Posts Tagged With: Miłość

Wierząca żona, wierzący mąż

Kiedy człowiek wchodzi w dorosłość i zaczyna się zastanawiać nad związaniem się na stałe z innym człowiekiem, zadaje pytania o priorytety. Jakie cechy powinny łączyć go z potencjalnym współmałżonkiem? Podobne zainteresowania, jednakowe wykształcenie, a może samodzielność i niezależność? Wielokrotnie – zwłaszcza wśród katolików – pada też pytanie o wiarę. Czy człowiek, z którym chcę wiązać przyszłość, powinien być wierzący? Niejednokrotnie spotkać można osoby wprawdzie mocno zaangażowane w życie Kościoła, ale upierające się jednocześnie, że nie mają zamiaru wiązać się z „fanatykami religijnymi”. Jeśli bowiem ktoś się naprawdę podoba, to kwestia wiary nie jest barierą. Czy mają rację?

W pierwszej kolejności powinno się samemu posegregować to, co w życiu ważne. Każdy logicznie myślący wierzący człowiek musi dojść do wniosku, że o ile z naszej perspektywy „wiara” stanęłaby być może gdzieś między „miłością” a „wiernością” (lub dowolną inną cechą), o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Boga. Miłość, jak wiemy, jest największa (większa jest od wiary i nadziei, jak pisał święty Paweł), ale prawdziwa miłość nie może istnieć bez Boga. Przy dłuższym zastanowieniu trzeba przyznać, że nic tak naprawdę nie może istnieć bez Boga. Ludzie, wielcy w swoich oczach, pozostają pojedynczymi ziarnami piasku na pustyni przy ogromie Bożych mocy i Bożego stworzenia. Jeśli zatem my, myśląc po ludzku, ustawiamy sobie kwestię wiary jako jedną z wielu cech, które weźmiemy pod uwagę przy wyborze małżonka, to nie może już ona być jedną z wielu, gdy przyjdzie nam stanąć przed Panem twarzą w twarz.

Ludzkie życie jest tylko chwilą w porównaniu do wieczności u boku Boga. Zajmujemy tylko nic nieznaczącą przestrzeń wobec nieskończoności, do której powołał nas Pan. Wkładanie wiary między inne cechy świadczy o przywiązaniu człowieka do ziemskich spraw. Naturalne zaś, skoro nasze życie ma być drogą do zbawienia, jest ustawianie wiary jako podstawowej cechy osoby, z którą będzie trzeba tę drogę przejść. Ponieważ z osobą, z którą wejdziemy w związek małżeński, będziemy musieli spędzić resztę życia, to przede wszystkim powinno to być życie, w ciągu którego nawzajem prowadzimy się drogą do nieba.

Człowiek, który ma zostać naszym życiowym partnerem, może posiadać mnóstwo pozytywnych cech. Może być piękny lub przystojny, bogaty, mądry, zaradny, oczytany. Ale ponieważ będzie towarzyszył nam już zawsze, musi pomagać nam, a nie przeszkadzać w dążeniu do spotkania z Bogiem w niebie. Dlatego warto, przy poszukiwaniu małżonka skupić się najpierw na tym, czy jest wierzący i czy – kiedy już przyjmiemy sakrament małżeństwa – będzie dobrym towarzyszem w wierzeniu Bogu i ufaniu Mu.

Aby nie pozostawać tylko w sferze spraw pozaziemskich, warto spojrzeć perspektywicznie także na ludzką doczesność. Jest to nic w porównaniu z wiecznością, ale jednocześnie wszystko, na co mamy wpływ i cała nasza droga ku owej wieczności. Dlatego bardzo ważne jest zastanowienie się nad tym, jak nasze życie będzie wyglądało, gdy zwiążemy je z kimś niewierzącym. Kłopoty pojawią się już prawdopodobnie w czasie narzeczeństwa. Będą one dotyczyły zapewne zachowania czystości do ślubu – ponieważ człowiek nie mający w sercu Boga często nie rozumie potrzeby wstrzemięźliwości „skoro się kochamy”. Problemy katolików mogą nawarstwiać się w momencie samej celebracji sakramentu, kiedy to sakrament jest udzielany jednostronnie, a dla współmałżonka często nie ma praktycznego znaczenia. Następnie mogą pojawić się kłopoty z pożyciem małżeńskim, jako że ludzie niezwiązani z Kościołem w sposób bardzo ścisły najczęściej nie potrafią pojąć chrześcijańskiej etyki seksualnej (dotyczy do zwłaszcza odrzucenia antykoncepcji). Może się okazać, że aby utrzymać dobre relacje małżeńskie, osoba wierząca będzie musiała zrelatywizować swoje podejście do wierności Bogu, a przez to przestawi kwestię zbawienia na dalszy plan.

Jeszcze więcej trudności bywa spowodowanych różnicami w poglądach na wychowanie dzieci. Nie-katolicy często nie chcą chrzcić dziecka, sądząc że powinno ono samo podjąć decyzję o swojej przynależności religijnej. Jeśli jednak nawet zgodzą się na sakrament, mogą nie zgadzać się lub przynajmniej utrudniać regularne uczestnictwo potomka we mszy świętej. Bywa tak, że rodzic, dbając o wychowanie i edukację swoich dzieci, chce zapisać je do szkoły katolickiej. Spotyka jednak silny opór drugiego z rodziców, który sprzeciwia się „indoktrynowaniu” dzieci. Na koniec może okazać się, że dziecko odbierze zachowanie niewierzącego rodzica jako „fajniejsze” i będzie wolało pójść w jego ślady – na przykład grać w niedzielę na konsoli, zamiast iść do kościoła.

Szereg doczesnych kłopotów mogących wynikać z wybrania sobie niewierzącego małżonka należy przeciwstawić korzyściom płynącym z faktu, że zarówno mąż, jak i żona, są wierzący. Potwierdzone jest, że ludzie naprawdę żyjący wiarą dużo rzadziej się rozstają, bardziej się wspierają i w bardziej konstruktywny sposób przeżywają porażki lub nieszczęścia (takie jak choroba dziecka, a nawet zdrada małżeńska). Badania przeprowadzone jakiś czas temu przez amerykańską psycholog Mercedes Arzur Wilson pozwalają nam dojść do wniosku, że liczba rozwodów wśród osób naprawdę wierzących (i stosujących metody naturalnego planowania rodziny) jest bardzo niska. O ile bowiem ogólnie rozwodzi się w USA 50% małżeństw, o tyle wśród katolickich małżeństw sakramentalnych jest to już tylko 33%. Jeśli małżeństwa te chodzą co niedzielę do kościoła, rozwodzą się tylko w 2% przypadków. Te zaś, które oprócz tego modlą się codziennie i przestrzegają zasad etyki chrześcijańskiej, rozwodzą się tylko w 1 przypadku na 1429 (czyli 0,07%).

Warto zatem uświadomić sobie, że skoro najważniejszym celem człowieka jest zbawienie, to powinien on podejmować wszystkie swoje decyzje, myśląc o zbawieniu. Zwłaszcza te decyzje, które dotyczą całego jego dalszego życia. I trzeba sobie postawić pytanie, czy mój współmałżonek ma mi być przeszkodą, czy pomocą w dążeniu do tego celu? Czy lepiej, byśmy szli wspólnie, ramię w ramię ku Bogu, czy bym to ja musiał dźwigać jego, przy aktywnym jego oporze, narażając się nie tylko na porażki, ale i na własną utratę wiary. A utrata wiary oznacza decyzję o odrzuceniu zbawienia. Warto o tym pamiętać.

____________________________________

Tekst ukazał się na stronie internetowej wRodzinie.pl.

We wpisie zastosowano zdjęcie autorstwa victoriagoldveber ze strony internetowej Foter.com / CC BY-SA

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kalejdoskop

Chłopak nie był przekonany o słuszności swojej decyzji. Korzystając jednak z okazji, że na weekend był w domu – bo nie należał do szczęśliwych studentów posiadających własny sprzęt elektroniczny – zalogował się na Allegro i wpisał w wyszukiwarkę słowo „kalejdoskop”. Wyskoczyło kilka propozycji, zainteresował się jedną z nich. Kalejdoskop wodny, typowe rękodzieło. Odetchnął trzy razy głęboko, następnie kliknął w odpowiedni przycisk i magiczna dziecięca zabawka była już jego.

KalejdoskopTak naprawdę nie do końca jego. Nie tak dawno pożyczył od koleżanki ze studiów książkę, taką, którą czytała zamiast uważać na wykładach, a w tej książce przeczytał również kilka zrobionych ołówkiem na marginesie dopisków. Jeden z nich, „Chciałabym mieć kalejdoskop”, wpłynął na decyzyjność chłopaka. Wtedy chłopak postanowił kupić kalejdoskop i dać go dziewczynie.

Nie z nią jednak był umówiony na następne popołudnie. Tu pojawiał się dylemat, który dręczył go od pewnego czasu. Kiedyś bowiem chłopak chciał poznać wierzącą kobietę i z nią założyć rodzinę. Marzył o tym już jako dwunastolatek, przez co zraził do siebie swoją ówczesną sympatię. Marzył w liceum, ale jego dziewczyna nie była gotowa na ślub po maturze. Potem postanowił oddać się Bogu na służbę, ale ksiądz przełożony nie odniósł wrażenia, jakoby ten się do tego nadawał. Marzenia o ślubie wróciły więc, ale i kolejna ukochana nie podzielała jego pociągu do szybkiej żeniaczki. Później jednak coś pękło.

Chłopak miał dość nieudanych związków i dziewczyn, które boją się poważnych decyzji. Postanowił więc spędzić dalsze życie na zabawie. Przyjemności codzienności, bezczelny podryw, a także rozwój kariery politycznej, poczynając od zdobycia władzy w samorządzie studenckim i podjęcia współpracy z parlamentem studentów. Takie były zacne plany, a że były niezwykle przyjemne, to tym lepiej. Ona – ta od kalejdoskopu – była drzazgą wbijającą się niemiło w sielski krajobraz. Wyglądało, że była wierząca, mądra, i że dążyła do stworzenia rodziny opartej na Bogu. I on – chłopak – mógłby jej to zapewnić, jeszcze pół roku wcześniej. Zabiłby się za to – wtedy, nie teraz. Teraz chciał czerpać przyjemność i nie przejmować się duchowym rozwojem, nie mówiąc już o rozwoju rodzinnym.

Dlatego umówił się z dziewczyną, którą poznał na juwenaliach dzień wcześniej. Umówił się z nią i poszedł do niej, doskonale wiedząc co będą robić. Chciał się bawić, a nie łączyć w związki na całe życie. A dziewczyna, z którą się umówił, nadawała się do zabawy. Nie myślał wtedy, że zachowuje się wstrętnie wykorzystując kobietę. Chciał się bawić, to wszystko.

Siedzieli razem na kanapie i po krótkiej wymianie zdań przeszli do przyjemności. Zaczął od złożenia pocałunku na jej ustach. Ale szybko przeszedł niżej, na szyję, kierował się w dół…

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Pierwsza myśl: odrzucić połączenie. Przecież tak właśnie trzeba zrobić, odrzucić. Naiwniacy na filmach włączają się w dysputy z kumplami, tracąc możliwość zdobycia dziewczyny. Z tyłu głowy pojawiła się jednak druga myśl: „Odbierz”. Coś w rodzaju próby ratowania go – przed czym? Nie miał pewności. Spojrzał na wyświetlacz. Kolega z liceum. Nie mieli kontaktu od… od ilu? Od kilku lat. Czego chciał?

Odrzucił. Uśmiechnął się do dziewczyny i wrócił do przyjemniejszych zajęć.

Miesiąc później wciąż się z nią spotykał. Druga dziewczyna, ta dla której zamówił kalejdoskop, wciąż przewijała się obok niego na uczelnianym korytarzu i wciąż budziła niepokój, jakby krzyczała w jakiś tajemniczy, niesłyszalny sposób: „Jestem twoją jedyną nadzieją na lepsze życie”. Ale było już za późno. Niewierząca, skrzywdzona przez niego dziewczyna z juwenaliów ze łzami w oczach pokazała mu test ciążowy. Teraz chłopak musiał wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności. Musiał ożenić się i wychować dziecko kobiety, z którą nie mógł być szczęśliwy. Co do której nawet nie miał pewności, czy będzie w stanie ją pokochać. Gdyby dało się cofnąć czas…

Włączył radio. Wsłuchał się w słowa piosenki Budki Suflera:

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

Wyjął z szuflady zabawkę, której nigdy nie ofiarował dziewczynie, która miała go dostać. Przybliżył otwór do oka i przekręcił sprzęt w rękach.

Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Zdziwił się. Rozejrzał. Tak, właśnie przerwał sobie całowanie dziewczyny po szyi. Ogarnęło go jeszcze większe zdziwienie. Chwycił telefon do ręki. Na wyświetlaczu: kolega z liceum. Odrzucić? Nie. Odebrał.

„Cześć. Podobno uczysz się japońskiego!” – głos kolegi surrealistyczny, jak zresztą wszystko wokół. Jak to się stało? – „Chciałem pokazać dzieciakom z którymi pracuję jak się liczy do dziesięciu po japońsku”.

„Ichi. Ni. San. Shi. Go…” – Chłopak wymieniał. Wymieniał i uspokajał się. Tak ma być.

Więcej się z dziewczyną z juwenaliów nie spotkał. Kalejdoskop dał tej, która miała go dostać. Postanowił rzucić szczeniackie rozrywki i studenckie życie. Postanowił porzucić polityczne aspiracje. Teraz mógł pokochać prawdziwie i z wiarą.

Wyjechali razem do Szkocji.

Na kilka miesięcy – takie było założenie. Na dwa dokładnie, na czas wakacji. Żeby trochę zarobić i wrócić na nowe już studia jako kasiaści ludzie. Tam zaręczyli się. Niestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak początkowo wiedział, że nie może jej przyjąć. Przecież jest tu z kimś ważnym i z tym kimś ważnym musi później wrócić do Polski, na studia. Chyba, że ten ktoś zostałby z nim w Szkocji. Mogliby zacząć studia od kolejnego roku, a przedtem nieco się wzbogacić.

Zdecydował, że zostanie. Ale ona nie miała takiego zamiaru. Nie była problemem nawet jej wola, ani chęć – czy pozorna konieczność – skończenia studiów. Problemem było to, że była jeszcze dość młoda, w dużym stopniu zależna od rodziców i pewna, że jeśli postanowiłaby zostać na dłużej, jej ojciec osobiście wsiadłby w samochód i przyjechał, żeby zabrać ja do domu. Spakowała się więc i pojechała. On został w Szkocji, obiecał, że wróci. Wkrótce wróci.

Pół roku nie wystarczyło, żeby się dorobić, został więc na dłużej. Pisał czasem do dziewczyny, teraz już narzeczonej, szukał kontaktu. Coraz rzadziej jednak. Aż pewnego dnia dostał pocztą kopertę. W środku zaproszenie. Jego narzeczona brała ślub z innym facetem. W zaproszeniu tekst piosenki:

Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Chłopak rozejrzał się wokół. Kalejdoskop stał na półce. Ukochana nie wzięła go ze sobą, widocznie zapomniała. Pewnie miała zapomnieć. Wziął zabawkę do ręki, przybliżył otwór do oka i przekręcił.

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

DłonieNiestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak nie wahał się. Przyjechali zarabiać tu pieniądze, ale zdobył coś więcej – nadzieję na dobrą przyszłość. Wiedział już, że jeśli zostanie w Szkocji, nie wróci do narzeczonej, nie weźmie z nią ślubu, poświęci się tylko zbijaniu fortuny. Podziękował więc pracodawcy. Wrócił z narzeczoną do domu bez grosza, ale pozostali już razem.

Wzięli ślub rok później. Mieli razem trójkę dzieci. Później mieli ich więcej.

Kalejdoskop tak naprawdę nie miał magicznych mocy.

Chłopak podjął po prostu dwie dobre, choć trudne i mało przyjemne decyzje. Gdyby kalejdoskop działał jak trzeba, zmieniliby więcej rzeczy. Wzięliby ślub wcześniej. Po co czekać rok? Bardziej by się usamodzielnili. Sami zorganizowaliby sobie obiad poślubny. Wiele rzeczy mogłoby wyglądać inaczej. Ale nie wygląda. Jest dobrze tak, jak jest – bo dobre decyzje doprowadziły chłopaka do spełnienia jego największego marzenia. Do założenia wierzącej, dojrzałej rodziny i bardzo mądrą i piękną kobietą. Chłopak nigdy nie żałował, że odebrał telefon. I nigdy nie żałował, że nie został w Szkocji na pół roku. Cieszy się, bo kocha i jest kochany. Dzięki temu też może być szczęśliwy.

Wóz tnie powietrze, jak nóż weselny tort
W najbliższym mieście każę obudzić dzwon
Za marzenia słono płaci się
Lecz życie tak niepowtarzalne jest

Wyciągasz palce wtedy, gdy zmieniam bieg
Gdzieś zniknął pancerz, który krępował mnie
Wolność ma tak śmiesznie słony smak
Mnie też żal tamtych, zakręconych lat

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

To jest notka numer 300. Zgodnie z tradycją wpisów setkowych jest notką comming-outową. Od chwili, gdy chłopak i dziewczyna zostali parą, mija w tym miesiącu osiem lat. Mam nadzieję, że przed nimi jeszcze o wiele więcej. Że będzie o czym pisać.

Za horyzontem niepewność czeka nas
Gnamy jak pocisk prosto w objęcia dnia
odsuwasz dach i w rękę łapiesz wiatr
Powiedz mi prawdę, ile lat mnie kochasz!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Kalejdoskop, za: http://awilewski.pl/?p=1011

2. Splecione dłonie, za: https://itiswrittenforyou.wordpress.com/2012/12/03/never-again/beautiful-lovers-couple-hold-hands-girl-boy-cute-adorable/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Lecz mój grzech

Trwa liturgiczny okres Wielkanocy, okres wielkiej radości ze zbawienia, które dokonało się w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I my dziś, ciesząc się z tego dokonanego zbawienia, wspominamy słowa świętego Pawła, który stwierdził, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Bez zmartwychwstania bowiem działanie Jezusa – Boga wcielonego – kończyłoby się w chwili śmierci. A śmierć jako koniec to nigdy nie jest dobre rozwiązanie. My jednak wiemy, że zmartwychwstanie Jezusa jest faktem. I ten fakt jest podstawą naszej wiary w wieczne życie u Jego boku.

wielki-post2-300x226Bez śmierci nie ma zmartwychwstania

Pamiętać jednak należy także o tym, że nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie wcześniejsza śmierć. Gdyby nie to, że Jezus – mimo błagań kierowanych ku Ojcu – wspiął się na Golgotę i tam oddał ducha na dłonie Ojca Niebieskiego. Nie byłoby zmartwychwstania, gdyby nie przytłaczający smutek i niepewność soboty, kiedy to uczniowie Jezusa pozostawali w rozproszeniu, bo przecież „nie tak to miało wyglądać”. Cofając się dalej w czasie zwrócimy uwagę na fakt, że Syn Boży – od zawsze istniejący w Postaci Bożej – nie musiałby w ogóle stawać się człowiekiem, gdyby nie to, że człowiek zgrzeszył, rezygnując ze słuchania Boga. Nie należy mieć wątpliwości, że Bóg – cokolwiek kiedykolwiek by nie powiedział – troszczy się o człowieka, jak ten Dobry Pasterz o swoje owce. Owszem, owce podążając za pasterzem rezygnują z części swej wolności (zwłaszcza tej rozumianej jako pełna swoboda), ale czynią to, ponieważ bez tej rezygnacji nie mogłyby przeżyć. To pasterz osłania je przed wilkami, on swoim ciałem broni ich, a gdy idą na zatracenie, czasem brutalnie je napomina. Jeśli jedna ze stada stu owiec odejdzie i zagubi się, pasterz wyrusza by ją odnaleźć i dołączyć do stada. Może się wydawać, że to ograniczenie wolności owcy, z tym że żadna owca nie stanie się super-owcą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji bez pomocy pasterza. Tak też miała się sprawa z pierwszymi ludźmi, którzy, dając się skusić perspektywą nieograniczonej wolności, zbuntowali się przeciw Bogu i sami siebie skazali na tułaczkę w cierpieniu, a ostatecznie śmierć. Gdyby więc człowiek nie zgrzeszył i nie umarł, Syn Boży nie umarłby także, a w ostateczności nie musiałby zmartwychwstawać.

Zaprzyj się razem z Piotrem

„To nie byłem ja!” – starają się krzyczeć ostatnio liczni członkowie Kościoła, zwłaszcza ci, którym naopowiadano o Bożym miłosierdziu, o radości płynącej z wiary i o Dobrej Nowinie, ale przy jednoczesnej negacji smutnych konsekwencji grzechu. Jakże to? Ja miałem być tym, który przybił Chrystusa do krzyża? Nigdy w życiu! Podobny tekst, zaprzeczający ludzkiemu udziałowi w męce i śmierci Jezusa, został mi polecony na moim niedawno założonym profilu facebookowym (wpis można znaleźć TUTAJ). Autor notki blogowej wyraża swoje, od dawna mu towarzyszące, oburzenie wynikające z tego, że księża z ambony usiłują mu zaimplikować poczucie winy za śmierć Jezusa. Przeszkadza mu wmawiane od dawna, przekazywane za pomocą znanej pieśni młodzieżowej przesłanie: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Autor tekstu, tak jak wielu podobnych jemu, jest przekonany, że skoro Bóg nas kocha, jest dla nas miłosierny, zbawia i daje radość, a w efekcie perspektywę wiecznego, szczęśliwego życia, to nie może jednocześnie obarczać nas poczuciem winy za własną śmierć. Bóg miłosierny i kochający nie może jednocześnie być mściwy i gniewny. Prawdopodobnie autor wpisu ma rację, ale nie zauważa istotnej różnicy między mściwym, złośliwym pseudo-bóstwem, a naszym własnym poczuciem winy. Tym, co w człowieku naturalne – spowodowanym grzechem wyrzutem sumienia. Człowiek słusznie próbuje negować przypuszczenia, że Bóg pragnie go wyniszczyć poczuciem winy. Przypuszczenia te jednak wynikają z próby zrzucenia winy za nasze samopoczucie na Boga (a Bóg tak nie robi, więc wszystko jest okej), gdy tymczasem wina leży po naszej stronie.

Ja zgrzeszyłem, ale Bóg mnie kochamojgrzech

W tym samym rozdziale, w którym święty Paweł pisze o wpływie zmartwychwstania na naszą wiarę, zaznacza on także, że bez grzechu nie byłoby śmierci, nie byłoby też zmartwychwstania. „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,21-22) – podkreśla Apostoł, by pokazać, że przez Adama i jego grzech na świat przyszła śmierć. W innym liście jeszcze bardziej wytłuszcza wpływ grzechu na konieczność zbawienia: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12), tak przez jednego człowieka Jezusa Chrystusa przychodzi zbawienie. Mój grzech, grzech każdego człowieka, każdy z naszych grzechów to śmierć. Moja śmierć, śmierć drugiego człowieka, śmierć każdego z nas. W ostateczności wszystkie te grzechy prowadzą nas w jedno miejsce – pod krzyż Jezusa Chrystusa na Golgocie. Tam, gdzie On wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i oddając je Ojcu zmarł. Tak, można powiedzieć, że Chrystusa zabił mój grzech. Gdybym nie zgrzeszył tak, jak w Adamie wszyscy grzeszymy, Syn Boży nie musiałby miażdżyć głowy wężowi – jak zapowiedział to Bóg w początkach dziejów grzechu. Moje grzechy, każdy z osobna, są gwoździami wbijanymi w ręce i stopy Zbawiciela. Nie mam co do tego wątpliwości, bo właśnie po to On umarł, żeby razem z Nim umarły nasze grzechy. Te, które już popełniliśmy, które popełniamy w tej chwili i te, które jeszcze przed nami. Nie chodzi tu jednak o Bożą próbę wskazania nas jako winowajców. Nie chodzi o wpędzenie nas w problemy psychiczne związane z przerostem wyrzutów sumienia. Bóg nie jest kłującym nas w bok mścicielem, nie jest ościeniem w naszym sercu. Ościeniem są nasze nałogi, nasze złe przyzwyczajenia, nasze grzechy. Bóg zaś widząc, że zgrzeszyliśmy, wiedział też, że potrzebujemy wybawienia z tego grzechu. Dlatego dał swojego Syna, który z miłości do nas wziął na siebie nasze grzechy i z nimi umarł. A potem zmartwychwstał, pokonując grzech, śmierć i szatana. Bóg nas kocha. I miłosiernie wybacza każdy nasz grzech. A sumienie zaszczepił w nas, żebyśmy sami wiedzieli, co możemy robić, a czego robić nie powinniśmy. I to nie On stara się na nas zwalić winę. Nie Kościół próbuje nas w poczucie winy wpędzić, i nie robią tego księża z ambony. To my sami widzimy zło, które czynimy zamiast pożądanego dobra. To nasz grzech i nasze sumienie. I nasze poczucie winy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Śmierć Jezusa, za: http://www.odnowa.org/?p=928

2. To nie gwoździe Cię przybiły, za: http://demotywatory.pl/4324196/To-nie-gwozdzie-Cie-przybily-lecz-moj-grzech

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Znaczy rodzina

Rzadko mi się zdarza z pasją i zainteresowaniem słuchać listu biskupów, odczytywanego zamiast kazania. Wczoraj była jednak Niedziela Świętej Rodziny, a chyba właśnie w tym dniu listy okazują się często bardzo ciekawe. Z pewnością przyczyniła się do mego odbioru również wcześniejsza rozmowa z Żoną, dotycząca właśnie rozwoju naszej rodziny. Tak czy inaczej wysłuchałem listu z radością, bujając wózek by mój czteromiesięczny syn mógł w nim spać, przytulając pięciolatka który tym razem też postanowił przysnąć i obserwując, jak moja niemal trzyletnia córka cierpliwie siedzi na swoim miejscu w towarzystwie swojej babci. I choć, zanim usnął, mój pięcioletni syn popłakiwał z jakichś sobie tylko znanych powodów, po raz pierwszy od dawna nie wywołało to we mnie zdenerwowania, lecz troskę i czułość.

świętarodzinaTen wpis byłby dobrym miejscem by odnieść się do III nadzwyczajnego synodu biskupów, choćby dlatego że w liście jest on kilkukrotnie wspominany. I ja wspomnę o nim, ale szerzej ustosunkuję się do niego w którymś z późniejszych wpisów. Ogólnie mogę tylko powiedzieć, że – tak jak i biskupi piszący do nas list na 28 grudnia 2014 – mam pozytywny odbiór wniosków w czasie synodu wysnutych, choć oczywiście mam również obiekcje. Ale ponieważ biskupi w liście ciepło się wypowiadają o synodzie, ja dziś też nie będę narzekał. Tu zaś chciałbym odnieść się do kilku fragmentów Listu Pasterskiego, które zwróciły moją szczególną uwagę.

Ojcowie synodalni, zjednoczeni z Ojcem Świętym, przypomnieli, że Ewangelia o rodzinie stanowi istotne przesłanie Kościoła. Jego nieprzerwane nauczanie przypomina, że rodzina jest miejscem poznawania wiary, dzielenia się sobą i budowania najtrwalszych relacji. Rodzina, która bierze swój początek w sakramencie małżeństwa jest ciągle dla wielu młodych największym pragnieniem życia. Bóg pragnie szczęścia człowieka i dlatego chce, aby małżonkowie obdarowali się sobą i przyjęli siebie wzajemnie w rodzinie, aby nowe życie, owoc miłości małżeńskiej, poczynało się w środowisku najbardziej mu przyjaznym” – piszą do nas biskupi. I tym, co warto tu podkreślić jest fakt, że rzeczywiście rodzina właściwa bierze swój początek z sakramentu małżeństwa. Zatem to my – małżonkowie związani sakramentalnym węzłem – stanowimy zaczyn, z którego tworzy się rodzina. Przypomnieć należy, że rodziną nazywa się małżeństwo i dzieci. I tu znów można się odnieść do tego, co napisali biskupi – że Bóg pragnie szczęścia człowieka, a zatem chce również, by nowe życie poczynało się tam, gdzie zostanie najlepiej przyjęte – a więc właśnie w sakramentalnym małżeństwie. Z czego wysnuto ten wniosek? Najpewniej z tej nadziei, która pozwala nam sądzić, iż mężczyzna i kobieta, którzy decydują się stanąć wspólnie przed ołtarzem, są świadomi swojej decyzji i przysięgi, którą wobec siebie, wobec Boga i wobec Kościoła składają. Mianowicie nie tylko, że będą się kochać i będą sobie wierni, ale też że przyjmą i po katolicku wychowają potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Dzieci poczęte w takim, świadomym i pełnym miłości małżeństwie, mogą być prawdziwie szczęśliwe.

Wiele rodzin boryka się dzisiaj z problemami niewiary swoich dzieci, zauważamy z niepokojem wzrost rozwodów i związków nieformalnych. Z tym większym przekonaniem trzeba głosić Ewangelię o rodzinie, daną wszystkim przez Boga Ojca w osobie Jezusa Chrystusa„. Zatem i biskupi mają świadomość, że współczesny świat odwodzi młodzież od wiary, a dorosłych od wierności lub od dążenia do stabilizacji w małżeństwie. Co jednak ważne, widzą nadzieję rozwoju wiary i powrotu do tego, co święte w świadectwie głoszonym przez rodziny oparte na Bogu, na sakramencie małżeństwa. To świadectwo nazywają głoszeniem Ewangelii o rodzinie, którą na ziemię przyniósł nam Jezus Chrystus, również w rodzinie wychowany. Stąd należy wysnuć wniosek, że my – małżonkowie i dzieci które mamy, ale także te, które mieć będziemy, lub możemy mieć – musimy tym mocniej ukazywać miłość i szacunek, troskę i serdeczność, a także radość jaką mamy w stosunku do siebie, im bardziej współczesny świat próbuje nas od tego odwodzić.

Jakże dziś potrzeba takich świadomych i umiejących odczytywać znaki czasów rodziców, aby nie zniszczyć niewinności dziecka, aby nie zakłócić jego naturalnego procesu dojrzewania i odkrywania siebie także na poziomie seksualnym. Konieczne jest więc wytworzenie w rodzinie atmosfery bliskości i wzajemnego zaufania. Ta atmosfera rodzi się tylko wtedy, kiedy rodzice silni łaską sakramentu małżeństwa, wsparci miłością, są darem dla siebie wzajemnie i dla dzieci„. Ten fragment szczególnie mocno mnie dotknął w obliczu tego, jak bardzo nie potrafię sobie poradzić w kontaktach z moim starszym synem, który wydaje mi się zawsze zbyt bardzo rozmarudzony, za bardzo histeryczny i denerwujący – choć przecież sam dokładnie taki byłem nie tylko w jego wieku, ale przez większość mojego życia! Biskupi mnie właśnie przypominają dzisiaj jak bardzo ważna jest bliskość w rodzinie, jak ważna jest atmosfera wzajemnego zaufania! I patrząc na mojego rozpłakanego pięciolatka mogę sobie dziś przypomnieć, że to co dla mnie wydaje się błahostką, dla niego może być konkretnym problemem. A moim zadaniem nie jest krzyczeć na niego wtedy, kiedy on płacze, żądając natychmiastowego uspokojenia się, lecz raczej właśnie próba zrozumienia jego problemu. Albo właśnie przytulenie i pokazanie, że jestem przy nim, że go kocham i chcę, by pamiętał o mojej obecności. Wierzę w to, że wyrabiając sobie takie stosunki z synem dzisiaj, będę mógł liczyć na to, że kiedy mają piętnaście lat przyjdzie do domu próbując powstrzymać łzy, trafi do mnie i zechce powiedzieć mi właśnie w czym leży jego problem. Natomiast z pewnością nie będzie miał takiego zamiaru, jeśli od najmłodszych lat nauczę go, że nie ma prawa się mazać, a jego problemy mnie nie obchodzą.

W pochylonych nad małym Jezusem Maryi i Józefie odkrywamy tajemnicę miłości rodzinnej – mieć czas na to, aby się zatrzymać, pobyć ze sobą, porozmawiać, szukać miejsc i sytuacji, które pozwolą na budowanie trwałych więzi (…). Z radością obserwujemy jak wiele rodzin stara się tak żyć, jak wiele przyjmuje z wielką otwartością nowe dziecko do swojej rodziny. Cieszy coraz większa świadomość rodziców, którzy przygotowują swoje dzieci do podejmowania odpowiedzialnych decyzji” – ten fragment przypomina mi o pięknie tych momentów, w których możemy być wszyscy razem, rodzinnie. Kiedy gdzieś jedziemy, albo gramy w gry planszowe, razem się bawimy. Ale także o tych chwilach, w których byłem tylko ja i mój syn – Syn i Ojciec. Przypomina mi o konieczności bycia z moją córką, z moim młodszym synem. O dawaniu im siebie z miłości, a nie po to, by coś osiągnąć. Co więcej – ten fragment przypomniał mi dzisiaj o powołaniu, które dał mi Bóg. O powołaniu do jakościowego, ale i ilościowego rozwoju rodziny. Tak, mieliśmy ostatnio mały kryzys. Był on spowodowany moją pracą, która zajmuje stanowczo za dużo czasu, ale i innymi czynnikami. Zastanawialiśmy się, czy mamy dość czasu dla siebie nawzajem – małżonków – czy mamy dość czasu dla każdego z trójki naszych dzieci, by móc w ogóle myśleć o posiadaniu kolejnego. Wczoraj w wyniku małżeńskiej rozmowy i dziś, po wysłuchaniu listu episkopatu, zrozumieliśmy że postępując z prawdziwą miłością i troską możemy wychować te dzieci, które już są, na dobrych, dojrzałych ludzi, a także z radością przyjmować kolejne. Dziś, po raz pierwszy od dawna, roześmialiśmy się na myśl o tym, że możemy mieć kiedyś siedmioro dzieci i poczuliśmy związane z tym rozmarzenie…

2006_rodzina04Każda rodzina potrzebuje siły duchowej, aby przeciwstawić się różnym prądom usiłującym zniszczyć jej istotę i odebrać jej radość Ewangelii. Taką siłę daje modlitwa rodzinna. To wspólne wołanie do Boga, który jest naszym Ojcem, pozwala odkryć głębię miłości złożonej w ręce ludzi. Dziś jednak nie wystarczy sama tylko modlitwa. Rodzice, wspólnoty parafialne, ruchy katolickie i stowarzyszenia muszą podejmować na bieżąco wyzwania stojące przed nami„. Wreszcie podsumowanie na koniec. Jak już wspomniałem – świat usiłuje odwieść ludzi od życia w małżeństwie, od zakładania rodzin. Od wiary i miłości. Wpędza ludzi w czysty konsumpcjonizm i utylitaryzm. Usiłuje odebrać ludziom to, co nazywamy Ewangelią rodziny, czy Ewangelią w ogóle. Naszą bronią na to jest zaś modlitwa rodzinna. Nasze codzienne spotkanie: tata który przewodzi, mama i dzieci. Ta kolejność musi być zachowana choćby przez to, że to właśnie mężczyzna został stworzony przez Boga tak, by móc pełnić rolę głowy rodziny. I jeśli ta kolejność zostanie zachwiana, wywoła to dyskomfort i nieprawidłowości rozwojowe w dzieciach. Zatem rodzina codziennie spotyka się na modlitwie i ta modlitwa jest realną metodą walki z niszczącą siłą współczesnego świata. Ale – co słusznie zauważają biskupi – nie wystarczy dziś zamknąć się w czterech ścianach i wraz z wszystkimi członkami rodziny modlić się o wybawienie świata. I tak rodzice katoliccy, parafie i wspólnoty, takie jak Domowy Kościół, muszą dziś sięgać po broń jaką jest działanie, jaką jest słowo. Dziś my, dorośli ludzie, musimy gromadzić się, by mówić i pokazywać innym co jest drogą prowadzącą do Boga, który przecież jest prawdziwą Miłością. A zatem nie tylko modlitwa, lecz także działanie, walka wręcz, o dobry świat dla naszych dzieci i dla innych ludzi. A dzięki tym dwóm rzeczom: rodzinnej modlitwie i działaniu – nasze dzieci będą w przyszłości mogły świadczyć tak, jak my dzisiaj.

Warto zapoznać się z całością niedzielnego listu. Znajduje się on tutaj: http://episkopat.pl/dokumenty/listy_pasterskie/6344.1,Glosic_z_radoscia_Ewangelie_o_rodzinie.html.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny, za: https://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Modlitwa rodzinna, za: http://www.katedra.rzeszow.pl/archiwum_old/index.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Józef

Kilka lat temu napisałem bożonarodzeniową notkę o Maryi. Nazwałem ją „Marysia” i przedstawiłem hipotetyczną sytuację, w której nastolatka zamiast przyjąć zwiastowane jej, z Boga poczęte dziecię, decyduje się pozbyć go, by nie mieć z jego tytułu kłopotów. Nie pomyślałem chyba wówczas nawet o tym, co podkreślał wielokrotnie mój długoletni czytelnik i komentator Zgredzik, że w prawie żydowskim normą była „aborcja płodu wraz z matką”, czyli kamienowanie kobiety będącej w ciąży za sprawą kogokolwiek innego niż tylko własnego męża. A dziś chciałbym skupić się na roli męża w całej tej historii.

Święty Józef, mąż Maryi, matki Jezusa, był postacią przez wiele wieków traktowaną bardzo pobocznie. Występuje wszak do pewnego momentu życia Jezusa, w czasie Jego dzieciństwa, a potem znika. Na łamach Pisma Świętego nie wypowiada ani jednego słowa. Postać pozornie mało znacząca. Niedawno jednak Józef stał się osobą często omawianą, często przywoływaną. Mnóstwo kazań czy rekolekcji skupia się na postaci Józefa gdy trzeba powiedzieć o ojcostwie czy małżeństwie, o wierności żonie. Dla mnie osobiście, chociaż milczący, Józef również stanowi wzór prawdziwego męża i ojca.

W starożytnym Izraelu i jeszcze wiele, wiele wieków później, praktycznie do czasów nam współczesnych, młode kobiety nie miały wiele do powiedzenia jeśli chodzi o ich uczucia czy dar miłości. Ich rodzice, mając nad nimi realną władzę, wydawali je za mężczyzn, za których wydać się je opłacało. Wielokrotnie za mężczyzn znacznie starszych niż one same, wymagających bezwzględnego posłuszeństwa i oddania, także cielesnego. Podobnie było prawdopodobnie i z Maryją. W kolędzie śpiewamy o Józefie, że był stary – i prawdopodobnie rzeczywiście był od swojej żony starszy o kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Zanim Maryja za sprawą Ducha Świętego zaszła w ciążę, Józef już był jej mężem, choć nie przeprowadzono jej jeszcze do niego – zaślubiny w Izraelu odbywały się w dwóch etapach: najpierw ślub, potem przeprowadzka – a zatem do współżycia nie doszło (stąd to sławetne „nie znam męża”, chociaż przecież już go znała). Kiedy Józef dowiedział się o tym, że jego znacznie młodsza małżonka jest w ciąży, chciał ją oddalić. Nie było to równoznaczne z przysługującym mu prawem wydania na ukamienowanie, ale nawet jeśli Maryja przeżyłaby tę sytuację, do końca życia byłaby wytykana palcami jako matka bękarta, oddalona przez męża, wydana na pośmiewisko.

St Joseph taking care of JesusDo Józefa przyszedł jednak anioł, by powiedzieć mu jak cała sytuacja wyglądała. Oczywiście nie wiemy, czy gdyby nie zwiastun z niebios, Józef postąpiłby podobnie przemyślawszy sprawę, ale wiemy o tym, że wkrótce Józef wziął ją do siebie – zatem przyjął Maryję jako swoją prawowitą małżonkę. Potem oboje wybrali się na spis ludności do rodzinnego miasta Józefa – Betlejem. Niektórzy mówią (dziś słyszałem, jak w ten sposób mówił Robert Friedrich w głoszonych wraz z Adamem Szustakiem OP rekolekcjach adwentowych), że Józefa i Maryi nie przyjęto w gospodzie, bo wiedziano o nim, iż wziął sobie kobietę w ciąży, co było uważane za zniewagę i nie chciano mieć z nim nic wspólnego. Osobiście myślę inaczej. Myślę, że Józef „wziął ją do siebie” na tyle szybko, że nikt wcale nie musiał wiedzieć, iż Maryja była w ciąży już uprzednio. Owszem, po tym jak życie Jezusa się wydarzyło, wiele osób dowiedziało się, jaka była prawda. Na początku jednak sam Józef rozegrał wszystko tak, by wyglądało jakby Maryja stała się brzemienną za jego sprawą, a nie za sprawą Ducha Świętego. Prawnie zatem to Józef był ojcem Jezusa, o czym świadczy choćby rozmowa Maryi z dwunastoletnim Jezusem w świątyni w Jerozolimie: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

Józef, choć był starszym od Maryi mężczyzną, który miał – owszem – opiekować się nią i troszczyć, ale również miał do niej prawo i mógł nią zarządzać jak własnym dobrem, przyjął nie tylko ją pod swoje pełne miłości ramiona. On również wziął jej dziecko, przyjął je jako swoje i tak też, prawdopodobnie, mówił innym. Moim zdaniem to świadczy o tym, że nie tylko Maryja sama została uprzednio wybrana przez Boga na matkę Zbawiciela. Również i Józef, w rzeczywistości opiekun, według prawa ojciec Jezusa był wcześniej przez Boga do tej roli przygotowany.

Józef staje się dla nas wzorem męża idealnego. Jest w stanie kochać swoją żonę tak, że kocha, wychowuje i kształci jej dziecko, przyjmując je z pełną odpowiedzialnością jako swoje. Jezus stał się prawdziwie synem Józefa, bo Józef postanowił przyjąć Go jako swojego syna. Czego uczy mnie postawa Józefa? Tego, że – jeśli kocham swoją żoną naprawdę – jestem gotów przyjąć każde jej dziecko jako swoje, nawet jeśli nie będzie ono w rzeczywistości moje.

Gdybyśmy dopiero szukali dla siebie żony i pokochalibyśmy kobietę, która jest w ciąży, nie za naszą sprawą, albo która ma już dziecko czy dzieci, czy potrafilibyśmy – tak jak Józef – zaufać Bogu i przyjąć jej dzieci jako swoje?

Tak często słyszy się o mężach, którzy opuszczają swoje żony – tak, dzieje się to do dzisiejszych czasów! – kiedy te zostają zgwałcone, tak jakby stawały się nieczyste, winne swojego nieszczęścia. Nie mówiąc już o przyjmowaniu dziecka pochodzącego z tego gwałtu jako swojego. Czy my, gdyby nasza żona została zgwałcona i w wyniku tego gwałtu zaszła w ciążę, próbowalibyśmy wymóc na niej aborcję, czy też zaufalibyśmy – tak jak Józef – Bogu i przyjęlibyśmy to dziecko jako nasze?

Jeśliby wreszcie nasza żona zdradziła nas i w wyniku zdrady zaszła w ciążę. Potem przyszłaby do nas i w żalu wyznała nam to wszystko. Albo chciałaby odejść, by samotnie lub z nowym partnerem zająć się dzieckiem. Czy odtrącilibyśmy ją, czy może – tak jak Józef – zaufalibyśmy Bogu i zabiegalibyśmy o dobro, o miłość naszej małżonki, przyjmując jej dziecko, pochodzące ze zdrady, jako swoje?

