Posts Tagged With: Matka

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Marsz marsz Rodzino!

Piszę, bo dziś wraz z małżonką i młodszą latoroślą wybraliśmy się wreszcie na Marsz dla życia i rodziny. Taki marsz odbywa się dorocznie, ale dotychczas dotarliśmy na miejsce tylko raz, już po rozpoczęciu, padał deszcz i ostatecznie utknęliśmy w dość drogiej restauracji na proporcjonalnie niewielkim obiadku. Wówczas żona była jeszcze w ciąży, nosząc w brzuchu starszą latorośl.

Dziś nareszcie, mimo tradycyjnych porannych konfliktów związanych z wstawaniem z łóżka, zdecydowaliśmy się zebrać i o dziesiątej stawić pod pomnikiem Kopernika. Dotarliśmy wprawdzie około dziesięć po, ale marsz sam też się spóźnił i wyruszyliśmy prawie wpół do. Marsz trwał krótko (zaskakująco), zakończył się nieco po jedenastej na Placu Teatralnym. W drodze spotkaliśmy znajomych ze wspólnoty z dwójką potomstwa. Ci sami znajomi zmokli na deszczu z noworodkiem wówczas, gdy my się objadaliśmy zdecydowawszy, że nie będziemy się narażać. Zazdrość pozytywna. Spotkaliśmy też nieco znajomych rodzin z rekolekcji wakacyjnych. I byliśmy bardzo miło zaskoczeni ilością rodzin wielodzietnych (czworo-pięcioro dzieci) biorących udział w całym zamieszaniu. Gdy widzieliśmy rodzinę, w której najstarsze dziecko mogło mieć najwyżej 7 lat, przedostatnie ledwo szło, a jeszcze młodsze już jechało w wózeczku, dotknęło nas autentyczne wzruszenie. I chęć posiadania kolejnego dziecka, w miarę jak najszybciej. Kwestia naszych dzieci zresztą okazała się również zabawna. Znajomy z rekolekcji, który świetnie wie, że mamy starszego syna (który to syn wybył ostatnio do dziadków) zażartował z żony niosącej córkę w chuście, że ciekawie wygląda: taka młoda dziewczyna i już ma dziecko. Rzeczywiście, w towarzystwie córci wyglądamy jak młode małżeństwo z niemowlęciem. Kiedy jest z nami jeszcze G.M. wydaje się, że jesteśmy jednak nieco poważniejsi.

Nie mogę zaprzeczyć, że pojawiły się w moim odczuciu pewne kontrowersje. Hasło towarzyszące marszowi „Jestem mamą, to moja kariera” popieram absolutnie, o ile nie stawia się na matkach presji, żeby siedziały w domu, nie ruszały się na krok i absolutnie nie realizowały się zawodowo czy naukowo. Ale popierają to hasło i te znajome matki, które studiują czy pracują. Ale przez to nie zaniedbują dzieci, nie zamykają na 10 godzin w przedszkolu, albo nie zostawiają na tyleż czasu z niańką. Pracują po 4 godziny, albo zabierają dziecko ze sobą do pracy. Czasem pracują w domu. Piękna sprawa, sam chciałbym pracować w domu…

Kolejny afisz, niesiony przez córkę matki-karierowiczki głosił: „Mama jest 100 razy lepsza niż przedszkole” – nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Ale Też pod pewnymi warunkami. Nikt nie wychowa, nie nauczy, nie zaopiekuje się tak, jak mama. Jednak dziecko w wieku 3 lat zaczyna mieć już potrzeby wykraczania poza środowisko domowe. Potrzebę socjalizacji, tj. poznawania rówieśników. Potrzebę oderwania się od rodziców w pewnym stopniu i szukanie innych, zdecydowanie mniej ważnych autorytetów, jak panie z przedszkola. Znam czterolatkę, która nie odzywała się i chowała po kątach zanim poszła do przedszkola. Dziś bawi się w najlepsze i dokazuje – nie ta sama osoba! Z drugiej strony znam też dziecko, które jest dość dzikie i nieokiełznane. I moim zdaniem potrzebuje przedszkola, by tak może w pewnym stopniu się utemperowało. Nasz syn pewnie nie pójdzie do przedszkola, bo rekrutacji nie przeszedł. Ale są jeszcze wolne miejsca, jeszcze będę próbował. Bo owszem, mama jest 100 albo i 1000 razy lepsza, niż przedszkole. Ale to nie znaczy, że jest dla dziecka tyleż razy lepsze zostanie w domu z ciągle tą samą towarzyszką, niż wyruszenie do przedszkola na poszukiwanie przygód.

W marszu przeszliśmy i jesteśmy dumni, że mogliśmy dać świadectwo. Chcemy mieć więcej dzieci, aby na przyszłość świadectwo było pełniejsze. Wszystkich małżonków zaś namawiamy do uczestniczenia w tego typu akcjach. A tych, którzy mogą, do starania się o więcej sztuk potomstwa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Świat w obłokach

9 wieczorem. Powinienem się choć trochę przygotować do lekcji, ale po dniu pełnym wzruszeń muszę coś napisać.

Pierwsze wzruszenie naszło mnie w Księgarni na Miodowej, kiedy przeglądałem książeczki pamiątkowe z okazji narodzin dziecka. Przeczytałem w jednej z nich następującą sentencję (tu przytaczam ją z innego źródła, więc brzmi nie do końca tak, jak wówczas):

Plama z pokarmu dla niemowląt na Twojej sukience, resztki ciasta w Twoich włosach… oto medale przyznawane wszystkim kochanym Mamom. Noś swój z dumą! (Christine Harris)

Kiedy to przeczytałem, zacząłem płakać tak, że sam się zdziwiłem – dlaczego płaczę? Ale zrozumiałem szybko, że wzruszył mnie fakt posiadania cudownej żony, dla której dzieci są największym skarbem, jaki jej się w życiu przydarzył. Żony i matki moich dzieci, która jest kurą domową i jest z tego dumna. Z pewnością wzruszenie spotęgował fakt, że od miesiąca siedzę sam w domu, Inka z dziećmi u dziadków, a remont mieszkania ciągnie się niemiłosiernie i raczej przekroczy miesiąc opóźnienia (tj. skończy się gdzieś w październiku). Do tego czasu żona odwiedza mnie raz na dwa tygodnie, czasem ja jeżdżę do niej. I tęsknię. Za nią, za synem, za drugim maleństwem bezpiecznie rozwijającym się w brzuszku…

Drugie wzruszenie przeżyłem chwilę później, gdy w Zapiecku jadłem pierogi. Nagle z głośników dobiegła piosenka, której, jak Boga kocham, nigdy nie słyszałem. Ale była piękna i wpadłem w zachwyt. Co za radość, że mamy internet i YouTube, dzięki czemu wystarczy wpisać dwa zapamiętane słowa tekstu i ma się tę najcudowniejszą piosenkę na świecie. Teraz jej słucham i szukam tej wersji, która przystaje. Ta chyba jest najbardziej pasująca, bo tamta miała z pewnością rozwinięty chórek żeński:

Piękny dzień, pełen wzruszeń i tęsknoty. I ta praca w szkole specjalnej. Angielski i religia. Ta religia to chyba z przypadku, ale czuję się z nią cudownie. Robię w życiu to, o czym marzyłem. A życie jeszcze przede mną. I ja zrobię doktorat, nie ma bata. Bóg nas kocha.

Tak, Bóg nas kocha.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze