobierające strój do sylwetki, by opisać wygląd swojej ofiary przybranej w zbyt ciasny gorset (zawsze z push-upem) używają chyba tylko tego jednego określenia: „sexy”.

Naprawdę nie trzeba już patrzeć na kobietę i opisywać jej wyglądu. Wystarczy, że ubierze się wystarczająco seksownie i można jej już powiedzieć, że wygląda sexy. Co jednak oznacza to słowo? Sądzę, że kiedyś można było powiedzieć, że ktoś wygląda atrakcyjne lub pociągająco. Oznaczało to poniekąd, że podoba się bardziej niż platonicznie. Że wywołuje w człowieku rodzaj podniecenia. Że człowieka do tej osoby ciągnie. Tak było kiedyś, jednak słowo „seksowny” idzie zdecydowanie dalej. W każdej formie tego wyrazu pojawia się cząstka „seks”. Ten „seks” ma znaczyć, że z daną osobą, która właśnie wygląda seksownie, ma się ochotę na seks. Może to brzmi okropnie, to co ja piszę, właściwie sam się gorszę swoimi słowami, ale dokładnie to znaczy przecież to słowo. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jeśli określa się kogoś mianem „sexy”, to znaczy, że jest nie lada kąskiem. Po biblijnemu można powiedzieć, że patrzy się na tę osobę pożądliwie. Bycie „sexy” pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje. Aby podobać się mężczyznom, kobieta musi dziś stosownie dobierać strój, a tu mam na myśli krótkie spódniczki, ew. obcisłe legginsy, kuse bluzeczki, i to, co Trinny i Susannah lubią najbardziej – push-upki. Nie wystarczą ładne, nawet dopasowane spodnie. Nie wystarczy spódnica do kostek czy ładna sukienka. Żeby się podobać, trzeba się troszeczkę rozebrać. To bardzo smutne. Kiedy o tym myślę przypomina mi się scena z moich ukochanych „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, w której Judym jechał tramwajem w towarzystwie kilku pięknych kobiet i jedna z nich, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, podciągnęła sukienkę ukazując mu kostkę. Judym się zagotował. Czy to nie jest coś pięknego? Kiedyś kobiety ukrywały swoje wdzięki, czasem pogrywając nimi subtelnie. Dziś wszystko musi być odsłonięte. Żeby było sexy.

RadwańskaNiedawna afera z Agnieszką Radwańską i podział na dwa obozy. Oto Agnieszka zapozowała do jakiegoś pisma sportowego zupełnie nago i za to wydalono ją z akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Prawdą jest, że każdy (w dzisiejszych czasach) może sobie w dowolnym piśmie, które go zechce, pokazać tyły. Prawdą jest jednak również to, że Jezus nauczał skromności. Że nie jest niczym dobrym pokazywanie swojego ciała szerokiej publiczności. Choćby rzeczywiście chodziło tylko o ukazanie zdrowej, dobrze zbudowanej sylwetki. Szczerze mówiąc – nie wiem. Ja tam na tym materacu widziałem goły tył ładnej dziewczyny. Jakoś nie przyglądałem się budowie mięśni. Moim zdaniem – jeśli tylko p. Agnieszka pragnie pokazywać się nago, niech to robi, ale niech rzeczywiście przy okazji nie stara się być ambasadorem akcji z imieniem Jezus w tytule. To nie idzie w parze. Jeśli zaś o mnie chodzi, to zwróciłem na „sexy” Agnieszkę uwagę zdecydowanie wcześniej, jeszcze przed jej akcją w zagranicznych magazynach. Pozowała do sesji wcale nie nago. Jednak jej wyzywające pozy, uwodzący wzrok… To wszystko można nazwać „sexy”. Może jeszcze nie do tego stopnia, by usuwać ją z akcji promującej Jezusa, ale wystarczająco, by zacząć się zastanawiać.

Niestety seksowność wkrada się i do kościołów. Nie mówię tu o braku szacunku wobec Boga wyrażanej w zakładaniu krótkich spodni przez mężczyzn czy odsłanianiu ramion przez kobiety (to temat na osobną notkę). Mam na myśli raczej wszystkie dziewczęta i kobiety, które wkładają na mszę najkrótsze spódniczki, jakie w domu posiadają. Ewentualnie sukienki. Zjawisko zdecydowanie częściej występuje w czasach kumulacji chrztów, gdy źle dobrane matki chrzestne zakładają źle dobrane sukienki, które odsłaniają zdecydowanie za wiele jak na kościelne standardy. Czasem się ścigając na krótkość z matkami dzieci. Na oazach młodzieżowych przed wejściem do kaplicy stali opiekunowie i mierzyli długość spódnic – wiem to z opowiadań. Za krótka – powrót do pokoju i przebierać się. Nie wiem, czy nadal obowiązują takie standardy, bo na zeszłorocznym rekolekcyjnym Dniu Wspólnoty, na który zjeżdżają się wszystkie oazy – i młodzieżowe, i rodzinne – z okolicy, dziewczynki były wymalowane i poubierane czasem niemal jak na dyskotekę. By pokazać się w swoim najlepszym stroju. A dziś najlepszy strój to ten najbardziej sexy.

Takie myślenie prowadzi nas do paradoksu. Przecież walka z pedofilią w społeczeństwie jest zakrojona na szeroką skalę. Słusznie! Ale z drugiej strony moda na bycie sexy ogarnia coraz młodsze dziewczęta. Już nie tylko nastolatki, ale i dziesięciolatki, a czasem pewnie i młodsze, starają się wyglądać jak najbardziej atrakcyjnie. Czyli seksownie. Wróćmy na chwilę do TLC i spójrzmy na „Małą piękność”. Dziewczynki po 8, 6, 4 lata – ubierane i czesane przez mamusie i stylistki tak, by wyglądać jak najbardziej dorośle i jak najbardziej pociągająco. Wydaje się, że to patologia? Owszem, ale ta patologia jest dziś wszędzie. Naprawdę, w epoce walki z pedofilią na masową skalę, dobrze jest widziane, by pokazać nogi i uwypuklić biust. Nawet gdy dopiero zaczyna rosnąć.

Weźmy takie reklamy rajstop. Albo pończoch, ganz egal. Zjawisko zadziwia mnie od dawna. Przecież pończochy to nie prezerwatywy Skyn albo jakiś środek na potencję. Nie wymagają rozbierania kobiet do robienia reklamy. A jednak niemal każde rajstopy (które mają za zadanie ogrzać nogi, gdy zimno, choć też podkreślić ich kształt) mają na opakowaniu kobietę w dwuznacznej pozie, rozchylającą nogi, ukazującą bieliznę pod spódnicą, a czasem wręcz pozbawioną jakiejkolwiek innej części garderoby, poza reklamowanymi pończochami. Ja się pytam: po co taki zabieg? Przecież rajstopy zakładane do kostiumu nie mają być produktem, który mają kupować mężczyźni. Producent nie powinien się skupiać na męskim targecie – to kobieta ma nosić rajstopy. Ale odpowiedź jest zaskakująco prosta. Kobieta chce być sexy! Patrzy na paczkę rajstop i widzi, że jak je założy, będzie sexy! A więc spodoba się mężczyźnie. A więc będzie piękna! I wszystko się zgadza. Logiczne. Dopóki nie przejdziemy do rajstop lub skarpet produkowanych dla młodszych klientek.

To jest Tosia. ToTosiasia to dziewczynka, która zapewne nie ma tak wcale na imię (w Internetach występuje także jako Cindy). Tosia ma dziesięć, może mniej lat. Reklamuje skarpeteczki. Opakowanie wpadło mi w ręce i zadziwiło ostatnio, w czasie szykowania rodziny na rodzinną imprezę. Gdy zobaczyłem Tosię oniemiałem. Tosia siedzi w wyzywającej pozie, odsłania nogi i prezentuje wdzięki. Zupełnie jak dorosłe kobiety reklamujące rajstopy dla dorosłych kobiet. Produkt ten sam – firma ta sama – tylko dla młodszych konsumentek. Ale jeśli starsze klientki mają być sexy, to i młodsze powinny. Nie mają być ładne, eleganckie, tylko seksowne. Jeśli komuś czegoś brakuje muszę podkreślić, że Cindy pokazuje więcej niż Tosia… To smutne. Naprawdę smutne, że takie rzeczy się dzieją i przechodzą bez echa. Że kupuje się rajstopki czy skarpetki dla dziewczynki patrząc na to, jak bardzo sexy się w nich wygląda… Nie wiem co więcej powiedzieć.

Mogę tylko przypomnieć, co Jezus mówił o takim zjawisku. „Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się cudzołóstwa” (Mt 5,28). To dotyczy mężczyzn patrzących na kobiety. Co się jednak dzieje, jeśli większość kobiet chcących się podobać dąży do tego, by patrzono na nie pożądliwie? Zdecydowanie są współwinnymi cudzołóstwa. A co powiedzieć w kwestii upożądliwiania dziewczynek? Osobiście rozumiem to jednoznacznie – jako wielkie zło (nie tylko jako grzech, ale jako zło wyrządzane samym dziewczynkom). Szkoda, że w społeczeństwie panuje przyzwolenie na takie działanie…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Rzecz o kapłaństwie kobiet

Przez poważne kłopoty z komputerem niestety na jakiś czas wyleciałem z obszaru blogowego i raczej jeszcze przez trochę nie będę zbyt często zaglądał. Z drugiej strony jednak dawno nie korzystałem z kafejki postanowiłem przypomnieć sobie jak to jest :).

Postanowiłem wypowiedzieć się na temat, który wydaje mi się dość ważny, a który został poruszony aż w dwóch komentarzach. Mam na myśli kwestię kapłaństwa kobiet. Dwoje spośród moich czytelników zdaje się sugerować, że dyskusja związana z tym tematem nie jest w Kościele wykluczona. Wszak, w rzeczy samej, czasy się zmieniają, mamy XXI wiek, kobiety pełnią poważne funkcje państwowe i społeczne. Nie tak, jak za czasów Jezusa Chrystusa. Ja jednak pragnę zaznaczyć, że tu nie chodzi tak naprawdę o ‚nowe czasy’, lecz o zupełnie inne sprawy.

Po pierwsze – Jezus Chrystus otaczał się nie tylko mężczyznami. Kobiety szły za nim, słuchały go, służyły nie mniej (i nie bardziej) niż mężczyźni, były uzdrawiane, rozgrzeszane, wywyższane. A jednak – to naprawdę nie jest bez znaczenia – do grona 12 Apostołów należeli wyłącznie mężczyźni. Nie było wśród nich Maryi, matki Jezusa. Nie było Marii Magdaleny. Byli za to Jan, Piotr, Mateusz i 9 innych, płci męskiej. Ci też przekazali swą władzę swoim uczniom, a uczniowie swoim uczniom – i to nazywamy sukcesją apostolską. Każdy kapłan na świecie ma święcenia wywodzące się w linii prostej od Apostołów. A co za tym idzie – również i od Jezusa. Zauważmy, że nie było wśród nich żadnej kobiety. Przez prawie 2000 lat. Ale przede wszystkim nie było jej za czasów Jezusa – bo Jezus nie chciał, by była tam kobieta.

Takie czasy były, można powiedzieć, kobiety były mniej ważne, pomiatane, były sługami. Nie wypadało powoływać kobiet. Ale dziś ich sytuacja się zmieniła. Dziś, po emancypacji, należy pomyśleć o kapłaństwie kobiet. I znów nie jest to prawda.

Jezus bowiem, co już wcześniej wspomniałem, wyniósł kobiety do niezwykłej godności. Godności, o jaką np. wśród narodu Żydowskiego do dziś trudno. Otaczał czcią własną matkę, bronił jawnogrzesznic przed atakami wskazując ich wyższość nad faryzeuszami, przyjaźnił się z kobietami. Jego zachowanie wobec kobiet było więc tak kontrowersyjne, że niewiele by zmienił, gdyby jeszcze uczynił je kapłankami (dołączył do grona Apostołów). Nie zrobił tego nie dlatego, że nie wypadało, ale z zupełnie innego, niezwykle logicznego powodu.

Dlatego, że kobieta jest kobietą.

To naprawdę bardzo proste, wynikające z natury, z biologii, z Bożego stworzenia. Mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta. I oczywiście, są rzeczy, które kobiety mogą wykonywać równie dobrze jak mężczyźni – a mężczyźni jak kobiety. Ale w dalszym ciągu to mężczyzna pozostaje ojcem, a kobieta matką. Aby zaś opiekować się trzodą Chrystusową, aby nauczać i ochraniać wiernych tak, jak robił to Jezus, trzeba być ojcem. Kapłaństwo jest robotą dla mężczyzn – bez ubliżania kobietom. Jest przecież również wiele rzeczy, których faceci nie zrobią, a zrobią je kobiety. Jezus też dobrze to wiedział – i dlatego nie mianował żadnej kobiety apostołką.

Napisaliście, że nie zdziwilibyście się, gdyby za kilka lat dopuszczono kapłaństwo kobiet. Pewnie część anglikanów też tak mówiło. A część się zdziwiło. I niektórzy kapłani anglikańscy pewnego dnia postanowili się nawrócić i przeszli na katolicyzm. Papież przyjął ich z żonami, choć pozostali księżmi. Bo rozumiał ich sytuację. Jeśli kiedyś Kościół katolicki dopuści święcenia kobiet – dokąd pójdziemy?

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy