Posts Tagged With: Kościół

Co nam daje zbawienie, a co go nie daje?

Nasz najstarszy syn 27 maja 2018 roku po raz pierwszy przyjął komunię świętą i mógł w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Później kilka razy byliśmy też na mszy w białym tygodniu, i we wtorek ksiądz powiedział kazanie o świętej Małgorzacie Marii Alacoque oraz o tym, jak Bóg obiecał, że przez odprawienie nabożeństwa pierwszych dziewięciu piątków miesiąca z pewnością będziemy zbawieni. Dzieci dostały nawet specjalne karteczki, na których mają zebrać dziewięć podpisów od kapłanów i dzięki temu mieć dowód, że to nabożeństwo mają już „z głowy”.

W związku z powyższym, po raz kolejny w ostatnich miesiącach, zapaliła mi się czerwona lampka. Bowiem jakie my, jako katolicy, mamy prawo do ustalania, co nam da zbawienie w stu procentach, a co nie? Nabożeństwa takie, jak właśnie pierwsze piątki, odmawianie koronki do Bożego Miłosierdzia nad umierającym, czy nowenna pompejańska, stały się fetyszem u wielu wierzących, oraz często przesłaniają prawdziwą istotę wiary. Przebłagalna spowiedź i – przede wszystkim – komunia święta w pierwszy piątek miesiąca, która ma ogromną wartość dla rozwoju wiary, dla wielu stała się pewną ścieżką do zbawienia. Owszem – zamierzam sam zadbać o to, by mój dziewięciolatek również co miesiąc uczestniczył we mszy świętej i przyjmował komunię. Ale sam pęd do tego, wysyłanie maluchów po pierwszej komunii i liczenie wszystkiego skrupulatnie (u mnie wszystkich wnuków pilnowała babcia), żeby potem mieć już „z głowy”, stał się prawdziwą paranoją, do tego mocno wspieraną przez kościelnych hierarchów.

Nie jest zła spowiedź comiesięczna – wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra i często potrzebna. Sam staram się praktykować zasadę comiesięcznej spowiedzi. Nie ma nic złego w uczestnictwie we mszy świętej w każdy pierwszy piątek. Nie odwodzę nikogo od sakramentów. Nie odwodzę od modlitwy – sam odmawiam koronkę, a nowennę pompejańską skończyłem bodaj cztery czy pięć razy. Odwodzę tylko od naiwnej, zabobonnej i niezgodnej z katolicyzmem wiary, że jeśli „odbębniłem” jako dziewięciolatek dziewięć pierwszych piątków (a mam to na piśmie), to nic więcej już nie muszę, bo Bóg przecież obiecał zbawienie i teraz już nie ma wyjścia. Próbuję pokazać, że zbawienie naszego umierającego bliskiego nie leży w tym, czy odmawia się nad nim koronkę do Bożego miłosierdzia. A odmawianie nowenny pompejańskiej nie spowoduje, że teraz Bóg już będzie musiał spełnić naszą prośbę, niezależnie od tego, o co prosimy. Nie zaczarujemy Boga pierwszymi piątkami, ani nowenną. Bóg nie jest zdeterminowany przez nas.

Zbawienie daje nam wiara i nieustanne podążanie drogą Chrystusa, bo „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Zbawienie jest łaską, ponieważ nikt nie jest do końca godny, by zbawienie osiągnąć. Zatem łaska, bez której nie da się być zbawionym, oraz wiara, by tę łaskę przyjąć. Bóg łaskę każdemu daje darmo – i zawsze tak wiele, by wystarczyło każdemu. Co innego jeśli chodzi o przyjęcie tej łaski – możemy, poprzez wiarę, łaskę przyjąć, albo odrzucić ją jeśli nie chcemy wierzyć Bogu. I to jest wszystko. Każdy czyn, każdy „dobry uczynek”, który wielu uważa za drogę do zbawienia, jest tylko czystą konsekwencją naszej wiary i łaski Bożej (bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, a „beze Mnie nic nie możecie uczynić”). Odprawianie nabożeństw pierwszopiątkowych i odmawianie nowenn wynika z wiary, która jest wcześniejsza. Dlatego też mam duże wątpliwości, czy ja – jako dziewięciolatek – miałem wystarczająco dużą wiarę, by rzeczywiście ofiarować tę komunię dziewięć razy na przebłaganie za grzechy nasze. Z pewnością byłem na tyle młody, by ulegać osobom z mojego otoczenia, które uważały, że powinienem szybko to zakończyć, by później nie martwić się o zbawienie.

Nie jestem protestantem i nie sięgam do protestantyzmu. Jestem katolikiem, który jest przekonany, że nasze zbawienie wynika z wiary i łaski, a nie z odprawienia jakichkolwiek rytuałów, mającym nam to zbawienie zapewnić. Wiara w Boga, a nie pierwsze piątki, da nam zbawienie. I, co jeszcze warto zaznaczyć, zarówno nabożeństwo pierwszych piątków, koronka do Bożego miłosierdzia, jak i nowenna pompejańska, zostały przedstawione poszczególnym osobom w objawieniach prywatnych. Pierwsze piątki – świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Koronka do Bożego miłosierdzia – świętej s. Faustynie Kowalskiej. Nowenna pompejańska – Fortunatinie Agrelli z Neapolu. A Kościół katolicki nie zobowiązuje do wierzenia w żadne prywatne objawienia, nawet te, które są przezeń zatwierdzone. A to oznacza, że możemy być zbawieni opierając się tylko na Piśmie Świętym i na wierze, oraz – oczywiście – na kroczeniu drogą wskazywaną nam przez Kościół. A wszelkie pobożne rytuały, często zmieniające się w bałwochwalcze fetysze, możemy sobie darować.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: EpiskopatNews on Foter.com / CC BY-NC-SA

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W naszej rodzinie nie odmawiamy pacierza

W parafii, w której mieszkamy, nowy ksiądz wikary przygotowuje dzieci do pierwszej komunii świętej. Przy każdej okazji nakazuje, by wszystkie dzieci składały ręce (czego nie krytykuję, choć właściwie zaleca się utrzymywanie tego gestu głównie wśród ministrantów) i aby każdego dnia, rano i wieczorem, odmawiały pacierz. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego przekonywania – zdecydowanie bardziej podoba mi się postawa księdza, który prowadzi msze mające przygotować do pierwszej komunii naszego syna, w innej parafii. On mówi, że wiara jest obecna w rodzinach, które modlą się razem.

Idea pacierza towarzyszyła mi przez ponad pół życia. Klęknąć rano i wieczorem, zrobić znak krzyża, odmówić „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Aniele Boży” – traktowałem to przez lata jak chrześcijański obowiązek. Wspominam rozmowy z moimi studiującymi znajomymi, którzy wyszli z domu i powoli oddalali się od kościoła. To znaczy – przestali np. chodzić na msze co niedzielę. Ale, mimo wszystko, twierdzili, że jeśli nie przeżegnają się wieczorem i nie odmówią szeregu modlitw, nie mogą zasnąć, bo dręczą ich wyrzuty sumienia. Oznacza to, że dla wielu osób „pacierz” stał się jakimś zautomatyzowanym zwyczajem, a nie prawdziwą modlitwą. U nas w domu natomiast nie odmawiamy pacierza. Nauczyliśmy się za to modlić.

Poranna modlitwa zazwyczaj odbywa się w samochodzie – wraz z najstarszym synem prosimy Boga o dobry dzień. Wieczorem natomiast modlimy się rodzinnie. Każdy z członków rodziny dostaje chwilę na modlitwę spontaniczną – dziękuje Bogu za to, co go spotkało, prosi o łaski, czasami przeprasza. Następnie modlimy się jedną wybraną modlitwą – nie odmawiamy całego pacierza. Od Wielkiego Postu czytamy też z dziećmi jeden rozdział Nowego Testamentu. Stało się to za namową poprzedniego księdza wikarego, który zaproponował, by właśnie w Wielkim Poście czytać z dziećmi jeden rozdział Ewangelii. Pociągnęliśmy to dalej, trwamy w tym do dzisiaj. To jest nasza modlitwa rodzinna. Nie ma obowiązku, by odbywała się dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Wystarczy jeden raz, ale prawdziwie, szczerze, bez odklepywania regułek.

To oczywiście nie zastępuje „pacierza”, ponieważ – jak można zrozumieć – ksiądz przekonuje dzieci, by codziennie odmawiały pacierz jakby z pominięciem rodziców. To ma sens, jeśli założymy, że dzieci przygotowują się do pierwszej komunii świętej, bo tak się robi, a rodzice wielokrotnie nie angażują się w duchową stronę tego przedsięwzięcia. Ale to oznacza też, że modlitwa rodzinna nie zastąpi modlitwy osobistej. Zarówno my – rodzice – jak i nasze dzieci, powinniśmy uczyć się modlić jak Mojżesz, twarzą w twarz z Panem Bogiem. I w pewnym momencie pojawi się sytuacja, w której nasze dzieci – obok modlitwy z rodzicami – będą musiały zacząć wdrażać osobiste spotkania z Bogiem. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, by zrozumiały to jako odklepywany dwa razy dziennie pacierz.

Co ważne, znajomość i wykorzystanie w codzienności podstawowych chrześcijańskich modlitw nie jest złe – przecież „Ojcze Nasz” to modlitwa podyktowana nam przez samego Jezusa, zatem najdoskonalsza ze wszystkich nam znanych modlitw. Branie jej pod uwagę w codziennej modlitwie jest ważne. Byle nie okazało się w pewnym momencie, że słowa „Modlitwy Pańskiej” stały się dla naszych dzieci wyuczoną formułką bez znaczenia.

Moja rada jest więc taka, by nie uczyć i nie namawiać dzieci do odmawiania pacierza. Modlitwy związane z pacierzem są ważne, potrzebne i warte do nauczenia – ale sam pacierz, jako automatyczne odklepywanie formułek, do niczego nie prowadzi. Warto natomiast wdrażać dzieci w modlitwę, szczerze i otwarcie rozmawiając z Bogiem w ich towarzystwie. Tak możemy obudzić w nich – i w sobie – prawdziwą wiarę.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/modl%C4%85c-vintage-ma%C5%82o-dziewczyna-2698568/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Top 10 prezentów na pierwszą komunię

Maj to miesiąc pierwszokomunijny, a jeśli pierwszokomunijny – to również prezentowy. W dawnych czasach hitem było kupienie roweru lub pegasusa, dziś królują quady, skutery czy Xboxy. Sklepy komputerowe reklamują się, twierdząc, że kupowanie u nich elektroniki z okazji komunii jest największą oczywistością. A z kopert wylewają się grube pieniądze. Wszystko wskazuje na to, że jedno z najważniejszych duchowych przeżyć młodego człowieka już dawno zmieniło się w pościg komercji i maszynkę do robienia pieniędzy. A jednak warto pamiętać o tym, że pierwsza komunia to przede wszystkim wejście dziecka w głęboką, dożywotnią więź z Jezusem Chrystusem, wtajemniczenie w kolejne obrzędy Kościoła katolickiego.

Czy to oznacza, że przyjęcie w ogóle nie powinno się odbyć, a prezentów komunijnych należy unikać? Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego myślenia. Komunia ma być głębokim duchowym przeżyciem i warto w odpowiedni sposób ją świętować. Dlatego przygotowałem własną propozycję listy prezentów, które nie zabiją wrażenia tego dnia i nie odciągną dziecka od Jezusa Chrystusa. Na liście znajdują się dwie kategorie prezentów: bezpośrednio związane z wiarą oraz te bardziej neutralne, nie wciągające dziecka w świat komercji i elektroniki. Niektóre z nich znacie, inne mogą Was zaskoczyć. Warto zastanowić się, czy jako chrzestni, rodzice, dziadkowie nie powinniśmy znaleźć dla dziecka czegoś, co na zawsze w nim/z nim pozostanie.

 

10. Zegarek

zegarekm

Zegarek męski, źródło: www.otozegarki.pl

Zegarek damski, źródło: www.otozegarki.pl

Zegarek damski, źródło: www.otozegarki.pl

Klasyczny podarek od lat towarzyszący dzieciom przystępującym do pierwszej komunii. Nie musi to jednak być przykład źle dobranego, tandetnego prezentu. Zamiast kolorowych, fikuśnych plastikowych gadżetów można rozejrzeć się za czymś droższym, ale doroślejszym. Potraktowanie dziecka jako kogoś poważnego może procentować pewnością siebie, a dowartościowanie go „dorosłym” prezentem pomoże mu zrozumieć powagę dnia. Zamiast więc setki elektronicznych gadżetów na cyfrowym wyświetlaczu warto wybrać wskazówkowy klasyk z cyferkami – zwłaszcza gdy maluch dopiero uczy się odczytywać godziny (podobno umiejętność ta w czasach elektroniki zanika).

Dziś podobno na topie, obok tabletów i smartfonów, są również smartwatche – elektroniczne zegarki z funkcjami podobnymi do nowoczesnych telefonów. Ze względu jednak na powagę dnia i potrzebę odejścia od komercjalizacji i odwracania uwagi warto zrezygnować z podobnego bajeru.

 

9. Biżuteria

bransoletka

Bransoletka, źródło: aniakruk.pl

Kolejny klasyk, zwłaszcza dla dziewczynek. Owszem, zakup idącej do komunii panience biżuterii może pomóc jej doświadczyć tego, jak bardzo jest już dojrzała, a jednocześnie nie przyćmi tego, co w tym dniu najważniejsze. Warto jednak skupić swoją uwagę na czymś oryginalnym. Bransoletka – niekoniecznie naszpikowana diamentami – czy ładny pierścionek powinny przypaść do gustu czekającej na dorosłość dziewczynce. Oprócz tego z pewnością dobrym wyborem będzie delikatny wisiorek z małym kamyczkiem. Szkoda byłoby jednak, gdyby miał zastąpić medalik, który wszystkie dzieci otrzymują już przed uroczystością pierwszej komunii.

Warto natomiast pięć razy zastanowić się nad zakupem kolczyków. Wielu osobom ten prezent wydaje się oczywistym wyborem, przez co dziewczynki dostają po dziesięć par – i ta od Was zniknie w tłumie innych. Problem staje się jeszcze większy dla rodziców, jeśli ich córka przed dniem pierwszej komunii nie miała przebitych uszu. Być może dotychczas skutecznie się bronili przed modyfikacją ciała swej latorośli – a pojawienie się „n” par kolczyków w rękach pierwszokomunistki utrudni to działanie i może zmusić do podejmowania decyzji wbrew sobie.

Należy też przemyśleć dokładnie, jeśli chcemy kupić element biżuterii chłopcu. Naprawdę rzadko zdarza się, by złoty łańcuch czy sygnet wyglądały gustownie.

 

8. Dewocjonalia

tryptyk

Tryptyk „Święta Rodzina”, źródło: dewocjonalia-roza.pl

Pierwszy proponowany przeze mnie prezent związany z wiarą znajduje się dość wysoko na liście. Związane jest to przede wszystkim z tym, że czasem trudno jest kupić taki prezent religijny, który przypadnie do gustu lub nie okaże się mało wartościowy. Dlatego też medalik z Matką Boską czy „świecąca Maryjka” nie muszą należeć do prezentów otrzymywanych przez najbliższych. Medaliki czy krzyżyki warto polecić już jako prezent na chrzest święty, zaś kiczowate gadżety w ogóle nie pasują, jedynie bowiem ośmieszają sacrum.

Z dewocjonaliów wartość mają natomiast ładne (niekoniecznie bardzo drogie) ikony – mogą być pisane, ale mogą też być drukowane w gustowny sposób. Dużym zainteresowaniem cieszyć się będzie krzyż na ścianę – ale nie prosty i mały nad drzwi, lecz większy, masywniejszy, rzeźbiony. Ciekawą propozycją może się też okazać np. aspersorium, czyli pojemnik na wodę święconą, który można powiesić przy drzwiach i korzystać przy wychodzeniu lub wchodzeniu do domu.

 

7. Carcassonne z kompletem dodatków

Czrcassonne, źródło: empik.com

Carcassonne, źródło: empik.com

Koncept, źródło: empik.com

Koncept, źródło: empik.com

Pozycja podpowiedziana przez kolegę – fana gier planszowych. Sam też jestem fanem, nieco mniej zaangażowanym, i o Carcassonne wpis już zamieszczałem. W tym przypadku chodzi jednak o szersze zjawisko współcześnie popularnych planszówek, dla którego Carcassonne jest po prostu przykładem idealnym. Do podobnych przyjemności zaliczyć można Dixit (także z dodatkami), Scrabble albo Monopoly. Ostatnio, dzięki kuzynowi, pokochaliśmy też Koncept – i nasze dzieci także uwielbiają w to grać.

Gry planszowe rozwijają wyobraźnię, koncentrację, wpływają na myślenie i ćwiczą inteligencję. Nie zamykają dzieci w wirtualnym świecie, jak często dzieje się to w przypadku gier komputerowych, lecz otwierają na współpracę z innymi albo na mądrą rywalizację. Do tego należy przypomnieć, że współczesne gry planszowe to już nie proste i nieco nudne kartony z polami, po których należy poruszać się pionkami po uprzednim rzucie kostką. Teraz młodzież wraz z rodzicami ma naprawdę wielki wybór technik rozgrywki, wliczając w to zapamiętywanie, układanie puzzli czy rozpoznawanie szczegółów. Poza tym często piękne ilustracje przyciągną uwagę dzieciaków na dłużej.

 

6. Teleskop

Teleskop Celestron Travel, źródło: teleskopy.pl

Teleskop Celestron Travel, źródło: teleskopy.pl

Stolik szachowy, źródło: sklep.caissa.pl

Stolik szachowy, źródło: sklep.caissa.pl

Jeśli już kupować komunijnemu dziecku coś drogiego, czego zazdrościć będą koledzy i koleżanki, to niech to nie będzie komputer czy skuter, lecz coś naprawdę rozsądnego. Coś, co spełni oczekiwania młodzieży, ponieważ wpłynie na rozwój jej zainteresowań. A że są to zainteresowania związane z nauką? Co w tym złego. Każde przeciętnie inteligentne dziecko ma jakąś dziedzinę nauki, która szczególnie je fascynuje. Może to zatem być teleskop do oglądania gwiazd, stylowy model samolotu lub oprawiona w ramki mapa historyczna dla fascynatów historii albo piękny drewniany stolik szachowy dla młodego mistrza szachowego. Zestaw młodego chemika dla kogoś, kto lubi eksperymenty? A może wielki globus dla geografa? Dlaczego nie? Wystarczy znać zainteresowania naszego pierwszokomunisty i nie ograniczyć się do tych jedynie wirtualnych. A jeśli dziewczynka z pasją tworzy rysunki, łatwo znaleźć zestaw plastyczny z wieloma kredkami (największa kolekcja jaką znam to 500 kolorów) albo sztalugę i farby. Powodzenia!

 

5. Srebrne łyżeczki

Łyżeczki platerowane srebrem, źródło: sztucce.hefra.pl

Łyżeczki platerowane srebrem, źródło: sztucce.hefra.pl

Moja żona wspomina komplet srebrnych łyżeczek jako prezent, który na jej komunii zrobił na niej najlepsze wrażenie, mimo że dostała rower, rolki i wiele par kolczyków. Ten prezent był jednak oryginalny i dotykał przyszłej dorosłości – miał służyć, kiedy będzie się miało własny dom, a tym samym wprawiał pierwszokomunistkę w poczucie dorosłości. Oprócz kompletu sztućców świetnie się w tej kategorii sprawdzi wieczne pióro (albo cały zestaw do kaligrafii), filiżanki z chińskiej porcelany (mogą być z japońskiej, jak na chińską nas nie stać), a nawet parasol z wyższej półki. Choć chłopcy, tak jak mężczyźni, nie przepadają za „jeszcze jedną koszulą” albo „kolejnym krawatem”, to zakup eleganckiej sukni dla dziewięciolatki może okazać się strzałem w dziesiątkę!

 

4. Książka o patronie

Święci na każdy dzień, źródło: gloria24.pl

Święci na każdy dzień, źródło: gloria24.pl

Święty Tomasz z Akwinu, źródło: gloria24.pl

Święty Tomasz z Akwinu, źródło: gloria24.pl

Prezent idealny od świadka na bierzmowanie, ponieważ wówczas sam bierzmowany wybiera sobie patrona, ale dlaczego nie na komunię? Wszak i dziewięciolatek nosi jakieś imię – czasem dwa imiona – i ma jakiegoś świętego patrona, który oręduje za nim u Boga. Ten święty miał swoją historię i często jest tak, że ktoś tę historię spisał. Albo sfilmował. Dlatego też płyta DVD albo pozycja książkowa traktująca o dziecięcym patronie będzie doskonałym podarkiem od chrzestnego czy dziadka, który dba o rozwój duchowy podopiecznego. Jeśli nie będzie to książka czy film, może być obraz, ikona przedstawiająca świętego patrona. Większość świętych, nawet tych mniej znanych, ma swój oficjalny wizerunek. Dlatego nie należy się wahać przed profesjonalnym umieszczeniem go na drewnie czy płótnie i wręczeniem dziecku przystępującemu do pierwszej komunii świętej.

 

3. Pismo Święte

Biblia jubileuszowa, źródło: sanctus.com.pl

Biblia jubileuszowa, źródło: sanctus.com.pl

Biblia ilustrowana, źródło: sklep.digest.com.pl

Biblia ilustrowana, źródło: sklep.digest.com.pl

Uniwersalny prezent od kogoś, komu zależy na świętowaniu z dzieckiem tego, co w dniu pierwszej komunii najważniejsze – a więc jego więzi z Bogiem. Dlatego też można mieć obawę, czy podobnego prezentu nie wręczy już ktoś inny. Ale ryzyko zawsze warto podjąć, żeby potem nie żałować, że się nie ryzykowało – na przykład kiedy okaże się, że nikt Pisma Świętego nie kupił. Ja mojej pierwszej chrześnicy wręczyłem dużą, ilustrowaną Biblię z okazji chrztu świętego. Ale i komunia, i bierzmowanie są do tego dobrymi okazjami. Pewien znajomy zażartował, że idealnie byłoby gdyby wręczone z okazji pierwszej komunii Pismo Święte było przed bierzmowaniem już tak sczytane, by można było wręczyć następne z kolejnej okazji.

Na rynku dostępnych jest wiele wydań Biblii (Biblia Tysiąclecia, Warszawsko-Praska, Poznańska) i wiele szat graficznych. Dobrze jest kupić duży, ilustrowany i zdobiony egzemplarz, który będzie się pięknie prezentował i przypominał ten ważny dzień. Z drugiej strony nie jest też złym pomysłem po prostu wręczenie większego formatu jednego z klasycznych wydań, który będzie stanowił doskonałe źródło poznania Bożego objawienia.

 

2. Wycieczka do Ziemi Świętej

Wycieczka do Rzymu, źródło: www.patrontravel.pl

Wycieczka do Rzymu, źródło: www.patrontravel.pl

Taka wycieczka to już duża inwestycja, ale zamiast tego można wybrać inne miejsce związane z kultem katolickim. Na przykład Rzym, Lourdes czy Fatimę. Znajoma zaproponowała także wycieczkę do miejsca ważnego dla patrona dziecka. Na przykład do Asyżu, jeśli patronem jest święty Franciszek, albo do Padwy, jeśli to Antoni. Znalezienie miejsc charakterystycznych dla patronek dziewczęcych też nie powinno nastręczać problemów.

Kto miałby pojechać na taką wycieczkę/pielgrzymkę? Mógłby to być chrzestny z chrześniakiem – tylko we dwoje. Taka podróż, dobrze przygotowana, z pewnością zbliżyłaby znacznie chrzestnego czy chrzestną do swojego duchowego dziecka. Można rozważać także oczywiście wyjazd w większej grupie, na przykład całymi rodzinami (chrzestny, chrzestna, dziecko z rodzeństwem i rodzicami). Wszystko zależy od zakładanego celu i posiadanych funduszy. Tego typu pielgrzymka zdecydowanie przyczyni się do duchowego przeżycia uroczystości pierwszej komunii świętej.

 

1. Komiks „Biblia”

Komiks Biblia + Zaczyna się bitwa, źródło: www.smyk.com

Komiks Biblia + Zaczyna się bitwa, źródło: www.smyk.com

Biblia audio, źródło: wspieram.to/bibliaaudio

Biblia audio, źródło: wspieram.to/bibliaaudio

Znajoma chrzestna potwierdziła, że podarowała swojemu chrześniakowi na pierwszą komunię właśnie Biblię w formie komiksu. Piękne wydanie przedstawia Boga trochę jak superbohatera, rysował je zresztą Sergio Cariello, człowiek związany wcześniej zarówno z Marvelem, jak i z DC Comics. Prezent zrobił furorę i mimo tego, że chłopak dostał także mnóstwo elektroniki, to właśnie od Jezusa z komiksu zaproszeni na przyjęcie kuzyni nie mogli się oderwać.

Tego typu prezenty trafiają w gusta dziewięcioletnich dzieci, które uwielbiają historie obrazkowe, ale jednocześnie dotykają tego, co najważniejsze – zjednoczenia z Chrystusem. Nie odrywają pierwszokomunistów od istoty dnia, wręcz przeciwnie – zbliżają ich jeszcze bardziej do Boga. Przy okazji fascynują też innych dookoła. Jeśli warto mieć prezent, którego koledzy będą zazdrościć, to niech to będzie coś jak najbliżej związane z wiarą. Podobne przykłady? Właśnie tworzy się wielkie przedsięwzięcie: Biblia w wersji audiobooka. Pomysłodawcą jest znany aktor Krzysztof Czeczot, a współtwórcami liczni aktorzy i „statyści” podkładający głos tłumów. Kiedy Nowy Testament wyjdzie w formie płyty, warto zastanowić się nad zakupem go dla swojego podopiecznego.

 

Oto lista dziesięciu, moim zdaniem, najbardziej odpowiednich prezentów (czy szerzej, ich typów). Naprawdę dobrze zrobimy, jeśli idąc na pierwszą komunię świętą dziecka, wręczymy mu taki dar, który zapamięta na długo, ale też taki, który wpłynie na jego rozwój intelektualny i przede wszystkim duchowy. A może uważacie, że coś powinienem na tej liście zmienić? Swoje propozycje zamieszczajcie śmiało w komentarzach.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Grzech to grzech

Głośno o tej akcji organizowanej przez część środowisk kościelnych ostatnio i czas chyba bym i ja się na jej temat wypowiedział. Najgłośniej jest tam, gdzie zwykle, czyli w Kościele „mainstreamowym”. Ten warunek – bycia tzw. Kościołem otwartym – ostatnio znakomicie spełnia Deon (podobno mający coś więcej wspólnego z o. Jackiem Prusakiem, o którym od dawna nie mam najlepszego zdania). Deon wyprzedził nawet Tygodnik Powszechny, ale o tym raczej innym razem. Piszę tylko żeby zaznaczyć, że środowisko „deonowe” słychać najgłośniej i najgłośniej słychać głosy oburzenia – bo przecież Ewangelia jest pozytywna, a akcja bilboardowa jest negatywna.

plakat„Konkubinat jest grzechem. Nie cudzołóż” – możemy przeczytać na plakatach rozwieszonych w całej Polsce, a na zdjęciu widnieją dwie dłonie splecione wężem. O słowa głównie hałas się podnosi, ponieważ zdaniem wielu mówienie ludziom wprost, że coś jest grzechem nie przyciągnie ich do Kościoła i nie zmieni myślenia na pozytywne. Jeśli już, to prędzej odstraszy tych, którzy się wahają. Ci, którzy się sprzeciwiają, są raczej zwolennikami podkreślania wartości małżeństwa, sakramentalnego związku dwojga ludzi, starają się więc odrzucać negatywną retorykę. Tu – muszę to mocno podkreślić – są jednak w wielkim błędzie. Małżeństwo bowiem, owszem, jest eksplozją dobra i cudem, radością Ewangelii. A cudzołóstwo jest grzechem. Jest złe. I jest negatywne. Zatem – jeśli zaczniemy robić akcję popierania małżeństwa, zrobimy tak, by była ona pełnią pozytywnej energii. A jeśli mówimy o cudzołóstwie, nie oszukujmy, że można pozytywnie.

Do czego dążę? Do stwierdzenia, że zawołanie „Nie cudzołóż” nie oznacza zawsze tego samego, co „Weź ślub”. Może też oznaczać „Wyprowadź się” lub „Opuść swoją kochankę/swojego kochanka”. Zatem nagana wystawiona grzechowi nie zawsze jest pochwałą wielkiego dobra. Zawsze jest pochwałą najwyższego dobra, a tym dobrem jest Jezus Chrystus.

O grzechu pozytywny przekaz?

Ludzie domagają się pozytywnego przekazu, mówiąc że negatywny odstraszy tych, do których ma przemówić. Zapytajmy więc do kogo ma przemówić. Czy wielki plakat krzyczący do nas „grzech!” jest skierowany do każdego świeckiego przechodnia, albo do ateisty, albo do dziennikarza TVNu, albo do ks. Sowy i o. Prusaka? Nie, plakat na którym wypisano słowo „grzech” jest skierowany do tych ludzi, którzy rozumieją słowo „grzech”. Do tych, dla których grzech ma jakieś znaczenie, którzy wychowani w katolickiej wierze nadal twierdzą, że są katolikami. To ci ludzie, którzy żyją sobie po swojemu, którzy mają swoje własne mniejsze i większe grzeszki, ale nadal twierdzą, że są katolikami, że są w Kościele. Porównanie ich do faryzeuszów i uczonych w Piśmie z czasów Jezusa jest podstawne o tyle, o ile możemy i o tamtych powiedzieć, że uważali się za wiernych, gdy wewnątrz mieli swój brud. Poczytajmy o tym, jak bardzo Jezus głaskał tych, którzy „chodzili do kościoła”, ale „żyli w konkubinacie”: „Biada wam, nauczyciele Pisma i faryzeusze, obłudnicy! Bo jesteście jak groby pobielane, które na zewnątrz pięknie wyglądają, a wewnątrz są pełne trupich kości i wszelkiej zgnilizny” (Mt 23,27); „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości” (Mt 23,25). A jeszcze jak pogłaskał po głowach sklepikarzy, którzy sprzedawali na terenie Świątyni w Jerozolimie: „Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” (J 2,16). Nie, tak naprawdę nie było głaskania. Były ostre, głośne słowa, był krzyk i nawet ganianie z biczem. Dlaczego?

Dlatego, że o grzechu nie można mówić pozytywnie, nie można owijać go w złotka i sreberka. Grzech to grzech i Jezus sam mówił o tym, głośno i wyraźnie. Kiedy zatem mówimy do ludzi, którzy mają poczucie grzechu, którym choć minimalnie zależy na byciu z Bogiem i którym zależy na własnym sumieniu, musimy im powiedzieć „Tu leży grzech!” Oni bowiem, żyjąc w dzisiejszym świecie, myślą że grzechu tu nie ma, bo przecież „wszyscy tak robią”. Owszem, należą do Kościoła i chodzą co niedzielę na mszę, ale wydaje im się, że mieszkanie ze sobą bez ślubu nie jest grzechem. Że antykoncepcja nie jest grzechem. Że współżycie pozamałżeńskie nie jest grzechem i że masturbacja też nie jest. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat odebrał od nich tę świadomość. Odsunął myślenie, że możemy zgrzeszyć. Grzech to brzydkie, złe słowo i po co o nim mówić? Po co nim straszyć? Jak grzech to i piekło – zatem „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła!” I ludzie odstraszani odchodzą, znikają. Zobaczcie – Jezus mówił o grzechu, karcił za grzech i choć przygarniał grzeszników, grzech potępiał! Pierwsi chrześcijanie dawali jedną szansę na poprawę – ktoś, kto zgrzeszył ponownie nie miał możliwości powrotu. Jeden raz! Ale dzisiejszy świat mówi „nie ma grzechu – ten kto mówi o grzechu, próbuje cię nastraszyć”. A członkowie Kościoła idą tą drogą. Patrzą na mainstream i przyłączają się do niego, bo przecież – tak myślą – żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, musimy mówić do nich językiem mainstreamu. I tak oto odrzucają mówienie o grzeszności jako kategorię ewangelizacji.

A jednak „Nie cudzołóż” to jest Boże przykazanie. I nie, Jezus nie powiedział „Nie mówmy »nie cudzołóż«, tylko raczej »kochaj i żeń się«”. Nie – powiedział: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” (Mt 5,27-30). Jezus nie tylko zakazywał cudzołóstwa. Nie tylko zakazywał pożądliwego patrzenia na kobietę (na każdą kobietę!). Mówił też o tym wszystkim w kategoriach grzechu. A na końcu – olaboga! – straszył piekłem!

Małżeństwo nie takie różowe

Pewnego dnia między Jezusem a Jego uczniami wynikła dyskusja o nierozerwalności małżeństwa. Przebiegła ona w ten sposób: „»Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«. Rzekli Mu uczniowie: »Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić«. Lecz On im odpowiedział: »Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane«” (Mt 19,8-11). Co zatem mówi Ewangelia o małżeństwie? Że to słodka, wspaniała droga do świętości? Owszem, w innych miejscach trafimy na pochwałę tej drogi i tu też ją widzimy, ale w oczy rzuca się raczej stwierdzenie uczniów na słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa: Skoro tak jest, to nie ma co się żenić! Jakże to, brać ślub z jedną niewiastą na całe życie? Toż to absurd! Ale Jezus nie mówi „Co wy gadacie, jaki absurd? Najprostsza rzecz na świecie!” – Jezus mówi „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane”. Zatem i Jezus nie twierdzi, że małżeństwo to droga usłana różami. On przyznaje, że trudno w ogóle pojąć naukę o jego nierozerwalności. I dzisiejsza młodzież też to widzi. I oni również próbują uciekać od małżeństwa, bo nie pojmują jego sensu. I jaka droga jest dobra, by ich przekonać? Czy mamy im kadzić, pachnić, fiołki na drodze do małżeństwa sadzić? A może warto przyznać, że małżeństwo jest trudną drogą, ale cudzołóstwo jest drogą złą? Tak przecież robił Jezus…

Komu pomoże kampania

konkubinatAkcja plakatowa z pewnością nie pomoże tym, którzy stoją teraz na granicy Kościoła i zastanawiają się, czy odejść, czy zostać. Z pewnością nie pomoże też tym wszystkim, którzy głośno krzyczą że kampania jest be, ale są poza Kościołem. Nie ma za bardzo także w czym pomóc tym osobom, które są w Kościele, wprawdzie po jego „deonowej” stronie, ale wierzą w moc małżeństwa i wykluczają cudzołóstwo. A komu może pomóc? Kampania może pomóc tym, do których jest skierowana: młodym ludziom uważającym się za członków Kościoła, ale uwiedzionym przez mainstream. Ta akcja może pomóc tym, którzy zachłysnęli się współczesnym światem i tym, co świat błędnie nazywa wolnością, ale wciąż pragną być blisko Boga i w oddaleniu od grzechu. Ta akcja pomoże tym, którzy mają zatarte poczucie grzechu, tym którzy nie widzą go tam, gdzie jest, więc myślą, że mogą – że powinni, a czasem, że powinno się im pozwolić – przystępować do Komunii, bo przecież „nie taki diabeł straszny jak go malują” na plakatach oczywiście. Wielu ludzi, którzy chcą żyć w Kościele, a którym krzyknie się „grzeszysz!”, może odwrócić się od grzechu i stwierdzić, że z człowiekiem, z którym nie zamierzam brać ślubu, dobrego życia nie zbuduję. I prawda jest taka, że do mnie na przykład to hasło przemawia. Ja sam jestem zwolennikiem mocnego uderzenia. I stwierdzenia: albo jesteś w Kościele i żyjesz zgodnie z zasadami, ustalonymi przez samego Boga dla twojego dobra (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij), albo nie jesteś w tym Kościele wcale.

A co jeśli się obrazi, zabierze manatki i sobie pójdzie? Bo on/ona nie chce być w takim Kościele, który mówi „nie”, zamiast sadzić kwiatków i głaskać po głowie? No to niech sobie idzie. Możemy się modlić, by jeszcze wrócił/a. Ale jeśli będzie chciał/a wrócić, to na naszych warunkach. Na warunkach Kościoła. Tego, w którym cudzołóstwo nadal pozostaje cudzołóstwem. W którym grzech to grzech.

Post Scriptum

Oczywistym jest, że część z Was okrzyknie mnie teraz faryzeuszem. Że zacznie doszukiwać się belki w moim oku, albo zarzuci mnie cytatami w stylu „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Tak, tradycyjna mainstreamowa gadka w stosunku do tych, którzy są gotowi głośno krzyknąć, że grzech jest tu, dokładnie tu, i że grzech znaczy zło. Przykro mi, ale Jezus sam tak krzyczał. Naprawdę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat „Konkubinat to grzech”, za: http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/konkubinat-to-grzech-kontrowersyjny-plakat-takze-w-poznaniu,3304139,artgal,t,id,tm.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.interia.pl/forum/konkubinat-to-dla-mnie-nie-zwiazek-tematy,dId,2282698

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Właściwy osąd

W ramach promocji i dyskusji nad książką „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, w której stworzeniu wziąłem udział, biorę ostatnio, obok mojej Żony i kilkorga innych bohaterów, udział w najróżniejszych audycjach radiowych i programach telewizyjnych. Poniekąd jest to promocja, poniekąd ostra dyskusja, z jednej strony ze zwolennikami antykoncepcji, z drugiej jednak – dla mnie to największy wstrząs – z przeciwnikami antykoncepcji i naturalnego planowania rodziny.

Przez wzgląd na moje poglądy – poparcie dla metod planowania opartych na cyklu natury – odwołuję się w kilku ostatnich programach do fragmentu dokumentu soborowego Gaudium et Spes. Ponieważ jednak nie sposób wyjaśnić moje dokładne rozumowanie w czasie jakiejkolwiek audycji, postanowiłem tu, dla Was, opisać konkretnie o co mi chodzi.

Małżeństwo i miłość małżeńska z natury ukierunkowane są na płodność i wychowanie potomstwa

wielodzietniTak zaczyna się 50 punkt Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et Spes”. Odnośnie tego faktu żaden wierzący katolik nie powinien mieć wątpliwości. Co do tego, że celem małżeństwa jest płodzenie i wychowanie potomstwa, nie mamy wątpliwości także my, zwolennicy NPR – „skażeni” NPRem. Wiemy również jednak z wcześniejszych fragmentów tego samego dokumentu, że celem małżeństwa jest też zjednoczenie, czysta nierozerwalna miłość, wspólnota małżonków. Uznajmy zatem, że oba te cele są równoważne, acz najpierw wymagana jest miłość dwójki ludzi i jedność osób w związku, a dopiero potem mnożenie tej miłości: z natury rzeczy chęć rozdawania tej miłości innym, przede wszystkim swoim własnym dzieciom.

Już sam ten fragment, to krótkie zdanie potwierdza to, co mówię. Najpierw jest małżeństwo i miłość małżeńska, a dopiero potem kieruje się ono – w naturalny sposób – ku potomstwu. Nie śmiałbym jednak zaprzeczyć, że celem małżeństwa jest pojawienie się potomstwa i dobre jego wychowanie. Staram się spierać z mojego myślenia każdy przejaw mentalności antykoncepcyjnej – bo ja zwyczajnie staram się kochać dzieci tak, jak Pan nakazał mi je kochać.

Aby małżonkowie byli skłonni do mężnego współdziałania z miłością Stwórcy i Zbawcy

Na ten fragment zwracają szczególną uwagę przeciwnicy NPR. Ale ja też nie mogę ominąć tego fragmentu. Wiemy bowiem, że pierwszym przykazaniem danym człowiekowi od Boga były słowa „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” i, jak podkreśliłem wcześniej, jednym z celów małżeństwa jest płodność, otwieranie się na życie. My, małżonkowie, mamy obowiązek współpracować mężnie z Bogiem Stwórcą, który zaprasza nas do uczestnictwa w swoim dziele stworzenia. Co jednak ważne w środku tego cytatu pojawiają się słowa „Aby małżonkowie, nie zaniedbując pozostałych celów małżeństwa, byli skłonni do mężnego współdziałania”. A więc mamy być skłonni do działania ramię w ramię z Panem Bogiem, ale bez pędzenia na złamanie karku, bo „Bóg tak chce”, bez odrzucania wszystkiego tego, co jest w małżeństwie poza rozrodczością – a wręcz z naciskiem na inne cele małżeństwa, które w danym momencie mogą okazać się być ważniejsze od rozrodczości! Zatem – otwarcie na współdziałanie, otwarcie na życie, ale bez zaniedbywania męża, żony, innych obowiązków.

Małżonkowie wiedzą, iż są współpracownikami miłości Boga Stwórcy i jak gdyby jej interpretatorami w zakresie obowiązku przekazywania życia i wychowania, które powinny być uważane za ich właściwe zadanie

Ponownie podkreśla się właściwe zadanie (cel) i obowiązek przekazywania życia i wychowania. Ponownie podkreśla się także współpracę z miłością Boga Stwórcy. Ale w tym zdaniu pojawia się nowa jakość, mianowicie potrzeba „jak gdyby” interpretacji miłości (czy woli) Boga. Małżonkowie współpracują w wypełnianiu swych zadań i obowiązków – zgoda, ale także odczytują Bożą wolę w swoim życiu. Mają rozum, znają swoją aktualną sytuację i w związku z tym zastanawiają się, czy w danym momencie Bóg chce od nich, by dokonali swojego zadania, czy pragnie, by z jakichś powodów odłożyli je w czasie. Może się niektórym wydawać dziwne moje wspominanie o odkładaniu w czasie – tu tego nie ma przecież. Ale jest kawałek dalej. Tu jest potrzeba interpretacji miłości Bożej w dziedzinie przekazywania życia. Interpretacja, a nie pójście na żywioł.

Niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd

Ten fragment wyrwałem z kontekstu, ale umieszczę go ponownie, by nie zarzucano mi, że piszę jak mi wygodnie. „Dlatego niech wypełniają swoje zadanie w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności i z należnym Bogu szacunkiem, niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd” – napisano w Gaudium et Spes. Mamy zatem wypełniać wyżej wymienione zadanie z odpowiedzialnością i szacunkiem Bogu. Odpowiedzialność – to nie jest „pójście na żywioł”! Odpowiedzialność to mądrość, to szukanie dobra, to myślenie przed działaniem. Nie działanie pochopne, ale też nie działanie w strachu czy przez naciski zewnętrzne z czyjejkolwiek strony. Do tego dochodzi element, który podkreśliłem: wyrabianie właściwego osądu. To jest ten konkretny fragment Gaudium et Spes, który rozumiem jako nakłanianie do zastanawiania się nad swoją dzietnością. Wyrabianie sobie właściwego osądu – w każdym momencie swojego życia – to zastanawianie się, czy w danym momencie czymś dobrym jest mieć następne dziecko, czy może raczej dobrym byłoby, gdyby go nie było. A może tak się zdarzyć, że dla większego dobra, z obiektywnych przyczyn, należy odłożyć poczęcie w czasie! Wspólny zamysł i wysiłek przy tym oznacza zawsze jedną decyzję obojga małżonków – nigdy nacisk jednego na drugie, z którejkolwiek strony. Ani to z małżonków, które chce nowego dziecka nie może wywierać nacisków na drugie, ani to, które chce odłożyć poczęcie, nie może naciskać na to pierwsze. Muszą podjąć jedną decyzję za pomocą wspólnego zamysłu – dla większego dobra.

Dążąc zarówno do swojego własnego dobra, jak i dobra dzieci

„…czy to już narodzonych, czy też oczekiwanych w przyszłości, uwzględniając warunki czasowe i okoliczności życiowe, tak materialne, jak i duchowe, a wreszcie niech mają na uwadze dobro wspólnoty rodzinnej, społeczeństwa doczesnego i samego Kościoła”.

Ileż to rzeczy musimy wziąć pod uwagę przy rozsądzaniu swojej decyzji dotyczącej rozrodczości! Po pierwsze musimy dbać o swoje dobro: dobro małżeństwa i każdego z małżonków. Jeśli zatem widzimy, że nowe dziecko przyniesie korzyść naszemu małżeństwu (czasem jak ktoś mi bliski ma kryzys małżeński, mówię mu: zróbcie sobie dziecko), pragniemy je przygarnąć, nie wahamy się przed poczęciem. Jeśli zaś widzimy, że kryzys naszego małżeństwa jest pogłębiony, bo nie dosypiamy, bo w dzień zajmujemy się gromadką dzieciaczków, a wieczorem padamy jak muchy i nawet nie mamy kiedy porozmawiać, musimy pomyśleć, czy aby nie lepszym od poczęcia kolejnego rozwrzeszczanego Bożego daru rozwiązaniem jest handel dziećmi (np. sprzedanie ich do dziadków) i małżeński wyjazd sam na sam, bez żadnych małych potworków (to było ironiczne).

Po drugie trzeba zastanowić się nad dobrem dzieci. Wiemy, że dziecku doskonale robi rodzeństwo. Najlepiej co najmniej dwójka. Wówczas nie wychowamy jedynaka, dorosłego egoisty (nie zawsze, ale trudno jest wychować jedynaka tak, żeby nie był egoistą), tylko człowieka, który umie żyć z innymi, dzielić się i rozwiązywać konflikty. Wiemy też jednak, że jeśli nie mam co nałożyć na talerz swojej czwórce dzieci (mówię tu dosłownie – o nakładaniu na talerz, a nie o „pewnym standardzie” czy „jakości” życia, „zapewnieniu przyszłości”, które tak często stają się egoistyczną wymówką), nielogiczne i ze względu na tę czwórkę, i na piąte oczekiwane, byłoby robienie sobie tego piątego. Do tego dochodzi też narażanie kolejnych dzieci na choroby genetyczne – jeśli mamy już dwójkę czy trójkę chorych, możemy mieć wątpliwości, czy pragniemy podobny los gotować kolejnemu. To jest jednak argument do rozważenia we własnym sumieniu – chore dzieci też są szczęśliwe, a rodzice takich dzieci mogą widzieć sens w sprowadzaniu ich na świat.

Po trzecie musimy uwzględnić warunki czasowe i okoliczności życiowe. W danym zatem momencie życia możemy mieć przekonanie, że nie powinniśmy mieć więcej dzieci, bo nasze warunki finansowe są opłakane, albo np. straciliśmy pracę i zostaliśmy wyrzuceni na ulicę. W takich warunkach płodzenie nowych dzieci może wydawać się nielogiczne (acz – znowu – wszystko zależy od osobistego myślenia danego małżeństwa). Warunki czasowe i życiowe mogą jednak się zmienić i zmieniają się – z cyklu na cykl. Dlatego każdy kolejny miesiąc, każdy kolejny cykl organizmu kobiety to dla każdego małżeństwa nowa decyzja. Małżonkowie odkładają poczęcie w jednym cyklu, ale w następnym podejmują nową, wspólną decyzję – odłożyć czy się starać? Nie ma jednorazowej decyzji („nie chcę” czy „nie mogę” mieć więcej dzieci), lecz jest decyzja podejmowana każdego dnia na nowo. Wczoraj nie mogłem (choroba), ale dziś już mogę (leczenie). Mówienie o chciejstwie jest w ogóle żadnym argumentem. Nie mamy zastanawiać się nad tym, czego chcemy my – tylko czego chce Bóg. Ale mamy rozsądzać to w czasie i okolicznościach.

Po czwarte wreszcie musimy brać pod uwagę dobro rodziny, społeczeństwa i Kościoła. Oczywiście, ultrakatolikom może wydawać się, że dobrem rodziny, społeczeństwa i Kościoła jest mnożenie się na potęgę, bo tym samym dajemy świadectwo naszego życia, naszej miłości. To wszystko prawda! Ale nie zawsze. Świadectwo wielodzietoności jest czymś wspaniałym, ale po pierwsze bierzmy to na logikę, a po drugie nie rzucajmy się w wir płodności tylko po to, by komuś coś pokazać. Dobrem społeczności w której żyjemy nie musi być tylko nieustająca rozrodczość. Czasem – znów zależnie od osobistego rozeznania – może się okazać, że dla większego dobra należy na jakiś czas odłożyć dalsze rozmnażanie się. Wszystko zawsze zależy od okoliczności.

Osąd taki małżonkowie winni wyrobić sobie sami, w obliczu Boga

Znów – małżonkowie jako jedność wyrabiają w danym momencie swój osąd. Swój własny. Niezależny od nacisków rodziców, społeczeństwa, księdza proboszcza – choć mogą oczywiście sugerować się tymi sygnałami w swoich przemyśleniach. Jeśli ktoś wykazuje małżonkom, że są zamknięci na życie, że mają mentalność antykoncepcyjną, mogą oni przemyśleć i odrzucić te słowa, ale mogą też zastanowić się, czy ktoś, kto im to mówi, nie ma racji. Bardzo ważne przy tym są słowa „w obliczu Boga”, ponieważ małżonkowie nie mogą brać pod uwagę tylko swoich egoistycznych pomysłów, swoich lęków i obaw, swoich przyjemności i nieprzyjemności, lecz przede wszystkim wolę Boga. A Bożą wolę rozpoznaje się nie poprzez współżycie kiedykolwiek i „otwieranie” się na Jego decyzje (trochę takie kazmikaze), ale poprzez pytanie samych siebie, znając Pismo Święte i nauczanie Kościoła, o to, co Bóg chciałby w tym momencie ode mnie. Na podstawie tych przemyśleń każdy katolik w każdym momencie swojego życia, we wspólnocie ze współmałżonkiem, podejmuje decyzję o dalszym dawaniu życia.

Małżonkowie chrześcijańscy niech będą świadomi tego, że nie mogą działać jedynie według własnego uznania

„…lecz zawsze powinni się kierować sumieniem zgodnym z prawem Boskim, posłuszni Nauczycielskiemu Urzędowi Kościoła, który interpretuje je autentycznie w świetle Ewangelii”.

Fragment ten rozwija to, co napisano w poprzednim zdaniu. Kładzie tu jednak większy nacisk na rolę Kościoła, prawdziwego sumienia, Ewangelii i Bożego prawa w kształtowaniu naszych decyzji o płodności. O ile w poprzednim zdaniu znaczenie miała osobista decyzja, osobisty osąd małżonków (bez podlegania czyimkolwiek naciskom) o tyle to zdanie zwraca uwagę na zewnętrzne głosy prawidłowo kształtujące myślenie małżonków. Trzeba podkreślić, że nie wyklucza się to, a wręcz współdziała ze sobą – ponieważ niezależni od innych, połączeni osobistym sakramentem małżonkowie kształtują swoje sumienie i myślenie trwając w Kościele świętym. A więc w każdej dziedzinie swego życia, także w dziedzinie rozrodczości, mają obowiązek podejmowania decyzji w oparciu o to, co mówi Kościół, w którym trwają.

Ufając Bożej opatrzności i wyrabiając w sobie ducha ofiary, sławią Stwórcę

„…i dążą do doskonałości w Chrystusie wówczas, gdy zadanie zrodzenia dzieci spełniają ze szlachetną ludzką i chrześcijańską odpowiedzialnością”.

I kolejny fragment przytaczany przez przeciwników NPR. Jednak nie sądzę, by można było na jego podstawie odrzucić metody rozpoznawania płodności czy nawet metody planowania rodziny. Możemy tylko powiedzieć, że małżonkowie, którzy łączą się w Kościele, mają codziennie rozpoznawać Bożą wolę i każdego dnia ufać Mu, Jego opatrzności, by coraz pełniej otwierać się na nowe życie. Musimy podkreślić też jednak, że takie otwieranie się musi być mądre i logiczne, a zadanie zrodzenia dzieci musi być spełniane z odpowiedzialnością (a zatem nie na chybcika, nie na odwal się, tylko dlatego że ktoś nam kiedyś powiedział, że Pan Bóg chce, byśmy mieli jak najwięcej dzieci).

Należy szczególnie wspomnieć tych, którzy podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa

Znów, pozornie, punkt dla przeciwników NPR, ostatnio w środowisku nazywanych „wielodzietnymi” (ze względu na ich portal internetowy wielodzietni.org.pl), ale pozornie tylko. Po pierwsze bowiem ci, którzy stosują NPR, też wielokrotnie są wielodzietni (i ja z założenia jestem wielodzietny, choć póki co mam tylko dwójkę). To, że logicznie planujemy nasze poczęcia na odpowiedni moment nie oznacza, że nastawiamy się przeciwko dzieciom, że myślimy antykoncepcyjnie. Po drugie zaś to znów jest tylko fragment cytatu, a całość brzmi: „Pośród małżonków w ten sposób czyniących zadość zadaniu powierzonemu im przez Boga, należy szczególnie wspomnieć tych, którzy przez wspólną i roztropną refleksję wielkodusznie podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa”. A więc szczególny nacisk, szczególny szacunek mamy do tych, którzy nie ograniczają w sposób niepotrzebny liczby swoich dzieci, zatem wielodzietnych właśnie. Pamiętajmy jednak, że owi wielodzietni mają się podejmować wielkodusznie odpowiedniego wychowania, a nie tylko zrodzenia i przepędzenia przez życie. Kładziemy nacisk na wychowanie, a nie tylko na zrodzenie – abyśmy nie musieli potem bronić się przed zarzutem patologii, co często się dzieje. Do tego zaś, ponownie, dochodzi aspekt wspólnej i roztropnej refleksji, zatem wewnątrzmałżeńskiego rozeznania woli Bożej. Najpierw myślenie, najpierw zastanawianie się i zrozumienie, a dopiero potem działanie ku wielodzietności.

Małżeństwo nie zostało jednak ustanowione jedynie w celu zrodzenia dzieci

„…bowiem nierozerwalny charakter przymierza pomiędzy osobami i dobro potomstwa wymagają, aby również wzajemna miłość małżonków, okazywana we właściwym porządku, rozwijała się i dojrzewała. Dlatego, choćby brakowało tak często upragnionego potomstwa, małżeństwo trwa jako związek i wspólnota całego życia, zachowując znaczenie i nierozerwalność”.

I tutaj wracamy do punktu wyjścia. Pomimo tego, że jednym z celów małżeństwa jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, jeśli nie ma dzieci, nie traci ono ważności. Pierwszym celem w kolejności, a równorzędnym w znaczeniu, jest dopełnianie i rozwój wzajemnej miłości małżonków. To musi dokonywać się obok miłości do dzieci, pomimo dzieci, pomimo ich braku, czasem również wbrew dzieciom. Mąż dla żony, zaraz po Bogu, stanowi zawsze priorytet, a żona dla męża. Nigdy dzieci nie mogą stać się ważniejsze (chyba tylko w przypadku dbania o powierzone nam dobro, czyli np. kiedy musimy chronić ich życie) od współmałżonka i nigdy ciąg ku zrodzeniu nie może stać się przeważający nad miłością do współmałżonka. Najlepiej, gdy te dwie kwestie się dopełniają. Ale miłość do dzieci nie zawsze stanie się pociągająca w stronę miłości do małżonka. Musi być na odwrót.

Moje podsumowanie

Kościół, rozumiejąc wolę Boga kładącą nacisk na rozmnażanie i zaludnienie ziemi (to przykazanie czy błogosławieństwo nie przestaje być ważne i dzisiaj) namawia nas do wielkoduszności i otwartości – całkowitej otwartości – na życie, ale przy jednoczesnym myśleniu i wspólnym decydowaniu. Namawia nas do współpracy z wolą Boga i z Jego aktem stwórczym, ale przy jednoczesnym niezaniedbywaniu innych potrzeb i celów małżeństwa. Mamy zatem, jako katolicy, być całkowicie otwarci na życie, zamknięci na swój własny egoizm i własne „chciejstwo”, zamykający się na własne strachy i obawy, ale przy jednoczesnym braniu pod uwagę dobra naszego, naszych dzieci i społeczeństwa.

Nie mogę w tym wszystkim odebrać czci „wielodzietnym”, którzy zdecydowali, że chcą całkowicie oddać się woli Bożej i dlatego „idą na żywioł”, współżyją kiedy ich najdzie, płodzą i rodzą dzieci bez planowania. To jest ich rozeznanie, ich decyzja na podstawie rozumienia Bożej miłości, Bożej woli. Nie jest tak, że oni żyją w pełnej otwartości bardziej, niż my, że żyją poza schematem. Choćby dlatego, że każda kobieta, która choć pobieżnie zna swoje cykle, jest w stanie powiedzieć, kiedy ma okres płodny, a więc kiedy współżyjąc z dużym prawdopodobieństwem zajdzie w ciążę. Jeśli zatem takie małżeństwo współżyje kiedy wiatr zawieje, automatycznie decyduje się, że w danym momencie chce mieć dziecko, chce uczestniczyć w stwórczym dziele Boga. To nigdy nie jest tak, że oni idą do końca na żywioł. To raczej jest tak, że w danym momencie nie widzą poważnych przeciwwskazań do rodzenia dzieci, a więc decydują się rodzić, nie planując (ich planem jest nieplanowanie, a zarazem planują – tylko nie na konkretny termin, lecz w ogóle). Nie widzę powodu, by pewnego dnia nie nadszedł taki moment, abym i ja z moją Żoną podjął decyzję, że nie ma żadnych obiektywnych przeciwwskazań do posiadania dajmy na to czwórki kolejnych dzieci i abyśmy zwyczajnie poszli na żywioł.

nprNie widzę też jednak powodu, by zaniechać obserwacji organizmu kobiety, która to obserwacja przynieść może wiele pozytywnych skutków, nie tylko zaś może pomóc zaplanować potomstwo (o tych skutkach innym razem). Nie widzę powodu, by obserwujących płodność oskarżać o walkę z wolą Bożą, o strach czy mentalność antykoncepcyjną (zamiennie – o zgrozo – mentalność NPR). My, używający NPR, nie walczymy z wolą Boga, ponieważ Kościół nakazał nam rozeznawać wolę Bożą wobec nas – każde małżeństwo we własnym imieniu i we własnym zakresie. Przytoczę tu zatem słowa, które zamieściłem kiedyś na Facebooku: NPR nie jest dozwolonym sposobem na odchodzenie od woli Bożej. Jest narzędziem wspomagającym rozeznanie i wypełnianie woli Bożej w naszym życiu. Trzeba to podkreślić stanowczo…

A zatem: jeśli w danym momencie nie widzimy żadnych przeszkód ku temu, by się rozmnażać i chcemy mieć więcej dzieci, planujemy poczęcie i – można użyć tych słów! – idziemy na żywioł. Tak było kiedy planowaliśmy poczęcie naszej Córki. Planowaliśmy poczęcie, poszliśmy na żywioł i Pan Bóg… kazał nam czekać pół roku. Czy Córka jest zaplanowana? Jest! Przez nas? Tak. Przez Pana Boga też – bo to była Jego wola, że to dziecko będzie później. Jeśli jednak w danym momencie widzimy obiektywne przeszkody w kwestii poczęcia, korzystamy z narzędzi wyprodukowanych przez Pana Boga, którymi są cykle organizmu kobiety, po to, by odłożyć poczęcie w czasie. Nie uciekamy przed wolą Boga – Jego wolę widzimy w tym, że teraz nie jest dobry czas na rozrodczość. Na przykład w tym momencie odkładamy. Po poronieniu zaleca się bowiem odczekać trzy cykle zanim rozpocznie się starania o kolejne dziecko – ze względu na bezpieczeństwo tego właśnie kolejnego dziecka. Organizm kobiety powinien zdążyć się zregenerować. Nasz Trzeci nas opuścił przedwcześnie i wypada, by na Czwartego poczekać trochę dłużej. Dlatego obserwujemy się i podejmujemy wstrzemięźliwość, dla dobra mojej Żony i naszych kolejnych dzieci.

Sobór Watykański II mówi nam jak należy żyć, by jednocześnie trwać w otwartości na życie, lecz jednocześnie w odpowiednich momentach odkładać poczęcie. „Odkładać poczęcie” ma wydźwięk opcjonalny – podstawowym zadaniem jest rodzenie i wychowywanie, odkładać należy tylko w określonych, obiektywnych sytuacjach. Co nie znaczy, że złym jest wszelkie planowanie, wszelkie odkładanie, tak jak złym nie jest „pójście na żywioł”. Każda z tych dróg jest dobra, dopóki jest rozeznana w sumieniu małżonków, zgodnie z wolą Boga.

______________________________________________________________

Cytaty pochodzą z Gaudium et Spes, 50;
Sobór Watykański II, Konstytucje, Dekrety, Deklaracje, tekst łacińsko-polski, Poznań 2008

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Ksiądz Lemański spadł ze stołka

Rozbił nogę o podłogę… Ponownie podniosła się wrzawa medialna wokół kolejnego księdza, który coś tam zrobił i w jakiś tam sposób został potraktowany. Tym razem jest to ksiądz Wojciech Lemański, znany jako proboszcz w parafii Jasienica. Znowu piszę nieprawdę. Ksiądz Lemański nie jest w żadnym wypadku znany jako proboszcz z Jasienicy, tylko jako obiekt medialny. Ksiądz Wojciech Lemański zwyczajnie od dawna błyszczy w światłach fleszy najróżniejszych telewizyjnych stacji i gazet lub czasopism.

Kiedy piszę „od dawna”, nie mam na myśli „od kilku miesięcy”. Mnie ksiądz Lemański rzucił się w oczy prawie dokładnie rok temu. Newsweek postanowił opublikować serię artykułów, tydzień po tygodniu, bijących w Kościół, katolicyzm ogólnie, także w wiernych nauczaniu Kościoła polityków. W jednym numerze na okładce dziecko z próbówki, w drugim dwie lesbijki wychowujące dziecko, na kolejnym ksiądz z kobietą. W efekcie Szymon Hołownia, który dotychczas pisał felietony dla Newsweeka, zaczął w każdym numerze odpierać ataki z poprzedniego, a wreszcie wycofał się ze współpracy. Zaskutkowało to tym, że Newsweek postanowił udowodnić, jak bardzo nie lubi Szymona Hołowni i poszczuł na niego – właśnie – księdza Lemańskiego. Niestety przegapiłem kilka numerów, choć nigdy nie śledziłem Newsweeka tak intensywnie – właśnie ze względu na tematykę numerów i odpór dawany przez Hołownię. W jednym numerze, który mam, Hołownia jeszcze pisze. W kolejnym stoi na okładce, naprzeciw Lemańskiego. A podpis głosi „Ksiądz kontra katolik. Kto, co i jak może mówić o grzechach polskich księży”. Otóż artykuł o romansach księży napisał Lemański (a przynajmniej Lemański brał udział w jego powstaniu). Hołownia dał odpór w jednym ze swoich felietonów, krytykując postawę piszącego kolegi, z tekstu którego wynikało, jakoby zdrada stanu kapłańskiego poprzez romans z kobietą była niemal normą w tym środowisku. Ostatecznie, gdy żaden z panów już oficjalnie nie współpracował z magazynem, Newsweek zdecydował się na opublikowanie czegoś, co nazwał „Polemiką”. Pamiętam, że czytałem gdzieś artykuł dotyczący tych romansów księży, w którym wypowiadał się Lemański (być może zwyczajnie gdzieś zagubiłem ten numer) i pamiętam, że już wtedy łapałem się za głowę w sprawie ks. Lemańskiego. Nie chodzi w rzeczywistości o to, że nie miał prawa wyrzucać księżom, że miewają kochanki. Zapewne miewają i zapewne miał prawo. Należy jednak zaznaczyć, w jakim kontekście wyrzucał to i jakim tonem. A także – w jakim czasopiśmie. Wypowiedzi ks. Lemańskiego, podobnie jak wielu innych Newsweekowych publicystów (takich, którzy współpracują, choć nie wszyscy są tam na stałe) sprawiały wrażenie, jakby były pisane przez kogoś, kto nie tylko jest na zewnątrz (jakby nie był w Kościele i jakby nie był jednym z księży; jakby krytykował obcy sobie stan), ale wręcz jakby był zupełnie po drugiej stronie (po stronie redaktora Lisa i jego czasopisma). Nie dziwi, że Hołownia postanowił dać odpór jego słowom. Nie chcę powiedzieć, że Szymon Hołownia jest moim autorytetem, że zgadzam się z nim we wszystkim. Mam pewne zastrzeżenia do jego niektórych słów i nawet planuję o tym niedługo napisać. Ale ogólnie podziwiam go za to, że choć sprzedał się do lewicowych pism i telewizji, to nie oddał Boga, nie oddał swojej wiary i nie zrezygnował z głośnego bronienia Prawdy o Bogu i Kościele. Może właśnie dlatego, że błąka się między TVN a Newsweekiem, należy mu się szacunek, bo nie atakuje Kościoła, co byłoby zgodne z linią programową i co sprawia, że czasem przestaje się gdzieś nadawać.

Nie jestem bezwzględnie oddany Hołowni, ale wtedy, rok temu, mocno trzymałem jego stronę. „Polemika” okazała się jednak wyłącznie nagonką na niepokornego redaktora, a – jak wspomniałem – głównym psem gończym Newsweeka stał się ksiądz Wojciech Lemański. Na początku artykułu pada pytanie: „Czy księża, którzy łamią celibat, związują się z kobietami i mają z nimi dzieci, to margines, czy raczej norma?”. Tezę, że to margines, próbuje bronić Hołownia. Lemański stoi po stronie normy, co wydaje się wyjątkowo smutne. Smutne, że ksiądz próbuje się pokazać ludziom jako pogromca innych księży, jako pupilek Newsweeka. Artykuł prezentuje zaś archiwalne wypowiedzi Hołowni (nawet i sprzed kilku dni) i odpowiedzi Lemańskiego, tworzone na bieżąco: „mówi dzisiaj w rozmowie z „Newsweekiem” ks. Lemański”. A mówi, że Hołownia wytarł sobie nim gębę, był obraźliwy i w ogóle zrezygnował z walki. Za Hołownią stoi „Nie mój kłopot”, za Lemańskim „Twarde dowody” (Nagłówki akapitów), a główną, podkreśloną na grubo wypowiedzią ks. Lemańskiego nie jest informacja o romansach księży, lecz atak na Hołownię: „Nie chcę analizować, co się z nim stało. To nie jest ten sam Szymon Hołownia, którego książki i wpisy na blogu wszyscy czytaliśmy”. Z artykułu dowiadujemy się do tego, że „Ksiądz Lemański (…) za swoją twórczość trafił do wiejskiej parafii w Jasienicy”. A więc ta parafia, która teraz tak broni i której tak bardzo się ks. Lemański trzyma, to było za karę. Biedny, biedny ks. Lemański.

Teraz wiem też, że za karę ks. Lemański musi studiować prawo kanoniczne. Zawsze wydawało mi się, że jak wysyłają na studia i za nie płacą, to się trzeba cieszyć. Ale on się męczy i nic z tego nie ma. Więc ogólnie ks. Lemański wychodzi na biednego, zgnojonego przez biskupa, a tak bardzo pragnie trzymać pion. To wszystko zaś wylewa przed telewidzami TVNu i czytelnikami Gazety Wyborczej. Jest coś złego w tym, że wypowiada się do mediów? Oprócz tego, że dostał zakaz – nic. Jednak trzeba uważać, do jakich mediów i w jaki sposób się wypowiada. Jest mnóstwo czasopism, w których piszą księża. Że choćby wymienię „Idziemy”, „Wychowawca”, „Gość Niedzielny”. Że to wszystko pisma katolickie? Owszem, ale przynajmniej mamy pewność, że księża, którzy tam piszą, trzymają się kościelnego nauczania. Mamy też media, do których wypowiedzi ślą inni księża. Te media to choćby „Newsweek” i „Gazeta Wyborcza”. Te pisma nie mają z katolicyzmem nic wspólnego, oprócz tego, że mają własną wizję Kościoła i własną wizję katolicyzmu i twierdzą, że właśnie tak powinien Kościół wyglądać, do tego zaś nie powinien się wtrącać do niczego. Można prawowiernie pisać i do tych pism (jak robił Szymon Hołownia). Można też ustawić się równolegle do linii tych pism i równo z nimi jechać. Tak robił ksiądz Adam Boniecki, tak też robił jego wielki przyjaciel ksiądz Węcławski (dziś zwany Polakiem – po „żonie”), tak robili wszyscy znani zakonnicy, którzy odeszli z Kościoła, bo bliższa im była linia programowa Gazety (choćby Tadeusz Bartoś, dziś wielki pogromca Kościoła). Tak dokładnie robił o. Jacek Prusak (nie wiem co się z nim teraz dzieje, ale kilka lat temu doprowadzał mnie do szewskiej pasji, pisząc bodajże do „Wysokich Obcasów”). I tak właśnie – nadal – robi ksiądz Lemański. Rozmija się z linią nauczania Kościoła, choćby w kwestii in-vitro, porywa tłumy do buntu przeciw biskupowi za pomocą Jasienickiej ambony, Gazetowej szpalty i kamer TVN, wykazuje fałszywą skromność, w rzeczywistości jawiącą się jako ogromna pycha, kłóci się z biskupem choć ludzie wierni Kościołowi od lat wiedzą, że należała mu się nagana.

Do tego dochodzi ogromna żydofilia. Nie, nie jestem wrogiem Żydów, jestem przeciwnikiem Holokaustu i ze wzruszeniem i napięciem oglądałem ostatnio wspaniały film „Ucieczka z Sobiboru”. Ale wiem, że mnóstwo biznesmenów (największy to chyba sam Mark Zukerberg) to Żydzi, którzy doszli do swoich majątków uczciwą (zgodnie z żydowską tradycją) drogą. Nawet jakby tak nie było, choć Jezus i Jego Apostołowie byli Żydami, to jednak ogół Żydów nie przyjął Jezusa i nie uwierzył w Zbawiciela. Należy im się szacunek – owszem – i podziękowanie za kawał wspólnej historii, ale nie uwielbienie graniczące z kultem. Należy darować sobie żarty z obozów koncentracyjnych, ale też nie hołubić ich, jakby byli lepsi od chrześcijan. Trzeba się za nich modlić, zwłaszcza o ich nawrócenie, o wiarę w Chrystusa. Tymczasem ks. Lemański w swoich wypowiedziach czasem naprawdę sprawia wrażenie, jakby pragnął raczej się przenieść na łono Abrahama, tylko Jezus Chrystus zagradza mu drogę… Oczywiście, biskup Hoser niepotrzebnie zapytał ks. Lemańskiego, czy jest obrzezany i czy należy do „tego” narodu, ale niestety ktoś, kto tak bardzo uwielbia Żydów, sam się trochę o to prosi. Pytanie biskupa było nieładne. Ale Lemański, preferujący Żydów przed chrześcijanami (choć to oni właśnie odwrócili się od Jezusa), uciekający na skargę do TVN, Newsweeka i Gazety Wyborczej, nie jest tu bez winy.

Pod koniec roku szkolnego podeszła do mnie uczennica i zapytała, czy widziałem jej księdza w telewizji. Była bardzo podniecona. Na początku odpowiedziałem, że nie, ale potem coś mi zaświtało. Zapytałem więc, z jakiej jest parafii, odpowiedziała: z Jasienicy. Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałem, że ta parafia leży tak blisko, w rejonie mojej szkoły. Wytłumaczyłem dziewczynce jak ja widzę sytuację. A sytuacja jest taka, że ksiądz Lemański spadł ze stołka. Został zdjęty z parafii za to, co mówił i pisał od dłuższego czasu. Z parafii, w której ponoć był za karę. A wierni nie chcą go wypuścić. I zaczyna się odchodzenie od Kościoła, szczucie na biskupów, którzy zabierają księdza. Który to ksiądz być może jest charyzmatycznym duszpasterzem, ale niestety od dawna ma problemy z Kościołem, do którego należy i z posłuszeństwem, które świadomie ślubował. A także z linią, którą przyjął. Równoległą do Newsweeka. Kościół omijającą łukiem.

_________________________________________
We wpisie wykorzystano cytaty z Newsweeka, numer 32/2012 (6-12.08.2012)

PS. Dla Cytrynny i Maślanego Męża: Macie notkę, tylko nie wiem, czy da się na jej temat dyskutować przez weekend.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Co powinien chrzestny na Komunii?

Przyszło mi utworzyć wpis kumulacyjny. Wprawdzie o obowiązkach chrzestnych już pisałem, notka zyskuje coraz większą popularność, prześcigając w codziennych statystykach notkę o Ojcu Chrzestnym, choć ten ma ogólny wynik uplasowany o kilka tysięcy kliknięć wyżej niż kolejna notka, więc prześcignięcie go będzie trudne.

Ostatnio jednak przeżywam prawdziwe oblężenie związane z takimi frazami wrzucanymi do googli, jak: „co robi chrzestny na komunii”, „co chrzestny na komunię”, „chrzestna na komunii” czy też „obowiązki chrzestnego na komunii”. Nic w tym dziwnego, jest właśnie maj, czas Pierwszych Komunii Świętych, o czym też już pisałem, zarówno rok temu jak i w tym roku. Wielu rodziców chrzestnych, lepiej lub gorzej spełniających na co dzień swoje zadanie, właśnie teraz zastanawia się, jak należy wypełnić obowiązki chrzestnego czy chrzestnej w obliczu Pierwszej Komunii chrześniaka. Pozytywnym aspektem tego zagadnienia jest to, że nie istnieją żadne konkretne obowiązki chrzestnego związane z Komunią. Ja przynajmniej o żadnych zapisach w tym temacie nic nie wiem. Rodzice chrzestni powinni natomiast być blisko i uczestniczyć w całym wychowaniu, a zwłaszcza w wychowaniu chrześniaków w wierze. To już, choć nie ma oficjalnego nauczania Kościoła na temat obowiązków chrzestnych w obliczu Pierwszej Komunii, przekłada się bezpośrednio na ich rolę. Otóż Komunia to jeden z trzech sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pierwszym jest chrzest, w którym chrzestni są ustanawiani i przejmują obowiązki. Ostatnim w polskiej tradycji udzielanym sakramentem wtajemniczenia jest bierzmowanie, w którym, co sugeruje się w przepisach kościelnych, chrzestny może (lecz nie musi i najczęściej nie pełni) pełnić funkcję świadka bierzmowania. W rzeczywistości najczęściej wybiera się kogoś bliższego sobie wiekiem. Jeśli zaś chodzi o Eucharystię, która jest druga, udzielana najczęściej we wczesnej podstawówce, chrzestny ma być tylko obecny.

Ale to właśnie chrzestny i chrzestna są tymi, którzy odpowiadają przed Bogiem za chrześcijańskie wychowanie chrześniaków. To właśnie chrzestni zostali powołani do głoszenia swojemu podopiecznemu czy podopiecznej Królestwa Bożego. Zwłaszcza, ale nie tylko, w sytuacji, w której rodzice nie pełnią tej roli, bo albo składali przysięgę o katolickim wychowaniu potomstwa kłamliwie (przez co i ich sakrament małżeństwa jest podejrzany o bycie nieważnym), albo w ogóle nie mają ślubu, a ochrzcili dzieci, bo taka jest tradycja i nie wkładają siły w ich wychowanie religijne. To właśnie rodzice chrzestni muszą w takiej, ale i w zupełnie zwyczajnej sytuacji opowiedzieć chrześniakowi o Panu Jezusie, o prawdzie na temat Jego Ciała i Krwi, o poświęceniu Jego za nas. Chrzestny, w obliczu Pierwszej Komunii, ma za zadanie wskazać dziecku, że najważniejszy w tym wszystkim, w całym tym przedstawieniu, jest Jezus, jest wybór Jezusa na Pana i Zbawiciela, ostateczny i całkowity, a nie prezenty, błyski fleszy, blichtr i konkurs na to, kto piękniej się ubierze. Dziecko, dzięki pomocy swego duchowego przewodnika, którym jest chrzestny i którą jest chrzestna, powinno iść do Komunii z myślą o radości płynącej z Pańskiego stołu, o mocy Jego Ciała. Takie właśnie są obowiązki chrzestnych przy okazji Pierwszej Komunii chrześniaka.

Rolą chrzestnego nie jest kupić najdroższy prezent. Chrzestny, aby nie pokazywać dziecku, że w tej wielkiej uroczystości, jaką jest pierwsze przystąpienie do Ołtarza Pańskiego, najważniejsze są prezenty, może w ogóle prezentu nie kupować. Ja jednak nie sugeruję takiego rozwiązania. Moim zdaniem przyjęcie i prezenty mogą być elementem świętowania wielkiej radości, a zdecydowanie dzieciom to tym bardziej działa na wyobraźnię. Ważne, by przyjęcie było skromne, pozbawione alkoholu (bo to przyjęcie dziecka, a nie dorosłych oraz ponieważ warto przystąpienie do Eucharystii świętować bez alkoholu) i podkreślające to, co się wydarzyło (pełne modlitwy i rozmów o Bogu – choć przecież nie wyłącznie). Ważne, by prezenty były tematycznie związane z życiem sakramentalnym, albo najwyżej neutralne. Chrzestni powinni oszczędzić sobie trudu zdobywania najnowszych ajfonów, laptopów czy quadów, jeży szanghajskich i tygrysów syberyjskich, lecz raczej przynieść Biblię, piękną ikonę, duży, drewniany krzyż lub co innego, co przypomni dziecku o istocie wydarzenia. Jeśli chrzestny ma za dużo pieniędzy, o czym też już pisałem, może wykupić i wybrać się z chrześniakiem na wycieczkę (oczywiście za zgodą rodziców lub z ich współudziałem) do Ziemi Świętej, do Rzymu albo Lourdes. Byle by miało to związek z Chrystusem i Eucharystią. I to nie może być dodatek do prezentu (np. kiczowata książeczka z supermarketu z napisem „Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej”), lecz prezent główny. Neutralne dodatki (np. srebrne łyżeczki czy moneta z Janem Pawłem II) powinny chować się w cieniu tego, co wiąże chrześniaka bezpośrednio z Chrystusem. A gotówka, jeśli już taka się pojawi (w co nie wątpię) powinna trafić do kieszeni rodziców, którzy zagospodarują ją, albo przeleją na konto i oddadzą dziecku np. w ramach posagu. Liczenie i licytowanie się kto ile dostał naprawdę nie jest najlepszym pomysłem…

Czy istnieje jakaś tradycyjna rola chrzestnego lub chrzestnej na Komunii? Ta nie wynikająca z założeń roli chrzestnych w Kościele, lecz z ludowych tradycji? Nie wiem. Niektórzy mówią, że chrzestna powinna upiec tort, inni że kupić (uszyć) albę/garnitur/sukienkę itp. Nie wiem. Nie znam się, ja o niczym takim nie słyszałem. Takie rzeczy prawdopodobnie dogaduje się z rodzicami dziecka (podobnie jak zakup świecy czy ubranka do chrztu). Nie ma żadnych odgórnie narzuconych obowiązków. Oprócz tradycji „zastaw się, a postaw się”, odnośnie której już się wypowiedziałem, a która kłóci się z zakładaną rolą chrzestnych w wychowaniu dziecka. Dlatego też właśnie chrzestni powinni przed Komunią przypomnieć rodzicom (zwłaszcza tym, którzy nie skupiają się na katolickim wychowaniu), jaką rolę dla nich wybrali i co to za sobą pociąga. Podkreślić, że nie dadzą dziecku roweru, lecz Pismo Święte. Nie jeża z Syjonu, lecz obraz Matki Bożej. Że nie dołożą się do licytacji pieniężnej, lecz ewentualne koperty złożą w tajemnicy na ręce samych rodziców. To właśnie są obowiązki chrzestnych na Komunii. I to w rzeczywistości może się okazać dużo trudniejsze, niż oczekiwany zakup laptopa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy