Posts Tagged With: Lewis

Dzień, w którym odpoczywał

Czasem blog żyje jakby życiem naturalnym, tętni krew w jego słownych żyłach, bije jego treściowe serce. A czasami spoczywa sobie, czekając na lepsze czasy, zapadając w sen zimowy. Jest tyle do napisania, tyle deklaracji, tak ważnych tematów, obiecanych sobie i innym. Jak choćby ten nieszczęsny synod. Ale nie ma czasu i natchnienia, żeby wskrzeszać blog. Notkę o synodzie obiecałem i obietnicy dotrzymam. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dziś pobudzę blog do życia „gotowcem”, czymś, co już napisałem dawno temu. Swoistą autopromocją.

2Jestem teologiem. Jestem też fanem fantasy. I, łącząc ze sobą te dwa fakty, wyznaję teorię o której wspomniałem już w poprzednim wpisie: Każdy świat który istnieje lub mógłby potencjalnie istnieć, choćby tylko w ludzkiej wyobraźni, został stworzony przez tego samego Boga. Zatem: nie może istnieć świat, w którym realnie nie istnieje Bóg – Ten Bóg. Rozumowanie jest może pokrętne, ale wydaje mi się logiczne. Oto bowiem Bóg jest. Może nie być niczego, żadnego świata, ale jest Bóg – zawsze. Jeśli zatem powstaje jakiś świat, nie może on powstać bez Boga, albo mimo Boga. Dlatego Tolkien nie mógł stworzyć Śródziemia bez Iluvatara. Dlatego Lewis nie mógł dać nam Narnii bez Aslana. A tych dwóch panów uważa się za klasyków fantasy, którzy popchnęli ten wózek niedający się zatrzymać. I dlatego też ja, tworząc swój świat Jasmine, nie potrafię wyobrazić sobie odrzucenia Boga w tym świecie.

Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy to projekt, który polega na współtworzeniu jednej historii przez pomysłodawcę (to ja) i czytelników historii. W efekcie z pierwszego krótkiego opowiadania rozwija się bogaty, niezależny świat, który ma początek, ale nie będzie mieć końca. Odcinki czy niezależne opowiadania powstają w ramach zabawy połączonej często z konkursami, w których można wygrać atrakcyjne nagrody. I dziś właśnie jeden z takich konkursów trwa, a ja – publikując na blogu odcinek przedstawiający głównych bohaterów i ich stosunek do Jedynego – pragnę namówić Was do przyłączenia się do tego konkursu. Zapraszam do napisania opowiadań konkursowych i do dzielenia się tym pomysłem z innymi swoimi znajomymi! Teraz już zapraszam do lektury.

Jasmine
Odcinek szesnasty
Dzień, w którym odpoczywał

lobifinalcolorWprawdzie od Polany dzieliło ich najwyżej pół dnia marszu, Jasmine szła jednak w zaparte i twierdziła, że dziś się nie ruszy. Odkąd Levis po wypadkach poprzedniego dnia odebrał jej medalion Feil, wróciła jej zupełnie przytomność umysłu, ale przez to pies musiał znów używać Gavsona jako komunikatora.
– Powiedz jej, do diaska, że straciliśmy już masę cennego czasu i jak dojdziemy na Polanę to sobie znajdzie jakąś świątynię.
– Levis twierdzi… – Gavson rozpoczął przekazywanie psich myśli, ale Jasmine nie pozwoliła mu dokończyć.
– Wiem co twierdzi Levis, choć go nie słyszę. Możesz mu powiedzieć… Właściwie sama mogę mu powiedzieć, że dziś jest dziewiąty dzień tygodnia, a ponieważ nasza – na „nasza” położyła mocny akcent, spoglądając na Gavsona – religia nakazuje by dziewiątego dnia odprawić kult, musimy odprawić kult. Prawda Gavson?
– W sumie to tak… To znaczy – tak, oczywiście, Gwiazdo Poranka!
Levis nie do końca wiedział czemu chłopak przytaknął koleżance. Czy rzeczywiście był takim samym ortodoksem jak i ona, czy przestraszył się gromów rażących w niego z jej strony, czy może po prostu jego zbolałe stopy jęczały o wytchnienie. Tak czy inaczej przytaknął, a i Stuknięty wykazywał żywe zainteresowanie wydarzeniem, którego miał zostać świadkiem, więc Levis musiał ulec. Zdenerwowany wskoczył do rzeki, by pływając trochę ochłonąć.
Tymczasem Jasmine i Gavson usypali z ziemi niewielki, spłaszczony u góry kopiec i z pomocą dzięcioloida zaczęli kłaść na nim suche drewno. Levis wypłynął na drugi brzeg i z odległości przyglądał się całemu przedstawieniu.
Choć trudne, pełne niebezpieczeństw i bogate w doświadczenia życie nie sprawiło, że przestał wierzyć w Początek, zdążył nabrać dużego sceptycyzmu w stosunku do wszelkich przejawów kultu. A jednak kilka lat wcześniej zatrzymał się w Herbertown, oazie spokoju, ponieważ panowała tam czysta, niezmącona niczym wiara w Jedynego. Na całym świecie nie istniało drugie takie miejsce. Levis nie musiał wierzyć w bogów. Wiedział, że istnieją. Wielu z nich spotkał osobiście, kilku traktował prawie jak przyjaciół. No, co najmniej jak dobrych znajomych. To byli nie tylko ludzcy bogowie. Spotykał i bogów krasnoludzkich, i gnomich, a nawet kenderską Wielką Złodziejkę czy elfickiego transwestytę.
– Hmhhh… – Zamknął oczy i roześmiał się pod nosem, przypominając sobie to spotkanie. Tak, bogowie istnieli naprawdę. Mieli wielkie moce i całkowitą nieśmiertelność. Istnieli w niebiańskim wymiarze i tylko czasami schodzili na ziemię by siać postrach lub rozdawać dobro. Levis oglądał na własne oczy jak palili miasta, wskrzeszali rzesze nieumarłych bądź uwodzili piękne ziemskie dziewczęta. Raz nawet widział jak pewien młody (to jest taki, który posiada młodo-wyglądającą postać) bóg tworzy nową rasę. Zinnowie, nazwani od jego imienia – Zinnus, byli smukli, weseli, niscy i posiadali motyle skrzydła. I, oczywiście, Zinnus stał się głównym bogiem ich panteonu.
Levis znał bogów osobiście, a to sprawiało, że przejawy kultu bardzo go bawiły. Jak można czcić kogoś takiego – i tu padały tysiące epitetów dotyczących jego znajomków, jak choćby alkoholizm, nieopanowany pociąg do kobiet czy skłonność do bójek. Wielu bogów korzystało sobie na tym kulcie. Pożerali tony ofiar mięsnych czy płynnych lub zaspokajali swe chuci płodząc dziesiątki ziemskich bękartów – półbogów. A ludzie, elfy, krasnoludy i inne stworzenia stojące od nich niżej w procesie ewolucji jeszcze się z tego cieszyły.
Był też inny powód dla którego Levis śmiał się z kultu bogów. Wyniknął z bezpośrednich z nimi rozmów. To, skąd się wzięli. Jednych powoływali poprzedni bogowie. Dawali im testy, które musieli zdać by wejść do panteonu. Inni po prostu rodzili się z bosko-boskich lub bosko-nieboskich związków. Kolejnych bogowie tworzyli osobiście. A pierwszy z nich? Levis słyszał różne odpowiedzi, ale wszystkie sprowadzały się do jednego – również został stworzony. Może przybył z innej planety? Albo wywołała go jeszcze potężniejsza siła? Istniały legendy o starożytnych rasach z innych wymiarów. Tak czy inaczej nie trwał od zawsze. Kiedyś się pojawił. Skąd? Nie było jasnej odpowiedzi. Ale nawet jeśli to było coś jeszcze bardziej inteligentnego, też prawdopodobnie skądś się wzięło. Levis nie wierzył w nieskończone następstwo przyczyn i skutków. Tymczasem gdy coś znał, znajdywał również tego przyczynę. Gdy próbował dojrzeć skąd wzięło się wszystko, ale wszystko zupełnie, trafiał na blokadę. Tak, wiedział, że wszystko nie mogło DZIAĆ SIĘ od zawsze. Coś musiało BYĆ na początku. Nazwał to Początkiem. Jego życie nie polegało bynajmniej na próbie odnalezienia owego Początku. Czasem tylko myślał nad tym problemem. Nie czcił go jak inni czczą bogów, ale czuł się komfortowo w towarzystwie osób, które, tak jak on, w Początek wierzyły, nazywając go Jedynym. Stąd wziął się pomysł by osiąść i odpocząć w Herbertown. Przynajmniej na chwilę.
Skąd wziął się kult Jedynego, tego Levis nie wiedział. Zdarzało mu się rozmawiać z osobami, które go wyznają, ale nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. Istniała legenda, że gdzieś na wyspie otoczonej kipiącą rzeką i ścianą wiatru mieszka rasa zwana giurami, która została obdarzona objawieniem i osobiście zna sługów Jedynego, zwanych aniołami. Levis był kiedyś w tamtym miejscu, nie wierzył jednak, że za rzeczywiście znajdującą się tam nieprzebytą kipielą może być jakiś ląd. Podobno legendę przekazał jako pierwszy Mubur – jeden z trzynastu bogów, którzy jako jedyni przeprawiali się na drugą stronę (lub raczej do wnętrza) Nieprzebytej Kipieli. Levis nigdy jednak nie spotkał akurat tego boga.
A jednak i na stałym lądzie żyły istoty wierzące w Jedynego. Najbardziej znaną osobą trwającą w tym kulcie był Artdico Gnorofex – bliski znajomy Levisa. To właśnie on wskazał psu Herbertown jako oazę spokoju i wyjątkowe, jeśli chodzi o kult, miejsce. Czy wiedział o przepowiedni wiszącej nad Jasmine, Garvsonem i nad nim jako telepatą? To możliwe – zważywszy, że to właśnie na spotkanie z Artdico wyruszył w podróż do Dervergu. Ten sam cel przyświecał Stukniętemu. Levis wolał się nad tym nie zastanawiać.
Zerknął na drugi brzeg. Dzieci podskakiwały i dawały mu znaki rękami. Stos z gałązek był już ułożony, a na nim spoczywały cztery dorodne rybki ułowione przez Stukniętego. Levis westchnął. Kult Jedynego nakazywał by dziewiątego dnia tygodnia nie pracować, nie podróżować, nie uczyć się, a jedynie odpoczywać i składać Bogu ofiary. Tego bowiem dnia, mówią stare pisma, Jedyny miał odpocząć po ciężkiej pracy tworzenia świata, gwiazd, bogów i innych istot. To śmieszne – myślał Levis – przecież Początek był Początkiem. Wszystko zrodziło się z niego, więc raczej się nie męczył. A już z pewnością nie po ośmiu dniach roboty. Ale przymknął na to oko. Artdico zaczeka na nich jeszcze dzień dłużej. Musiał to zresztą przewidzieć.
Levis zerknął na stos drewna, a ten zapłonął żywym ogniem. Dzieci pomachały rękami, a potem uklękły przed smażącą się ofiarą. Obok nich, co wyglądało komicznie, uczynił to samo Stuknięty. Levis wskoczył do wody. Jedyny był dobry i kochał żywe stworzenia ponad miarę. Dzielił się więc ofiarami ze swymi dziećmi. A to oznaczało, że za chwilę zacznie się wyżerka. Ten element kultu bardzo się Levisowi podobał.

***

Beloc chodził po swoim pokoiku w kółko, cicho klnąc pod nosem. Już ją miał! Leżała w tym dole, czekała na niego. Dwie minuty! Dwie minuty dłużej i porwałby ją na zawsze. To mogłoby uratować wszystko. Naprawić całą sytuację! Medalion musiał ich połączyć. Takie jego przeznaczenie – łączy kontrolowanego i kontrolującego nierozerwalnym węzłem. Małżeństwo? Coś więcej niż to. O tym naiwniaczka Feil nie powiedziała Jasmine. Może miała nadzieję, że Beloc będzie na wszystko spokojnie patrzył i nie upomni się o swoje? Albo wierzyła, że Jasmine nie zechce zapanować nad mocą medalionu? Hmmm… A może malutka działa po jego stronie? Jednak teraz ten parszywy telepata wszystko zepsuł! Zabrał dziewczynie medalion. Ma go ten młodziak. W kieszeni. Ale Beloc stracił kontrolę nad właścicielką. Miał prawo w tej sytuacji omówić sprawę medalionu ze swoim duszkiem. Dając moc medalionowi Feil włożył w to trochę z siebie. Tak jakby Feil była matką, a Beloc ojcem. Beloc musiał wiedzieć czemu właśnie Jasmine. I czy ma tu coś do rzeczy ten pies. Wymówił w myślach imię duszka trzy razy. Za chwilę powinna tu być…

By Artdico

Ten odcinek przypomina mi czasy, kiedy poszczególne opowiadania były naprawdę krótkie. Ten jest nawet treściwy, ale jeśli spojrzymy na historię 10 odcinków wcześniej, spotkamy się z jeszcze krótszymi opowiadankami. Nie ma w tym nic dziwnego. Właśnie na tym polega rozwój historii: na pojawianiu się wątków i bohaterów, którzy sprawiają, że nie da się już pisać króciutkich historyjek. Ja teraz tworzę odcinek 22. A Was zapraszam do lektury poprzednich i napisania dwóch odcinków pobocznych, związanych z przeszłością i przyszłością bohaterów historii. Aby wejść na Jasmine, należy kliknąć TUTAJ (uwaga: jakiś błąd w html sprawia, że strona źle otwiera się w Chrome. Najlepiej użyć Firefoxa lub Internet Explorera). Życzę satysfakcji! Do usłyszenia!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Logo strony Jasmine – Niekończąca się Historia fantasy, autorstwa Anny Lisieckiej
2. Jasmine i Levis, rysunek autorstwa Aleksandry Józefowicz (Lobi), barwiony przez Bartosza Piętkę.
Obie ilustracje znajdują się w galerii na stronie http://www.jasmine.artdico.com

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Dziesięć książek

Bardzo popularny i chętnie przekazywany na Facebooku łańcuszek dotarł i do mnie. Kiedyś mówiło się „nie przesyłam łańcuszków”, dziś nagle wszyscy się nimi dzielą, wyliczają książki, dziękują Bogu za to, co dobrego im uczynił, piszą co zrobili dobrego danego dnia albo oblewają się wiadrem zimnej wody. W porządku, Magdalena Baranowska poprosiła mnie o wypisanie dziesięciu wyjątkowych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie, więc podzielę się nimi z Wami na blogu.

Mogłoby się wydawać oczywistym, że pojawią się tu w pierwszej kolejności książki takie jak Pismo Święte, Katechizm Kościoła Katolickiego, czy Kodeks Prawa Kanonicznego. Są to oczywiście książki, które w codzienności wciąż na mnie wywierają wpływ, które sobie szczególnie cenię, które towarzyszą mi w tworzeniu bloga i w pracy katechetycznej. Nie będę jednak tutaj dziś wchodził w oczywistości, które mają znaczenie. Zajmę się raczej książkami, które w bardzo konkretny sposób wpłynęły na moje ideały, moje podejście do życia, a także na moje osobiste podejście do pisania i nadzieje na to, że pewnego dnia pewnie – miejmy taką nadzieję – coś wydam. Kolejność książek w większości „jak popadło”, a na blogu piszę bo wyjaśnienie ma znaczenie.

ono-b,pd,93351. Ono Doroty Terakowskiej. Pisałem o tej książce już w notce, w której dziękowałem mojej Żonie za zaistnienie w moim życiu i za najpiękniejsze chwile z nią spędzone. Sama treść książki pięknie przekazuje istotę aborcji, ale także decyzji podejmowanych w niełatwych warunkach przez zgwałconą dziewczynę, która zastanawia się czy urodzić poczęte w gwałcie dziecko. Powieść ta jednak nie wpłynęła na moje życie przede wszystkim za pomocą treści, lecz poprzez warunki w jakich przyszło mi ją czytać, oraz poprzez dopiski czynione ołówkiem na jej kartach. „Ono” było książką pożyczoną mi przez koleżankę ze studiów. Ona pożyczyła mi ją, bo bardzo chciała mi ją pożyczyć, ja pożyczyłem ją od niej, bo chciałem ją od niej pożyczyć, a tak naprawdę zwyczajnie było to pretekstem do rozmowy. Czytając tę książkę trafiałem na dopiski, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że ta dziewczyna, której w ogóle nie znam, jest właśnie moją przyszłą żoną i kobietą mojego życia. Czytając o jej – zaznaczonym w tekście – „mniej-więcej największym marzeniu” postanowiłem ją pokochać, choć dotychczas zamieniliśmy być może dwa słowa. Zdecydowałem się też zakupić jej kalejdoskop po tym, jak przeczytałem, że „chciałaby mieć kalejdoskop”. Ten kalejdoskop – symbolicznie – towarzyszył nam potem przez długi czas, gdy zdecydowaliśmy się odwrócić nasze życia do góry nogami, wyprowadzając się z Łodzi do Warszawy (ja dość niespodziewanie), zaręczając się, kłócąc z połową znajomych i rodziny, a po roku biorąc ślub. Po dwóch rodząc dziecko. I to wszystko przez „jedną głupią książkę” – jak napisała mi moja wtedy jeszcze nie Żona w jednym z pierwszych SMSów, który gdzieś zapisałem, żeby nie zapomnieć i zapomniałem…

ludzie-bezdomni-C,pd,1238732. Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego. Może to tylko szkolna lektura, ale okazuje się, że i lektury szkolne przeczytane w niewymuszony sposób mogą wpływać pozytywnie na życie człowieka. Podczas czytania tejże powieści zrodził się we mnie, albo tylko skrystalizował, mój ideał człowieka. Judym – lekarz, który dla dobra ogólnopojętej ludzkości, zwłaszcza zaś dla biedoty mieszkającej w czworakach, decyduje się zrezygnować z miłości swojego życia – przez wiele lat był mną, a ja byłem nim. Czytając tę książkę byłem jeszcze w związku z moją licealną narzeczoną i przeraziłem się, gdy okazało się, że Judym na koniec zrywa z Joasią, wiedząc że będzie go ona hamować w jego działaniach i zamiast pomagać potrzebującym, skupi się on na zarabianiu pieniędzy dla utrzymania rodziny. Wówczas sam żyłem ogromną miłością swojego życia i wierzyłem, że wraz ze swoją przyszłą żoną będziemy mogli wspólnie wypełniać nasze ideały, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Potem, kiedy okazało się że z danych obietnic można się wycofać, bo kogoś przygniatają ideały innej osoby, stwierdziłem, że Judym miał jednak rację. Dlatego wstąpiłem do seminarium. A że tam mi się nie powiodło, postanowiłem jednak ponownie poszukać szczęścia w miłości. Które ostatecznie znalazłem, ale poświęcenie Judyma do dziś pozostało dla mnie ogromnym ideałem. I przyznać muszę, że rzeczywiście życie w małżeństwie, a także posiadanie dzieci w znaczący sposób ogranicza możliwości „ratowania świata” tak, jak czynił to nasz bohater. Można jednak mieć ideały związane z życiem rodzinnym, a i żonę jednak taką, która ten świat ratować pomoże.

nad-niemnem-twarda,pd,108753. Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Kolejna lektura szkolna, do tego czytana w wakacje przed maturą w celu nadrobienia czytelniczych zaległości, która wbiła mi się w pamięć i zmieniła myślenie. I choć wielu narzeka na długie opisy przyrody ciągnące się stronami i przez całą książkę, mnie zajęły raczej charaktery postaci. Co nie znaczy oczywiście, że nie zwróciłem uwagi na opisy. One tam były, ale moim zdaniem nie przeszkadzały. Ba, wręcz zachwycały, we mnie osobiście wywołując raczej zauroczenie niż niechęć. Tak jak jednak wspomniałem, najistotniejsze są dla mnie postaci, a w przypadku „Nad Niemnem” jedna szczególnie mnie urzekła. Tą postacią była pani Andrzejowa Korczyńska, żona mężczyzny zmarłego w czasie powstania. Była to kobieta pogrążona w nieustającej żałobie, choć nie płakała bez przerwy i nie uprzykrzała tym samym życia innym. Ona zwyczajnie kochała swojego męża nie tylko do grobowej deski, ale i poza nią. Nawet kiedy miała okazję związać się z kimś innym, ostatecznie odrzuciła ją, by dochować wierności mężowi. Prawdą jest, że miała kłopot z synem. Że nie udało jej się go dobrze wychować. Ale tu nie pod kątem wychowania oceniam postać, lecz właśnie pod kątem miłości do współmałżonka. I tę książkę czytałem będąc jeszcze w pierwszym poważnym związku, zatem ona ustawiła mi jakiś ideał małżeństwa nie tyle do śmierci, ile poza nią.

adieu-przypadki-ksiedza-grosera-c,pd,2636814. Przypadki księdza Grosera Jana Grzegorczyka, a więc trzy tomy: „Adieu”, „Trufle” i „Cudze Pole” („Jezusa z Judenfeldu” do tej pory nie przeczytałem). Grosera poznałem jako początkujący kleryk, a może chwilę wcześniej, ale już z pewnością po moim pierwszym poważnym związku i w trakcie planowania bycia księdzem. Postacią Grosera Grzegorczyk trafił w sedno, jeśli chodzi o typ księdza, którym chciałem być. Tym samym zaczytywałem się w „Adieu”, a potem w „Truflach”, lekko – ale tylko lekko – zawodząc się „Cudzym Polem”. Podobało mi się, jak Groser wychodził do ludzi, jak dostawał od nich lanie, jak nadstawiał oba policzki ale też jak potrafił ostro i dobitnie postawić różne sprawy. Zakochałem się w scenie, w której – podczas zastępstwa na lekcji religii – jeden uczeń dla popisu zakłada sobie prezerwatywy na uszy. „Pięknie” – komentuje żarcik Groser – „Ale mama nie nauczyła cię, gdzie się to zakłada?” Pod wpływem lektury Grosera znalazłem nawet mail do Jana Grzegorczyka, autora, i przez jakiś czas ze sobą korespondowaliśmy. To też swego rodzaju przygoda mojego życia.

opowiesci-z-narnii-7owy,pd,153355. Opowieści z Narnii C.S.Lewisa. Najpierw obejrzałem pierwszy film w kinie, a potem pobiegłem do Empiku i za jedną z pierwszych skromnych Magdonaldowych pensji kupiłem cały siedmiopak. Przeczytałem szybko, choć niektóre części wydały mi się mniej ciekawe, niż pozostałe (na samym końcu stawiam czwartą – „Srebrne krzesło”). Jak już wspomniałem, książki, które wymieniam, miały nie tylko wpływ bezpośrednio na mnie i moje życie, ale i na moją, wciąż kiełkującą, twórczość. Otóż pierwszą swoją powieść zacząłem pisać jako piętnastolatek. Stworzyłem świat, postacie itp. Wydawało mi się, że jestem oryginalny. Ale potem, gdy miałem 20 lat i kupiłem sobie „Opowieści…”, odczułem szok i niedowierzanie. Okazało się bowiem, że moja niedokończona powieść była w ogromnej mierze oparta na arcydziele C.S.Lewisa. Zastanawiałem się dlaczego, jednocześnie przypominając sobie starą prawdę ludową, która głosi, że „Jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że nie pamiętasz, gdzie o tym przeczytałeś”. W moim przypadku chodziło jednak raczej o obejrzenie, a nie o przeczytanie. Jako dziecko z pewnością oglądałem filmy o Narnii powstałe o wiele wcześniej, niż najnowsze hity kinowe. Pamiętam nawet kilka scen. I to one ukształtowały moją wyobraźnię tak, że mogłem stworzyć swój własny świat. Co jednak urzekło mnie w „Opowieściach…” już po lekturze? Coś, co także planowałem zawrzeć w swojej książce – obecność Jedynego po tej i po tamtej stronie. Na naszej Ziemi i po drugiej stronie szafy. I to właśnie to sprawiło, że utworzyłem swoją teorię odnośnie światów alternatywnych: „Jeśli istnieje jakikolwiek inny niż nasz świat, nawet jeśli tylko w twojej wyobraźni, to i tak stworzył go ten sam Bóg”.

opowiesci-o-johnnym-maxwellu,pd,1763746. Opowieści o Johnnym Maxwellu Terry’ego Pratchetta – a zwłaszcza ostatnia część, czyli „Johnny i bomba”. Może zadziwiać fakt, że nie stawiam tu nic ze Świata Dysku Pratchetta, choć czytałem część pozycji i bardzo mi się podobały. A jednak bardziej zaintrygowała mnie ta młodzieżówka. Zachwyciło mnie w niej to, że każda kolejna część okazywała się ciekawsza i lepiej napisana. A najlepsza była trzecia, ponieważ traktowała o podróżach w czasie. Sam, jako fan i początkujący autor fantasy, z dużą radością przyjmuję wszystkie wątki o podróżach czasowych, zwłaszcza tych, które „mają wpływ” na rzeczywistość w innym czasie. Przy tym dotychczas byłem zwolennikiem teorii, że „co się stało, to się nie odstanie”. Jeśli zatem nawet moglibyśmy się cofnąć w czasie i wpłynąć na coś w przeszłości, to nasze aktualne życie już jest uzależnione od tego, co się wtedy wydarzyło. Można mieć wpływ, ale nic nie można zmienić. To drażniło mnie w jednej z ulubionych komedii – „Powrocie do przyszłości”. Drażniło mnie do czasu, gdy nie przeczytałem Johnny’ego. Tam paradoks zmian został wytłumaczony w nowy dla mnie, innowacyjny sposób: jako tworzenie nowych wszechświatów w zależności od tego, jakie decyzje podejmiemy. Pratchett tłumaczył to zjawisko jako dwie nogawki u spodni. Czas jest wspólny do momentu, w którym nie podejmiemy tej czy innej decyzji. Tu rozszczepia się na dwie strony, tak jak nogawki w spodniach. Johnny i przyjaciele mieli to szczęście, że dane im było przemieszczać się między tymi dwiema nogawkami, a wreszcie odkryli jak stworzyć kolejną, najlepszą ze wszystkich… I ta właśnie książka otworzyła moje oczy na możliwość innego spojrzenia na podróże w czasie.

harry-potter-i-wiezien-azkabanu-f,pd,3496747. Harry Potter J.K.Rowling. Książka dla dzieci, może dla młodzieży – zgoda. Może i dla niektórych ma to coś wspólnego z siłami zła, diabłem itp. Bo magia, czary, bo charakter postaci niedookreślony, bo główny bohater nie jest krystalicznie czysty. Nawet tworzy się anty-potterowe książki (Anhar i Alhar), a o Harry’ego Pottera pyta się na tzw. spowiedziach furtkowych. Dla mnie jednak to książka nie tylko o magii, ale też o prawdziwej przyjaźni i o matczynej miłości. Ale jeśli miałbym powiedzieć, że dlatego umieszczam ją na liście „top ten”, mijałbym się z prawdą. W Harrym ponownie uwiodły mnie charaktery postaci. Cudownie zarysowani, niejednoznaczni bohaterowie, żaden z nich nie jest krystaliczny, żaden nie jest bezproblemowy. Ale najbardziej zakochałem się w wyważeniu charakterów niektórych Hogwardzkich nauczycieli, zwłaszcza tej dwójki, u której zawsze panuje posłuch na lekcji: Severusa Snape’a i Minerwy McGonagall. Oboje mają swoje sposoby na bycie nauczycielami, którzy potrafią wiedzę przekazać, jednocześnie mając czas lekcji dla siebie, ponieważ niewielu uczniom przychodzi do głowy, by im przeszkadzać. Łatwiej jest być z pewnością Snapem, który wykorzystuje swój czarny charakter do straszenia i szantażowania uczniów, choć w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. Dużo trudniej jest osiągnąć poziom pani McGonagall, która swą powagą i nieprzejednaną miną zdobywa zainteresowanie uczniów, ale jednocześnie jest dobroduszna i bardzo troskliwa. J.K.Rowling potrafiła bezbłędnie przedstawić złożony charakter obu tych postaci. Ostatnio kolega zaproponował mi jednak, że może powinienem spróbować być Hagridem. Muszę rozważyć tę propozycję.

metro-2033,pd,2117888. Metro 2033 Dmitrija Gluchowskiego. I tym razem nie chodzi tylko o podstawową powieść, początek całej serii, ale właśnie o serię – o uniwersum. Owszem, „podstawka” jest całkiem niezła, dobrze się ją czyta, a pozostałych książek (oprócz „Pitera”) dotychczas nie przeczytałem. Na wyobraźnię działa mi jednak wizja autorów z całego świata (już nie tylko Rosjanie, ale i Brytyjczycy, Włosi, Ukraińcy, a ostatnio Polacy) piszących powieści mieszczące się w ramach spójnego, wyimaginowanego świata. Gluchowski przyjął rolę koordynatora całości, jako inicjator, a świat i tak żyje własnym życiem, prowadzony przez pisarzy. Zafascynował mnie rozmach z jakim to wszystko się dzieje. Sam bowiem tworzę świat fantasy, który ma rozkwitać podlewany nie tylko przeze mnie, ale i przez czytelników, którzy stają się współautorami. Pragnę, by powieści oparte na wymyślonym przeze mnie świecie rozchodziły się w świat, pisane nie tylko przeze mnie. Metro 2033 i całe jego uniwersum pomaga mi wierzyć, że spełnienie tego marzenia jest możliwe.

wilk-k,pd,3634029. Wilk Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepsza książka, której nigdy nie przeczytałem. Choć tak naprawdę nie wiem, czy najlepsza. Wygląda to na coś w rodzaju „Zmierzchu”, choć pisane przez Polkę dzieje się w Ameryce, bohaterka ma amerykańskie nazwisko, a cała rzecz opowiada – chyba – o wilkołakach. No toczka w toczkę „Zmierzch”. Szkoda, że książka o Belli Swan została wydana w 2007 roku, a „Wilk” w 2006. Choć „Zmierzch” w oryginale można było przeczytać już w 2005. Ale podobno Katarzyna Berenika Miszczuk napisała swoją powieść jak miała 15 lat, trzy lata wcześniej, niż została wydana. I tak możemy się kłócić, co było pierwsze: jajko czy kura. Ale nie będziemy, bo musimy zrozumieć, dlaczego wybrałem akurat książkę, której nie znam. Ponieważ pewnego dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy o moich pisarskich ambicjach. I ona opowiedziała mi o swojej koleżance z liceum, która w wieku 15 lat napisała powieść, a potem z pomocą nauczycielki języka polskiego ją wydała. Tą koleżanką była oczywiście Katarzyna Berenika Miszczuk. I odkąd usłyszałem o jej sukcesie, nagle zaistniała w moim życiu. Kiedy wszedłem do księgarnio-kiosku, na stojaku zobaczyłem książkę p. Miszczuk. Kolejną ujrzałem, wcale nie schowaną, w Matrasie. Aż wreszcie pewnego dnia, wchodząc do Empiku, wpadłem na nową pozycję Bereniki wystawioną przy głównym wejściu! Polubiłem zatem profil facebookowy autorki i zacząłem śledzić jej perypetie. A to związane jest moim marzeniem wydania książki, a może i całego wszechświata, Katarzyna Berenika Miszczuk jest zaś dla mnie żywym dowodem na to, że to wcale nie musi być takie trudne.

schold10. Schold Mateusza Gajka. To może się wydać dziwne, ale to ja jestem Mateusz Gajek. Schold zaś to moja książka. Oczywiście, ta sama, którą zacząłem pisać mając 15 lat. Potem zacząłem od nowa. Za rok skończę 30 lat i minie 15 lat odkąd piszę książkę. Tak, zgadza się. Jest to książka, która nie istnieje. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie zaistnieje. Co więcej – to nie znaczy, że nie może ona należeć do dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. To jest książka, która jest moją powstającą wciąż nadzieją na to, że mam szansę pewnego dnia ją skończyć, a potem być może również wydać, jak Berenika swojego Wilka. To historia o chłopcu, który wraz z przyjaciółmi i rodzeństwem przechodzi do innego świata, jak dzieci w Opowieściach z Narnii. Tam również przenosi się w czasie, jak Johnny Maxwell. I przeżywa liczne przygody, z pewnością ocierające się o Harry’ego Pottera. Czy o niewymienionego tu, a tak ważnego Władcę Pierścieni. To moja powieść, którą – mam nadzieję – kiedyś dane Wam będzie przeczytać. A póki co zapraszam na mój portal „Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy”, na którym powstaje fantastyczne uniwersum, jak w Metrze 2033. „Schold” zaś ma być częścią tego uniwersum. Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak mam nadzieję, że się skończy.

Dziękuję jeszcze raz za nominację. Do wymienienia (i być może opisania) 10 książek, które wpłynęły na Wasze życie zapraszam wszelkich blogerów, czytelników (w komentarzach można wymieniać), a zwłaszcza Cytrynnę i Lolinkę. Wiem, że Lolinka była już nominowana, ale póki co się odwołała. Nie pamiętam, czy Cytrynna wymieniała. Jeśli nie, to chętnie przeczytam.

____________________________________

Ilustracje 1-9 przedstawiające okładki poszczególnych opisanych książek zostały pobrane ze strony księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl

Ilustracja numer 10, autorstwa Michała Śmiałka jest rysunkiem stworzonym dla potrzeb książki „Schold” jeszcze w czasach licealnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że ta właśnie ilustracja będzie zdobić okładkę powieści, kiedy ją skończę i spróbuję wydać.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Co ma Pan Bóg do Hobbita?

Wielu spośród Was zapewne zdaje sobie już sprawę z tego, że jestem fanem literatury fantasy. Co za tym idzie bardzo lubię też filmy o tej tematyce. Nie należę do anty-potterowców, walczących z każdym przejawem magii w książkach, nie zamykam się na Wiedźmina, który bywa wulgarny i przesączony zbędnymi scenami seksu. Jestem jednak zdania, że aby wejść w świat Pottera, albo Geralta z Rivii, czy choćby Pratchetta lub Gry o Tron, warto zapoznać się z klasyką gatunku. A do klasyki zaliczam dwóch twórców: C.S.Lewisa i J.R.R.Tolkiena (a dobrze jest dodać do ich kompanii Ursulę K.Le Guin). To Lewis i Tolkien stworzyli dwa wielkie, żyjące własnym życiem światy i wprowadzili do nich wyrazistych bohaterów, dając tym samym inspirację kilku pokoleniom czytelników i podążającym ich śladem pisarzom. Tolkien swój świat stworzył całkowicie od podstaw, jako niezależny od tego, w którym my żyjemy. Lewis wprowadził ideę światów przenikających się, gdzie ludzie z naszej strony mogą przejść na drugi brzeg przez starą szafę, albo przez ramy obrazu. Oba z tych pomysłów znajdują odzwierciedlenie w dziełach licznych autorów podążających tropem klasyki fantasy.

Wielu zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczne fantasy opiera się na legendach, podaniach ludowych i mitologii. Nie oszuka nikogo bowiem ten, kto stwierdzi, że to starożytni Grecy (opiewający centaury, Minotaura czy Ikara i Dedala lecących na skrzydłach ku słońcu), Egipcjanie (mówiący o bóstwach w ciałach ludzi, lecz z głowami zwierząt) czy choćby Skandynawowie (Odyn na sześcionożnym rumaku, Thor z młotem, mity o Ragnaroku), starając się wyjaśnić różne zjawiska, stworzyli pierwotną fantastykę. Do tego doszły tysiące podań i legend, przekazywanych lub wymyślanych przez tysiące lat w różnych zakątkach ziemi – jak lewiatany i krakeny niszczące statki marynarzy wyprawiających się w morze, wielkie Yeti żyjące we wszystkich wyższych górach świata czy dziwne potwory zamieszkujące szkockie jeziora (najpopularniejszy z nich mieszka do dziś w Jeziorze Loch Ness). To wszystko twórcy fantastyki z połowy XX wieku włączyli do swoich inspiracji, by opisać nowe światy. Tolkien sięgnął zatem głównie po mitologię i podania anglosaskie, a jego przyjaciel Lewis zainspirował się także grecką mitologią starożytną (włączając w swoje opowieści zarówno faunów, jak i satyrów, nie wyjaśniając jednak różnic między jednymi, a drugimi).

Są jednak i tacy, którzy wiedzą, że zarówno Tolkien, który był bardzo zaangażowanym katolikiem, jak i Lewis, nawrócony na anglikanizm ateista – tu duża zasługa Tolkiena, ale także konflikt między przyjaciółmi, ponieważ Tolkien miał żal do Lewisa o to, że nie wstąpił do Kościoła katolickiego – oparli dzieła swojego życia na Ewangelii. Są rzecz jasna i tacy, dla których pozostawało to tajemnicą. Fantasy to fantasy, odradzający się czarodzieje i gadające lwy to kwestia konwencji. Kiedy zatem powiedziałem koleżance, która była niedługo po fascynacji „Opowieściami z Narnii”, że Lewis umieścił w swojej serii przesłanie z Ewangelii, usłyszałem: „No i zepsułeś mi całą radość z czytania”. Fantasy to bowiem fantasy, przygoda w wyobraźni, obce, wspaniałe światy, a Ewangelia – zdaniem niektórych – to bujda, zaś wkręcanie jej gdziekolwiek jest zniesmaczające.

aslanTymczasem faktem jest, że zarówno Lewis – bardzo bezpośrednio, jak i Tolkien – nieco bardziej dookoła, w swoich dziełach zawarli przesłanie o zbawieniu, o samym Chrystusie, prawdziwym Bogu, synu Boga Ojca. Bohaterowie jednego i drugiego szukają swojej drogi nie tylko do rozwiązania trudnej przygody, lecz również do zbawienia, do wiecznego wybawienia. Spójrzmy chociaż na „Opowieści z Narnii” i na najbardziej znaczącą postać lwa Aslana. Kim jest Aslan? Jest postacią, która dla większości bohaterów jest rodzajem legendy, kimś, kto opiekuje się całą Narnią, wszystkimi żyjącym w niej istotami. Jest nazywany Synem Władcy zza Morza i kiedy wreszcie się pojawia, by przynieść prawdziwą pomoc bohaterom, później wraca za to Morze (w jednej części podąża z nim jeden z bohaterów). Aslan również umiera, zostaje zamordowany, by później powstać, pokonać Białą Czarownicę, która go zabiła. Jak ktoś pragnie, może to traktować jako czystą fantastykę. Analogia jednak z postacią Chrystusa wydaje się być więcej niż oczywista. Chrystus też był Synem wielkiego Władcy. Do tego Władcy powracał, zabierając też z sobą wiernych Mu ludzi (tak, jak Aslan zabrał Ryczypiska). Jezus Chrystus zabity został na krzyżu, tak jak Aslan przez Białą Czarownicę na kamieniu. Kamień pękł, gdy Aslan powstawał – i w ten sposób przedstawia się często zmartwychwstanie Jezusa. Analogia staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy w „Podróży »Wędrowca do Świtu«”, właśnie przy odchodzeniu Za Morze, Edmund pyta Aslana o jego obecność w ich (czyli naszym) świecie: „Czy ty… czy tam jesteś również, panie?” Aslan odpowiada: „Jestem. Ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem”.

Tolkien, jak wspomniałem, nie jest już tak bezpośredni w lokowaniu Ewangelii w swych dziełach. Czasem można pomyśleć, że jeśli udaje się odszukać jakieś analogie, to pewnie przez przypadek się tam znalazły. Że Tolkien jako zaangażowany katolik mimo woli umieszczał w swoich książkach to, czym żył. Poznając jednak szerszą twórczość autora, w tym jego listy, ale też dowiadując się, że dopracowywał swoje powieści w najmniejszych szczegółach, pozbywamy się wątpliwości, że Śródziemie też ma swoją Ewangelię, nieco inną od naszej, ale równie wyrazistą.

Zaczynając od Hobbita musimy podkreślić, że to była pierwsza powieść Tolkiena i nie wiadomo, czy planował jakiś dalszy ciąg, dopóki czytelnicy nie zachłysnęli się historią o Bilbo Bagginsie i nie zażądali kontynuacji. W samym Hobbicie, krótkiej, trzystustronicowej książce, wielkich analogii do Ewangelicznego życia trudno się doszukiwać. Dlatego na dzieło mistrza należy patrzeć szeroko, z perspektywy Władcy Pierścieni, ale i jeszcze szerzej – z perspektywy Silmarillionu. Zacznijmy jednak od Hobbita. W tej krótkiej historii rzucają się w oczy szczególnie postaci krasnoludów. Mało konkretnych, stanowiących raczej kogoś w rodzaju „ludu”, z jednym wyraźnym przywódcą, ale nie wyróżniających się między sobą. Wielu widzi w nich analogię do narodu wybranego, czyli do Izraela. Wydaje się to jasne w perspektywie posiadania wspaniałego kraju, z którego zostają wygnani, tak jak wygnany ze swej ziemi na przestrzeni wieków – i to kilkakrotnie – był Izrael. Postacią wyganiającą ich jest pożądający bogactw i władzy smok, który w Biblii jest symbolem diabła. Oczywiście w wielu innych opowieściach występują smoki, wiele z nich ma dobry charakter. Smok Tolkiena jest jednak diaboliczny, bezwzględny i zły – a żaden dobry smok się u niego nie pojawia. Oczywiście ostatecznie zostaje on pokonany dzięki poświęceniu zarówno krasnoludów, jak i ludzi, a także najmniejszego i najsłabszego: hobbita.

gandalfPrzejdźmy jednak do dalszej historii, a więc do Władcy Pierścieni. Tu Ewangelia przebija już ze wszystkich stron. Wprawdzie nie mamy jednego wyrazistego obrazu Chrystusa, jak u Lewisa, ale to, co w Ewangelii przynależy do jednej osoby, Tolkien rozpisał na trzy. I tak – przede wszystkim – hobbit Frodo, który jest „słaby w oczach świata”, wykonuje misję, która wybawia cały świat spod władzy złego. Ten zły jest – w sposób zdecydowany – obrazem Szatana w książkach Tolkiena. Drugi obraz Chrystusa to Gandalf. On jest przewodnikiem, kierownikiem, wskazuje wszystkim najlepszą, najmądrzejszą drogę. W pewnym momencie jednak staje do walki z Balrogiem, który nawet wyglądem przypominać ma znane nam wizerunki diabła. Pokonuje stwora, ale sam spada i umiera jako Gandalf Szary. Później jednak rodzi się na nowo, zmartwychwstaje przemieniony jako Gandalf Biały – jeszcze mądrzejszy i potężniejszy. Tak samo, jak Aslan w Opowieściach z Narnii. Analogicznie do Jezusa Chrystusa w naszym świecie. Nareszcie „trzeci Chrystus”, a więc prawdziwy król, Aragorn. Podobnie jak w narodzie wybranym dynastia Dawida została przerwana, a Jezus okazał się być dziedzicem tronu Dawida, tak i w Gondorze zaginął ślad po dynastii królewskiej, której ostatnim żyjącym potomkiem był Aragorn, znany jako Obieżyświat przez wzgląd na swój tułaczy tryb życia. On zaś nie tylko powraca na tron, nie obalając namiestnika (ostatnim żyjącym namiestnikiem pozostaje Faramir), lecz zaprzyjaźniając się z nim, ale też wyzwala dusze, które oczekiwały na wybawienie. Podobnie jak w naszej tradycji Chrystus „zstąpił do piekieł”, by z łona Abrahama uwolnić sprawiedliwych sprzed Jego przybycia na ziemię, tak Aragorn wstępuje między przeklętych umarłych, zawołuje ich do wierności swemu królowi i ostatecznie uwalnia ich dusze od klątwy.

Jeśli wgłębić się w strony Władcy Pierścieni, można napisać na ten temat niejedną pracę doktorską z teologii. Znam dwoje znamienitych katolickich publicystów, którzy więcej na ten temat niż ja powiedzą (Elżbieta Wiater i Wojciech Teister). Ja teraz sięgnę jeszcze głębiej, a więc do Silmarillionu. Ta powieść Tolkiena – acz mam wątpliwości, czy nazywać ją powieścią – jest czymś w rodzaju mitologii Śródziemia. Albo może Księgi Rodzaju Śródziemia. Opowiada o stworzeniu świata, o dziele stworzenia ludzi, krasnoludów, elfów, entów, orłów… I tak – przede wszystkim – Stwórca jest jeden. Zwą Go Eru lub Iluvatar i On jest Panem wszystkiego. Z miłości stwarza Valarów, zwanych niekiedy bogami (ale będącymi odpowiednikami aniołów z naszej wiary), a ci Valarowie „śpiewają” świat. Oprócz Valarów istnieją też Majarowie, pomniejsze dusze, należące do tej samej, co Valarowie rodziny Ainurów. Jednym i najbardziej nam znanym z nich jest Gandalf.

Nie będę opowiadał całej historii Śródziemia i powiązań ewangelicznych, bo nie sposób to uczynić. Dość tylko zaznaczyć, że twórczość Tolkiena jest nie tylko wspaniałą historią fantasy, ale niesie w sobie ogromne przesłanie Ewangeliczne. Pan Bóg ma bardzo wiele wspólnego z Hobbitem, bo Tolkien – prawdopodobnie w sposób bardzo świadomy – włożył do Hobbita bardzo dużo Boga. A w zestawieniu Tolkiena z Lewisem widzę wyraźne odzwierciedlenie własnej teorii fantasy: Jeśli istnieje jakikolwiek świat inny od naszego, czy to naprawdę, czy tylko w naszej wyobraźni, z pewnością został on stworzony przez tego samego Boga.

Polecam przeczytanie książek Tolkiena i Lewisa przed sięgnięciem po filmy. Trudno bowiem doszukiwać się w ekranizacjach jednego i drugiego dzieła tak wyraźnych odniesień do Ewangelii, które zawarli autorzy. Sprawa jest jeszcze bardziej podejrzana przy ekranizacji Hobbita. W sumie co to za pomysł, by trzystustronicową „broszurę” rozpisać na 9 godzin filmu? Jeśli jednak tak wiele Boga znajdziemy w powieściach, możemy także, choćby dla zwykłego porównania, obejrzeć filmy, w celu doszukiwania się w nich pierwiastków Boskich.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Aslan, kadr z filmu, ilustracja dostępna między innymi tu: http://id.wikipedia.org/wiki/Aslan
2. Gandalf i Balrog, autorstwa Flavio Hoffe, źródło (oficjalna strona autora): http://www.flaviohoffe.com/2008/11/14/teste/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Stosik

Pod wrażeniem pewnego blogu recenzującego książki postanowiłem, wzorując się na zaczerpniętym stamtąd pomyśle, utworzyć swój książkowy stosik. Stosik powstał pod wpływem tegorocznych, już opisywanych rekolekcji. W jego skład wchodzi sześć książek.

Akt Małżeński znanego i lubianego (przez niektórych) kapucyna o. Ksawerego Knotza jako jedna z dwóch książek została przez nas zakupiona podczas rekolekcji, w trakcie Dnia Wspólnoty. Tym razem jest to książka o seksie i współżyciu małżeńskim widzianym z naukowego, teologicznego i biblijnego punktu widzenia. Ksawery Knotz to bodaj najpopularniejszy katolicki autor interesujący się tematyką ludzkiej seksualności – a jego bycie zakonnikiem i celibatariuszem dodaje całej sytuacji rumieńców. Zdarzyło mi się już czytać inne, późniejsze książki autora, pisane językiem łatwym, dające wiele dobrych rad i muszę przyznać, że – mimo, iż zakonnik – świetnie zna się na podejściu do małżonków i ich zbliżeń. Ta pozycja, wydana w 2001 roku nie jest tak bezpośrednia, jak inne dzieła Knotza, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o wspominanym zagadnieniu właśnie od strony naukowej. Książka szczególnie polecana w środowisku osób interesujących się współczesnym i historycznym podejściem Kościoła do ludzkiej seksualności i zmianami w tym podejściu.

Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa to pozycja która od dawna powinna była znajdować się w naszej bibliotece. Z żalem muszę przyznać, że z tego zacnego autora dotychczas czytałem jedynie „Opowieści z Narnii”. Tymczasem Lewis zajmował się nie tylko teologią dla najmłodszych (Narnia jest, jak wiemy, przesiąknięta Bogiem), lecz w sposób łatwy i ciekawy pisał też dla starszych. „Listy…” są pozycją w przewrotny sposób ukazującą naszą, ludzką słabość i sposoby, w jakie Zły jest w stanie nas złamać, jak my się mu poddajemy. Mimo siedemdziesięciu mijających lat od pierwszego wydania książka zadziwia swoją aktualnością – choć znamy swoje słabości, nic się w nas nie zmienia. Ale dzięki tej książce może będziemy w stanie trochę lepiej zrozumieć naszą ludzką naturę i zwracać się ze swoimi słabościami do Najwyższego.

Być przydatnym zawodowo nauczycielem szkoły specjalnej napisana przez Jarosława Michalskiego leżała w koszyku z tanią książką, gdy po rekolekcjach poszliśmy na zakupy na Miodową, by uzupełnić naszą biblioteczkę po minionych już rekolekcjach, na których to seria pozycji została nam polecona. „Być przydatnym…” nie znajdowała się na tej liście, jednak cena po obniżce (3,50) i fakt, że jestem nauczycielem szkoły specjalnej i pragnę być przydatnym zawodowo sprawił, że postanowiłem książkę kupić. Nie wiem jeszcze do końca, co kryje w sobie, ale sądzę, że wkrótce się przekonam.

Parami do nieba Zbigniewa Nosowskiego jest książką, której poszukiwałem ja. Jej tytuł padł w czasie rekolekcji między wierszami, ale bardzo mnie zaciekawił. Książka jest kolejnym naukowym podejściem do kwestii dawnego i aktualnego spojrzenia na małżeństwo w Kościele – w tym przypadku konkretnie na świętość małżeńską. Autor zaznacza to, co większość ludzi od dawna widzi – że w Kościele wśród świętych najwięcej jest kapłanów i osób konsekrowanych. Małżonków ze świecą szukać, zwłaszcza takich, gdzie oboje są wyniesieni na ołtarze. A jeśli w ogóle, to zazwyczaj z innych niż godne wypełnianie obowiązków małżeńskich przyczyn, np. z powodu podjęcia decyzji o wstąpieniu do klasztorów. Nosowski zauważa, że Kościół przez wieki umniejszał rolę sakramentu małżeństwa, a współżycie w nim rzeczywiście uznawał za najwyżej konieczne do prokreacji – zakazując jakby cieszenia się z niego i czerpania przyjemności. Dziś sytuacja się zmieniła, a książka wspominana jest doskonałym źródłem wiedzy na temat postępujących zmian. W dziale poświęconym współżyciu małżeńskiemu autor poleca wspomnianą wcześniej książkę o. Ksawerego Knotza, co dodatkowo potwierdza wartość owej.

Rodzice w akcji Moniki i Marcina Gajdów to z kolei pozycja poszukiwana przez moją żonę. Podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości” oddaje całą istotę książki. Dwoje znanych małżonków opisuje w niej swoje pomysły, wielokrotnie sprawdzone, jak poprzez codzienne wychowanie i bycie z dziećmi można doprowadzić je do stanu, w którym będą samodzielnymi, radzącymi sobie w życiu i odpowiedzialnymi, wierzącymi ludźmi. Naszym, rodziców, zadaniem nie jest rozpieścić nasze potomstwo i przywiązać je do siebie, lecz w odpowiedni sposób stopniowo popuszczać linę na której dzieci się trzymają, aż wreszcie w odpowiednim momencie odciąć ją i puścić latorośl na wolność. Przy tym pozornie proste, codzienne czynności, takie jak samodzielne zasypianie, jedzenie i odrabianie prac domowych, mają wspomóc dziecko w rozwoju duchowym i doprowadzić w ostateczności do zbawienia. My sami w konsekwencji zetknięcia się z tą książką przeprawiliśmy naszego trzylatka przez strumień samodzielnego zasypiania i – ku naszemu zdziwieniu – przeszedł przez to bezboleśnie. Gajdowie podkreślają też, że aby wychować dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, musimy postawić granicę naszemu małżeństwu – w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Ta granica to obszar, do którego dzieci nie mają wstępu, a w ten obszar wchodzą np. wspólne (bez potomstwa) wakacje. Olśniewająca wydała mi się myśl, że „W Kościele istnieje sakrament małżeństwa, a nie rodziny. I o tę rzeczywistość sakramentalną mamy obowiązek dbać!”

Rytuał domowy to nareszcie coś, czego z żoną bardzo pragnęliśmy oboje, co podczas rekolekcji bardzo rozpaliło nasze wyobraźnie i nadzieje na lepszą przyszłość. Oprócz „Rytuału domowego” istnieje jeszcze „Rytuał rodzinny”, ten nam się jednak bardziej spodobał graficznie. Nie wykluczamy zakupu drugiego. Podtytuł dzieła to „Rok rodziny katolickiej”, samo zaś dzieło, zaprojektowane na kształt ksiąg liturgicznych, jest instrukcją takiego właśnie liturgicznego czy paraliturgicznego przeżycia roku, a nawet wielu lat, w gronie rodziny. Znajdziemy tu prawie wszystko: propozycje modlitw rodzinnych, przeżywania Triduum Paschalnego, Bożego Narodzenia czy innych świąt, pomysły na przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów, wspaniały rachunek sumienia itp. Podział na części związane z codzienną modlitwą, sakramentami i sakramentaliami oraz obchodami roku liturgicznego jest wyraźny i bardzo dobrze pomyślany. „Rytuał domowy” może być doskonałym źródłem sposobów i pomysłów na wprowadzenie dzieci w codzienność z Panem Bogiem. Moim zdaniem to konieczna pozycja na honorowym miejscu, na półce każdej katolickiej rodziny. Tuż obok Pisma Świętego.

Tak prezentuje się stosik. O niektórych z jego pozycji jeszcze na pewno napiszę. Niektóre tylko wspomniałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Gorąco polecam zaś uzupełnianie Waszych chrześcijańskich bibliotek także o podobne, niekoniecznie te książki. Ważne jest oczywiście również, żeby się na półkach nie kurzyły, lecz żeby były w codziennym użytku.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

O literaturze fantasy

Właściwie nie do końca. Ale niech już tej notce będzie, że nazwę ją w ten sposób. Bo tu nie chodzi tylko o samą normalną fantasy, ale również o wszelakie różne inne asortymenta które w pewien sposób nie odpowiadają obrazowi świata, czy na przykład obrażają Kościół. A tak naprawdę, w zupełności, to chodzi mi o sposób wypowiadania się na ten temat przez ludzi i ich podejście.

Słyszałem ostatnio wypowiedź jednej kobiety na temat Harry’ego Pottera. Jej zdaniem jest to literatura satanistyczna, mroczna i odwodzi czytelników od prawdy o świecie. Ta osoba nie przeczytała nigdy żadnej książki J.K.Rowling. Co więcej, widziała jedynie krótki fragment jednego z filmów. Jest za to coś, co sprawiło, że jej podejście jest takie jakie jest. Ta kobieta słucha Radia Maryja… Wszyscy wiedzą, że przeróżne audycje w tym, nie można powiedzieć że nie bardzo kontrowersyjnym radiu traktują na temat takich spraw jak Harry Potter, szkodliwość gier komputerowych i tym podobne. Niestety, audycje te kształtują podejście słuchaczy, którzy nigdy z Potterem ani z komputerem doczynienia nie mieli. Sprawa Radia Maryja (oststnio jeszcze bardziej gotująca się niż zazwyczaj) zasługuje na osobną notkę, ale tu napiszę tylko właśnie o takim wypowiadaniu się bez osobistej znajomości tego o czym się mówi.

Harry Potter to książka o młodym czarodzieju walczącym ze złym czarnoksiężnikiem. Jest o tym, jak za pomocą miłości, przyjaźni, można pokonać zło które czai się tuż obok. „Zło dobrem zwyciężaj”. Tak, owszem, dzieci latają tam na miotłach, strzelają piorunami z różdżek, a główny bohater toczy pojedynek z wrogiem na ziemi cmentarza (cóż za świętokradztwo!). Ale czy to oznacza, że magia powieści pani Rowling przyćmiewa magię miłości o której przecież – w rzeczy samej – te powieści traktują? Nie! Ale magia w naszej, chrześcijańskiej kulturze, wiąże się bezpośrednio z okultyzmem, satanizmem i takimi innymi. Dlatego niektóre źródła twierdzą, że magia występująca w HP jest bezpośrednią namową młodych ludzi do oddania się wirowi okultyzmu i wskoczeniu w ramiona szatana. I twierdzą, że należy panią Rowling wrzucić na listę ksiąg zakazanych. A co ja na to odpowiem? Magia be? Zrzucamy Harry’ego na czarną listę? Dobrze. Ale zacznijmy od tego, co dotyczy podstaw. Co już dzieci w wieku 2 lat pochłaniają (Bo Potter jest dla starszych) za pomocą swych mam i tatków. Zakażmy najpierw czytać Braci Grimm i Andersena. Kopciuszka (dynie zmieniające się w karoce), Jasia Fasoli (wielka łodyga i królestwo olbrzyma w chmurach) czy Śnieżki (o, masz, Voldemort w wersji female). Zanim zajmiemy się nowościami, sięgnijmy do podstaw.

Sięgamy. Podstawy fantasy tkwią już w kulturze starożytnych. Centaury, olbrzymi, bogowie – to wszystko mitologia wszelkiego rodzaju starożytnych plemion. Ale to dotyczy również Pisma Świętego. Bo aniołowie i diabły, które właśnie stamtąd znamy, to również częsty motyw literatury fantasy. A więc mity i legendy tworzą podstawkę pod prężnie rozwijającą się fantastykę. Aby zanegować fantasy, trzeba by najpierw zanegować całą (lub prawie całą) kulturę starożytną, od której przecież wszystko się zaczęło. A teraz przejdźmy do tego, co nazywam klasyką fantasy. Za klasyków uważam dwóch autorów: Tolkiena i Lewisa. Obaj w ogromnym stopniu czerpali właśnie z mitologii starożytnej. Z legend i wierzeń. Ale, jak wiemy, obaj byli również bardzo wierzącymi osobami. I tak Lewis w swej Narnii zamieścił niezwykle wyraźnie historię zbawienia, jako Chrystusa wstawiając Aslana, który poświęca życie za zdrajcę, a potem zmartwychwstaje. Syn Władcy Zza Morza. No i mamy też obraz Raju, czyli ląd Aslana. Tolkien już nie tak bezpośrednio uderza w dzwon wiary, ale jeśli znamy Silmarilion wiemy, że autor nie wyobraża sobie świata w którym rządzi więcej niż jeden Bóg (którego tu nazwał Eru lub Iluvatar). Co więcej – porównajmy postać Gandalfa z lewisowskim Aslanem i już mamy kolejny obraz Chrystusa – Gandalf Szary umiera by odrodzić się jako Gandalf Biały. Tak więc widzimy, że klasycy współczesnej fantastyki to osoby, które za pomocą nieziemskich sposobów i użycia magii pragnęły przekazać czytelnikom coś, co było w ich (i w każdego człowieka) życiu najważniejsze. Czy Kościół potępia Władcę Pierścieni i Opowieści z Narnii? Nie, wręcz przeciwnie, poleca je do czytania. A przecież to taka sama magia jak w Harrym Potterze.

Ale wróćmy do kłopotliwej sytuacji wypowiadania się na ten temat ludzi, którzy treści książki nie znają, a znają jedynie kilka audycji Ojca Rydzyka. Czy mogę się z nimi kłócić? Czy mogę argumentować, że J.K.Rowling nigdy nie napisała nic o żadnym bogu sprzecznym z naszym, ani nie namawiała nikogo do robienia czarnych mszy na cmentarzu? Nie mogę. Te osoby bowiem wiedzą więcej niż ja. No, może nie więcej, ale ich wiedza jest pewniejsza. No bo przecież chociaż nie przeczytali, to zatwierdził to takitoataki autorytet. To tak jakbym ja miał teraz napisać notkę w której potępiam Kod Leonarda da Vinci, choć nie znam w ogóle tej książki. Mam oczywiście zamiar ją poznać, a wtedy pewnie poznacie moją opinię na ten temat. Ale póki co spakowałem książkę do plecaka i słowa nie szepnę dopóki się nie dowiem czy to co powiedział ktoś tam ktoś tam jest prawdą czy nie.

Co do samej fantasy zaś – ja bardzo lubię. Czytam Sapkowskiego, Tolkiena, Rowling, ostatnio zaglądam do Pratchetta. Sam też tworzę coś w tym rodzaju (patrz choćby na Jasmine, moją stronę o podobnej tematyce). I to, że magia jest tam czymś normalnym a w powietrzu fruwają smoki nie oznacza, że wątpię w możliwość przekazania w ten sposób jakichś wartościowych treści. Ale jest to moje zdanie jako człowieka który to przeczytał lub czyta na bieżąco. A nie kogoś kto coś tam kiedyś usłyszał w radiu…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy