Posts Tagged With: Liturgia

Jak powinna wyglądać Wigilia Paschalna?

Już po mszy świętej Wigilii Paschalnej, pierwszej mszy świętej wielkanocnej. Poświęcono ogień i wodę, zaśpiewano uroczyste Alleluja, można na nowo cieszyć się życiem ze Zmartwychwstałym. Wróciłem wieczorem z tej najbardziej uroczystej mszy roku i postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami na temat tego, co powinno mieć miejsce – a czego często nie ma – w czasie Wigilii Paschalnej. Na początek jeszcze zaznaczę, że Wigilia Paschalna jest pierwszą mszą świętą wielkanocnej niedzieli, w związku z czym nie ma już obowiązku uczestnictwa w kolejnej mszy w ciągu dnia. Przejdźmy jednak do tych najbardziej kontrowersyjnych punktów największej z liturgii.

1. Na zewnątrz ma panować ciemność.

Podstawowym błędem bardzo często popełnianym przez kapłanów sprawujących mszę wigilijną jest fakt, że godzina rozpoczęcia nie gra dla nich roli. Zaczynają sprawowanie Wigilii Paschalnej o 18, czyli jak zwykle. Czasem o 19 – to już nieco lepiej. Rzadko kiedy spoglądają jednak do kalendarza, by dowiedzieć się o której godzinie zajdzie słońce. A to ma znaczenie, ponieważ według kościelnej tradycji, zaczerpniętej jeszcze od starożytnych Izraelitów, nowy dzień rozpoczyna się po zmroku. Skoro zaś Chrystus zmartwychwstał w nocy z soboty na niedzielę (wg rachuby Żydów już w niedzielę), to nie wolno rozpoczynać świętowania przed zachodem słońca. Jeśli komuś bardzo się spieszy, niech się zastanowi, czy warto. Jeśli tradycyjna msza pasterska w Boże Narodzenie może zaczynać się o północy, jaki jest problem z podobnym rozpoczęciem Wigilii Paschalnej? Wydaje mi się, że znam przeszkodę – są nią tzw. Rezurekcje o świcie. Ale to nie powinno być dla nikogo usprawiedliwieniem.

2. W kościele również ma panować ciemność.

Liturgia światła polega na tym, że wnoszony jest do kościoła zapalony od ogniska paschał. Kapłan wchodzi i śpiewa „Światło Chrystusa”, a lud odpowiada „Bogu niech będą dzięki”. Wówczas to wspólnota ma być pogrążona w całkowitej ciemności (ciemno na zewnątrz, ciemno w środku), a jedynym źródłem światła powinien być płomień paschału. Nie może być tak, że lektor czyta komentarz, w którym jest mowa o całkowitym mroku, a kościelny wcale nie wyłącza lamp, tylko co najwyżej przygasza je. Cały symbol i istota wnoszenia światła do świątyni przestaje istnieć.

3. Szaty liturgiczne mają być białe.

Kolor szat oddaje nastrój panujący w Kościele. Biel oznacza radość zmartwychwstania i czystość sług Bożych. Żaden inny kolor – ani złoty, ani srebrny – nie oddadzą tej czystości, która ma nam przypominać Chrystusa przemienionego na Górze Tabor, ale i przemieniającego się wobec nas.

4. Paschał ma być zrobiony z pszczelego wosku.

Paschał, który wnosi się na początku liturgii do kościoła, i który ma służyć wspólnocie przez następny rok, musi być wykonany z pszczelego, najlepiej białego wosku. Nie może być tak, że proboszcz dla wygody stosuje plastikowy zastępnik, na którym tylko przekleja cyferki, by zmienić datację tuby. Niezwykle zabawnie, ale i nieszczerze, brzmią słowa Exsultetu śpiewanego na początku mszy: „W tę noc pełną łaski przyjmij, Ojcze Święty, wieczorną ofiarę uwielbienia, którą Ci składa Kościół święty, uroczyście ofiarując przez ręce swoich sług tę świecę, owoc pracy pszczelego roju. Znamy już wymowę tej woskowej kolumny, którą na chwałę Boga zapalił jasny płomień. Chociaż dzieli się on użyczając światła, nie doznaje jednak uszczerbku, żywi się bowiem strugami wosku, który dla utworzenia tej cennej pochodni wydała pracowita pszczoła”, kiedy okazuje się, że świeca jest plastikowa…

5. Msza Wigilii Paschalnej ma być koncelebrowana.

Ogólny Wstęp do Mszału Rzymskiego, podstawowe narzędzie liturgiczne tłumaczące sposób celebrowania Eucharystii, podkreśla wyraźnie, że „Każdemu kapłanowi wolno sprawować Eucharystię pojedynczo, jednakże nie w tym samym czasie i nie w tym samym kościele lub kaplicy, gdzie odbywa się koncelebracja. W Wielki Czwartek oraz w Wigilię Paschalną nie wolno celebrować indywidualnie” (OWMR 199). W związku z powyższym nie może być tak, że – zwłaszcza przy obecności większej liczby księży w parafii – mszę świętą Wigilii Paschalnej celebruje jeden kapłan. Sam niestety byłem świadkiem sytuacji, w której wszyscy księża uczestniczą w uroczystym wejściu do kościoła, jednak potem rozchodzą się do konfesjonałów (w Wigilię Paschalną, kiedy każdy wierny powinien już dawno zadbać o czystość swojej duszy!) czy do zbierania tacy, a przy ołtarzu zostaje jeden kapłan. W Wigilię Paschalną taka sytuacja jest niedopuszczalna! Najlepiej, aby wszyscy parafialni kapłani koncelebrowali tę mszę.

6. Jezus nie wraca na noc do grobu!

Niesamowicie frustrujące jest, kiedy po zakończeniu pierwszej uroczystej wielkanocnej mszy świętej, słyszy się od kapłana słowa, że tego samego dnia i jutro od 5.00 będzie można jeszcze adorować Ciało Pana Jezusa – a potem celebrans chowa Hostię do monstrancji i odnosi ją ponownie, do grobu Pańskiego. Zdarzyło mi się słyszeć z ust kapłana słowa: „Zaśpiewaliśmy uroczyste Alleluja, ale Jezus pozostaje jeszcze w grobie do Rezurekcji. Zapraszamy na mszę świętą o szóstej rano”. To wierutna bzdura! Msza Wigilii Paschalnej jest pierwszą mszą niedzielną i pierwszą mszą zmartwychwstania. Po tym wydarzeniu Chrystus jest już zmartwychwstały, nie kładzie się jeszcze do grobu na parę godzin drzemki. Nie adoruje się Go w grobie, bo „taka jest tradycja”. Tradycja w tym wypadu jest zła. A Chrystusa adorujemy – owszem – ale zmartwychwstałego!

7. Nie ma obowiązku zrywania się bladym świtem.

Tak naprawdę nie ma obowiązku zrywania się w ogóle. Właśnie dlatego, że msza święta Wigilii Paschalnej jest już mszą niedzielną – i kto weźmie w niej udział, obowiązek uczestnictwa we mszy w Wielkanoc ma już zaliczony. Kolejną frustrującą rzeczą jest przyspieszanie i skracanie Wigilii Paschalnej, by móc się zerwać z łóżka i popędzić na Rezurekcje. Owszem, można to zrobić, a tradycja uczestnictwa w kolejnej mszy świętej jest akurat naprawdę chwalebna. Jednak nie ma takiego obowiązku, a już na pewno nie ma sensu przymuszać kogokolwiek, by wstawał z samego rana, tym samym przykładając mniejszą wagę do tej najważniejszej Eucharystii.

Oczywiście liturgia Wigilii Paschalnej składa się jeszcze z wielu innych elementów (np. z dużej liczby czytań). To są jednak te rzeczy, które przykuły moją największą uwagę, ponieważ bardzo łatwo, w pewnej nieświadomości, popełnić w tych przypadkach szereg błędów. Co naprawdę często możemy obserwować w naszych parafiach. Wam jednak życzę jak najlepszego przeżywania liturgii wielkanocnych i radosnych świąt Wielkanocy, czyli zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację przedstawiającą liturgię Wigilii Paschalnej za: http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?s=opoka&id=37167

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wigilia Paschalna, a nie Rezurekcje!

Wielkanoc jest najważniejszym świętem chrześcijaństwa, choć najstarsi górale mogliby powiedzieć, że chodzi jednak o Boże Narodzenie. Jednak to nie Boże Narodzenie obchodzi się w Kościele praktycznie od zawsze i to nie narodziny Jezusa są bezpośrednią przyczyną naszego zbawienia, lecz właśnie Jego śmierć i zmartwychwstanie. Świętując Boże Narodzenie radujemy się ze zstąpienia Słowa Bożego na Ziemię, jednak to świętując Wielkanoc płaczemy nad śmiercią Słowa w znaczeniu ludzkim i przeżywamy zmartwychwstanie i wybawienie dusz, które są bezpośrednimi celami całego tego Boskiego spektaklu.

W tradycji polskiej przyjęło się, że najważniejszą mszą w najważniejszym święcie są Rezurekcje (lub Rezurekcja – prawidłowo). Rezurekcja zaczyna się rano, bladym świtem, najlepiej jeszcze przed wschodem słońca lub równo z nim. Ludzie przychodzą na nią świeżo wybudzeni, zaspani, trzeźwi ich poranny chłód. W związku z koniecznością porannego wstawania mszę świętą w Wigilię Paschalną odprawia się wcześnie, opornie i w pośpiechu, żeby ludzie zdążyli się wyspać. Żeby wyspać się zdążył ksiądz.

W tym myśleniu jest błąd. W całym bowiem Kościele katolickim to msza święta Wigilii Paschalnej jest najważniejszym ze wszystkich punktów kalendarza liturgicznego. Nie jest to msza w Wielką Sobotę, lecz już pierwsza msza Niedzieli Wielkanocnej, już pierwsza msza po zmartwychwstaniu. Poważnym naruszeniem liturgicznym jest, z jakiegokolwiek powodu, celebrowanie tej mszy przed zmrokiem. Wigilia Paschalna musi się bowiem zaczynać już w nocy, to jest po zachodzie słońca. Tak też oto nie odprawia się mszy ani w Wielki Piątek, ani w Wielką Sobotę, msza Wigilii jest już bowiem mszą Niedzieli Zmartwychwstania, choć data zdaje się mówić co innego.

Rozwiązaniem tego dylematu jest kalendarz Żydów. Pewnie nieraz zdarzyło Wam się zetknąć z informacją, że Pan Jezus leżał w grobie 3 dni, tak jak Jonasz w rybie. Z czystej matematyki wychodzi jednak, że leżał w grobie jeden dzień z hakiem, a ten hak był mały. Zmarł w piątek popołudniu. W niedzielę o świcie już Go w grobie nie było. Czysty rachunek: Jezus nie żył przez dzień do półtora. Skąd więc trzy? Należy sobie przypomnieć, że Żydzi północy nie uważali za linię graniczną kolejnych dób. Nowy dzień zaczynał się ze zmrokiem, wówczas też kończył się poprzedni. Otóż Jezus zmarł i został pochowany w ostatnich godzinach przed piątkowym zachodem słońca. Grzebano Go w popłochu, żeby zdążyć przed szabatem (sobotą), w którą dodatkowo wypadała Pascha (najważniejsze żydowskie święto). Tak więc Jezus leżał w grobie w piątek. Potem była sobota, szabat i Pascha, aż słońce nie zaszło ponownie. Dziewczęta z wonnościami zbliżyły się do grobu w niedzielę około świtania, ale Jezusa już tam nie było. Zmartwychwstał więc w nocy – a cała noc to była już niedziela, jak mówią najstarsi Żydzi. Tak więc Jezus leżał w grobie również w sobotę (całą) i w niedzielę (kawałek). A więc: trzy dni leżał w grobie. To mi się skojarzyło, żeby odbiec od tematu, ze Staszkiem, który zdaniem Mamusi Cytrynny jest już czterolatkiem, choć skończył dopiero rok.

Stąd też zasada działająca w Kościele, że ostatnia msza w sobotę jest już odprawiana z formularza niedzieli, ponieważ liczy się jako niedzielna. Stąd też, bez wyjątku w tej kwestii, msza święta w Wigilię Paschalną (a więc po Wielkiej Sobocie) jest już mszą Zmartwychwstania. Musi się jedynie zaczynać po zmierzchu, bo według tradycji żydowskiej po zmierzchu jest już niedziela, a Pan Jezus zmartwychwstał po zmierzchu, acz przed świtem, a o której – tego nie wiedzą ani najstarsi Żydzi, ani najstarsi górale.

Msza święta Wigilii Paschalnej jest więc najważniejszym momentem całego roku liturgicznego – odbywa się około momentu faktycznego powstania Pana z grobu tych kilka tysięcy lat wcześniej. Same Rezurekcje nie są jednak również celebrowane bezpodstawnie. Msza święta o świcie związana jest z momentem, w którym kobiety przyszły do grobu i nie zastały tam Jezusa. Nie jest to więc tradycja, którą należy za wszelką cenę wytępić i odrzucić. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że to nie jest pierwsza, lecz już druga msza Niedzieli Zmartwychwstania. Że po Wigilii nie wsadzamy Jezusa do grobu jeszcze na kilka godzin i że nie wyciągamy Go procesyjnie jeszcze raz. Że alleluja uroczyście już rozbrzmiało. Jeśli chcemy, wstańmy o świcie na Rezurekcje, ale pamiętajmy że prawdziwa Rezurekcja, czyli Zmartwychwstanie, odbyło się w nocy.

Są też tacy, którzy uważają, że najważniejszym momentem w roku liturgicznym jest święconka. Pozwólcie, że powiem tylko: nie, nie jest. Bez święconki całe święta będą równie ważne. Pójdźmy do kościoła w sobotę wieczorem, a nie tylko w sobotę przed południem.

Wszystkim Wam życzę prawdziwej radości z Chrystusowego Zmartwychwstania! Alleluja!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

Mały post

Otrzymałem ostatnio prośbę o napisanie wpisu na temat postu eucharystycznego, przy okazji dostając serię różnych dotyczących go pytań. Choć sam nie znam się bardzo w tym temacie i, niestety, czasem naginam obowiązujący post, to postanowiłem podjąć temat, na razie bardzo oględnie i pokrótce, w oparciu tylko o dwa dokumenty Kościoła, którymi przeciętny teolog posługuje się najczęściej, czyli o Katechizm Kościoła Katolickiego i Kodeks Prawa Kanonicznego.

W Katechizmie na temat postu zbyt wiele napisane nie zostało. Punkt 1387 mówi, że „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowują ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna wyrażać szacunek, powagę i radość tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem”. Aby zrozumieć, jaki to post ustanowił Kościół, zostajemy skierowani do Kodeksu, do kanonu 919. Wskazany kanon zaś głosi w paragrafie pierwszym co następuje: „§ 1. Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii świętej powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa„. Zrozumiałe jest więc, że Kościół wymaga od swoich wiernych przygotowania do przyjęcia Chrystusa, otwarcia się na Jego łaskę. Godzinny post przed Komunią jest w tym wypadku raczej symbolem tego przygotowania, niewiele bowiem wnosi sam z siebie – niewiele osób odczuje fizyczny głód na godzinę po spożyciu ostatniego kęsa, istnieje raczej potrzeba wzbudzenia w sobie duchowego głodu Eucharystii. Przed Soborem Watykańskim II sytuacja wyglądała inaczej, post eucharystyczny był mniej symboliczny, głód zaś lepiej odczuwalny. Post obowiązywał od północy, co oznaczało, że do momentu przyjęcia Chrystusa nie wolno było jeść żadnego posiłku. Wydaje się to istną torturą, ale tak naprawdę nie było takie złe, gdy pomyśli się o okolicznościach. Otóż przed soborem normą było, że w niedzielę odbywała się tylko jedna Msza święta i było to zawsze rano. Dlatego tak naprawdę człowiek wstawał rano, szykował się odświętnie i szedł do kościoła na czczo, ale nie musiał omijać obiadu czy kolacji, bo wieczornych mszy nie było. Mimo tego z pewnością i tak czuł głód, co miało pomóc mu zatęsknić za Panem. To oczywiście wiązało się też z bardzo cielesnym i dotykalnym poczuciem sacrum – Jezus nie powinien kłócić się o miejsce w żołądku z szynką czy chlebem powszednim. Dziś widzimy to dużo bardziej łagodnie i dlatego post również został załagodzony. Tak jak wspomniałem, ma on bardziej symboliczne znaczenie. Można jak widać tak czy inaczej pić czystą wodę – bo komuś może być z oczywistych względów sucho w gardle – i zażywać lekarstwa.

Znajoma zadająca pytania drąży temat dalej – i słusznie. Zadaje pytania, na które w tej kwestii postaram się odpowiedzieć. Warto bowiem uściślić wszystkie sprawy, żeby nie nastąpiła obawa grzechu. Pierwsze pytanie brzmi: „Co w skrajnych przypadkach, jak na przykład cukrzyca? Dla cukrzyka lekiem jest cukier. Albo dla takiego (…), który wykrył u siebie wrzody i je co godzinę, to nawet bigos jest lekiem„. Na to pytanie odpowiedź, na całe szczęście, przynosi nam ten sam kanon w Kodeksie Prawa Kanonicznego, paragraf trzeci: „§ 3. Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej„. Rozumiemy więc, że osób starszych i chorych, a nawet ich opiekunów, post eucharystyczny nie musi obowiązywać. Oczywiście pytaniem, na które ja odpowiedzieć nie potrafię, pozostaje co to znaczy być „złożonym chorobą”? Czy chodzi o osoby, które leżą w łóżku i nie mogą się podnieść? Czy wystarczy mieć cukrzycę albo wrzody i musieć spożywać posiłki częściej niż regularnie? Czy w tej sytuacji żona owrzodzonego, która jest poniekąd jego opiekunką w chorobie, też może coś spożyć przed przyjęciem Komunii? I czy pojawiający się w związku z niespożyciem posiłku stan lękowy jest już powodem dla zaniechania postu? Sądzę, że takie dylematy powinien dla każdego indywidualnie rozsądzać spowiednik i do niego należy się z tymi pytaniami zgłosić.

Pytanie kolejne: „Czy chodzi o pełną godzinę, czy np. 58 minut jest ok?” Tak, raczej chodzi o pełną godzinę, a więc 60 minut. Oczywiście ja nie zalecam skrupulanctwa i zerkania co minutę na zegarek, celowania w końcówkę kolejki do Komunii, żeby się zmieścić w czasie. Podobne pytanie następuje później: „Gdy idę na Msze zakładając że Eucharystia nastąpi po 45 minutach, a ksiądz nie powie kazania i skróci, to co mam robić?” Przede wszystkim sądzę, że należy zawczasu lepiej się przygotować. Kodeks Prawa Kanonicznego nie mówi przecież, że powinniśmy się powstrzymać od pokarmów „dokładnie na godzinę przed przyjęciem Komunii”, lecz „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii”. To oznacza, że półtorej godziny też jest dobrze, a nawet lepiej. Co to oznacza w praktyce? Np. idziemy do kościoła na 11.30, więc zjedzmy śniadanie o 9.00. Skończymy o 9.30, mamy dwie godziny. Właściwie posiłek powinien wypadać co trzy („Racjonalne żywienie, pięć posiłków dziennie”), więc w większości przypadków nie powinno być problemu. Nie licząc oczywiście sytuacji, że zjadło się śniadanie, a przed mszą się jest oj tak strasznie głodnym, bo ma się świadomość postu. Wtedy należałoby się raczej wstrzymać i pokonać pokusę. Oczywiście byłbym bezdusznym ruralistą, gdybym powiedział, że nie można robić wyjątków. Przyjmowanie Komunii bez zachowania postu nie podchodzi pod grzech ciężki. W przypadkach zaniedbania z pewnością można mówić o lekkim grzechu, ale, w moim przekonaniu, z przyjmowania Chrystusa rezygnować nie należy, jeśli wzbudzamy w sobie żal i właściwą intencję (np. postu „duchowego”, czyli dobrego wewnętrznego przygotowania mimo braków zewnętrznych). Nie należy więc zakładać, że Komunia, także w niedzielę, będzie 45 po, ale jeśli się wcześniej nie wyrobimy ze zjedzeniem, to może należałoby przymknąć na to oko. Podobnie się ma sprawa w kwestii kilku innych pytań: „Inny skrajny przykład – obiad w stołówce na wakacjach podają o 13:20, a na 14 jest jedyna Msza w okolicy. Inny skrajny przykład – ksiądz w szpitalu przychodzi znienacka, akurat po śniadaniu (…). Albo gdy ktoś się zapomni i łyknie herbaty, a pójście na inną Mszę byłoby niemożliwe lub bardzo utrudnione…” W każdym z tych przypadków potraktowałbym sytuację jako niezawinioną (grzech jest wtedy, kiedy jest wina, tu nie ma jej), jak w przypadku z księdzem w szpitalu albo z obiadem na wakacjach, albo lekko zawinioną (grzech zaniedbania) w przypadku herbaty i nie rezygnowałbym z przyjęcia Komunii. Pada też pytanie o pana powożącego bryczką: „Albo gdy jedzie ktoś bryczką z daleka i powozi, to nie może zjeść, a dojechawszy już zjeść musi a może i chlapnąć na rozgrzewkę, bo zmarzł„. Wchodzimy w coraz bardziej szczegółowe historie, jednak i w tym przypadku niezachowanie postu eucharystycznego byłoby uzasadnione, pod warunkiem, że pan w bryczce chlapnie sobie herbatkę na rozgrzanie, a nie coś mocniejszego. W przypadku „popijania” alkoholu przed mszą odpuściłbym sobie w ogóle wędrówkę do kościoła, bo to niestety podchodzi już pod lekceważenie Chrystusa i Eucharystii.

Post eucharystyczny rzecz jasna nie dotyczy też osób, które o nim nie wiedziały. Ja sam miałem braki w wiedzy w tych kwestiach przez długi czas, a miałem kolegę, który dowiedział się dopiero będąc w seminarium. Aby był grzech, musi być świadomość. Bez świadomości nie ma grzechu, nie obowiązuje też post. Dalej zaś znajoma pisze, nie ustępując: „Gdzieś pokątnie słyszeliśmy tez o poście poeucharystycznym o długości 15 minut. Nigdzie nie znaleźliśmy potwierdzenia tego. Z jednej strony kwadrans to wychodzi naturalnie, bo zanim Msza się skończy i pójdzie się gdzieś… Ale z drugiej to kapucyni oferują kawę od razu po Mszy, a chyba wiedzą co robią?” Nie ma żadnego oficjalnego postu poeucharystycznego. Koniec odpowiedzi na to pytanie. Można sobie wypić kawkę zaraz po Mszy, bo na Mszy to jednak nie wypada… Co zaś dotyczy wymiotów związanych np. z ciążą lub migreną – a takie pytanie też padło – albo i z jakimś zatruciem pokarmowym, to – na ile się orientuję – nie stanowi to problemu natury etycznej. Ciało Chrystusa raz spożyte pozostaje spożytym. Nie możemy patrzeć na Nie czysto materialnie, jak się trawi, jak długo, jak schodzi do jelit i stamtąd jest dystrybuowane po całym organizmie. Jak wreszcie Jego część zostaje wydalona w ramach resztek przemiany materii… To co piszę jest ohydne, ale obrazuje, że choć Ciało Chrystusa oparte jest na materii, to owa materia nie jest Jego istotą. Jeśli zwymiotujemy po spożyciu, możemy raczej zakładać, że sam Chrystus „się wchłonął”, choć materia – ten kawałek chlebka – z nas uszedł. Mam nadzieję, że moje rozumowanie jest zrozumiałe.

Na ostatnie wreszcie pytanie odpowiedź znajduje się w środkowym paragrafie wspomnianego już kanonu Kodeksu Prawa Kanonicznego. Pytanie brzmi: „Albo taki ksiądz na wsi, co odprawia trzy Msze pod rząd a na każdej sam spożywa Komunię, a chyba nie ma interwału w jedzeniu przez pół dnia?” Paragraf drugi kanonu 919 brzmi zaś: „§ 2. Kapłan, który tego samego dnia sprawuje dwa lub trzy razy Najświętszą Eucharystię, może przed drugim lub trzecim sprawowaniem coś spożyć, chociażby nie zachodziła przerwa jednej godziny„. Można więc wyraźnie zauważyć, że ksiądz ma obowiązek dochować postu tylko przed pierwszą mszą w ciągu dnia. Podkreślić też należy, że choć kapłan może przystąpić do Komunii więcej razy, my, zwykli śmiertelnicy mamy do tego prawo tylko dwa razy w ciągu dnia, pod warunkiem, że za drugim razem odbędzie się to podczas pełnej Mszy świętej.

Oto i cała odpowiedź o post eucharystyczny. Grzech przy złamaniu go nie należy do wielkich, chyba że robimy to specjalnie albo ze względu na nasze obżarstwo nie potrafimy się powstrzymać przez godzinę. Kwestie sporne (np. obłożną chorobę) powinien rozstrzygać spowiednik, dla każdego przypadku indywidualnie. Na koniec zaś przypomnę jeszcze, że najdawniejsza tradycja chrześcijańska nie zakładała jakiegokolwiek postu eucharystycznego, choć czczono Ciało Chrystusa od początku. Pierwsi chrześcijanie bowiem, na wzór samego Chrystusa, spotykali się na ucztach, na których również łamano Chleb – czyli Jego Ciało. Chrystus zaś dokonał przeistoczenia podczas wieczerzy paschalnej, tradycyjnej żydowskiej kolacji, podczas której jadło się i piło do rozpuku. Jezus akurat nie odpuścił tej chlubnej tradycji tylko po to, by podkreślić szacunek do własnego Ciała. Ono i tak było szanowane. Wtedy tylko ten szacunek inaczej wyrażano. Czczono Jezusa w Chlebie, w czasie uczty, bez postu eucharystycznego, Komunię przyjmowano do ręki i pito Wino jako Krew z jednego kielicha.

O tempora, o mores!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Czy do rączki, czy do buzi?

No dobrze, już koniec z tymi skojarzeniami, bo sprawa dotyczy niezwykle poważnej materii, a nawet najpoważniejszej: Eucharystii. Dokładniej zaś sposobów przyjmowania Komunii Świętej i związanych z tym kontrowersji.

Wiele głosów zdarza mi się słyszeć, które uznają za dopuszczalne jedynie przyjmowanie Ciała Chrystusa bezpośrednio do ust i to w pozycji klęczącej. Strona na Facebooku, którą polubiłem i odlubiłem po jakimś czasie, zwąca się Katolicki Leming (wymieniająca przywary tegoż) podkreśla np. że katolicki leming przyjmuje Komunię tylko na rękę (ergo – wynika to z niewiedzy, przynależności do Kościoła otwartego i należy do wielkomiejskiej nowomody). Linkowany u mnie blog W obronie wiary i tradycji w jednym z wpisów również zawarł apologię przyjmowania Ciała Pana na klęcząco i do ust, utożsamiając przyjmowanie na dłoń z rosnącą ilością profanacji Najświętszego Sakramentu. Wreszcie Szymon Hołownia (również przez Leminga krytykowany) spotkał się ostatnio z agresją środowisk tradycjonalistycznych w postaci kilku starszych pań, które bardzo ostro skrytykowały go za przyjmowanie Eucharystii na dłoń.

Zanim wypowiem się, jakie jest moje zdanie na ten temat, zaznaczę jakie są wytyczne episkopatów na temat przyjmowania Eucharystii. Otóż Sobór Watykański II mający miejsce w latach 60′ XX wieku rozpoczął wkraczanie w praktykę przyjmowania Eucharystii do ręki. W 2004 roku zaś wyszła instrukcja watykańska „Redemptionis Sacramentum” zezwalająca na przyjmowanie Komunii wg uznania do ust, lub na dłoń, jeśli zezwala na to lokalny episkopat. To spowodowało, że w 2005 roku archidiecezja Warszawska dopuściła tę możliwość, kilka miesięcy później zaś Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła tę możliwość w całej Polsce. Nie jest to zalecenie, lecz zgoda, pozwolenie: „w Polsce Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś poprosi, gestem wyciągniętej dłoni, o Komunię św. na rękę, należy mu Jej w taki sposób udzielić”. Wszelkie kontrowersje mogą wynikać więc z tego, że nie podkreślono tu równoważności przyjmowania Komunii na dłoń i do ust, lecz ukazano, że tradycyjnie Polacy przyjmują do ust, a warunkowo wyraża się zgodę na dłonie (choć bez stawiania konkretnych warunków, kto chce, ten ma prawo). Początkowo mówiło się, że to udogodnienie ma pomóc głównie obcokrajowcom, przyzwyczajonym do takiego przyjmowania Komunii, odnaleźć się w polskim Kościele. Dziś jednak wiele osób korzysta z radością z tego przywileju, choć Katolicki Leming ma podstawę by nabijać się z biorących na dłoń „lemingów”.

A co ja na to? Osobiście jestem, niestety dla niektórych, bardzo zatwardziałym tradycjonalistą. Jestem za odnową liturgii tak, by wyglądała tak, jak dawniej. Jestem też przeciwnikiem tzw. Kościoła otwartego (głoszącego np. dostęp do sakramentów dla rozwodników ponownie związanych z inną osobą). Chcę, wręcz pożądam, powrotu do źródeł. A na początku przyjmowano Eucharystię do ręki. I wszyscy pili z jednego kielicha…

Mówię tu o pierwszej znanej Eucharystii, którą celebrował ze swymi Apostołami sam Jezus Chrystus i która była przedłużeniem żydowskiej celebracji paschalnej. Chleb, który Jezus nazwał swym Ciałem był chlebem, który zwyczajowo dzieliło się w czasie Paschy między domowników. Podobnie było z unoszonym przez pana domu kielichem błogosławieństwa, który wędrował wokół stołu. Apostołowie spożyli Ciało Chrystusa podane im do dłoni (i nawet prawdopodobnie Pan Jezus nie patrzył z lękiem, czy coś się przypadkiem nie ukruszy) i wypili Krew z czegoś, co potomni nazwali Świętym Graalem. Później było podobnie: chrześcijanie zbierali się w domach na czytaniu Pism i łamaniu chleba. Łamanie Chleba było pierwszą nazwą Eucharystii i zdecydowanie traktowano je jako swego rodzaju ucztę dziękczynną. Domownicy spożywali Chleb, biorąc Go do dłoni. Jeszcze w IV wieku Cyryl Jerozolimski mówił: „Przystępując do ołtarza, nie wyciągaj gładko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw lewą dłoń pod prawą niby tron, gdyż masz przyjąć króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz »Amen«”. Lewa dłoń ułożona na prawą jest dziś wytyczną, tak, by móc prawą podnieść Komunię i włożyć sobie samemu do ust. Symbolika tronu wciąż obowiązuje.

Jakiś czas później wszystko zaczęło się sakralizować – tj. pojawiało się sacrum i misterium, ale znikało ludzkie spojrzenie i zrozumienie. Komunię zaczęto przyjmować tylko do ust, tylko w niedzielę, tylko w postaci Ciała Chrystusa i tylko w wyjątkowych sytuacjach. A, jasne, jeszcze tylko po łacinie. Święta Teresa bodajże musiała pisać prośbę do biskupa, by pozwolił jej przyjmować Eucharystię w inny dzień poza niedzielą. Ta sytuacja się ukonstytuowała, msza przestała być zrozumiała, a Ciało Chrystusa osiągnęło taki poziom Sacrum, że momentami w ogóle nie wypadało Go spożywać – należało tylko na Nie patrzeć i adorować. Trydent mocno to utwierdził i aż do Soboru Watykańskiego II sprawy wyglądały podobnie. Co zmienił Sobór Watykański II? Odnowił liturgię tak, by powoli wracała do stanu pierwotnego, do źródeł. Tzw. tradycjonaliści mylą się, że msza powinna był odprawiana po łacinie. Pierwszymi językami Kościoła były bowiem grecki i aramejski – i to też tylko dlatego, że były wówczas językami ojczystymi. Nie było twardego (a dziś martwego) języka Kościoła. Ludzie modlili się tak, jak mówili na co dzień. Mylą się też tzw. tradycjonaliści, że Komunia powinna trafiać prosto do ust i tylko pod jedną postacią. Bo pierwotnie wcale tak nie było. Tradycjonalistami tak naprawdę są ci, którzy opowiadają się za powrotem do źródeł liturgii, czyli do czasów Jezusa Chrystusa i Jego Apostołów. Dlatego też choć we wspólnocie Neokatechumenatu czułem się fatalnie, to uwielbiałem ich Mszę. Siedzieliśmy wokół ołtarza, słuchaliśmy Słowa, potem następowała konsekracja prawdziwego, dużego chleba przaśnego (trochę przypominał spód od pizzy) i wielkiego kielicha, każdy dostawał po kawałku Ciała Chrystusa i czekając, aż wszyscy bracia zostaną obdarowani, adorował Chrystusa leżącego na jego dłoni. Potem wszyscy spożywali Eucharystię (trzeba było kilka razy ugryźć, nim wciągnęło się całość). Potem zaś piliśmy z jednego kielicha, wcale nie symboliczne łyczki.

Wielkim darem było dla mnie przeżycie podobnej sytuacji podczas tegorocznych rekolekcji. Ksiądz najpierw wyjaśnił nam symbolikę i przekaz, następnie udzielił nam Eucharystii na dłoń (był to podzielony bardzo duży komunikant) i dał nam Krwi Chrystusa z dużego neokatechumenalnego kielicha. Przeżycie nieopisywalne i nieporównywalne z niczym. Choć co niedzielę w kościele przyjmuję Komunię do ust pod jedną postacią i choć zawsze pozostaje Ona ważna, to sama przyjemność z dotknięcia Chrystusa i spożycia Jego Krwi jest warta zachodu.

Co do profanacji zaś, nie ma dowodów, że Ciało Chrystusa przyklejane pod ławką lub spuszczane w toalecie, albo popijane tanim winem jest tym, które przyjęto na dłoń. Każdy może przyjąć Eucharystię do ust, odejść kawałek i wyjąć Ją celem dalszych eksperymentów. To nie jest wina tego, co nazywają liberalizacją liturgii.

Podczas pisania wykorzystałem artykuł: http://adonai.pl/sakramenty/eucharystia/?id=16

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jestem głupi i bardzo tego żałuję

Kiedy jeszcze przebywałem w Seminarium zwykłem, wchodząc czy wychodząc z kaplicy, wykonywać bardzo szeroki znak krzyża i klękać, skłaniając się do ziemi. Wyraz szacunku do Boga, który wówczas miałem chyba aż do przesady. Po jednej z modlitw wieczornych albo porannych, a może w ciągu dnia, podszedł do mnie starszy serdeczny kolega i z uśmiechem zagadał: „Zauważyłeś jak niektórzy żegnają się w ten sposób?” – to mówiąc dotknął najpierw dłonią czoła, następnie zaś kilkakrotnie uderzył się w piersi. Odwzajemniłem uśmiech przytakując. „Wiesz co to oznacza?” – ciągnął kolega. Ponieważ nie wiedziałem, wytłumaczył: „Jestem głupi i bardzo tego żałuję”.

Jeśli szukasz informacji o tym, czy należy żegnać się podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, zapraszam do wpisu poświęconego temu zagadnieniu: „Wszyscy jesteśmy jajkami”.

Po latach przypomniała mi się ta sytuacja, gdy znajomy kapłan poprosił mnie o napisanie notki o znaku krzyża. Co jakiś czas zresztą mi się przypomina, ponieważ niejednokrotnie widuję ludzi żegnających się we wspomniany sposób. Kolejny przejaw nieznajomości podstaw liturgiki i jakiegoś ludowego przyzwyczajenia. Tym czasem znak krzyża jest dla nas symbolem i pamiątką męki Pana Jezusa, Jego zbawczego działania i odkupienia. Znak krzyża został w liturgii połączony z wezwaniem, które Jezus skierował do uczniów: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Prawidłowo rękę kieruje się najpierw na czoło, mówiąc „W imię Ojca”, następnie na pierś: „i Syna”, potem kolejno na lewe i prawe ramię: „i Ducha Świętego”. Dodaje się na koniec „Amen”, składając dłonie. Wszelkie inne wariacje na temat znaku krzyża są nieprawidłowe.

Niestety, jeśli chodzi o znak krzyża często dochodzi także do nadużyć. W czasie mszy świętej należy się bowiem przeżegnać dwa do trzech razy. Na początku mszy, kiedy ksiądz wita wiernych słowami „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, dopowiada się wówczas „Amen”. Na koniec, gdy ksiądz błogosławi słowami: „Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty”, również odpowiada się „Amen”. Na pokropienie, kiedy występuje zamiast aktu pokuty, wówczas kapłan nic nie mówi, a my nic nie dopowiadamy. Nie żegnamy się nigdy na „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”, skłaniamy jedynie głowę. Częsty błąd. Nie żegnamy się na żadne błogosławieństwa nieludzi (tj. soli, jajek, tornistrów szkolnych, krzyżyków, medalików i czego tam jeszcze). Bardzo częsty błąd. Nie żegnamy się absolutnie kiedy ksiądz udziela sakramentu chrztu, mówiąc np. „Hieronimie Atanazy, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Nie dopowiadamy też „Amen”, ponieważ Jezus nie nakazał chrzcić „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen”. Nieprawidłowe jest również żegnanie się przy wstawaniu z postawy klęczącej oraz w trakcie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem czy przed ołtarzem. Wszystkie te błędy widzę wielokrotnie u wielu osób i zawsze żałuję, że podczas mszy świętej nie prowadzi się żadnej szkoły liturgii, choćby najkrótszej, ze zwróceniem uwagi na podstawowe postawy czy gesty.

Prywatnie można się żegnać częściej, na rozpoczęcie i zakończenie modlitwy, na rozpoczęcie czy zakończenie podróży, jako akt strzelisty w trudnym i mniej trudnym momencie życia, przechodząc przed kościołem itp. Dajemy w ten sposób świadectwo, że wierzymy i że Bóg jest w naszym życiu ważny. Uważajmy jednak na pewne bałwochwalcze praktyki, tak typowe dla naszego polskiego społeczeństwa. Mam mianowicie na myśli przypadki, gdy obok kościoła stoi pomnik Jana Pawła II. Wiele osób wykonuje znak krzyża przed tym pomnikiem, sam kościół z zamieszkałym w tabernakulum Chrystusem omijając jakby bez zwrócenia nań uwagi. Szacunek dla 262 papieża jest oczywiście czymś właściwym (właściwszym jest zaś szacunek dla 263, czyli aktualnego papieża), ale zdecydowanie nie należy się mu szacunek wyższy od tego, który należy dać samemu Chrystusowi. To Jezus jest Panem, a nie Jan Paweł II. Nie wolno nam o tym zapominać.

Na koniec jeszcze dwa słowa o małym znaku krzyża. Czyni się go przed przeczytaniem przez kapłana Ewangelii, gdy mówi on „Słowa Ewangelii według św…”. Mały znak krzyża wykonujemy kciukiem prawej dłoni najpierw na czole, potem na ustach, a wreszcie na piersi. Ma to oznaczać, że od tej pory będę myślał o tym, co usłyszę, mówił o tym, co usłyszę i żył tym, co usłyszę. Mały znak krzyża można wykonać też prywatnie, np. na czole współmałżonka, dziecka czy innej osoby, którą chcemy osobiście pobłogosławić. Albo np. na chlebie przed przełamaniem go.

Pamiętajmy więc, że znak krzyża należy wykonywać z bezwzględnym szacunkiem i dokładnością, składamy bowiem w ten sposób hołd naszemu Zbawicielowi i Panu – Jezusowi Chrystusowi. Nie udawajmy głupich. A nawet jeśli jesteśmy głupi i tego żałujemy, nie obwieszczajmy tego całemu Kościołowi zapominając o poszanowaniu krzyża Chrystusowego.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 23 Komentarze

Pan Jezus poszedł do więzienia

Dziś już Wielki Piątek, wczoraj Wielki Czwartek. Choć mam tendencje do rozpisywania się nad suchą teologią czy problemami społecznymi, zaś z rzadka i z trudem przychodzi mi pisać o sprawach związanych z duchowością, w okresie wielkanocnym i przedwielkanocnym aż szkoda nie spróbować się wysilić. Zwłaszcza że teologia teologią, ale bez wiary pozostaje tylko suchą wiedzą. Na tematy fantasy.

Nie przygotowałem się do tej Wielkanocy przesadnie. Byłem u spowiedzi i odbyłem rekolekcje, ale trochę na odczepnego. Gdyby nie to, że trzeba było pójść na rekolekcje z uczniami w roli nauczyciela-opiekuna, pewnie w ogóle by mnie w tym roku ominęły. Nie, nie jestem suchym teologiem bez oparcia na Bogu. Jednak moja gorliwość zdecydowanie pozostawia wiele do życzenia.

Niemniej jednak w uroczystościach Triduum Paschalnego uczestniczyć uwielbiam. Przez tych kilka dni w roku warto wywędrować na parę godzin do kościoła, przeżyć te nietypowe obrzędy i wczuć się w całe misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Poszedłem więc z moim synem na 19 na liturgię Wielkiego Czwartku. Dziewczyny zostały asekuracyjnie w domu, na wypadek gdyby Mała zachciała jeść w trakcie nabożeństwa. Syn dość szybko usnął i przespał swoje, jak to miewa ostatnio w zwyczaju podczas pobytu w kościele. Jednak kazanie okazało się być tak niemożebnie długie, że zdążył się rozbudzić przed tacą. A potem – ku mojemu zdziwieniu – wczuł się w przebieg liturgii. Najbardziej zainteresowały go kołatki. O tyle, że były głośne, stukały i nie pozwalały mu ponownie oddać się w objęcia Morfeusza (Zamiast tego musiał oddawać się w ramiona Trinity – Trójcy Świętej. Oj, coś mi to wszystko zalatuje jakimś Neo… neopogaństwem? Może raczej neokatechumenatem… A idź ty z tą grą słów!). Ale później dopiero popadł w zadumę. Dokładnie w momencie, gdy księża wyprowadzili Ciało Chrystusa z górnego do dolnego kościoła, gdzie zorganizowano ciemnicę. G.M. zadał mi pytanie: „Gdzie schowali Pana Boga?” Ponieważ trwała adoracja, podeszliśmy po cichutku do dolnego Tabernakulum, w którym tymczasowo przebywał Jezus i wszystko dokładnie małemu wyjaśniłem. Pokazałem mu, gdzie i dlaczego schowany jest Pan Jezus i co się z Nim działo, i co się będzie działo.

Po powrocie do domu G.M. wybrał się porozmawiać z mamą. Mama wyjaśniła mu, że zbliżają się święta – Wielkanoc – i będziemy czcić w tym czasie zmartwychwstanie Jezusa. W tej chwili malec zadziwił mamę, odpowiadając: „A dzisiaj Pan Jezus jest w więzieniu”.

Może i poszedł spać o 2 godziny później niż zazwyczaj, ale co przeżył i czego się dowiedział, to jego. Niesamowicie jest patrzeć, jak twoja własna latorośl przygotowuje się do świadomego oddawania czci Bogu. Jak interesuje się prawdami wiary na swój własny, dziecięcy sposób. Trudno, nawet jeśli dziś znów ma pójść spać później, zabiorę go na misterium Męki Pańskiej. Niech ma!

I Wam również życzę dobrego przeżycia liturgii Wielkiego Piątku, całego Triduum, a na wypadek, gdybym miał tu już do tego czasu nie zajrzeć, również wesołych Świąt i radości z panowania Zmartwychwstałego!

A trollom pozwalam korzystać z wolności słowa…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Na Małysza

W liturgii Kościoła Katolickiego istnieją trzy, a jeśli się uprzeć – cztery, postawy. Jedna z nich to postawa siedząca, druga stojąca, trzecia – klęcząca. W niektórych przypadkach można jeszcze mówić o czwartej – leżącej. Zdarza się to w sytuacjach, gdy kapłan oddaje najgłębszą cześć i okazuje najwyższe oddanie Bogu, zwłaszcza na początku liturgii Wielkiego Piątku. Rzadko robią to również pozostali wierni, w tym klerycy przyjmujący święcenia.

Postawa siedząca ma pozwolić wiernym wsłuchać się i skupić na przyjmowaniu Słowa Bożego. Postawa stojąca oznacza radość z odkupienia, wierni prostują się na znak, że nie są już sługami, niewolnikami. W ten sposób również oddają cześć Bogu, wyrażają szacunek. Postawa klęcząca zaś jest postawą pokutną i błagalną. Wyraża także szacunek wobec Boga, lecz tym razem wierny ukazuje nie swą wolność i odkupienie, lecz małość wobec Boga.

Istnieje tylko jedna akceptowalna forma postawy klęczącej. Jest to uklęknięcie na dwóch kolanach, zgiętych pod kątem 90 stopni. To jest, rzecz jasna możliwe głównie poza ławkami, jak również w odpowiednio wyprofilowanych klęcznikach. Często w kościołach można spotkać ławki z klęcznikami, które uniemożliwiają przyjęcie wyprostowanej postawy i zmuszają do oparcia tylnej części ciała o siedzisko. Są jednak również rozliczne przypadki, gdy przyjęcie postawy klęczącej jest możliwe, a mimo tego przybiera najróżniejsze nieliturgiczne formy.

Dzieci często na przykład klękają opierając pupy na stopach (a więc właściwie siadają na stopach). Dzieci to jednak dzieci i wiele rzeczy należy im wybaczyć. Kiedyś się nauczą, pewnie jak nie będzie to dla nich takie męczące. Niestety, krew w żyłach mi się gotuje i tracę koncentrację na liturgii, gdy widzę dwie inne wersje uklęku u dorosłych. Pierwsza z nich, spotykana głównie u mężczyzn, to klęknięcie na jedno kolano (czy może raczej „na rycerza”). Nie do końca wiem, co miałaby oznaczać. Może oznajmienie „jestem Bożym wojownikiem”? Może wydaje się być mniej upokarzająca dla mężczyzny, niż uniżone padnięcie na kolana? A może zwyczajnie jest wygodniejsza? Tego nie wiem, zwyczajnie głupio bym się czuł próbując to sprawdzić. Smutno mi jednak, gdy widzę małe dzieci, które uczą się tej postawy od swoich ojców i nie ma nikogo, kto by im wytłumaczył, że taka postawa jest błędna.

Druga wersja jest dla mnie jeszcze bardziej przerażająca. Właściwie nie jest to nawet postawa klęcząca, lecz postawa kuczna. Spotyka się ją głównie wśród kobiet, jednak mężczyźni też nie pozostają daleko w tyle. Istnieją różne jej odmiany. Z nachyleniem na lewą nogę, z nachyleniem na prawą nogę, w równowadze na obie nogi, albo nieomal klęcząca. Czy jest wygodna? Wątpię. Co wyraża? Moim zdaniem – całkowity brak szacunku, a już z pewnością zrozumienia sytuacji. Co komu daje i co przynosi ukucnięcie w kluczowych momentach liturgii? Nie mam pojęcia. Najbardziej zdenerwowało mnie, gdy jeszcze w czasach mojego seminarium kolega współkleryk w ten sposób przykucał podczas drogi krzyżowej po mieście, wobec tłumu wiernych. Gdy zwróciłem mu uwagę odrzekł, że jest mu przykro, ale ma tylko jedną parę spodni od garnituru…

Pozycja kuczna w liturgii nie istnieje. Sam, ze względów ironicznych, zwykłem ją nazywać „na Małysza”. Bo tak to trochę wygląda. A wiadomo, co się robi czasem, jak nie ma toalety, albo w toalecie publicznej, na Małysza. Postawa kuczna wyraża więc chyba coś w rodzaju „Sr… na całą tą liturgię”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Przepisy liturgiczne

Zgodnie z zapowiedzią zamieszczam nową notkę, a ponieważ poprzednie, dość kontrowersyjne, wzbudziły poważne dyskusje, dziś zejdę na jakiś łagodzący, przyziemny (liczę na to że jednak nie nudny) temat. Przepisy liturgiczne.

W czasie minionego roku miałem dwa przedmioty poświęcone mniej lub więcej zagadnieniu przepisów liturgicznych: liturgika oraz muzyka i śpiew kościelny. Na liturgice poznawaliśmy podstwowe zagadnienia dotyczące szat liturgicznych, mszału. Tego po której stronie idzie wino do ołtarza, a po której woda. Tego w jakiej kolejności nakłada się szaty liturgiczne. Tego, że najnowsze przepisy mówią, że jeśli służba liturgiczna przechodzi na drugą stronę prezbiterium, to nie klęka do Tabernakulum, a jedynie kłania się do Ołtarza. No bo jasne, że trzeba cześć oddać Najświętszemu Sakramentowi, ale gdy już jest przemieniony na Ołtarzu, to w którą stronę klękać? Uczyliśmy się tego co może a czego nie może robić ministrant, lektor, akolita, diakon. Jakie są obowiązki kapłana przy Ołtarzu. Tego, że kazanie może mówić tylko kapłan celebrujący (także koncelebrujący) Mszę Świętą lub diakon wyznaczony przez głównego celebransa. Żaden ksiądz nie może sobie wejść w czasie Mszy, podejść do ambonki i powiedzieć kazanie, a potem opuścić kośćiół i iść sobie telewizor obejrzeć. Uczyliśmy się tego, że wstęp i zakończenie modlitwy wiernych odczytuje zawsze główny celebrans, a nie ksiądz który akurat stoi przy ambonce. A także tego że na ołtarzu lub w jego pobliżu stoją dwie, cztery, sześć lub siedem (jeśli Mszę celebruje biskup) świec. A nie trzy. I tego, że w każdym prezbiterium powinien być tylko jeden krzyż.

Na muzyce zaś uczyliśmy się melodii psalmów. Musieliśmy je wszystkie umieć zagrać na pianinie i zaśpiewać. Mówiliśmy o prawidłowym intonowaniu i wykonywaniu pieśni litorgicznych oraz o tym, że każda wykonywana w czasie Mszy Świętej pieśń liturgiczna powinna posiadać imprimatur, czyli potwierdzenie biskupie. Nie można wykonywać ani świeckich pieśni, ani np. pieśni oazowych które imprimatur nie posiadają. Uczyliśmy się także tego że „Godne to i sprawiedliwe” śpiewa się przez dwa „i” w ostatniej sylabie oraz że między „królestwo” a „potęga” także występuje „i” – a całość brzmi „Bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki”.

No dobrze. Więc są te przepisy. A po co? Prosta sprawa. Przepisy liturgiczne zawarte we wszystkich księgach liturgicznych oraz w niektórych dokumentach Kościoła służą temu, żeby pomóc utrzymać jedność Kościoła. Co to znaczy? Wyobraźmy sobie, że ktoś wymyślił sobie, iż w naszej parafii nie będziemy przekazywać znaku pokoju. Bo i po co? I to się przyjmuje. Zaczyna się przemieszczać. I nagle cały lokalny Kościół traci tak ważny element liturgiczny… Wchodzą nowe zmiany, powstaje odłam. Przykład z życia? Oława – domniemane objawienie Matki Bożej, która przekazuje księdzu informację, iż Komunię Świętą można przyjmować jedynie w pozycji klęczącej. Ksiądz twierdzi, że to prawda, wierni uznają że ma rację. Nie tylko Oławianie, cale mnóstwo innych ludzi też wierzy stukniętemu księdzu (nie aż tak stukniętemu jak ja, ale wciąż stukniętemu). Jeśli widzicie u siebie w parafii panie które zamiast ustawić się w rzędzie do Komunii na siłę pchają się obok by klęknąć, prawdopodobnie należą do związku obrońców Oławianego księdza. Tym czasem w Oławie już od dawna nie ma parafii rzymskokatolickiej. Ksiądz czmychnął na zachód i sieje plotki i oskarżenia pod adresem naszych biskupów, że nie uznają prawd objawionych. Stworzył się nowy Kościół… To właśnie mówił do nas ks. Rot, ten od muzyki – „Jeśli chcecie śpiewać swoje melodie, to załóżcie sobie swój własny Kościół i będziecie mogli śpiewać co chcecie i jak chcecie”. Oczywiście, przepisy ułatwiają także oddawanie czci Bogu.

Chciałbym tylko dodać, że jakkolwiek ta notka nie brzmiałaby nudno, to ksiądz Skrok od liturgiki i ksiądz Rot od muzyki wkładają tyle serca w naukę swoich przedmiotów, że nauka przepisów liturgicznych przychodzi z największą przyjemnością. Widać, że ci ludzie żyją tym, co robią.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy