Posts Tagged With: Mieszkanie

Grzech to grzech

Głośno o tej akcji organizowanej przez część środowisk kościelnych ostatnio i czas chyba bym i ja się na jej temat wypowiedział. Najgłośniej jest tam, gdzie zwykle, czyli w Kościele „mainstreamowym”. Ten warunek – bycia tzw. Kościołem otwartym – ostatnio znakomicie spełnia Deon (podobno mający coś więcej wspólnego z o. Jackiem Prusakiem, o którym od dawna nie mam najlepszego zdania). Deon wyprzedził nawet Tygodnik Powszechny, ale o tym raczej innym razem. Piszę tylko żeby zaznaczyć, że środowisko „deonowe” słychać najgłośniej i najgłośniej słychać głosy oburzenia – bo przecież Ewangelia jest pozytywna, a akcja bilboardowa jest negatywna.

plakat„Konkubinat jest grzechem. Nie cudzołóż” – możemy przeczytać na plakatach rozwieszonych w całej Polsce, a na zdjęciu widnieją dwie dłonie splecione wężem. O słowa głównie hałas się podnosi, ponieważ zdaniem wielu mówienie ludziom wprost, że coś jest grzechem nie przyciągnie ich do Kościoła i nie zmieni myślenia na pozytywne. Jeśli już, to prędzej odstraszy tych, którzy się wahają. Ci, którzy się sprzeciwiają, są raczej zwolennikami podkreślania wartości małżeństwa, sakramentalnego związku dwojga ludzi, starają się więc odrzucać negatywną retorykę. Tu – muszę to mocno podkreślić – są jednak w wielkim błędzie. Małżeństwo bowiem, owszem, jest eksplozją dobra i cudem, radością Ewangelii. A cudzołóstwo jest grzechem. Jest złe. I jest negatywne. Zatem – jeśli zaczniemy robić akcję popierania małżeństwa, zrobimy tak, by była ona pełnią pozytywnej energii. A jeśli mówimy o cudzołóstwie, nie oszukujmy, że można pozytywnie.

Do czego dążę? Do stwierdzenia, że zawołanie „Nie cudzołóż” nie oznacza zawsze tego samego, co „Weź ślub”. Może też oznaczać „Wyprowadź się” lub „Opuść swoją kochankę/swojego kochanka”. Zatem nagana wystawiona grzechowi nie zawsze jest pochwałą wielkiego dobra. Zawsze jest pochwałą najwyższego dobra, a tym dobrem jest Jezus Chrystus.

O grzechu pozytywny przekaz?

Ludzie domagają się pozytywnego przekazu, mówiąc że negatywny odstraszy tych, do których ma przemówić. Zapytajmy więc do kogo ma przemówić. Czy wielki plakat krzyczący do nas „grzech!” jest skierowany do każdego świeckiego przechodnia, albo do ateisty, albo do dziennikarza TVNu, albo do ks. Sowy i o. Prusaka? Nie, plakat na którym wypisano słowo „grzech” jest skierowany do tych ludzi, którzy rozumieją słowo „grzech”. Do tych, dla których grzech ma jakieś znaczenie, którzy wychowani w katolickiej wierze nadal twierdzą, że są katolikami. To ci ludzie, którzy żyją sobie po swojemu, którzy mają swoje własne mniejsze i większe grzeszki, ale nadal twierdzą, że są katolikami, że są w Kościele. Porównanie ich do faryzeuszów i uczonych w Piśmie z czasów Jezusa jest podstawne o tyle, o ile możemy i o tamtych powiedzieć, że uważali się za wiernych, gdy wewnątrz mieli swój brud. Poczytajmy o tym, jak bardzo Jezus głaskał tych, którzy „chodzili do kościoła”, ale „żyli w konkubinacie”: „Biada wam, nauczyciele Pisma i faryzeusze, obłudnicy! Bo jesteście jak groby pobielane, które na zewnątrz pięknie wyglądają, a wewnątrz są pełne trupich kości i wszelkiej zgnilizny” (Mt 23,27); „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości” (Mt 23,25). A jeszcze jak pogłaskał po głowach sklepikarzy, którzy sprzedawali na terenie Świątyni w Jerozolimie: „Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” (J 2,16). Nie, tak naprawdę nie było głaskania. Były ostre, głośne słowa, był krzyk i nawet ganianie z biczem. Dlaczego?

Dlatego, że o grzechu nie można mówić pozytywnie, nie można owijać go w złotka i sreberka. Grzech to grzech i Jezus sam mówił o tym, głośno i wyraźnie. Kiedy zatem mówimy do ludzi, którzy mają poczucie grzechu, którym choć minimalnie zależy na byciu z Bogiem i którym zależy na własnym sumieniu, musimy im powiedzieć „Tu leży grzech!” Oni bowiem, żyjąc w dzisiejszym świecie, myślą że grzechu tu nie ma, bo przecież „wszyscy tak robią”. Owszem, należą do Kościoła i chodzą co niedzielę na mszę, ale wydaje im się, że mieszkanie ze sobą bez ślubu nie jest grzechem. Że antykoncepcja nie jest grzechem. Że współżycie pozamałżeńskie nie jest grzechem i że masturbacja też nie jest. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat odebrał od nich tę świadomość. Odsunął myślenie, że możemy zgrzeszyć. Grzech to brzydkie, złe słowo i po co o nim mówić? Po co nim straszyć? Jak grzech to i piekło – zatem „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła!” I ludzie odstraszani odchodzą, znikają. Zobaczcie – Jezus mówił o grzechu, karcił za grzech i choć przygarniał grzeszników, grzech potępiał! Pierwsi chrześcijanie dawali jedną szansę na poprawę – ktoś, kto zgrzeszył ponownie nie miał możliwości powrotu. Jeden raz! Ale dzisiejszy świat mówi „nie ma grzechu – ten kto mówi o grzechu, próbuje cię nastraszyć”. A członkowie Kościoła idą tą drogą. Patrzą na mainstream i przyłączają się do niego, bo przecież – tak myślą – żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, musimy mówić do nich językiem mainstreamu. I tak oto odrzucają mówienie o grzeszności jako kategorię ewangelizacji.

A jednak „Nie cudzołóż” to jest Boże przykazanie. I nie, Jezus nie powiedział „Nie mówmy »nie cudzołóż«, tylko raczej »kochaj i żeń się«”. Nie – powiedział: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” (Mt 5,27-30). Jezus nie tylko zakazywał cudzołóstwa. Nie tylko zakazywał pożądliwego patrzenia na kobietę (na każdą kobietę!). Mówił też o tym wszystkim w kategoriach grzechu. A na końcu – olaboga! – straszył piekłem!

Małżeństwo nie takie różowe

Pewnego dnia między Jezusem a Jego uczniami wynikła dyskusja o nierozerwalności małżeństwa. Przebiegła ona w ten sposób: „»Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«. Rzekli Mu uczniowie: »Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić«. Lecz On im odpowiedział: »Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane«” (Mt 19,8-11). Co zatem mówi Ewangelia o małżeństwie? Że to słodka, wspaniała droga do świętości? Owszem, w innych miejscach trafimy na pochwałę tej drogi i tu też ją widzimy, ale w oczy rzuca się raczej stwierdzenie uczniów na słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa: Skoro tak jest, to nie ma co się żenić! Jakże to, brać ślub z jedną niewiastą na całe życie? Toż to absurd! Ale Jezus nie mówi „Co wy gadacie, jaki absurd? Najprostsza rzecz na świecie!” – Jezus mówi „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane”. Zatem i Jezus nie twierdzi, że małżeństwo to droga usłana różami. On przyznaje, że trudno w ogóle pojąć naukę o jego nierozerwalności. I dzisiejsza młodzież też to widzi. I oni również próbują uciekać od małżeństwa, bo nie pojmują jego sensu. I jaka droga jest dobra, by ich przekonać? Czy mamy im kadzić, pachnić, fiołki na drodze do małżeństwa sadzić? A może warto przyznać, że małżeństwo jest trudną drogą, ale cudzołóstwo jest drogą złą? Tak przecież robił Jezus…

Komu pomoże kampania

konkubinatAkcja plakatowa z pewnością nie pomoże tym, którzy stoją teraz na granicy Kościoła i zastanawiają się, czy odejść, czy zostać. Z pewnością nie pomoże też tym wszystkim, którzy głośno krzyczą że kampania jest be, ale są poza Kościołem. Nie ma za bardzo także w czym pomóc tym osobom, które są w Kościele, wprawdzie po jego „deonowej” stronie, ale wierzą w moc małżeństwa i wykluczają cudzołóstwo. A komu może pomóc? Kampania może pomóc tym, do których jest skierowana: młodym ludziom uważającym się za członków Kościoła, ale uwiedzionym przez mainstream. Ta akcja może pomóc tym, którzy zachłysnęli się współczesnym światem i tym, co świat błędnie nazywa wolnością, ale wciąż pragną być blisko Boga i w oddaleniu od grzechu. Ta akcja pomoże tym, którzy mają zatarte poczucie grzechu, tym którzy nie widzą go tam, gdzie jest, więc myślą, że mogą – że powinni, a czasem, że powinno się im pozwolić – przystępować do Komunii, bo przecież „nie taki diabeł straszny jak go malują” na plakatach oczywiście. Wielu ludzi, którzy chcą żyć w Kościele, a którym krzyknie się „grzeszysz!”, może odwrócić się od grzechu i stwierdzić, że z człowiekiem, z którym nie zamierzam brać ślubu, dobrego życia nie zbuduję. I prawda jest taka, że do mnie na przykład to hasło przemawia. Ja sam jestem zwolennikiem mocnego uderzenia. I stwierdzenia: albo jesteś w Kościele i żyjesz zgodnie z zasadami, ustalonymi przez samego Boga dla twojego dobra (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij), albo nie jesteś w tym Kościele wcale.

A co jeśli się obrazi, zabierze manatki i sobie pójdzie? Bo on/ona nie chce być w takim Kościele, który mówi „nie”, zamiast sadzić kwiatków i głaskać po głowie? No to niech sobie idzie. Możemy się modlić, by jeszcze wrócił/a. Ale jeśli będzie chciał/a wrócić, to na naszych warunkach. Na warunkach Kościoła. Tego, w którym cudzołóstwo nadal pozostaje cudzołóstwem. W którym grzech to grzech.

Post Scriptum

Oczywistym jest, że część z Was okrzyknie mnie teraz faryzeuszem. Że zacznie doszukiwać się belki w moim oku, albo zarzuci mnie cytatami w stylu „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Tak, tradycyjna mainstreamowa gadka w stosunku do tych, którzy są gotowi głośno krzyknąć, że grzech jest tu, dokładnie tu, i że grzech znaczy zło. Przykro mi, ale Jezus sam tak krzyczał. Naprawdę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat „Konkubinat to grzech”, za: http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/konkubinat-to-grzech-kontrowersyjny-plakat-takze-w-poznaniu,3304139,artgal,t,id,tm.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.interia.pl/forum/konkubinat-to-dla-mnie-nie-zwiazek-tematy,dId,2282698

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Dlaczego nie warto mieszkać razem przed ślubem?

Jakiś czas temu, po publikacji książki, którą redagowałem razem z ks. Markiem Dziewieckim, napisałem, że nie zgadzam się z podejściem autora do mieszkania razem narzeczonych przed ślubem. Wyraziłem w tamtym wpisie swoją opinię na temat, przy czym moje zdanie mogło być uznane za kontrowersyjne. Od tamtej zaś pory notka bije wszelkie rekordy popularności, dogania w rankingach Psy, które idą do nieba, a nawet, powoli, Ojca Chrzestnego. A ja sobie zdaję sprawę, że być może niespecjalnie nakręciłem iluś osobom w głowach, podając wypaczone, choć szczere instrukcje. Zdaję sobie z tego sprawę tym bardziej, że często wchodzicie do mnie na bloga wpisując pytania podobne do tego powyżej, a otrzymując odpowiedź odwrotną. Dziś, w obliczu wspomnienia śmierci i zmartwychwstania Pana Naszego, postanowiłem się zrehabilitować.

Na początek podkreślę to, co pisałem wielokrotnie już, czyli przedstawię moje osobiste stanowisko. Osobiście uważam, że mieszkanie razem przed ślubem nie musi być w każdym przypadku grzechem, a z pewnością nie grzechem ciężkim. Wiecie to już, wiecie też, że wielu kapłanów i nie-kapłanów w tym temacie się ze mną nie zgadza. Dziś jednak moim zadaniem jest przekazanie argumentów dlaczego moim zdaniem, choć nie widzę w mieszkaniu razem w określonych warunkach nic złego, dobrze jest poczekać z tą sprawą do ślubu.

Argumentem nie będzie stwierdzenie, że narzeczeństwo jest czasem do dogrania się, przekonania o intencjach drugiej osoby, sprawdzenia czy na pewno z tą osobą chcę budować przyszłość. Wiele osób to właśnie stawia jako główny argument, podkreślając, że nie należy się angażować „do końca” dopóki nie weźmie się ślubu, ponieważ wszystko jeszcze można na tym etapie zmienić. Nie zgadzam się – dla mnie decyzja o miłości, podjęta dobrowolnie, jest ostateczna. Kiedy powiem „kocham cię” to znaczy, że to już na zawsze. Oczywiście, druga strona może mieć inne podejście. Może jej się zdawać, że ostatecznie można zmienić zdanie, można się pomylić albo miłość może się wypalić. Może się też okazać, że z jakichś powodów, mimo wielkiej obustronnej miłości, życie razem staje się niemożliwe. Ale żadna z tych możliwości nie sprawia, że mając je na uwadze możemy nie angażować się ostatecznie i do końca. Nie, jeśli bowiem podjęliśmy decyzję o miłości, to musimy tej osobie okazać największy szacunek i zaangażować się całym sobą w ten związek.

Argumentem nie mogą być też w moim przypadku przytaczane przez wiele osób, w tym znanych i poważanych księży, tu zaś zacytuję za księdzem Malińskim, buraczane potrzeby mężczyzn. Że krew nie woda, musi się zagotować. Że jak się facet znajdzie przy kobiecie, to mechanizm musi zadziałać. Szczerze mówiąc to nie może być argumentem, bo nie musi. Zarówno w przypadku mężczyzny, jak i, o czym wspomina niewielu, kobiety. Osobiście uważam, że przed ślubem byłem całkowicie w tych sprawach bezpieczny, bo jak przed ślubem nie można, to nie można. Koniec i kropka. I naprawdę nie obchodzą mnie żadne buraczane potrzeby, których nigdy nie miałem. Ani hormony, feromony i potęga podśwadomości, które niby to działają i nie mamy wpływu. Skoro mamy wpływ w innych podejmowanych przez nas decyzjach, to i w tej jednej, Panowie i Panie, mamy wpływ. Nie musimy iść z nikim w tany, tylko dlatego że cośtam furczy.

Oczywiście to pozostanie dobrym argumentem, jeśli zdajemy sobie sprawę, że w materii seksu jesteśmy słabi. Że jeśli położymy się do łóżka z osobą, która jest nam bliska i nam się podoba, to nie powstrzymamy swoich popędów, bo nie będziemy chcieli albo będziemy mieli duże trudności z podjęciem odpowiedniej decyzji. Wówczas to nie wolno nam nawet myśleć o wspólnym zamieszkiwaniu razem przed ślubem, mówiąc, że może jakoś to będzie. Jeśli domyślamy się, że nie będzie, to lepiej nie ryzykujmy. Wówczas to, kiedy nie jesteśmy siebie samych pewni, musimy na poważnie wziąć pod uwagę argument o wystawianiu się na pokusę. I zastanowić się nad pracą nad własną cielesną czystością w ogóle. Bo dlaczego niby, mając problemy w narzeczeństwie, nie będziemy mieli ich w małżeństwie. I w małżeństwie nie zawsze powinno dojść do współżycia, np. w bardzo zagrożonej ciąży, więc mężczyzna który ma problemy z niezbliżaniem się do kochanej osoby, musi nauczyć się nad sobą panować. Musi wyrobić w sobie cnotę. Bez względu na mieszkanie czy niemieszkanie ze sobą przed ślubem.

Moim głównym argumentem w tej sprawie jest błogosławieństwo czekania, radość randkowania, przyjemność ze zbliżania się, nadzieja na dobrą przyszłość. Dziś, z perspektywy czasu, kiedy patrzę na liczne pary, które przed ślubem mieszkały osobno i spotykały się rzadko, nieco im tego zazdroszczę. Zazdroszczę tej niepewności, tej niecierpliwości, ale także tych randek, romantycznych kawiarenek i rozstawania się pod domem narzeczonej, żeby poczekać, jeszcze przez chwilę… Nie chodzi tylko o współżycie, wbrew pozorom. Ja przed ślubem nie współżyłem, a wszelkie wahania w kwestiach nieczystości zostały ogarnięte na długo przed ślubem i oficjanie, na dobre odrzucone. Chodzi o samą „nastolatkową” podnietę wynikającą z tego, co się zbliża, ale jeszcze nie jest. Warto czekać z zamieszkaniem razem do ślubu, ponieważ warto wykorzystać ten pozostały czas. Nie na delektowanie się kawalerskim życiem. Nie na zastanawianie się nad innymi potencjalnymi współmałżonkami. Lecz jedynie na wspólne delektowanie się narzeczeństwem i snucie planów na to, jak to wreszcie będzie po ślubie. Na zachłystywanie się nadzieją dobrego, wspólnego życia. Na emocjonalne, ale i racjonalne marzenie o dzieciach przy restauracyjnych świecach. Na wychodzenie od siebie z domu, bo jeszcze trochę, bo trzeba poczekać. Ostatecznie wreszcie warto czekać na sam moment ślubu, który tak naprawdę w tym przypadku wszystko zmienia. Bo jeśli mieszka się razem przed ślubem, to nie zmienia wszystkiego tak, jak kiedy się nie mieszka. Chociaż nadal zmienia bardzo wiele.

Nie żałuję roku narzeczeństwa, który spędziliśmy pod jednym dachem. Nie żałuję tamtego mieszkania na Bródnie, pod które z sentymentu czasem jeździmy, by powspominać. Nie żałuję nawet tak bardzo błędów w naszym myśleniu, które doprowadziły nas do odrzucanych szybko grzechów, choć samych grzechów żałuję. Żałuję jednak tego, że nie przeżyliśmy narzeczeńskiego, wariackiego nieco oczekiwania, tej niecierpliwości. Żałuję tego życia prawie jak małżeństwo od razu. Tzn. wcale nie żałuję życia prawie jak małżeństwo. Żałuję raczej słabego przeżycia życia jak narzeczeństwo. My chcieliśmy być małżeństwem już i chcieliśmy być jak małżeństwo już. Byliśmy, ale przecież ten czas mogliśmy przeżyć inaczej, właśnie bardziej emocjonalnie, targani niecierpliwością i budujący cierpliwość. Mniej jak mąż i żona, a bardziej jak para zwariowanych dzieciaków. Tego mi trochę brakuje.

Lubię żyć jak mąż i żona. Wtedy też to lubiłem. Dlatego z perspektywy czasu, gdybym dzisiaj miał wybierać jeszcze raz, nie mam pojęcia jaką decyzję bym podjął. Nie opowiem się jednoznacznie przeciw mieszkaniu razem przed ślubem. Nie opowiem się jednoznacznie za. Jeśli za – to pod bardzo ostrymi warunkami. Jeśli przeciw, to zdecydowanie, bez wahania. Ale nie mam i pewnie nie będę miał jednoznacznie wyrobionego zdania. W tej kwestii decyzję pozostawiam Wam indywidualnie, w dalszym ciągu. Bylebyście pomyśleli perspektywicznie. Z perspektywy decyzji o czekaniu raczej nie będziecie żałować. Ta o nieczekaniu może się odbić czkawką.

A co do oficjalnego nauczania Kościoła – nadal nic nie znalazłem…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Wielka księga pytań i odpowiedzi

Każda strona od czasu do czasu jest przez kogoś odnaleziona za pomocą wyszukiwarki internetowej. WordPress ma to piękne narzędzie, które prowadzi z tych odwiedzin statystyki. Dzięki temu mogę zobaczyć, co najbardziej interesuje ludzi, którzy odnajdują mój blog. Mogę też czasem udzielić odpowiedzi na najczęściej zadawane przez Was pytania, które czasem nie mają najlepszych odpowiedzi w innych notkach. Oto najczęściej zadawane pytania i moja próba odpowiedzi na nie (z oczywistych względów pomijam wyniki wyszukiwania, dzięki którym ludzie znajdywali mój blog, właśnie go szukając. Najczęściej wpisywaną frazą dzięki której do mnie trafiano jest „studencki blog teologiczny”. Owszem, to tutaj :):

(Jakie są) warunki bycia chrzestnym?

Na ten temat napisałem kiedyś notkę i jest ona najpopularniejszą notką na blogu. Jednak aby najzwięźlej wyjaśnić problem, krótko jeszcze raz odpowiem. Otóż aby być chrzestnym, trzeba być katolikiem bierzmowanym, po przyjęciu Komunii Świętej. Tenże katolik musi również żyć po katolicku, a jego życie musi być zgodne z funkcją, którą ma pełnić. Co za tym idzie rodzic chrzestny musi być człowiekiem żyjącym zgodnie z zasadami Kościoła Katolickiego i jego poglądy również muszą być zbieżne z poglądami Kościoła (to oczywiście oznacza zgodę w m.in. takich sprawach, jak in-vitro, aborcja, związki homoseksualne czy antykoncepcja). Rodzic chrzestny musi mieć też ukończone 16 lat, choć w innym wypadku może otrzymać dyspensę i też zostać chrzestnym. Chrzestnym nie może być rodzic biologiczny chrzczonej osoby.

(Jakie są) obowiązki chrzestnego? Obowiązki chrzestnej?

Do obowiązków chrzestnego nie należy kupowanie drogich prezentów, finansowanie chrześniakowi studiów, zajmowanie się nim pod nieobecność rodziców itp. Oczywiście niektórzy tego oczekują, ale jeśli wiemy że ktoś, kto nas prosi o bycie chrzestnym ma takie oczekiwania, nie mamy obowiązku się zgadzać. Obowiązkiem chrzestnego jest natomiast przekazywanie wiary i dawanie świadectwa katolickiego życia swojemu chrześniakowi. Chrzestny ma takie obowiązki tym bardziej wówczas, gdy rodzice chrzczonego nie są wierzący lub praktykujący i nie zapewnią swojemu dziecku wychowania katolickiego. Pamiętajmy: rodzice nie muszą być ortodoksyjnymi katolikami. Chrzestni – owszem. Osobiście uważam również, że chrzestny powinien pamiętać o urodzinach, imieninach i dniach dziecka. Nie musi jednak kupować prezentów, wystarczy że zadzwoni.

Czy ateista może być chrzestnym?

Nie, z oczywistych względów ateista nie może być chrzestnym. W jaki sposób ateista miałby dbać o moje katolickie wychowanie i dawać mi przykład katolickiego życia? Jasna sprawa – wielu ateistów dostanie zaświadczenie od wielu księży i zostanie chrzestnym, choć absolutnie nie powinni. Nie odpowiadam jednak za sumienie ani tych ateistów, ani tych księży. Oni natomiast odpowiadają za sumienie tego chrzczonego, który zyskuje w rzeczywistości antychrzestnego. Który może kupi mu laptopa na Pierwszą Komunię…

34 osoby odnalazły mnie również wpisując: świadek chrztu ateista. Otóż Kodeks Prawa Kanonicznego ma zapis: „Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.” Świadkiem chrztu może być więc niekatolik, a więc np. protestant czy prawosławny, ale nie ateista. Nie i kropka. Tak właściwie to dlaczego aż tak bardzo nam zależy, żeby świadkiem całkowicie kościelnej (a więc i Bożej) uroczystości był ktoś niewierzący?

Czy ksiądz może być ojcem chrzestnym?

Tak, może. Chrzestnym nie może być tylko rodzic dziecka. Może nim być więc zarówno przyjaciel, znajomy, kolega ze wspólnoty, dziadek czy babcia chrzczonego, starszy brat lub siostra, albo ksiądz. Ksiądz nie ma zakazu bycia chrzestnym. Nie jestem pewien, czy nie powinien zapytać biskupa o zgodę. Ale mam znajomych księży, którzy mają chrześniaków.

Czy psy idą do nieba? Czy zwierzęta będą zbawione?

Ogólnie rzecz biorąc: nie wiadomo. W zasadzie są dwie różne szkoły. Jedni mówią, że ponieważ zwierzęta mają duszę nierozumną, to jest ona śmiertelna i w związku z tym zwierząt nie czeka zmartwychwstanie. Że nie należy kochać zwierząt tak, jak ludzi i oczekiwać spotkania z nimi. Inni twierdzą, że skoro zwierzęta są nierozumne, nie mogą popełnić grzechu i przez to są zbawione z zasady. Jako argument podają też to, że w Raju żyły zwierzęta, były też u Izajasza w zapowiedzi wiecznej radości. Ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że rzeczywiście zwierząt nie należy obdarzać tą samą miłością, co ludzi, ale nikt nie zabrania nam mieć nadziei, że swojego pupila spotkamy kiedyś w Królestwie Niebieskim.

Ile trwa czyściec?

Znów: nie wiadomo. Dogmat o czyśćcu opiera się przede wszystkim na fragmencie jednego z listów św. Pawła, w którym ten stwierdza, że niektórzy ludzie będą zbawieni, ale tak jakby przez ogień. Tenże ogień ma właśnie wypalić w ludziach to, co złe, aby byli godni Królestwa Bożego. Co do trwania czyśćca są jednak różne teorie. Popularna jest ta, która mówi: im więcej nagrzeszyłeś, tym dłużej posiedzisz. Ale ostatnio coraz częściej słyszy się, że przecież dla Boga nie ma czasu. Bóg stworzył czas, ale Jemu samemu on nie był potrzebny. Dlatego dusza nie czeka na zmartwychwstanie, lecz, skoro człowiek jest jednością duszy i ciała, od razu zmartwychwstaje. Przy tym myśleniu pojawia się domniemanie, że czyściec nie trwa. Że ten stan oczyszczenia jest mniej-więcej równy czemuś, co możemy rozumieć jako przejście przez ogień. Tak, to może boleć. Ale nie martwcie się, prawdopodobnie za długo nie poboli.

Czy można mieszkać razem przed ślubem? Czy można przyjmować komunię?

To i inne podobne pytania pojawiają się ostatnio dość często – jest to spowodowane opublikowaniem dość kontrowersyjnej notki w tym temacie, do której trafia cała rzesza ludzi. Odpowiem więc krótko: nie wiem. Wiele osób twierdzi, że nie. Ze względu na pokusę współżycia i zgorszenie drugiego nie powinno się w ogóle mieszkać razem przed ślubem. Jednak od kilku lat się nad tym zastanawiam i żadnego oficjalnego dokumentu Kościoła o tym mówiącego znaleźć nie mogę. Owszem, wypowiedzi proboszczów czy nawet biskupów – ale nic płynącego z Watykanu. Co nie znaczy, że taki dokument nie istnieje. Dopóki jednak go nie znam, od siebie powiem: to zależy od ludzkiego sumienia. Jeśli ktoś nie czuje się z tym źle, a do tego nie ma nieopanowanych pokus (bo oczywiście współżycie pozamałżeńskie jest niedopuszczalne) i dąży bezpośrednio do małżeństwa, a nie na przykład sprawdza się jak to będzie, to myślę, że może się zdecydować na mieszkanie razem przed ślubem. Przy oczywistej rezygnacji w przypadku, gdy któryś z tych warunków okaże się niespełniony. Należy się przy tym liczyć z faktem, że mimo życia w czystości można nie otrzymać rozgrzeszenia w czasie spowiedzi. Wówczas już z pewnością, po nieotrzymaniu rozgrzeszenia, nie można przystępować do komunii. Ja jednak osobiście odradzam wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Skoro i tak dążycie do małżeństwa, to pozwólcie sobie poczekać. Gdy apetyt wzrośnie, to i słodycz spożywania będzie większa!

Udzieliłem odpowiedzi tylko na kilka pytań. Tych najczęściej zadawanych, albo najciekawszych. Ale może chcecie znać odpowiedzi na inne pytania? Nic nie stoi na przeszkodzie, byście pytali, np. w komentarzach. Zapraszam!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

Kwestia mieszkania przed ślubem

Po dość długim czasie zbieram się wreszcie do utworzenia notki, która będzie jednocześnie odpowiedzią na pytanie Ciamajdy postawione w komentarzach do notki poprzedniej. Sam napisałem w notce, że są kwestie, w których nie zgadzam się z księdzem Markiem Dziewieckim i mam ochotę na polemikę – Ciamajda zaś zapytał, czy mogę wymienić taką kwestię. Jedną z nich jest właśnie wspólne mieszkanie narzeczonych przed ślubem.

By ukazać tło sprawy zaznaczę najpierw, że poznałem moją obecną żonę i chwilę potem wyjechaliśmy wspólnie do Szkocji celem zarobkowania. Mieszkaliśmy tam razem i tam się zaręczyliśmy. Następnie wróciliśmy do domów rodzinnych, każdy do swojego, ale gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy celem studiowania, ponownie zamieszkaliśmy razem. Moja żona była początkowo przeciwna takiemu rozwiązaniu sprawy, jednak przekonałem ją do swojego myślenia. Ja sam osobiście nie mówię o sobie „zwolennik mieszkania razem przed ślubem” i wówczas też nie mówiłem w ten sposób. Uważałem jednak, że można wspólnie zamieszkać przed ślubem, jeśli spełni się ważne, restrykcyjne warunki. Po pierwsze nie można mieszkać ze sobą żeby lepiej się poznać, czy żeby sprawdzić czy razem się ze sobą przetrwa. Można zamieszkać tylko wtedy, kiedy już się kocha i wie się, że chce się z tą drugą osobą spędzić życie. Najlepiej – podobnie było w naszym przypadku – gdy już w tym czasie dąży się do małżeństwa. Po drugie zaś należy pamiętać o zasadzie: współżycie to rzecz małżeńska. Można zamieszkać razem tylko wówczas, gdy wie się, że nie będzie się współżyło seksualnie przed ślubem. Na tych warunkach (ponieważ byłem siebie pewny w tych kwestiach), przyszła małżonka zgodziła się ze mną zamieszkać.

Schody zaczęły się wówczas, gdy ksiądz na kursie przedmałżeńskim powiedział, iż narzeczeni zamieszkujący razem nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Później rzeczywiście jedno z nas tego rozgrzeszenia nie otrzymało. Ciężko nam było to zrozumieć, ponieważ wiedzieliśmy, że grzechem ciężkim jest współżycie, a my przecież nie współżyliśmy. Zaczęliśmy szukać odpowiedzi na nasze pytania, na blogu, który wówczas prowadziłem, był to temat przewodni i powód do dysput. Pojawiło się kilka źródeł argumentacji, zwłaszcza w postaci wykładów księdza Malińskiego, z których udało nam się wyciągnąć dwa nietrafione, przynajmniej w naszym wypadku, argumenty. Pierwszy to fakt, że „krew nie woda, musi się zagotować”, mężczyźni zaś mają „buraczane potrzeby”, czyli muszą zjeść i pouprawiać seks. Absolutnie to do mnie nie dotarło, gdyż byłem blisko mojej narzeczonej, spałem z nią nawet, a jakoś nic się we mnie nie gotowało. Nie miałem żadnych buraczanych potrzeb. Owszem, moja przyszła żona bardzo mi się podobała. Ale świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, że póki nie jest moją żoną, to muszę nad swoim popędem panować. I tak powinien działać każdy mężczyzna: z pomocą woli i rozumu, a nie wmawiając sobie, że ma jakieś buraczane potrzeby, które się muszą zagotować… Drugi argument związany był z tym, że młodzi ludzie zamieszkują ze sobą i żyją jak małżeństwo, a nie są gotowi na małżeństwo i nim się nie czują. Tymczasem u nas było inaczej: bardzo pragnęliśmy być już małżeństwem i wiedzieliśmy, że nie chcemy się rozstawać, że jedynym czego nam brakuje, jest sakrament. Ale już wcześniej czuliśmy się jak małżeństwo.

Dziś jesteśmy prawie trzy lata po ślubie, kwestia już nas bezpośrednio nie dotyczy. Ale problem pozostał i miałem nadzieję, że ksiądz Marek odpowie mi nań w satysfakcjonujący sposób. Niestety, zawiodłem się i zaraz napiszę, dlaczego.

Najpierw jednak zaznaczę, że jest jeden przynajmniej argument, w którym się z nim zgadzam. Argument przeciw wspólnemu mieszkaniu przed ślubem, którego Maliński nie wymienił, a który w naszym przypadku okazał się kluczowy. Jeszcze w czasach narzeczeńskich zorientowałem się, że tę jedną kwestię M. pominął i ja ją również pominąłem w swoich rozmyślaniach. Gdy to zauważyłem, wycofałem się z popełnianego błędu i całą sprawę ponownie opisałem na blogu. Ale wróćmy do księdza Marka. Otóż pisze on tak: „Zamieszkanie razem dwojga młodych ludzi nieuchronnie prowadzi ich do wielkiej zażyłości i intymności, nawet jeśli nie śpią w jednym łóżku. Przebywają godzinami obok siebie, dotykają się, okazują sobie czułość. Każdy dzień takiej bliskości prowadzi do jeszcze większej zażyłości i intymności w kolejnym dniu. Ona i on zżywają się coraz bardziej ze sobą i nawet nie zauważają, że z dnia na dzień przekraczają kolejne granice prywatności i pozwalają sobie na kolejne przejawy bycia coraz bliżej siebie. Dla przykładu, początkowo wykluczają jednoczesne bycie razem w łazience albo przebieranie się w obecności tej drugiej osoby, ale któregoś dnia po raz pierwszy łamią te zasady, chociażby je wspólnie ustanowili i chociażby początkowo mieli stanowczy zamiar, by je respektować”. Rzeczywiście, tak było i w naszym przypadku. Śmialiśmy się z Malińskiego, który mówił, że narzeczeni wpadają w pułapkę schizofrenii: żyją jak małżeństwo, ale nie czują się jak małżeństwo, bo my się czuliśmy jak małżeństwo i nie było mowy o żadnej schizofrenii. Nikt nas jednak nie ostrzegł, że czując się jak małżeństwo zaczniemy powoli zachowywać się jak małżeństwo. Problem leżał w tym, że czuliśmy się jak małżeństwo, a nie w tym, że się nie czuliśmy. I ja nie nazwałem tego wówczas, jak ksiądz Marek, przekraczaniem granic, lecz przesuwaniem ich. Granice się jakby same, niezauważalnie – oczywiście w każdym wypadku na mocy naszych suwerennych decyzji – przesuwały. Nie przekraczaliśmy ich tak, jak się przekracza próg, lecz ten próg znajdował się jakby coraz dalej. Przez to, należy przyznać, nasze narzeczeńskie życie nie było do końca czyste. Jednak kiedy sami zorientowaliśmy się w tym, że przegapiliśmy jedną pułapkę, wycofaliśmy się, wyspowiadaliśmy (było to jeszcze przed nieudzieleniem rozgrzeszenia) i zaczęliśmy życie na nowo w czystości, wciąż mieszkając razem. Drugi raz nie popełniliśmy już tego samego błędu. Co więcej: z perspektywy czasu jestem w stanie powiedzieć, że gdyby ktoś nas przed perspektywą zaistnienia takiej sytuacji ostrzegł wcześniej, bylibyśmy w stanie sobie z tym bez większych problemów poradzić.

Niestety, inne argumenty księdza Dziewieckiego nie docierają do mnie i w związku z tym postaram się krótko napisać, co mam na myśli. Odpowiedź na list-pytanie zaczyna się od słów: „Starożytna mądra zasada głosi, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie”. Nie mogę się z tym nie zgodzić, z małym jednak zastrzeżeniem. Jestem w stanie stwierdzić, że ktoś może poznać samego siebie na tyle dobrze i na tyle dobrze opanować pewne cnoty, że jest w stanie jednak coś postanowić i tego postanowienia nie złamać. Ksiądz Marek ma tu jednak na myśli coś innego, przytacza mianowicie inną sytuację wspólnego zamieszkiwania, by porównać ją do tej związanej z zamieszkiwaniem dziewczyny i chłopaka: „Wyobraźmy sobie, że do jakiejś małej miejscowości, w której dotąd nie było świątyni, biskup posyła młodego księdza po to, by zbudował tam kościół i by utworzył nową parafię. Okazuje się, że ten ksiądz przybywa z młodą gospodynią. U jednego z gospodarzy wynajmuje pokój z kuchnią i łazienką. W tym małym mieszkaniu zamieszkuje ze swoją gospodynią. Ksiądz wyjaśnia parafianom, że oczywiście żyje w czystości i nie współżyje z kobietą, ale śpią w jednym pokoju, bo tak jest najwygodniej i najtaniej. (…) Nawet gdyby wszyscy dorośli, młodzież i dzieci w parafii uwierzyli, że żyje w czystości, to chyba nikomu z mądrych ludzi taki zażyły kontakt księdza z młodą kobietą nie wydawałby się mądry, dobry i odpowiedzialny”. Pierwszą moją myślą po przeczytaniu tego tekstu było to, że chyba by mi to nie przeszkadzało. Jednak odczułem pewien dysonans i po konsultacji z żoną zrozumiałem, że rzeczywiście troszkę jednak nie do końca byłaby to odpowiednia relacja. Wyobraziłem sobie siebie, zamieszkującego w jednym pokoju z obcą kobietą i zrozumiałem, w czym jest problem. Otóż ja już ślubowałem. Jestem po ślubie i ten młody ksiądz z opowieści również. Nie zamieszkuje więc jako ktoś wolny – a co więcej, z osobą, której zamierza ślubować. Więcej jeszcze, której prawdopodobnie kiedyś będzie ślubował. Ksiądz, jak i żonaty mężczyzna, nie mogą zamieszkiwać z osobą, która dodatkowo jest dla nich kimś obcym – nie jest przecież nawet potencjalną żoną, bo obaj już komuś ślubowali. Tymczasem pytanie na które formułowana jest odpowiedź dotyczy dwójki wolnych, ale związanych ze sobą osób, które są na drodze do małżeństwa. Widzę ogromną różnicę między tą sprawą, a sprawą księdza, chociaż obie już w tej chwili nie są moją własną sprawą, tak bym musiał jej sędziować. Można jednak powiedzieć: taki tok myślenia, że przedmałżeńskie zamieszkiwanie jest dozwolone, w przeciwieństwie do mieszkania kapłana z kobietą, usprawiedliwiałby również współżycie przedmałżeńskie. Nie zgadzam się jednak, ponieważ wiemy, a jest to również potwierdzone nauczaniem Kościoła, że współżycie pozamałżeńskie w każdym wypadku jest złe, ponieważ współżycie i płodność są właściwe małżeństwu. Tymczasem tylko nieliczni (znam kilka przypadków) stwierdzają, że przed ślubem nie należy się czule obejmować, całować czy nawet chodzić za rękę. Są to rzeczy typowe dla par młodych (i starszych) ludzi, dla narzeczonych. A jednak wielu przyzna, że wszystkie te sytuacje zostałyby uznane za zdradę małżeńską w przypadku, gdyby jedna z osób biorących w tym udział była zaślubiona. Byłoby to zgorszenie również w przypadku kapłana. A jednak w przypadku narzeczonych nie jest, choć nie zawsze jest tak, że przetrwają razem do ślubu. Dlatego rzeczywiście nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie, ale nie tego dotyczy argument. Dotyczy on konkretnej sytuacji, którą również i ja dziś obserwuję z zewnątrz – co więcej, będąc klerykiem również z zewnątrz ją obserwowałem. I patrzyłem na nią inaczej, niż ksiądz Marek. Sprawa dotyczy tego, co jest właściwe małżeństwu, a co można rozpatrywać szerzej. Czy wspólne zamieszkiwanie jest bliższe współżyciu, czy całowaniu i chodzeniu za rękę?

Dalej dowiadujemy się, że „Wśród ludzi zaprzyjaźnionych z Bogiem i żyjących według Jego przykazań taka sytuacja się po prostu nie zdarzała. Maryja nie zamieszkała przed ślubem z Józefem mimo to – albo właśnie dlatego (!) – że kochali się miłością czystą, wierną i mocną, której nie naruszyła nawet tak niezwykła próba zaufania jak niewytłumaczalne po ludzku macierzyństwo Maryi”. Argument może poruszyć sumienie katolika, ale często ten katolik nie wie, że Maryja nie zamieszkała z Józefem nie tylko przed, ale i przez jakiś czas po ślubie. W momencie, kiedy począł się Jezus, Maryja już była zaślubiona Józefowi, o czym świadczy to, że Józef po dowiedzeniu się o ciąży postanowił ją oddalić (nie mógłby tego zrobić, gdyby nie był jej mężem). Tak to wyglądało u mieszkańców starożytnego Izraela i tak to do dziś wygląda u ortodoksyjnych Żydów. Najpierw są zaślubiny, potem dopiero, po jakimś czasie następuje przeniesienie żony do domu męża. Dopiero wówczas zaczyna się zamieszkiwanie i współżycie. Takie były realia okresu narodzin Jezusa, a nie decyzja Maryi i Józefa. Trzeba więc raczej zapytać, czy kwestia mieszkania przed ślubem nie jest czymś, co kiedyś było niedopuszczalne, a dziś jest? Podobnie jest z wieloma kwestiami, także związanymi z prawem żydowskim. Co więcej: nieważne jak wielkim i świętym człowiekiem był Józef, w dalszym ciągu postanowił oddalić Maryję (zamiast skazać ją na ukamienowanie). Próbę zaufania przetrwali nie dzięki ogromnej miłości Józefa, lecz dzięki objawieniu, jakie otrzymał przez anioła. Oczywiście, sam musiał potem uznać dziecko za swoje i utrzymywać to wśród ludzi, żeby nie narażać Maryi na śmierć. Jednak gdyby nie anioł, wszystko potoczyłoby się inaczej. Musimy jeszcze podkreślić jedną rzecz – Maryja i Józef, nieważne jak bardzo święci – nie są i nie mogą być uznawani za typowe małżeństwo, za jego wzór. Przede wszystkim dlatego, że wierzymy w wieczyste dziewictwo Maryi. A więc w to, że z Józefem nigdy nie współżyła. Do tego jeszcze wrócimy.

W kolejnych fragmentach wypowiedzi księdza Marka możemy przeczytać następujące słowa: „Dla dwojga młodych, zdrowych i zakochanych ludzi bliskość i intymność, jaką stwarza im mieszkanie pod jednym dachem, staje się nieuchronnie okazją do grzechu. Zwykle bardziej odczuwa to on niż ona, gdyż serdeczna bliskość na co dzień (…) sprawia, że dziewczyna zaczyna okazywać coraz więcej czułości, a chłopak zaczyna przeżywać coraz większe podniecenie seksualne. Takie właśnie reakcje są w przypadku mężczyzny spontaniczne i odruchowe. (…) Dziewczęta zwykle mniej zdają sobie z tego sprawę. Nie wszystkie wiedzą o tym, że stała, zażyła fizyczna bliskość we dwoje prowokuje chłopaka i że nieuchronnie prowadzi go do cielesnego pobudzenia. Jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że chłopak nie jest czysty czy opanowany, lecz oziębły seksualnie. Jeżeli nie zakładamy, że on i ona są fizycznie chorzy czy oziębli, to realizm zobowiązuje nas do założenia, że on i ona – a zwłaszcza on – będą mieli coraz większe problemy z panowaniem nad ciałem, popędem, poruszeniem seksualnym”. Te słowa gorąco mnie oburzyły. I gdy je czytałem, zrobiło mi się przykro. Mianowicie dlatego, że w czasie narzeczeństwa wielokrotnie wypowiadałem się na temat mojego zamieszkiwania z moją narzeczoną, podkreślając, że nie współżyjemy, że panuję nad sobą i nie mam problemów z czystością. Że nie mam kłopotów z „powstrzymywaniem się” nie dlatego, że ciężko walczę, lecz dlatego, że zwyczajnie nie mam się przed czym powstrzymywać. Że, owszem, mam piękną narzeczoną, ale to nie znaczy, że muszę się na nią rzucać jak na kawał mięsa. Bo jest moją narzeczoną, a współżycie jest dobre w małżeństwie. Nie popadłem też – co, jak pisze dalej ksiądz Marek, przydarza się wielu chłopcom mieszkającym z dziewczynami przed ślubem – w nałóg samogwałtu. Nie miałem z tym żadnych problemów. I możecie się domyślać jakie kontrargumenty wysuwali moi rozmówcy: że w takim razie jestem oziębły seksualnie, albo wręcz aseksualny. Bo to jest niemożliwe, żeby w ten sposób nad sobą panować. Inni zaś stwierdzali, że mogę sobie mówić co chcę, ale co dzieje się za drzwiami pokoju, to tylko ja i moja narzeczona wiemy (w podtekście: oni też). Te osoby również po ślubie atakowały, że możemy utrzymywać, jakobyśmy żyli w czystości przedmałżeńskiej, ale jedyne co mamy na swoje usprawiedliwienie to fakt, że nie wpadliśmy (w przeciwieństwie do innych znajomych, którzy nie mieszkali razem przed ślubem i ostro z tym walczyli do momentu, w którym doszło do poczęcia). Ksiądz Marek robi dokładnie to samo, zupełnie niesprawiedliwie wstawiając mnie pomiędzy osoby oziębłe seksualnie. Tymczasem nasz synek począł się zaraz po ślubie i jest to dobitny argument za tym, że akurat ja jestem w tych kwestiach zdrowy. Dodam też, że obecnie staramy się o rodzeństwo dla maluszka, ale nie udaje się akurat z przyczyn od nas niezależnych. Nie miałem problemów ze wstrzemięźliwością przedślubną nie dlatego, że jestem oziębły, lecz na mocy własnej decyzji. Mocno bowiem przyjąłem w sobie to, czego na psychologii uczył mnie właśnie ksiądz Dziewiecki – że miłość jest decyzją (aktem woli), popęd czy pociąg seksualny jest zaś uczuciem. Pożądanie zaś jest innym aktem woli, na mocy którego człowiek przyjmuje uczucia popędu i daje im ujście poprzez masturbację, nieprzyzwoite myśli czy złe współżycie (również w małżeństwie). Uczucia jednak, zgodnie z personalistyczną psychologią, nie rządzą człowiekiem. Są typowe nie tylko dla niego, lecz również dla zwierząt. Tym, co spośród zwierząt wyróżnia człowieka, jest rozum i wola. Gdy odczuwasz więc (co rzeczywiście jest niezależne od ciebie) pociąg seksualny, możesz postanowić o daniu mu upustu (pożądanie), lub wykorzystaniu go ku dobru (miłość), np. gotując obiad. Są ludzie, katolicy, którzy proponują w to miejsce uprawianie sportu. Dla niektórych to może być dobre rozwiązanie. Ja, myśląc w ten sposób, potrafiłem zapanować nad sobą do tego stopnia, że rzeczywiście nie miałem z tym żadnego problemu i żadnych wątpliwości. I zawsze wierzyłem, że potrafi to przeżyć w ten sposób każdy człowiek, jeśli prawidłowo zrozumie rolę uczuć i woli w swoim życiu. Dlatego zdecydowałem się, że mogę z moją narzeczoną zamieszkać razem przed ślubem – bo byłem pewien, że z mojej strony nic jej nie grozi. I rzeczywiście – nie groziło.

By kontynuować mój wywód, muszę dodać do tego jeszcze kilka słów księdza Marka: „Jeśli zamieszkanie razem nie prowadzi do współżycia, to wiąże się z koniecznością czujności, dyscypliny, stawiania samemu sobie twardych wymagań, a sobie nawzajem stanowczych granic we wzajemnym kontakcie, w gestach bliskości, w okazywanej czułości. Trwanie w czystości, gdy jest się młodym, zdrowym i zakochanym człowiekiem, gdy w dzień i w nocy przebywa tuż obok nas osoba, którą jesteśmy – także fizycznie (!) – ogromnie zauroczeni, to wręcz heroiczne wyzwanie i wystawianie siebie na niepotrzebną próbę panowania nad ciałem. Łatwo wtedy o porażkę, a wygranie takiej próby dużo kosztuje, ma swoją cenę. I to cenę wysoką! Jest nią konieczność nieustannego zachowania ostrożności i zdrowego rozsądku. On i ona są zmuszeni tłumić spontaniczność we wzajemnym kontakcie, bliskości, w okazywanej sobie czułości. (…) Taka – podjęta z troski o czystość – czujność i ostrożność we wzajemnych kontaktach utrwala się w jego i jej myśleniu oraz w ich codziennych zachowaniach. Zaczyna być coraz większym ciężarem tu i teraz, a w przyszłości może doprowadzić do przekonania, że w odniesieniu do zachowań seksualnych nie wolno zdawać się na spontaniczność, że trzeba tu być ciągle czujnym i ostrożnym. Jeśli on i ona pobiorą się, to miesiące czy lata (…) ich walki o panowanie nad sobą po to, by żyć w czystości, mogą zaburzać radość i spontaniczność seksualnej bliskości w małżeństwie. Nie warto się na to narażać!” Te słowa można by uznać za mądry argument, bo skoro wyrabiamy w sobie postawę walki z popędem, to w małżeństwie będzie to trwało nadal i niszczyło ludzkie współżycie. Ale tu jest pewien znaczący haczyk! Kto bowiem powiedział, że radosne współżycie oznacza spontaniczne współżycie? Kto powiedział, że w małżeństwie należy się poddać popędowi, zamiast niepotrzebnie z nim walczyć? Być może ktoś owszem, ale nie należę do osób, które tak mówią. Czystość i opanowanie przed ślubem, wstrzemięźliwość, a nie walka, powinny być zawsze kontynuowane po ślubie. Bez względu na to, czy przed nim ze sobą mieszkaliśmy, czy nie. Gdyby powiedzieć, że współżycie małżeńskie powinno być z natury spontaniczne, to wykluczałoby ono szereg spraw, z których niektóre są aprobowane, a inne wręcz polecane przez Kościół.

Po pierwsze więc NPR, czyli naturalne planowanie rodziny. Jeśli założymy, że małżeństwo chwilowo odkłada poczęcie dziecka, to musi siłą rzeczy odłożyć również współżycie w okresie płodnym. Dodać należy, że kobieta w okresie płodnym odczuwa większy pociąg seksualny, a mężczyzna odczytuje jej sygnały i również działa w podobny sposób. Zupełnie oczywistym byłoby więc dla nich spontaniczne współżycie w okresie płodnym, ale jednocześnie odkładają poczęcie i współżyć nie mogą. Albo mogą więc zachować wstrzemięźliwość (a nie walczyć) i przełożyć swoje napięcie na coś innego, albo spontanicznie, wciąż odkładając poczęcie, zacząć używać antykoncepcji. Co oczywiście jest absolutnie niedopuszczalne, o czym każdy katolik wie. Jeśli więc powiemy: współżycie w małżeństwie powinno być spontaniczne, musimy wykluczyć jakiekolwiek racjonalne planowanie rodziny, na jakie nawet Kościół się zgadza. To znaczy: będziemy mieć tyle dzieci, ile Pan Bóg zechce, choćbym miała kopnąć w kalendarz…

Druga rzecz to wstrzemięźliwość w przypadku różnych chorób, zagrożonej ciąży itp. Są sytuacje, kiedy kobieta nie powinna współżyć przez okrągłe 9 miesięcy, ze względu na bezpieczeństwo noszonego w łonie dziecka. Albo wyobraźmy sobie, że jedno ze współmałżonków jest nosicielem wirusa HIV. W tej sytuacji współżycie nie powinno być w ogóle brane pod uwagę, aby nie narażać na śmierć współmałżonka i potencjalnych dzieci (oczywiście i w tej sytuacji antykoncepcja jest wykluczona – nawet jeśliby nie była, pamiętajmy o jej niskiej skuteczności jeśli chodzi o przepuszczanie wirusów). To oznacza, że wszelkie przejawy spontanicznego współżycia są wykluczone przez 9 miesięcy, albo przez całe życie! Nazwiemy to niepotrzebną walką z popędem, czy opanowaniem i wstrzemięźliwością? Jeśli ufamy, że coś takiego jest możliwe w małżeństwie, gdzie przecież dwie osoby przebywają wspólnie i blisko siebie przez długi czas, dlaczego podobną sytuację przed małżeństwem nazywamy walką i czujnością? Czy wydaje nam się, że małżonkowie, w przeciwieństwie do narzeczonych, nie mogą tęsknić za czułością i intymnością? Ks. Maliński, o którym wcześniej wspominałem, powiedział, że w małżeństwie nawet są takie sytuacje, w których lepiej, żeby mężczyzna spał w osobnym łóżku. Może takie właśnie sytuacje właśnie miał na myśli. O cokolwiek by mu chodziło, we mnie budzi to tylko uśmiech. Bo mężczyzna, który potrafi racjonalnie myśleć, podejmować mądre decyzje i panować nad sobą, może przespać całe życie z kochaną osobą, nigdy z nią nie współżyjąc.

Trzecia wreszcie rzecz, popierana przez Kościół, choć niekoniecznie stawiana za wzór, to białe małżeństwa. Ludzie, którzy żyją razem jako mąż i żona, ale ze sobą nie współżyją. Są oziębli seksualnie? Może, ale na pewno nie zawsze. Zazwyczaj jednak po prostu postanawiają się oddać Bogu w małżeństwie w ten właśnie sposób. Zgodnie z naszą wiarą Maryja i Józef byli takim właśnie małżeństwem. Maryja pozostała na zawsze dziewicą. Czy Józef był aseksualny? Nie wolno nam tak mówić! A więc jednak odczuwał pociąg do najpiękniejszej kobiety świata. Maryja była niepokalanie poczęta, ale czy to oznacza, że nie wiedziała co to pociąg seksualny? Skądże znowu! Przecież Adam i Ewa, zgodnie z objawieniem, jeszcze żyjąc w Raju dostali nakaz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Człowiek bez grzechu pierworodnego – a należała do takich również Maryja – otrzymał pociąg seksualny w akcie stworzenia. A mimo tego, że nie byli oziębli seksualnie i nie zrezygnowali ze wspólnego zamieszkiwania po ślubie, Józef i Maryja nigdy ze sobą nie współżyli. Walczyli z popędem i spontanicznością? A może raczej żyli w czystości, która w tej sytuacji była tożsama ze wstrzemięźliwością? Maryja była bezgrzeszna, ale współżyjąc ze swoim mężem grzechu by nie popełniła. Mimo tego okazuje się, że da się przeżyć życie bez współżycia, jednocześnie mieszkając pod jednym dachem.

Wreszcie jest jeszcze coś takiego jak cnota. Rozumiem ją jako wewnętrzną niemożność zrobienia czegoś złego. Można nie chcieć lub nie lubić palenia papierosów, lecz można mieć wyrobioną cnotę niepalenia, a więc coś w rodzaju wewnętrznej blokady. To samo dotyczy – i w mojej sytuacji dotyczyło – współżycia przedmałżeńskiego. Założenie konieczności spontaniczności współżycia wyklucza istnienie cnoty, niestety…

Kolejnym często podejmowanym tematem w przypadku wspólnego zamieszkiwania przed ślubem jest zgorszenie. I tym ksiądz Marek postanowił się zająć. Napisał m.in.: „Zwykle w takiej sytuacji najbardziej cierpią rodzice jego i jej. Z kolei dla rodzeństwa jest to zły przykład. Zdziwienie i zgorszenie jest nieuniknione także ze strony znajomych czy sąsiadów w parafii, jeśli on i ona przystępują do komunii świętej”. O rodzicach nie będę się tu wypowiadał, co do rodzeństwa – moje samo podejmuje własne decyzje, a ja mogłem dać tylko przykład zawsze podkreślając, że mieszkając z narzeczoną przed ślubem, nigdy nie współżyłem. Inna kwestia dotyczy zgorszenia w przypadku przyjmowania komunii świętej. Oboje z żoną w okresie narzeczeńskim przystępowaliśmy do komunii, dopóki nie zostało nam to zakazane. Nie robiliśmy bowiem nic, co w świetle naszego rozumienia zasługiwałoby na odłączenie. Pewnego dnia nasze wspólne zamieszkiwanie zaniepokoiło jednak jedną bliską osobę. Zapytała w rozmowie: „Dlaczego ktoś pozwala im mieszkać razem bez ślubu?” Odpowiedź rozmówcy była następująca: „Skoro widzisz ich przystępujących do komunii, to chyba możesz zrozumieć, że żyją w czystości”. Jak widać w naszym przypadku fakt przystępowania do komunii odegnał raczej zarzut zgorszenia, niż go wzmocnił – zwłaszcza, że rzeczywiście przystępowaliśmy do komunii z czystym sercem. Poza tym moim zdaniem zgorszenie jest winą osoby, która je czyni tylko wówczas, gdy rzeczywiście dopuszcza się czynu, o który jest podejrzewana. Wspólne mieszkanie przed ślubem gorszy tych, którzy dopisują sobie do tego współżycie. Jeżeli jednak współżycie nie ma miejsca, nie widzę winy osoby mieszkającej z inną osobą przed ślubem, lecz raczej fałszywe zgorszenie osoby zgorszonej.

Jeszcze jeden krótki cytat, na który chciałbym dać odpowiedź: „Zamieszkanie razem przed ślubem sprawia, że ludzie szlachetni z najbliższego otoczenia nabierają dystansu wobec konkubentów. Nie chcą bowiem swoją postawą stwarzać choćby pozorów tego, że akceptują udawanie małżeństwa przed ślubem. Chyba nikt z czytelników tej książki nie chciałby związać się i myśleć o małżeństwie z kimś, kto wcześniej mieszkał w jednym pokoju z kimś innym, nawet jeśli nie doszło do współżycia. Człowiek dojrzały i szczęśliwy chce mieć wyłączność na intymną bliskość z osobą, z którą zawrze małżeństwo”. Po pierwsze przeniosłem się z przyszłą żoną do Warszawy i w ciągu roku, podczas którego mieszkaliśmy razem bez ślubu, zawierałem przyjaźnie ze studentami II roku teologii ogólnej. Osoby te nie tylko nie odsunęły się ode mnie, ale z niektórymi z nich, które też już żyją w małżeństwie, współtworzymy wspólnotę Domowego Kościoła. Po drugie zaś ks. Marek chyba nie do końca docenia swoich czytelników, twierdząc że chyba nie ma wśród nich nikogo, kto związałby się lub poślubił kogoś wcześniej mieszkającego z kimś innym. Moja żona wcześniej była z innym facetem, a i ja miałem dziewczyny, z którymi zdarzało mi się sypiać w jednym łóżku. Najpierw: żadne z nas nie uznało, że samo spanie wspólnie z inną dziewczyną/chłopakiem było godne potępienia. Następnie zaś: każdy ma jakąś przeszłość, nie zawsze bardzo chwalebną. Każdy popełnił w swym życiu pewną liczbę grzechów. Nie może to jednak przekreślać żadnego człowieka i jego prawa do szczęścia i miłości. Oczywiście, w małżeństwie wymagam wręcz wierności i intymnej wyłączności (co nie znaczy, że nie wybaczyłbym zdrady). Jednak co było przed małżeństwem, to już minęło. Stało się. Ja wierzę w coś, co nazywam odrodzonym dziewictwem – a jako przykład stawiam Marię Magdalenę. Jeśli przeszkadzałoby mi to, co działo się między kimś obcym, a moją przyszłą żoną przed moim jej poznaniem, nie byłbym człowiekiem dojrzałym i szczęśliwym, lecz chorobliwie zazdrosnym i egoistycznym.

W tych właśnie kwestiach nie zgadzam się z księdzem Markiem. Na sam koniec dodam jeszcze wypowiedź pewnej studentki, którą ks. Dziewiecki przytacza dla ukazania zgubności wspólnego zamieszkiwania przed ślubem: „Odtąd nie ma już randek, kwiatów, tęsknoty, przygotowania się na jego czy na jej odwiedziny. Nie ma już radości dobierania stroju na kolejne wyjątkowe spotkanie. Nie ma już troski o wygląd w ten wyjątkowy wieczór raz na kilka czy kilkanaście dni. Zaczyna się szara codzienność w okresie, który powinien być czasem wyjątkowego świętowania młodości!” Ta wypowiedź jest z pewnością bardzo dobrym wyznaniem wiary dla wielu współczesnych młodych ludzi. Dla nich można nazwać ją definicją małżeństwa. Nie, nie mieszkania przed ślubem, ale właśnie małżeństwa! Przecież właśnie w małżeństwie mieszkamy razem, a nie czekamy na siebie z utęsknieniem. Ubieramy się w codzienne ciuchy, a nie coś specjalnego. Dla wielu to jest szara codzienność, w okresie nieustającej przecież młodości! Przytaczając te słowa ksiądz Marek, moim zdaniem, ukazał ludziom nie tyle negatywną perspektywę mieszkania ze sobą przed ślubem, lecz mieszkania ze sobą w ogóle, bez względu na to, czy ma się ślub, czy nie! A jednak – ja jestem w małżeństwie od niecałych 3 lat i wciąż kupuję żonie kwiaty. Wciąż zapraszam ją na randki. A najpiękniejsza i tak jest ta cała szara codzienność, która niewiele różni się od naszej szarej codzienności sprzed ślubu. Świętujemy naszą młodość, która przecież nadal trwa, żyjąc w małżeństwie. Narzeczeństwo zaś nie jest jakimś okresem wyjątkowego świętowania młodości, chodzenia na randki i pokazywania się takimi, jakimi w rzeczywistości nie do końca jesteśmy, lecz czasem przygotowania do małżeństwa. I może niektórzy wolą być w tym czasie ze sobą raczej, niż spotykać się tylko raz na kilka dni?

Nie będę omawiał całego tekstu księdza Marka, bo i tak mój wpis jest już wystarczająco długi. Dodam jeszcze tylko, że końcówka listu, na który autor książki odpowiadał, brzmiała: „Kiedy pojawił się w naszym życiu ten problem, zaczęliśmy przeglądać dokumenty przedstawiającą oficjalną naukę Kościoła. Znaleźliśmy wypowiedzi dotyczące wielu interesujących nas kwestii, ale nijak nie mogliśmy znaleźć czegokolwiek, co potwierdzałoby zło tkwiące w mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Zastanawiam się więc, czy ten zakaz w ogóle wypływa z orzeczeń hierarchii kościelnej, czy jest tylko swego rodzaju wyrzutem sumienia kilku staroświeckich spowiedników, którzy chcą być bardziej papiescy od papieża.” Problem wydaje mi się szczególnie poważny: wyraźna wypowiedź hierarchii kościelnej ustawia bowiem takie kwestie, jak homoseksualizm, masturbacja czy współżycie pozamałżeńskie. Sam jednak mam od lat trudności ze znalezieniem czegokolwiek, co wskazywałoby na to, że Kościół oficjalnie zakazuje zamieszkiwania razem przed ślubem. Pytałem o to wielu osób i nikt nie dał mi żadnej odpowiedzi. Co ciekawe – ksiądz Dziewiecki ostatecznie również nie podejmuje tego tematu i nie udziela odpowiedzi na tak istotne pytanie. To może świadczyć o jednym: że Kościół nie wyraził swojego zdania na temat tak istotnej kwestii, jaką jest mieszkanie przed ślubem. I wypowiedzi zakazujące rzeczywiście mogą świadczyć o nadwrażliwości niektórych spowiedników…

Moje zdanie nieco zmieniło się odkąd wziąłem ślub. Trochę z żoną zazdrościmy tym osobom, które zamieszkały wspólnie dopiero po ślubie i dziś raczej odradzamy drogę, którą powzięliśmy. Z perspektywy czasu mogę więc powiedzieć, że jestem raczej przeciwnikiem mieszkania razem przed ślubem, niż jego zwolennikiem. Wciąż jednak sądzę, że mieszkanie razem bez ślubu nie jest samo w sobie złem. Może pomagać w dążeniu do tego zła (pokusy), jednak wcale nie musi – co więcej, sądzę, że mądrze rozumiane może nawet odwieść od zła. Są bowiem ludzie, dla których większą pokusą jest wykorzystanie dwóch godzin danych raz na tydzień (czyt. randka) do granic możliwości, niż ciągły wspólny kontakt z drugą osobą.

Z radosnych wiadomości: od wczoraj jestem magistrem teologii. Stąd zmiana nazwy bloga. Dziękuję z góry za gratulacje :P.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 20 Komentarzy

Mieszkać przed ślubem

Nareszcie udało się nam zainstalować internet… Mieszkamy sobie w naszym ciasnym, trzypokojowym mieszkanku na Chomiczówce, choć słowo „mieszkamy” jest z pewnością dużą przesadą – jako, że co chwila albo pędzimy do Bełchatowa, albo do Skarżyska. Wiecie jak to jest, na dwa miesiące przed ślubem… Dlatego muszę podkreślić, że cudownym jest ze strony naszych rodziców, że kupują nam mieszkanie i możemy spędzić te dwa miesiące przygotowań razem, na wspólnym. Że nie musi być tak, iż Ola mieszka w Bełchatowie, ja w Skarżysku, a jak przychodzi do załatwiania dokumentów i innych ważnych spraw, to albo Ola załatwia wszystko sama, albo ja wsiadam w pociąg o 5, jadę do Łodzi, a z Łodzi do Bełchatowa PKSem, żeby następnego dnia wracać tą samą trasą, tylko na odwrót. Bo oczywiście gdyby nie nasi rodzice, nie mielibyśmy też samochodu.

Mieszkamy więc razem. Nigdy nie byłem przeciwnikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Nie wymyślam tego dla własnego widzimisię – nawet jak byłem w Seminarium i nie zamierzałem kiedykolwiek być z kobietą, nadal twierdziłem, że mieszkanie ze sobą jest dobre. Nigdy nie twierdziłem jednak, że powinno się mieszkać ze sobą przed ślubem po to, by się poznać. Sprawdzić. Dowiedzieć się o sobie jak zachowujemy się w różnych sytuacjach. Jak możecie zauważyć po moim dotychczasowym postępowaniu (zaręczyny po trzech miesiącach, ostatnio nawet po miesiącu – 29 oczekujemy życzeń :), raczej od początku staram się pokochać, a po pokochaniu jestem gotów przyjąć wszystko, poza kłamstwem i niezdecydowaniem. Bo te dwie rzeczy sprawiają, że czuję się niepewnie, tak, jakbym tracił grunt pod nogami. Te dwie rzeczy naruszają moje zaufanie. Zawsze byłem zwolennikiem mieszkania ze sobą jeśli jesteśmy zdecydowani, pewni siebie, pełni zaufania, i jeśli postanowiliśmy pokochać na dobre i złe. Nie jestem więc oficjalnie ani przeciwnikiem, ani zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Jestem zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem w określonych uwarunkowaniach przyrodniczych.

Nie wiem, czy wspominałem, że w całe to sprawdzanie się często wstawia się pojęcie dopasowania seksualnego. Nie wiem, czy wspominałem, że coś takiego jak dopasowanie seksualne nie istnieje. I nie, my nie sprawdzamy się. I nie dopasowujemy się seksualnie.

Mieszkamy ze sobą. Razem jemy, śpimy w jednym łóżku, całujemy się. Nie współżyjemy. Kiedyś, Ola już o tym pisała nawet, przekroczyliśmy kilka granic, takich, których miałem już nigdy w życiu nie przekroczyć (po mojej historii z Gośką, może ktoś pamięta?). Zrobiliśmy to na mocy własnej decyzji, a nie za sprawą hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Nie dlatego, że krew nie woda, lecz dlatego, że tego chcieliśmy. Później, ze względu na nasze częste nieporozumienia na tym tle, zechcieliśmy również z tego zrezygnować. Postanowiliśmy więc, że kończymy z tym, poszliśmy do spowiedzi i teraz żyjemy w czystości (choć z pewnością nie tak, jak brat z siostrą). Ale nigdy nie współżyliśmy i nie współżyjemy, a większość granic wróciło na swoje miejsca. Tak, mieszkamy razem pod jednym dachem, śpimy obok siebie i wbrew pozorom (i księdzu Malińskiemu) nie mamy problemów z zachowaniem czystości. Tłumaczę to trochę tak, jak ojciec Salij tłumaczy na czym polegają cnoty: np. ktoś, kto kształci w sobie cnotę unikania alkoholu najpierw grzecznie odmawia, choć ma z tym problemy. Później jednak ma wewnętrzną niemożność picia alkoholu – a więc nie wyobraża sobie, że w ogóle mógłby się napić. Tak samo jest z seksem pozamałżeńskim. I z czystością małżeńską, jak sądzę, również.

Chwilowo nie chodzę do spowiedzi. Od dwóch tygodni nie byłem u Komunii – a naprawdę ostatni raz, kiedy w niedzielę opuściłem pełną Eucharystię, był bodajże kiedy miałem 16 lat i prowadziłem wątpliwe życie na wakacjach we Włoszech. A więc 7 lat temu. Jeszcze nie zdarzył mi się problem z otrzymaniem rozgrzeszenia – to Ola poszła do spowiedzi i go nie dostała. Ale uznałem, że jesteśmy tu na tym samym poziomie, i konsekwencje musimy ponosić razem.

I teraz jeszcze raz (choć notki o Malińskim kiedyś już były) pytanie: konsekwencje czego? Co takiego robimy? Okej, mieszkamy ze sobą. Śpimy ze sobą. Całujemy się – świetnie. A teraz wyobraźmy sobie sytuację następującą: jest sobie dziewczyna i jej chłopak, idą razem na imprezę, na tej imprezie się całują (są grzeczni, więc do niczego więcej nie dochodzi), potem ona, zmęczona, usypia w jego ramionach, on usypia obejmując ją, może nawet położą się na łóżku. Rano budzą się, idą razem do kościoła i prawdopodobnie nawet im do głowy nie przyjdzie, że mieliby się z czego spowiadać. Mnie by przynajmniej nie przyszło.

Jaka jest różnica między nami, a tamtymi ludźmi? Jemy razem posiłki? Spoko, a co jeśli oni przed kościołem zjedli śniadanie? Nie mogę powiedzieć – pewne różnice z wielkim prawdopodobieństwem są. Jeśli to coś złego – ksiądz u spowiedzi może powiedzieć: nie róbcie tego to a tego. I okej. Mógłby powiedzieć: nie śpijcie w jednym łóżku. Powiedzielibyśmy: postaramy się (choć Ola na przykład w czasie burzy boi się spać sama). Powiedziałby: żyjcie do ślubu jak brat z siostrą. Odrzeklibyśmy: da się zrobić. Choć zwykli nastolatkowie nie mają problemu moralnego podczas całowania się z własnym chłopakiem/dziewczyną, my moglibyśmy tego zaniechać. Ale nie o to chodzi. Ola powiedziała: Nie współżyjemy. Ksiądz odpowiedział: Siejecie zgorszenie. Wobec kogo? Kto się gorszy? Ludzie, którzy widzą, że mieszkamy razem. I wyobrażają sobie. To, co sobie wyobrażają, jak sądzę, to już ich sprawa. Spotkałem się przecież z wyobrażeniami ludzi, że skoro nie współżyję z Olą, to znaczy, że jestem impotentem. Wyobraźnia każdego człowieka działa w różny sposób i ktoś, kto ma ochotę, ma prawo powiedzieć sobie, że osoby które ze sobą nie mieszkają, również ze sobą współżyją. A jaka jest prawda – to wiedzą zawsze tylko zainteresowani. Chyba, że pojawią się dowody.

Ksiądz Galej na kursie powiedział nam o jakimś dokumencie kościelnym, jakiejś instrukcji, w której napisano do spowiedników, żeby nie udzielali rozgrzeszenia mieszkającym ze sobą przed ślubem. Nigdy nie udało nam się dotrzeć do tej instrukcji, choć szukaliśmy, bo byliśmy ciekawi. Malińskiego chyba nie zrozumieliśmy, ale sami zauważyliśmy, że seks jest pewną naturalną konsekwencją bycia w stałym związku. Dzięki temu musieliśmy trochę mocniej nad sobą popracować – i wypracowaliśmy to, że nadal żyjemy w czystości. Nie mamy pojęcia jaka jest tak naprawdę oficjalna wizja Kościoła – i dlaczego. Wiemy, że jedni księża myślą tak, a drudzy inaczej. Trafiliśmy na takiego, który twierdził, że rozgrzeszenia dać nie może. Podjęliśmy więc kolejną decyzję – będziemy przez ostatnie dwa miesiące żyć bez spotkania z Panem Bogiem w Eucharystii, bo potrzebujemy siebie nawzajem, by przygotować się do ślubu. Tylko to naprawdę bardzo zabawne, że po to, by móc dobrze przygotować się do ślubu, musimy oddalić się od Boga. Czy nie powinno być inaczej?

Na koniec zapytam jeszcze, mam nadzieję, że się nie obrazicie, z czystej ciekawości, państwa Sz.: Powiedzcie mi, czy Wy też, po zamieszkaniu ze sobą, mieliście problemy z uzyskaniem rozgrzeszenia? Czy udało się Wam jakoś z tym poradzić?

A, jeszcze, chciałem dodać, że blog ma już trzy lata. No, wiecie, razem z dwoma poprzednimi :). Ale noty rocznicowej nie będzie. Jest tylko notyfikacja :).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze