Posts Tagged With: Miłość

Dlaczego homoseksualizm nie jest normą

We czwartek opublikowano wyniki największych jak dotychczas badań dotyczących poszukiwania genu odpowiedzialnego za fakt, że ludziom mogą podobać się przedstawiciele tej samej płci. Od lat bowiem wielu twierdzi, że homoseksualizm nie jest wyborem, lecz cechą wrodzoną, a co za tym idzie – jest niesiony w ludzkich genach. Przeprowadzono więc badania, a po publikacji wyników jeden z badaczy wyraził swoje nadzieje: „Mam nadzieję, że nauka może być wykorzystana do nauczenia ludzi trochę więcej na temat tego, jak normalne i naturalne są zachowania homoseksualne (jednopłciowe). Jest wpisane w naszych genach i jest częścią naszego środowiska. To jest część naszego gatunku i jest częścią tego, kim jesteśmy”. Autorem tych słów jest Beniamin Neale, genetyk w Broad Institute of M.I.T. i na Harvardzie, jeden z badaczy. Zanim jednak przejdę do krótkiego omówienia wyniku badań, spróbuję zastanowić się nad tym, czym jest wspomniana przez Neala „norma”.

Przytoczę definicję normy, którą można znaleźć w Wikipedii: „Norma w psychologii, pedagogice specjalnej i psychiatrii to rodzaj konstruktów wyznaczających na różne sposoby wzorce zwyczajnych zachowań i cech ludzi – na przykład jako przeciętne, zgodne z przewidywaniami, czy społecznie lub moralnie pożądane. Jest – niejednoznacznie – powiązana z wielorakimi koncepcjami zdrowia, w szczególności zdrowia psychicznego; może być zakorzeniona w różnorodnych założeniach filozoficznych i etycznych o naturze człowieka i świata„. Jak więc widzimy, norma jest nie tylko czymś, co jest typowe, powszechne, czy – można powiedzieć – przeciętne. Jako normę uważa się tak naprawdę wszystko to, co za normę zostanie uznane. W związku z czym można spokojnie powiedzieć, że zachowania homoseksualne, o których mówił autor powyższej wypowiedzi, będą na tyle normalne, na ile środowisko LGBTQ, do którego należą także liczni spośród naukowców biorących udział w badaniach, będzie kładło naciski na to, by to w oczach społeczeństwa unormalnić. Ze słów, które wypowiedział Beniamin Neale, wynika także to, że celem przeprowadzonych badań było nie tyle odkrycie prawdy o genetyce człowieka, lecz pomoc w przekonaniu ludzkości, że homoseksualizm jest normą.

Co jednak wynikło z przeprowadzonych badań i czy słowa Neala są podstawne? Otóż przede wszystkim nie udało się odkryć jednego genu homoseksualizmu, którym wyróżniałby się każdy przedstawiciel ludzkości czujący pociąg do osób tej samej płci. Odkryto natomiast szereg różnych genów, które mogą mieć wpływ na orientację seksualną. Jest to jednak wpływ niewielki (ang. „tiny” oznacza „malutki”), a co więcej – próba przewidzenia orientacji seksualnej danej osoby na podstawie tychże genów okazała się nieskuteczna ze względu na niewielką ilość danych. Badania wskazują, że szereg wyodrębnionych genetycznych zmian wpływa na około 32% wszystkich przypadków homoseksualizmu – a zatem można powiedzieć, że u ponad 60% te zmiany nie wystąpiły, a mimo tego odczuwali oni pociąg do osób tej samej płci. Badacze podkreślają, że „pozostała część wyjaśnienia zawiera społeczne czy środowiskowe wpływy — co sprawia, że niemożliwym jest użycie genów do przewidzenia czyjejkolwiek seksualności”. O czym osoby twierdzące, że homoseksualizm nie jest wrodzony, lecz zależny od czynników społecznych, mówiły już od dawna.

Ciekawą sprawą okazuje się także korelacja między wyodrębnionymi genami mającymi mieć wpływ na homoseksualizm, a występującymi u tych osób chorobami psychicznymi i zaburzeniami osobowości. Choć – co podkreślają autorzy badań – występowanie tychże chorób może wynikać z nieakceptacji społecznej dla osób homoseksualnych. Ciekawe jednak, dlaczego choroby psychiczne nadal nazywa się chorobami, ale skorelowanego z nimi homoseksualizmu już nie.

O wiele ciekawsze jednak, niż same wyniki badań, okazuje się podejście badaczy, często związanych ze społecznością LGBTQ. Otóż jeszcze przed publikacją wyników część badaczy wyrażała swoje obawy, że upublicznienie badań może okazać się zgubne dla ich środowiska, ponieważ może zostać źle (tj. na niekorzyść dla nich) wykorzystane przez przeciwników twierdzenia, że homoseksualizm jest normą. Na przykład Steven Reilly, genetyk i jedna z wpływowych osób w środowisku LGBT, powiedział: „Nie zgadzam się głęboko na publikowanie tego. To wygląda na coś, co może w prosty sposób być źle zinterpretowane”. Po czym dodał: „W świecie pozbawionym dyskryminacji zrozumienie ludzkich zachowań jest szczytnym celem, ale my nie żyjemy w takim świecie”. Zatem – zdaniem pana Reilly’ego, warto byłoby publikować dane niekorzystne dla środowiska LGBTQ tylko wówczas, jeśli społeczeństwo byłoby już nastawione wyłącznie pozytywnie do jego przedstawicieli. Inny badacz, Joe Vitti, skomentował: „Jako osoba queer i genetyk, nie mogę zrozumieć motywacji przyświecającej szerokopojętym badaniom genomów w celu określenia nieheteroseksualnych zachowań. Muszę najpierw zobaczyć wystarczający argument, że potencjalne korzyści tych badań przeważą nad potencjalnymi szkodami”. Jakie wnioski my możemy wysnuć z tych wypowiedzi? Że środowisko LGBTQ tak bardzo dba o wiarygodność własnych argumentów, własnych twierdzeń, że homoseksualizm jest normą, że jeśli badania mogą pokazać, że jest inaczej, to nie należy w pierwszej kolejności w ogóle ich przeprowadzać, a w następnej – jeśli już się je przeprowadziło – trzeba się dwa razy zastanowić przed opublikowaniem ich wyników.

Z badań wynika, że nie tylko nie istnieje konkretny gen homoseksualizmu, ale te liczne, które dają jakąś wskazówkę, że mogą mieć wpływ, wskazują także na korelację z chorobami psychicznymi. Ponad 60% przypadków homoseksualizmu wynika zaś z wpływów środowiska. Wynika z nich także tyle, że środowiskom LGBTQ bardziej zależy na propagowaniu tolerancji i uzyskiwaniu praw dla ich środowiska, niż na poznaniu prawdy na swój temat – oraz na tym, by inni mogli ją poznać. Wprawdzie największy entuzjasta badań, Beniamin Neale, wyraża nadzieje, że badania pomogą ukazać ludziom, że homoseksualizm jest normalny i naturalny, ale okazuje się to być złudną nadzieją, bo same badania prowadzą do odkrycia czegoś zupełnie innego.

Czy zatem homoseksualizm jest normą? Czy normą są tylko dwupłciowe związki ukierunkowane na płodność? Jeśli normą jest to, co za normę przyjmiemy, to wszystko może być normą. Jeśli jednak normą nazwiemy taki sposób życia, który prowadzi do rozwoju, to zdecydowanie związki homoseksualne nie są normalne. Czy byłyby normalne, zdrowe, gdyby rzeczywiście odkryto jakiś gen homoseksualizmu? Odpowiem pytaniem: a czy wszystko, co ludzie mają w genach, jest normalne lub zdrowe? Czy syndrom Downa, wynikający przecież z genów (z całym szacunkiem dla osób z tym syndromem) nazwiemy zdrowiem lub normą? Czy wszelkie inne – właśnie – choroby genetyczne powinniśmy nazwać normą, skoro wynikają z różnic w genotypie? Nie, tak nie ma. Są wady genetyczne, choroby genetyczne i istnienie jakiegoś genu nie sprawia, że posiadanie go staje się nagle normą. Zatem, gdyby udowodniono istnienie genu homoseksualizmu, zupełnie swobodnie można by go uznać za aberrację, odchylenie od normy. Brak takiego genu także nie wyklucza, że homoseksualizm można z góry zakwalifikować jako nienormalny.

Poza normą są natomiast wszelkie związki, które nie są rozwojowe i nie prowadzą do płodności. Oczywiście padają w tym przypadku pytania, czy uważam małżeństwa niepłodne za nienormalne. Nie podoba mi się takie stawianie sprawy, bo nie chodzi o to, co ja uważam, wiem natomiast, że niepłodność jest chorobą. Występującą w społeczeństwie coraz częściej, prawdopodobnie w wyniku przemian cywilizacyjnych, ale nie jest normą. Niepłodność się leczy, a kiedy nie da się jej wyleczyć, nie przechodzi się nad nią do porządku dziennego, jak nad czymś normalnym. Żyje się z nią, ale nie na zasadzie normy. To samo – zawsze – jest w związkach homoseksualnych. Są one z natury nierozwojowe i niepłodne – czy zatem normalne i naturalne? Nie można tak powiedzieć, ponieważ natura dąży do rozwoju. A homoseksualizm – czy to wśród zwierząt, czy wśród ludzi – dąży do stagnacji. I nie może być nazywany czymś normalnym.

Do niedawna homoseksualizm traktowany był jak choroba. Wypaczenie, odejście od normy. Dziesiątki lat propagandy LGBTQ i próby wpojenia, że chodzi nie o ideologię, ale o pojedyncze osoby, doprowadziły do tego, że zdjęto go z listy chorób, w wielu środowiskach uznano za normę, wprowadzono do książek, filmów, reklam, próbuje się pokazać jako jeden z elementów zwyczajnych. Dziś usiłuje się wprowadzić naukę o homoseksualizmie do szkół, by pokazać, że to normalne, by „homoseksualiści mogli zrozumieć, że nie są inni”. Ale tak naprawdę takie zmienianie normy nie prowadzi do niczego dobrego. Dziś jeszcze śmiejemy się z tej myśli, ale jutro to samo będzie działo się z pedofilami, którzy będą podrywać nasze dziewięcioletnie dzieci w imię równouprawnienia. Oni już próbują, już publikują artykuły, że są normalnymi ludźmi, którzy czują trochę inaczej. Zatem muszę podkreślić, że normą w społeczeństwie dwupłciowym nie jest ani pedofilia, ani zoofilia, ani dendrofilia. Ani homoseksualizm. I tak, jak szanujemy każdą osobę z jej odmiennością, tak piętnujemy złe zachowania, ale przede wszystkim próbę wszechobecnego narzucenia nam narracji, że coś, co jest odmienne, musi być normalne. Homoseksualizm nie jest normą.

____________________________________

Wpis został oparty o artykuł z The New York Times Many Genes Influence Same-Sex Sexuality, Not a Single ‘Gay Gene’. Wszelkie cytaty, poza fragmentem Wikipedii, są dokonanymi przez autora wpisu tłumaczeniami z artykułu.

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/illustrations/wargi-gay-t%C4%99cza-bander%C4%85-usta-651339/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Przysięgę małżeńską odświeżyć!

holding-hands-1031665_960_720Rok bez rekolekcji wakacyjnych to rok stracony. Do takiego wniosku doszliśmy z Małżonką już po naszych pierwszych rekolekcjach z Domowym Kościołem, czyli po I stopniu OR w Bystrej. Gabryś miał wtedy 2 lata, my byliśmy niecałe 3 lata po ślubie. Przez pierwsze dwa lata naszego małżeństwa nie byliśmy na rekolekcjach z różnych przyczyn. Potem staraliśmy się być a nie bywać, choć też nie zawsze się to udawało. Rok temu na przykład musieliśmy sobie odpuścić. Marysia była malutka, wyjazd na rekolekcje z nią byłby utrudniony. Czy w tym roku nie był? Był chyba jeszcze bardziej, ale nie chcieliśmy tego dłużej odwlekać.

Mamy za sobą całą formację podstawową Domowego Kościoła (3 stopnie Oazy Rodzin i 2 stopnie Oazy rekolekcyjnej animatorów Ruchu), więc w tym roku postanowiliśmy pojechać po raz pierwszy na rekolekcje tematyczne. Tematem wybranym była „Duchowość małżeńska w nauczaniu Jana Pawła II”. Temat bardzo nam się spodobał, prowadzący rekolekcje ksiądz jeszcze bardziej. Ksiądz Robert Wielądek jest duszpasterzem rodzin diecezji warszawsko-praskiej i jest cudownym człowiekiem i kaznodzieją. Ma ogromny dar od Boga w głoszeniu Jego nauki – dlatego nie wahaliśmy się przed tym wyborem. Dwa lata temu byliśmy na III stopniu OR także z nim i poznaliśmy go od najlepszej strony.

Rekolekcje były pięknym czasem. Wspaniałe przeżycia, wiele emocji ale też poznanie samego siebie i swojego współmałżonka od strony, od której nie znaliśmy się nawzajem (ani sami siebie). Dużo większa chęć bycia ze sobą, jakby większe przywiązanie i nadzieja na dalsze dobre życie w opiece Bożej – to owoce rekolekcji. A może nawet – kto wie? – większe oddanie się na potomstwo „którym Pan nas obdarzy”? Zobaczymy… Jednak najpiękniejszym owocem tych rekolekcji było dla mnie odnowienie przyrzeczeń małżeńskich. Odbyło się ono na dwa sposoby, oba piękne.

Pierwszy z nich miał miejsce w klasztornej kaplicy. Tam, zamiast stawać naprzeciw siebie i po raz kolejny wypowiadać znane słowa przysięgi, umyliśmy sobie stopy. Tak, jak robił to Jezus swoim uczniom w dniu Ostatniej Wieczerzy. Jest bowiem napisane: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej” (Ef 5,21). Zatem żony poddane mężom, mężowie poddani żonom. I w tym poddaństwie umyliśmy sobie wzajemnie stopy. Muszę przyznać – myślałem już o tym od dawna. Jeszcze od czasów liceum, gdy przeżywałem swoje wielkie nawrócenie, które ostatecznie doprowadziło mnie do seminarium. Wtedy zaproponowałem ten obrządek mojej pierwszej narzeczonej, ale nie spotkało się to ze zrozumieniem. Lata później, w małżeństwie (z moją trzecią narzeczoną, ale pierwszą i jedyną żoną) kupiliśmy sobie Rytuał Domowy i tam też była propozycja, by ojciec rodziny obmywał stopy swojej żonie i dzieciom. Ale jakoś nigdy tego nie zrobiliśmy. To był pierwszy raz. I było wspaniale. Poczułem prawdziwą bliskość z moją Żoną.

Drugi sposób to zadanie, które otrzymałem przy spowiedzi, w dniu wyjazdu. Ksiądz, który był proboszczem bazyliki w Bardzie Śląskim, zalecił mi, bym przez dwa tygodnie, rano i wieczorem, odnawiał w sobie przysięgę małżeńską, poprzedzając ten fakt modlitwą Ojcze nasz. Jest to bardzo dobre zadanie, bo dzięki niemu mogę każdego dnia, przynajmniej dwa razy, spojrzeć na moją Małżonkę z tą samą miłością, z jaką patrzyłem na nią w dniu naszego ślubu. I oboje na tym zyskujemy.

Mam 34 lata i jestem niecałe 11 lat po ślubie. Nie wyobrażam sobie, by cokolwiek mogło spowodować chęć zakończenia tego związku. Jesteśmy szczęśliwi i wierzymy w naszą miłość tak, jak wierzymy w Boga, który jest dawcą miłości. Obserwuję moich dobrych znajomych, niektórych młodszych ode mnie, niektórych w związkach które trwają krócej niż mój, a którzy rozstają się. Mężczyźni porzucają swoje żony ni stąd, ni zowąd, zostawiają je z dziećmi, czasem w ciąży. Nie jest to rzadkie zjawisko. Ale trudno mi to zrozumieć. Bo przecież wtedy, na ślubie, 13 września 2008 roku, powiedziałem: „Biorę sobie ciebie, Aleksandro, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To jest i nigdy nie przestanie być aktualne. Tak, jak miłość, którą postanowiłem ją obdarzyć na długo przed ślubem. A która zawsze była nieodwołalna.

Czasem, zamiast iść na łatwiznę, trzeba w sobie odnowić tę przysięgę, którą złożyło się drugiej osobie. Pozostańmy wierni tym, którym tę wierność obiecywaliśmy na zawsze!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/trzymaj%C4%85c-r%C4%99ce-para-cz%C5%82owiek-1031665/

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kalejdoskop

Chłopak nie był przekonany o słuszności swojej decyzji. Korzystając jednak z okazji, że na weekend był w domu – bo nie należał do szczęśliwych studentów posiadających własny sprzęt elektroniczny – zalogował się na Allegro i wpisał w wyszukiwarkę słowo „kalejdoskop”. Wyskoczyło kilka propozycji, zainteresował się jedną z nich. Kalejdoskop wodny, typowe rękodzieło. Odetchnął trzy razy głęboko, następnie kliknął w odpowiedni przycisk i magiczna dziecięca zabawka była już jego.

KalejdoskopTak naprawdę nie do końca jego. Nie tak dawno pożyczył od koleżanki ze studiów książkę, taką, którą czytała zamiast uważać na wykładach, a w tej książce przeczytał również kilka zrobionych ołówkiem na marginesie dopisków. Jeden z nich, „Chciałabym mieć kalejdoskop”, wpłynął na decyzyjność chłopaka. Wtedy chłopak postanowił kupić kalejdoskop i dać go dziewczynie.

Nie z nią jednak był umówiony na następne popołudnie. Tu pojawiał się dylemat, który dręczył go od pewnego czasu. Kiedyś bowiem chłopak chciał poznać wierzącą kobietę i z nią założyć rodzinę. Marzył o tym już jako dwunastolatek, przez co zraził do siebie swoją ówczesną sympatię. Marzył w liceum, ale jego dziewczyna nie była gotowa na ślub po maturze. Potem postanowił oddać się Bogu na służbę, ale ksiądz przełożony nie odniósł wrażenia, jakoby ten się do tego nadawał. Marzenia o ślubie wróciły więc, ale i kolejna ukochana nie podzielała jego pociągu do szybkiej żeniaczki. Później jednak coś pękło.

Chłopak miał dość nieudanych związków i dziewczyn, które boją się poważnych decyzji. Postanowił więc spędzić dalsze życie na zabawie. Przyjemności codzienności, bezczelny podryw, a także rozwój kariery politycznej, poczynając od zdobycia władzy w samorządzie studenckim i podjęcia współpracy z parlamentem studentów. Takie były zacne plany, a że były niezwykle przyjemne, to tym lepiej. Ona – ta od kalejdoskopu – była drzazgą wbijającą się niemiło w sielski krajobraz. Wyglądało, że była wierząca, mądra, i że dążyła do stworzenia rodziny opartej na Bogu. I on – chłopak – mógłby jej to zapewnić, jeszcze pół roku wcześniej. Zabiłby się za to – wtedy, nie teraz. Teraz chciał czerpać przyjemność i nie przejmować się duchowym rozwojem, nie mówiąc już o rozwoju rodzinnym.

Dlatego umówił się z dziewczyną, którą poznał na juwenaliach dzień wcześniej. Umówił się z nią i poszedł do niej, doskonale wiedząc co będą robić. Chciał się bawić, a nie łączyć w związki na całe życie. A dziewczyna, z którą się umówił, nadawała się do zabawy. Nie myślał wtedy, że zachowuje się wstrętnie wykorzystując kobietę. Chciał się bawić, to wszystko.

Siedzieli razem na kanapie i po krótkiej wymianie zdań przeszli do przyjemności. Zaczął od złożenia pocałunku na jej ustach. Ale szybko przeszedł niżej, na szyję, kierował się w dół…

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Pierwsza myśl: odrzucić połączenie. Przecież tak właśnie trzeba zrobić, odrzucić. Naiwniacy na filmach włączają się w dysputy z kumplami, tracąc możliwość zdobycia dziewczyny. Z tyłu głowy pojawiła się jednak druga myśl: „Odbierz”. Coś w rodzaju próby ratowania go – przed czym? Nie miał pewności. Spojrzał na wyświetlacz. Kolega z liceum. Nie mieli kontaktu od… od ilu? Od kilku lat. Czego chciał?

Odrzucił. Uśmiechnął się do dziewczyny i wrócił do przyjemniejszych zajęć.

Miesiąc później wciąż się z nią spotykał. Druga dziewczyna, ta dla której zamówił kalejdoskop, wciąż przewijała się obok niego na uczelnianym korytarzu i wciąż budziła niepokój, jakby krzyczała w jakiś tajemniczy, niesłyszalny sposób: „Jestem twoją jedyną nadzieją na lepsze życie”. Ale było już za późno. Niewierząca, skrzywdzona przez niego dziewczyna z juwenaliów ze łzami w oczach pokazała mu test ciążowy. Teraz chłopak musiał wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności. Musiał ożenić się i wychować dziecko kobiety, z którą nie mógł być szczęśliwy. Co do której nawet nie miał pewności, czy będzie w stanie ją pokochać. Gdyby dało się cofnąć czas…

Włączył radio. Wsłuchał się w słowa piosenki Budki Suflera:

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

Wyjął z szuflady zabawkę, której nigdy nie ofiarował dziewczynie, która miała go dostać. Przybliżył otwór do oka i przekręcił sprzęt w rękach.

Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Zdziwił się. Rozejrzał. Tak, właśnie przerwał sobie całowanie dziewczyny po szyi. Ogarnęło go jeszcze większe zdziwienie. Chwycił telefon do ręki. Na wyświetlaczu: kolega z liceum. Odrzucić? Nie. Odebrał.

„Cześć. Podobno uczysz się japońskiego!” – głos kolegi surrealistyczny, jak zresztą wszystko wokół. Jak to się stało? – „Chciałem pokazać dzieciakom z którymi pracuję jak się liczy do dziesięciu po japońsku”.

„Ichi. Ni. San. Shi. Go…” – Chłopak wymieniał. Wymieniał i uspokajał się. Tak ma być.

Więcej się z dziewczyną z juwenaliów nie spotkał. Kalejdoskop dał tej, która miała go dostać. Postanowił rzucić szczeniackie rozrywki i studenckie życie. Postanowił porzucić polityczne aspiracje. Teraz mógł pokochać prawdziwie i z wiarą.

Wyjechali razem do Szkocji.

Na kilka miesięcy – takie było założenie. Na dwa dokładnie, na czas wakacji. Żeby trochę zarobić i wrócić na nowe już studia jako kasiaści ludzie. Tam zaręczyli się. Niestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak początkowo wiedział, że nie może jej przyjąć. Przecież jest tu z kimś ważnym i z tym kimś ważnym musi później wrócić do Polski, na studia. Chyba, że ten ktoś zostałby z nim w Szkocji. Mogliby zacząć studia od kolejnego roku, a przedtem nieco się wzbogacić.

Zdecydował, że zostanie. Ale ona nie miała takiego zamiaru. Nie była problemem nawet jej wola, ani chęć – czy pozorna konieczność – skończenia studiów. Problemem było to, że była jeszcze dość młoda, w dużym stopniu zależna od rodziców i pewna, że jeśli postanowiłaby zostać na dłużej, jej ojciec osobiście wsiadłby w samochód i przyjechał, żeby zabrać ja do domu. Spakowała się więc i pojechała. On został w Szkocji, obiecał, że wróci. Wkrótce wróci.

Pół roku nie wystarczyło, żeby się dorobić, został więc na dłużej. Pisał czasem do dziewczyny, teraz już narzeczonej, szukał kontaktu. Coraz rzadziej jednak. Aż pewnego dnia dostał pocztą kopertę. W środku zaproszenie. Jego narzeczona brała ślub z innym facetem. W zaproszeniu tekst piosenki:

Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Chłopak rozejrzał się wokół. Kalejdoskop stał na półce. Ukochana nie wzięła go ze sobą, widocznie zapomniała. Pewnie miała zapomnieć. Wziął zabawkę do ręki, przybliżył otwór do oka i przekręcił.

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

DłonieNiestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak nie wahał się. Przyjechali zarabiać tu pieniądze, ale zdobył coś więcej – nadzieję na dobrą przyszłość. Wiedział już, że jeśli zostanie w Szkocji, nie wróci do narzeczonej, nie weźmie z nią ślubu, poświęci się tylko zbijaniu fortuny. Podziękował więc pracodawcy. Wrócił z narzeczoną do domu bez grosza, ale pozostali już razem.

Wzięli ślub rok później. Mieli razem trójkę dzieci. Później mieli ich więcej.

Kalejdoskop tak naprawdę nie miał magicznych mocy.

Chłopak podjął po prostu dwie dobre, choć trudne i mało przyjemne decyzje. Gdyby kalejdoskop działał jak trzeba, zmieniliby więcej rzeczy. Wzięliby ślub wcześniej. Po co czekać rok? Bardziej by się usamodzielnili. Sami zorganizowaliby sobie obiad poślubny. Wiele rzeczy mogłoby wyglądać inaczej. Ale nie wygląda. Jest dobrze tak, jak jest – bo dobre decyzje doprowadziły chłopaka do spełnienia jego największego marzenia. Do założenia wierzącej, dojrzałej rodziny i bardzo mądrą i piękną kobietą. Chłopak nigdy nie żałował, że odebrał telefon. I nigdy nie żałował, że nie został w Szkocji na pół roku. Cieszy się, bo kocha i jest kochany. Dzięki temu też może być szczęśliwy.

Wóz tnie powietrze, jak nóż weselny tort
W najbliższym mieście każę obudzić dzwon
Za marzenia słono płaci się
Lecz życie tak niepowtarzalne jest

Wyciągasz palce wtedy, gdy zmieniam bieg
Gdzieś zniknął pancerz, który krępował mnie
Wolność ma tak śmiesznie słony smak
Mnie też żal tamtych, zakręconych lat

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

To jest notka numer 300. Zgodnie z tradycją wpisów setkowych jest notką comming-outową. Od chwili, gdy chłopak i dziewczyna zostali parą, mija w tym miesiącu osiem lat. Mam nadzieję, że przed nimi jeszcze o wiele więcej. Że będzie o czym pisać.

Za horyzontem niepewność czeka nas
Gnamy jak pocisk prosto w objęcia dnia
odsuwasz dach i w rękę łapiesz wiatr
Powiedz mi prawdę, ile lat mnie kochasz!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Kalejdoskop, za: http://awilewski.pl/?p=1011

2. Splecione dłonie, za: https://itiswrittenforyou.wordpress.com/2012/12/03/never-again/beautiful-lovers-couple-hold-hands-girl-boy-cute-adorable/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Znaczy rodzina

Rzadko mi się zdarza z pasją i zainteresowaniem słuchać listu biskupów, odczytywanego zamiast kazania. Wczoraj była jednak Niedziela Świętej Rodziny, a chyba właśnie w tym dniu listy okazują się często bardzo ciekawe. Z pewnością przyczyniła się do mego odbioru również wcześniejsza rozmowa z Żoną, dotycząca właśnie rozwoju naszej rodziny. Tak czy inaczej wysłuchałem listu z radością, bujając wózek by mój czteromiesięczny syn mógł w nim spać, przytulając pięciolatka który tym razem też postanowił przysnąć i obserwując, jak moja niemal trzyletnia córka cierpliwie siedzi na swoim miejscu w towarzystwie swojej babci. I choć, zanim usnął, mój pięcioletni syn popłakiwał z jakichś sobie tylko znanych powodów, po raz pierwszy od dawna nie wywołało to we mnie zdenerwowania, lecz troskę i czułość.

świętarodzinaTen wpis byłby dobrym miejscem by odnieść się do III nadzwyczajnego synodu biskupów, choćby dlatego że w liście jest on kilkukrotnie wspominany. I ja wspomnę o nim, ale szerzej ustosunkuję się do niego w którymś z późniejszych wpisów. Ogólnie mogę tylko powiedzieć, że – tak jak i biskupi piszący do nas list na 28 grudnia 2014 – mam pozytywny odbiór wniosków w czasie synodu wysnutych, choć oczywiście mam również obiekcje. Ale ponieważ biskupi w liście ciepło się wypowiadają o synodzie, ja dziś też nie będę narzekał. Tu zaś chciałbym odnieść się do kilku fragmentów Listu Pasterskiego, które zwróciły moją szczególną uwagę.

Ojcowie synodalni, zjednoczeni z Ojcem Świętym, przypomnieli, że Ewangelia o rodzinie stanowi istotne przesłanie Kościoła. Jego nieprzerwane nauczanie przypomina, że rodzina jest miejscem poznawania wiary, dzielenia się sobą i budowania najtrwalszych relacji. Rodzina, która bierze swój początek w sakramencie małżeństwa jest ciągle dla wielu młodych największym pragnieniem życia. Bóg pragnie szczęścia człowieka i dlatego chce, aby małżonkowie obdarowali się sobą i przyjęli siebie wzajemnie w rodzinie, aby nowe życie, owoc miłości małżeńskiej, poczynało się w środowisku najbardziej mu przyjaznym” – piszą do nas biskupi. I tym, co warto tu podkreślić jest fakt, że rzeczywiście rodzina właściwa bierze swój początek z sakramentu małżeństwa. Zatem to my – małżonkowie związani sakramentalnym węzłem – stanowimy zaczyn, z którego tworzy się rodzina. Przypomnieć należy, że rodziną nazywa się małżeństwo i dzieci. I tu znów można się odnieść do tego, co napisali biskupi – że Bóg pragnie szczęścia człowieka, a zatem chce również, by nowe życie poczynało się tam, gdzie zostanie najlepiej przyjęte – a więc właśnie w sakramentalnym małżeństwie. Z czego wysnuto ten wniosek? Najpewniej z tej nadziei, która pozwala nam sądzić, iż mężczyzna i kobieta, którzy decydują się stanąć wspólnie przed ołtarzem, są świadomi swojej decyzji i przysięgi, którą wobec siebie, wobec Boga i wobec Kościoła składają. Mianowicie nie tylko, że będą się kochać i będą sobie wierni, ale też że przyjmą i po katolicku wychowają potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Dzieci poczęte w takim, świadomym i pełnym miłości małżeństwie, mogą być prawdziwie szczęśliwe.

Wiele rodzin boryka się dzisiaj z problemami niewiary swoich dzieci, zauważamy z niepokojem wzrost rozwodów i związków nieformalnych. Z tym większym przekonaniem trzeba głosić Ewangelię o rodzinie, daną wszystkim przez Boga Ojca w osobie Jezusa Chrystusa„. Zatem i biskupi mają świadomość, że współczesny świat odwodzi młodzież od wiary, a dorosłych od wierności lub od dążenia do stabilizacji w małżeństwie. Co jednak ważne, widzą nadzieję rozwoju wiary i powrotu do tego, co święte w świadectwie głoszonym przez rodziny oparte na Bogu, na sakramencie małżeństwa. To świadectwo nazywają głoszeniem Ewangelii o rodzinie, którą na ziemię przyniósł nam Jezus Chrystus, również w rodzinie wychowany. Stąd należy wysnuć wniosek, że my – małżonkowie i dzieci które mamy, ale także te, które mieć będziemy, lub możemy mieć – musimy tym mocniej ukazywać miłość i szacunek, troskę i serdeczność, a także radość jaką mamy w stosunku do siebie, im bardziej współczesny świat próbuje nas od tego odwodzić.

Jakże dziś potrzeba takich świadomych i umiejących odczytywać znaki czasów rodziców, aby nie zniszczyć niewinności dziecka, aby nie zakłócić jego naturalnego procesu dojrzewania i odkrywania siebie także na poziomie seksualnym. Konieczne jest więc wytworzenie w rodzinie atmosfery bliskości i wzajemnego zaufania. Ta atmosfera rodzi się tylko wtedy, kiedy rodzice silni łaską sakramentu małżeństwa, wsparci miłością, są darem dla siebie wzajemnie i dla dzieci„. Ten fragment szczególnie mocno mnie dotknął w obliczu tego, jak bardzo nie potrafię sobie poradzić w kontaktach z moim starszym synem, który wydaje mi się zawsze zbyt bardzo rozmarudzony, za bardzo histeryczny i denerwujący – choć przecież sam dokładnie taki byłem nie tylko w jego wieku, ale przez większość mojego życia! Biskupi mnie właśnie przypominają dzisiaj jak bardzo ważna jest bliskość w rodzinie, jak ważna jest atmosfera wzajemnego zaufania! I patrząc na mojego rozpłakanego pięciolatka mogę sobie dziś przypomnieć, że to co dla mnie wydaje się błahostką, dla niego może być konkretnym problemem. A moim zadaniem nie jest krzyczeć na niego wtedy, kiedy on płacze, żądając natychmiastowego uspokojenia się, lecz raczej właśnie próba zrozumienia jego problemu. Albo właśnie przytulenie i pokazanie, że jestem przy nim, że go kocham i chcę, by pamiętał o mojej obecności. Wierzę w to, że wyrabiając sobie takie stosunki z synem dzisiaj, będę mógł liczyć na to, że kiedy mają piętnaście lat przyjdzie do domu próbując powstrzymać łzy, trafi do mnie i zechce powiedzieć mi właśnie w czym leży jego problem. Natomiast z pewnością nie będzie miał takiego zamiaru, jeśli od najmłodszych lat nauczę go, że nie ma prawa się mazać, a jego problemy mnie nie obchodzą.

W pochylonych nad małym Jezusem Maryi i Józefie odkrywamy tajemnicę miłości rodzinnej – mieć czas na to, aby się zatrzymać, pobyć ze sobą, porozmawiać, szukać miejsc i sytuacji, które pozwolą na budowanie trwałych więzi (…). Z radością obserwujemy jak wiele rodzin stara się tak żyć, jak wiele przyjmuje z wielką otwartością nowe dziecko do swojej rodziny. Cieszy coraz większa świadomość rodziców, którzy przygotowują swoje dzieci do podejmowania odpowiedzialnych decyzji” – ten fragment przypomina mi o pięknie tych momentów, w których możemy być wszyscy razem, rodzinnie. Kiedy gdzieś jedziemy, albo gramy w gry planszowe, razem się bawimy. Ale także o tych chwilach, w których byłem tylko ja i mój syn – Syn i Ojciec. Przypomina mi o konieczności bycia z moją córką, z moim młodszym synem. O dawaniu im siebie z miłości, a nie po to, by coś osiągnąć. Co więcej – ten fragment przypomniał mi dzisiaj o powołaniu, które dał mi Bóg. O powołaniu do jakościowego, ale i ilościowego rozwoju rodziny. Tak, mieliśmy ostatnio mały kryzys. Był on spowodowany moją pracą, która zajmuje stanowczo za dużo czasu, ale i innymi czynnikami. Zastanawialiśmy się, czy mamy dość czasu dla siebie nawzajem – małżonków – czy mamy dość czasu dla każdego z trójki naszych dzieci, by móc w ogóle myśleć o posiadaniu kolejnego. Wczoraj w wyniku małżeńskiej rozmowy i dziś, po wysłuchaniu listu episkopatu, zrozumieliśmy że postępując z prawdziwą miłością i troską możemy wychować te dzieci, które już są, na dobrych, dojrzałych ludzi, a także z radością przyjmować kolejne. Dziś, po raz pierwszy od dawna, roześmialiśmy się na myśl o tym, że możemy mieć kiedyś siedmioro dzieci i poczuliśmy związane z tym rozmarzenie…

2006_rodzina04Każda rodzina potrzebuje siły duchowej, aby przeciwstawić się różnym prądom usiłującym zniszczyć jej istotę i odebrać jej radość Ewangelii. Taką siłę daje modlitwa rodzinna. To wspólne wołanie do Boga, który jest naszym Ojcem, pozwala odkryć głębię miłości złożonej w ręce ludzi. Dziś jednak nie wystarczy sama tylko modlitwa. Rodzice, wspólnoty parafialne, ruchy katolickie i stowarzyszenia muszą podejmować na bieżąco wyzwania stojące przed nami„. Wreszcie podsumowanie na koniec. Jak już wspomniałem – świat usiłuje odwieść ludzi od życia w małżeństwie, od zakładania rodzin. Od wiary i miłości. Wpędza ludzi w czysty konsumpcjonizm i utylitaryzm. Usiłuje odebrać ludziom to, co nazywamy Ewangelią rodziny, czy Ewangelią w ogóle. Naszą bronią na to jest zaś modlitwa rodzinna. Nasze codzienne spotkanie: tata który przewodzi, mama i dzieci. Ta kolejność musi być zachowana choćby przez to, że to właśnie mężczyzna został stworzony przez Boga tak, by móc pełnić rolę głowy rodziny. I jeśli ta kolejność zostanie zachwiana, wywoła to dyskomfort i nieprawidłowości rozwojowe w dzieciach. Zatem rodzina codziennie spotyka się na modlitwie i ta modlitwa jest realną metodą walki z niszczącą siłą współczesnego świata. Ale – co słusznie zauważają biskupi – nie wystarczy dziś zamknąć się w czterech ścianach i wraz z wszystkimi członkami rodziny modlić się o wybawienie świata. I tak rodzice katoliccy, parafie i wspólnoty, takie jak Domowy Kościół, muszą dziś sięgać po broń jaką jest działanie, jaką jest słowo. Dziś my, dorośli ludzie, musimy gromadzić się, by mówić i pokazywać innym co jest drogą prowadzącą do Boga, który przecież jest prawdziwą Miłością. A zatem nie tylko modlitwa, lecz także działanie, walka wręcz, o dobry świat dla naszych dzieci i dla innych ludzi. A dzięki tym dwóm rzeczom: rodzinnej modlitwie i działaniu – nasze dzieci będą w przyszłości mogły świadczyć tak, jak my dzisiaj.

Warto zapoznać się z całością niedzielnego listu. Znajduje się on tutaj: http://episkopat.pl/dokumenty/listy_pasterskie/6344.1,Glosic_z_radoscia_Ewangelie_o_rodzinie.html.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny, za: https://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Modlitwa rodzinna, za: http://www.katedra.rzeszow.pl/archiwum_old/index.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Józef

Kilka lat temu napisałem bożonarodzeniową notkę o Maryi. Nazwałem ją „Marysia” i przedstawiłem hipotetyczną sytuację, w której nastolatka zamiast przyjąć zwiastowane jej, z Boga poczęte dziecię, decyduje się pozbyć go, by nie mieć z jego tytułu kłopotów. Nie pomyślałem chyba wówczas nawet o tym, co podkreślał wielokrotnie mój długoletni czytelnik i komentator Zgredzik, że w prawie żydowskim normą była „aborcja płodu wraz z matką”, czyli kamienowanie kobiety będącej w ciąży za sprawą kogokolwiek innego niż tylko własnego męża. A dziś chciałbym skupić się na roli męża w całej tej historii.

Święty Józef, mąż Maryi, matki Jezusa, był postacią przez wiele wieków traktowaną bardzo pobocznie. Występuje wszak do pewnego momentu życia Jezusa, w czasie Jego dzieciństwa, a potem znika. Na łamach Pisma Świętego nie wypowiada ani jednego słowa. Postać pozornie mało znacząca. Niedawno jednak Józef stał się osobą często omawianą, często przywoływaną. Mnóstwo kazań czy rekolekcji skupia się na postaci Józefa gdy trzeba powiedzieć o ojcostwie czy małżeństwie, o wierności żonie. Dla mnie osobiście, chociaż milczący, Józef również stanowi wzór prawdziwego męża i ojca.

W starożytnym Izraelu i jeszcze wiele, wiele wieków później, praktycznie do czasów nam współczesnych, młode kobiety nie miały wiele do powiedzenia jeśli chodzi o ich uczucia czy dar miłości. Ich rodzice, mając nad nimi realną władzę, wydawali je za mężczyzn, za których wydać się je opłacało. Wielokrotnie za mężczyzn znacznie starszych niż one same, wymagających bezwzględnego posłuszeństwa i oddania, także cielesnego. Podobnie było prawdopodobnie i z Maryją. W kolędzie śpiewamy o Józefie, że był stary – i prawdopodobnie rzeczywiście był od swojej żony starszy o kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Zanim Maryja za sprawą Ducha Świętego zaszła w ciążę, Józef już był jej mężem, choć nie przeprowadzono jej jeszcze do niego – zaślubiny w Izraelu odbywały się w dwóch etapach: najpierw ślub, potem przeprowadzka – a zatem do współżycia nie doszło (stąd to sławetne „nie znam męża”, chociaż przecież już go znała). Kiedy Józef dowiedział się o tym, że jego znacznie młodsza małżonka jest w ciąży, chciał ją oddalić. Nie było to równoznaczne z przysługującym mu prawem wydania na ukamienowanie, ale nawet jeśli Maryja przeżyłaby tę sytuację, do końca życia byłaby wytykana palcami jako matka bękarta, oddalona przez męża, wydana na pośmiewisko.

St Joseph taking care of JesusDo Józefa przyszedł jednak anioł, by powiedzieć mu jak cała sytuacja wyglądała. Oczywiście nie wiemy, czy gdyby nie zwiastun z niebios, Józef postąpiłby podobnie przemyślawszy sprawę, ale wiemy o tym, że wkrótce Józef wziął ją do siebie – zatem przyjął Maryję jako swoją prawowitą małżonkę. Potem oboje wybrali się na spis ludności do rodzinnego miasta Józefa – Betlejem. Niektórzy mówią (dziś słyszałem, jak w ten sposób mówił Robert Friedrich w głoszonych wraz z Adamem Szustakiem OP rekolekcjach adwentowych), że Józefa i Maryi nie przyjęto w gospodzie, bo wiedziano o nim, iż wziął sobie kobietę w ciąży, co było uważane za zniewagę i nie chciano mieć z nim nic wspólnego. Osobiście myślę inaczej. Myślę, że Józef „wziął ją do siebie” na tyle szybko, że nikt wcale nie musiał wiedzieć, iż Maryja była w ciąży już uprzednio. Owszem, po tym jak życie Jezusa się wydarzyło, wiele osób dowiedziało się, jaka była prawda. Na początku jednak sam Józef rozegrał wszystko tak, by wyglądało jakby Maryja stała się brzemienną za jego sprawą, a nie za sprawą Ducha Świętego. Prawnie zatem to Józef był ojcem Jezusa, o czym świadczy choćby rozmowa Maryi z dwunastoletnim Jezusem w świątyni w Jerozolimie: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

Józef, choć był starszym od Maryi mężczyzną, który miał – owszem – opiekować się nią i troszczyć, ale również miał do niej prawo i mógł nią zarządzać jak własnym dobrem, przyjął nie tylko ją pod swoje pełne miłości ramiona. On również wziął jej dziecko, przyjął je jako swoje i tak też, prawdopodobnie, mówił innym. Moim zdaniem to świadczy o tym, że nie tylko Maryja sama została uprzednio wybrana przez Boga na matkę Zbawiciela. Również i Józef, w rzeczywistości opiekun, według prawa ojciec Jezusa był wcześniej przez Boga do tej roli przygotowany.

Józef staje się dla nas wzorem męża idealnego. Jest w stanie kochać swoją żonę tak, że kocha, wychowuje i kształci jej dziecko, przyjmując je z pełną odpowiedzialnością jako swoje. Jezus stał się prawdziwie synem Józefa, bo Józef postanowił przyjąć Go jako swojego syna. Czego uczy mnie postawa Józefa? Tego, że – jeśli kocham swoją żoną naprawdę – jestem gotów przyjąć każde jej dziecko jako swoje, nawet jeśli nie będzie ono w rzeczywistości moje.

Gdybyśmy dopiero szukali dla siebie żony i pokochalibyśmy kobietę, która jest w ciąży, nie za naszą sprawą, albo która ma już dziecko czy dzieci, czy potrafilibyśmy – tak jak Józef – zaufać Bogu i przyjąć jej dzieci jako swoje?

Tak często słyszy się o mężach, którzy opuszczają swoje żony – tak, dzieje się to do dzisiejszych czasów! – kiedy te zostają zgwałcone, tak jakby stawały się nieczyste, winne swojego nieszczęścia. Nie mówiąc już o przyjmowaniu dziecka pochodzącego z tego gwałtu jako swojego. Czy my, gdyby nasza żona została zgwałcona i w wyniku tego gwałtu zaszła w ciążę, próbowalibyśmy wymóc na niej aborcję, czy też zaufalibyśmy – tak jak Józef – Bogu i przyjęlibyśmy to dziecko jako nasze?

Jeśliby wreszcie nasza żona zdradziła nas i w wyniku zdrady zaszła w ciążę. Potem przyszłaby do nas i w żalu wyznała nam to wszystko. Albo chciałaby odejść, by samotnie lub z nowym partnerem zająć się dzieckiem. Czy odtrącilibyśmy ją, czy może – tak jak Józef – zaufalibyśmy Bogu i zabiegalibyśmy o dobro, o miłość naszej małżonki, przyjmując jej dziecko, pochodzące ze zdrady, jako swoje?

Mam wielką nadzieję i wierzę w to mocno, że – mimo może rozgoryczenia, złości, smutku, żalu i wielu innych uczuć mogących towarzyszyć każdej z powyższych sytuacji – odpowiedź w moim przypadku zawsze brzmiałaby „tak”. Tak, bo moim wzorem jest Józef, mąż Maryi, który – choć miał wiele praw – nie skorzystał ze swoich przywilejów, lecz wziął Maryję i jej dziecko do siebie, stając się Jego prawdziwym ojcem.

I wreszcie, na koniec, pytanie: czy, będąc ojcami naszych dzieci i dzieci naszej żony, mamy dla tych dzieci czas? Czy jesteśmy dla nich naprawdę, oddani w całości, czy może znikamy rano, gdy jeszcze śpią, wracamy z pracy wieczorem, gdy już śpią, a nawet jeśli jesteśmy obok nich, to rzeczywiście jest to obok, a nie z nimi? Ja czasem wychodzę bardzo rano i wracam bardzo wieczorem. Mogę przez cały dzień nie zobaczyć swoich dzieci. Nie znoszę takich dni i dlatego walczę o możliwość przeprowadzki na wieś, skąd do pracy będę miał 10 minut jazdy, a nie dwie godziny. Bo pragnę, tak jak Józef, być prawdziwym, oddanym ojcem swoich dzieci.

Niech w te święta Bożego Narodzenia postać Józefa prowadzi nas do poznania prawdy o naszym małżeństwie i rodzicielstwie.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Czy kochasz swoją żonę tak, jak Pan Ciebie ukochał?

Tegoroczne rekolekcje wyglądały zdecydowanie inaczej, niż te z roku poprzedniego, czy nawet jeszcze sprzed dwóch lat. Krótsze, trwały niecały tydzień, a do tego trudno było je przeżyć, bo cały czas musiałem się uganiać za roczną córką. Mimo tego już dziś klarują się we mnie myśli, które udało mi się przez ten czas uchwycić i okazuje się, że czas spędzony w Tenczynie nie poszedł na marne. Mam nadzieję, że Bóg da mi odczuwać to w coraz większym stopniu i że rekolekcyjna nauka i modlitwa wpłynie na moją codzienność.

Z myśli, które najgłębiej we mnie utkwiły, najważniejszą umieściłem w tytule wpisu. Znacząca część konferencji księdza prowadzącego opierała się na tak zwanym Nowym Przykazaniu. Kiedy zapyta się czasem kogoś, jakie to jest nowe przykazanie, często pada odpowiedź, że to przykazanie miłości, a więc „Miłuj Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”. Otóż prawdą jest, że to przykazanie stare, jeszcze z czasów Starego Przymierza. Oczywiście, Jezus mówi o nim w pewnym momencie, że to jest najważniejsze przykazanie, ale potem sam daje swoim uczniom przykazanie nowe: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34). Mamy miłować już nie tak, jak siebie samego, ale zdecydowanie bardziej: tak, jak sam Jezus nas umiłował. A właśnie Jezus, Bóg prawdziwy, do końca nas umiłował. Do końca, czyli do samej śmierci na krzyżu, ale i jeszcze dalej – aż po horyzont zmartwychwstania i życia wiecznego! Ksiądz na konferencjach kilkakrotnie zestawiał ze sobą te dwa przykazania, przykazanie stare i nowe. Zadawał przy tym pytanie, o co chodzi z tą miłością samego siebie. Dlaczego wcześniej Bóg nauczał, by kochać bliźniego jak siebie samego. Czyżby kochanie siebie samego nie było egoistyczne? Ksiądz sięgnął tu do nowego przykazania, do nakazu miłowania bliźniego tak, jak Jezus nas ukochał. I tylko taka miłość własna – jak Jezus kocha mnie – nie jest objawem egoizmu. Pytanie tylko jaka tak naprawdę jest miłość Boga do mnie? Bóg nie jest dobrotliwym dziadkiem, głaszczącym po główce, pozwalającym na wszystko i ustępującym jak tylko zrobię buzię w podkówkę. Bóg kocha mnie, troszcząc się o mnie, oddając za mnie wszystko, ale też karcąc mnie za przewinienia, czasem wystawiając mnie na próbę wiary. Bóg mnie wychowuje, bo prawdziwa miłość to miłość wychowawcy. I ja wobec siebie powinienem być dobry, ale i restrykcyjny. Pomocny, ale stawiający sobie wysokie cele. Jezus, żyjąc wśród nas, pokazał nam doskonały przykład Bożej miłości, obiecując nam wiele mieszkań w domu Pana, lecząc chorych, karmiąc głodnych, ale i wypędzając kupców ze świątyni, krytykując faryzeuszów, mówiąc do Piotra „zejdź mi z oczu, szatanie”. I my powinniśmy samych siebie tak miłować, a bliźniego swego jak siebie samego.

Kiedyś, będąc ze swoją pierwszą narzeczoną w okolicach końcówki liceum, przeinterpretowywałem sobie przykazania na własny użytek. Stwierdziłem, że choć mamy kochać bliźniego jak siebie samego, to własną żonę powinniśmy kochać zdecydowanie bardziej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Pan Jezus załatwił tę sprawę za mnie, dając uczniom nowe przykazanie. Teraz, w nawiązaniu do słów księdza z konferencji, przykazanie wypłynęło w czasie wieczornej modlitwy małżonków. Podczas wstępu do fragmentu modlitwy, w czasie którego małżonkowie mieli się nawzajem przepraszać, padło pytanie o to, czy kochamy swoich współmałżonków tak, jak Jezus kocha nas. Czy ja kocham swoją Żonę tak, jak Jezus mnie kocha. Czy dbam o nią, troszczę się o jej potrzeby, czy nie jestem dla niej nieuprzejmy, czy nigdy – nawet w myślach – nie posuwam się do zdrady małżeńskiej. Te wszystkie pytania są związane z głównym: czy kocham ją tak, jak ja jestem przez Boga kochany. Oczywista odpowiedź: nie kocham, jeszcze nie kocham wystarczająco. Wiem, że Jezus nigdy mnie nie zdradzi, nigdy mnie nie opuści. Wiem, że nie zostawi w kłopotach i nie każe sobie radzić. Wiem też, że wesprze mnie w trudnych zadaniach codzienności. Czy ja zawsze robię to wszystko dla mojej żony? Nie. Ale wiem, że muszę próbować. Przed nami całe życie.

To jest myśl, która najgłębiej utkwiła we mnie podczas tych rekolekcji. To również myśl, z którą pozostawiam wszystkich czytających mój blog małżonków. Czy poświęcasz swojej żonie lub swojemu mężowi wystarczająco dużo uwagi? Czy masz czas by się nią lub nim zająć, by wspomóc w trudnych chwilach, w szarej codzienności? Czy dzięki Twojej opiece nad dziećmi Twoja żona lub Twój mąż mają czas dla siebie, mogą odpocząć? Czy kochasz swojego współmałżonka tak, jak Bóg sam Cię umiłował?

Przemyślimy to wspólnie i zacznijmy działać.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze