Posts Tagged With: Nauczyciel

To (nie jest?) strajk polityczny

Jestem łamistrajkiem i szują. Tak przynajmniej nazywają mnie i mnie podobnych niektórzy dyskutanci w internecie. Ponieważ – mimo popierania postulatów protestujących – nie przyłączyłem się do strajku. Nie założyłem czarnych ciuchów, nie ustawiłem się w szpalerze i nie zbojkotowałem egzaminów. Choć – jak już wiecie – jestem zdania, że nauczyciel zarabia zdecydowanie za mało i powinien być lepiej wynagradzany. Osoba pracująca na posadzie opłacanej z budżetu państwa powinna zarabiać tyle, by bez problemu utrzymać rodzinę z jednej pensji i nie musieć dorabiać dodatkowo.

Nie poparłem protestu z kilku powodów. Po pierwsze – powiedziałem moim uczniom, że nie pracuję w szkole dla pieniędzy, lecz dla nich, i ich nie zostawię. Ten argument został na jednej z grup facebookowych wyśmiany najbardziej, chyba równomiernie z tym, kiedy powiedziałem, że jestem teologiem i katechetą, a angielskiego uczę dzięki certyfikatowi. Ale taka jest prawda. Gdybym nastawiał się na wielkie zarobki, a nie na dobro dzieci, dzięki którym w ogóle zostałem w szkole, to poszedłbym pracować gdzie indziej. Po drugie zaś – nie protestuję, ponieważ niestety nieprawdą jest, że nie jest to protest polityczny.

Fakt, że do strajku nauczycieli przyłączyły się osoby wyznający różne poglądy. Zwolennicy ZNP czy Platformy Obywatelskiej, ale także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, prawicowcy. Wydawałoby się, że połączyła ich wspólna sprawa, którą są lepsze zarobki. Zgoda, ale zwróćmy uwagę, kto tak naprawdę stoi na czele tego protestu. Tym człowiekiem jest Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. Człowiek, który – jak wielu przed nim – utrzymuje, że „nie jest to protest polityczny”. To samo utrzymywali rodzice osób niepełnosprawnych, które szybko po swoim proteście wbiły się na scenę polityczną, a jeden z samych niepełnosprawnych został radnym z ramienia PO. Sławomir Broniarz współpracuje z Grzegorzem Schetyną, dogaduje się z Rafałem Trzaskowskim – prezydentem Warszawy – a nawet był ostatnio na konwencji wyborczej PO. Nie jest prawdą, że strajk jest apolityczny. Jest prowadzony, nadzorowany i wspierany przez Platformę Obywatelską i jest zakrojony na destabilizację państwa i obalenie rządu. Wiecie, że protest trwa teraz, kiedy zaczęły się regularne podwyżki dla nauczycieli. Nie są one wielkie – zgoda. Podniesienie pensji o 200 złotych nie jest bardzo odczuwalne. Gdyby podniesiono ją o 1000, z pewnością dałoby się to lepiej odczuć. Ale podwyżki są i są regularne. A co działo się w drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy pensje zostały zamrożone na kilka lat? Nauczyciele chcieli protestować, jednak to właśnie Sławomir Broniarz wystąpił z oświadczeniem, że sytuacja rzeczywiście jest trudna, ale nie ma powodu do strajku. I rozeszło się po kościach.

Sytuacja jest naprawdę słaba. Ja postanowiłem nie strajkować. Przez dwa pierwsze dni byłem na świetlicy i pomagałem w opiece nad trójką dzieci w szkolnej świetlicy. Tyle zostało przyprowadzonych do szkoły w dniach strajku. We środę, czwartek i piątek uczestniczyłem w egzaminie gimnazjalnym. A teraz wędruję z delegacją do innej szkoły, by wspomóc ją przy egzaminach ósmoklasisty. Część moich koleżanek z pracy koczuje przy drzwiach ubrana na czarno. W gablocie w pokoju nauczycielskim wywieszony napis: „Ktoś inny zmienia świat za ciebie, nadstawia głowę, podnosi krzyk. A ty z daleka, bo tak lepiej i w razie czego nie tracisz nic”. Nie ma szpalerów ani buczenia w czasie egzaminów – bardzo dobrze. Wiem, że są szkoły, w których bez tego się nie obyło. Nauczyciele stanęli przeciw swoim uczniom, wychowankom, żeby ugrać dla siebie podwyżkę. Są szkoły, w których nauczyciele (podobno dostali polecenie z góry) śpiewają piosenki uderzające w rząd, w Prawo i Sprawiedliwość czy w TVP (ale w ogóle nie jest to protest polityczny). Chwalą TVN, dziękują przedstawicielom Platformy Obywatelskiej. Przebierają się za krowy i świnie, by pokazać, że PiS ma pieniądze na zwierzęta hodowlane, a nie ma na nauczycieli (choć tak naprawdę w przypadku krów i świń chodzi o załatwione po latach dotacje unijne, a nie pieniądze z podatków). Sytuacja robi się groteskowa i widać, że część osób chętnie zrezygnowałaby z tego strajku, ale pan Broniarz nie pozwala.

Strajk trwa nieco ponad tydzień. Dzięki „łamistrajkom” takim jak ja udało się zorganizować egzaminy w szkołach – choć widać bardzo wyraźnie, że strajk miał doprowadzić do bojkotu egzaminów, tak by jak najmocniej uderzyć w rząd. Przed nami jeszcze klasyfikacja końcowa klas maturalnych i ich egzamin dojrzałości. Czy strajk będzie trwał nadal? Faktem jest, że część nauczycieli strajkujących powoli odchodzi od tego, wydają się otrząsać z uczuć tłumu podążającego za przewodnikiem. Podobno całe szkoły już rezygnują. Czy odzyskają szacunek uczniów, których naraziły na stres w ich roku egzaminacyjnym? Mam nadzieję, że tak. Czy protest przyniesie zamierzony skutek? Nie sądzę. Oprócz doprowadzenia do zmniejszenia szacunku do nauczycieli (który i tak był mały!) w oczach społeczeństwa może nie przynieść żadnej zmiany.

W efekcie strajku i nienawiści do osób przeciwnych strajkowi wypisałem się z grupy facebookowej „nauczyciele angielskiego”. Była to grupa, na której dzieliłem się pomysłami i z której czerpałem inspirację. Aż do ostatniego czasu, kiedy przestała ona żyć czymkolwiek innym, jak tylko strajkiem. W końcu zostałem tam wyśmiany (katecheta uczy angielskiego) i zwyzywany, i ostatecznie wyszedłem. Z nauczania wychodzić nie zamierzam. Jestem tu dla tych, którzy mnie potrzebują i pozwolili mi to bardzo mocno odczuć. Chętnie zarabiałbym więcej. Ale nie zostawię uczniów – jeszcze raz to powtarzam. I nie pójdę za politycznym zewem Sławomira Broniarza jak te baranki prowadzone na rzeź.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/wiedzy-ksi%C4%85%C5%BCka-biblioteki-okulary-1052010/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Dlaczego nie poprę protestu nauczycieli

Nauczyciel to w Polsce zawód mało (za mało) poważany. Nie cieszy się zbyt wielką renomą, a im więcej mija pokoleń, tym bardziej wydaje się, że ludzie mają roszczeniowe spojrzenie na nauczycieli. Rodzice chcieliby, żeby ich dzieci były traktowane z największym szacunkiem (choć często sami nie szanują, jak również nie uczą szacunku tych dzieci), a jeśli zechce się wystawić komuś ocenę niedostateczną, trzeba uargumentować, że zrobiono naprawdę wszystko, by do tego nie doszło (nie, nie wystarczy, że uczeń nic nie umie). Do tego pieniądze, które zarabiają nauczyciele są naprawdę niewielkie i z jednej nauczycielskiej pensji nie utrzyma się rodziny – co najwyżej samego siebie, i to nie na wysokim poziomie. Fakt istnienia ferii i wakacji sprawia, że nauczycieli traktuje się jak pasożytów, nierobów i roszczeniowców. To wszystko to nie jest moja opinia – to powszechna opinia, którą można usłyszeć wśród nauczycieli. I oczywiście, że nie wszyscy tak uważają. Znam mnóstwo uczniów i ich rodziców, którzy traktują nauczycieli z ogromnym szacunkiem. Ale jednak mnie, jako nauczyciela, tzw. protest nauczycieli nie dziwi.

Mimo wszelkich niedogodności nie zamierzam jednak przyłączać się do żadnego protestu nauczycieli i nie planuję iść na jakiekolwiek lewe zwolnienie lekarskie. Co więcej – nawet gdyby w placówce, w której pracuję, ogłoszono protest L4, byłbym z pewnością jedną z osób, które mimo wszystko przyszłyby do pracy. Dlaczego? Ponieważ ilekolwiek nie zarabialibyśmy, oraz jakkolwiek nie bylibyśmy traktowani, wciąż pozostajemy nauczycielami – osobami odpowiedzialnymi za edukację i wychowanie, ale też za radość, spokój, zdrowie psychiczne i mądrość naszych uczniów. Dzieci, które uczymy, są naszą odpowiedzialnością. Skrajnym brakiem szacunku do nich jest protestowanie w sposób, jakim jest chodzenie na fałszywe zwolnienia lekarskie. Nie chcę się dziś zagłębiać w politykę i rozwodzić się nad tym, że gdy u władzy była PO, to Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wchodził w żadne protesty. Bo to nie ma znaczenia. Nasze zarobki są śmieszne i komfort pracy też jest śmieszny. Znaczenie ma to, za kogo wzięliśmy odpowiedzialność.

Przez protest nauczycieli w pewnej szkole odwołano próbną maturę. Stracili na tym uczniowie. W niektórych szkołach przełożono – albo w ogóle odwołano – studniówki. Kto na tym ucierpiał? Oczywiście uczniowie. Przed świętami przygotowywano jasełka, wigilie klasowe – które nie odbyły się, ponieważ nauczyciele „zachorowali”. Ucierpieli na tym, a jakże, uczniowie! Teraz ZNP straszy, że jeśli nie dostaną podwyżek, których żądają, to „zachorują” w trakcie matur, co sprawi, że matury nie będą mogły się odbyć. Próbują tym zastraszyć rząd. Ale cierpią tylko uczniowie i ich rodzice! Proszę zwrócić przy tym również uwagę na przedszkola, które musiały prosić rodziców o zapewnienie swoim dzieciom opieki, ponieważ większość ich pracowników poszła nagle na L4. Oczywiście, że ucierpiały na tym dzieci oraz ich opiekunowie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje u mnie dyskomfort w kwestii protestów. To, że nauczyciel jest wychowawcą, a wychowawca uczy mądrości i uczciwości. Tymczasem jeśli w danej placówce większość nauczycieli nagle idzie na zwolnienie lekarskie, oczywistym jest, że te zwolnienia lekarskie są nieprawdziwe. Nauczyciel idąc do lekarza oszukuje. Lekarz, wystawiając zwolnienie, również oszukuje. Uczniowie, którzy muszą zostać w domu, widzą to oszustwo, doskonale się orientują że te wszystkie zwolnienia nie są związane z prawdziwą chorobą. Tym samym uczą się, że jeśli chcą coś załatwić lub na kimś wymóc, powinni oszukiwać. Że jest to coś dobrego, skoro ich nauczyciele tak robią. Wszyscy znamy historie o dzieciach, które – jeśli nie chciały iść do szkoły – udawały chorobę, rozgrzewały termometr itp. Wiedzieliśmy, że jest to niedobre. Teraz nagle okazuje się, że jest to jak najbardziej dobrze, jeśli tylko chcemy wymóc na rządzie danie nam podwyżki.

Nie jestem zadowolony z pieniędzy, jakie zarabiam jako nauczyciel. Z tego, że żeby żyć na poziomie lepszym niż „od pierwszego do pierwszego” z czwórką dzieci muszę pracować na dwa etaty i w efekcie dla tych dzieci nie mieć już w ogóle czasu. I chcę, by nauczyciele byli bardziej poważaną oraz lepiej zarabiającą grupą zawodową. Ale nie zgadzam się na robienie tego kosztem dzieci – naszych wychowanków! Musimy dawać im dobry przykład i uczyć ich dobrych zachowań – w tym również poświęcenia kosztem samego siebie. Dlatego, jeśli miałbym być jedynym nauczycielem „zdrowym” w całej szkole, to będę nim. I nie wezmę udziału w proteście.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/szko%C5%82y-nauczyciel-edukacja-asia-1782427/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Nauczanie to powołanie

Jestem nauczycielem od siedmiu lat. Na początku wspomagałem kilka szkół językowych, nauczając w Warszawie i okolicach. Potem przez 5 lat uczyłem angielskiego – i trochę religii – w szkole specjalnej w Wołominie. Po kilku perturbacjach zrezygnowałem i poszedłem w prywatę – ale i wówczas trafił się kawałek etatu w szkole podstawowej.

Co jakiś czas nieśmiało myślę o zmianie kariery. Nawet przez chwilę próbowałem – znajdując dość niespodziewanie zatrudnienie w portalu wPolityce.pl. Jednak trzy fascynujące miesiące pracy w dziennikarstwie nie wystarczyły, bym na dobre opuścił szkołę. Myślałem już później, że to ostatni rok. Potem może pójdę w politykę? Muszę jednak przyznać, że kiedy już naprawdę myślę o rezygnacji, Pan Bóg podpowiada mi, że to może nie być najlepszy pomysł.

W tym roku pracowałem tylko w prywatnej firmie, dzięki czemu zaczynałem zajęcia od południa i mogłem rano się wyspać, pisać książkę (najbardziej marzę o byciu pisarzem) czy iść na siłownię. Jednak okazało się, że liczne okoliczne szkoły poszukują nauczycieli języka angielskiego na etat. I ostatecznie wyhaczyła mnie dyrekcja jednej ze szkół, w których miałem zajęcia pozalekcyjne. Przyjąłem pracę od stycznia – w klasach 1-3, kilku czwartych i w zerówce. I tak oto ja, który pragnąłem już powoli wycofywać się z nauczania, stałem się ponownie „ulubionym” nauczycielem.

Liczba informacji zwrotnych – głównie pozytywnych – jakie otrzymałem od początku nauczania, wywołuje u mnie poczucie dumy. To, co robię, ma sens. Uwielbiam pierwszoklasistów, którzy przybiegają do mnie, żeby się przytulić, rysują mi serduszka, obrazki i mówią mi, jak bardzo tęsknią za mną, kiedy nie ma angielskiego. Kocham zawsze chętnych do pracy zerówkowiczów, którzy – na początku bardzo rozbrykani – szybko wdrożyli się w regularną pracę. Zawsze cieszę się z pracy z ambitnymi czwartoklasistami, którzy z rozmarzeniem patrzą na mnie, wspominając poprzednią nauczycielkę, która „siedziała z nogami na biurku i czekała, aż się uspokoją”. I tych kilka czwartoklasistek, które – choć ciche i wyraźnie introwertyczne – otworzyły się na pracę w grupie pod wpływem moich zachęt.

Wzruszyła mnie jedna z sytuacji w ostatnim czasie. Dwie dziewczynki z trzeciej klasy, które generalnie nie radzą sobie najlepiej. Poprosiłem, by podeszły do tablicy, by zrobić zadanie. Zachowywały się, jakby przyrosły do krzeseł. Tak się zestresowały, że w końcu im odpuściłem. Byłem przekonany, że następnego dnia z nerwów nie przyjdą do szkoły. A one przyszły, zrobiły bezbłędnie dość trudne zadanie i z niewielkim tylko wahaniem podeszły do tablicy, by powtórzyć to przed klasą. „Uczyłyśmy się cały wieczór” – powiedziała jedna z nich, kiedy wracały na swoje miejsca. A ja pękałem z dumy!

Rodzice dzieci też przychodzą do mnie. Większość z nich dziękuje za moją obecność i pyta, czy zostanę z nimi na dłużej. I zastanawiam się – czy zmieniać jednak karierę, czy zostać i pomóc tym istotom, których dotychczasowa nauczycielka właściwie nic z nimi nie robiła. I to potwierdza, że nauczanie to rzeczywiście jest powołanie. Dobry nauczyciel musi to czuć, musi kochać dzieci i chcieć z nimi pracować. Od stycznia znów przychodzę do pracy z radością i chcę robić to, co robię. Mimo godzin nocnych spędzanych na sprawdzaniu klasówek i projektów.

Jest niestety jeden, ale znaczący problem. Nauczyciel pracujący w szkole, w której uczy się dużo dzieci, nie jest wystarczająco dobrze wynagradzany. Ja pracuję na dwa etaty (jeden publiczny, drugi prywatny), przez co kończę pracę czasem o 19, czasem o 20. Mimo tego mało jest takich miesięcy, w których zarabiam z nadwyżką. Mam na utrzymaniu rodzinę i chciałbym, by moja praca pozwalała nam dobrze spędzać życie. Tymczasem nauczyciel nie zarabia dość dużo, by swobodnie sobie radzić. To był i nadal jest mankament. A przecież nauczyciele są naprawdę potrzebni. Dlatego muszę jeszcze raz przyznać, że nauczanie jest formą powołania, zwłaszcza kiedy zauważy się, że nie przynosi ono wystarczających korzyści finansowych. I wiem, że niektórzy chcieliby, żeby funkcje publiczne pełnić za darmo, w ramach wolontariatu. To miałoby doprowadzić do tego, że nauczaliby sami pasjonaci. To jednak nieprawda. Pasjonaci są w szkołach potrzebni. Ale i oni powinni mieć za co żyć.

Tego życzę sobie i innym nauczycielom z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/student-profesor-uni-ksi%C4%85%C5%BCki-2052868/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kontrowersje z edukacją integracyjną

integracjaGruchnęła wiadomość: PiS chce izolować dzieci niepełnosprawne! To wywoła brak szacunku innych osób do niepełnosprawnych i utrudniony start tych drugich w dorosłe, zawodowe życie! Wiadomość rozpowszechniła Gazeta Wyborcza, po tym, jak wiceminister edukacji narodowej Teresa Wargocka stwierdziła, że pojawiają się różne pomysły rozwiązań dotyczących uczniów z niepełnosprawnością i jednym z nich – proponowanym przez rodziców – jest utworzenie w szkołach masowych osobnych klas dla osób niepełnosprawnych.

Nie zamierzam dementować legendy, która od wczoraj narosła wokół tej neutralnej wypowiedzi, ponieważ naprawdę szkoda skupiać się na poziomie manipulacji uskutecznianej przez media pokrewne Gazecie Wyborczej. Sądzę raczej, że należy zastanowić się, czy rozwiązanie poddane pod rozwagę przez panią wiceminister jest aż tak bardzo pozbawione sensu.

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie mówi się tu raczej o osobach sprawnych intelektualnie, ale np. jeżdżących na wózku inwalidzkim. Albo nawet o wybitnych intelektualnie autystykach – a są i tacy. Mowa jest o osobach z niepełnosprawnością intelektualną (która do niedawna nazywana była upośledzeniem, ale zmieniono nazewnictwo, by jeszcze bardziej „nie oceniać” i „dawać równe szanse”). Mamy człowieka – lub grupę ludzi – którzy posiadają niższe niż przeciętne zdolności uczenia się oraz rozumienia kwestii, które mają poznać. Często występują przy tym różnorakie wyniesione z domu lub wywołane samą chorobą zaburzenia zachowania. Niepełnosprawność intelektualną dzieli się na cztery kategorie: lekka, umiarkowana, znaczna i głęboka. Wylicza się ją za pomocą testów IQ, ale i rozpoznaje na podstawie ogólnego poziomu funkcjonowania. I nawet jeśli mamy do czynienia tylko z niepełnosprawnością w stopniu lekkim – takie dzieci mają tę samą podstawę programową i takie same przedmioty w szkole – to i tak rozbieżności między uczniami są ogromne. Jeden będzie „prawie w normie”, a dugi – „prawie umiarkowany”.

Od pięciu lat uczę w szkole specjalnej. Jestem nauczycielem języka angielskiego – dlatego nauczam w klasach z lekką niepełnosprawnością. Miewałem też religię w klasach z głębszą niepełnosprawnością intelektualną (umiarkowana i znaczna). W naszej szkole są wszystkie typy uczniów: od tych z zespołem Downa czy z porażeniem mózgowym, poprzez autystyków słabo funkcjonujących, autystyków funkcjonujących na wysokim poziomie, aż po dzieci z rodzin patologicznych. Uczniowie prezentują całe spektrum niepełnosprawności, sprzężeń i trudnych zachowań. Uczenie w klasie tylko czteroosobowej (angielski, tu mam szczęście, jest dzielony na grupy), w której jeden uczeń jest bardzo zdolny, drugi przeciętny, a dwoje prezentuje poziom bliski zeru, to orka na ugorze. Obowiązek skupienia się indywidualnie na każdym uczniu przynosi kolejne problemy, bo ci zdolniejsi mają pretensje, że mniej się wymaga od słabszych, a słabsi – że częściej się ich odpytuje i bardziej przyciska do pracy. A jeśli klasy są za małe, organ nadzorujący każe nam łączyć oddziały. To oznacza, że np. klasa II i III gimnazjum stanowią jeden oddział i większość nauczycieli (nie licząc mnie) musi przez 45 minut przeprowadzić dwa tematy, skupiając się przy tym indywidualnie na każdym uczniu. Jednocześnie dać „równe szanse” każdemu i jednocześnie zrealizować podstawę programową, przygotowując wszystkich do egzaminu gimnazjalnego (na dostosowanym poziomie).

Przy tym – oprócz deficytów intelektualnych – pojawiają się najróżniejsze trudne zachowania. Wulgaryzmy, ataki na kolegów, bicie, poniżanie, często zaczepianie nauczycieli. Oczywiście takie zachowania są normą również w innych szkołach. Ale połączenie tego z niepełnosprawnością intelektualną wzmacnia efekt, nawet jeśli klasy są mniejsze. Nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy i dyrektor muszą sobie z tym radzić, co jest oczywiście możliwe, choć często nie można na przykład liczyć na pomoc rodziców.

A teraz wyobraźmy sobie klasę integracyjną. Piętnaścioro dzieci w normie intelektualnej plus do pięciorga z niepełnosprawnością. Nawet jeśli w takiej klasie pojawia się nauczyciel wspomagający, opiekujący się szczególnie dziećmi niepełnosprawnymi, to lekcja automatycznie jest utrudniona. Nauczyciel musi zrealizować temat z uczniami w normie, z których również część wykazuje szczególne zdolności, a część albo słabuje, albo im się nie chce. I tu też trzeba zwrócić szczególną uwagę na każdego ucznia. A do tego kilkoro uczniów, którzy tego, co jest tłumaczone ich kolegom, nie są w stanie zrozumieć w stopniu nawet minimalnym. Dlatego z uczniami o obniżonym ilorazie inteligencji trzeba przeprowadzić osobny temat – wszystko to mieszcząc w 45 minutach lekcji. Słyszałem opinie kilkorga nauczycieli z klas integracyjnych i twierdzą oni, że to naprawdę bardzo trudne zadanie. Często wątpią w zasadność istnienia takich klas. Podobnie jak rodzice, których opinię przytoczyła wiceminister Wargocka.

Opinia publiczna i wiele innych osób kontestujących „dobrą zmianę” PiS krzyczy, że takie wydzielanie osobnych klas dla uczniów niepełnosprawnych to uderzenie w ich godność, narażenie na poniżenie i nierówny start w życiu. Rzeczywistość jest odwrotna. Godność uczniów, którzy mogą mieć zajęcia skierowane szczególnie do siebie, na właściwym sobie poziomie, na których to, co na tablicy, nie jest czarną magią, znacznie się zwiększa. Uczniowie niepełnosprawni narażeni są na poniżenia zarówno w klasie, w której uczą się tylko oni (ze strony tych „lepszych” kolegów, którzy nie wiedzą, czemu są w tej klasie), jak i w klasie integracyjnej (bo i w takich spotyka się „lepszych” uczniów). Faktu narażenia na poniżenie ze strony zarówno osób w normie intelektualnej, jak i tych z obniżonym IQ, nie zmieni to, że przeniesiemy chore dziecko do klasy integracyjnej. I wreszcie postulat równego startu. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną nie mają żadnej szansy na równy start w życiu. Skupiając na nich szczególną uwagę jesteśmy w stanie zapewnić im optymalny start, taki, na jaki pozwala ich poziom intelektualny. Ale posadzenie ich w ławce z kolegą w normie i zapisanie im na tablicy wzoru tworzenia zdań w czasie past perfect continuous nie sprawi, że w jakiś magiczny sposób nauczą się mówić po angielsku i w przyszłości zostaną profesorami anglistyki. Zamiast więc trzymać ich w sali na lekcji z całek, lepiej byłoby skupić się na nauczeniu ich tego, czemu intelektualnie podołają. Fizyka kwantowa nie przyda się osobie, która ma trudności z czytaniem i pisaniem, ale podstawy wykonywania różnych zadań manualnych już tak. A tego się w klasie integracyjnej nie osiągnie.

Kiedy mam nauczyć angielskiego kilka osób z niepełnosprawnością intelektualną, nie skupiam się na większych zawiłościach gramatycznych. Moi uczniowie pod koniec gimnazjum znają cztery angielskie czasy (present simple, present continuous, past simple i future simple), choć zazwyczaj jest to znajomość bardzo powierzchowna. Kiedy naciskam na moich uczniów, by włożyli więcej pracy w poznanie języka, to nie widzę ich jako wybitnych anglistów albo zdających certyfikaty. Widzę ich jako pracowników McDonalda na saksach w Wielkiej Brytanii, w miejscu gdzie wielu znajomych zarabia więcej niż ja jako nauczyciel. I nie wyobrażam sobie, że łatwiej by mi było przekazać im wiedzę na podstawowym poziomie, gdybym musiał się w tym samym czasie skupić na piętnastce uczniów, którzy wymagają i potrzebują więcej.

A teraz wyobraźmy sobie, że nasze dziecko poszło do szkoły. I w klasie jest taki jeden chłopak, który głośno krzyczy, ciągle histeryzuje, zaczepia i bije, wyzywa kolegów, rozbiera się nagle do naga albo sika pod tablicą. Czy my, bardzo tolerancyjni i wspierający różnorodność rodzice, nie zażądalibyśmy przeniesienia tego ucznia, by nie narażać naszego własnego dziecka na szwank? Niektórzy uczniowie z niepełnosprawnością intelektualną tak właśnie mają. To są ich zachowania, nad którymi da się zapanować w małej klasie albo na zajęciach indywidualnych. Ale trudno się skupić na blokowaniu podobnych akcji w czasie, kiedy wybitne intelektualnie jednostki czekają na wlewanie im wiedzy do głowy.

Nie jestem przeciwnikiem klas integracyjnych. Niepełnosprawność ruchowa, niewielkie zaburzenia słuchu i wzroku, czasem ADHD – to są takie niepełnosprawności, które da się łatwiej lub trudniej zintegrować z dziećmi zdrowymi. Ale zaburzenia zachowania czy obniżony iloraz inteligencji to przypadłości, których łączenie z dziećmi w normie najczęściej działa na niekorzyść zarówno osób niepełnosprawnych, jak i pełnosprawnych. I nadal nie pochwalam słów, których Janusz Korwin-Mikke użył na określenie klas integracyjnych – których tu nie przytoczę – ale jednocześnie rozumiem istotę jego myśli. Dla uczniów z obniżonym ilorazem inteligencji jest lepiej, gdy mają własną, dostosowaną do nich placówkę. Podobnie jak dla tych z IQ w normie.

____________________________________

We wpisie zastosowano ilustrację „Integracja”. Źródło ilustracji: http://sp3.gryfice.eu/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz