Posts Tagged With: Książka

Powrót do postu Daniela

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają mój pierwszy wpis dotyczący tzw. postu Daniela. Niektórzy z pewnością trafiają na niego kiedy googlują internet w poszukiwaniu odpowiedzi. To było pięć lat temu, w marcu 2014. Dawno i – wydawać by się mogło – nieprawda. Bo post przeszedłem krótko, potem wróciłem do niezdrowych nawyków żywieniowych i zarówno waga ciała, jak i kłopoty zdrowotne z nią związane, powróciły do poprzedniego stanu. Klasyczny efekt jojo. Poza tym jestem typowym facetem bekonowym, który lubi zjeść wszystko co tłuste, umami i z sosem. Mimo tego ten Wielki Post zaczął się wyjątkowo.

Ponowną fascynację postem Daniela (dziś fachowo nazywa się to „dieta warzywno-owocowa dr Ewy Dąbrowskiej” i – co ciekawe – opatrzone jest znakiem zastrzeżonym) przeżyła moja żona, która wprawdzie sama nie może się w nim zagłębić, bo karmi piersią dziecko czwarte, ale postanowiła przekonać mnie do ponowienia próby, tym razem z naciskiem na przejście wszystkich etapów po kolei i bez naginania zasad. Do dziś bowiem pamiętam, jak wtedy, pięć lat temu, wyglądało moje „wychodzenie” z postu. Skończyłem wyznaczone sobie bodajże dwa tygodnie, kupiłem batonika i kawę, i dostałem takiego kopa że śmiałem się i tańczyłem przez prawie cały dzień. Tymczasem nie na tym polega wychodzenie. W sumie nie na tym polega wychodzenie z jakiejkolwiek diety, ale na poście Daniela, kiedy dostarcza się organizmowi minimum kalorii, a poza tym tylko witaminy i minerały, widać to szczególnie.

Żona przeżyła fascynację i odkryła, że po tych latach kwestie dotyczące postu nieco się zmieniły. Ewa Dąbrowska nadal jest główną osobą dającą wytyczne, ale przedsięwzięcie przejęła jej synowa. Powstały nowe książki, nie oparte już na audycjach z Radia Maryja, lecz profesjonalne poradniki dietetyczne. Kupiliśmy je tuż po środzie popielcowej, ale mój post Daniela zaczął się równo z początkiem Wielkiego Postu. Tym razem postanowiliśmy pójść na całość. Zatem moja dieta oparta na warzywach (niestrączkowych i nie ziemniakach) oraz wybranych owocach (jabłka, grejpfruty, kiwi do smaku i cytryna) zaczęła się w środę popielcową i ma trwać sześć tygodni. Teraz jestem za połową – i jest dobrze. Fascynuje mnie fenomen, że dr Ewa Dąbrowska podkreśliła, że właściwa dieta nie powinna trwać dłużej, niż 6 tygodni. To niemal idealnie tyle, ile trwa Wielki Post. Sześć tygodni mojego postu zakończy się kilka dni przed Wielkanocą. A w Wielkanoc będę mógł nawet zjeść jajko! Z majonezem! Ponieważ jest to jedna z możliwości, które człowiek otrzymuje kiedy zacznie proces wychodzenia z postu Daniela.

Kiedyś nie przypuszczałem, że mogę przetrwać bez jedzenia mięsa nie Wielki Piątek i Popielec, ale także cały Wielki Post. Tymczasem nie jem nie tylko mięsa, ale także chleba, produktów zbożowych i mlecznych, cukrów i ciastek, roślin strączkowych, ziemniaków i większości owoców (które zawierają dużo cukru). I czuję się dobrze – wręcz bardziej wypoczęty i z lepszą kondycją, niż przed postem. Czy mam jakieś problemy? Największy to oczywiście fakt, że nie mam przyjemności z jedzenia. Jak już napisałem jestem fanem umami – mięsa i tłuszczu. Warzywa zjadam bo muszę. Na szczęście nie jestem już dzieckiem, które nie zje brokuła bo jest ble, kropka. Jem warzywa i część potraw, które przygotowuje mi żona jest całkiem smaczna. Mimo tego mam nadal chęć na wieśmaka z frytkami. Albo kawałek ciasta. Mimo tego wyjątkowo nie ulegam pokusom. Postanowiłem i z Bożą pomocą trzymam się postanowienia. Odmawiam konsekwentnie uczniom, którzy co chwila częstują mnie cukierkami albo czipsami. Trochę są zdziwieni, bo zawsze byłem fajnym panem, z którym można było pogadać przy prażynkach – a teraz można tylko pogadać. Ale konsekwentnie tłumaczę, że poszczę i nie robię wyjątków.

Pewnie część z Was zastanawia się nadal o co chodzi z tymi jajkami w majonezie. Jak to możliwe, że tuż po wyjściu ze ścisłego postu można wsuwać majonez i nie mieć efektu jojo? Po pierwsze nie można oczywiście jeść majonezu przez cały czas (tak jak ja, kiedy miałem zaznaczyć „coś, co mógłbym jeść przez cały dzień” wpisałem „majonez kielecki”), lecz w ograniczonych dawkach. Po drugie zaś proces wychodzenia zaczyna się właśnie od dodania do diety jajek i tłuszczu. Dość dużych ilości tłuszczu, ponieważ należy w pierwszej kolejności uzupełnić zasoby energetyczne, które spaliło się w trakcie postu. Co więcej – cukry (w tym pieczywo) wprowadza się bardzo delikatnie dopiero przy końcówce wychodzenia. Dieta warzywno-owocowa ma za zadanie przyzwyczaić nas bowiem do tego, że po poście właściwym sposobem energetyzowania organizmu jest dostarczanie mu tłuszczu. Jak bowiem wiemy dwa składniki odżywcze dostarczają energii organizmowi. Są to tłuszcze i cukry. Cukry są potrzebne głównie przy potrzebie nagłego zastrzyku energii, który nie potrwa długo (patrz – moja przygoda z kawą i batonem). Tłuszcze zaś spalają się długo i są bardziej wydajne, dostarczając energii równomiernie, choć bez nagłych eksplozji energetycznych. Cały post polega tak naprawdę na spalaniu tego tłuszczu (i innych, bardziej groźnych dla zdrowia elementów), które przed postem się w nas odłożyły. Później te tłuszcze należy dostarczać, ale pamiętając o kontrolowaniu się. Nazywa się to dietą ketogeniczną – kiedy to organizmowi dostarcza się duże ilości tłuszczu, a małe węglowodanów i utrzymuje się organizm w żywieniu tłuszczami właśnie. Ostatecznie oczywiście należy przejść na zdrowe żywienie – po procesie wychodzenia bilansuje się dietę (szczególnie polecam tutaj portal vitalia.pl, który pomaga nie tylko schudnąć, ale też utrzymać się przy zdrowym trybie życia).

Czy to znaczy, że już nigdy nie zjem hamburgera w Maku? Nie sądzę. To znaczy, że jeśli będę wystarczająco zdeterminowany, nauczę się to kontrolować. Z Bożą pomocą nauczę się jeść racjonalnie i wypad do McDonalda po drodze na wakacje albo smażona ryba w Broku raz w miesiącu nie spowodują u mnie efektu jojo. Będzie dobrze dopóki będę umiał się kontrolować. Ale jeśli przetrwam bez większych problemów (psychicznych) niemal cały Wielki Post na warzywach, a potem także proces wychodzenia, to wierzę, że uda mi się utrzymać proces zdrowego żywienia w przyszłości. A może nawet wyrobię sobie kondycję fizyczną i stanę się wreszcie szczupłym, wysportowanym i przystojnym mężczyzną? Proszę Was o wsparcie modlitewne. Dziękuję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa, pobrane ze strony https://pixabay.com/pl/photos/warzyw-warzywo-kosz-%C5%BCniwa-ogr%C3%B3d-752153/
2. Nowe pozycje książkowe dotyczące diety warzywno-owocowej, pobrane ze strony https://bonito.pl/k-1786441-pakiet-dieta-warzywno-owocowa-dr-ewy-dabrowskiej?gclid=Cj0KCQjwyoHlBRCNARIsAFjKJ6DvhpS2-NksODzg1G0hMOUnE5Nj9mJyn4hX6In4jiW0_lvt7C_n4qIaAi9ZEALw_wcB

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dziesięć książek

Bardzo popularny i chętnie przekazywany na Facebooku łańcuszek dotarł i do mnie. Kiedyś mówiło się „nie przesyłam łańcuszków”, dziś nagle wszyscy się nimi dzielą, wyliczają książki, dziękują Bogu za to, co dobrego im uczynił, piszą co zrobili dobrego danego dnia albo oblewają się wiadrem zimnej wody. W porządku, Magdalena Baranowska poprosiła mnie o wypisanie dziesięciu wyjątkowych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie, więc podzielę się nimi z Wami na blogu.

Mogłoby się wydawać oczywistym, że pojawią się tu w pierwszej kolejności książki takie jak Pismo Święte, Katechizm Kościoła Katolickiego, czy Kodeks Prawa Kanonicznego. Są to oczywiście książki, które w codzienności wciąż na mnie wywierają wpływ, które sobie szczególnie cenię, które towarzyszą mi w tworzeniu bloga i w pracy katechetycznej. Nie będę jednak tutaj dziś wchodził w oczywistości, które mają znaczenie. Zajmę się raczej książkami, które w bardzo konkretny sposób wpłynęły na moje ideały, moje podejście do życia, a także na moje osobiste podejście do pisania i nadzieje na to, że pewnego dnia pewnie – miejmy taką nadzieję – coś wydam. Kolejność książek w większości „jak popadło”, a na blogu piszę bo wyjaśnienie ma znaczenie.

ono-b,pd,93351. Ono Doroty Terakowskiej. Pisałem o tej książce już w notce, w której dziękowałem mojej Żonie za zaistnienie w moim życiu i za najpiękniejsze chwile z nią spędzone. Sama treść książki pięknie przekazuje istotę aborcji, ale także decyzji podejmowanych w niełatwych warunkach przez zgwałconą dziewczynę, która zastanawia się czy urodzić poczęte w gwałcie dziecko. Powieść ta jednak nie wpłynęła na moje życie przede wszystkim za pomocą treści, lecz poprzez warunki w jakich przyszło mi ją czytać, oraz poprzez dopiski czynione ołówkiem na jej kartach. „Ono” było książką pożyczoną mi przez koleżankę ze studiów. Ona pożyczyła mi ją, bo bardzo chciała mi ją pożyczyć, ja pożyczyłem ją od niej, bo chciałem ją od niej pożyczyć, a tak naprawdę zwyczajnie było to pretekstem do rozmowy. Czytając tę książkę trafiałem na dopiski, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że ta dziewczyna, której w ogóle nie znam, jest właśnie moją przyszłą żoną i kobietą mojego życia. Czytając o jej – zaznaczonym w tekście – „mniej-więcej największym marzeniu” postanowiłem ją pokochać, choć dotychczas zamieniliśmy być może dwa słowa. Zdecydowałem się też zakupić jej kalejdoskop po tym, jak przeczytałem, że „chciałaby mieć kalejdoskop”. Ten kalejdoskop – symbolicznie – towarzyszył nam potem przez długi czas, gdy zdecydowaliśmy się odwrócić nasze życia do góry nogami, wyprowadzając się z Łodzi do Warszawy (ja dość niespodziewanie), zaręczając się, kłócąc z połową znajomych i rodziny, a po roku biorąc ślub. Po dwóch rodząc dziecko. I to wszystko przez „jedną głupią książkę” – jak napisała mi moja wtedy jeszcze nie Żona w jednym z pierwszych SMSów, który gdzieś zapisałem, żeby nie zapomnieć i zapomniałem…

ludzie-bezdomni-C,pd,1238732. Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego. Może to tylko szkolna lektura, ale okazuje się, że i lektury szkolne przeczytane w niewymuszony sposób mogą wpływać pozytywnie na życie człowieka. Podczas czytania tejże powieści zrodził się we mnie, albo tylko skrystalizował, mój ideał człowieka. Judym – lekarz, który dla dobra ogólnopojętej ludzkości, zwłaszcza zaś dla biedoty mieszkającej w czworakach, decyduje się zrezygnować z miłości swojego życia – przez wiele lat był mną, a ja byłem nim. Czytając tę książkę byłem jeszcze w związku z moją licealną narzeczoną i przeraziłem się, gdy okazało się, że Judym na koniec zrywa z Joasią, wiedząc że będzie go ona hamować w jego działaniach i zamiast pomagać potrzebującym, skupi się on na zarabianiu pieniędzy dla utrzymania rodziny. Wówczas sam żyłem ogromną miłością swojego życia i wierzyłem, że wraz ze swoją przyszłą żoną będziemy mogli wspólnie wypełniać nasze ideały, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Potem, kiedy okazało się że z danych obietnic można się wycofać, bo kogoś przygniatają ideały innej osoby, stwierdziłem, że Judym miał jednak rację. Dlatego wstąpiłem do seminarium. A że tam mi się nie powiodło, postanowiłem jednak ponownie poszukać szczęścia w miłości. Które ostatecznie znalazłem, ale poświęcenie Judyma do dziś pozostało dla mnie ogromnym ideałem. I przyznać muszę, że rzeczywiście życie w małżeństwie, a także posiadanie dzieci w znaczący sposób ogranicza możliwości „ratowania świata” tak, jak czynił to nasz bohater. Można jednak mieć ideały związane z życiem rodzinnym, a i żonę jednak taką, która ten świat ratować pomoże.

nad-niemnem-twarda,pd,108753. Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Kolejna lektura szkolna, do tego czytana w wakacje przed maturą w celu nadrobienia czytelniczych zaległości, która wbiła mi się w pamięć i zmieniła myślenie. I choć wielu narzeka na długie opisy przyrody ciągnące się stronami i przez całą książkę, mnie zajęły raczej charaktery postaci. Co nie znaczy oczywiście, że nie zwróciłem uwagi na opisy. One tam były, ale moim zdaniem nie przeszkadzały. Ba, wręcz zachwycały, we mnie osobiście wywołując raczej zauroczenie niż niechęć. Tak jak jednak wspomniałem, najistotniejsze są dla mnie postaci, a w przypadku „Nad Niemnem” jedna szczególnie mnie urzekła. Tą postacią była pani Andrzejowa Korczyńska, żona mężczyzny zmarłego w czasie powstania. Była to kobieta pogrążona w nieustającej żałobie, choć nie płakała bez przerwy i nie uprzykrzała tym samym życia innym. Ona zwyczajnie kochała swojego męża nie tylko do grobowej deski, ale i poza nią. Nawet kiedy miała okazję związać się z kimś innym, ostatecznie odrzuciła ją, by dochować wierności mężowi. Prawdą jest, że miała kłopot z synem. Że nie udało jej się go dobrze wychować. Ale tu nie pod kątem wychowania oceniam postać, lecz właśnie pod kątem miłości do współmałżonka. I tę książkę czytałem będąc jeszcze w pierwszym poważnym związku, zatem ona ustawiła mi jakiś ideał małżeństwa nie tyle do śmierci, ile poza nią.

adieu-przypadki-ksiedza-grosera-c,pd,2636814. Przypadki księdza Grosera Jana Grzegorczyka, a więc trzy tomy: „Adieu”, „Trufle” i „Cudze Pole” („Jezusa z Judenfeldu” do tej pory nie przeczytałem). Grosera poznałem jako początkujący kleryk, a może chwilę wcześniej, ale już z pewnością po moim pierwszym poważnym związku i w trakcie planowania bycia księdzem. Postacią Grosera Grzegorczyk trafił w sedno, jeśli chodzi o typ księdza, którym chciałem być. Tym samym zaczytywałem się w „Adieu”, a potem w „Truflach”, lekko – ale tylko lekko – zawodząc się „Cudzym Polem”. Podobało mi się, jak Groser wychodził do ludzi, jak dostawał od nich lanie, jak nadstawiał oba policzki ale też jak potrafił ostro i dobitnie postawić różne sprawy. Zakochałem się w scenie, w której – podczas zastępstwa na lekcji religii – jeden uczeń dla popisu zakłada sobie prezerwatywy na uszy. „Pięknie” – komentuje żarcik Groser – „Ale mama nie nauczyła cię, gdzie się to zakłada?” Pod wpływem lektury Grosera znalazłem nawet mail do Jana Grzegorczyka, autora, i przez jakiś czas ze sobą korespondowaliśmy. To też swego rodzaju przygoda mojego życia.

opowiesci-z-narnii-7owy,pd,153355. Opowieści z Narnii C.S.Lewisa. Najpierw obejrzałem pierwszy film w kinie, a potem pobiegłem do Empiku i za jedną z pierwszych skromnych Magdonaldowych pensji kupiłem cały siedmiopak. Przeczytałem szybko, choć niektóre części wydały mi się mniej ciekawe, niż pozostałe (na samym końcu stawiam czwartą – „Srebrne krzesło”). Jak już wspomniałem, książki, które wymieniam, miały nie tylko wpływ bezpośrednio na mnie i moje życie, ale i na moją, wciąż kiełkującą, twórczość. Otóż pierwszą swoją powieść zacząłem pisać jako piętnastolatek. Stworzyłem świat, postacie itp. Wydawało mi się, że jestem oryginalny. Ale potem, gdy miałem 20 lat i kupiłem sobie „Opowieści…”, odczułem szok i niedowierzanie. Okazało się bowiem, że moja niedokończona powieść była w ogromnej mierze oparta na arcydziele C.S.Lewisa. Zastanawiałem się dlaczego, jednocześnie przypominając sobie starą prawdę ludową, która głosi, że „Jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że nie pamiętasz, gdzie o tym przeczytałeś”. W moim przypadku chodziło jednak raczej o obejrzenie, a nie o przeczytanie. Jako dziecko z pewnością oglądałem filmy o Narnii powstałe o wiele wcześniej, niż najnowsze hity kinowe. Pamiętam nawet kilka scen. I to one ukształtowały moją wyobraźnię tak, że mogłem stworzyć swój własny świat. Co jednak urzekło mnie w „Opowieściach…” już po lekturze? Coś, co także planowałem zawrzeć w swojej książce – obecność Jedynego po tej i po tamtej stronie. Na naszej Ziemi i po drugiej stronie szafy. I to właśnie to sprawiło, że utworzyłem swoją teorię odnośnie światów alternatywnych: „Jeśli istnieje jakikolwiek inny niż nasz świat, nawet jeśli tylko w twojej wyobraźni, to i tak stworzył go ten sam Bóg”.

opowiesci-o-johnnym-maxwellu,pd,1763746. Opowieści o Johnnym Maxwellu Terry’ego Pratchetta – a zwłaszcza ostatnia część, czyli „Johnny i bomba”. Może zadziwiać fakt, że nie stawiam tu nic ze Świata Dysku Pratchetta, choć czytałem część pozycji i bardzo mi się podobały. A jednak bardziej zaintrygowała mnie ta młodzieżówka. Zachwyciło mnie w niej to, że każda kolejna część okazywała się ciekawsza i lepiej napisana. A najlepsza była trzecia, ponieważ traktowała o podróżach w czasie. Sam, jako fan i początkujący autor fantasy, z dużą radością przyjmuję wszystkie wątki o podróżach czasowych, zwłaszcza tych, które „mają wpływ” na rzeczywistość w innym czasie. Przy tym dotychczas byłem zwolennikiem teorii, że „co się stało, to się nie odstanie”. Jeśli zatem nawet moglibyśmy się cofnąć w czasie i wpłynąć na coś w przeszłości, to nasze aktualne życie już jest uzależnione od tego, co się wtedy wydarzyło. Można mieć wpływ, ale nic nie można zmienić. To drażniło mnie w jednej z ulubionych komedii – „Powrocie do przyszłości”. Drażniło mnie do czasu, gdy nie przeczytałem Johnny’ego. Tam paradoks zmian został wytłumaczony w nowy dla mnie, innowacyjny sposób: jako tworzenie nowych wszechświatów w zależności od tego, jakie decyzje podejmiemy. Pratchett tłumaczył to zjawisko jako dwie nogawki u spodni. Czas jest wspólny do momentu, w którym nie podejmiemy tej czy innej decyzji. Tu rozszczepia się na dwie strony, tak jak nogawki w spodniach. Johnny i przyjaciele mieli to szczęście, że dane im było przemieszczać się między tymi dwiema nogawkami, a wreszcie odkryli jak stworzyć kolejną, najlepszą ze wszystkich… I ta właśnie książka otworzyła moje oczy na możliwość innego spojrzenia na podróże w czasie.

harry-potter-i-wiezien-azkabanu-f,pd,3496747. Harry Potter J.K.Rowling. Książka dla dzieci, może dla młodzieży – zgoda. Może i dla niektórych ma to coś wspólnego z siłami zła, diabłem itp. Bo magia, czary, bo charakter postaci niedookreślony, bo główny bohater nie jest krystalicznie czysty. Nawet tworzy się anty-potterowe książki (Anhar i Alhar), a o Harry’ego Pottera pyta się na tzw. spowiedziach furtkowych. Dla mnie jednak to książka nie tylko o magii, ale też o prawdziwej przyjaźni i o matczynej miłości. Ale jeśli miałbym powiedzieć, że dlatego umieszczam ją na liście „top ten”, mijałbym się z prawdą. W Harrym ponownie uwiodły mnie charaktery postaci. Cudownie zarysowani, niejednoznaczni bohaterowie, żaden z nich nie jest krystaliczny, żaden nie jest bezproblemowy. Ale najbardziej zakochałem się w wyważeniu charakterów niektórych Hogwardzkich nauczycieli, zwłaszcza tej dwójki, u której zawsze panuje posłuch na lekcji: Severusa Snape’a i Minerwy McGonagall. Oboje mają swoje sposoby na bycie nauczycielami, którzy potrafią wiedzę przekazać, jednocześnie mając czas lekcji dla siebie, ponieważ niewielu uczniom przychodzi do głowy, by im przeszkadzać. Łatwiej jest być z pewnością Snapem, który wykorzystuje swój czarny charakter do straszenia i szantażowania uczniów, choć w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. Dużo trudniej jest osiągnąć poziom pani McGonagall, która swą powagą i nieprzejednaną miną zdobywa zainteresowanie uczniów, ale jednocześnie jest dobroduszna i bardzo troskliwa. J.K.Rowling potrafiła bezbłędnie przedstawić złożony charakter obu tych postaci. Ostatnio kolega zaproponował mi jednak, że może powinienem spróbować być Hagridem. Muszę rozważyć tę propozycję.

metro-2033,pd,2117888. Metro 2033 Dmitrija Gluchowskiego. I tym razem nie chodzi tylko o podstawową powieść, początek całej serii, ale właśnie o serię – o uniwersum. Owszem, „podstawka” jest całkiem niezła, dobrze się ją czyta, a pozostałych książek (oprócz „Pitera”) dotychczas nie przeczytałem. Na wyobraźnię działa mi jednak wizja autorów z całego świata (już nie tylko Rosjanie, ale i Brytyjczycy, Włosi, Ukraińcy, a ostatnio Polacy) piszących powieści mieszczące się w ramach spójnego, wyimaginowanego świata. Gluchowski przyjął rolę koordynatora całości, jako inicjator, a świat i tak żyje własnym życiem, prowadzony przez pisarzy. Zafascynował mnie rozmach z jakim to wszystko się dzieje. Sam bowiem tworzę świat fantasy, który ma rozkwitać podlewany nie tylko przeze mnie, ale i przez czytelników, którzy stają się współautorami. Pragnę, by powieści oparte na wymyślonym przeze mnie świecie rozchodziły się w świat, pisane nie tylko przeze mnie. Metro 2033 i całe jego uniwersum pomaga mi wierzyć, że spełnienie tego marzenia jest możliwe.

wilk-k,pd,3634029. Wilk Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepsza książka, której nigdy nie przeczytałem. Choć tak naprawdę nie wiem, czy najlepsza. Wygląda to na coś w rodzaju „Zmierzchu”, choć pisane przez Polkę dzieje się w Ameryce, bohaterka ma amerykańskie nazwisko, a cała rzecz opowiada – chyba – o wilkołakach. No toczka w toczkę „Zmierzch”. Szkoda, że książka o Belli Swan została wydana w 2007 roku, a „Wilk” w 2006. Choć „Zmierzch” w oryginale można było przeczytać już w 2005. Ale podobno Katarzyna Berenika Miszczuk napisała swoją powieść jak miała 15 lat, trzy lata wcześniej, niż została wydana. I tak możemy się kłócić, co było pierwsze: jajko czy kura. Ale nie będziemy, bo musimy zrozumieć, dlaczego wybrałem akurat książkę, której nie znam. Ponieważ pewnego dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy o moich pisarskich ambicjach. I ona opowiedziała mi o swojej koleżance z liceum, która w wieku 15 lat napisała powieść, a potem z pomocą nauczycielki języka polskiego ją wydała. Tą koleżanką była oczywiście Katarzyna Berenika Miszczuk. I odkąd usłyszałem o jej sukcesie, nagle zaistniała w moim życiu. Kiedy wszedłem do księgarnio-kiosku, na stojaku zobaczyłem książkę p. Miszczuk. Kolejną ujrzałem, wcale nie schowaną, w Matrasie. Aż wreszcie pewnego dnia, wchodząc do Empiku, wpadłem na nową pozycję Bereniki wystawioną przy głównym wejściu! Polubiłem zatem profil facebookowy autorki i zacząłem śledzić jej perypetie. A to związane jest moim marzeniem wydania książki, a może i całego wszechświata, Katarzyna Berenika Miszczuk jest zaś dla mnie żywym dowodem na to, że to wcale nie musi być takie trudne.

schold10. Schold Mateusza Gajka. To może się wydać dziwne, ale to ja jestem Mateusz Gajek. Schold zaś to moja książka. Oczywiście, ta sama, którą zacząłem pisać mając 15 lat. Potem zacząłem od nowa. Za rok skończę 30 lat i minie 15 lat odkąd piszę książkę. Tak, zgadza się. Jest to książka, która nie istnieje. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie zaistnieje. Co więcej – to nie znaczy, że nie może ona należeć do dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. To jest książka, która jest moją powstającą wciąż nadzieją na to, że mam szansę pewnego dnia ją skończyć, a potem być może również wydać, jak Berenika swojego Wilka. To historia o chłopcu, który wraz z przyjaciółmi i rodzeństwem przechodzi do innego świata, jak dzieci w Opowieściach z Narnii. Tam również przenosi się w czasie, jak Johnny Maxwell. I przeżywa liczne przygody, z pewnością ocierające się o Harry’ego Pottera. Czy o niewymienionego tu, a tak ważnego Władcę Pierścieni. To moja powieść, którą – mam nadzieję – kiedyś dane Wam będzie przeczytać. A póki co zapraszam na mój portal „Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy”, na którym powstaje fantastyczne uniwersum, jak w Metrze 2033. „Schold” zaś ma być częścią tego uniwersum. Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak mam nadzieję, że się skończy.

Dziękuję jeszcze raz za nominację. Do wymienienia (i być może opisania) 10 książek, które wpłynęły na Wasze życie zapraszam wszelkich blogerów, czytelników (w komentarzach można wymieniać), a zwłaszcza Cytrynnę i Lolinkę. Wiem, że Lolinka była już nominowana, ale póki co się odwołała. Nie pamiętam, czy Cytrynna wymieniała. Jeśli nie, to chętnie przeczytam.

____________________________________

Ilustracje 1-9 przedstawiające okładki poszczególnych opisanych książek zostały pobrane ze strony księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl

Ilustracja numer 10, autorstwa Michała Śmiałka jest rysunkiem stworzonym dla potrzeb książki „Schold” jeszcze w czasach licealnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że ta właśnie ilustracja będzie zdobić okładkę powieści, kiedy ją skończę i spróbuję wydać.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Post Daniela

Trwa ten szczególny okres w roku liturgicznym, jakim jest Wielki Post. Jest to okres przygotowania do misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, który obchodzimy na pamiątkę czterdziestodniowego pobytu Jezusa na pustyni, gdzie sam pościł i znosił cierpliwie kuszenie szatana. Innym przełożeniem 40 dni może być 40 lat błądzenia Izraela przed dotarciem do Ziemi Obiecanej, albo 40 dni i 40 nocy dryfowania arki Noego po wodach potopu. Wszystkie te sytuacje związane były z odosobnieniem, odseparowaniem nieskończonymi połaciami terenu – piasku lub wody – i ogromem zaufania Bogu.

W ramach przeżywania Wielkiego Postu chciałbym zaproponować sposób na oczyszczenie organizmu, ale też zrzucenie zbędnych kilogramów, które odłożyły się u wielu w trakcie zimy (albo, jak w moim przypadku, przez lata zaniedbań). Tym sposobem jest tzw. post Daniela, inaczej zwany dietą Ewy Dąbrowskiej (od nazwiska osoby, która tę dietę opracowała), ew. pół-głodówką. Polecam tę dietę tutaj, na blogu, ponieważ nie stanowi ona wyłącznie dobrego sposobu na schudnięcie, ale również oczyszcza organizm, a co za tym idzie, również ludzkiego ducha. Zastanówmy się na czym polega taka dieta, zanim wykażę dlaczego wpływa ona pozytywnie na ciało i ducha.

Nazwa „Post Daniela” wzięła się od biblijnego proroka Daniela. W księdze poświęconej temu prorokowi możemy przeczytać historię o tym jak on i trzej jego przyjaciele odmówili jedzenia królewskiego pożywienia, by się nimi nie kalać:

„Daniel powziął postanowienie, by się nie kalać potrawami królewskimi ani winem, które [król] pijał. Poprosił więc nadzorcę służby dworskiej, by nie musiał się kalać. Bóg zaś obdarzył Daniela przychylnością i miłosierdziem nadzorcy służby dworskiej. Nadzorca służby dworskiej powiedział do Daniela: «Obawiam się, by mój pan, król, który przydzielił wam pożywienie i napoje, nie ujrzał, że wasze twarze są chudsze niż [twarze] młodzieńców w waszym wieku i byście nie narazili mojej głowy na niebezpieczeństwo u króla». Daniel zaś powiedział do strażnika, którego ustanowił nadzorca służby dworskiej nad Danielem, Chananiaszem, Miszaelem i Azariaszem: «Poddaj sługi twoje dziesięciodniowej próbie: niech nam dają jarzyny do jedzenia i wodę do picia. Wtedy zobaczysz, jak my wyglądamy, a jak wyglądają młodzieńcy jedzący potrawy królewskie i postąpisz ze swoimi sługami według tego, co widziałeś». Przystał na to żądanie i poddał ich dziesięciodniowej próbie. A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie. Strażnik zabierał więc ich potrawy i wino do picia, a podawał im jarzyny” (Dn 1,8-16).

warzywa_1_1Z powyższego fragmentu można wywnioskować, że Daniel wraz z przyjaciółmi odmówili spożywania mięsa i innych pokarmów królewskich, zamiast tego decydując się na warzywa i wodę, ale ich ufność w Panu była tak wielka, że zamiast wychudnąć czy nawet umrzeć z głodu, po dziesięciu dniach byli zdrowsi i lepiej wyglądali niż ci, którzy żywili się mięsem z królewskiego stołu. Całe to opowiadanie przywodzi na myśl wielkość i wszechmoc Boga, bo przecież w normalnych warunkach, żywiąc się wyłącznie warzywami przez dziesięć dni, można zejść z tego świata. Prawdą jest jednak oczywiście, że Bóg jest wielki, ale prawdą jest też, że w tym przypadku raczej zadziałały zwyczajne procesy biologiczne, które okazały się łatwe do wyjaśnienia, a które m.in. dr Ewa Dąbrowska postanowiła opisać. Pisząc swoje artykuły czy mówiąc audycje w Radiu Maryja, pani doktor podkreślała, że problemem dzisiejszego społeczeństwa jest strach przed głodem. Ludziom wydaje się, że skoro mają swobodny dostęp do jedzenia, powinni się objadać, jeść na zapas czy zwyczajnie jeść co popadnie. Kiedy dowiadują się, że ktoś żyje dobrze jedząc tylko warzywa, myślą że to cudowny człowiek – jedzenie bowiem warzyw, a przy tym niejedzenie mięsa kojarzy się z głodzeniem się. Co więcej, odrzuca się tu nie tylko mięso, ale też wszelkie produkty zbożowe, cukry, skrobię itp. Jeśli powiedzieć o tym zwykłemu zjadaczowi chleba (nomen omen), zdziwi się mocno, że w ogóle można tak przeżyć dłużej niż w Wielki Piątek i Środę Popielcową.

Strach zatem przed uczuciem głodu sprawia, że nie potrafimy wyobrazić sobie życia na samych warzywach, choćby przez kilka dni. Tymczasem okazuje się, że jest to możliwe. Czy jedzenie samych warzyw jest pożywne? Nie. Tak naprawdę robiąc to nie dostarczamy do organizmu nic poza wodą, witaminami i solami mineralnymi. Oczywiście w warzywach występuje też białko, tłuszcz czy cukry, ale w porównaniu do mięsa, masła, słodyczy – w znikomym stopniu. Wyklucza się dlatego z diety warzywa wysokobiałkowe, jak fasola i inne rośliny strączkowe. Jak więc można przeżyć nie dostarczając organizmowi niemal żadnych składników odżywczych? Można, pod warunkiem, że nie jest się skrajnie wychudzonym.

Dieta warzywno-owocowa opiera się bowiem na żywieniu wewnętrznym. Organizm, któremu dostarcza się wyłącznie minerałów i witamin, oraz błonnika, po kilku dniach biologicznie zauważa, że nie może przeżyć, jeśli nie zacznie spożywać. Ponieważ jednak nie dostaje składników odżywczych zaczyna spalać to, co już w sobie posiada. Czy oznacza to, że stracimy mózg i zaczniemy głupieć? Albo mięśnie nóg i przestaniemy chodzić? W żadnej mierze! Dopóki nie jesteśmy skrajnie wychudzeni, organizm spala to, co jest dla niego zbędne, niekonieczne do przeżycia. Spożywanie wewnętrzne zaczyna się więc od tłuszczu, który odkładamy sobie na czarną godzinę, przez co jesteśmy grubi (nie wszyscy oczywiście, ale ja na przykład jestem). Przy okazji spalają się wszystkie złogi, uszkodzone komórki, organizm zużywa stare, martwe komórki ciała odłożone gdzieś w organizmie. Pozbywa się cholesterolu z krwi, kwasów ze stawów, wszelkich fizycznych rzeczy mogących powodować schorzenia. Ze względu na to już kilka dni po rozpoczęciu diety warzywnej, zamiast zmarnieć i rozchorować się, człowiek nabiera energii, odczuwa większą chęć do życia. Jeśli miał trądzik, trądzik zaczyna się cofać. Jeśli miał łupież, łupież znika. Przechodzą bóle mięśni, mijają bóle głowy, wszelkie symptomy chorobowe, a nawet naturalna skłonność do chorowania jest redukowana.

Nie jest zbyt kolorowo przez pierwsze dni. Towarzyszy człowiekowi uczucie głodu, ale także pojawiają się nieznośne bóle głowy, nadmierna potliwość itp. Jest to spowodowane tym, że organizm walczy z „dostawcą” pożywienia, usiłując namówić go na dostarczenie składników odżywczych. Myślę, że ten fakt dotyczy wszystkich sytuacji w których organizm jest przyzwyczajony do czegoś (nie chcę tu używać słowa „uzależniony”) i przestaje to coś otrzymywać. Tak jest przy odstawianiu każdej używki: alkoholu, papierosów czy kawy (a w diecie warzywno-owocowej zaleca się odstawienie każdego z powyższych), tak też musi być, kiedy przestaje się jeść. Już po dwóch-trzech dniach jednak nasze ciało zaczyna rozumieć, że z obiadu nici i przestawia się na żywienie wewnętrzne. Znikają bóle, a człowiek zaczyna wracać do zdrowia. Znika także poczucie głodu, przyzwyczajamy się do tego, że żywimy się tylko tym, co mamy w sobie.

Co można jeść w czasie postu Daniela? Przede wszystkim wiele warzyw, bez dodatku śmietany, serów itp., jedynie z niektórymi przyprawami (np. sól wolno). Odrzucamy jednak warzywa wysokokaloryczne czy wysokobiałkowe. Odpadają ziemniaki, bób, fasola i inne strączkowe. Pozostają wszelkie brokuły, marchewki, kalafiory, rzodkiewki, pomidory, pietruszki itp. Wybór jest wielki. Ja na przykład lubię sobie nadziać paprykę cukinią, cebulą, pomidorkiem i wrzucić do piekarnika. Oczywiście nie smażymy, jedynie gotujemy, najlepiej na parze, albo pieczemy w piekarniku. Możemy jeść też trzy owoce: jabłka, grejpfruty i cytryny. Postać każda: zarówno na surowo, jak i w postaci zup czy soków. Pijemy zarówno dużo wody, jak i – jak już wspomniałem – soki, a także słabą herbatę. Kawa, alkohol, wszystkie napoje słodzone (także słodzikiem, który truje organizm) odpadają.

cialo-i-ducha-ratowac-zywieniem-9788370191375Na początku sam do owej diety podchodziłem sceptycznie. Kolegę, który mówił o oczyszczeniu i o zwiększeniu energii raczej ironicznie skrytykowałem. Ale później postanowiłem spróbować i – mimo początkowego zwątpienia – nie pożałowałem. Obecnie trwam na niej po raz trzeci, chcę spróbować wytrwać jak najdłużej w czasie Wielkiego Postu (zalecany czas to od dwóch do sześciu tygodni, gdyż niektóre procesy chorobowe cofają się dopiero pod koniec tego okresu). Jedyne co mi przeszkadza w tym, co pisze czy mówi p. doktor Ewa Dąbrowska, to przesada w próbie uargumentowania postu Daniela w sposób teologiczny. Rozumiem doskonale podciągnięcie pod tę dietę samej Księgi Daniela, gdzie rzeczywiście wykazane jest ewidentne zbawienne działanie podobnego sposobu żywienia. Problem sprawiają mi fragmenty wywodu mówiące o początkach człowieka (Adam i Ewa) i ich życiu w Raju. Ewa Dąbrowska twierdzi, że człowiek od początku stworzony został do jedzenia wyłącznie roślin, bo jak głosi Księga Rodzaju: „I rzekł Bóg: Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem” (Rdz 1,29). Zatem dopiero grzech spowodował, że człowiek zaczął spożywać mięso. Nie zagłębiając się w to, czy opowieść o Raju była prawdziwa, czy to tylko mit mający zobrazować działanie Boga w świecie, należy podkreślić, że jedzenie mięsa nie jest niczym grzesznym, złym, a także niezdrowym. Sama pani doktor podkreśla, że skończywszy dietę warzywno-owocową należy przejść na zdrowe żywienie, w skład którego wchodzą ryby i drób, a więc mięso. Post Daniela ma za zadanie oczyścić ludzki organizm, ale nie jest docelowym sposobem żywienia – choć oczywiście zagorzali weganie wprowadzą do diety ziemniaki, zboże i soję i już zachowają „rajskie” zalecenia przy jednoczesnym mniej-więcej zdrowym odżywianiu. Mnie zwyczajnie nie pasuje podciąganie historii o stworzeniu świata pod własną ideologię, żeby usprawiedliwić czy znobilitować dietę, którą się promuje.

Mimo mankamentów polecam jeszcze raz dietę, zwłaszcza osobom mającym kłopoty ze zdrowiem, a przede wszystkim z nadwagą, nadciśnieniem i cholesterolem. Zapraszam na oficjalną stronę doktor Ewy Dąbrowskiej w celu zapoznania się ze szczegółami. Polecam też jej książkę „Ciało i ducha ratować żywieniem” jako lekturę na Wielki Post.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa i owoce, pobrane ze strony http://mojafirma.infor.pl/nieruchomosci/ogrod/warzywa/306200,Owoce-i-warzywa-w-czerwcu.html
2. Ewa Dąbrowska, „Ciało i ducha ratować żywieniem” i „Przywracać zdrowie żywieniem”, pobrane ze strony http://www.nokaut.pl/ksiazki/cialo-i-ducha-ratowac-zywieniem-9788370191375.html#pid=119468&cid=6

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Wszystko o seksie bez antykoncepcji

Po wpisie o śmierci, zaufaniu Bogu, Wszystkich Świętych i tym o papieżu, który wynosi mój blog na wyżyny popularności (czy zdołam ją udźwignąć?), pora na małą autopromocję. Czyli znów na wynoszenie się na wyżyny popularności, którą zamierzam jakoś udźwignąć.

SeksbezaA tak na serio to pragnę tylko książkę promować, i to nie moją, tylko znajomej pani dziennikarki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk. Książka nosi długi, acz chwytliwy tytuł „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”. I powstała przy małym współudziale moim i mojej Małżonki. Książka bowiem, wydana przez wydawnictwo Fronda, którego Marta jest pracownikiem, zawiera serię wywiadów Marty Brzezińskiej-Waleszczyk z parami małżeńskimi, które w swoim życiu nie stosują antykoncepcji. Decydują się zatem na życie w zgodzie z Bożym planem dotyczącym siebie i swojej rodziny, w zgodzie z prawem naturalnym (które naprawdę istnieje – to nie Kościół zaprogramował cykle w organizmie kobiety) i prawym sumieniem – a więc bez używania antykoncepcji, z całkowitym otwarciem na współmałżonka i z otwarciem na życie.

Książka zawiera szesnaście wywiadów z czternastoma parami małżeńskimi lub pojedynczymi ich przedstawicielami (dwie pary małżeńskie udzieliły wywiadów niezależnie od współmałżonka), z najróżniejszym stażem małżeńskim – kilku, kilkunastu i dwudziestokilkuletnim – i z różną liczbą potomków, ale spośród których wszystkie przestrzegają od początku zasady: brak antykoncepcji w naszym życiu. Oczywiście nie oznacza to, że każde z tych małżeństw mnoży się na potęgę. Wręcz przeciwnie – logicznie, mądrze planują rozwój swojej rodziny, ilościowy i jakościowy, korzystając z tego, czym Pan Bóg na drodze natury człowieka obdarzył – z obserwacji naturalnych objawów organizmu kobiety. Wiemy bowiem, że jeśli nawet istnieją takie gatunki w przyrodzie, które rozmnażają się automatycznie w wyniku jakiejkolwiek kopulacji (a o zwierzętach można tak powiedzieć), to o człowieku tego powiedzieć nie można. Kobieta jest płodna tylko przez kilka dni w cyklu (rozpoczynającym się i kończącym miesiączką) i współżycie tylko w okresie tych kilku dni może doprowadzić do poczęcia potomka. Pozostałe dni to tzw. dni niepłodne, w które można współżyć nie spodziewając się poczęcia.

MałżeMałżeństwa, które wzięły udział w stworzeniu książki nie mają jednak nastawienia antykoncepcyjnego. Wprawdzie wiele osób zauważa, że MRP (metody rozpoznawania płodności) można też stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, czyli robić tak, żeby w żadnym wypadku nie mogło dojść do poczęcia. Małżeństwa z tej książeczki jednak nie blokują działalności Pana Boga w ich życiu – każde dziecko, które poczęłoby się, również w wyniku błędu pomiarowego, zaniedbania czy cudu, przyjęliby z otwartością i miłością. To odróżnia je od osób, które wprawdzie po katolicku podchodzą do małżeńskiego współżycia bez antykoncepcji, ale jednocześnie robią wszystko, by ze strachu przed dzieckiem czy innymi konsekwencjami do poczęcia nie dopuścić.

Ale cóż będę pisał więcej? Jaki jest sens rozpisywania się, kiedy dziś tak naprawdę przyszedłem tylko polecić książkę? Jeśli szukamy odpowiedzi na temat metod planowania, sposobu radzenia sobie w małżeństwie z czasami wstrzemięźliwości, informacji o różnicach między NPRem a antykoncepcją, warto odpowiedzi poszukać w książce wydanej przez Frondę, autorstwa Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, pt. „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”.

Zapraszam do zakupu w „Księgarni Ludzi Myślących”. Fejsbukowiczów zapraszam też na profil na Facebooku: Seksbeza ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Stosik

Pod wrażeniem pewnego blogu recenzującego książki postanowiłem, wzorując się na zaczerpniętym stamtąd pomyśle, utworzyć swój książkowy stosik. Stosik powstał pod wpływem tegorocznych, już opisywanych rekolekcji. W jego skład wchodzi sześć książek.

Akt Małżeński znanego i lubianego (przez niektórych) kapucyna o. Ksawerego Knotza jako jedna z dwóch książek została przez nas zakupiona podczas rekolekcji, w trakcie Dnia Wspólnoty. Tym razem jest to książka o seksie i współżyciu małżeńskim widzianym z naukowego, teologicznego i biblijnego punktu widzenia. Ksawery Knotz to bodaj najpopularniejszy katolicki autor interesujący się tematyką ludzkiej seksualności – a jego bycie zakonnikiem i celibatariuszem dodaje całej sytuacji rumieńców. Zdarzyło mi się już czytać inne, późniejsze książki autora, pisane językiem łatwym, dające wiele dobrych rad i muszę przyznać, że – mimo, iż zakonnik – świetnie zna się na podejściu do małżonków i ich zbliżeń. Ta pozycja, wydana w 2001 roku nie jest tak bezpośrednia, jak inne dzieła Knotza, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o wspominanym zagadnieniu właśnie od strony naukowej. Książka szczególnie polecana w środowisku osób interesujących się współczesnym i historycznym podejściem Kościoła do ludzkiej seksualności i zmianami w tym podejściu.

Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa to pozycja która od dawna powinna była znajdować się w naszej bibliotece. Z żalem muszę przyznać, że z tego zacnego autora dotychczas czytałem jedynie „Opowieści z Narnii”. Tymczasem Lewis zajmował się nie tylko teologią dla najmłodszych (Narnia jest, jak wiemy, przesiąknięta Bogiem), lecz w sposób łatwy i ciekawy pisał też dla starszych. „Listy…” są pozycją w przewrotny sposób ukazującą naszą, ludzką słabość i sposoby, w jakie Zły jest w stanie nas złamać, jak my się mu poddajemy. Mimo siedemdziesięciu mijających lat od pierwszego wydania książka zadziwia swoją aktualnością – choć znamy swoje słabości, nic się w nas nie zmienia. Ale dzięki tej książce może będziemy w stanie trochę lepiej zrozumieć naszą ludzką naturę i zwracać się ze swoimi słabościami do Najwyższego.

Być przydatnym zawodowo nauczycielem szkoły specjalnej napisana przez Jarosława Michalskiego leżała w koszyku z tanią książką, gdy po rekolekcjach poszliśmy na zakupy na Miodową, by uzupełnić naszą biblioteczkę po minionych już rekolekcjach, na których to seria pozycji została nam polecona. „Być przydatnym…” nie znajdowała się na tej liście, jednak cena po obniżce (3,50) i fakt, że jestem nauczycielem szkoły specjalnej i pragnę być przydatnym zawodowo sprawił, że postanowiłem książkę kupić. Nie wiem jeszcze do końca, co kryje w sobie, ale sądzę, że wkrótce się przekonam.

Parami do nieba Zbigniewa Nosowskiego jest książką, której poszukiwałem ja. Jej tytuł padł w czasie rekolekcji między wierszami, ale bardzo mnie zaciekawił. Książka jest kolejnym naukowym podejściem do kwestii dawnego i aktualnego spojrzenia na małżeństwo w Kościele – w tym przypadku konkretnie na świętość małżeńską. Autor zaznacza to, co większość ludzi od dawna widzi – że w Kościele wśród świętych najwięcej jest kapłanów i osób konsekrowanych. Małżonków ze świecą szukać, zwłaszcza takich, gdzie oboje są wyniesieni na ołtarze. A jeśli w ogóle, to zazwyczaj z innych niż godne wypełnianie obowiązków małżeńskich przyczyn, np. z powodu podjęcia decyzji o wstąpieniu do klasztorów. Nosowski zauważa, że Kościół przez wieki umniejszał rolę sakramentu małżeństwa, a współżycie w nim rzeczywiście uznawał za najwyżej konieczne do prokreacji – zakazując jakby cieszenia się z niego i czerpania przyjemności. Dziś sytuacja się zmieniła, a książka wspominana jest doskonałym źródłem wiedzy na temat postępujących zmian. W dziale poświęconym współżyciu małżeńskiemu autor poleca wspomnianą wcześniej książkę o. Ksawerego Knotza, co dodatkowo potwierdza wartość owej.

Rodzice w akcji Moniki i Marcina Gajdów to z kolei pozycja poszukiwana przez moją żonę. Podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości” oddaje całą istotę książki. Dwoje znanych małżonków opisuje w niej swoje pomysły, wielokrotnie sprawdzone, jak poprzez codzienne wychowanie i bycie z dziećmi można doprowadzić je do stanu, w którym będą samodzielnymi, radzącymi sobie w życiu i odpowiedzialnymi, wierzącymi ludźmi. Naszym, rodziców, zadaniem nie jest rozpieścić nasze potomstwo i przywiązać je do siebie, lecz w odpowiedni sposób stopniowo popuszczać linę na której dzieci się trzymają, aż wreszcie w odpowiednim momencie odciąć ją i puścić latorośl na wolność. Przy tym pozornie proste, codzienne czynności, takie jak samodzielne zasypianie, jedzenie i odrabianie prac domowych, mają wspomóc dziecko w rozwoju duchowym i doprowadzić w ostateczności do zbawienia. My sami w konsekwencji zetknięcia się z tą książką przeprawiliśmy naszego trzylatka przez strumień samodzielnego zasypiania i – ku naszemu zdziwieniu – przeszedł przez to bezboleśnie. Gajdowie podkreślają też, że aby wychować dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, musimy postawić granicę naszemu małżeństwu – w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Ta granica to obszar, do którego dzieci nie mają wstępu, a w ten obszar wchodzą np. wspólne (bez potomstwa) wakacje. Olśniewająca wydała mi się myśl, że „W Kościele istnieje sakrament małżeństwa, a nie rodziny. I o tę rzeczywistość sakramentalną mamy obowiązek dbać!”

Rytuał domowy to nareszcie coś, czego z żoną bardzo pragnęliśmy oboje, co podczas rekolekcji bardzo rozpaliło nasze wyobraźnie i nadzieje na lepszą przyszłość. Oprócz „Rytuału domowego” istnieje jeszcze „Rytuał rodzinny”, ten nam się jednak bardziej spodobał graficznie. Nie wykluczamy zakupu drugiego. Podtytuł dzieła to „Rok rodziny katolickiej”, samo zaś dzieło, zaprojektowane na kształt ksiąg liturgicznych, jest instrukcją takiego właśnie liturgicznego czy paraliturgicznego przeżycia roku, a nawet wielu lat, w gronie rodziny. Znajdziemy tu prawie wszystko: propozycje modlitw rodzinnych, przeżywania Triduum Paschalnego, Bożego Narodzenia czy innych świąt, pomysły na przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów, wspaniały rachunek sumienia itp. Podział na części związane z codzienną modlitwą, sakramentami i sakramentaliami oraz obchodami roku liturgicznego jest wyraźny i bardzo dobrze pomyślany. „Rytuał domowy” może być doskonałym źródłem sposobów i pomysłów na wprowadzenie dzieci w codzienność z Panem Bogiem. Moim zdaniem to konieczna pozycja na honorowym miejscu, na półce każdej katolickiej rodziny. Tuż obok Pisma Świętego.

Tak prezentuje się stosik. O niektórych z jego pozycji jeszcze na pewno napiszę. Niektóre tylko wspomniałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Gorąco polecam zaś uzupełnianie Waszych chrześcijańskich bibliotek także o podobne, niekoniecznie te książki. Ważne jest oczywiście również, żeby się na półkach nie kurzyły, lecz żeby były w codziennym użytku.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze