Posts Tagged With: Nadzieja

Adwentowe wzruszenia

gwiazdeczkoKiedy ma się dzieci, wiele rzeczy przeżywa się po raz drugi. Po raz drugi przeżywam fascynację kreskówkami z dzieciństwa, zainteresowanie dziecięcymi książkami czy pierwsze trudy matematyczne albo kaligraficzne. Po raz drugi przeżywam też wzruszenia związane z dzieciństwem czy wczesną młodością. W tym Adwencie jest to związane z przygotowaniem mojego syna do świąt Bożego Narodzenia. W katolickiej szkole, do której uczęszcza, poznają najróżniejsze informacje dotyczące narodzin Syna Bożego, ale słuchają również czasem dziecięcej muzyki dotykającej tej tematyki. Stąd też powrót do pięknego utworu „Świeć, gwiazdeczko, świeć” Arki Noego. Piękny utwór, wspaniały teledysk – którego, zdaje się, nie znałem za czasów, kiedy sam słuchałem Arki. Dzieci idące do Betlejem ratują po drodze zwierzęta, które znalazły się w potrzasku. Na koniec spotykają je przy żłóbku Jezusa.

Stąd już niedaleka droga do mojej chyba najbardziej ulubionej piosenki Arki Noego: „Na drugi brzeg”. Pisałem już kiedyś notkę opartą o ten utwór. Osiem lat temu. Nie jest tak, że towarzyszył mi on przez cały ten czas. Wrócił teraz, razem z „Gwiazdeczką”, w czasie Adwentu. Teraz, kiedy jestem o osiem lat starszy, mam żonę i trójkę dzieci. A wzruszenie dawnym wzruszeniem pozostaje. I przypomina się, że Adwent nie jest tylko oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa w żłóbku. Że nie jest to tylko oczekiwanie na narodziny Jezusa w nas, w naszym życiu. Ale jest to też – a może przede wszystkim – oczekiwanie na ostateczne, końcowe przyjście Jezusa w chwale. Na ten moment, w którym każdy z nas umiera i wyrusza na spotkanie Pana Jezusa w wieczności. Bo wciąż jestem pewien, że każdy ma swój osobisty koniec świata. Każdy „przeżywa” koniec świata w momencie śmierci. I dlatego „Na drugi brzeg” staje się jeszcze bardziej adwentową piosenką, niż „Świeć, gwiazdeczko…”.

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Adwent jest, był i będzie czasem radosnego oczekiwania. Nie jest to tzw. „czas zakazany”, w którym nie można urządzać zabaw, nie można tańczyć i się radować. Niektórzy katecheci starej daty nadal utrzymują, że tak jest, bo tak jest w polskiej tradycji, ale to nie znaczy, że Kościół tak naucza. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, ale nie tylko na narodziny Chrystusa, ale także na własną śmierć. Na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Twórcy Arki Noego znakomicie ujęli ten paradoks w słowa w piosence „Na drugi brzeg”. Jest to piosenka w której czuć obawę przed śmiercią – tak naturalną dla każdego człowieka. Ale czuć też ogromną radość i nadzieję na zbawienie. Bóg w chwili śmierci zaprasza nas do siebie i wiemy, że rozpozna nas kiedy już umrzemy.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Warto podejść do tych ostatnich chwil Adwentu z tą ogromną nadzieją i miłością do Boga, którą mają śpiewające w Arce Noego dzieci. Dziś już przecież dorośli ludzie. Ciekawe, czy oni sami potrafią przeżyć tę tajemnicę tak, jak wtedy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie:
1. Kadr z teledysku „Świeć, gwiazdeczko, świeć”, źródło: http://www.dailymotion.com/video/xvyqd6_swiec-gwiazdeczko-swiec-arka-noego-piosenka-dla-dzieci_music

We wpisie zastosowano następujące filmy:
1. Arka Noego, „Świeć, gwiazdeczko, świeć”
2. Arka Noego, „Na drugi brzeg”

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Dlaczego nie warto mieszkać razem przed ślubem?

Jakiś czas temu, po publikacji książki, którą redagowałem razem z ks. Markiem Dziewieckim, napisałem, że nie zgadzam się z podejściem autora do mieszkania razem narzeczonych przed ślubem. Wyraziłem w tamtym wpisie swoją opinię na temat, przy czym moje zdanie mogło być uznane za kontrowersyjne. Od tamtej zaś pory notka bije wszelkie rekordy popularności, dogania w rankingach Psy, które idą do nieba, a nawet, powoli, Ojca Chrzestnego. A ja sobie zdaję sprawę, że być może niespecjalnie nakręciłem iluś osobom w głowach, podając wypaczone, choć szczere instrukcje. Zdaję sobie z tego sprawę tym bardziej, że często wchodzicie do mnie na bloga wpisując pytania podobne do tego powyżej, a otrzymując odpowiedź odwrotną. Dziś, w obliczu wspomnienia śmierci i zmartwychwstania Pana Naszego, postanowiłem się zrehabilitować.

Na początek podkreślę to, co pisałem wielokrotnie już, czyli przedstawię moje osobiste stanowisko. Osobiście uważam, że mieszkanie razem przed ślubem nie musi być w każdym przypadku grzechem, a z pewnością nie grzechem ciężkim. Wiecie to już, wiecie też, że wielu kapłanów i nie-kapłanów w tym temacie się ze mną nie zgadza. Dziś jednak moim zadaniem jest przekazanie argumentów dlaczego moim zdaniem, choć nie widzę w mieszkaniu razem w określonych warunkach nic złego, dobrze jest poczekać z tą sprawą do ślubu.

Argumentem nie będzie stwierdzenie, że narzeczeństwo jest czasem do dogrania się, przekonania o intencjach drugiej osoby, sprawdzenia czy na pewno z tą osobą chcę budować przyszłość. Wiele osób to właśnie stawia jako główny argument, podkreślając, że nie należy się angażować „do końca” dopóki nie weźmie się ślubu, ponieważ wszystko jeszcze można na tym etapie zmienić. Nie zgadzam się – dla mnie decyzja o miłości, podjęta dobrowolnie, jest ostateczna. Kiedy powiem „kocham cię” to znaczy, że to już na zawsze. Oczywiście, druga strona może mieć inne podejście. Może jej się zdawać, że ostatecznie można zmienić zdanie, można się pomylić albo miłość może się wypalić. Może się też okazać, że z jakichś powodów, mimo wielkiej obustronnej miłości, życie razem staje się niemożliwe. Ale żadna z tych możliwości nie sprawia, że mając je na uwadze możemy nie angażować się ostatecznie i do końca. Nie, jeśli bowiem podjęliśmy decyzję o miłości, to musimy tej osobie okazać największy szacunek i zaangażować się całym sobą w ten związek.

Argumentem nie mogą być też w moim przypadku przytaczane przez wiele osób, w tym znanych i poważanych księży, tu zaś zacytuję za księdzem Malińskim, buraczane potrzeby mężczyzn. Że krew nie woda, musi się zagotować. Że jak się facet znajdzie przy kobiecie, to mechanizm musi zadziałać. Szczerze mówiąc to nie może być argumentem, bo nie musi. Zarówno w przypadku mężczyzny, jak i, o czym wspomina niewielu, kobiety. Osobiście uważam, że przed ślubem byłem całkowicie w tych sprawach bezpieczny, bo jak przed ślubem nie można, to nie można. Koniec i kropka. I naprawdę nie obchodzą mnie żadne buraczane potrzeby, których nigdy nie miałem. Ani hormony, feromony i potęga podśwadomości, które niby to działają i nie mamy wpływu. Skoro mamy wpływ w innych podejmowanych przez nas decyzjach, to i w tej jednej, Panowie i Panie, mamy wpływ. Nie musimy iść z nikim w tany, tylko dlatego że cośtam furczy.

Oczywiście to pozostanie dobrym argumentem, jeśli zdajemy sobie sprawę, że w materii seksu jesteśmy słabi. Że jeśli położymy się do łóżka z osobą, która jest nam bliska i nam się podoba, to nie powstrzymamy swoich popędów, bo nie będziemy chcieli albo będziemy mieli duże trudności z podjęciem odpowiedniej decyzji. Wówczas to nie wolno nam nawet myśleć o wspólnym zamieszkiwaniu razem przed ślubem, mówiąc, że może jakoś to będzie. Jeśli domyślamy się, że nie będzie, to lepiej nie ryzykujmy. Wówczas to, kiedy nie jesteśmy siebie samych pewni, musimy na poważnie wziąć pod uwagę argument o wystawianiu się na pokusę. I zastanowić się nad pracą nad własną cielesną czystością w ogóle. Bo dlaczego niby, mając problemy w narzeczeństwie, nie będziemy mieli ich w małżeństwie. I w małżeństwie nie zawsze powinno dojść do współżycia, np. w bardzo zagrożonej ciąży, więc mężczyzna który ma problemy z niezbliżaniem się do kochanej osoby, musi nauczyć się nad sobą panować. Musi wyrobić w sobie cnotę. Bez względu na mieszkanie czy niemieszkanie ze sobą przed ślubem.

Moim głównym argumentem w tej sprawie jest błogosławieństwo czekania, radość randkowania, przyjemność ze zbliżania się, nadzieja na dobrą przyszłość. Dziś, z perspektywy czasu, kiedy patrzę na liczne pary, które przed ślubem mieszkały osobno i spotykały się rzadko, nieco im tego zazdroszczę. Zazdroszczę tej niepewności, tej niecierpliwości, ale także tych randek, romantycznych kawiarenek i rozstawania się pod domem narzeczonej, żeby poczekać, jeszcze przez chwilę… Nie chodzi tylko o współżycie, wbrew pozorom. Ja przed ślubem nie współżyłem, a wszelkie wahania w kwestiach nieczystości zostały ogarnięte na długo przed ślubem i oficjanie, na dobre odrzucone. Chodzi o samą „nastolatkową” podnietę wynikającą z tego, co się zbliża, ale jeszcze nie jest. Warto czekać z zamieszkaniem razem do ślubu, ponieważ warto wykorzystać ten pozostały czas. Nie na delektowanie się kawalerskim życiem. Nie na zastanawianie się nad innymi potencjalnymi współmałżonkami. Lecz jedynie na wspólne delektowanie się narzeczeństwem i snucie planów na to, jak to wreszcie będzie po ślubie. Na zachłystywanie się nadzieją dobrego, wspólnego życia. Na emocjonalne, ale i racjonalne marzenie o dzieciach przy restauracyjnych świecach. Na wychodzenie od siebie z domu, bo jeszcze trochę, bo trzeba poczekać. Ostatecznie wreszcie warto czekać na sam moment ślubu, który tak naprawdę w tym przypadku wszystko zmienia. Bo jeśli mieszka się razem przed ślubem, to nie zmienia wszystkiego tak, jak kiedy się nie mieszka. Chociaż nadal zmienia bardzo wiele.

Nie żałuję roku narzeczeństwa, który spędziliśmy pod jednym dachem. Nie żałuję tamtego mieszkania na Bródnie, pod które z sentymentu czasem jeździmy, by powspominać. Nie żałuję nawet tak bardzo błędów w naszym myśleniu, które doprowadziły nas do odrzucanych szybko grzechów, choć samych grzechów żałuję. Żałuję jednak tego, że nie przeżyliśmy narzeczeńskiego, wariackiego nieco oczekiwania, tej niecierpliwości. Żałuję tego życia prawie jak małżeństwo od razu. Tzn. wcale nie żałuję życia prawie jak małżeństwo. Żałuję raczej słabego przeżycia życia jak narzeczeństwo. My chcieliśmy być małżeństwem już i chcieliśmy być jak małżeństwo już. Byliśmy, ale przecież ten czas mogliśmy przeżyć inaczej, właśnie bardziej emocjonalnie, targani niecierpliwością i budujący cierpliwość. Mniej jak mąż i żona, a bardziej jak para zwariowanych dzieciaków. Tego mi trochę brakuje.

Lubię żyć jak mąż i żona. Wtedy też to lubiłem. Dlatego z perspektywy czasu, gdybym dzisiaj miał wybierać jeszcze raz, nie mam pojęcia jaką decyzję bym podjął. Nie opowiem się jednoznacznie przeciw mieszkaniu razem przed ślubem. Nie opowiem się jednoznacznie za. Jeśli za – to pod bardzo ostrymi warunkami. Jeśli przeciw, to zdecydowanie, bez wahania. Ale nie mam i pewnie nie będę miał jednoznacznie wyrobionego zdania. W tej kwestii decyzję pozostawiam Wam indywidualnie, w dalszym ciągu. Bylebyście pomyśleli perspektywicznie. Z perspektywy decyzji o czekaniu raczej nie będziecie żałować. Ta o nieczekaniu może się odbić czkawką.

A co do oficjalnego nauczania Kościoła – nadal nic nie znalazłem…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Maurycy Teo wychodzi z ukrycia

Dokładnie trzy lata temu, pod wpływem atmosfery, która się nabudowała w środowisku, zamknąłem bloga. Zamieściłem krótki wpis pożegnalny i wycofałem się oficjalnie z blogosfery.

Niemalże trzy lata temu założyłem kolejnego bloga. Tym razem zdecydowałem się na bardziej drastyczne kroki, postanowiłem mianowicie zacząć pisać od początku, anonimowo, szukając dla siebie nowych czytelników, dopuszczając zaś naprawdę nielicznych spośród czytelników poprzednich.

Liczba zamykanych przeze mnie blogów wynosi 4. Z zamknięciem każdego wiąże się jedna blogowa afera, choć blog numer 3 zamknąłem w jakiś czas po aferze, z nieco innych powodów. 3 blogi „następne” otwierałem wprawdzie w nowych miejscach, ale zapraszałem do lektury wciąż te same osoby, co kondycji dyskusji pod notkami już dawno przestało wychodzić na dobre. Tym razem rozogniona dysputa wywołała we mnie tak duży napływ bolesnych uczuć, że zmieniłem założenia. Postanowiłem zamknąć bloga nie tylko teoretycznie, udostępniając go wszystkim pod innym adresem, ale wycofać się z tej strefy naprawdę, rozbijając namiot w innej okolicy. Oczywiście większość moich dawnych czytelników nie wiedziała, że zakładam anonimowo nowego bloga. Część z nich domagała się wyjaśnień, których rzecz jasna nie miałem obowiązku udzielać. Mogę to zrobić teraz, odpowiadając moim komentatorom spod „poprzedniej” notki. Przyczyny mojej decyzji są jasne: ponieważ, mimo teologicznego zabarwienia mojego bloga, głównym zainteresowaniem większości czytelników stało się roztrząsanie mojego życia prywatnego, mojej przeszłości i uczuć, a dodatkowo wyśmiewanie i krytykowanie wszystkiego, co napisałem, choćbym napisał coś najbardziej niezwiązanego z własnym osobistym życiem, postanowiłem wycofać się i zamknąć tę samonapędzającą się spiralę kłótni, gniewu i drwin. To zwyczajnie było nie na moje nerwy – i nie na nerwy mojej żony, wówczas w ciąży. Z jednego z komentarzy zamieszczonych pod notką „Wakacje” wynika również, że powinienem powiedzieć, dlaczego usunąłem wszystkie wpisy, wraz z komentarzami. Po pierwsze, rzecz jasna, nic nie powinienem. Ale ton tego stwierdzenia dobitnie świadczy o ogólnej atmosferze panującej wówczas w komentarzach. Pod drugie zaś: nic nie usuwałem. Jedyne, co zrobiłem, to przerzucenie wpisów i komentarzy w tryb prywatności. Co możecie zauważyć teraz, kiedy już wszystko jest dostępne.

Plan był taki: zamknąć bloga, zostawić wpis pożegnalny i już więcej się nie odzywać (co nie do końca się udało, choćby na blogu mojej żony, albo na Facebooku). Założyć nowego bloga, znaleźć nowych czytelników i, niewiele wspominając o sobie, skupić się na teologiczności moich wpisów. Spędzić tak, regularnie tworząc, trzy lata. Następnie, z nadzieją, że zarówno ja, jak i większość moich czytelników dorośniemy w tym czasie, ujawnić się z nowym adresem, z tym co napisałem. Dziś właśnie mijają te trzy lata i nie chcę się dłużej ukrywać. Nie chcę izolować nikogo od tego, co piszę. Nie chcę jednak również powrotu do tej atmosfery, która panowała na starym blogu.

Wiele wydarzyło się w ciągu tych trzech lat. Przede wszystkim skończyłem teologię, zdałem pracę magisterską i teraz już nie jestem tylko studentem, jestem teologiem. Urodziło mi się dziecko, syn, na blogu znany jako G.M., który wówczas jeszcze sobie dojrzewał w brzuszku. Dziś dojrzewa tam moja córcia, która lada moment może pojawić się po tej stronie. Znalazłem pracę – pracuję w szkole specjalnej jako nauczyciel języka angielskiego i katecheta. Rozpocząłem też studia na informatyce i skończyłem pierwszy rok. Oczywiście są to studia na uczelni prywatnej, a nie na UKSW, więc nie mają takiego znaczenia. Ale w mojej pracy nauczyciela mogą się przydać. Co jeszcze zdarzyło się – można wyczytać z wpisów blogowych powstających przez ostatnie trzy lata.

Wpisów powstało 70. Na poprzednich blogach, łącznie z tym który właśnie czytacie (zamieszczonym zarówno na starym, jak i na nowym blogu), zamieszczono ich 130. Łącznie wszystkich wpisów jest 200. Wszystkie, których nie publikowałem na WordPressie, przez ten czas nieobecności przeniosłem z MyLoga (poprzedni serwis w którym pisałem), łącznie z komentarzami. Niestety, w międzyczasie MyLog zmienił system, przez co część komentarzy zmieniło się w anonimy, część zaś zwyczajnie się rozpłynęło, dlatego dostępne jest tylko tyle, ile udało mi się uratować. Na poprzednim blogu można przeczytać 130 wpisów. Wszystkie 200 dostępne jest na blogu nowym, który zamierzam wciąż kontynuować. Jeśli na starym pojawią się jakieś nowe komentarze, zamierzam je również sukcesywnie przemieszczać na nowy blog.

Połączyłem również, jak widać, notkę kamingałtową z okrągłą publikacją (200 wpsiów). Podobnie zrobiłem przecież przy notce numer 100, tylko z czym innym trochę się wynurzałem.

Sądzę, że wśród tych 200 wpisów każdy może znaleźć coś dla siebie. Moi dawni czytelnicy mogą przeczytać wpisy, na które mieli nadzieję jeszcze za czasów poprzedniego bloga (np. ten o kapłaństwie kobiet). Mogą też zobaczyć, jak moje życie zmieniało się, jak zmieniał się styl mojego pisania przez ten czas. Część z Was z dużym prawdopodobieństwem może również wśród „przykładów” notkowych odnaleźć siebie. Jeśli kogoś tym uraziłem, przepraszam. Zwyczajnie przykłady z życia prywatnego czasem dobrze służą pisaniu na jakiś temat. A nikogo z imienia i nazwiska nie wymieniłem.

Moi nowi czytelnicy mogą zaś zapoznać się z moją historią aż do roku 2005, kiedy byłem klerykiem w seminarium. Dowiedzą się, jeśli zechcą, jak poznałem moją żonę, jakie wywołało to komentarze, ale także jak wyglądało moje życie i perypetie wcześniej. Mogą też wreszcie znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Riposta na siedem testów nosiła numer 3 – a więc przeczytać dwie poprzednie riposty.

Choć, czytając całość bloga, można prawdopodobnie wykoncypować to, jak się nazywam, dla moich czytelników pragnę nadal pozostać Maurycym Teo. Przyzwyczaiłem się do tego, a tego bloga nie chcę czynić oficjalnym (podpisanym imieniem i nazwiskiem) także z przyczyn osobistych. Polubiłem bycie Maurycym i chętnie pozostanę dla Was przy tym imieniu.

Odnośnie moich wcześniejszych wpisów: nie ze wszystkich dziś jestem dumny. Są rzeczy, których bym dziś nie napisał. Wyciąganie prywaty, obgadywanie ludzi, dziś wydaje mi się to niepotrzebne. Wiem jednak, że świadczy raczej o konkretnym etapie mojego życia i sposobie blogowania poprzednich lat (piszemy dla znajomych i o znajomych), nie zaś do końca o mojej głupocie. Mam nadzieję, że zrozumiecie to, jeśli przyjdzie Wam czytać to, co tam wymodziłem.

Mimo moich niewątpliwych umiejętności prorockich nie wiem, co stanie się teraz z moim blogiem. Mam kilka opcji, które rozpatruje równolegle i wcale nie chcę gdybać. Mam nadzieję, że dawni czytelnicy wsuną się bezboleśnie w moją twórczość, nowi zaś nie przejmą się kosmetycznymi zmianami i pozostaną aktywni. Co jednak będzie – pokaże czas. Żadnej z przypuszczalnych opcji nie będę opisywał, bo naprawdę nie wiem, która jest bardziej prawdopodobna.

Zapraszam wszystkich na mojego starego, wciąż zamkniętego (ten wpis pojawia się jako ostatni) bloga: www.artdico.wordpress.com
Zapraszam wszystkich na mojego nowego i aktywnego bloga: www.maurycyteo.wordpress.com

A na koniec chciałbym zamieścić mój ulubiony kamingałtowy dowcip. Może jest nieco nieprzyzwoity, ale liczę na Waszą wyrozumiałość.

W pociągu jedzie Don Juan i strasznie się nudzi. Wraz z nim w tym samym przedziale jedzie młoda zakonnica. Don Juan zagaduje więc:
– Może tak byśmy się trochę pokochali?
Zakonnica odpowiada:
– Nie, to jest zupełnie niemożliwe.
– No daj spokój, tylko jeden raz.
– To niemożliwe, ja jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
Don Juan poczuł ukłucie zawodu, ale na szczęście korytarzem akurat przechodził konduktor i usłyszał całą rozmowę.
– Panie Don Juan, proszę na słówko.
Don Juan wyszedł na korytarz, gdzie konduktor wyjaśnił mu:
– Widzę, że podoba się panu ta młoda dama. Wysiądzie pan za nią na stacji i w tym samym mieście pójdzie pan na cmentarz o północy. Ona zazwyczaj przychodzi tam, składać kwiaty na grobie swojego narzeczonego. Podejdzie pan do niej, powie, że jest Bogiem i sprawa załatwiona.
Jak Don Juan usłyszał, tak też zrobił. Wysiadł na tej stacji, na której wysiadała zakonnica, o północy przybrał się w ciemną narzutkę, żeby nie być rozpoznanym i poszedł na cmentarz. Patrzy: jest! Modli się przy jednym z grobów. Podchodzi do niej:
– Cześć. Może byśmy się tak trochę pokochali?
– O nie, nie mogę. Jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
– Ale przecież to ja, Pan Bóg.
Sytuacja potoczyła się sama. Don Juan zrobił co miał zrobić, a na koniec odskoczył od zakonnicy i ściągnął ukrywającą go narzutkę.
„Siach!”
– Haha! To ja! Don Juan!
„Siach!”
– Haha! To ja! Konduktor!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Krótki komentarz do chrześcijańskiej nadziei

Jakiś czas temu zdarzyło mi się otrzymać na uczelni zadanie skomentowania pewnego artykułu Jean’a Delumeau zatytułowanego „Chrześcijańska nadzieja”. Ponieważ z efektu mej pracy jestem dość zadowolony, zamieszczam mój komentarz jako notkę, by został zapamiętany przez przyszłe pokolenia. Artykuł możecie przeczytać w tym miejscu: LINK. Komentarz możecie przeczytać poniżej:

***

Komentarz do teksu „Chrześcijańska nadzieja” Jean’a Delumeau

Lektura tekstu Jean’a Delumeau wywołała we mnie skrajne uczucia – od zachwytu nad mądrością słów, poprzez kpiące powątpiewanie, aż po bunt i gniew. Myślę, że najlepszym komentarzem będzie analiza tekstu poprzez analizę kolejnych moich, przytoczonych powyżej, uczuć.

Najpierw był zachwyt. Autor potwierdził bowiem fakt, którego nie da się nie zauważyć, a który starają się podważać lub negować niektórzy znani mi biskupi, że chrześcijaństwo przeżywa obecnie dość poważny kryzys. Zaznaczył jednak przy tym, że kryzys nie jest na tyle poważny, by obawiać się najgorszego, tego, co nazywamy śmiercią Boga. Bo choć współcześnie różne naukowe poglądy doprowadzają wielu do zwątpienia, to jednak i one nie odnajdują (i, jak przekonuje autor, nigdy nie odnajdą) odpowiedzi na pytania ostateczne, takie jak pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem („Temu, kto przyznaje, że nie da się zobaczyć, co jest za zasłoną, nie wolno stwierdzić, że tam nic nie ma” – cytat za Hansem Küngiem). Innym pytaniem, na jakie nauka nie może znaleźć odpowiedzi, jest to, czy duch jest tylko objawem działania mózgu. I rzeczywiście, wielu stara się udowodnić, że myślenie, wolność, etc. wynikają jedynie z naturalnego działania dobrze rozwiniętego mózgu, że są efektem impulsów elektrycznych. Tymczasem Delumeau podkreśla, cytując Lichnerowicza: „Nie mylmy kabla telefonicznego z informacją, która przez niego przepływa”. Może mózg jest fizyczny, impuls elektryczny również, jednak z pewnością nie jest fizycznym słowo, a zwłaszcza treść w tym słowie zawarta.

Kpiące powątpiewanie obudziło się we mnie na kilku etapach lektury. Trochę już w tym samym momencie, kiedy odczuwałem zachwyt: gdy na przykład czytałem o tym, że nauka nie odkryje, co było przed Wielkim Wybuchem. Przypomniało mi się bowiem, że nie tak dawno czytałem książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, która napawała mnie nota bene jeszcze większym kpiącym powątpiewaniem. Otóż Dawkins, jako naukowiec-ateista, głosi teorię, że jeśli dziś nauka jest bezradna w tej czy innej kwestii, nie znaczy to, że już zawsze tak pozostanie. A co z tego wynika – twierdzi dalej – istnienie czy nieistnienie Boga jest również problemem naukowym i przyjdzie czas, kiedy nauka będzie w stanie postawić diagnozę. Rzecz jasna nie zgadzam się z Dawkinsem, ale zdaję sobie sprawę, że gdy ktoś jemu podobny przeczyta ten tekst, uśmiechnie się z politowaniem, i kręcąc głową powie: „Jak wy mało w nas wierzycie, religijni wariaci”. Wiem też, że ludzie pokroju Delumeau podobnie pomyślą o treściach głoszonych przez ateistów, ale wzajemne kpienie i kiwanie głowami nigdy nie rozwiąże sprawy. Stąd i kpiące powątpiewanie w moim przypadku – jestem w stanie wczuć się bowiem w sytuację ateisty, który w tym tekście nie znajdzie dla siebie odpowiedzi.

Lekkim powątpiewaniem owiał mnie również fragment tekstu, w którym autor skupił się na pochodzeniu zła, w pewien sposób może nie negując, lecz podważając katolicką naukę o grzechu pierworodnym. Odejmując tej nauce dużą część powagi. Jak pisze Delumeau: „Jezus nigdy nie mówił o grzechu pierworodnym i nie wypowiadał się na temat pochodzenia zła”. Owszem, może rzeczywiście na kartach Ewangelii nie zapisano żadnych słów Jezusa w tym temacie, ale po pierwsze to nie świadczy o tym, że Jezus nigdy o grzechu pierworodnym nie mówił, ani że nie znajdziemy podobnej nauki w Nowym Testamencie. Nauka o grzechu pierworodnym opiera się w dużej mierze na listach św. Pawła, a przecież my, katolicy, wierzymy, że te listy są w tym samym stopniu natchnione przez Ducha Świętego, co cała reszta Pisma Świętego.

Najmocniej jednak dały o sobie znać uczucia związane z buntem i gniewem, w pewnym sensie również z politowaniem. Mniej więcej w połowie artykułu autor daje nam poznać swoje prawdziwe oblicze. A oblicze to można określić jako katolika wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego. Choć ja określiłbym je jeszcze inaczej: wyzwolonego, liberalnego czy demokratycznego kogoś, kto uważa się za katolika. Już przy lekturze kwestii dotyczącej grzechu pierworodnego natknąłem się na wytłuszczony gdzie indziej, kategorycznie brzmiący tekst: „Wydaje mi się więc konieczne, by Kościoły chrześcijańskie dały tu klucz do lektury i w trzech punktach przeprowadziły w tej kwestii aggiornamento: 1) ogromu pierwszego grzechu; 2) skazania na śmierć; 3) dziedziczności winy.” W dalszym zaś ciągu autor przedstawia swoją wizję owego aggiornamento, które, można by przypuszczać, Kościół powinien przyjąć (a które w dużej mierze nie zgadza się z nauką Kościoła). Ten fragment można by było traktować wyłącznie jak wybryk autora, jednak już wkrótce napotykamy większość typowej dla liberałów, autorytarnej mowy, której w tekstach katolickiego autora być nie powinno. Mamy tu więc wypominanie papieżowi mianowania nowych biskupów i zdejmowania ekskomuniki z lefebrystów „bez konsultacji z episkopatem francuskim” (którą to konsultację, zdaniem autora, papież powinien uznać za konieczną). Mamy apel o decentralizację i demokratyzację („uważniejsze wysłuchiwanie głosu wiernych”) w Kościele. Mamy wołanie o większą kulturę dyskusji, powiązaną z odebraniem władzy hierarchii (cytat za kardynałem Danneelsem: „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja”). Mamy wreszcie propozycję głębszego, wspólnego zastanowienia się nad problemami takimi jak: celibat księży, kapłaństwo kobiet, antykoncepcja, czy status religijny osób, które po rozwodzie żyją w drugim związku małżeńskim. A wreszcie dochodzimy do fascynującej myśli autora, by ekumenizm międzyreligijny ograniczyć do ratowania planety, tj. do zapobiegania „wojnom, torturom i epidemiom (…) co nie przeszkodziłoby w niczym pogłębianiu przez każdego jego własnej religii”. W ostatniej kwestii Delumeau nie omieszkał podeprzeć się przykładem Jana Pawła II, którego nauczanie odczytuje jako dążące do wszelkiej wolności religijnej i dialogu.

Myślę, że moje oburzenie wymaga wyjaśnienia, bym nie wyszedł na katolickiego fundamentalistę. Otóż po pierwsze: nauka o dziedziczności winy za grzech pierworodny (który nie jest ani ogólną tendencją do grzeszenia, ani jakimś symbolicznym grzechem, lecz pierwszym grzechem pierwszych ludzi prawdziwie i rzeczywiście) jest potwierdzona przez Pismo Święte (może nie przez Ewangelię, ale z pewnością, jak już wspominałem, przez listy św. Pawła) i wiele wieków chrześcijańskiej tradycji. Ja sam zresztą rozumiem grzech pierworodny jako niezawinioną konsekwencję (jak obrażenia odniesione w wypadku, który spowodował ktoś inny), niż karę dziedziczną. Co się zaś tyczy ogromu pierwszego grzechu – to oczywiście był on ogromny, właśnie dlatego, że był pierwszym grzechem. A śmierć, jak rozumiemy, jest dla człowieka nie tylko biologiczną konsekwencją, lecz również jakimś końcem – a więc musi być rozumiana jako coś w rodzaju kary. Jeśli wierzymy, że Bóg da nam w Królestwie życie wieczne, to dlaczego nie wierzymy, że przed utraceniem Raju mógł nam je również dawać? Czy druga kwestia jest bardziej „mityczna” niż pierwsza? Po drugie: to, że żyjemy w czasach, gdy uznanym ogólnoświatowo ustrojem jest demokracja i że po to, by przetrwać, należy dostosowywać się do czasów, w jakich przyszło nam istnieć, nie oznacza, że Kościół ma obowiązek się zdemokratyzować. Wręcz przeciwnie – choć należy poszukiwać nowych metod ewangelizacyjnych, takich jak wykorzystanie internetu, telewizji, czasopism, należy również pozostać przy ustanowionym przez Jezusa prymacie Piotra nad całym Kościołem. Papież więc, jako głowa widocznego Kościoła na ziemi, nie ma żadnego obowiązku pytać kogokolwiek o zdanie dotyczące decyzji, które podejmuje. Czasem ma wręcz obowiązek zachować się zupełnie odwrotnie do tego, czego chcieliby wszyscy inni – to wynika z nadanej papieżowi przed wiekami władzy kluczy i nikt nie ma prawa się temu sprzeciwiać. Po trzecie: tak, jak nie wolno żądać odebrania władzy papieskiej papieżowi, tak nie wolno żądać odebrania decyzyjności hierarchii na rzecz ogółu. Cytat „Kiedy nie zbiera się już, jak na soborze, wszystkich biskupów, żeby podejmować decyzje o przyszłości Kościoła, wodze przejmuje administracja” brzmi trochę jak skarżenie się, że w kraju, w którym mieszkamy decyzje podejmuje prezydent, premier lub rząd, kiedy akurat nie mamy wyborów albo referendum ogólnonarodowego. Naprawdę, ciężko byłoby żyć w Kościele, w którym każdy podejmowałby swoje własne, niezależne decyzje (bo zbieranie wszystkich biskupów w celu omawiania każdej sprawy z osobna byłoby niemożliwe), chyba, że założylibyśmy z góry, że dzielimy się oto na setki i tysiące małych kościółków, w których różnice nie sprawiają braku jedności – której to zresztą jedności nie konstytuuje nic, bo nie istnieje widzialna głowa Kościoła. Po czwarte: dyskusja w Kościele, dotycząca celibatu, kapłaństwa kobiet, antykoncepcji i rozwiedzionych trwa od lat, jest niezwykle burzliwa i nieprzyjemna, choć osobiście uważam, że zwolennicy zmian mogliby wreszcie uznać z pokorą kościelną hierarchię, jak również postarać się zrozumieć dlaczego są w błędzie (wyjątkiem są, moim zdaniem, zwolennicy zniesienia celibatu, choć krzycząc tak głośno, mają liche szanse na wskóranie czegokolwiek). Autor tekstu nawołuje zaś o dopuszczenie do dyskusji prawdopodobnie nie dlatego, że do dyskusji nie dopuszczono, lecz dlatego, że jest zwolennikiem radykalnych zmian (tj. radykalnej liberalizacji). A co za tym idzie – i co typowe jest dla liberalnego myślenia – nawoływanie o „dopuszczenie do dyskusji” jest tożsame z „wprowadzeniem zmian na naszą korzyść”. Ludzie tacy, jak Delumeau stwierdzą, że nareszcie pozwolono im zabrać głos dopiero wtedy, gdy celibat będzie zniesiony, kapłaństwo kobiet wprowadzone, antykoncepcja zatwierdzona, a cudzołożnicy przystąpią legalnie do stołu Pańskiego. A wtedy pewnie żachną się, że strasznie długo to trwało i każą przepraszać za „poważne błędy”. Po piąte wreszcie: to, że Kościół jest dziś zwolennikiem wolności religijnej i prawa wyboru nie oznacza, że jest również za równością wszelkich religii istniejących na świecie oraz ich współpracy dla dobra świata, bez wchodzenia we wzajemne rewiry. Należy podkreślić, że oprócz tolerancji religijnej Kościół stawia również na ewangelizację – czyli niesienie światu prawdy o Jezusie Chrystusie, o zbawieniu. Kościół ma obowiązek oddalić się od nowomodnej, new-age’owskiej doktryny „Wszyscy jesteśmy równi”, a trzymać się jak najbardziej Jezusowego nakazu „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Ekumenizm, co również przecież podkreślał Jan Paweł II (którego używa się jak afiszu tylko w kwestiach, w których jego nauka była dla nas korzystna), to nie tylko tolerancja dla wolności religijnej – lecz przede wszystkim dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w jednym, powszechnym i apostolskim, katolickim Kościele Jezusa Chrystusa.

Podsumowując – tekst miejscami robi wrażenie mądrego, lecz w głównej mierze rozjusza i denerwuje ludzi, którzy nie tylko czują się członkami Kościoła katolickiego, do czego autor tekstu również się przyznaje, ale także respektują panujące w nim zasady, czego Jean Delumeau kategorycznie odmawia. Tak czy inaczej – artykuł skłania do refleksji. Dzięki niemu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepszy Kościół niewielu wiernych Chrystusowi chrześcijan, niż „jedna owczarnia” tłumu, który z owczarnią ma często tyle wspólnego, że zje całą trawę, zostawi nienadający się do niczego nawóz i poprosi o więcej. I że papież powinien wreszcie zacząć częściej korzystać z przysługującej mu władzy ekskomuniki.

***

Dziękuję serdecznie za lekturę i bardzo proszę o wyrażanie własnych opinii. Jest to dla mnie dość ważne – i pozwala mi widzieć cel w moim pisaniu. Przy okazji dodam, że jestem w trakcie pisania kolejnej notki i mam nadzieję wkrótce ją zamieścić.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Awans

Tytuł dzisiejszej notki z pewnością zabrzmi dość ironicznie w stosunku do pozostałej jej części, bo i taki jest rzeczywiście. Notka musi opowiedzieć bowiem o ogromnym upadku, który przeżyłem w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ale skąd ten ironiczny tytuł? Otóż, jak już pisałem, w mojej paczce na studiach nadano mi ksywę ksiądz. Ania cały czas zwraca się do mnie „proszę księdza”, a i pozostali, jak tylko zrobię coś mało odpowiedniego, rzucają „księże, no co ksiądz?” Ale awans dotyczy czegoś więcej, a w tym wypadku to akurat dorobiłem się trzeciego stopnia święceń. Bo oto w pracy otrzymałem ksywkę biskup. Nie można powiedzieć, w końcu jest to słowo bardziej wymowne w swej treści, jak również przecież łatwiej wymawialne jako wołacz (boć i dwie sylaby brzmią bardziej dźwięcznie aniżeli jedna). Ale jak już mówiłem awans nie jest tu najważniejszy. Najważniejsze jest to, że z każdym kolejnym „stopniem święceń” opadam coraz niżej w swej wierze i moralności…

Wszystko zaczęło się z momentem usunięcia z seminarium. Pamiętacie wszyscy, że byłem wtedy walczący. Walczący jeszcze mocniej niż przedtem. Bo nie tylko walczyłem o świętość i życie, lecz walczyłem także o prawa każdego człowieka do swojego zdania i walki o swoje. W tym samym czasie walczyły we mnie jednocześnie dwie rzeczy: katolicka ortodoksyjność i żal do Kościoła. Ogromny żal… Ale czas mijał, z początku walczyłem jeszcze porządnie i ramię w ramię z Kościelną nauką. Potem dostałem się na studia. Jeszcze chodziłem do kościoła, jeszcze się modliłem. No i awans – zostałem „biskupem”, czyli pracownikiem restauracji McDonald’s. Zabrakło czasu na kościół. Ale czy czasu? W końcu odkąd poszedłem do pracy, wreszcie mogłem coś robić, w coś się zaangażować. Zabrakło chęci. Zaczęło się spanie po 10-11 godzin dziennie, praca i znów sen. Modlitwa jeszcze o tyle o ile, ale już po tym, jak dziecko się urodziło – okrzepła zupełnie. Pozostał żal do Kościoła (nie do całego, do pojedynczych jego przedstawicieli) i ogromna nadzieja na powrót. Nadzieja, której nie mogę oprzeć nawet na Bogu. Może mogę, ale chyba nie wierzę w jej powodzenie.

Upadek związany z moją moralnością i religijnością (chodzę do kościoła raz na tydzień, a jednocześnie jestem niedzielnym katolikiem, których tak nie znoszę) wiąże się też z upadkiem tego, kim byłem, w oczach ludzi. Z kleryka, który był na wszystkich otwarty i wszystkim chciał pomóc, stanowiąc we własnej osobie pewnien, chcąc nie chąc, autorytet, zmieniłem się w gościa który ciągle narzeka, jęczy i wszystkich sam prosi o pomoc. No i pojawił się problem z dziewczynami. Nie jestem w stanie do końca go zrozumieć, ale to wygląda tak, że kilka dziewczyn które znały mnie i szanowały jako kleryka, teraz nagle wzmożyły swoje zainteresowanie mną jako facetem. A ja sam nie wiem w czym to ma źródło, no i jak się osobiście na to zapatrywać. Zwłaszcza że, jak już napisałem, zmieniłem się i nie należę już do przesiąkniętych pobożnością chłopaków, lecz do istot czujących się niezmiernie skrzywdzonymi i w ten sposób wciąż skutecznie zatruwającymi powietrze. A jednak, nie będę nadmiernie skromny, budzę zainteresowanie, i to właśnie tych dziewczyn, które znały mnie wyłącznie jako kleryka. I nie wiem, może to jest coś co Bóg sobie tam kombinuje by znów wyprowadzić mnie na prostą. Zwłaszcza że wśród tych dziewczyn jest taka jedna… Ale… Ale mamy ten problem, Moi Mili, że nie mamy pojęcia co Bóg sobie kombinuje. Ufam Mu. Gość ma głowę na karku. Ale czy On mnie tylko kusi, czy naprawdę chce mnie wyprowadzić na prostą? Nie wiem.

Wiem, że wciąż żyję. Wiem, że czytuję Tygodnik Powszechny i książki Tishnera, co wcześniej by mi do głowy nie przyszło. Więc może nie jest jeszcze do końca tak źle? Każdego dnia próbuję się zmobilizować by wstać o godzinę wcześniej i każdego dnia śpię do południa. Każdego dnia pragnę pomodlić się więcej i każdego dnia zasypiam po króciutkim paciorku. I tylko wciąż wierzę w to, że Ten Tamten ma wobec mnie jakiś konkretny plan. I że muszę mu zaufać. I że skoro On zmartwychwstał, to może i ja wrócę. Jak Syn marnotrawny…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 23 Komentarze