Mam wielką nadzieję i wierzę w to mocno, że – mimo może rozgoryczenia, złości, smutku, żalu i wielu innych uczuć mogących towarzyszyć każdej z powyższych sytuacji – odpowiedź w moim przypadku zawsze brzmiałaby „tak”. Tak, bo moim wzorem jest Józef, mąż Maryi, który – choć miał wiele praw – nie skorzystał ze swoich przywilejów, lecz wziął Maryję i jej dziecko do siebie, stając się Jego prawdziwym ojcem.

I wreszcie, na koniec, pytanie: czy, będąc ojcami naszych dzieci i dzieci naszej żony, mamy dla tych dzieci czas? Czy jesteśmy dla nich naprawdę, oddani w całości, czy może znikamy rano, gdy jeszcze śpią, wracamy z pracy wieczorem, gdy już śpią, a nawet jeśli jesteśmy obok nich, to rzeczywiście jest to obok, a nie z nimi? Ja czasem wychodzę bardzo rano i wracam bardzo wieczorem. Mogę przez cały dzień nie zobaczyć swoich dzieci. Nie znoszę takich dni i dlatego walczę o możliwość przeprowadzki na wieś, skąd do pracy będę miał 10 minut jazdy, a nie dwie godziny. Bo pragnę, tak jak Józef, być prawdziwym, oddanym ojcem swoich dzieci.

Niech w te święta Bożego Narodzenia postać Józefa prowadzi nas do poznania prawdy o naszym małżeństwie i rodzicielstwie.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 komentarze

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Czy kochasz swoją żonę tak, jak Pan Ciebie ukochał?

Tegoroczne rekolekcje wyglądały zdecydowanie inaczej, niż te z roku poprzedniego, czy nawet jeszcze sprzed dwóch lat. Krótsze, trwały niecały tydzień, a do tego trudno było je przeżyć, bo cały czas musiałem się uganiać za roczną córką. Mimo tego już dziś klarują się we mnie myśli, które udało mi się przez ten czas uchwycić i okazuje się, że czas spędzony w Tenczynie nie poszedł na marne. Mam nadzieję, że Bóg da mi odczuwać to w coraz większym stopniu i że rekolekcyjna nauka i modlitwa wpłynie na moją codzienność.

Z myśli, które najgłębiej we mnie utkwiły, najważniejszą umieściłem w tytule wpisu. Znacząca część konferencji księdza prowadzącego opierała się na tak zwanym Nowym Przykazaniu. Kiedy zapyta się czasem kogoś, jakie to jest nowe przykazanie, często pada odpowiedź, że to przykazanie miłości, a więc „Miłuj Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”. Otóż prawdą jest, że to przykazanie stare, jeszcze z czasów Starego Przymierza. Oczywiście, Jezus mówi o nim w pewnym momencie, że to jest najważniejsze przykazanie, ale potem sam daje swoim uczniom przykazanie nowe: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34). Mamy miłować już nie tak, jak siebie samego, ale zdecydowanie bardziej: tak, jak sam Jezus nas umiłował. A właśnie Jezus, Bóg prawdziwy, do końca nas umiłował. Do końca, czyli do samej śmierci na krzyżu, ale i jeszcze dalej – aż po horyzont zmartwychwstania i życia wiecznego! Ksiądz na konferencjach kilkakrotnie zestawiał ze sobą te dwa przykazania, przykazanie stare i nowe. Zadawał przy tym pytanie, o co chodzi z tą miłością samego siebie. Dlaczego wcześniej Bóg nauczał, by kochać bliźniego jak siebie samego. Czyżby kochanie siebie samego nie było egoistyczne? Ksiądz sięgnął tu do nowego przykazania, do nakazu miłowania bliźniego tak, jak Jezus nas ukochał. I tylko taka miłość własna – jak Jezus kocha mnie – nie jest objawem egoizmu. Pytanie tylko jaka tak naprawdę jest miłość Boga do mnie? Bóg nie jest dobrotliwym dziadkiem, głaszczącym po główce, pozwalającym na wszystko i ustępującym jak tylko zrobię buzię w podkówkę. Bóg kocha mnie, troszcząc się o mnie, oddając za mnie wszystko, ale też karcąc mnie za przewinienia, czasem wystawiając mnie na próbę wiary. Bóg mnie wychowuje, bo prawdziwa miłość to miłość wychowawcy. I ja wobec siebie powinienem być dobry, ale i restrykcyjny. Pomocny, ale stawiający sobie wysokie cele. Jezus, żyjąc wśród nas, pokazał nam doskonały przykład Bożej miłości, obiecując nam wiele mieszkań w domu Pana, lecząc chorych, karmiąc głodnych, ale i wypędzając kupców ze świątyni, krytykując faryzeuszów, mówiąc do Piotra „zejdź mi z oczu, szatanie”. I my powinniśmy samych siebie tak miłować, a bliźniego swego jak siebie samego.

Kiedyś, będąc ze swoją pierwszą narzeczoną w okolicach końcówki liceum, przeinterpretowywałem sobie przykazania na własny użytek. Stwierdziłem, że choć mamy kochać bliźniego jak siebie samego, to własną żonę powinniśmy kochać zdecydowanie bardziej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Pan Jezus załatwił tę sprawę za mnie, dając uczniom nowe przykazanie. Teraz, w nawiązaniu do słów księdza z konferencji, przykazanie wypłynęło w czasie wieczornej modlitwy małżonków. Podczas wstępu do fragmentu modlitwy, w czasie którego małżonkowie mieli się nawzajem przepraszać, padło pytanie o to, czy kochamy swoich współmałżonków tak, jak Jezus kocha nas. Czy ja kocham swoją Żonę tak, jak Jezus mnie kocha. Czy dbam o nią, troszczę się o jej potrzeby, czy nie jestem dla niej nieuprzejmy, czy nigdy – nawet w myślach – nie posuwam się do zdrady małżeńskiej. Te wszystkie pytania są związane z głównym: czy kocham ją tak, jak ja jestem przez Boga kochany. Oczywista odpowiedź: nie kocham, jeszcze nie kocham wystarczająco. Wiem, że Jezus nigdy mnie nie zdradzi, nigdy mnie nie opuści. Wiem, że nie zostawi w kłopotach i nie każe sobie radzić. Wiem też, że wesprze mnie w trudnych zadaniach codzienności. Czy ja zawsze robię to wszystko dla mojej żony? Nie. Ale wiem, że muszę próbować. Przed nami całe życie.

To jest myśl, która najgłębiej utkwiła we mnie podczas tych rekolekcji. To również myśl, z którą pozostawiam wszystkich czytających mój blog małżonków. Czy poświęcasz swojej żonie lub swojemu mężowi wystarczająco dużo uwagi? Czy masz czas by się nią lub nim zająć, by wspomóc w trudnych chwilach, w szarej codzienności? Czy dzięki Twojej opiece nad dziećmi Twoja żona lub Twój mąż mają czas dla siebie, mogą odpocząć? Czy kochasz swojego współmałżonka tak, jak Bóg sam Cię umiłował?

Przemyślimy to wspólnie i zacznijmy działać.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 komentarzy

Istota chrześcijaństwa

Dałem się ponownie sprowokować do przemyśleń apologetycznych, co świadczy o tym, że dyskusje są budujące, nawet jeśli trudne i mierzenie się z poglądami innych jest potrzebne, nawet jeśli bolesne. Otóż jeden z komentatorów napisał coś, co może być odczytywane jako oskarżenie chrześcijaństwa i ogólnie wiary w Boga o egoizm i hipokryzję. Z komentarza wynika, że ludzie, którzy czynią dobrze dlatego, że chcą otrzymać nagrodę, są hipokrytami. Nagroda ta to pobyt w niebie, czyli w wiecznej szczęśliwości z Bogiem. Przytoczono nawet cytat, popierający tę tezę: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 11-12).

Owszem, Królestwo Niebieskie jest nam obiecane jako nagroda. Nauczanie Jezusa w dużej mierze oscylowało wokół nauki o Królestwie, które zamieszkuje Bóg, które buduje się wokół, które jest naszą przyszłością, które już trwa. Królestwo wiecznej szczęśliwości, do której mamy dążyć, którą mamy mieć przed oczami, żeby do niej dojść. Jednak rozumienie tego Królestwa jako nagrody w takim znaczeniu, w jakim my rozumiemy pojęcie nagrody, byłoby zbyt płytkie. Nagroda bowiem nie jest w tym wypadku jakimś nieosiągalnym, bliżej nieokreślonym cukierkiem, który dostaje się za dobre postępowanie. Nagrodą tu jest Królestwo, które rozwija się i buduje, ponieważ my je rozwijamy i budujemy. To nie jest dom nad jeziorem, który dostaniemy jeśli spełnimy ten a tamten warunek, lecz dom nad jeziorem, który sami musimy sobie zbudować. Mamy nagrodę w niebie, ponieważ sami tę nagrodę tworzymy. O tym świadczy wiele przypowieści Jezusa, np. ta o ziarnku gorczycy, które zmienia się w ogromne drzewo. Pan Jezus przyszedł do nas po to, by nam o Królestwie opowiedzieć, aby zasiać w nas ziarno, ale wszystko to musi w nas wykiełkować. Nie jesteśmy hipokrytami robiącymi dobro dla otrzymania nagrody, lecz tworzymy dobro, ponieważ właśnie to dobro jest prawdziwą nagrodą. Tym dobrem jest Królestwo Niebieskie i wieczna szczęśliwość, którą widzimy już tu, na ziemi, kiedy sami pracujemy nad jej wzrostem.

W jaki sposób pracuje się nad wzrostem Królestwa? Zdobywając dla tego Królestwa nowych członków. To oznacza, że nie czynimy dobrze po to, by samemu dojść do Królestwa, które w tym przypadku byłoby jakąś indywidualną hiperprzestrzenią, lecz po to, by innych do Królestwa doprowadzić. Naszym zadaniem jest głodnych nasycić, spragnionych napoić, strapionych pocieszyć, ale nie po to, by zdobyć dla siebie dodatkowe punkty w skali niebieskiej, lecz po to, by głodni, spragnieni i strapieni (a także chorzy i ci, co w więzieniu) zobaczyli jak dobry jest sam Bóg, w imieniu którego my działamy i jak dobrze jest być przy Nim i do Jego Królestwa dążyć. Nie jest to egoizm – wręcz przeciwnie! To nie nasze zasługi chcemy pokazać światu i nie chcemy, by to nas chwalono, lecz pragniemy by dzięki nam, jak najmniej widocznym, choć niekoniecznie anonimowym, chwalono i wielbiono Boga.

Istotą chrześcijaństwa nie jest egoistyczne wpatrzenie się w nagrodę i czynienie dobra w hipokryzji (którego oczywiście nie można w tym przypadku zwać dobrem), lecz miłość. Jezus dał nam przykazanie miłości, które powinniśmy spełniać, będąc Mu wierni. I nie jest to powszechnie znane, starotestamentalne przykazanie „Miłuj bliźniego jak siebie samego” bo okazuje się, że ono właśnie oznacza swego rodzaju egoistyczne zapatrywanie. Jezus dał nam nowe przykazanie, większe i lepsze od tego starego: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,34-35). A jak Jezus nas umiłował? Tak, jak tylko Bóg może kochać. On zszedł do nas na Ziemię, choć wieczność spędzał wraz z Ojcem w szczęśliwości. On stał się jednym z nas, mówił do ludzi, pomagał im, leczył i nawracał. Dawał rozgrzeszenie. Wreszcie oddał życie za całą ludzkość i za każdego z nas z osobna. Jezus nie mówi „Kochaj innych tak, jak siebie”, lecz „Kochaj innych tak, jak Ja ciebie kocham”. Czyli ostatecznie i do końca – nawet jeśli to dla człowieka nieosiągalne. Jezus każe nam poświęcać swoje życie za innych z miłości – po tym inni poznają, że my podążamy za Nim. A jeśli poznają, to zrozumieją, że w Nim jest Prawda, że za Nim właśnie należy iść – a więc trzeba kochać się nawzajem. My jesteśmy Jezusa, a nie sami swoi. Nasze życie i postępowanie, nasza miłość przede wszystkim ma wskazywać właśnie na Jezusa. My budujemy Królestwo Niebieskie.

Świadkowie Jehowy rozumieją to wręcz tak, że w momencie, kiedy wszyscy będą kochać wszystkich, zapanuje raj na Ziemi i to będzie właśnie to Królestwo. Nie przychylam się do ich myślenia, ale rozumiem ich podejście – nagrodą nie jest nieosiągalny stan rzecz, nagroda jest tu i teraz. Nagrodą jest wieczna szczęśliwość w nieustającym kontakcie z Bogiem i Jezusem. Niebo nie leży gdzieś nad gwiazdami, lecz my właśnie, będąc uczniami Jezusa, budujemy to Niebo, którego On pokazał nam bramę i dał nam narzędzia do jego tworzenia. A my mamy sprawić, by ono zaistniało nie tylko w nas samych, lecz w innych na równi, w każdym człowieku. Jednym zaś ze sposobów dążenia do niego jest wspomniane przez Jezusa znoszenie cierpień od urągających nam wokół przeciwników Jezusa. Dla nas właśnie na plus jest to, że nam urągają, prześladują nas i mówią kłamliwie wszystko złe z powodu Jezusa. Bo dzięki cierpliwości i błogosławieniu naszych wrogów pomagamy Jezusowi budować Królestwo. Wielu takich urągających (np. św. Paweł czy św. Augustyn) w dziejach nawróciło się do Pana pod wpływem tej cierpliwości i znoszenia cierpień. Tak swoją drogą komentator nasz trafił w sam raz we właściwy cytat na dany moment.

Ateiści czy, jak dziś modnie, agnostycy sądzą, że oni są najlepsi na świecie, bo czynią dobrze nie dla własnego dobra, nie dla jakichś nagród, lecz dla dobra samego w sobie. Niestety nie zauważają tego, że za nimi w tym przypadku nie stoi nic, żadna większa Prawda, a z pewnością nikt, kto jest większy od nich. Dlatego jeśli uczynią coś dobrego, komuś pomogą, salwa pochwał i honorów na nich się zatrzymuje (dopóki w ogóle coś takiego jest widoczne). Za nami stoi Jezus Chrystus, widząc naszą miłość, widzi się Chrystusa. Nie zatrzymujemy dla siebie tego, co dobrego otrzymujemy, lecz stawiamy jako nową cegłę wciąż powstającego Królestwa Bożego. Nie chwalcie mnie – chwalcie Pana, który jest większy i silniejszy ode mnie. To jest brak fałszywej skromności, ale również brak ogromnego egoizmu!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 komentarzy