Posts Tagged With: Ksiądz

Epidemia odchodzących księży

ksiądzCoś dziwnego się ostatnio dzieje w polskim Kościele. Odejścia księży z różnych powodów zawsze się zdarzały, ale ostatnio mamy chyba do czynienia raczej z czymś w rodzaju epidemii – jak zaznaczyłem w tytule. Nie odszedł jeden kapłan, lecz trzech, a przynajmniej trzech takich, o których było głośno. Po pierwsze ksiądz Michał Misiak, bardzo znany kapłan diecezji łódzkiej, pomysłodawca chrześcijańskich dyskotek i rekolekcji w domach publicznych. Okazuje się, że sam zaciągnął ekskomunikę, przyjmując protestancki chrzest w Jordanie. Potem ksiądz Michał Macherzyński z parafii w Wilkowyjach ogłosił nagle, że kończy etap życia, jakim było kapłaństwo i zaczyna nowy u boku Justyny. Wreszcie ksiądz Łukasz Kachnowicz, podobnie zaangażowany ksiądz, znany z wystąpień w internecie (m.in. ze znajomości z intrygującą i kontrowersyjną Hipsterkatoliczką), decyduje się na wzięcie rocznego urlopu, w czasie którego nie będzie odprawiał mszy świętych, lecz pójdzie do normalnej pracy i zamieszka w bloku. Gdyż, jak sam napisał: „To jest niesamowicie trudne żyć ciągle w rozdwojeniu”.

Ci kapłani różnią się wiekiem (Kachnowicz i Misiak mają ponad 30 lat, Macherzyński zaś ponad 50), jednak charakteryzuje ich ta sama, widoczna dokładnie cecha – umiejętne manipulowanie opinią publiczną, a jeszcze bardziej swoim własnym sumieniem. Dwaj młodsi potrafią pokazać, że Bóg powołuje ich gdzie indziej, niż do stanu kapłańskiego, a oni słuchają głosu Boga. Starszy chwali drogę, którą dotychczas szedł, ale stwierdza przy okazji, że właśnie zaczyna się nowy, równie dobry etap. Wszyscy oni zaś robią dokładnie to samo – zapominają o tym, że decyzja o zostaniu kapłanem, o przyjęciu święceń, jest jedyna i nieodwołalna. Że sakrament wiąże człowieka na całe życie.

Ksiądz Michał Misiak potrafi w niezwykle wzniosły, teologiczny sposób wytłumaczyć swoim widzom, że ekskomunika którą sam na siebie zaciągnął jest darem od Boga, który wybrał mu inną drogę, a którą to drogą nie mógł iść będąc kapłanem. Ponieważ on sam, odkąd tylko został wyświęcony, natychmiast poczuł pragnienie bycia mężem. Wcześniej, przez lata, pragnął być księdzem – ale, jak próbuje udowodnić, było to wyłącznie jego pragnienie. Natomiast już po święceniach zapragnął nagle być mężem – i to już miało być to wyłączne powołanie od Boga. Skąd to wie? Stąd, że rozmawia z Bogiem i Bóg mu to mówi. A ponieważ w Kościele nie da się być księdzem i się ożenić, ekskomunika ma być łaską Bożą, bo otwiera mu furtkę. Szkoda tylko, że ekskomunika, a więc wyłączenie ze wspólnoty Kościoła i oddzielenie od sakramentalnego życia, jest tak naprawdę zamknięciem furtki do zbawienia. Ale to nic, bo ksiądz Misiak ma osobisty kontakt z Bogiem i dla niego jest to dar.

Ksiądz Łukasz Kachnowicz również informuje w mediach społecznościowych, że jego decyzja o rocznym urlopie (która brzmi jakby jednak była decyzją o całkowitej rezygnacji z kapłaństwa) jest decyzją, do której dojrzewał od dawna. Zatem ma to być decyzja dojrzała. Z czego wynika, że – znowu – decyzja o przyjęciu święceń nie była dojrzała.

Ksiądz Michał Macherzyński również – po ogłoszeniu swojej decyzji – wychynął z nią do mediów społecznościowych. Widać, że dziś to najprostszy sposób by od razu dotrzeć do wszystkich. Napisał, jak wiele znaczy dla niego jego kapłaństwo: „Dziś rano odprawiłem ostatnią Mszę św. Pożegnałem się z kapłaństwem. To były piękne lata mojego życia głównie dzięki Wam! Rozpoczynam nowy etap życia przy boku Justyny”. Zatem znów – dojrzała decyzja. I jeszcze podziękowania za wsparcie od parafian.

Na czym polega problem odchodzących kapłanów? Chyba można powiedzieć, że niestety na specyfice współczesnych czasów. Na tym, że ludzie coraz rzadziej rozumieją pojęcie obiektywnej prawdy i nieodwracalnej decyzji. Tego, że istnieje obiektywna prawda, która sprawia, że niektóre decyzje są nieodwracalne. Tak jest w przypadku każdej pojedynczej decyzji sakramentalnej. A tymczasem według statystyk nawet co trzecie małżeństwo się rozpada. Ludzie coraz częściej stwierdzają sobie, że podejmując decyzję o ślubie byli niedojrzali, teraz dopiero są dojrzali i podejmują dojrzałe decyzje. A więc rozwód ma być dojrzały, bo w momencie ślubu było się niedojrzałym. Albo przywołuje się Boga – Bóg chce, bym się rozwiódł i brał ślub z kimś innym. Tymczasem to nie Bóg, lecz usprawiedliwienie swoich jeszcze bardziej niedojrzałych czynów.

Podobnie rzecz się ma z kapłaństwem. Coraz więcej księży nie rozumie, że sakrament święceń przyjęty świadomie i w wolności jest stałym piętnem, którego nie da się odwołać. I naprawdę nie ma sensu przeprowadzać dochodzenia, czy sakrament w danym momencie był ważny, bo przecież ja sam byłem nie dość dojrzały. Ponieważ każdy, przyjmując lub udzielając (jak w małżeństwie) sakramentu odpowiada na serię pytań, na które musi odpowiedzieć świadomie. A do święceń przygotowuje się dodatkowo 5 lat. To naprawdę wystarczająco dużo, by przemyśleć swoją decyzję.

O specyfice naszych czasów świadczy też sposób reakcji na głośne odejścia księży. Oczywiście, pojawiają się liczne słowa krytyki, żalu, smutku. Ale najgłośniej wybrzmiewają brawa i gratulacje, oraz życzenia dobrej drogi. Ludzie cieszą się „szczęściem” danego kapłana, jakby jego odejście z wcześniej świadomie obranej drogi była naprawdę czymś dobrym. Gratulują osoby, które się u danego księdza spowiadały, które się z nim przyjaźniły lub które były przez wiele lat jego parafianami. Dawniej takiego księdza pewnie spotkałby społeczny ostracyzm (co nie jest dobrym rozwiązaniem, bynajmniej), albo wzmożona modlitwa. Dziś mamy radość i gratulacje.

Bo ludzie z pokolenia „millenials” albo – jak mówią inni – z pokolenia „IKEA” mają zupełnie inne spojrzenie na świat. Nie widzą nic obiektywnego, widzą tylko uczucia, emocje i w nich swoje subiektywne zdanie. Katolicyzm to pielgrzymka, zabawa i gra na gitarze. Ale nie waż się mówić o nierozerwalności małżeństwa czy zakazie aborcji. Przecież nie o to chodzi współczesnym odbiorcom. Jest to ogromny problem wcale nie psychiczny, lecz społeczny. Dlatego ludzie potrafią tak łatwo przyjąć czyjś rozwód czy rzucenie kapłaństwa. Bo tego się nauczyli od siebie nawzajem.

Lepiej niż ja całe zamieszanie (w tym przypadku wokół ks. Kachnowicza) skomentował na Twitterze ks. Adam Jaszcz, rzecznik prasowy archidiecezji lubelskiej:

Kapłaństwo nie jest umową o pracę. Zgadza się na nie dorosły człowiek, który przyjmuje blaski i cienie tej posługi, trwając w wierności Chrystusowi. Często odchodzący ksiądz używa argumentów, że wyzwoliła go ta decyzja, że długo do niej dojrzewał, jak bardzo jest teraz szczęśliwy. Jest to próba racjonalizacji dramatu, który rozegrał się i rozgrywa w życiu księdza rezygnującego z kapłaństwa. Radykalne zmiany budzą euforię, ale przejściową. Często mają też drugie dno. (…)

Wiele osób gratulowało ks. Kachnowiczowi podjętej decyzji. To tak, jakby pogratulować mężowi, że nie dochowuje wierności swojej żonie. Wierność jest czymś fundamentalnym nie tylko w małżeństwie, ale także w kapłaństwie. Bijącym brawo odchodzącemu kapłanowi proponuję ponowną refleksję nad relacjami łączącymi Jezusa i Jego uczniów. Może ks. Łukasz tak jak św. Piotr po błędzie podejmie na nowo trud wierności, kochając Jezusa w Jego kapłaństwie. Tego mu z całego serca życzę.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć, że dawniej zepsuty sprzęt się naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik i kupowało nowy. Podobnie ma się rzecz z małżeństwem i kapłaństwem. Jeśli coś się psuje, trzeba pracować, by to naprawić, a nie zaczynać wszystko od nowa.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/ojciec-ksi%C4%85dz-kap%C5%82an-szyi-white-873830/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Próbna spowiedź? A co to jest w ogóle?

Ogromnymi krokami zbliżamy się do maja, który jest miesiącem pierwszych komunii. Już dziś mój blog przeszukują głównie ludzie, którzy zastanawiają się nad tym, jak się do komunii przygotować albo jakie prezenty kupić. I ja, jako nauczyciel w klasach trzecich (i ojciec trzecioklasisty) obserwuję sytuację na rynku komunijnym. Niestety, moje odczucia to głównie zdziwienie i zażenowanie.

CZYTAJ TAKŻE: Co powinien chrzestny na komunii?

Pisałem już o próbach pierwszej komunii, które dzieci muszą przeżywać popołudniami przez miesiąc do dwóch przed samą uroczystością. „W życiu czasem trzeba wiedzieć kiedy stać a kiedy siedzieć” – jak śpiewali sławni T-Raperzy znad Wisły i na tym właśnie te próby polegają. Jak wejść do kościoła, kto z kim ma usiąść, kto mówi wierszyk, kto czyta czytanie, kto śpiewa psalm, kto spędza pół godziny dziękując księżom i katechetom za piękne przygotowanie, kto komu i dlaczego daje kwiaty. Jednej rzeczy (a właściwie Osoby) w tym wszystkim nie ma: Jezusa Chrystusa. No nie ma, to jasne, bo pierwsza komunia święta to taki moment, w którym On dopiero pierwszy raz przychodzi, kiedy przyjmuje się Go po raz pierwszy. Pytanie tylko, jakie On ma znaczenie przy tych wszystkich próbach, sprawdzianach, odpowiedziach, wierszykach? Ale dzieci chodzą na próby, przez co nagle mają zajęte popołudnia, w czasie których mieli inne zajęcia (np. dodatkowy angielski) i trzeba je odwoływać. Jestem przekonany, że u większości dzieci Pan Jezus zajmuje jedno z ostatnich miejsc w całym tym przygotowaniu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Top 10 prezentów na pierwszą komunię.

Nie jest to jednak wszystko. Ostatnio pojawił się w mojej świadomości temat próbnej spowiedzi świętej. Wiadomo, czym jest spowiedź – wyznaniem grzechów, ukorzeniem się przed Bogiem i prośbą o wybaczenie. Ale nie, przecież nie o to chodzi. Dzieci przed pierwszą spowiedzią muszą nauczyć się na pamięć odpowiedniej formułki. I tę formułkę zapamiętać (często w ogóle bez zrozumienia) po to, żeby powiedzieć ją w konfesjonale. I tak dzieci w nerwach uczą się formułki na pamięć, powtarzają ją w głowach i na głos, a – co jeszcze ciekawsze – „próbują” się w spowiadaniu z księdzem w czasie lekcji religii. Nie, to jeszcze nie wszystko. Są parafie, które organizują również próbne spowiedzi w kościele, przy konfesjonale. Wszystko jak trzeba, tylko bez wyznania grzechów. Bo co tu jest najważniejsze? Najważniejsze jest, by dobrze klęknąć, dobrze pozdrowić księdza i powiedzieć, że się więcej grzechów nie pamięta i się za nie żałuje. Ale grzechy? Nie, one nie są najważniejsze. One pojawią się dopiero na właściwej spowiedzi. Z tym, że przecież całkowicie nie o to chodzi ani w pierwszej spowiedzi, ani w pierwszej komunii świętej.

W obu tych sakramentach najważniejszy musi być Jezus Chrystus. W pierwszym – bo jest miłosierny, otwarty na nas i wybacza nam nasze grzechy. Które znamy i których żałujemy, do czego ani odrobinę nie jest nam potrzebna żadna formułka spowiedzi, choćby sam Jan Paweł II ją napisał. W drugim istotą sakramentu jest prawdziwy, żywy Chrystus przychodzący do nas w swoim Ciele i Krwi. Nie wierszyki, czytania (których w ogóle dzieci w trzeciej klasie nie powinny tykać) i kwiaty. W próbie spowiedzi próbuje się wszystko, poza spowiedzią. W próbie komunii próbuje się wszystko, poza komunią.

Ostatnio jedna z grup moich uczniów w trzeciej klasie miała zagwozdkę. Byli u spowiedzi, choć pierwsza komunia jest u nich dopiero za kilka tygodni. I dziewczynki dyskutowały z chłopcami: czy to była próba, czy prawdziwa spowiedź. Chłopcy twierdzili uparcie, że to była próba. Dziewczynki – że to była pierwsza właściwa spowiedź, a drugą mają mieć dzień przed komunią. Dziewczynki za swoim stwierdzeniem podały argument, że przecież dostali dyplom z napisem „Pamiątka pierwszej spowiedzi”, co znaczy, że to była prawdziwa spowiedź. Ale jakie to jest przygotowanie dziecka do pierwszego przyjęcia sakramentów, skoro oni nawet nie są pewni, czy już byli u pierwszej spowiedzi, czy tylko na (kolejnej) próbie…?

Jeszcze jedna anegdota. Dzieci z czwartych klas przygotowują się do rocznicy pierwszej komunii świętej… Tak, również chodzą na próby. Co ciekawsze, jeden z moich uczniów miesiąc w miesiąc chodzi do kościoła w pierwszy piątek, bo katechetka powiedziała, że jak nie odprawią pierwszych piątków, to ich… nie dopuści do rocznicy. Do czego ich nie dopuści? Do rocznicy? Jak oni już od roku (mam nadzieję) chodzą co niedziela do kościoła i przyjmują Ciało Chrystusa. Zatem jakie ma niby znaczenie to, czy ktoś ich dopuści czy nie dopuści do rocznicy? Czym w ogóle jest ta rocznica i dlaczego nie obchodzi się jej co roku? Czemu ma służyć, skoro nie wnosi zupełnie nic nowego do życia dzieci, chyba że powinno się liczyć kolejne próby, kolejne wierszyki i kolejne kwiaty.

CZYTAJ DALEJ: Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków.

Próby komunii i próby spowiedzi to rzeczy w ogóle nie potrzebne. Nie powinny mieć miejsca w czasie przygotowania dzieci do przyjęcia sakramentów. Są niezwykle sztucznym tworem służącym do odwrócenia uwagi dziecka od tego, co tak naprawdę jest ważne. Dziecko nie zapamięta łaski sakramentu, nie zapamięta ulgi po wyznaniu grzechów, nie zapamięta momentu przyjęcia Jezusa do serca. Zapamięta regułki, wierszyki i ustawienie w ławce. A przygotowanie do pierwszej komunii i spowiedzi powinno wyglądać inaczej. Dzieci muszą rozumieć istotę sakramentów i wzbudzić w sobie pragnienie serca, by do tych sakramentów dążyć. Muszą rozumieć, czym jest żal za grzechy i czym jest moment otrzymania Chleba do ust. To może dokonać się w każdym momencie, w czasie każdej przeciętnej mszy świętej. I choć zrozumiała jest potrzeba celebrowania sakramentu, nie może ona przesłonić tej istoty. A to niestety zdarza się nagminnie – i to wcale nie koniecznie z winy rodziców. Najbardziej winni są katecheci, księża i nie wiadomo skąd biorące się potrzeby, by wszystko pięćset razy przećwiczyć.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: Isidr☼ Cea on Foter.com / CC BY-NC-ND

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zabroniono tym biskupom się żenić

Tak śpiewał swego czasu Kazik w piosence, której tytułu nie podam, bo nie godzi się. Kiedy powraca w debacie publicznej temat celibatu, zawsze przypominam sobie tę piosenkę, pewnie również dlatego, że dawno temu pewien mój znajomy komentujący w jednej z pierwszych notek, jeszcze na pierwszym blogu (komentarz można przeczytać i tutaj) przytoczył właśnie ten tekst celem zaargumentowania przeciw celibatowi. I ja już pisałem na ten temat tutaj, zaledwie chwilę przed zamknięciem poprzedniego bloga (a byłem przekonany, że również w początkach blogowania), ale dziś sprawa mi się odświeżyła i postanowiłem do tematu powrócić. Gazeta Wyborcza przekazała mi bowiem z pomocą wszechwiedzących ekranów pierwszej linii metra swoje najnowsze odkrycie: w zeszłym roku kardynał Bergoglio (dziś papież Franciszek) udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że kwestia celibatu może się zmienić i że kapłani katolickich Kościołów wschodnich, którzy mają żony, świetnie pełnią swoją funkcję. Pada więc pytanie: Czy papież Franciszek zniesie celibat?

Może to się wydać kontrowersyjne, ale kardynał dziś będący papieżem, udzielając wywiadu powiedział to, co powinien powiedzieć każdy katolik. Że celibat może zostać zmieniony i że istnieją księża, którzy mają żony, a mimo tego są dobrymi księżmi (i mają prawo do wykonywania obowiązków kapłańskich). Celibat w Kościele katolickim nie jest bowiem w żadnym wypadku dogmatem. I, mimo powszechnie przyjętego mniemania, nie jest też obowiązkowy. Oczywiście, mężczyźni, którzy przyjmują święcenia w Kościele rzymsko-katolickim składają przedtem obowiązkowo śluby bezżenności. Jednak są w Kościele kapłani, którzy przeszli do nas od anglikanów, kiedy tamci postanowili wyświęcić kobiety. Benedykt XVI wyraził zgodę na ich uczestnictwo w pełni małżeństwa i w pełni kapłaństwa, przyjmując ich do Kościoła katolickiego. Z drugiej strony są też katolickie Kościoły wschodnie (np. grecko-katolicki), w których wiele spraw wygląda podobnie do tego, jak jest w prawosławiu. O nich właśnie mówił obecny papież. Więc – choć od wielu wieków księża w Kościele rzymskim ślubują celibat, sam celibat nie jest dogmatem i całkowitym obowiązkiem każdego kapłana w Kościele katolickim.

Skoro już sobie to powiedzieliśmy, możemy dodać jeszcze, że kwestia celibatu w Kościele jest kwestią dyskusyjną i rzeczywiście istnieje możliwość, że kiedyś celibat przestanie obowiązywać. Już dziś wyświęcani są diakoni (pierwszy stopień święceń), którzy mają żony i dzieci. Sam marzę o tym, by w pewnym momencie, jeśli to będzie w polskich warunkach w ogóle możliwe, przyjąć te święcenia. Oczywiście nie będzie to oznaczało, że będę wtedy księdzem. Ale sakrament święceń ma 3 stopnie, a diakonat jest pierwszym z nich.

Co do wszystkich pozostałych roszczeń liberalistów: na 99,9% nie ma żadnych możliwości, by cokolwiek się w nauczaniu Kościoła zmieniło. Nie będzie akceptacji związków pozamałżeńskich, homoseksualnych, nie będzie akceptacji antykoncepcji, in-vitro ani kapłaństwa kobiet. Bo wszystkie te tematy są bezpośrednio czy pośrednio wykluczone w Biblii. Związki pozamałżeńskie podchodzą pod zakaz cudzołóstwa, mężczyźni współżyjący ze sobą nie odziedziczą Królestwa Bożego, antykoncepcja i in-vitro odpadają w zestawieniu z bądźcie płodni i rozmnażajcie się, a kapłaństwo kobiet odpada, bo zabraniam kobietom nauczać. Tylko celibat w tym wszystkim pozostaje nieskonkretyzowany.

„Aby dzieci biskupów nie mogły dziedziczyć zabroniono tym biskupom się żenić. Nie ma w Biblii słowa o celibacie. Znacie się czy się nie znacie?” śpiewał Kazik i niestety nie miał racji. W Biblii jest wiele słów o celibacie, są bezpośrednie zachęty do bezżenności. „A ja chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień. Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie. I doznaje rozterki. Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem, i duchem. Ta zaś, która wyszła za mąż, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać mężowi. Mówię to dla waszego pożytku, nie zaś, by zastawiać na was pułapkę; ale po to, byście godnie i z upodobaniem trwali przy Panu” (1 Kor 7, 32-35) pisze apostoł Paweł, gdy zachęca do pozostawania bezżennymi po to, by lepiej służyć Panu. W innych miejscach namawia swoich uczniów, by pozostawali takimi, jak on – czyli w stanie kawalerskim. Ale nie tylko Paweł wspomina o bezżenności dla Królestwa. „Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!” (Mt 19,12) wspomina sam Jezus w Ewangelii wg św. Mateusza. Są bezżennymi ci, którzy zdecydowali się na celibat przez wzgląd na Królestwo – aby lepiej służyć Bogu w swoim kawalerstwie. Z drugiej strony jednak Paweł wspomina również, że „Biskup więc powinien być bez zarzutu, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania” (1 Tm 3,2), a więc jednak biskup powinien być żonaty. Łatwo pogodzić te dwie nauki: Zgodnie z nauczaniem Jezusa i podążającego Jego śladem Pawła bezżenność jest czymś dobrym przez wzgląd na Królestwo Boże: osoby, które pozostają poza ziemskimi związkami, oddają się lepiej służbie Bożej. Jednak małżeństwo jest czymś dobrym do tego stopnia, że biskup, aby dawać dobry przykład, jeśli miałby żonę, powinien pozostawać jej wierny bezwzględnie. Prawosławni interpretują to tak, że jak biskupowi żona umrze, to się drugi raz żenić nie może, bo to byłaby druga żona. I w Kościele greckim jest tak, że ślub można wziąć przed święceniami, a jeśli dojdzie się do święceń bez ślubu, to ślubuje się celibat. Podobnie zresztą ma się sprawa ze wspomnianym przeze mnie wcześniej stałym diakonatem. Stałym diakonem może zostać mężczyzna bezżenny w wieku 25 lat i już ślubu nie weźmie, lub żonaty w wieku 35, za pisemną zgodą żony…

Celibat może zostać zniesiony. Należy jednak pamiętać, że z ogromnym prawdopodobieństwem nie wpłynie to na warunki życia księży, którzy już są wyświęceni. Fakt, że wielu księży dziś chce zniesienia celibatu, bo nie radzą sobie w tak trudnych warunkach, bo mają potrzebę bliskości itp. i w związku z tym liczą na zmiany, nie zmienia faktu, że oni już ten celibat przy święceniach ślubowali. Zniesienie celibatu nie zniesie złożonych przez nich ślubów. Księża, którzy dziś pozostają w celibacie, pozostaną w nim po zniesieniu celibatu. Prawdopodobnie również będzie można brać ślub tylko przed święceniami, tak jak jest teraz na wschodzie czy przy stałym diakonacie, a nie już po nich. Czyli wyświęcani bez żon dalej będą deklarować celibat. I oczywistym wydaje się też, że celibat można znieść kiedy uzna się, że księża są na to gotowi i poradzą sobie z gorliwym wypełnianiem swoich obowiązków, zarówno kapłańskich, jak i małżeńskich. Nie zaś wtedy, kiedy Newsweek i Gazeta Wyborcza krzykną, że już czas znieść celibat i przestać męczyć księży. Polemika bowiem, głosząca, że księża są zmuszani do pozostawania w celibacie została już dawno obalona, np. przez ks. Marka Dziewieckiego. On to powiedział do nas kiedyś mniej-więcej w ten sposób: Nie jest prawdą, jakoby ktokolwiek zmuszał kogokolwiek do celibatu. Mnie nikt do niczego nie zmuszał. Sam, chcąc zostać kapłanem, w pełni świadomie celibat przysiągłem. Jak nie chciałem – mogłem nie być księdzem.

Co ja zaś sądzę o kwestii celibatu? Mam takie zdanie, jakie ma nauczanie Kościoła: jestem zarazem za, jak i przeciw. Kiedy byłem w Seminarium mówiłem, że jeśli znieśliby celibat, ja i tak bym w nim pozostał. To był etap, na którym doskonale go rozumiałem – byłem Judym, Tomasz Judym. Dziś nadal go rozumiem, ale jestem już żonaty. Dlatego może wcale nie miałbym nic przeciwko zniesieniu celibatu? Wtedy, mając żonę, mógłbym jeszcze dodatkowo być księdzem. Wielce kusząca propozycja… :)

Odsyłam jeszcze do ciekawego tekstu na ten sam temat: TUTAJ.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Jak zachęcać do wyrzeczeń wielkopostnych

W zeszłym tygodniu, przebywając z Małżonką w jej rodzinnym mieście, wybraliśmy się na mszę. Usłyszałem tam kazanie skierowane do dzieci przez proboszcza przybytku. Kazanie owo oburzyło mnie podobnie, jak większość kazań tegoż księdza, choć tym razem Małżonka nie zgodziła się ze mną. Ksiądz przekonywał dzieci, że należy podejmować wyrzeczenia wielkopostne. Miał oczywiście rację – wyrzeczenia wielkopostne to bardzo ważny element przeżywania przygotowania do Zmartwychwstania Pana. Można jednak zachęcać do wyrzeczeń w sposób lepszy, albo w sposób gorszy.

Podczas kazania ksiądz zapytał dzieci, czy mają w domu internet. Chciał namówić je do wejścia na stronę diecezji. Jedno z dzieci odparło, że mają internet, bo są gry w internecie. Stwierdzenie wywołało wesołość w świątyni, jednak na twarzy proboszcza owa wesołość nie wystąpiła. Ksiądz zaczął bowiem przekonywać dzieci, że rezygnacja z gier w internecie jest bardzo dobrym wyrzeczeniem na okres Wielkiego Postu. Padło kilka argumentów, między innymi to, że gry komputerowe niczego nie wnoszą w nasze życie, tylko zabierają czas. Gdy zaś przypomniano o szatanie, który kusił Jezusa na pustyni, proboszcz wspomniał o tym, że szatan również nas kusi do złych rzeczy, na przykład do grania w gry internetowe. Podobny sposób nakłaniania do wyrzeczeń mnie oburzył, moje oburzenie oburzyło jednak moją Małżonkę, która z proboszczem się zgodziła. Ja nie mogłem się z nim zgodzić – nie tylko dlatego, że lubię grać w gry w internecie. Wyjaśnię za chwilę dlaczego.

Po pierwsze, jeśli uważamy, że coś jest z gruntu złe, nic nie wnosi, tylko marnuje czas, to nie możemy namawiać do rezygnacji z tego w okresie Wielkiego Postu. Sam pamiętam sytuację, gdy jeden mój znajomy, nieżonaty, zdecydował się w okresie Wielkiego Postu wyrzec seksu. Tego typu wyrzeczenie jest bez sensu, ponieważ współżycie pozamałżeńskie jest grzechem i należy z niego zrezygnować natychmiast w całej rozciągłości, a nie odmówić go sobie na 40 dni. Podobnie ma się sytuacja jeśli chodzi o gry: skoro uważam, że gry nic nie dają, że to szatan przekonuje nas do grania w gry, to należy natychmiast zakazać grania i przekonać dzieci o grzeszności tego procederu, zamiast namawiać do rezygnacji z grania w okresie Wielkiego Postu.

Po drugie możemy jednak założyć, że granie w gry nie jest złem samym w sobie. Podobnie jak złem nie jest alkohol jako taki, złe jest jedynie niewłaściwe i nadmierne picie. Gry komputerowe to sposób rozrywki, oczywiście wciągającej i uzależniającej, ale nie wyłącznie marnującej czas. Sam obserwuję mojego syna, który ma pozwolenie na granie na komputerze po kilkadziesiąt minut raz na kilka dni i widzę, jak go to rozwija (np. doskonali umiejętności koncentracji i kojarzenia faktów w grze, w której trzeba trafić i zbić kilka kulek o tym samym kolorze). Że przytoczę przy tym fragment tekstu z niezastąpionej Wikipedii: „Gry komputerowe niezaprzeczalnie wywierają znaczący wpływ na gracza. W przypadku regularnej gry dochodzi do przekształceń w mózgowiu na skutek uzależnienia; zarazem jednak ćwiczą one zdolności manualne przydatne w karierze zawodowej, ćwiczą szybsze podejmowanie decyzji w prawdziwym życiu, a w niektórych okolicznościach poprawiają u graczy umiejętność rozróżniania odcieni szarości. Niektóre gry są wykorzystywane także w celach terapeutycznych, na przykład do zwalczania depresji. Dzieła interaktywnej rozrywki mogą też służyć do ćwiczenia zdolności logicznego myślenia i wnioskowania, a także rozwiązywania problemów metodą prób i błędów; ich walory edukacyjne są wykorzystywane przez wojsko”. Gry uzależniają, dlatego należy koniecznie ograniczać dostęp do nich zarówno dzieciom, jak i sobie. Jednak również rozwijają najróżniejsze umiejętności. No i oczywiście dostarczają rozrywki. Nie są więc złe jako takie. To sprawia, że można poświęcić się i zrezygnować z grania w okresie Wielkiego Postu. Pod warunkiem, że nie jest się jeszcze uzależnionym – wówczas należy przejść na odwyk, jak w przypadku alkoholu.

By przekonać kogoś do wielkopostnych wyrzeczeń, np. rezygnacji z grania w gry, picia alkoholu, jedzenia fast-foodów, należy najpierw podkreślić, że te rzeczy nie są złe. Wyrzekamy się korzystania z czegoś dobrego czy neutralnego dla większego dobra. Kiedyś napisałem notkę o mojej dobrowolnej abstynencji, właśnie w tym kontekście. Oczywiście ciężko zrezygnować z czegoś przyjemnego, ale właśnie o to chodzi w wyrzeczeniach wielkopostnych. Na kazaniu skierowanym do dzieci widzę młodego księdza, pozbawionego uprzedzeń do gier komputerowych, być może osobiście grającego. Mówiącego o swoim własnym wyrzeczeniu, które podjął, rezygnując z gier. Przekonując dzieciaczki, że dla dobrego przygotowania do Wielkanocy warto zrezygnować z czegoś, co się lubi. Że można dzięki temu odkryć inne atrakcyjne kwestie, jak czytanie książek. Że granie, jedzenie słodyczy, McDonaldów, picie kakao, czy – u osób dorosłych – kawy czy piwa jest bardzo przyjemne, może być interpretowane jako dobre, a przynajmniej jako neutralne, ale rezygnacja z tego na czas określony lub, w skrajnych przypadkach (jak moja abstynencja) nieograniczony prowadzi do wyższego dobra.

Podsumowując: uważam, że rezygnacja z gier komputerowych na okres Wielkiego Postu jest bardzo dobrym pomysłem. Nie dlatego jednak, że gry nie służą niczemu, poza stratą czasu i szatan osobiście namawia nas do grania w okresie Wielkiego Postu, lecz dlatego, że jest to w odpowiednich warunkach dobra przyjemność. I z tej przyjemności dla większego dobra warto zrezygnować. Mnie takie argumenty zdecydowanie bardziej przekonują. Sądzę, że z dziećmi, które nie wyrobiły w sobie automatycznego strachu przed mocą szatana, jest podobnie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Pianko-śmietanko

W związku z tak niedawno rozegraną sceną związaną z wydarzeniami w salezjańskim gimnazjum w Lubinie postanowiłem się również wypowiedzieć na ten temat. Mówił już wprawdzie Szymon Hołownia, a ja przy nim gasnę, ale dołączę swoje słowa. Otóż osobiście uważam, że cała awantura o nic, burza w szklance wody. I nie, nie uważam tak dlatego, że to sprawa dotycząca przedstawicieli hierarchii Kościelnej, dotycząca kapłanów. Uważam tak dlatego, że sprawa dotyczy znanych w całej Polsce zabaw związanych z przyjęciem w poczet uczniów, czyli tzw. koceniem.

Wypowiedzi pojawiały się różne. Że ksiądz Salezjanin, dyrektor rzeczonej placówki, jest pedofilem, że molestuje seksualnie dzieci, że się podnieca, za bardzo spoufala, albo przeciwnie, ustawia hierarchię i pokazuje, kto tu rządzi. Pojawiają się wypowiedzi polityków, rzeczników, kontrole ministerialne itp. Oczywiście nie dlatego, że to ksiądz i księdza trzeba zgnoić. Tylko dlatego, że to dyrektor szkoły.

Moim zdaniem dyrektor szkoły powinien być: 1. osobą charyzmatyczną, godną słuchania i wypełniania jego poleceń, również przedsiębiorczą, dobrze organizującą, itp. 2. Przychylną uczniom, potrafiącą się do nich uśmiechnąć, w sympatyczny sposób zgadać, czasem zażartować, także z siebie samego.

Te dwie cechy dyrektora powinny się przeplatać, łączyć, uzupełniać. De facto jeśli dyrektor daje się lubić, to często jeszcze bardziej daje się słuchać. W ten sposób można ustawiać hierarchię (bo hierarchia w szkole obowiązuje, dyrektor jest tu szefem) poprzez dobrą zabawę. „Kocenie” w dobry i kontrolowany sposób przeprowadzone może być ku temu dobrym momentem. W przypadku, gdy sam dyrektor angażuje się w to wydarzenie, obok innych nauczycieli, można mówić o wyjątkowo bliskim podejściu do uczniów, którzy mogą się pośmiać, dobrze bawić, jednocześnie mogąc bardziej zaufać temu, który w przyszłości ma dbać o ich dobro i bezpieczeństwo. Przykładem może być wspomniany przeze mnie wieki temu ojciec Franciszkanin, który tak wspaniale tańczył w dresie przed ołtarzem, że bez wahania powierzyłem mu moje największe problemy.

Oczywiście, wspomniana zabawa MUSI być dla uczniów łagodna, spokojna. Musi być zabawą, a nie upokorzeniem. Musi doprowadzić do śmiechu, a nie do łez. Jednak na ile mi wiadomo ani rodzice, ani rada pedagogiczna, ani żadne z dzieci biorących udział we wtajemniczeniu nie narzekali na to wydarzenie. Na stronie internetowej zamieszczono zdjęcia, ponieważ nikt nikomu nie miał nic do zarzucenia. Na zdjęciach dzieci się śmieją, dyrektor się śmieje, wszyscy zadowoleni. I nie przypuszczam, że to dlatego, że dotykanie ustami piany znajdującej się na kolanie dyrektora dawało komuś jakąś perwersyjną przyjemność.

Sam będąc na obozie harcerskim miałem do przejścia tor przeszkód, na końcu którego siedział „król” i „królowa” (dwoje drużynowych, a więc przełożeni obozu), ze stopami umorusanymi w dżemie, musztardzie i piasku, których mieliśmy całować w szyszkę umieszczoną między palcami na stopie. Śmiechu było co niemiara, tylko królewskiej parze nie było do śmiechu pod koniec – wszak im więcej ludzi ich całowało, tym bardziej obślizgłe i upaskudzone dziwną miksturą były ich stopy. Wówczas, podczas obozu, zostałem również potwornie upokorzony. Nie zdarzyło się to jednak podczas owego wtajemniczenia. Kończyłem 15 lat i zgodnie z „tradycją” (dzięki temu, że byłem kozłem ofiarnym obozu) dostałem 15 bardzo silnych pasów na tylną część ciała (byłem trzymany w powietrzu za ręce i nogi), potem zaś 15 podrzuceń na kocu z traumą lądowania na ziemi, gdy po ostatnim podrzucie koc został upuszczony. Ponieważ był to koc z mojej pryczy, obolały i zgnojony zebrałem go z ziemi i przebiłem się ze spuszczoną głową przez otaczający mnie tłum chichraczy, w stronę mojego namiotu. Rozpłakałem się rozpaczliwie dopiero, gdy między tłumem a moim namiotem dopadło do mnie trzech dryblasów, którzy nie brali udziału w egzekucji, złapali mnie i stwierdzili, że „Jeszcze raz, bo oni jeszcze nie bili”. Nie potrafiłem się wyrwać, więc zacząłem wołać o pomoc. Dopiero wtedy pani druhna przełożona, która cały czas stała w pobliżu i pilnowała durnego rytuału, nakazała im mnie wypuścić. Dryblasy stwierdziły, że „tylko żartowaliśmy”, ale wracając rozryczany do namiotu wcale nie byłem o tym przekonany.

Nie opisałem tego wcale po to, żeby pokazać jak bardzo zostałem zgnojony, spłaszczony podczas harcerskiego obozu. Opisałem to po to, by porównać sytuację urodzinowego rytuału i chrztu harcerskiego, czyli tzw. kocenia. Zostałem upokorzony podczas indywidualnego lania pasem i spadania na glebę, nie zaś podczas grupowego całowania Posejdona po stopach. Tor przeszkód był fajny, przygoda na plaży wesoła, a dżem z musztardą wcale nie aż tak bardzo obrzydliwy. Towarzyszyły mi osoby, które przechodziły przez to samo i dla których było to również coś przyjemnego. Podobnie oceniam to, co działo się w czasie wyjazdu integracyjnego gimnazjalistów z Lubina. Dyrektor okazał się człowiekiem, z którym można miło spędzić czas, nauczyciele mieli ciekawe pomysły, uczniowie wydawali się zadowoleni. Może powoływanie się na Harry’ego Pottera nie jest najbardziej profesjonalne, ale historia przypomina mi nieco wydarzenia z Hogwartu, zwłaszcza zaś przywołują na myśl dyrektora Albusa Dumbledore’a, poważną, charyzmatyczną postać potrafiącą zachować się czasem jak infantylny staruszek i zagrać z uczniami w jakąś banalną grę, albo zaśpiewać z nimi piosenkę. To poczucie humoru sprawiało, że postać stawała się jeszcze bardziej poważna, ale i godna zaufania.

Dlaczego zaś osoby broniące dyrektora gimnazjum utrzymywały, że na kolanach znajdowała się pianka do golenia, mimo że na zdjęciu widnieje wyraźnie bita śmietana? Próbowałem skontaktować się z księdzem dyrektorem, żeby uzyskać odpowiedź na to nurtujące wszystkich pytanie, ale maila zwrotnego nie otrzymałem. Przypuszczam, że obrońcy wcale nie muszą kłamać. Wyobrażam sobie, że np. uczniowie widzieli bitą śmietanę, więc spodziewali się słodkiego smaku, jednak za kulisami nakładano na kolano dyrektora ukrytą w cieniu piankę do golenia, co wywoływało w uczniach poczucie gorzkiej niespodzianki. Ich śmiech na zdjęciach może również o tym świadczyć. Oczywiście, możliwe że obrońcy z jakichś powodów kłamali, nie sprawdziwszy dowodów zdjęciowych. Powodem mogło być to, że bita śmietana kojarzy się różnym lewakom i atakującym w sposób erotyczny – obrońcy pragnęli więc oderotyzować sytuację. Jeśli tak, to moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nie ma bowiem znaczenia, czy to była bita śmietana, czy pianka do golenia. Zabawa jest zabawą, a każdemu co innego może kojarzyć się erotycznie. Zwłaszcza, jeśli stawia sobie za cel zgnojenie kogoś, najlepiej księdza, który próbował być blisko dzieci, a wyrósł w oczach pospołu na pedofila.

Nikt dzieci nie molestował, choć sądzę, że dziś mogą czuć się molestowane. Przez wszystkich fałszywych obrońców ich moralności, cnotliwości i skromności, którzy starają się im od dłuższego czasu wmówić, że dyrektor ich molestował. To owi obrońcy robią krzywdę tym dzieciom, a nie ich dyrektor. Oni wmawiają im rzeczy, które nie są prawdą. Dzieci dziś być może czują się molestowane. Przez tych obrońców. Podobno po rozdmuchaniu sprawy są wytykane palcami, wyśmiewane na ulicy. Czy to chcieli osiągnąć obrońcy praw dziecka?

Sądzę, że chcieli osiągnąć coś zupełnie innego. Sądzę bowiem, że gdyby sytuacja dotyczyła dyrektora nie-księdza (a założę się, że podobnych historii znajdzie się w Polsce dziesiątki, setki jeśli nie tysiące), nikt w ogóle nie zwróciłby uwagi, a już na pewno nie robiłby z tego molestowania, znęcania się i „ustawiania hierarchii”. Osobiście odbieram to jako atak na przedstawiciela Kościoła, próbę udowodnienia, że wszyscy księża są pedofilami. I mają kochanki.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Księża na Księżyc

To znane hasło, propagowane niedawno i miejscami jeszcze modne wśród radykalnych antyklerykałów może znaleźć swój punkt odniesienia szczególnie u jednego, powszechnie znanego kapłana. Wszak, jak dobrze pamiętamy, niejaki Mistrz Twardowski swego czasu zamieszkiwał na Księżycu. Jeśli więc wysyłać tam księży, to może przede wszystkim księdza Jana Twardowskiego? Wybitny poeta i ceniony kapłan z pewnością świetnie by się tam odnalazł. Jego przesłanie byłoby być może jeszcze bardziej dobitne.

Księdza Twardowskiego wszyscy znają przede wszystkim jako poetę. Ci, którzy go mniej-więcej cenią, potrafią zacytować jeden fragment z jego wierszy: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Niektórzy jeszcze wiedzą, że „Zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Niewielu jednak zna jego historię, dzieje kapłaństwa i twórczości – postanowiłem więc ją nieco przybliżyć.

Jan Twardowski, Syn Jana i Anieli z Konderskich urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku. Pierwszym miejscem jego zamieszkania była kamienica przy ulicy Koszykowej 20, po wyjeździe ojca ze względu na wojnę zmienił z matką miejsce zamieszkania. Większość dzieciństwa spędził w kamienicy przy ulicy Elektoralnej 49. Ojciec Jana powrócił do Warszawy pod koniec I Wojny Światowej. Do gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego Jan Twardowski wstąpił za namową ojca, który wymarzył sobie dla niego karierę inżyniera. Dlatego w przyszłości ojciec nie był przychylnie nastawiony do wyboru drogi życiowej syna. Jan junior wstąpił zaś na Uniwersytet Warszawski, gdzie chciał ukończyć studia polonistyczne. Studia przerwała mu II Wojna Światowa. Przez lata wojny przebywał z rodziną w Warszawie. U boku szwagra, Mieczysława Truszkowskiego rozpoczął współpracę z podziemiem; pomagał mieszkańcom getta. W 1944 brał udział w powstaniu warszawskim, został ranny i trafił do szpitala polowego. Po upadku powstania uciekł z transportu do Niemiec i przez kielecczyznę wracał do Warszawy. W Radomiu spotkał się z rodziną i podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium. W 1945 roku Jan Twardowski wstąpił do Warszawskiego Metropolitalnego Seminarium Duchownego. W tym samym roku starał się o zaliczenie w poczet studentów Wydziału Teologii Katolickiej Uniwersytetu Warszawskiego, celem ukończenia przerwanych przez wojnę studiów. Studia ukończył w 1948 roku, otrzymując dyplom magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. 4 lipca 1948 przyjął święcenia kapłańskie.

Początkowo nie radził sobie jednak w roli kapłana, mdlał z nerwów nawet w trakcie sprawowania mszy świętej. Dlatego wyznaczono mu rolę prefekta i katechety w szkole specjalnej w Pruszkowie. W tej roli spełnił się bardzo dobrze, rozwinął swoją miłość do dzieci i metody wychowawcze. W szkole pracował 3 lata, potem wyruszył jeszcze do kilku parafii, ostatecznie odnajdując swoje miejsce w kościele pw. Józefa Oblubieńca Niepokalanej Bogurodzicy Maryi przy klasztorze Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie, gdzie pierwotnie pełnił rolę rektora, pod koniec życia zaś rezydował tam. Dzięki spokojnej posadzie mógł ukoić swoje nerwy i poświęcić się modlitwie oraz pracy twórczej.

Wydał za swego życia wiele tomów poezji, pisał także felietony, anegdoty, opowieści dla dzieci. Za swą twórczość zdobył liczne nagrody. Nie będę ich tu przytaczał, podam tylko źródła, w których można wyszukać większą ilość informacji. Ksiądz Jan Twardowski zmarł 18 stycznia 2006 roku w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. Jego pragnieniem było, aby pochować go na Powązkach. Decyzją księdza Prymasa Józefa Glempa został on jednak pochowany w krypcie pod powstającą Świątynią Opatrzności Bożej, co wywołało spore kontrowersje.

Na sam koniec chciałbym się skupić nieco na pracy księdza Twardowskiego w pruszkowskiej szkole. Choć przebywał tam tylko trzy lata, miało to na niego bardzo duży wpływ. Wpływ miało również na szkołę, która nosi dziś jego imię. Po zakończeniu pracy tam napisał wiersz, który wzbudza duże kontrowersje, dla mnie wydaje się jednak niezwykle piękny:

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com wam uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świetych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-
gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie –
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie –
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,
z noskiem co się tak uparł, że został króciutki –
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi –
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamta lekcję, gdym o niebie mówi,
te łzy co w okularach na religii stają –
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze – nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami –
grubasku i jąkało – osowiały, niemy –
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze
drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie –
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką –
ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci –
z barankiem wielkanocnym. – Bez was świeczki gasną –
i nie ma żyć dla kogo.
Ten od głupich dzieci.

Tak się składa, że sam obecnie pracuję w szkole specjalnej – nie w Pruszkowie jednak, lecz w Wołominie. I tak się składa, że biorę czynny udział w nadaniu imienia tejże szkole – a będzie nosiła również imię księdza Jana Twardowskiego. Dlatego właśnie piszę tę notkę – aby sobie i Wam przybliżyć postać, która będzie patronować szkole, opiekować się teraz moimi uczniami. Jeśli zaś ktoś z Was jest zainteresowany wzięciem udziału w tym wielkim wydarzeniu i dołożeniem swojej cegiełki do całego dzieła (a szkoła wciąż poszukuje sponsorów, którym leży na sercu postać księdza Twardowskiego), to bardzo proszę o kontakt ze mną pod adresem maurycy_to@o2.pl .

W notce wykorzystałem następujące źródła:
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks, Biografia Jana Twardowskiego, Kraków 2011;
Jan Twardowski, Zaufałem drodze, Wiersze zebrane 1932-2006.

Źródło zdjęcia: http://www.poema.art.pl/site/sub_387_x_jan_twardowski.html

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Zaskoczenie

Znów mam opóźnienie, tydzień mija a notka ma odnosi się do tygodnika Wprost z 11 kwietnia 2011 roku. Dokładnie do artykułu, który w poniedziałkowym przeglądzie prasy w Dzień dobry TVN zaproponował pan Jacek Żakowski, mówiąc, że poznamy z niego informacje, które nas zaskoczą. Artykuł dotyczył życia i wychowania w wyższych seminariach duchownych. Wraz z żoną, po interesującej recenzji, postanowiliśmy z czystej ciekawości kupić Wprost i artykuł przeczytać, co też tego samego dnia zrobiliśmy.

Rzeczywiście, w czasie lektury artykułu „Seminarium toksyczne – być klerykiem” przeżyłem zaskoczenie. Bynajmniej nie tym, że artykuł traktuje życie w seminariach (przynajmniej w ich większości) absolutnie negatywnie, absolutnie negatywnie pisze też o dyscyplinie czy edukacji kleryków. Niczego innego się nie spodziewałem czytając artykuł we Wproście. Te cechy artykułu nie zaskoczyły mnie, lecz rozjuszyły. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że właśnie owe miał na myśli pan Żakowski mówiąc, że artykuł zaskoczy. I że większość ludzi, którzy za namową Ż. to przeczytają, naprawdę się zszokuje. I uwierzy w każde słowo tam zapisane. To mnie wkurza – i to, że to nie Hołownia recenzował wyżej wymieniony artykuł.

Mogę potwierdzić, że seminarium nie jest miejscem bijącym nieskazitelną świętością. To miejsce jak każde – gdzie są sytuacje gorsze i lepsze. Momenty bardziej i mniej święte. Ludzie bardziej lub mniej na księży się nadających. Byłem przez rok w seminarium i, w przeciwieństwie do bohaterów artykułu, muszę powiedzieć, że nigdzie nie czułem Boga tak, jak tam. Chociaż, w przeciwieństwie do Karola, jednego z bohaterów, nie wstawałem o 5:30, lecz o 6:00. Nie miałem też zakazu posiadania telefonu. Ale wykładowcy byli, nie ukrywajmy, mniej lub bardziej kompetentni. Koledzy mniej lub bardziej pasujący do miejsca (znajomy, który w czasie wycieczki do Częstochowy stwierdził, że „nie było żadnych fajnych dup” jest tu, sądzę, najlepszym przykładem). A tylu dowcipów o księżach i zakonnicach co w progach Domu nie poznałem nigdy. Do dziś je zresztą opowiadam i do dziś wielu śmieszą (znam jednak osoby, które raczej gorszą). Fakt, że zostałem usunięty z seminarium przez rektora za coś, za co niewielu by mnie usunęło. I przez dłuższy czas nie mogłem się z tym pogodzić. Ale w wyraźny sposób naruszyłem zasady. A jeśli nie przestrzega się zasad, to nie pasuje się do seminarium. To jest norma i nie ma powodu, by ktokolwiek pod nią nie podchodził.

Nie zaskoczył mnie również w artykule dobór autorytetów rozumiejących o co chodzi w seminariach. Z prof. Tadeuszem Bartosiem (czołowym odszczepieńcem, niegdysiejszym zakonnikiem) i o. Jackiem Prusakiem na czele. Wiadomo, że tylko ci, którzy nie zgadzają się z Kościołem katolickim są w stanie kompetentnie się na jego temat wypowiadać. Swoją drogą wciąż się zastanawiam co i dlaczego wciąż trzyma Jacka Prusaka w zakonie Jezuitów i w Kościele w ogóle. Nie mam na myśli tylko tego, dlaczego nie odszedł. Raczej dlaczego go nie wyrzucili…

Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Jedna mniej, druga bardziej. Cytat tego, co mniej: „Kościół katolicki obchodził dzień judaizmu i z tej okazji w krakowskiej synagodze miało się odbyć polsko-żydowskie nabożeństwo. Karol zaproponował, by klerycy wzięli w nim udział, ale ksiądz wyśmiał pomysł. – Zapytał, czy widzieliśmy żyda modlącego się w kościele. Nie zrozumieliśmy, o co mu chodzi, więc wyjaśnił, że śmieszy go dialog między religiami, bo mówią o nim tylko katolicy, a żydzi i tak mają pretensje. A w ogóle ekumenizm jest bez sensu”. Ksiądz rektor (tu zwany dyrektorem – być może seminarium w Krakowie ma dyrektora zamiast rektora) wyraził własne zdanie. Często rektorzy mają kontrowersyjne poglądy, nasz np. wygłosił kiedyś kazanie, w którym ogłosił swoje niezrozumienie dla prób uświęcania Adama i Ewy. Okej – mogło zaboleć. Ale każdy ma swoje poglądy i to nie sprawia, że seminarium jest złe. Co mnie jednak zaskoczyło w tym fragmencie? Że nazywa się ekumenizmem dialog międzyreligijny. Podczas, gdy ekumenizm to dialog między wyznaniami chrześcijańskimi. Ale w porządku, sam dowiedziałem się o tym niedawno, kleryk Karol (i redaktorzy Wprostu) mógł się tego nigdy nie dowiedzieć. Jest jednak coś, co zaskoczyło mnie znacznie bardziej.

Dwóch kleryków wyjechało razem w góry, ktoś doniósł, że widziano ich z dziewczyną. Była to nieprawda, ale i tak postawiono ich przed wyborem: wypad albo dziekanka. „Kolega postanowił odejść, Michał wybrał dziekankę.” I teraz, uwaga!: „Przez rok był wikariuszem w niewielkiej parafii i uczył religii w szkole. Lubił to. Ale kiedy wrócił do seminarium, szybko zrozumiał, że nie zniesie panujących tam stosunków.” I dalej: „Gdy byłem wikariuszem, traktowali mnie jak partnera, ale w seminarium stałem się dla nich znowu ‚kotem'”. Podejrzewam, że wielu z Was już wie, co mnie zaskoczyło. Otóż wikariusz to ksiądz wyznaczony do pomocy proboszczowi w prowadzeniu parafii. Naturalna kolej rzeczy to: kończysz seminarium, przyjmujesz święcenia diakonatu, prezbiteratu i idziesz na parafię, a więc zostajesz wikariuszem. Żaden kleryk wysłany na urlop dziekański nigdy nie może być wikariuszem, bo nie posiada święceń kapłańskich. Ba, nawet po pierwszych święceniach – diakonatu – może wyłącznie pomagać w niektórych czynnościach, może być diakonem, ale nie wikariuszem. Pisanie o człowieku, który na urlopie dziekańskim był wikariuszem w parafii jest więc niczym innym, jak wierutnym kłamstwem spreparowanym dla osób, które o strukturach Kościoła bladego pojęcia nie mają. I które uwierzą we wszystko, co się im poda, pod warunkiem że będzie to antykościelne.

Tego rodzaju rzecz, która zgodnie z zapowiedzią pana Żakowskiego mnie zaskoczyła, wybitnie świadczy o jakości „zaskakujących” artykułów we Wproście. A tak swoją drogą – czy redaktor naczelny Wprostu, pan Tomasz Lis, odgryzł sobie pół języka zgodnie z obietnicą, że zrobi to, jeśli Lech Kaczyński nie wystartuje w najbliższych (czyli już minionych) wyborach prezydenckich? Nie wiem tego, ponieważ we Wproście tylko pisze, ale niestety nic nie mówi…

PS. Jeśli wydaje Wam się, że nie dość wiele napisałem na temat tego, jak jest w seminarium, dajcie znać, zadawajcie pytania. Ja spróbuję sobie przypomnieć, choć minęło już prawie sześć lat ;).

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Super impreza at Saint Franciszek's

Notka powinna była powstać około piątku, ale w tamtym czasie miałem już w planach poprzednią i zanim się zużyła, nadszedł poniedzialek. Ale napiszę to tu, zdarzyło się bowiem wtedy coś co na długi czas będę pamiętać.

W piątek już cała Polska zaczęła obchodzić 27 rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża. I to samo działo się w naszym, było nie było, małym mieście. Lokum znalazło się w klasztorze św. Franciszka na Kamiennej. Montaż słowno-muzyczny przygotowywała, z tego co się orientuję, moja rodzima parafia. Opowiadał on o czwórce ludzi, którzy dotknięci życiowymi problemami choroby, depresji, alkoholizmu, narkotyków zostali podniesieni na duchu przez cudowny pontyfikat Jana Pawła II, który w niesamowity sposób przybliżał ludziom Boga. Po tym montażu nastąpiła krótka projekcja zdjęć z życia naszego papieża okraszona piękną muzyką. Wiele ludzi, w tym również ja, wylało przy tym litry łez. Takie wspomnienie człowieka, który w białej sutannie zdobywał szczyty, i te ziemskie, i te niebieskie, przyprawiało o dreszcze. Gdy projekcja dobiegła końca, wyszedł do prezbiterium zaproszony Ojciec Franciszkanin, który spędził w Watykanie długie lata pomagając w czymś Widzialnej Głowie Kościoła. Próbował nam opowiedzieć wszystkie swe spotkania z papieżem, przez co, nie chcę ujmować nikomu czci, po kilku minutach stał się nudny. Zaznaczając to, że wszystkie fakty ze swego życia przytaczał z kartki. Pokreślę jeszcze raz, nikomu nie chcę w ten sposób ujmować czci. Ja jednak zrobiłbym inaczej. Zaprosiłbym człowieka który np. spotkał papieża raz i wywarło to na nim niesamowite wrażenie. Włożyłby w wykład trochę emocji i wszyscy byliby zadowoleni…

Ale zejdźmy z tematu. W sumie prelekcja dała się słuchać, padło kilka anegdot, więc nie było najgorzej. Ale potem zrobiło się o wiele lepiej. Przybyły bowiem dwie muzykujące rodziny, z Konstantynowa Łódzkiego chyba (Makota, dobrze mówię?) i tam, w prezbiterium, rozstawiły sprzęt. No i zaczęło się granie! Na początku miałem wątpliwości czy tańczyć. W sumie był piątek. Ale skoro nawet moi ukochani ojcowie franciszkanie poszli w tany, to stwierdziłem, że musi być dyspensa i wraz z kochanymi Qrczakami udałem się pod „scenę”. Qrczaki Makota, Expugnis, Agnes i Recydywista, niezrzeszona jeszcze Gremlin oraz ja szaleliśmy pod Ołtarzem do muzyki Magdy Anioł, Arki Noego czy innych katolickich zespołów (podejrzewam, że niektóre kawałki należały osobiście do wykonujących je rodzin). Najciekawiej obserwowało się jednak tańcujących ojców. Jeden z nich, w pełnym umundurowaniu, kręcił młynki z dziewczynami. Drugi zdjął habit i założył beżowy skejtowki strój – bluzę z kapturem i spodnie. Radość opanowała zakon świętego Franciszka. Właśnie to podziwiam w niektórych współczesnych księżach – że potrafią wyjść do ludzi i pokazać im, że są również ludźmi.

Następnego dnia odbyłem rozmowę z tym drugim ojcem. Na temat mojego powołania i złożonej przysięgi. I uwierzcie, rozmiawiało się z nim jak z dorosłym, poważnym, znającym się na rzeczy człowiekiem. Kapłanem. Bo powaga, moi drodzy, wcale nie polega na braku zabawy, życiowej radości, na spokoju i ciągłym opanowaniu. Powaga polega na tym, że potrafi się odpowiednio podejść do człowieka. Potrafi się wzbudzić jego zaufanie choćby przez zwariowaną zabawę, by potem móc wziąć go na stronę i porozmawiać o Bogu. Powaga polega na tym, że we wszystkim co się robi, nawet w tańcu pod Ołtarzem, widzi się moc Boga, który zawsze znajdzie sposób na to, by znaleźć drogę do człowieka.

Wiem, wiem, że w niektórych z Was cała ta sprawa wzbudza kontrowersje. Jak to, ksiądz tańczący w skejtowskich ciuchach i to jeszcze przed Ołtarzem w kościele? Ale nie zżymajcie się tak. To są właśnie zasady nowoczesnej ewangelizacji. Zresztą już Jezus bywał na weselach i zmieniał wodę w wino. Dobre wino. A o św. Franciszku śpiewamy:

Wciąż przede mną na rosie
Franciszka ślady bose
Tak niedawno obok mego życia przeszedł.
Tańczył chociaż nic nie miał
I klaskała w takt ziemia
I tak pragnął aby w radość jego wierzył.

Wszystkich Skarżyszczan zapraszam do Klasztorka w piątki na 18. Wtedy odbywają się spotkania młodzieży franciszkańskiej. To jest grupa modlitewna…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy

Wybory

Witam! Ponieważ notki na tym blogu z jednej strony nigdy się nie przeterminowywują, a jednak muszą szybko odchodzić w cień, bo jest mnóstwo do napisania, dziś zasadzam kolejną. Pomysł na napisanie tej poddała mi moja ukochana przyjaciółka Maggie B. twierdząc, że temat jest dość nudny. Może i jest, ale nie dla mnie. A poza tym jak najbardziej na czasie.

Zaczniemy od tego jaki jest mój związek z polityką. Otóż tak się ciekawie składa, że praktycznie polityką nie interesowałem się nigdy. Zanim skończyłem 18 lat to mnie w sumie nie dotyczyło, a jak już skończyłem, to głosowałem tylko raz i to na kogoś, kogo kompletnie nie znałem. Polityka zaczęła muskać moje życie dopiero gdy wstąpiłem do seminarium. Ciekawa sprawa, bo w sumie niewiele się na ten temat mówi w owym gmachu. A jednak ta sprawa w dużej mierze oplata każdego kleryka. Głównie dlatego że ksiądz ma obowiązek pozostawania apolitycznym, jednocześnie, jak na ironię, biorąc aktywny udział w życiu państwa, kraju, narodu. Ale co to znaczy? Jeden z wykładowców przedstawił nam to tak: Decydowanie o losach państwa utrzymuje się na trzech poziomach – kandydowaniu, wypowiadaniu się na temat i głosowaniu. Pierwsza rzecz – zupełnie dla księdza niedostępna. Ksiądz nie ma prawa kandydować w żadnych wyborach (oczywiście nie mówię o wyborach na dziekana czy papieża na przykład ;), nie ma prawa zakładać żadnych partii politycznych oraz ukrywać się w cieniu jakiejkolwiek partii. Druga rzecz jest trochę bardziej skomplikowana, więc o tym później. Trzecia rzecz, czyli głosowanie, jest to ten punkt w którym ksiądz tak jak każdy inny obywatel wpływa na los swego państwa. Oddaje bowiem głos zupełnie anonimowo. Wróćmy jednak do rzeczy drugiej. Ksiądz nie ma prawa (przynajmniej nie powinien, choć są tacy, bardziej lub mniej znani, którzy tego nie przestrzegają) opowiadać się po stronie jakiejkolwiek partii czy jakiegokolwiek kandydata oficjalnie. Nie ma prawa grzmieć z ambony na temat wspaniałości jednego człowieka, a gnoić drugiego. Wyda się to oczywiste, jeśli spojrzymy na każdego człowieka i jego zmienną naturę. Przecież taki Iksiński, który dziś mówi że będzie ekstra i super wogóle może za tydzień podpisać ustawę aborcyjną. A taki Igrekowski wczoraj twierdził, że wolność dla wszystkich i eutanazja górą, a jutro okazuje się, że poszedł do spowiedzi, przyjął Komunię i wstąpił do zakonu. A przez tego księdza co krzyczał Iksiński został premierem, a Igrekowski stał się potępieńcem na wieki. Tak, co więc może ksiądz? Ksiądz może podkreślać CECHY dobre i złe, mówić: „Głosujcie na tych, którzy są przeciwko aborcji i eutanazji, na tych, którzy mają chrześcijańskie podejście do życia, którzy planują prowadzić politykę prorodzinną. Nie głosujcie na tamtych, którzy z troski o młode matki chcą zezwolić na zabijanie nienarodzonych, którzy zamierzają wprowadzić wielki dobrobyt poprzez zmniejszenie dotacji na szkolnictwo i rozwijające się rodziny”. To mogą księża. Bez wymieniania nazwisk. Świetny tego przykład mamy w opisywanym przeze mnie kilka notek niżej filmie „Karol…”, gdzie Karol Wojtyła rozwala komunę bez wymienienia choćby jednego nazwiska i bez najeżdżania na komunę samą w sobie. To samo powinien robić każdy ksiądz.

Ksiądz powinien jednak przede wszystkim nawoływać do sumień Polaków. Krzyczeć nie tyle by głosować na te konkretne osoby, lecz by głosować wogóle. Liczba osób głosujących w naszym kraju maleje z wyborów na wybory. To świadczy tak naprawdę o jednym: o ogromnej znieczulicy na losy Ojczyzny. Jasne jest to, bo przecież tylko w ten sposób większość z nas może wpłynąć na losy Polski. Tylko idąc na wybory i oddając głos możemy być pewni, że w demokracji nasz los zależy właśnie od nas. Oczywiste jest jednak, że nie idąc na wybory także mamy wpływ na to, co się dzieje. Wybieramy wtedy tego, który uzyskał najwięcej głosów. Ale wyobraźmy sobie, że to wcale nie musi być dobry wybór. Bo tak naprawdę siedząc w fotelu pokazujemy, że nie obchodzi nas w jakim kraju będziemy żyć, będziemy spędzać nasze życie. Siedząc w fotelu w czasie wyborów pokazujemy sobie i światu że Polacy są takim narodem jakim byli przed rozbiorami – rozmemłanym, pogrążonym w dekadencji i zawiści do siebie nawzajem. Nie wiem tylko czy potrzebne nam są kolejne rozbiory, byśmy znów wybudzili się z marazmu. Czy potrzebna nam kolejna wojna, byśmy znów stanęli do walki o swoje. Czy potrzebny nam jeszcze jeden Wielki Brat, by pokazać sobie, że zależy nam na naszym losie. A powiadam Wam, to może nadejść niedługo. Właśnie przez to, że tego dnia zostajecie w fotelu z pilotem w ręku. Ja tego dnia będę przy urnie. I choć nie dowiecie się na kogo oddałem swój głos, wiem, że nie będzie on stracony. Bo mnie obchodzi los mój i Was wszystkich. Apeluję do Was, którzy ukończyliście już 18 lat, spotkajmy się tego dnia w salonach wyborczych! A do większości moich czytelników – za 5 lat też będziecie pełnoletni. Zastanówcie się nad losem Polski już teraz…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 19 Komentarzy

Przepisy liturgiczne

Zgodnie z zapowiedzią zamieszczam nową notkę, a ponieważ poprzednie, dość kontrowersyjne, wzbudziły poważne dyskusje, dziś zejdę na jakiś łagodzący, przyziemny (liczę na to że jednak nie nudny) temat. Przepisy liturgiczne.

W czasie minionego roku miałem dwa przedmioty poświęcone mniej lub więcej zagadnieniu przepisów liturgicznych: liturgika oraz muzyka i śpiew kościelny. Na liturgice poznawaliśmy podstwowe zagadnienia dotyczące szat liturgicznych, mszału. Tego po której stronie idzie wino do ołtarza, a po której woda. Tego w jakiej kolejności nakłada się szaty liturgiczne. Tego, że najnowsze przepisy mówią, że jeśli służba liturgiczna przechodzi na drugą stronę prezbiterium, to nie klęka do Tabernakulum, a jedynie kłania się do Ołtarza. No bo jasne, że trzeba cześć oddać Najświętszemu Sakramentowi, ale gdy już jest przemieniony na Ołtarzu, to w którą stronę klękać? Uczyliśmy się tego co może a czego nie może robić ministrant, lektor, akolita, diakon. Jakie są obowiązki kapłana przy Ołtarzu. Tego, że kazanie może mówić tylko kapłan celebrujący (także koncelebrujący) Mszę Świętą lub diakon wyznaczony przez głównego celebransa. Żaden ksiądz nie może sobie wejść w czasie Mszy, podejść do ambonki i powiedzieć kazanie, a potem opuścić kośćiół i iść sobie telewizor obejrzeć. Uczyliśmy się tego, że wstęp i zakończenie modlitwy wiernych odczytuje zawsze główny celebrans, a nie ksiądz który akurat stoi przy ambonce. A także tego że na ołtarzu lub w jego pobliżu stoją dwie, cztery, sześć lub siedem (jeśli Mszę celebruje biskup) świec. A nie trzy. I tego, że w każdym prezbiterium powinien być tylko jeden krzyż.

Na muzyce zaś uczyliśmy się melodii psalmów. Musieliśmy je wszystkie umieć zagrać na pianinie i zaśpiewać. Mówiliśmy o prawidłowym intonowaniu i wykonywaniu pieśni litorgicznych oraz o tym, że każda wykonywana w czasie Mszy Świętej pieśń liturgiczna powinna posiadać imprimatur, czyli potwierdzenie biskupie. Nie można wykonywać ani świeckich pieśni, ani np. pieśni oazowych które imprimatur nie posiadają. Uczyliśmy się także tego że „Godne to i sprawiedliwe” śpiewa się przez dwa „i” w ostatniej sylabie oraz że między „królestwo” a „potęga” także występuje „i” – a całość brzmi „Bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki”.

No dobrze. Więc są te przepisy. A po co? Prosta sprawa. Przepisy liturgiczne zawarte we wszystkich księgach liturgicznych oraz w niektórych dokumentach Kościoła służą temu, żeby pomóc utrzymać jedność Kościoła. Co to znaczy? Wyobraźmy sobie, że ktoś wymyślił sobie, iż w naszej parafii nie będziemy przekazywać znaku pokoju. Bo i po co? I to się przyjmuje. Zaczyna się przemieszczać. I nagle cały lokalny Kościół traci tak ważny element liturgiczny… Wchodzą nowe zmiany, powstaje odłam. Przykład z życia? Oława – domniemane objawienie Matki Bożej, która przekazuje księdzu informację, iż Komunię Świętą można przyjmować jedynie w pozycji klęczącej. Ksiądz twierdzi, że to prawda, wierni uznają że ma rację. Nie tylko Oławianie, cale mnóstwo innych ludzi też wierzy stukniętemu księdzu (nie aż tak stukniętemu jak ja, ale wciąż stukniętemu). Jeśli widzicie u siebie w parafii panie które zamiast ustawić się w rzędzie do Komunii na siłę pchają się obok by klęknąć, prawdopodobnie należą do związku obrońców Oławianego księdza. Tym czasem w Oławie już od dawna nie ma parafii rzymskokatolickiej. Ksiądz czmychnął na zachód i sieje plotki i oskarżenia pod adresem naszych biskupów, że nie uznają prawd objawionych. Stworzył się nowy Kościół… To właśnie mówił do nas ks. Rot, ten od muzyki – „Jeśli chcecie śpiewać swoje melodie, to załóżcie sobie swój własny Kościół i będziecie mogli śpiewać co chcecie i jak chcecie”. Oczywiście, przepisy ułatwiają także oddawanie czci Bogu.

Chciałbym tylko dodać, że jakkolwiek ta notka nie brzmiałaby nudno, to ksiądz Skrok od liturgiki i ksiądz Rot od muzyki wkładają tyle serca w naukę swoich przedmiotów, że nauka przepisów liturgicznych przychodzi z największą przyjemnością. Widać, że ci ludzie żyją tym, co robią.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy