Posts Tagged With: Naturalne Planowanie Rodziny

Latanie szkodzi, czyli o kontroli urodzin

Franciszek znowu wypalił. Poleciał w przestrzeń powietrzną, zabrał na pokład samolotu reporterów i naopowiadał rzeczy, przez które Terlikowskiego zaraz zjedzą trolle. To już nie pierwszy raz i nie pierwsza kontrowersja po wywiadzie, którego papież udzielił w czasie przelotu stąd dotąd. Oczywiście – zawsze się wyciągnie z kontekstu. Oczywiście, za każdym razem się znadinterpretuje. Ale grunt, że jakby grunt nie był żyzny, to by chwasty nie rosły…

Przypomina mi się przy tym tylko Benedykt XVI. Przypominają mi się jego wypowiedzi, które miały pogrążać Kościół w odmętach średniowiecza. Przypomina mi się jego wykład na uniwersytecie w Ratyzbonie, po którym to jechali po Benedykcie jak po łysej kobyle, ponieważ powiedział że islam jest właściwie niepotrzebny, a jeszcze właściwiej jest cofaniem się do religii prawa, od której chrześcijaństwo odeszło. Przypomina mi się tutaj teraz, bo wokół tego co mówił, co robił Benedykt XVI było mnóstwo kontrowersji. I ja, dzięki tym kontrowersjom czułem, że Kościół do którego należę jest stabilny. Jest twardy, silny i nieugięty. Wiedziałem, że z takim papieżem jak Benedykt XVI świat może się skończyć, ale Kościół nie ulegnie. I Franciszek wywołuje swoimi wypowiedziami kontrowersje. Niestety, kontrowersje Franciszka idą w drugą stronę.

papieżwpłaszczuMinęło parę godzin od lotu z Filipin do Rzymu i pojawiają się coraz to nowe informacje. Jeszcze kilka godzin temu oburzałem się, że Franciszek mówiąc o odpowiedzialnym rodzicielstwie, nie wspominał o otwartości na życie. Teraz, odkrywając kolejny i kolejny artykuł w tym temacie, już wiem że nie było się czym oburzać – od otwartości na życie się zaczęło. Papież bowiem, zapytany o wielodzietnych na Filipinach powiedział: „Otwartość na życie jest podstawowym warunkiem sakramentu małżeństwa. Mężczyzna nie może być uczestnikiem tego sakramentu wobec kobiety, a kobieta wobec mężczyzny, jeśli nie jest spełniony warunek otwartości na życie. Jeśli można udowodnić, że on lub ona ożenili się bez intencji bycia Katolikami w tym względzie, małżeństwa nie ma. To podstawa nieważności małżeństwa, nie?”. Zatem i Franciszek podkreślił, że aby zaistniało małżeństwo, musi ono chcieć przyjmować potomstwo, którym Bóg je obdarzy, a bez tego warunku nie ma małżeństwa (do tego dochodzi deklaracja wychowania po katolicku – czy w razie gadki-szmatki również małżeństwo nie jest ważne?). Co zatem wywołało kontrowersje które niosą się dalej niż zapach zmienianej w restauracji pieluch rocznego dziecka?

Kontrowersję wywołało wyrywanie słów z kontekstu. Zgadza się. Ale gdyby te słowa nie padły – w kontekście czy bez – nie byłoby czego wyrywać. I nie ma co się usprawiedliwiać, że wszystko można wyrwać z kontekstu. Że na podstawie wyrwanych z Biblii słów można udowodnić, że „nie ma Boga” – niezależnie od tego czy „Głupi mówi w sercu swoim…”, czy też nie. Nie jest to usprawiedliwienie, bo nikt nie wyrywał dwóch czy trzech słów. Wyrywano całą wypowiedź. Odpowiedź na całe pytanie. Papież Franciszek odpowiedział na pytanie w sposób, który można było wyrwać z kontekstu i starać się uargumentować niemal wszystko: od potrzeby ograniczenia liczby dzieci, do stosowania w tym celu środków antykoncepcyjnych.

041Jasne, zgoda. Papież wcale tego nie powiedział. Nie powiedział też że trzeba ograniczać swoją płodność celem nie posiadania potomstwa. Mimo wszystko jednak – i mimo tego, że jestem zwolennikiem odpowiedzialnego rodzicielstwa i naturalnego planowania rodziny – widzę w wyjaśnieniach Franciszka sporą kontrowersję. Kiedy wspomina on o kobiecie, która zachodzi w ósmą ciążę po siedmiu cesarskich cięciach, mówi: „To jest nieodpowiedzialne. Kobieta może powiedzieć, że ufa Bogu, ale Bóg daje ci pewne metody, aby być odpowiedzialnym. Niektórzy myślą, wybaczcie mi, że użyję takich słów, że aby być dobrym Katolikiem trzeba być jak króliki. Bez odpowiedzialnego rodzicielstwa”. Bóg daje metody – owszem. Tak, tu Franciszek zdecydowanie opowiada się po stronie tych, którzy są zwolennikami NPR – naturalnego planowania rodziny, a więc obserwacji cyklu kobiety i uzależniania odeń współżycia – choć po prawdzie mógłby to nieco doprecyzować. Dlaczego jednak w tak bezpośredni sposób łączy „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „pewnymi metodami które daje Bóg”, a przeciwstawiając je „byciu jak króliki”? O nie, Ojcze Święty! Odpowiedzialne rodzicielstwo to – jak już kiedyś pisałem – podejmowanie mądrej decyzji przy właściwym wyrobieniu sobie osądu dotyczącego chwili obecnej. A więc podejmujemy mądrą decyzję odnośnie tego, czy większym dobrem jest mieć dziecko w tym momencie, czy lepszym jest go teraz nie mieć. Czy zatem starać się, czy odłożyć. Jest to decyzja obojga małżonków, za każdym razem. Przy pierwszym dziecku, przy trzecim i przy dziesiątym! I jeśli rodzice jedenastki dzieci uznają, że dobrym będzie począć i wychować na Bożego sługę dziecko dwunaste, to dokonując właściwego osądu podejmują odpowiedzialną decyzję! Są odpowiedzialnymi rodzicami nawet jeśli – zgodnie z tłumaczeniem słów papieża – są „jak króliki”.

rodzinawielCzy ja uważam, że dobry katolik powinien być „jak królik”, mnożyć się bez opamiętania? Że powinien rodzić nowe dziecko jak tylko wróci płodność po urodzeniu poprzedniego? Nie! Ja też jestem zwolennikiem odkładania poczęć, jeśli obiektywne przyczyny wskazują, że dobrze jeśli się to robi. Ale jestem też zwolennikiem otwartości na życie! I to papież podkreślił na początku, i o tym potem zapomniał. Bo odpowiedzialne rodzicielstwo to roztropne podejmowanie decyzji o pojawieniu się na świecie kolejnego dziecka tak długo, jak to jest tylko możliwe, w myśl otwartości na życie! Dopóki małżeństwo pozostaje płodne, dopóty ma obowiązek za każdym razem podejmować decyzję o poczęciu lub odłożeniu poczęcia. Odpowiedzialne rodzicielstwo to ani nie „mnożenie się jak króliki”, ani „pewne metody” zamiast… To ciągłe zastanawianie się nad poczęciem kolejnego dziecka, nawet jeśli siódemkę urodziło się przez cesarskie cięcie. Jeśli udało się siedmioro, to może Bóg ma wobec nas wyjątkowe plany?

Nie, nie sądzę by Franciszek miał złe intencje. Nie sądzę by próbował na nowo rozpętać dyskusję o kalendarzyku czy antykoncepcji w Kościele. Nie przypuszczam, by pragnął pognębić wielodzietnych i zwolenników wielodzietności (zresztą jakim znowu Terlikowski jest wielodzietnym? Przecież ma dopiero pięcioro dzieci!), a wywyższyć tych, którzy mają trójkę (i nie więcej) potomstwa. Sądzę, że zwyczajnie niefortunnie odpowiedział na pytanie, które zostało mu zadane. Chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. W jakiś sposób zapomniał połączyć pojęć „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „otwartością na życie”. Ale mainstream i zwolennicy reform znów mają pożywkę. I czekają na kolejny synod, który tym razem, z pewnością, przyniesie zmiany…

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Papież Franciszek podczas wyjazdu na Filipiny, za blogiem Simply Extraordinary: http://gretchenho.com/?p=539
2. Królik Pasztet, archiwum rodzinne.
3. Rodzina Gil i Kelly Bates, mają już osiemnaścioro dzieci, za: http://www.papilot.pl/ludzie/14503/Maja-osiemnascioro-dzieci-i-modla-sie-o-kolejne-Oto-najbardziej-PLODNE-malzenstwo.html

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Właściwy osąd

W ramach promocji i dyskusji nad książką „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, w której stworzeniu wziąłem udział, biorę ostatnio, obok mojej Żony i kilkorga innych bohaterów, udział w najróżniejszych audycjach radiowych i programach telewizyjnych. Poniekąd jest to promocja, poniekąd ostra dyskusja, z jednej strony ze zwolennikami antykoncepcji, z drugiej jednak – dla mnie to największy wstrząs – z przeciwnikami antykoncepcji i naturalnego planowania rodziny.

Przez wzgląd na moje poglądy – poparcie dla metod planowania opartych na cyklu natury – odwołuję się w kilku ostatnich programach do fragmentu dokumentu soborowego Gaudium et Spes. Ponieważ jednak nie sposób wyjaśnić moje dokładne rozumowanie w czasie jakiejkolwiek audycji, postanowiłem tu, dla Was, opisać konkretnie o co mi chodzi.

Małżeństwo i miłość małżeńska z natury ukierunkowane są na płodność i wychowanie potomstwa

wielodzietniTak zaczyna się 50 punkt Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et Spes”. Odnośnie tego faktu żaden wierzący katolik nie powinien mieć wątpliwości. Co do tego, że celem małżeństwa jest płodzenie i wychowanie potomstwa, nie mamy wątpliwości także my, zwolennicy NPR – „skażeni” NPRem. Wiemy również jednak z wcześniejszych fragmentów tego samego dokumentu, że celem małżeństwa jest też zjednoczenie, czysta nierozerwalna miłość, wspólnota małżonków. Uznajmy zatem, że oba te cele są równoważne, acz najpierw wymagana jest miłość dwójki ludzi i jedność osób w związku, a dopiero potem mnożenie tej miłości: z natury rzeczy chęć rozdawania tej miłości innym, przede wszystkim swoim własnym dzieciom.

Już sam ten fragment, to krótkie zdanie potwierdza to, co mówię. Najpierw jest małżeństwo i miłość małżeńska, a dopiero potem kieruje się ono – w naturalny sposób – ku potomstwu. Nie śmiałbym jednak zaprzeczyć, że celem małżeństwa jest pojawienie się potomstwa i dobre jego wychowanie. Staram się spierać z mojego myślenia każdy przejaw mentalności antykoncepcyjnej – bo ja zwyczajnie staram się kochać dzieci tak, jak Pan nakazał mi je kochać.

Aby małżonkowie byli skłonni do mężnego współdziałania z miłością Stwórcy i Zbawcy

Na ten fragment zwracają szczególną uwagę przeciwnicy NPR. Ale ja też nie mogę ominąć tego fragmentu. Wiemy bowiem, że pierwszym przykazaniem danym człowiekowi od Boga były słowa „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” i, jak podkreśliłem wcześniej, jednym z celów małżeństwa jest płodność, otwieranie się na życie. My, małżonkowie, mamy obowiązek współpracować mężnie z Bogiem Stwórcą, który zaprasza nas do uczestnictwa w swoim dziele stworzenia. Co jednak ważne w środku tego cytatu pojawiają się słowa „Aby małżonkowie, nie zaniedbując pozostałych celów małżeństwa, byli skłonni do mężnego współdziałania”. A więc mamy być skłonni do działania ramię w ramię z Panem Bogiem, ale bez pędzenia na złamanie karku, bo „Bóg tak chce”, bez odrzucania wszystkiego tego, co jest w małżeństwie poza rozrodczością – a wręcz z naciskiem na inne cele małżeństwa, które w danym momencie mogą okazać się być ważniejsze od rozrodczości! Zatem – otwarcie na współdziałanie, otwarcie na życie, ale bez zaniedbywania męża, żony, innych obowiązków.

Małżonkowie wiedzą, iż są współpracownikami miłości Boga Stwórcy i jak gdyby jej interpretatorami w zakresie obowiązku przekazywania życia i wychowania, które powinny być uważane za ich właściwe zadanie

Ponownie podkreśla się właściwe zadanie (cel) i obowiązek przekazywania życia i wychowania. Ponownie podkreśla się także współpracę z miłością Boga Stwórcy. Ale w tym zdaniu pojawia się nowa jakość, mianowicie potrzeba „jak gdyby” interpretacji miłości (czy woli) Boga. Małżonkowie współpracują w wypełnianiu swych zadań i obowiązków – zgoda, ale także odczytują Bożą wolę w swoim życiu. Mają rozum, znają swoją aktualną sytuację i w związku z tym zastanawiają się, czy w danym momencie Bóg chce od nich, by dokonali swojego zadania, czy pragnie, by z jakichś powodów odłożyli je w czasie. Może się niektórym wydawać dziwne moje wspominanie o odkładaniu w czasie – tu tego nie ma przecież. Ale jest kawałek dalej. Tu jest potrzeba interpretacji miłości Bożej w dziedzinie przekazywania życia. Interpretacja, a nie pójście na żywioł.

Niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd

Ten fragment wyrwałem z kontekstu, ale umieszczę go ponownie, by nie zarzucano mi, że piszę jak mi wygodnie. „Dlatego niech wypełniają swoje zadanie w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności i z należnym Bogu szacunkiem, niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd” – napisano w Gaudium et Spes. Mamy zatem wypełniać wyżej wymienione zadanie z odpowiedzialnością i szacunkiem Bogu. Odpowiedzialność – to nie jest „pójście na żywioł”! Odpowiedzialność to mądrość, to szukanie dobra, to myślenie przed działaniem. Nie działanie pochopne, ale też nie działanie w strachu czy przez naciski zewnętrzne z czyjejkolwiek strony. Do tego dochodzi element, który podkreśliłem: wyrabianie właściwego osądu. To jest ten konkretny fragment Gaudium et Spes, który rozumiem jako nakłanianie do zastanawiania się nad swoją dzietnością. Wyrabianie sobie właściwego osądu – w każdym momencie swojego życia – to zastanawianie się, czy w danym momencie czymś dobrym jest mieć następne dziecko, czy może raczej dobrym byłoby, gdyby go nie było. A może tak się zdarzyć, że dla większego dobra, z obiektywnych przyczyn, należy odłożyć poczęcie w czasie! Wspólny zamysł i wysiłek przy tym oznacza zawsze jedną decyzję obojga małżonków – nigdy nacisk jednego na drugie, z którejkolwiek strony. Ani to z małżonków, które chce nowego dziecka nie może wywierać nacisków na drugie, ani to, które chce odłożyć poczęcie, nie może naciskać na to pierwsze. Muszą podjąć jedną decyzję za pomocą wspólnego zamysłu – dla większego dobra.

Dążąc zarówno do swojego własnego dobra, jak i dobra dzieci

„…czy to już narodzonych, czy też oczekiwanych w przyszłości, uwzględniając warunki czasowe i okoliczności życiowe, tak materialne, jak i duchowe, a wreszcie niech mają na uwadze dobro wspólnoty rodzinnej, społeczeństwa doczesnego i samego Kościoła”.

Ileż to rzeczy musimy wziąć pod uwagę przy rozsądzaniu swojej decyzji dotyczącej rozrodczości! Po pierwsze musimy dbać o swoje dobro: dobro małżeństwa i każdego z małżonków. Jeśli zatem widzimy, że nowe dziecko przyniesie korzyść naszemu małżeństwu (czasem jak ktoś mi bliski ma kryzys małżeński, mówię mu: zróbcie sobie dziecko), pragniemy je przygarnąć, nie wahamy się przed poczęciem. Jeśli zaś widzimy, że kryzys naszego małżeństwa jest pogłębiony, bo nie dosypiamy, bo w dzień zajmujemy się gromadką dzieciaczków, a wieczorem padamy jak muchy i nawet nie mamy kiedy porozmawiać, musimy pomyśleć, czy aby nie lepszym od poczęcia kolejnego rozwrzeszczanego Bożego daru rozwiązaniem jest handel dziećmi (np. sprzedanie ich do dziadków) i małżeński wyjazd sam na sam, bez żadnych małych potworków (to było ironiczne).

Po drugie trzeba zastanowić się nad dobrem dzieci. Wiemy, że dziecku doskonale robi rodzeństwo. Najlepiej co najmniej dwójka. Wówczas nie wychowamy jedynaka, dorosłego egoisty (nie zawsze, ale trudno jest wychować jedynaka tak, żeby nie był egoistą), tylko człowieka, który umie żyć z innymi, dzielić się i rozwiązywać konflikty. Wiemy też jednak, że jeśli nie mam co nałożyć na talerz swojej czwórce dzieci (mówię tu dosłownie – o nakładaniu na talerz, a nie o „pewnym standardzie” czy „jakości” życia, „zapewnieniu przyszłości”, które tak często stają się egoistyczną wymówką), nielogiczne i ze względu na tę czwórkę, i na piąte oczekiwane, byłoby robienie sobie tego piątego. Do tego dochodzi też narażanie kolejnych dzieci na choroby genetyczne – jeśli mamy już dwójkę czy trójkę chorych, możemy mieć wątpliwości, czy pragniemy podobny los gotować kolejnemu. To jest jednak argument do rozważenia we własnym sumieniu – chore dzieci też są szczęśliwe, a rodzice takich dzieci mogą widzieć sens w sprowadzaniu ich na świat.

Po trzecie musimy uwzględnić warunki czasowe i okoliczności życiowe. W danym zatem momencie życia możemy mieć przekonanie, że nie powinniśmy mieć więcej dzieci, bo nasze warunki finansowe są opłakane, albo np. straciliśmy pracę i zostaliśmy wyrzuceni na ulicę. W takich warunkach płodzenie nowych dzieci może wydawać się nielogiczne (acz – znowu – wszystko zależy od osobistego myślenia danego małżeństwa). Warunki czasowe i życiowe mogą jednak się zmienić i zmieniają się – z cyklu na cykl. Dlatego każdy kolejny miesiąc, każdy kolejny cykl organizmu kobiety to dla każdego małżeństwa nowa decyzja. Małżonkowie odkładają poczęcie w jednym cyklu, ale w następnym podejmują nową, wspólną decyzję – odłożyć czy się starać? Nie ma jednorazowej decyzji („nie chcę” czy „nie mogę” mieć więcej dzieci), lecz jest decyzja podejmowana każdego dnia na nowo. Wczoraj nie mogłem (choroba), ale dziś już mogę (leczenie). Mówienie o chciejstwie jest w ogóle żadnym argumentem. Nie mamy zastanawiać się nad tym, czego chcemy my – tylko czego chce Bóg. Ale mamy rozsądzać to w czasie i okolicznościach.

Po czwarte wreszcie musimy brać pod uwagę dobro rodziny, społeczeństwa i Kościoła. Oczywiście, ultrakatolikom może wydawać się, że dobrem rodziny, społeczeństwa i Kościoła jest mnożenie się na potęgę, bo tym samym dajemy świadectwo naszego życia, naszej miłości. To wszystko prawda! Ale nie zawsze. Świadectwo wielodzietoności jest czymś wspaniałym, ale po pierwsze bierzmy to na logikę, a po drugie nie rzucajmy się w wir płodności tylko po to, by komuś coś pokazać. Dobrem społeczności w której żyjemy nie musi być tylko nieustająca rozrodczość. Czasem – znów zależnie od osobistego rozeznania – może się okazać, że dla większego dobra należy na jakiś czas odłożyć dalsze rozmnażanie się. Wszystko zawsze zależy od okoliczności.

Osąd taki małżonkowie winni wyrobić sobie sami, w obliczu Boga

Znów – małżonkowie jako jedność wyrabiają w danym momencie swój osąd. Swój własny. Niezależny od nacisków rodziców, społeczeństwa, księdza proboszcza – choć mogą oczywiście sugerować się tymi sygnałami w swoich przemyśleniach. Jeśli ktoś wykazuje małżonkom, że są zamknięci na życie, że mają mentalność antykoncepcyjną, mogą oni przemyśleć i odrzucić te słowa, ale mogą też zastanowić się, czy ktoś, kto im to mówi, nie ma racji. Bardzo ważne przy tym są słowa „w obliczu Boga”, ponieważ małżonkowie nie mogą brać pod uwagę tylko swoich egoistycznych pomysłów, swoich lęków i obaw, swoich przyjemności i nieprzyjemności, lecz przede wszystkim wolę Boga. A Bożą wolę rozpoznaje się nie poprzez współżycie kiedykolwiek i „otwieranie” się na Jego decyzje (trochę takie kazmikaze), ale poprzez pytanie samych siebie, znając Pismo Święte i nauczanie Kościoła, o to, co Bóg chciałby w tym momencie ode mnie. Na podstawie tych przemyśleń każdy katolik w każdym momencie swojego życia, we wspólnocie ze współmałżonkiem, podejmuje decyzję o dalszym dawaniu życia.

Małżonkowie chrześcijańscy niech będą świadomi tego, że nie mogą działać jedynie według własnego uznania

„…lecz zawsze powinni się kierować sumieniem zgodnym z prawem Boskim, posłuszni Nauczycielskiemu Urzędowi Kościoła, który interpretuje je autentycznie w świetle Ewangelii”.

Fragment ten rozwija to, co napisano w poprzednim zdaniu. Kładzie tu jednak większy nacisk na rolę Kościoła, prawdziwego sumienia, Ewangelii i Bożego prawa w kształtowaniu naszych decyzji o płodności. O ile w poprzednim zdaniu znaczenie miała osobista decyzja, osobisty osąd małżonków (bez podlegania czyimkolwiek naciskom) o tyle to zdanie zwraca uwagę na zewnętrzne głosy prawidłowo kształtujące myślenie małżonków. Trzeba podkreślić, że nie wyklucza się to, a wręcz współdziała ze sobą – ponieważ niezależni od innych, połączeni osobistym sakramentem małżonkowie kształtują swoje sumienie i myślenie trwając w Kościele świętym. A więc w każdej dziedzinie swego życia, także w dziedzinie rozrodczości, mają obowiązek podejmowania decyzji w oparciu o to, co mówi Kościół, w którym trwają.

Ufając Bożej opatrzności i wyrabiając w sobie ducha ofiary, sławią Stwórcę

„…i dążą do doskonałości w Chrystusie wówczas, gdy zadanie zrodzenia dzieci spełniają ze szlachetną ludzką i chrześcijańską odpowiedzialnością”.

I kolejny fragment przytaczany przez przeciwników NPR. Jednak nie sądzę, by można było na jego podstawie odrzucić metody rozpoznawania płodności czy nawet metody planowania rodziny. Możemy tylko powiedzieć, że małżonkowie, którzy łączą się w Kościele, mają codziennie rozpoznawać Bożą wolę i każdego dnia ufać Mu, Jego opatrzności, by coraz pełniej otwierać się na nowe życie. Musimy podkreślić też jednak, że takie otwieranie się musi być mądre i logiczne, a zadanie zrodzenia dzieci musi być spełniane z odpowiedzialnością (a zatem nie na chybcika, nie na odwal się, tylko dlatego że ktoś nam kiedyś powiedział, że Pan Bóg chce, byśmy mieli jak najwięcej dzieci).

Należy szczególnie wspomnieć tych, którzy podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa

Znów, pozornie, punkt dla przeciwników NPR, ostatnio w środowisku nazywanych „wielodzietnymi” (ze względu na ich portal internetowy wielodzietni.org.pl), ale pozornie tylko. Po pierwsze bowiem ci, którzy stosują NPR, też wielokrotnie są wielodzietni (i ja z założenia jestem wielodzietny, choć póki co mam tylko dwójkę). To, że logicznie planujemy nasze poczęcia na odpowiedni moment nie oznacza, że nastawiamy się przeciwko dzieciom, że myślimy antykoncepcyjnie. Po drugie zaś to znów jest tylko fragment cytatu, a całość brzmi: „Pośród małżonków w ten sposób czyniących zadość zadaniu powierzonemu im przez Boga, należy szczególnie wspomnieć tych, którzy przez wspólną i roztropną refleksję wielkodusznie podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa”. A więc szczególny nacisk, szczególny szacunek mamy do tych, którzy nie ograniczają w sposób niepotrzebny liczby swoich dzieci, zatem wielodzietnych właśnie. Pamiętajmy jednak, że owi wielodzietni mają się podejmować wielkodusznie odpowiedniego wychowania, a nie tylko zrodzenia i przepędzenia przez życie. Kładziemy nacisk na wychowanie, a nie tylko na zrodzenie – abyśmy nie musieli potem bronić się przed zarzutem patologii, co często się dzieje. Do tego zaś, ponownie, dochodzi aspekt wspólnej i roztropnej refleksji, zatem wewnątrzmałżeńskiego rozeznania woli Bożej. Najpierw myślenie, najpierw zastanawianie się i zrozumienie, a dopiero potem działanie ku wielodzietności.

Małżeństwo nie zostało jednak ustanowione jedynie w celu zrodzenia dzieci

„…bowiem nierozerwalny charakter przymierza pomiędzy osobami i dobro potomstwa wymagają, aby również wzajemna miłość małżonków, okazywana we właściwym porządku, rozwijała się i dojrzewała. Dlatego, choćby brakowało tak często upragnionego potomstwa, małżeństwo trwa jako związek i wspólnota całego życia, zachowując znaczenie i nierozerwalność”.

I tutaj wracamy do punktu wyjścia. Pomimo tego, że jednym z celów małżeństwa jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, jeśli nie ma dzieci, nie traci ono ważności. Pierwszym celem w kolejności, a równorzędnym w znaczeniu, jest dopełnianie i rozwój wzajemnej miłości małżonków. To musi dokonywać się obok miłości do dzieci, pomimo dzieci, pomimo ich braku, czasem również wbrew dzieciom. Mąż dla żony, zaraz po Bogu, stanowi zawsze priorytet, a żona dla męża. Nigdy dzieci nie mogą stać się ważniejsze (chyba tylko w przypadku dbania o powierzone nam dobro, czyli np. kiedy musimy chronić ich życie) od współmałżonka i nigdy ciąg ku zrodzeniu nie może stać się przeważający nad miłością do współmałżonka. Najlepiej, gdy te dwie kwestie się dopełniają. Ale miłość do dzieci nie zawsze stanie się pociągająca w stronę miłości do małżonka. Musi być na odwrót.

Moje podsumowanie

Kościół, rozumiejąc wolę Boga kładącą nacisk na rozmnażanie i zaludnienie ziemi (to przykazanie czy błogosławieństwo nie przestaje być ważne i dzisiaj) namawia nas do wielkoduszności i otwartości – całkowitej otwartości – na życie, ale przy jednoczesnym myśleniu i wspólnym decydowaniu. Namawia nas do współpracy z wolą Boga i z Jego aktem stwórczym, ale przy jednoczesnym niezaniedbywaniu innych potrzeb i celów małżeństwa. Mamy zatem, jako katolicy, być całkowicie otwarci na życie, zamknięci na swój własny egoizm i własne „chciejstwo”, zamykający się na własne strachy i obawy, ale przy jednoczesnym braniu pod uwagę dobra naszego, naszych dzieci i społeczeństwa.

Nie mogę w tym wszystkim odebrać czci „wielodzietnym”, którzy zdecydowali, że chcą całkowicie oddać się woli Bożej i dlatego „idą na żywioł”, współżyją kiedy ich najdzie, płodzą i rodzą dzieci bez planowania. To jest ich rozeznanie, ich decyzja na podstawie rozumienia Bożej miłości, Bożej woli. Nie jest tak, że oni żyją w pełnej otwartości bardziej, niż my, że żyją poza schematem. Choćby dlatego, że każda kobieta, która choć pobieżnie zna swoje cykle, jest w stanie powiedzieć, kiedy ma okres płodny, a więc kiedy współżyjąc z dużym prawdopodobieństwem zajdzie w ciążę. Jeśli zatem takie małżeństwo współżyje kiedy wiatr zawieje, automatycznie decyduje się, że w danym momencie chce mieć dziecko, chce uczestniczyć w stwórczym dziele Boga. To nigdy nie jest tak, że oni idą do końca na żywioł. To raczej jest tak, że w danym momencie nie widzą poważnych przeciwwskazań do rodzenia dzieci, a więc decydują się rodzić, nie planując (ich planem jest nieplanowanie, a zarazem planują – tylko nie na konkretny termin, lecz w ogóle). Nie widzę powodu, by pewnego dnia nie nadszedł taki moment, abym i ja z moją Żoną podjął decyzję, że nie ma żadnych obiektywnych przeciwwskazań do posiadania dajmy na to czwórki kolejnych dzieci i abyśmy zwyczajnie poszli na żywioł.

nprNie widzę też jednak powodu, by zaniechać obserwacji organizmu kobiety, która to obserwacja przynieść może wiele pozytywnych skutków, nie tylko zaś może pomóc zaplanować potomstwo (o tych skutkach innym razem). Nie widzę powodu, by obserwujących płodność oskarżać o walkę z wolą Bożą, o strach czy mentalność antykoncepcyjną (zamiennie – o zgrozo – mentalność NPR). My, używający NPR, nie walczymy z wolą Boga, ponieważ Kościół nakazał nam rozeznawać wolę Bożą wobec nas – każde małżeństwo we własnym imieniu i we własnym zakresie. Przytoczę tu zatem słowa, które zamieściłem kiedyś na Facebooku: NPR nie jest dozwolonym sposobem na odchodzenie od woli Bożej. Jest narzędziem wspomagającym rozeznanie i wypełnianie woli Bożej w naszym życiu. Trzeba to podkreślić stanowczo…

A zatem: jeśli w danym momencie nie widzimy żadnych przeszkód ku temu, by się rozmnażać i chcemy mieć więcej dzieci, planujemy poczęcie i – można użyć tych słów! – idziemy na żywioł. Tak było kiedy planowaliśmy poczęcie naszej Córki. Planowaliśmy poczęcie, poszliśmy na żywioł i Pan Bóg… kazał nam czekać pół roku. Czy Córka jest zaplanowana? Jest! Przez nas? Tak. Przez Pana Boga też – bo to była Jego wola, że to dziecko będzie później. Jeśli jednak w danym momencie widzimy obiektywne przeszkody w kwestii poczęcia, korzystamy z narzędzi wyprodukowanych przez Pana Boga, którymi są cykle organizmu kobiety, po to, by odłożyć poczęcie w czasie. Nie uciekamy przed wolą Boga – Jego wolę widzimy w tym, że teraz nie jest dobry czas na rozrodczość. Na przykład w tym momencie odkładamy. Po poronieniu zaleca się bowiem odczekać trzy cykle zanim rozpocznie się starania o kolejne dziecko – ze względu na bezpieczeństwo tego właśnie kolejnego dziecka. Organizm kobiety powinien zdążyć się zregenerować. Nasz Trzeci nas opuścił przedwcześnie i wypada, by na Czwartego poczekać trochę dłużej. Dlatego obserwujemy się i podejmujemy wstrzemięźliwość, dla dobra mojej Żony i naszych kolejnych dzieci.

Sobór Watykański II mówi nam jak należy żyć, by jednocześnie trwać w otwartości na życie, lecz jednocześnie w odpowiednich momentach odkładać poczęcie. „Odkładać poczęcie” ma wydźwięk opcjonalny – podstawowym zadaniem jest rodzenie i wychowywanie, odkładać należy tylko w określonych, obiektywnych sytuacjach. Co nie znaczy, że złym jest wszelkie planowanie, wszelkie odkładanie, tak jak złym nie jest „pójście na żywioł”. Każda z tych dróg jest dobra, dopóki jest rozeznana w sumieniu małżonków, zgodnie z wolą Boga.

______________________________________________________________

Cytaty pochodzą z Gaudium et Spes, 50;
Sobór Watykański II, Konstytucje, Dekrety, Deklaracje, tekst łacińsko-polski, Poznań 2008

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Wszystko o seksie bez antykoncepcji

Po wpisie o śmierci, zaufaniu Bogu, Wszystkich Świętych i tym o papieżu, który wynosi mój blog na wyżyny popularności (czy zdołam ją udźwignąć?), pora na małą autopromocję. Czyli znów na wynoszenie się na wyżyny popularności, którą zamierzam jakoś udźwignąć.

SeksbezaA tak na serio to pragnę tylko książkę promować, i to nie moją, tylko znajomej pani dziennikarki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk. Książka nosi długi, acz chwytliwy tytuł „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”. I powstała przy małym współudziale moim i mojej Małżonki. Książka bowiem, wydana przez wydawnictwo Fronda, którego Marta jest pracownikiem, zawiera serię wywiadów Marty Brzezińskiej-Waleszczyk z parami małżeńskimi, które w swoim życiu nie stosują antykoncepcji. Decydują się zatem na życie w zgodzie z Bożym planem dotyczącym siebie i swojej rodziny, w zgodzie z prawem naturalnym (które naprawdę istnieje – to nie Kościół zaprogramował cykle w organizmie kobiety) i prawym sumieniem – a więc bez używania antykoncepcji, z całkowitym otwarciem na współmałżonka i z otwarciem na życie.

Książka zawiera szesnaście wywiadów z czternastoma parami małżeńskimi lub pojedynczymi ich przedstawicielami (dwie pary małżeńskie udzieliły wywiadów niezależnie od współmałżonka), z najróżniejszym stażem małżeńskim – kilku, kilkunastu i dwudziestokilkuletnim – i z różną liczbą potomków, ale spośród których wszystkie przestrzegają od początku zasady: brak antykoncepcji w naszym życiu. Oczywiście nie oznacza to, że każde z tych małżeństw mnoży się na potęgę. Wręcz przeciwnie – logicznie, mądrze planują rozwój swojej rodziny, ilościowy i jakościowy, korzystając z tego, czym Pan Bóg na drodze natury człowieka obdarzył – z obserwacji naturalnych objawów organizmu kobiety. Wiemy bowiem, że jeśli nawet istnieją takie gatunki w przyrodzie, które rozmnażają się automatycznie w wyniku jakiejkolwiek kopulacji (a o zwierzętach można tak powiedzieć), to o człowieku tego powiedzieć nie można. Kobieta jest płodna tylko przez kilka dni w cyklu (rozpoczynającym się i kończącym miesiączką) i współżycie tylko w okresie tych kilku dni może doprowadzić do poczęcia potomka. Pozostałe dni to tzw. dni niepłodne, w które można współżyć nie spodziewając się poczęcia.

MałżeMałżeństwa, które wzięły udział w stworzeniu książki nie mają jednak nastawienia antykoncepcyjnego. Wprawdzie wiele osób zauważa, że MRP (metody rozpoznawania płodności) można też stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, czyli robić tak, żeby w żadnym wypadku nie mogło dojść do poczęcia. Małżeństwa z tej książeczki jednak nie blokują działalności Pana Boga w ich życiu – każde dziecko, które poczęłoby się, również w wyniku błędu pomiarowego, zaniedbania czy cudu, przyjęliby z otwartością i miłością. To odróżnia je od osób, które wprawdzie po katolicku podchodzą do małżeńskiego współżycia bez antykoncepcji, ale jednocześnie robią wszystko, by ze strachu przed dzieckiem czy innymi konsekwencjami do poczęcia nie dopuścić.

Ale cóż będę pisał więcej? Jaki jest sens rozpisywania się, kiedy dziś tak naprawdę przyszedłem tylko polecić książkę? Jeśli szukamy odpowiedzi na temat metod planowania, sposobu radzenia sobie w małżeństwie z czasami wstrzemięźliwości, informacji o różnicach między NPRem a antykoncepcją, warto odpowiedzi poszukać w książce wydanej przez Frondę, autorstwa Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, pt. „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”.

Zapraszam do zakupu w „Księgarni Ludzi Myślących”. Fejsbukowiczów zapraszam też na profil na Facebooku: Seksbeza ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Odłożyć

„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju” (Koh 3,1-8).

Tym cytatem zostałem wczoraj sprowokowany do przemyśleń. I obiecałem, że napiszę notkę, ponieważ sprawa interesuje mnie w dużym stopniu. A dokładnie sprawa „wstrzymywania się”: „czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich”. Kohelet mówi w tym miejscu o tym, co dla komentującego było pochwałą NPRu, czyli naturalnego planowania rodziny, a w bardziej szczegółowym znaczeniu: odkładania poczęcia. Oczywiście Koheletowi, tj. autorowi Księgi Koheleta, mogło chodzić o wiele innych rzeczy (nieczystość kobiety w czasie okresu, połogu, zakaz współżycia podczas wojny itd.), niekoniecznie o okres płodny i niepłodny, ale skądinąd wiemy, że starożytni znali podstawy działania organizmu kobiety, tylko nie mieli jeszcze termometrów. Arystoteles pisał nawet, że jeśli się chce mieć syna, należy współżyć kiedy żona ma na to ochotę, a jeśli córkę, to trzeba ją podejść i zachęcić niedługo po zakończeniu upływu krwi miesięcznej. Śmieszne czy nie, faktem jest, że chłopcy częściej rodzą się kiedy współżyje się w pobliżu momentu owulacji (szybkie plemniki Y), a dziewczynki – kiedy do owulacji pozostało więcej czasu (bardziej żywotne plemniki X). I już starożytni o tym wiedzieli, i już Kohelet mógł rozumieć podstawy NPR.

Naturalne Metody Planowania Rodziny nie są antykoncepcją. Stosując je bowiem nie stosujemy żadnych środków, które mają pomóc nam w zapobiegnięciu poczęcia dziecka. Jedyne co robimy, to dostosowujemy nasze małżeńskie współżycie do naturalnego rytmu organizmu kobiety. I tak tuż po okresie jest krótki czas względnej niepłodności (nie możemy przewidzieć do końca kiedy zacznie się czas płodny więc musimy wówczas dokładnie obserwować wszystkie objawy). Potem jest czas płodny, owulacja, którą sygnalizuje skok temperatury (wtedy może dojść do zapłodnienia), odlicza się 3 dni i następuje czas niepłodny, aż do następnego okresu. To tak pokrótce. I oto, skoro już odkryliśmy ten mechanizm, który zaprogramował w naszych kobietach Bóg, by móc w naturalny sposób kontrolować płodność, możemy sobie pozwolić na kontrolę płodności. Jeśli więc chcemy mieć w niedługim czasie potomka, współżyjemy głównie w okresie płodnym. Kiedy zaś z jakichś powodów chcemy odłożyć poczęcie, współżyjemy w okresie niepłodnym.

A teraz, skoro już bardzo pokrótce omówiłem zasady, zastanówmy się nad tym, z jakich powodów chcemy i z jakich powodów możemy chcieć odkładać poczęcie. Stosowanie NPR bowiem, choć jest polecane przez Kościół jako dobry, zgodny z ludzką naturą sposób planowania potomstwa, nie może polegać na założeniu, że nie chcemy mieć dzieci, więc będziemy współżyć przez całe życie tylko w czasie niepłodnym. Katolik, który wstępuje w związek małżeński, pamięta bowiem pierwsze przykazanie, które Bóg dał człowiekowi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili całą Ziemię i uczynili ją sobie poddaną”. I katolik wie, że podstawowym zadaniem małżeństwa sakramentalnego jest płodzić, rodzić i wychowywać dzieci, oczywiście w miłości i jedności ze Stwórcą. Dlatego też zdaje sobie sprawę, że odkładanie poczęcia potomka nie może trwać do świętego Nigdy, lecz tylko do momentu, w którym ustaną obiektywne przeszkody.

Dziś zajrzymy razem do Katechizmu Kościoła Katolickiego, który w krótki, treściwy sposób przekazuje nam nauczanie Kościoła w kwestii dzietności i regulacji. Oto co możemy tam przeczytać: „Małżonkowie, powołani do dawania życia, uczestniczą w stwórczej mocy i w ojcostwie Boga. „W spełnianiu obowiązku, jakim jest przekazywanie życia i wychowywanie, obowiązku, który trzeba uważać za główną ich misję, są współpracownikami miłości Boga-Stwórcy i jakby jej wyrazicielami. Przeto mają wypełniać zadanie swoje w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności”. Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. Poza tym, dostosują swoje postępowanie do obiektywnych kryteriów moralności: Kiedy… chodzi o pogodzenie miłości małżeńskiej z odpowiedzialnym przekazywaniem życia, wówczas moralny charakter sposobu postępowania nie zależy wyłącznie od samej szczerej intencji i oceny motywów, lecz musi być określony w świetle obiektywnych kryteriów, uwzględniających naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia; a to jest niemożliwe bez kultywowania szczerym sercem cnoty czystości małżeńskiej” (KKK 2367-2368). Rozumiemy więc to, co już wcześniej napisałem, że aby odłożyć poczęcie w czasie (nie napisali „na zawsze”, choć pewnie też mogą istnieć takie sytuacje), należy mieć uzasadnione powody. Pragnienie nie ma wypływać z egoizmu, ale również nie ze szczerej intencji czy oceny motywów, lecz z punktu widzenia obiektywnych kryteriów. Nie jest więc tak i nie może być, że każdy sobie wymyśla swoje, subiektywne motywy (jako przykład podam posiadanie domu z tylko dwoma pokojami dla dzieci, a przecież każde ma mieć takie same, świetne warunki).

Jakie to są obiektywne kryteria uwzględniające naturę osoby ludzkiej? W tym przypadku mowa jest o dopełnieniu istoty małżeństwa, czyli otwarciu na przekazywanie życia i oddawaniu się sobie wzajemnie. O kultywowaniu cnoty czystości małżeńskiej. Oczywiście, wszystko to można interpretować na różne sposoby. Przypuszczam jednak, że łatwym rozwiązaniem byłoby skonsultować sprawę z zaufanym kapłanem. Kimś, kto – z widoczną wiarą i oddaniem Panu – oceni obiektywnie nasze motywy. Czy nie wypływają one z egoizmu, z chęci odłożenia na później, bo tak łatwo ze starszym dzieckiem, albo wręcz odwrotnie – tak trudno. Oceni, czy motywy naszego odkładania nie są pójściem na łatwiznę, lecz wynikają z rzeczywistych przeszkód. Czy rezygnacja (tymczasowa) z kolejnego dziecka nie wynika np. ze strachu o to, co powiedzą dziadkowie tego dziecka (to jest częsty motyw przewijający się w rozmowach moich i Żony), tylko z przeszkód, które wpłyną realnie, drastycznie na życie nasze i dzieci.

Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcają do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. Jest natomiast wewnętrznie złe „wszelkie działanie, które – czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”” (KKK 2370) – mówi dalej Katechizm, oddzielając NPR od antykoncepcji. Jednak nie oznacza to, że osoby stosujące NPR nie miewają „mentalności antykoncepcyjnej” (o tym zjawisku moja Żona napisała pracę magisterską). Nie stosują NPRu nie po to, by zaplanować dobre poczęcie kolejnego dziecka, zachować odpowiednią (nie za dużą) przerwę między dziećmi, albo pojechać z mężem na zasłużony urlop zamiast w tym czasie rodzić dziecko (a urodzić je miesiąc później), lecz po to, by dziecka nie mieć, bo jest niewygodne, albo nam jest wygodnie bez dziecka. Choć NPR nie jest antykoncepcją, może być wykorzystywany z motywów antykoncepcyjnych (np. również dlatego, że jest bardziej ekologiczny, niż tabletka hormonalna). A to jest duży problem.

„Jest (…) czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich”, owszem, ale nie przesadzajmy z tym czasem wstrzymywania się. Odkładajmy poczęcie i cieszmy się tym czasem, ale nie zbyt długo. To nie jest apel do konkretnych ludzi. To jest apel do wszystkich. Każdy przypadek trzeba rozpatrzyć indywidualnie. Ale pozwólmy spojrzeć na niego komuś spoza małżeństwa (w Domowym Kościele świetnie się w tym sprawdza kapłan towarzyszący kręgowi), żeby ocenić naprawdę obiektywnie, czy powody wstrzemięźliwości są dobre.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Dziecko z planu natury

Nie tak dawno napisałem notkę antyantykoncepcyjną, ale już od dawien dawna nie było nic o czymś, co można by było nazwać opcją alternatywną. Oczywiście byłażeby to opcja alternatywna tylko dla osób, które nie do końca znają się na rzeczy, NPR o którym mowa nie jest bowiem zamienną antykoncepcją i nie powinno się jej stawiać obok. Jest to jednak coś, co pomoże nam mieć tyle dzieci, ile jesteśmy mieć w stanie i niekoniecznie rodzić dzieci raz do roku. Chyba, że ktoś chce – ja nie odradzam.

Po pierwsze NPR nie jest, jak już wspomniałem, antykoncepcją, nie wymaga bowiem stosowania żadnych zewnętrznych, niezgodnych z ludzką naturą środków zapobiegających poczęciu dziecka. Jedyne, czego używamy, to badania własnego organizmu (dokładnie – organizmu kobiety) by sprawdzić, na jakim etapie cyklu – płodnym czy niepłodnym – się znajdujemy. Po drugie Naturalne Planowanie Rodziny ma bardzo wysoki poziom skuteczności jeśli chodzi o planowanie poczęć – kiedy tak, a kiedy nie – o ile dokładnie przestrzegamy kilku prostych zasad. Po napisaniu poprzedniego posta na ten temat usłyszałem opinię, że „NPR sprawdza się w 100%. U 20% ludzi”. Przypuszczam, że była to opinia osoby, która znała NPR w teorii tylko. Ja zaś mam w tej kwestii prawie 4 lata doświadczenia (chociaż to nie aż tak wiele) i mogę powiedzieć, że „mechanizm” działania kobiecego ciała jest w tej kwestii dość łatwy w opanowaniu.

Aby poznać więcej szczegółów, trzeba się zwrócić w tej sprawie do mojej żony. Ona kończyła 1 stopień szkolenia na nauczyciela NPRu i jest w tej sprawie bardziej wtajemniczona. Ja jednak nie pozostaję bardzo daleko z tyłu. I uwaga – przed wami nieco medyczny wywód, który niektórym może się wydać przesadzony czy… obrzydliwy. Zgodna, nie chcecie, nie musicie czytać. Chętnych poznania tajników tej pięknej metody zapraszam do dalszej lektury. Nie będę teraz wchodził w szczgóły odnośnie powrotu płodności po porodzie (niepłodność laktacyjna), skupię się na krótkim omówieniu połączenia dwóch podstawowych metod, które daje niemal stuprocentową pewność dokładnego zaplanowania potomstwa. Pierwsza metoda to metoda temperaturowa. W skrócie polega ona na tym, że należy mierzyć temperaturę codziennie o tej samej porze rano, po przebudzeniu, w miejscu pokrytym śluzówką (a więc – uwaga – w pochwie, odbycie lub ustach. Osobiście polecam usta, ale to ze względów estetycznych, każda pani wybierze, co jej bardziej odpowiada ;). Kiedy pojawi się skok temperatury, a więc wzrośnie ona o około dwie kreski w stosunku do temperatury z dnia poprzedniego, oznacza to, że właśnie pojawiła się owulacja, a więc jajeczko jest gotowe do zapłodnienia. Druga metoda nazywa się objawowa i polega na badaniu śluzu w pochwie. Przed owulacją śluz staje się płodny, a więc rozciągliwy, swoją konsystencją przypomina białko jaja kurzego. W momencie, w którym się pojawia, można już mówić o okresie płodnym. Łącząc te dwie metody można albo ze stuprocentową pewnością odłożyć poczęcie dziecka, albo bardzo dokładnie zaplanować jego pojawienie się na świecie.

Oczywiście pojawią się głosy (można je często spotkać na proantykoncepcyjnych portalach czy w takiż pismach, np. Bravo), że metody naturalne są bardzo zawodne, bo podlegają zawirowaniom losowym, takim jak np. choroba czy nieregularne cykle. Jest to poniekąd prawda, jednak przedstawiona w bardzo pokrętny sposób. Jeśli kobieta nagle dostanie gorączki, objawy mogą się zatrzeć, ale świadome tego małżeństwo, chcące odłożyć poczęcie, będzie w tym czasie pamiętało o wstrzemięźliwości. Co do nieregularnych cykli trzeba zaznaczyć, że cykle bywają „nieregularne” tylko w okresie przedowulacyjnym, cykl życia jajeczka bowiem zawsze jest tak samo długi, a więc owulacja następuje zawsze w takim samym czasie przed wystąpieniem okresu (zwykle 12-16 dni). Sytuacje stresowe mogą opóźnić jajeczkowanie, co może sprawić wrażenie, że cykle są nieregularne. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ przedłuża się tylko pierwsza faza cyklu, a w momencie jajeczkowania wszystko wraca do normy. Ponieważ zaś potrafimy zmierzyć kiedy ma nastąpić owulacja, nie musimy się przejmować nieregularnością cyklu. Chyba, że faza po jajeczkowaniu trwa za krótko – wówczas może to oznaczać, że organizm ma problem z utrzymaniem jajeczka i może dochodzić do poronienia. W tej sytuacji należy zgłosić się do lekarza.

Jeszcze jednym problemem przytaczanym przez przeciwników NPRu jest to, że wymaga on od małżonków wstrzemięźliwości. Czyli nie można się kochać wtedy, kiedy się chce, jeśli pragnie się odłożyć poczęcie. Moim zdaniem jednak dla osób prawdziwie kochających nie powinno to być problemem. Jeśli kocham moją żonę, nie muszę rzucać się na nią kiedy tylko mam ochotę. I odwrotnie. Żona nie musi czyhać na mnie jak wygłodniały zwierz. Od tego jesteśmy ludźmi, że potrafimy panować nad naszą popędliwością i nad uczuciami. Owszem, są momenty łatwiejsze i trudniejsze, ale jeśli chcemy z jakichś powodów odłożyć poczęcie, powinniśmy zrobić to z poszanowaniem naszych ciał i ciał naszych współmałżonków. W okresowa wstrzemięźliwość jest prawdziwą szkołą miłości. A współżycie wyczekiwane może być jeszcze piękniejsze.

Na koniec zapytajmy jak wygląda Naturalne Planowanie Rodziny z etycznego punktu widzenia. Czym niby różni się ono od antykoncepcji i dlaczego Kościół je dozwala? Przede wszystkim podkreślę raz jeszcze, że NPR jest całkowicie zgodny z ludzką naturą, nie wymaga sztucznej interwencji, lecz jedynie odpowiada na sygnały dochodzące z kobiecego ciała. Można nawet wysunąć wniosek, że z jakiegoś powodu nie wyewoluowaliśmy jak niektóre zwierzęta, które mogą współżyć kiedykolwiek, żeby doszło do zapłodnienia. Mamy okresy płodne i niepłodne, i możemy z tego korzystać. Ale co na ten temat mówi Kościół?

2370 Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych (Por. Paweł VI, enc. Humanae vitae, 16) są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcają do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. Jest natomiast wewnętrznie złe „wszelkie działanie, które – czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego” (Paweł VI, enc. Humanae vitae, 14). Naturalnej „mowie”, która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca „mowę” obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru… Różnica antropologiczna, a zarazem moralna, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi a odwołaniem się do rytmów okresowych… w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej (Jan Paweł II, adhort. apost. Familiaris consortio, 32).

Można zatem zauważyć, że Kościół popiera NPR, ponieważ nie zaprzepaszcza on całkowitego oddania się sobie przez małżonków (co zawsze powstrzymuje antykoncepcja, choćby pod kątem płodności), ani nie zatrzymuje otwarcia na życie w cyklu płodności kobiety. Trzeba przy tym podkreślić, że jeśli decydujemy się na współżycie przy odkładaniu poczęcia, zawsze powinniśmy być otwarci na ew. działanie Boga, na niespodzianki od Niego itp. Otwartość na życie zakłada, że nigdy nie zamykamy furtek Panu Bogu. To On jako pierwszy decyduje o tym, czy w jakiś cudowny sposób nie dojdzie do zapłodnienia ;).

Kościół podkreśla jednak jeszcze jedną, wartą zaznaczenia sprawę:

2368 Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. Poza tym, dostosują swoje postępowanie do obiektywnych kryteriów moralności: Kiedy… chodzi o pogodzenie miłości małżeńskiej z odpowiedzialnym przekazywaniem życia, wówczas moralny charakter sposobu postępowania nie zależy wyłącznie od samej szczerej intencji i oceny motywów, lecz musi być określony w świetle obiektywnych kryteriów, uwzględniających naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia; a to jest niemożliwe bez kultywowania szczerym sercem cnoty czystości małżeńskiej (Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 51).

Z tych słów wynika, że odkładanie poczęcia jest dobre tylko wówczas, gdy przyświecają nam jakieś obiektywne kryteria. Odkładanie poczęć nie może być jakimś naszym widzimisię, które wynika być może ze szczerych intencji, ale nie jest uzasadnione w sposób obiektywny. Takie obiektywne przyczyny mogą być różne: okres powracania organizmu kobiety do zdrowia po ciąży (niezdrowe jest płodzenie dziecka tuż po urodzeniu poprzedniego), choroby kobiety (mogą nawet powodować odkładanie poczęcia do końca życia), niski status finansowy itp. Nie można jednak stosować NPR w sposób antykoncepcyjny, a więc zapobiegać zajściu w ciążę z osobistych, często egoistycznych pobudek (np. „Mam parkę i więcej mieć nie chcę” czy „Mam tylko 2 pokoje dla dzieci w domu, więc trzeciego mieć nie mogę”). Obiektywne przyczyny należy zawsze rozsądzić w swoim sumieniu, konsultując to w razie konieczności ze spowiednikiem, a gdy ustaną, otworzyć drogę kolejnemu dziecku do życia na tym świecie.

My nie zakładamy ilości dzieci, które urodzimy i wychowamy. Na początku planowaliśmy czwórkę, dziś przestaliśmy planować. Pozwalamy Bogu działać. Stosujemy NPR, po G.M. odkładaliśmy poczęcie przez jakiś czas, potem samo się odkładało jeszcze przez pół roku – nie panujemy bowiem nad działaniem naszych organizmów. Teraz czekamy na powrót płodności poporodowej. Wciąż pozostajemy otwarci na stwórczą moc Boga. I wszystkim Wam życzymy pozbycia się strachu i – jeśli to jeszcze możliwe – otwarcia się na płodność.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Antyantykoncepcja

Zadziwia mnie ostatnio pewna prawidłowość. Mam w głowie jakąś notkę, a dokładniej pomysł na notkę i kiedy mam ją napisać, pojawia się akurat jakiś dodatkowy materiał w sprawie. Ostatnio była to książka o tresowaniu dzieci, teraz komentarz Mateusza pod jedną z historycznych notek. Miałem pisać przeciw antykoncepcji, a wspomniany komentarz dodatkowo mnie zmotywował.

O tym, czy człowiek jest dobry całkowicie, czy nie do końca bynajmniej nie świadczy fakt, że może być jako dobry postrzegany. Można kogoś obserwować i dojść do wniosku, że jest spoko, ale nasz wniosek może być błędny. Nie każde też zachowanie, które przez wielu postrzegane jest jako dobre rzeczywiście jest dobre. Można postrzegać choćby aborcję jako wyzwolenie kobiety spod niepotrzebnego brzemienia, a więc uważać, że jest dobra. Chociaż obiektywnie rzecz ujmując jest morderstwem, a więc czymś naprawdę bardzo złym. Podobnie, choć nieco delikatniej, sprawa się ma z antykoncepcją.

„Wyznacznikiem prawdziwości i uczciwości np. w małżeństwie nie jest używanie lub nie używanie kawałka lateksu. (…) moralna waga stosowania takich czy innych gumowych wyrobów jest znikoma” – pisał między innymi Mateusz i prawdopodobnie niezwykle wielkiej ilości ludzi wydałoby się słuszne to, co zostało wspomniane. Powszechnie bowiem przyjmuje się, że używanie prezerwatyw nie tylko zapobiega niechcianej ciąży, ale również wielu chorobom przenoszonym drogą płciową. Oczywiście najprawdopodobniej współżyjący małżonkowie tego drugiego problemu nie mają. Mają natomiast pierwszy. A więc prezerwatywa pomaga małżonkom cieszyć się sobą nawzajem w akcie małżeńskim, ale pozwala również robić to bez obaw, że dojdzie do poczęcia i pojawienia się na świecie dziecka. Dlaczego jednak nie do końca jest tak, jak tu napisałem? Dlaczego moralna waga stosowania „takich czy innych gumowych wyrobów” wcale nie jest znikoma?

Po pierwsze: małżonkowie łącząc się w sakramencie małżeństwa, łączą się całkowicie. Jednoczą się i oddają sobie nawzajem w całości. Akt małżeński jest zaś zobrazowaniem i najdoskonalszym wypełnieniem tego zjednoczenia, zarówno cieleśnie, jak i duchowo. Nie na darmo autor natchniony napisał „staną się jednym ciałem”. Czy myśląc o najpełniejszym zjednoczeniu myślimy jednocześnie o tym, jak zapobiec temu zjednoczeniu? Zastanawiając się jak połączyć się całkowicie, myślimy również jak w tym samym czasie jednak się rozdzielić? Oczywiście, tak naprawdę prezerwatywa ma na celu zapobiegnięcie ciąży. Ale dzieli, rozdziela małżonków. Nic się na to nie poradzi. A tym samym zamiast do zjednoczenia, prowadzi do osobistej cielesnej satysfakcji z miłością daleko z tyłu. Co więcej – pojawia się jeszcze jedna bariera w trakcie współżycia, a tą barierą jest strach przed dzieckiem. Współżyjąc bowiem w poczuciu strachu, w lęku, niszczymy zjednoczenie, a pozostaje tylko, wówczas zdecydowanie mniejsza, przyjemność cielesna.

Ale to nie jedyny powód. Drugi dotyczy nie tylko mechanicznych, ale i chemicznych środków antykoncepcyjnych. Tym powodem jest fakt, że są to środki antykoncepcyjne. A więc zapobiegające poczęciu. Moralne zło wynikające z tego sposobu użycia środków wynika ze słów Boga, które już przy innej okazji wspominałem na blogu: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Antykoncepcja zaś ubezpładnia. Oczywiste jest, że dla niewierzących ten cytat jednak nie będzie argumentem. Ale w tym przypadku wystarczy stwierdzić, że Boży nakaz płodności i rozmnażania leży głęboko w naturze człowieka, a tak naprawdę w naturze samego seksualnego współżycia. Jak wiemy wszelkie gatunki współżyjące ze sobą współżyją, ponieważ z tego powstaje potomstwo. Człowiek nie jest w tej sytuacji wyjątkiem i nie pomaga tu fakt, że jest inteligentny, w przeciwieństwie do reszty przyrody, więc dla niego seks nie musi się wiązać z prokreacją. To jednak że jest inteligentny zmienia coś innego w naturze współżycia. Zmiana w stosunku do reszty przyrody polega na tym, że człowiek w czasie współżycia odczuwa przyjemność. Ciekawie to wymyśliła matka natura. Większość zwierząt współżyje bowiem, ponieważ w ten sposób się rozmnażają. Podpowiada im to instynkt i tym się kierują, nawet jeśli oznacza to dla nich fizyczny ból. Człowiek zaś posiada inteligencję, dlatego musiałby szybko wyginąć jako gatunek. Z pewnością bowiem nie byłoby zbyt wielu śmiałków, którzy poświęcaliby swój komfort po to, by iść się rozmnażać. I dlatego mateczka natura dała nam przyjemność z seksu. Ale nie po to, byśmy sobie współżyli bez konsekwencji, lecz żeby w czasie przyjemnego współżycia poczynać dzieci. Oddzielenie przyjemności ze współżycia od naturalnych konsekwencji wynikających z natury bierze się ze zwykłego ludzkiego cwaniactwa i nadmiaru egoizmu. Nic nie pomoże tutaj mądra wypowiedź domorosłych antropologów, że u ludzi od tysięcy lat współżycie nie idzie w parze z prokreacją. Choćby było to faktem, nie zmieni innego faktu, że nie wynika to z natury ludzkiego współżycia, które ma być przyjemne, żebyśmy mieli odwagę płodzić potomstwo.

Seks jednoczy, ale i uzależnia. Należy jednak pamiętać, że jego pierwszym i podstawowym zadaniem jest prokreacja, rozmnażanie się. Bycie płodnym. Blokowanie płodności za pomocą gumek, tabletek hormonalnych, spiral i podcinania jajowodów jest w związku z tym moralnym przestępstwem. Jeśli więc rzeczywiście blokujemy podstawowe zadanie współżycia, by czerpać z niego pozbawioną konsekwencji przyjemność, jesteśmy grzeszni bez względu na to, czy jesteśmy katolikami, czy nie.

Współżycie jest czymś pięknym, ponieważ jednoczy dwójkę małżonków i otwiera ich miłość na innych ludzi, na nowe życie. W tej jednak sytuacji nie mogą istnieć ani bariery między małżonkami, ani pseudo-leki (leki tylko z nazwy, bo ich głównym celem jest trucie, nie zaś leczenie) blokujące kobiecą płodność. Wówczas bowiem żaden z najważniejszych celów współżycia nie byłby spełniony, a ono samo sprowadziłoby się do czerpania z siebie nawzajem przyjemności.

Jest jeszcze Naturalne Planowanie Rodziny. Ono nie korzysta z gumek, tabletek, itp. Nie wprowadza nic między małżonków i nie zamyka drogi do płodności. Rzeczywiście – dzięki niemu można regulować kiedy decydujemy się na dziecko. Jest to jednak wyłącznie odpowiedź człowieka na sygnały, które wydaje ze swej natury kobiece ciało. Bez barier. Z obowiązkowym otwarciem na nowe życie, planowane czy nie. O tym chyba jednak napiszę szerzej już innym razem.

________________________________________________________

Notka została poprawiona i zaktualizowana 19 lutego 2012 o 12:00.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze