Posts Tagged With: Modlitwa

Pamiętajmy o modlitwie małżeńskiej

Być może część z Was – tak jak ja czy moja żona – wychowywało się w rodzinach, w których rodzice nie modlili się. Czasem mama odmawiała z dziećmi pacierz, czasem – rzadziej – robił to ojciec, czasem jedno z nich, albo każde z nich, modliło się samo, ale czy w Waszych rodzinach istniała modlitwa małżeńska?

Małżonkowie w dniu ślubu przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. W tym dniu zaprosili też Boga do własnego małżeństwa – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Oczywiście z góry można założyć, że ogromna większość nowozaślubionych ten fakt ma w głębokim poważaniu. A jednak małżeństwo to związek dwójki osób zawierany wobec Boga i Kościoła, bez względu na to, czy ktoś do tego przykłada wagę, czy nie. Osoby, które zdają sobie z tego sprawę i dla których to ma znaczenie, powinny pamiętać o codziennej modlitwie, o rozmowie z Bogiem i dziękowaniu Mu za swoje małżeństwo. Ale w tym przypadku osobista modlitwa indywidualna nie wystarczy. Jako małżeństwo ludzie stają się jednością. Ich łączność z Bogiem też w dużej mierze staje się wspólna. Dlatego również modlitwa powinna być wspólna. Nie wyłącznie wspólna – ale również wspólna, poza modlitwą osobistą. Czymś naturalnym dla katolickiego małżeństwa powinno być stawanie przed Bogiem we dwoje i wspólne powierzanie Mu swojego życia, swojej rodziny i wszelkich swoich kłopotów.

Jeśli ktoś jest w Domowym Kościele wie doskonale, że wspólna modlitwa małżeńska jest jednym ze zobowiązań. Ani w Domowym Kościele, ani poza nim nie należy jednak traktować takich zobowiązań jako przykrego obowiązku. Zobowiązania to wskazówki, które pokazują nam, jak należy postępować, żeby dobrze żyć. Oczywiście – w DK spełnianie zobowiązań jest obowiązkiem, ale nie może ono wynikać wyłącznie z poczucia obowiązku. Jest to zasada wynikająca z miłości i bezpośrednio ze złożonej przysięgi małżeńskiej. Modlitwa małżonków zbliża ich do siebie, czasem pomaga załagodzić konflikty i zjednoczyć ich na nowo.

Co jednak zrobić, jeśli tej modlitwy nie ma, ponieważ trudno jest uzyskać jedność małżeńską? Jeśli jedno z małżonków odczuwa potrzebę modlitwy, ale drugie jej odmawia? Na pewno dobrą drogą nie jest uskarżanie się wobec znajomych, że „chciałbym/chciałabym modlić się razem, ale mój współmałżonek odmawia”. To może doprowadzić tylko do jeszcze większego zamknięcia się małżonka. O wiele lepszym rozwiązaniem jest konsekwentne podchodzenie z miłością, szacunkiem i uprzejmością do żony czy męża i codzienne proszenie o wspólną modlitwę. Robienie tego każdego dnia o tej samej porze, przebijanie się przez gniew czy obojętność, a czasem siadanie obok, przytulanie się i cicha modlitwa obok współmałżonka. Oczywiście nie daję gwarancji, że ten sposób przyniesie oczekiwany rezultat. Ale przynajmniej doprowadzi do oswojenia się z mężem czy z żoną, którzy od dawna mogą wydawać się obcy. I warto bez nacisku pokazywać, że na tej jedności szczególnie nam zależy. Takie zachowanie przyniesie owoce.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/senior-couple-embracing-on-bridge/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Co nam daje zbawienie, a co go nie daje?

Nasz najstarszy syn 27 maja 2018 roku po raz pierwszy przyjął komunię świętą i mógł w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Później kilka razy byliśmy też na mszy w białym tygodniu, i we wtorek ksiądz powiedział kazanie o świętej Małgorzacie Marii Alacoque oraz o tym, jak Bóg obiecał, że przez odprawienie nabożeństwa pierwszych dziewięciu piątków miesiąca z pewnością będziemy zbawieni. Dzieci dostały nawet specjalne karteczki, na których mają zebrać dziewięć podpisów od kapłanów i dzięki temu mieć dowód, że to nabożeństwo mają już „z głowy”.

W związku z powyższym, po raz kolejny w ostatnich miesiącach, zapaliła mi się czerwona lampka. Bowiem jakie my, jako katolicy, mamy prawo do ustalania, co nam da zbawienie w stu procentach, a co nie? Nabożeństwa takie, jak właśnie pierwsze piątki, odmawianie koronki do Bożego Miłosierdzia nad umierającym, czy nowenna pompejańska, stały się fetyszem u wielu wierzących, oraz często przesłaniają prawdziwą istotę wiary. Przebłagalna spowiedź i – przede wszystkim – komunia święta w pierwszy piątek miesiąca, która ma ogromną wartość dla rozwoju wiary, dla wielu stała się pewną ścieżką do zbawienia. Owszem – zamierzam sam zadbać o to, by mój dziewięciolatek również co miesiąc uczestniczył we mszy świętej i przyjmował komunię. Ale sam pęd do tego, wysyłanie maluchów po pierwszej komunii i liczenie wszystkiego skrupulatnie (u mnie wszystkich wnuków pilnowała babcia), żeby potem mieć już „z głowy”, stał się prawdziwą paranoją, do tego mocno wspieraną przez kościelnych hierarchów.

Nie jest zła spowiedź comiesięczna – wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra i często potrzebna. Sam staram się praktykować zasadę comiesięcznej spowiedzi. Nie ma nic złego w uczestnictwie we mszy świętej w każdy pierwszy piątek. Nie odwodzę nikogo od sakramentów. Nie odwodzę od modlitwy – sam odmawiam koronkę, a nowennę pompejańską skończyłem bodaj cztery czy pięć razy. Odwodzę tylko od naiwnej, zabobonnej i niezgodnej z katolicyzmem wiary, że jeśli „odbębniłem” jako dziewięciolatek dziewięć pierwszych piątków (a mam to na piśmie), to nic więcej już nie muszę, bo Bóg przecież obiecał zbawienie i teraz już nie ma wyjścia. Próbuję pokazać, że zbawienie naszego umierającego bliskiego nie leży w tym, czy odmawia się nad nim koronkę do Bożego miłosierdzia. A odmawianie nowenny pompejańskiej nie spowoduje, że teraz Bóg już będzie musiał spełnić naszą prośbę, niezależnie od tego, o co prosimy. Nie zaczarujemy Boga pierwszymi piątkami, ani nowenną. Bóg nie jest zdeterminowany przez nas.

Zbawienie daje nam wiara i nieustanne podążanie drogą Chrystusa, bo „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Zbawienie jest łaską, ponieważ nikt nie jest do końca godny, by zbawienie osiągnąć. Zatem łaska, bez której nie da się być zbawionym, oraz wiara, by tę łaskę przyjąć. Bóg łaskę każdemu daje darmo – i zawsze tak wiele, by wystarczyło każdemu. Co innego jeśli chodzi o przyjęcie tej łaski – możemy, poprzez wiarę, łaskę przyjąć, albo odrzucić ją jeśli nie chcemy wierzyć Bogu. I to jest wszystko. Każdy czyn, każdy „dobry uczynek”, który wielu uważa za drogę do zbawienia, jest tylko czystą konsekwencją naszej wiary i łaski Bożej (bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, a „beze Mnie nic nie możecie uczynić”). Odprawianie nabożeństw pierwszopiątkowych i odmawianie nowenn wynika z wiary, która jest wcześniejsza. Dlatego też mam duże wątpliwości, czy ja – jako dziewięciolatek – miałem wystarczająco dużą wiarę, by rzeczywiście ofiarować tę komunię dziewięć razy na przebłaganie za grzechy nasze. Z pewnością byłem na tyle młody, by ulegać osobom z mojego otoczenia, które uważały, że powinienem szybko to zakończyć, by później nie martwić się o zbawienie.

Nie jestem protestantem i nie sięgam do protestantyzmu. Jestem katolikiem, który jest przekonany, że nasze zbawienie wynika z wiary i łaski, a nie z odprawienia jakichkolwiek rytuałów, mającym nam to zbawienie zapewnić. Wiara w Boga, a nie pierwsze piątki, da nam zbawienie. I, co jeszcze warto zaznaczyć, zarówno nabożeństwo pierwszych piątków, koronka do Bożego miłosierdzia, jak i nowenna pompejańska, zostały przedstawione poszczególnym osobom w objawieniach prywatnych. Pierwsze piątki – świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Koronka do Bożego miłosierdzia – świętej s. Faustynie Kowalskiej. Nowenna pompejańska – Fortunatinie Agrelli z Neapolu. A Kościół katolicki nie zobowiązuje do wierzenia w żadne prywatne objawienia, nawet te, które są przezeń zatwierdzone. A to oznacza, że możemy być zbawieni opierając się tylko na Piśmie Świętym i na wierze, oraz – oczywiście – na kroczeniu drogą wskazywaną nam przez Kościół. A wszelkie pobożne rytuały, często zmieniające się w bałwochwalcze fetysze, możemy sobie darować.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: EpiskopatNews on Foter.com / CC BY-NC-SA

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Wiara, modlitwa i łaska Boża to nie są żadne magiczne sztuczki

Mój poprzedni artykuł wywołał pewne poruszenie, ponieważ skrytykowałem w nim modlitwę pacierzową, jako odmawianie serii pozbawionych znaczenia regułek i przeciwieństwo modlitwy. Warto w związku z powyższym wytłumaczyć, że nie krytykuję pacierza jako takiego – samego w sobie. Moja krytyka dotyka tylko bezmyślnego odklepywania wyuczonych wierszyków, bo ktoś pomógł nam tak bardzo uwierzyć w konieczność tego procederu, że – nawet pozbawieni wiary – nie moglibyśmy zasnąć bez odmówienia pacierza.

Sama „modlitwa pacierzowa” ma swoje mocne zakorzenienie w Piśmie Świętym i w nauczaniu Chrystusa. „Ojcze nasz” to modlitwa, której swoich uczniów nauczył sam Jezus. Jej wartość jest nieoceniona. „Zdrowaś Mario” to w połowie słowa, którymi archanioł Gabriel powitał Marię z Nazaretu, gdy przybył, aby poinformować ją o tym, że będzie matką Boga. Każda z tych modlitw, podobnie jak „Aniele Boży”, czy „Wierzę w Boga” posiada nieocenioną wartość i – dobrze zrozumiana – przybliża prawdy wiary i wyjaśnia nasze umiejscowienie w świecie. Dlatego nigdy i nikogo nie chcę odwodzić od uczenia dzieci modlitw pacierzowych, od tłumaczenia im ich, wyjaśniania zawartych w nich słów. Argument, że dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, które są w domu nauczone modlitw, mają łatwiej z zaliczaniem ich – jest jak najbardziej zasadny. Kiedyś sam byłem w pewnym sensie przeciwnikiem obowiązku zaliczania wszystkich modlitw przed komunią – stawiałem na osobistą, prawdziwą wiarę danego dziecka bardziej, niż na wyuczenie się regułek. Dziś wiem, że te regułki – tylko kiedy są dobrze wyjaśnione – stanowią podstawy wiary tychże dzieci. Ale – znowu – tylko wtedy, kiedy zaliczanie ich nie opiera się na starym mechanizmie 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć), lecz wprowadza dzieci w prawdy wiary o Chrystusie.

Pacierz jest formą modlitwy, nie gorszą od modlitwy spontanicznej. Choć nie wyobrażam sobie – jako członek Domowego Kościoła – powiedzieć na dzieleniu się zobowiązaniami, że wprawdzie nie robiłem namiotu spotkania (osobista rozmowa z Bogiem na wzór Mojżesza), ale za to odmawiałem codzienne różaniec albo koronkę do miłosierdzia, a w czasie namiotu spotkania odmawiałem pacierz. Różaniec jest dla mnie cenną modlitwą, ale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odmówić go w skupieniu. Kilka razy odprawiałem nowennę pompejańską – ale traktowanie jej jako magicznej formuły, która sprawi, że na 100% spełni się intencja w której się modliłem, jest mieszaniem wiary z czarodziejskim podejściem do niej.

Wiele osób, które argumentują za odmawianiem pacierza, za nowenną pompejańską, za wczesną komunią świętą, wydaje się mieć niesamowicie magiczne podejście do łaski Bożej. Odmawianie pacierza traktuje jako element zaczepienia z Panem Bogiem, nawet gdy wszystkie inne elementy wiary już zniknęły. Tymczasem dla wielu jest to element przyzwyczajenia, który – być może – wywoła w pewnym momencie refleksję nad własną wiarą, ale jako seria odklepywanych po wielokroć modlitw nie sprawi, że będziemy bliżej Boga. Podobnie ma się sprawa z pierwszą komunią, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Nie jestem przeciwnikiem wczesnej komunii. Jest ona dla mnie wspaniałą możliwością, jeśli dziecko przeżywa ogromną tęsknotę za Bogiem, popartą prawdziwą wiarą. Czy taka wiara może dotyczyć dziecka pięcioletniego? Sądzę, że może. Ale niech to będzie właśnie wiara, a nie podejście rodziców do Ciała Chrystusa jako do magicznego amuletu, który ochroni ich dziecko przed wszelkimi nieszczęściami, a już na pewno przed grzechem ciężkim. Nie, tak nie będzie. Również dziecko, które przyjęło komunię na wczesnym etapie, będzie grzeszyć. Ważne, by jego osobista świadomość pozwalała mu na szybki powrót do Boga.

Znajoma przypomniała mi ostatnio znakomity cytat z filmu „Evan Wszechmogący”. Są to słowa postaci Boga z tegoż filmu: „Jeśli ktoś modli się o cierpliwość, czy Bóg mu ją daje, czy raczej daje szansę na bycie cierpliwym? Jeśli ktoś modli się o odwagę, Bóg daje mu odwagę, czy szansę na to, by był odważny? A jeśli ktoś modli się o to, by rodzina się ze sobą zbliżyła, czy Bóg daje ciepłe uczucia, czy szansę by się pokochali?”. Cytat ten znakomicie oddaje to, co próbuję przekazać w niniejszym artykule. Że łaska Boża to nie jest magiczna moc, która w cudowny sposób uzdalnia nas do wielkich czynów. Jest to raczej stawianie nam na drodze wielu sposobności, byśmy mogli tych czynów dokonywać. Bóg daje nam talenty – owszem. Ale to od nas zależy jak i do czego te talenty wykorzystamy. Owszem, jeśli nasza wiara byłaby choćby wielkości ziarna gorczycy, moglibyśmy góry przenosić. Ale to nie oznacza, że otoczymy cudowną opieką nasze dzieci przez to, że poniekąd zmusimy je do wcześniejszej komunii, wyślemy na serię pierwszych piątków miesiąca i wyuczymy je serii modlitw pacierzowych, których im nie wyjaśnimy.

Wiara to podstawa naszego zbawienia. Co do tego mamy pewność. Nasza wiara nie daje w magiczny sposób pewności zbawienia naszym dzieciom. Ich zbawienie zależy od ich osobistej wiary. Dlatego „Ojcze nasz” odmawiane z wiarą i komunia święta przyjmowana z wiarą obdarzają łaskami, których nie jesteśmy w stanie ocenić. Bez wiary jednak to wszystko jest perłami rzucanymi przed wieprze. I żadna magia tego nie zmieni.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W naszej rodzinie nie odmawiamy pacierza

W parafii, w której mieszkamy, nowy ksiądz wikary przygotowuje dzieci do pierwszej komunii świętej. Przy każdej okazji nakazuje, by wszystkie dzieci składały ręce (czego nie krytykuję, choć właściwie zaleca się utrzymywanie tego gestu głównie wśród ministrantów) i aby każdego dnia, rano i wieczorem, odmawiały pacierz. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego przekonywania – zdecydowanie bardziej podoba mi się postawa księdza, który prowadzi msze mające przygotować do pierwszej komunii naszego syna, w innej parafii. On mówi, że wiara jest obecna w rodzinach, które modlą się razem.

Idea pacierza towarzyszyła mi przez ponad pół życia. Klęknąć rano i wieczorem, zrobić znak krzyża, odmówić „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Aniele Boży” – traktowałem to przez lata jak chrześcijański obowiązek. Wspominam rozmowy z moimi studiującymi znajomymi, którzy wyszli z domu i powoli oddalali się od kościoła. To znaczy – przestali np. chodzić na msze co niedzielę. Ale, mimo wszystko, twierdzili, że jeśli nie przeżegnają się wieczorem i nie odmówią szeregu modlitw, nie mogą zasnąć, bo dręczą ich wyrzuty sumienia. Oznacza to, że dla wielu osób „pacierz” stał się jakimś zautomatyzowanym zwyczajem, a nie prawdziwą modlitwą. U nas w domu natomiast nie odmawiamy pacierza. Nauczyliśmy się za to modlić.

Poranna modlitwa zazwyczaj odbywa się w samochodzie – wraz z najstarszym synem prosimy Boga o dobry dzień. Wieczorem natomiast modlimy się rodzinnie. Każdy z członków rodziny dostaje chwilę na modlitwę spontaniczną – dziękuje Bogu za to, co go spotkało, prosi o łaski, czasami przeprasza. Następnie modlimy się jedną wybraną modlitwą – nie odmawiamy całego pacierza. Od Wielkiego Postu czytamy też z dziećmi jeden rozdział Nowego Testamentu. Stało się to za namową poprzedniego księdza wikarego, który zaproponował, by właśnie w Wielkim Poście czytać z dziećmi jeden rozdział Ewangelii. Pociągnęliśmy to dalej, trwamy w tym do dzisiaj. To jest nasza modlitwa rodzinna. Nie ma obowiązku, by odbywała się dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Wystarczy jeden raz, ale prawdziwie, szczerze, bez odklepywania regułek.

To oczywiście nie zastępuje „pacierza”, ponieważ – jak można zrozumieć – ksiądz przekonuje dzieci, by codziennie odmawiały pacierz jakby z pominięciem rodziców. To ma sens, jeśli założymy, że dzieci przygotowują się do pierwszej komunii świętej, bo tak się robi, a rodzice wielokrotnie nie angażują się w duchową stronę tego przedsięwzięcia. Ale to oznacza też, że modlitwa rodzinna nie zastąpi modlitwy osobistej. Zarówno my – rodzice – jak i nasze dzieci, powinniśmy uczyć się modlić jak Mojżesz, twarzą w twarz z Panem Bogiem. I w pewnym momencie pojawi się sytuacja, w której nasze dzieci – obok modlitwy z rodzicami – będą musiały zacząć wdrażać osobiste spotkania z Bogiem. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, by zrozumiały to jako odklepywany dwa razy dziennie pacierz.

Co ważne, znajomość i wykorzystanie w codzienności podstawowych chrześcijańskich modlitw nie jest złe – przecież „Ojcze Nasz” to modlitwa podyktowana nam przez samego Jezusa, zatem najdoskonalsza ze wszystkich nam znanych modlitw. Branie jej pod uwagę w codziennej modlitwie jest ważne. Byle nie okazało się w pewnym momencie, że słowa „Modlitwy Pańskiej” stały się dla naszych dzieci wyuczoną formułką bez znaczenia.

Moja rada jest więc taka, by nie uczyć i nie namawiać dzieci do odmawiania pacierza. Modlitwy związane z pacierzem są ważne, potrzebne i warte do nauczenia – ale sam pacierz, jako automatyczne odklepywanie formułek, do niczego nie prowadzi. Warto natomiast wdrażać dzieci w modlitwę, szczerze i otwarcie rozmawiając z Bogiem w ich towarzystwie. Tak możemy obudzić w nich – i w sobie – prawdziwą wiarę.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/modl%C4%85c-vintage-ma%C5%82o-dziewczyna-2698568/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Najważniejsza przyczyna tego, dlaczego nie osiągasz sukcesu

Dowiedziałem się ostatnio o czymś, co się nazywa Pinterest. Okej, mam już ponad dwadzieścia lat (dobra, tak naprawdę to ponad trzydzieści) i od kilku lat zdaję sobie sprawę, że nie jestem na czasie. Nie wiem, skąd wziął się fenomen youtuberów, nie mam pojęcia kim jest Margaret (i pewnie dowiem się dopiero, jak moja córka będzie wystarczająco duża, żeby zacząć tego słuchać) i nie miałem pojęcia o istnieniu tzw. Pinterestu. Ale teraz już wiem – a żona pokazała mi, na owej stronie ciekawą infografikę, obrazującą 13 przyczyn, dla których nie osiągnąłeś tak dużego sukcesu, jak powinieneś.

Teks napisał Jim F. Kukral i tłumaczy w nim, że każdy człowiek może osiągnąć sukces, jeżeli pokona 13 najczęściej popełnianych błędów.

Numer jeden to lenistwo. Człowiek, który nie daje z siebie wszystkiego, bo mu się nie chce, nigdy nie osiągnie tego, czego pragnie.

Numer dwa to podejście, że „mi się należy”. Niewielu ludzi na świecie urodziło się w rodzinie, w której mają dziedziczne prawo do sukcesu. Jeśli nie masz tego szczęścia – bierz się do roboty.

Numer trzy to strach. Człowiek boi się zrobić czegoś, bo martwi się, czy jego bliscy, rodzina czy przyjaciele, nie będą się śmiać. Że pomyślą sobie coś złego i będzie się wyglądać na głupca. Żeby osiągnąć sukces, trzeba pokonać strach i zacząć działać.

Numer cztery to negatywny wpływ otoczenia. Chodzi o przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy wysysają energię i nie chcą, by ktoś osiągnął sukces. Jeśli tak jest, warto zmienić otoczenie.

Numer pięć to więcej myślenia, niż działania. Autor tekstu pyta: „Ile postawisz na to, że jesteś sparaliżowany przez analizowanie?” i zachęca do myślenia tylko tyle, ile to konieczne – by nie zablokować się na rozważaniach przy jednoczesnym odrzuceniu działań. „Robiący dostają to, czego chcą. Pozostali dostają to, co dostają”.

Numer sześć to brak wyznaczonych celów. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz zaplanować jak, a nie siedzieć i czekać na magiczne ziszczenie się swoich marzeń. Oczywiście – dodam od siebie – należy przy tym pamiętać o numerze piątym, by nie tylko myśleć, lecz również działać.

Numer siedem to „oni”. Tajemnicza grupa osób blokujących naszą drogę so sukcesu. Nie ma jednak żadnego „oni”. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swój własny sukces. Choć oczywiście łatwo jest winić innych za jego brak.

Numer osiem to brak czynnika X. Czyli – dzięki programowi telewizyjnemu – w Polsce czegoś również znanego jako X factor. Czyli cudownego „czegoś”, co powoduje, że można stać się kimś więcej. Nie ma jednak żadnego czynnika X, a jak mówi autor tekstu, „nawet frajerzy, idioci i nudziarze mogą odnieść sukces. Twoim problemem jest to, że w to nie wierzysz”.

Numer dziewięć to tracenie czasu. Ludzie, którzy nie mogą osiągnąć sukcesu, poświęcają codziennie mnóstwo czasu, żeby nic nie robić. Oraz skupiają się na rzeczach nieproduktywnych. W ten sposób nie osiąga się sukcesu.

Numer dziesięć to uzależnienie od portali społecznościowych. A więc siedzenie godzinami na Facebooku, Instagramie czy Twitterze i przewijanie w dół, w dół, w dół… W tym czasie można zrobić coś produktywnego. Warto zwrócić na to uwagę!

Numer jedenaście to krótkoterminowe myślenie. Snujemy plany na dzień czy tydzień w przód, ale nie na całe lata. W ten sposób nigdy nie osiągniemy sukcesu, a – według autora – „nigdy nie dowodzimy, zawsze podążamy za”.

Numer dwanaście to brak chęci osiągnięcia sukcesu. Oczywiście można marzyć o sukcesie, ale naprawdę nie chcieć go osiągnąć, bo człowiek się boi, co się wtedy może stać. Dlatego woli tęsknić za sukcesem, niż do niego dążyć.

Numer trzynaście to brak wiary w sukces. Wielu ludzi chce coś osiągnąć, ale tak naprawdę nie wierzą w to, że to w ogóle możliwe. „Społeczeństwo nauczyło cię, że tylko niektórzy wyjątkowi ludzie dostają to, czego chcą. Wszyscy pozostali muszą zostać z tyłu. Jeśli naprawdę chcesz w to wierzyć, droga wolna. Reszta z nas będzie z przodu kolejki, ponieważ my wierzymy” – pisze autor.

A skoro mowa o wierze, to jestem przekonany, że na tej liście brakuje jednego punktu, który zwłaszcza nam, osobom wierzącym, jest nieodzowny. A mianowicie numer czternaście (choć ja wstawiłbym go na początku) to brak modlitwy. A więc brak realnej więzi z Bogiem. Tym, który jest wszechmocny i daje nam to, co jest nam potrzebne, oraz to czego pragniemy – jeśli jest to dla nas dobre.

„Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam” – święty Mateusz zapisuje słowa Jezusa w 7 rozdziale swojej ewangelii. A w 21 dodaje kolejne: „Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze!”, stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie”. Należy więc pamiętać, że jeśli pragnie się w życiu zrobić „coś więcej”, to warto wziąć sobie do serca 13 powyższych rad. A na początku zawsze postawić Boga.

____________________________________

We wpisie zastosowano infografikę umieszczoną w serwisie Pinterest, autorstwo themetapicture.com, adres: https://pl.pinterest.com/pin/276408495863245349/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Intencja co dwa miesiące

Wspomniałem już w kilku notkach na temat nowenny pompejańskiej. Obiecałem też, że rozwinę jej temat i w sumie podejmując się odmawiania jej mam również za zadanie propagować ją dalej. Ponieważ nie wszyscy wiedzą, czym nowenna pompejańska w ogóle jest – ja też miałem o niej do niedawna liche pojęcie – postaram się Wam ją pokrótce wytłumaczyć.

Pewnego dnia nieuleczalnie chora dwudziestojednoletnia dziewczyna Fortunatyna Agrelli ujrzała w objawieniu Matkę Bożą. Maryja powiedziała jej, że otrzyma każdą łaskę, o którą będzie ją błagać, odmawiając trzy nowenny błagalne i trzy nowenny dziękczynne w danej intencji. Nowenna każdego dnia zaś miała składać się z całego różańca (na owe czasy były to trzy części: Tajemnice Radosne, Bolesne i Chwalebne). W efekcie, ponieważ jedna nowenna trwa 9 dni, należało odmawiać część błagalną przez 27 dni, a część dzięczynną przez kolejnych 27 dni. W sumie cała nowenna trwała 54 dni. Po odmówieniu jej w intencji wyzdrowienia Fortunatyna odzyskała zdrowie i był to początek ciągu wydarzeń związanych z nowenną pompejańską.

obraz_pompDziś, za przykładem pierwszej uzdrowionej Fortunatyny wiele osób decyduje się na podjęcie trudu modlenia się za pomocą nowenny pompejańskiej, którą nazywa się też „nowenną nie do odparcia”. Prawdopodobnie chodzi o to, że nie sposób spełnienia prośby osoby, która przez 54 dni z rzędu nieustannie błaga, odrzucić. Mówi się też, że jest „nie do odparcia”, ponieważ sam diabeł nie ma mocy by przebić się przez tak potężny mur modlitewny. Tak czy inaczej wiele osób codziennie przez niemal dwa miesiące odmawia nie jedną dziesiątkę (z czym mają kłopoty osoby, które podjęły się duchowej adopcji dziecka poczętego), nie jeden różaniec, lecz trzy różańce. I może wydawać się to jeszcze trudniejsze, gdy przypomnimy sobie, że często odmawiając różaniec do każdej dziesiątki dołączamy jakąś intencję, lub szereg intencji. A w tym przypadku każdy z trzech różańców, każdego z 54 dni, opatrzony jest jedną, konkretną, niezmienną intencją.

Różaniec można dzielić oczywiście na „kawałki”, odmawiając osobno poszczególne jego części, albo nawet poszczególne tajemnice. Trochę rano, trochę popołudniu, trochę wieczorem… Ja osobiście odmawiam go podczas podróży do pracy i z pracy. Wygodnie mi jest rano odmówić tajemnice radosne, a w drodze powrotnej tajemnice bolesne i chwalebne. Zauważam jednak, że mam duży problem ze znalezieniem czasu w te dni, w które do pracy czy na uczelnię nie idę. Wczoraj na przykład, a była to pierwsza od dawna wolna niedziela, w czasie której mogłem spędzić czas z rodziną, przypomniałem sobie o nowennie usypiając wieczorem Córkę. Nie pozostało mi zatem nic innego jak wykorzystać ten moment na odmówienie trzech różańców – na raz. Rozumiem zatem, że dla osób pracujących w domu nowenna pompejańska byłaby dużą trudnością. Mimo tego polecam.

różaniecJakie efekty przynosi odmawianie codziennie trzech różańców? Nawet jeśli w pewnym momencie wejdzie się w rutynę, nadal wykorzystuje się na modlitwę czas, który można było wykorzystać inaczej, gorzej. Nowenna pompejańska uczy pokory, dobrego gospodarowania czasem (jakoś tę godzinę-półtorej trzeba wydzielić z dnia), uspokaja i rozwija duchowo. Mogę to powiedzieć po sobie, gdyż dzięki tej nowennie stałem się spokojniejszy, lepiej patrzę na ludzi i czuję się bliżej Boga. Co zaś z główną intencją? Moja pierwsza intencja była bardzo trudna. Oczywiście nie ma rzeczy trudnych dla Boga, jednak nie wiem – i pewnie nigdy się do końca nie dowiem – jaka jest Jego wola w tym temacie. Ale dla mnie akurat, o ile na początku ta intencja była najważniejsza, głównym celem nowenny pompejańskiej stała się zmiana punktu widzenia priorytetów. Dziś już wiem, że nawet jeśli nie jest wolą Bożą spełnienie mojej prośby, to codzienne odmawianie nowenny przynosi wiele innych, z pozoru mniejszych, ale często ważniejszych skutków.

Kiedy skończyłem pierwszą nowennę chciałem zrobić sobie przerwę, tak żeby zacząć kolejną równo pierwszego grudnia. Pomyślałem jednak, że prawdopodobnie wytrącę się z rytmu i postanowiłem natychmiast następnego dnia przejść do nowego dzieła. Intencję już miałem zaplanowaną – postanowiłem pomodlić się w intencji papieża Franciszka, by kierował Kościołem w zgodzie z natchnieniem Ducha Świętego. Oczywiście nie oznacza to, że spełnienie prośby będzie równoważne z moją wolą (a więc z tym jak ja wyobrażam sobie natchnienie Ducha Świętego), lecz z wolą Boga. Co więcej – jest to też modlitwa we własnej intencji – bym potrafił otworzyć się na działanie Prawdy w Kościele i zaufać obecnej głowie Kościoła. Modlę się zatem i chyba tak już pozostanie. Co dwa miesiące nowa intencja – ile dobrych rzeczy można w ten sposób wymodlić!

W celu bliższego zapoznania się z zasadami, sposobem odmawiania i pozystywnymi skutkami nowenny pompejańskiej zapraszam na stronę źródłową: http://pompejanska.rosemaria.pl/.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Stawiam na Domowy Kościół

Przed tygodniem wróciliśmy z rekolekcji wakacyjnych. Przez ostatni tydzień błądziliśmy między jednymi a drugimi teściami, dlatego dopiero dziś witam Was ponownie, drodzy Czytelnicy. Podobnie jak w zeszłym roku, i tym razem pragnę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami porekolekcyjnymi, jednak chciałbym również poruszyć szerzej temat całego Domowego Kościoła.

Rekolekcje, na których byliśmy to drugi stopień Oazy Rodzin. Oazy rodzin są zaś organizowane z myślą o Domowym Kościele, który jest rodzinną gałęzią ruchu Światło Życie założonego przez ks. Franciszka Blachnickiego. Osobiście, dzięki trosce i uprzejmości naszych bliskich znajomych, dołączyliśmy do Domowego Kościoła tuż po ślubie i jesteśmy w nim już prawie cztery lata. Formacja w DK odbywa się przez kręgi, na które składa się kilka małżeństw oraz ksiądz, który tym małżeństwom towarzyszy. Spotkania kręgu odbywają się – najlepiej – raz w miesiącu, z wyłączeniem miesięcy wakacyjnych. Krąg ma jednak tylko za zadanie ustawiać i korygować nasz ciąg formacyjny, który trwa cały miesiąc – w rodzinie, w małżeństwie i indywidualnie. Odbywa się on w oparciu o kilka zobowiązań, które podejmuje się wstępując do Domowego Kościoła i które zbliżają człowieka i jego rodzinę do Boga. W gałęzi młodzieżowej Ruchu Światło-Życie tych zobowiązań nie ma, ponieważ opiera się on trochę na czymś innym.

Wielu z Was, choć nie należy do Domowego Kościoła, jest połączone z drugą osobą sakramentem małżeństwa. Dlatego każdemu, kto wstąpił w sakramentalny związek małżeński z całego serca polecam Domowy Kościół jako miejsce budowania swojej wiary i umacniania swojego małżeństwa. Nie jest ani za wcześnie, ani za późno, żeby zacząć się formować i zmieniać, a muszę przyznać z własnego doświadczenia, że zmiany na lepsze są bardzo wyraźne. Jeśli jednak nie zamierzacie póki co wstępować do Domowego Kościoła, a chcecie formować się i umacniać w małżeństwie mimo to, polecam wdrożenie w życie naszych domowokościelnych zobowiązań, które warto kultywować nawet pozostając poza wspólnotą. Zobowiązania Domowego Kościoła to:

Codzienny Namiot Spotkania – Jest to modlitwa indywidualna każdego z nas, oparta w swoim zamyśle na Namiocie Spotkania z Pięcioksięgu, tego w którym Mojżesz spotykał się z Bogiem. Aby odbyć Namiot nie wystarczy powiedzieć rano i wieczorem pacierz. Trzeba „wyjść poza obóz”, czyli oddzielić się od świata, np. zamykając się na 20 minut w osobnym pokoju, przeczytać wybrany fragment z Pisma Świętego i porozmawiać z Bogiem tak, jak Mojżesz z Nim rozmawiał. Należy przez ten czas skupić się na modlitwie, na spotkaniu z Panem, naszym Przyjacielem i Sojusznikiem.

Regularna lektura Pisma Świętego – Inaczej, niż w Namiocie Spotkania. Tym razem skupiamy się na poznaniu Słowa Bożego i zrozumieniu go w sposób intelektualny, również w celu umocnienia naszej wiary. Czytamy Biblię jak bardzo ważną książkę, której Autor chce powiedzieć nam coś naprawdę ważnego. Nie musi się to odbywać codziennie, ważne, by było regularne.

Codzienna modlitwa małżonków – Moment, w którym małżonkowie stają we dwoje przed Bogiem. W tej modlitwie nie uczestniczą dzieci, można więc modlić się np. kiedy te już śpią. Modlitwa może być krótka, ważne, by była wspólna: Ty i ja wobec Boga. My z czasem wypracowujemy coraz pełniejszą i głębszą modlitwę, włączamy w to modlitwę spontaniczną (własnymi słowami), odchodzimy od klepania regułek, czytamy wspólnie Pismo Święte. Modlitwa może jednak być taka, jaką małżonkowie sobie wymarzą, ważne, by była wspólna.

Codzienna modlitwa rodzinna – Tym razem stajemy przed Bogiem całą rodziną. Tu jest łatwiej, bo w Polsce pokutuje jeszcze stary schemat kładzenia dzieci do łóżka: „siusiu, paciorek i spać”. Zamiast więc infantylnego „paciorka” modlimy się z naszymi dziećmi przed snem. Każde z nas modli się we własnych intencjach, ostatnio zapalamy też świecę – Światło Chrystusa – co jest bardzo atrakcyjne dla naszego synka. Uczymy dzieci tradycyjnych modlitw, takich jak Modlitwa Pańska czy Wezwanie Anielskie, ale przede wszystkim pokazujemy, że jest Ktoś większy od nas, kto nas wszystkich bardzo kocha i do kogo możemy mówić Ojcze, Tato. Można też modlić się rodzinnie przed posiłkami czy przed podróżą. Zawsze znajdzie się dobry moment na modlitwę.

Comiesięczny dialog małżeński – Bardzo ważny element, często niestety pomijany przez małżonków. Dialog to rodzaj rozmowy małżonków przed Bogiem. Zapalamy świecę, przyzywamy Ducha Świętego i rozmawiamy. Niekoniecznie o tym, co słychać w pracy, czy jak tam dzieci (pierwszy krok, pierwszy ząbek itp.), ale o naszym życiu, nastawieniu i oczekiwaniach wobec siebie nawzajem, wobec dzieci czy innych ludzi. Zastanawiamy się nad problemami w małżeństwie czy w rodzinie, nad tym co jest dobre, nad tym, co należy zmienić. Dialog powinien trwać co najmniej godzinę, często trwa około trzech. Również nie biorą w nim udziału dzieci, dlatego warto go robić kiedy te już śpią, albo wybrać się na randkę, zamówić herbatę i ciastko, i tam odbyć dialog. Ważne, by być otwartym na siebie nawzajem i Boga. Codzienna, nawet głęboka rozmowa nie zastąpi regularnego dialogu małżeńskiego.

Reguła życia – Postanowienie podejmowane najczęściej podczas dialogu małżeńskiego, wdrażane w życie celem jego poprawy, zbliżenia się do Boga, polepszenia stosunków rodzinnych itp. My np. pod wpływem rekolekcji podjęliśmy decyzję, że będziemy bardziej przykładać się do celebracji niedzieli (o tym napiszę innym razem), mniej korzystać z komputera czy telewizora, bardziej zastanawiać się nad wydatkami. Regułą może być wszystko, co w zgodzie z Panem pomoże nam zreformować nasze życie. Na kolejnym dialogu małżeńskim można rozważyć, czy i w jakim stopniu reguła została zrealizowana, a jeśli nie – co można zrobić, żeby polepszyć jej realizację.

Coroczne rekolekcje – Domowy Kościół ma swoje rekolekcje (Trzy stopnie Oazy Rodzin, dwa Oazy Animatorów Rodzin i różnorakie rekolekcje tematyczne), które bardzo polecam, ale są dostępne tylko dla członków Domowego Kościoła. Nie oznacza to jednak, że nie ma potrzeby, by inne katolickie małżeństwa uczestniczyły w rekolekcjach raz do roku. Istnieje wiele rodzajów rekolekcji, na które można się wybrać nie będąc w DK. A rekolekcje odbywane raz do roku bardzo mocno oddziałują na przeżywanie trudów codziennego życia w ciągu roku, ustawiają nasze całoroczne spojrzenie na Boga i naszą wiarę. Pomagają przez cały rok skupić się na formacji. Sądzę, że potrzebne są każdemu, nie tylko członkom Domowego Kościoła, tylko pozostali muszą trochę bardziej się wysilić, żeby je dla siebie znaleźć.

Do tego dochodzi comiesięczne spotkanie wspólnoty, które już zostało wspomniane. Są małżeństwa, które dodają dialog rodzinny (nie zastępują nim dialogu małżeńskiego), podczas którego omawiają z dziećmi poważne sprawy i podejmują rodzinne decyzje (np. wybór szkoły), nie jest to jednak zobowiązanie Domowego Kościoła. Powyżej opisane zobowiązania dotyczą i są obowiązkiem członków Domowego Kościoła, a jak powiedziano na rekolekcjach – kto nie akceptuje i odrzuca któreś ze zobowiązań, sam wystawia się poza DK. Oczywiście nie ma obowiązku należeć do Domowego Kościoła, a nie-członkowie nie mają takich zobowiązań. Mimo tego małżeństwom, które nie należą do Domowego Kościoła polecam przede wszystkim wstąpienie do niego, a niechętnym – wprowadzenie w życie naszych zobowiązań. To są, tak naprawdę, zupełnie podstawowe zasady, dzięki którym panujemy nad naszym kontaktem z Bogiem. I to naprawdę działa!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Na Małysza

W liturgii Kościoła Katolickiego istnieją trzy, a jeśli się uprzeć – cztery, postawy. Jedna z nich to postawa siedząca, druga stojąca, trzecia – klęcząca. W niektórych przypadkach można jeszcze mówić o czwartej – leżącej. Zdarza się to w sytuacjach, gdy kapłan oddaje najgłębszą cześć i okazuje najwyższe oddanie Bogu, zwłaszcza na początku liturgii Wielkiego Piątku. Rzadko robią to również pozostali wierni, w tym klerycy przyjmujący święcenia.

Postawa siedząca ma pozwolić wiernym wsłuchać się i skupić na przyjmowaniu Słowa Bożego. Postawa stojąca oznacza radość z odkupienia, wierni prostują się na znak, że nie są już sługami, niewolnikami. W ten sposób również oddają cześć Bogu, wyrażają szacunek. Postawa klęcząca zaś jest postawą pokutną i błagalną. Wyraża także szacunek wobec Boga, lecz tym razem wierny ukazuje nie swą wolność i odkupienie, lecz małość wobec Boga.

Istnieje tylko jedna akceptowalna forma postawy klęczącej. Jest to uklęknięcie na dwóch kolanach, zgiętych pod kątem 90 stopni. To jest, rzecz jasna możliwe głównie poza ławkami, jak również w odpowiednio wyprofilowanych klęcznikach. Często w kościołach można spotkać ławki z klęcznikami, które uniemożliwiają przyjęcie wyprostowanej postawy i zmuszają do oparcia tylnej części ciała o siedzisko. Są jednak również rozliczne przypadki, gdy przyjęcie postawy klęczącej jest możliwe, a mimo tego przybiera najróżniejsze nieliturgiczne formy.

Dzieci często na przykład klękają opierając pupy na stopach (a więc właściwie siadają na stopach). Dzieci to jednak dzieci i wiele rzeczy należy im wybaczyć. Kiedyś się nauczą, pewnie jak nie będzie to dla nich takie męczące. Niestety, krew w żyłach mi się gotuje i tracę koncentrację na liturgii, gdy widzę dwie inne wersje uklęku u dorosłych. Pierwsza z nich, spotykana głównie u mężczyzn, to klęknięcie na jedno kolano (czy może raczej „na rycerza”). Nie do końca wiem, co miałaby oznaczać. Może oznajmienie „jestem Bożym wojownikiem”? Może wydaje się być mniej upokarzająca dla mężczyzny, niż uniżone padnięcie na kolana? A może zwyczajnie jest wygodniejsza? Tego nie wiem, zwyczajnie głupio bym się czuł próbując to sprawdzić. Smutno mi jednak, gdy widzę małe dzieci, które uczą się tej postawy od swoich ojców i nie ma nikogo, kto by im wytłumaczył, że taka postawa jest błędna.

Druga wersja jest dla mnie jeszcze bardziej przerażająca. Właściwie nie jest to nawet postawa klęcząca, lecz postawa kuczna. Spotyka się ją głównie wśród kobiet, jednak mężczyźni też nie pozostają daleko w tyle. Istnieją różne jej odmiany. Z nachyleniem na lewą nogę, z nachyleniem na prawą nogę, w równowadze na obie nogi, albo nieomal klęcząca. Czy jest wygodna? Wątpię. Co wyraża? Moim zdaniem – całkowity brak szacunku, a już z pewnością zrozumienia sytuacji. Co komu daje i co przynosi ukucnięcie w kluczowych momentach liturgii? Nie mam pojęcia. Najbardziej zdenerwowało mnie, gdy jeszcze w czasach mojego seminarium kolega współkleryk w ten sposób przykucał podczas drogi krzyżowej po mieście, wobec tłumu wiernych. Gdy zwróciłem mu uwagę odrzekł, że jest mu przykro, ale ma tylko jedną parę spodni od garnituru…

Pozycja kuczna w liturgii nie istnieje. Sam, ze względów ironicznych, zwykłem ją nazywać „na Małysza”. Bo tak to trochę wygląda. A wiadomo, co się robi czasem, jak nie ma toalety, albo w toalecie publicznej, na Małysza. Postawa kuczna wyraża więc chyba coś w rodzaju „Sr… na całą tą liturgię”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Bóg potrzebuje wariatów

Jak często, miałem pisać o czym innym, i jak często, napiszę o czym innym niż miałem. Rozmowy z bliskimi ludźmi często wywołują dziwne uczucia. Wiecie, jak to jest…

O czasie już pisałem. Nie wiem, czy dobrze to zaczynam, ale zawsze wszystko obraca się wokół tego, co zwiemy czasem. Albo może – w mojej głowie zawsze wszystko obraca się wokół tego, co śmiem zwać czasem. Więc, jeśli chodzi o czas, to go nie mamy. A jeśli mamy, to nie mamy pojęcia jak dużo. Nie istnieje więc żadna potrzeba, by ten czas marnować. Ale o tym już pisałem.

Dla mnie przyszłość jest zamazanym czymś. Przynajmniej próbuję, by była ona właśnie czymś takim zamazanym. Dalekim. Nieważnym. Tak, to prawda, że często planuję, rozmyślam nad dalszym życiem, nad tym co będzie. Za często przyłapuję się na marzeniach, pragnieniach, planach. Zbyt rzadko przypominam sobie, że mogę w każdej chwili nie być tutaj. Że przyszłość może równie dobrze nie istnieć. Albo, jeśli zaistnieje, to ma na nią wpływ tylko „tu” i „teraz”…

Ale do rzeczy. Śmiem nazywać siebie Bożym Wariatem. Nie świętym, nie cudownym, nie wybrańcem bożym. Nie. Wariatem, który popełnia błędy, za dużo błędów. Ale wariatem, który chce, pragnie działać. Tu i teraz. Który stara się wierzyć bezgranicznie w naukę Chrystusa. Zwłaszcza w przykazanie miłości. Który może nie potrafi kochać tak, jak kochał nas Chrystus, ale który pragnie zrobić wszystko, by kochać. Który nie boi się zaryzykować wszystkiego dla miłości. Bo zaufał Bogu, bezgranicznie.

Przynajmniej się staram.

Walczę. Są ludzie, którzy nie lubią tego słowa. Ja je uwielbiam. Jestem tu, dziś, sługą Pana, by walczyć. By próbować być Jego godnym uczniem. By ufać, wierzyć, choć sprawiedliwość na tym świecie może być tylko złudzeniem. Walczyć z własnymi demonami, ale również z innymi, trwającymi w świecie. Walczyć, by móc powiedzieć za Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. Jestem wariatem. Tu i teraz, zawsze.

Ludzie nie rozumieją, że pragnę być pierwszym chrześcijaninem. Iść, jak św. Justyn, na pożarcie przez dzikie zwierzęta, z Bogiem i radością w sercu. Jak święte Perpetua i Felicyta, jak święty Maksymilian Kolbe. Ludzie boją się śmierci, boją się miłości, boją się odpowiedzialności. W wielu żyje strach. Przed wariactwem.

W przyszłą niedzielę idę wariować i walczyć na ulicach Łodzi. Rozmawiać z Wami o Bogu i miłości. Boję się? Pewnie tak. Nie wiem, co mogę mówić. Ale wierzę, że Bóg mną pokieruje. Że oświetli mi drogę. Potrafię Mu zaufać. Potrafię postawić wszystko na jednej szali. Na jedną kartę. Wierząc, że wygram.

W przyszłe wakacje jadę do Australii. W tym samym celu.

Chyba, że jutro rozjedzie mnie samochód.

Bóg potrzebuje wariatów. Nie chcę nikogo w to wciągać na siłę. Nie oskarżajcie mnie o to. Jeśli ktokolwiek uważa, że tego próbuję, jest w błędzie. Każdy z nas ma wolność. Każdy może spojrzeć w lustro. Nie chcesz być Bożym Wariatem? Przestań walczyć. Nie moja to sprawa.

Ja walczę. Ja chcę być Bożym Wariatem. Czasem bardziej. Czasem mniej. Nie miejcie do mnie o to pretensji. Jestem Judym. Tomasz Judym.

I pokora…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

Uczmy się żyć modlitwą

Nie wiedziałem jak zatytułować tą notkę. W zasadzie miała powstać zaraz po pielgrzymce, ale nie powstała. Jakoś tak się nie zeszło. W ogóle rzadko się ostatnio schodzi, bym siadł i coś tu napisał. Ale wreszcie piszę, choć z rana wstaję i pędzę do Łodzi. Więc na początek apel: Uczmy się żyć modlitwą!

Rok już prawie minął od tamtego momentu. Momentu, jak mi się dotąd wydawało, najgorszego w mym życiu. Oto nagle to, co wydawało się musieć, nie jest. Oto nagle to, co niby czułem, że Bóg mi wyznaczył, prysło. Oto nagle zostałem sam, zupełnie sam, z nieziemskimi problemami. Minął prawie rok. Przez ten rok tkwiła we mnie drzazga. Drzazga żalu, nienawiści, złości. Ta drzazga tkwiła, a ciało wokół niej ropiało paskudnie. Czasem ktoś przeszedł i próbował tą ranę zasklepić. Ropa zasychała, drzazga przestawała uwierać. Po to, by zaraz strup odpadł, ropa wypłynęła i ciało zaczęło pulsować. Przez ten rok stałem się nie do wytrzymania. Złośliwy, wypominałem ludziom ich błędy, robiłem z nich problemy, których w rzeczywistości nie było. Wylewałem hektolitry jadu. Niewielu o tym mówiło, ale wielu to odczuwało. Zwłaszcza najbliżsi – ci, którzy usiłowali mi pomagać. A ja cieszyłem się, gdy komuś się oberwało. Czułem dziką satysfakcję. Jednak najbardziej pożądałem zemsty. Zemsty na księdzu rektorze, na proboszczu, na jego wikarych. Zemsty, której dokonać nie mogłem. Rok minął od tamtego czasu, poznałem dziewczynę, której najbardziej się ode mnie przez to dostało, zaręczyłem się, a potajemnie śniłem o Seminarium. Śniłem, by wrócić.

Nadeszła pielgrzymka. Pierwsze dwa dni to był koszmar. Chłopaki, którzy tworzyli naszą społeczność, a których od roku nie widziałem, nagle zaczęli się pojawiać. Kilku w mijanych po drodze parafiach, kilku w innych grupach pielgrzymkowych. Strupy pękły, drzazga zaczęła się wiercić we wszystkie strony. Ale zacząłem sobie zdawać z tego sprawę. Zacząłem rozumieć że swoim żalem, swoimi nerwami psuję życie najbliższym. Zacząłem liczyć momenty w których wbijałem szpilę mojej Pani. Kilka, kilkanaście dziennie. A ona milczała, spokojnie to znosiła. Dlaczego? Zapałałem do siebie nienawiścią. To spowodowało, że nadszedł wreszcie dzień w którym załamałem się nerwowo. A im bardziej to czułem, tym bardziej dawałem się we znaki innym. A im bardziej dawałem się im we znaki, tym bardziej to czułem. Nadszedł wieczór. Wieczór, którego wolałbym nie pamiętać. Wieczór, który powinienem pamiętać, jako przestrogę dla siebie.

Nikomu nie zrobiłem krzywdy. Nikogo nawet nie dotknąłem. Tylko krzyczałem i biłem głową w futrynę. Bała się mnie. Podeszła dopiero gdy trochę się uspokoiłem. Ale to był wieczór, w którym wiedziałem, że drzazga nie może się dłużej psuć. Że muszę ją wyjąć.

Z samego rana była rozmowa z O. Rafałem. Rozmowa i spowiedź. Powiedział mi coś, czego nie spodziewałem się usłyszeć. Coś, co nigdy nie przyszło mi do głowy. Spytał: „Czy masz żal do Kościoła?” „Nie do całego. Do niektórych ludzi”. „A czy masz żal do Boga?” Pomyślałem chwilę. „Chyba nie”. „Wierzysz, że Bóg działa przez Kościół? Że założył go, by dawać nam wskazówki?” „Taka jest moja wiara. W to wierzę”. „A więc pomyśl – rektor dostał w tym Kościele władzę. Dostał możliwość rozeznawania powołań. Powołań, które daje Bóg. I przez Kościół, przez rektora Bóg mówi nam, czy mamy powołanie, czy nie.” Zamyśłiłem się. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Kontynuował więc: „Zastanów się, czy to przypadkiem nie było całkowicie twoje. Czy to nie ty powiedziałeś, hej, Boże, ja idę teraz Ci pomagać, a Ty to zaakceptuj. Pomyśl, jeśli cię wyrzucili, decyzją Kościoła, któremu Bóg dał władzę, jeśli cię wyrzucili, to czy ty w ogóle miałeś powołanie?” O kurczę. Może się Wam to wydać dziwne, ale on miał rację. On miał rację – to było tylko moje. Tylko i wyłącznie moje myślenie, moje postanowienie. Ani krztyny Bożego powołania. Oni to odkryli. Oni uwolnili mnie. Dzięki nim została mi udzielona kolejna szansa, której wcześniej nie widziałem. To możliwe. To pewne. Dzięki temu poznałem dziewczynę, po stokroć wspanialszą niż ktokolwiek inny na świecie. Dzięki temu znów marzę o idealnej rodzinie, o małżeństwie i dzieciach. Marzę? A może to nie Boże powołanie? Może znów jestem w tym tylko ja? To się jeszcze okaże.

Reszta pielgrzymki była cudem. Choć nie sądziłem, idąc na nią, że cokolwiek się odmieni. Drzazga wyszła. Przeprosiłem wszystkich. Wybaczyłem księdzu rektorowi, który dostał awans na biskupa i witał nas serdecznie przy wejściu na Jasną Górę. Adoptowałem duchowo drugiego dzieciaka. Dowiedziawszy się, że moja Pani odmawia dziennie dwie (odkąd podjęła się wraz ze mną duchowej adopcji – trzy) dziesiątki różańca, zdecydowałem się na cały. A słysząc od ludzi, że mają maturę czy dużo zajęć i brak im czasu na modlitwę, znów zacząłem odpowiadać starą opowieścią o Matce Teresie.

Pewnego dnia Matka Teresa głosiła jakąś mowę: „I musicie poświęcić na modlitwę godzinę dziennie. Taka godzina z pewnością ułoży wasz dzień”. Wtedy odezwał się pewien biznesmen: „Ale ja jestem bardzo zapracowany. Nie mam czasu na godzinną modlitwę”. Na to Matka Teresa: „A, to co innego. W takim wypadku pan potrzebuje dwóch godzin modlitwy dziennie”.

I to nie są wrzuty. No nie są szpile wbijane ze złośliwości. To szczera chęć pomocy. Innym, ale i sobie. Bo wiem, że przez ten rok opuściłem się znacznie. Przestałem praktycznie rozmawiać z Bogiem. A przecież Bóg czeka na mnie. Czeka na każdego z nas. Ja już nie pragnę modlić się godzinę dziennie. Nie pragnę odmawiać dziennie jednego różańca ani dwóch pacieży. Pragnę znów, na nowo żyć modlitwą. Pragnę, by cały, calutki mój dzień wypełniała modlitwa. Bym do każdego człowieka podchodził z czcią, jakby w nim sam Bóg mieszkał. Pragnę tego, by każda wykonywana przeze mnie praca była dla Niego i dla drugiego człowieka. Modlę się o wyzdrowienie dla mnie. O to, bym już nigdy nie walił głową we framugę. Modlę się, bym potrafił żyć modlitwą. Wy też spróbujcie…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze