Posts Tagged With: Niebo

Zmartwychwstać natychmiast

Wpis przyszedł mi do głowy po komentarzu Marka pod notką o końcu świata. Marek Piotrowski napisał tam, że „skoro ma być Sąd Ostateczny to ludzkość chyba musi (w doczesności) jakoś wymrzeć”. Ja bowiem twierdziłem, że koniec świata to prywatna sprawa każdej osoby – przychodzi na nas w momencie naszej śmierci. Ale rzeczywiście pozostaje pytanie, czy jeśli każdy przejdzie przez Sąd Ostateczny w chwili swojej śmierci i na tym Sądzie spotka innych, bo Sąd dotyczy każdego człowieka w tym samym stopniu, to czy wszyscy kiedyś i tak wymrzemy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Jednak częściowo problem da się rozwiązać, analizując znaczenie słowa „czas”. Jest to dla mnie podstawa, ponieważ rozumiem czas jako coś względnego. I nie chodzi o to, że nie odczuwam upływu czasu. My, ludzie, wszyscy odczuwamy czas. Jednak należy pamiętać, że kiedy Bóg był sam i świat nie istniał, to nie istniał ze światem również czas. Teologowie mówią, że Bóg stworzył świat nie w czasie, lecz z czasem. Stworzył świat i zarazem stworzył czas, bo On sam czasu do istnienia nie potrzebował. Ludzie, którzy poruszają się w przestrzeni, potrzebują też w niej czasu, jako czwartego wymiaru, Bogu zaś przecież żaden wymiar do niczego nie był potrzebny, bo Bóg jest niematerialny.

W efekcie okazuje się, że czas jest rzeczą najzupełniej względną i dlatego pytanie, czy ludzkość musi wymrzeć, żeby był Sąd Ostateczny ma jedną odpowiedź: nie. Ponieważ Bóg nie uzależnia swoich planów od naszego pojęcia czasu, Bogu jest czas do działania niepotrzebny. Uwielbiam ostatni odcinek szóstego sezonu serialu „Lost”. Sam sezon nie był rewelacyjny, ale końcówka pięknie opisuje to, co możemy odczytywać jako koniec świata i Sąd Ostateczny. Otóż Jack (doktor, szef na wyspie) poszukuje w alternatywnym świecie ciała swojego ojca, które zniknęło z trumny. Znajduje go wreszcie wraz z trumną w kaplicy, z tym że okazuje się, że ojciec chodzi i rozmawia z nim, jak żywy. Na co Jack mówi: „Ale przecież ty nie żyjesz”, ojciec zaś mu odpowiada coś w rodzaju „Wszyscy kiedyś umierają”. W znaczeniu: Ty też nie żyjesz, synu. W całej akcji bierze też udział Hugo, który też nie żyje (alternatywny świat okazuje się być bowiem czymś w rodzaju poczekalni przed drogą do Nieba), który dla przykładu w prawdziwym świecie stał się nowym przywódcą wyspy i jeszcze długie życie przed nim.

To, co obejrzałem w Zagubionych jest tylko przykładem ludzkiej interpretacji jakichś eschatologicznych wydarzeń. Ale myśl, że wszyscy kiedyś umierają ma tu bardzo wielkie znaczenie, bowiem wszyscy bohaterowie serialu spotykają się w tym samym miejscu o tej samej porze po „tamtej stronie”, choć część z nich nie żyła od dawna, część zginęła na wyspie, a część dalej sobie jakoś radzi. Tę prostą interpretację można odczytać w sposób teologiczny: Bóg nie potrzebuje, aby ludzkość wymarła, żeby tę ludzkość zgromadzić na Sąd. Być może więc ludzkość nigdy nie wymrze, będziemy istnieć w nieskończoność, a na Sądzie Ostatecznym spotkamy się z nieskończoną ilością ludzi ze wszystkich miejsc i czasów? Dla Boga nie ma przecież nic niemożliwego.

Nie jestem pewien, czy dobrze to wytłumaczyłem: każdy człowiek kiedyś umrze i spotka się z Panem, każdy będzie miał swój koniec świata. Jednak ludzkość sama w sobie nie musi wymrzeć. Ta opcja jest jednak niestety dość prawdopodobna, np. kiedy rzeczywiście słońce postanowi spalić ziemię. Choć ja przypuszczam, że do tego czasu wymyślimy podróże międzygalaktyczne i polecimy w kosmos. Przejdźmy jednak to tematu notki. Spotkanie na Sądzie w momencie śmierci zakłada natychmiastowe zmartwychwstanie. Oczywiście założenie nie jest bezpodstawne. Święty Tomasz udowadniając niezależność duszy od ciała (możliwość myślenia i decydowania wynika z duszy, nie z ciała) wykazał jej nieśmiertelność. Odkrył jednak również, wbrew świętemu Augustynowi, że człowiek jest jednością duszy i ciała, a nie duszą zamkniętą w klatce ciała. Co za tym idzie – choć dusza ludzka jest nieśmiertelna, to nie może być osobnym duchowym bytem, musi pociągać ciało ze sobą. Stąd wniosek, nie kolidujący również z faktem niematerialności i pozaczasowości świata Boga, że dusza nigdzie i nigdy na zmartwychwstanie ciał czekać nie musi. Bo tam, gdzie dusza odchodzi po śmierci ciała, nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Oczekiwanie, myśl o którym zakorzeniła się mocno w kulturze chrześcijańskiej, odbywa się de facto poza czasem i przestrzenią, a więc w rzeczywistości wcale się nie odbywa. A co za tym idzie zmartwychwstanie ciał następuje w momencie śmierci. Że są to ciała uwielbione, inne od naszych aktualnych i niewymagające zabalsamowania zwłok nie ulega wątpliwości. Sam Chrystus zmartwychwstając ukazał nam wzór ciał, które my jako Jego uczniowie w chwili śmierci otrzymamy.

Niebo, które dotąd przez wielu rozumiane jest jako miejsce, gdzie czeka się na zmartwychwstanie, miejscem nie jest. Dusza bowiem niematerialna żadnego miejsca do niczego nie potrzebuje. Dlatego też należy odrzucić myśl, że Niebo jest jakimkolwiek miejscem, albo że czyściec trwa… Niebo jest stanem wiecznej szczęśliwości. „Stan” to najlepsze ludzkie słowo, które może oddać istotę Nieba. To nie miejsce, nie czas, lecz stan przebywania z Bogiem w wiecznej radości. Jeśli nazwiemy je miejscem, musimy założyć, że jest materialne. Ale jeśli użyjemy słowa „stan”, to zmartwychwstałe ciała będą mogły przebywać nawet i na odnowionej ziemi (jak chcieliby Świadkowie Jehowy), ale jednocześnie właśnie w stanie niebiańskiej szczęśliwości. Czyściec zaś byłby również jakimś stanem oczyszczenia, przemiany, wypalenia „jakby przez ogień”, jak mówił święty Paweł. A piekło to stan nieszczęścia, oddalenia od Boga.

Co każe nam snuć podobne przypuszczenia? Nunatak przecież napisał, że „zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała” pisząc o Zaśnięciu i Wniebowzięciu Maryi. Należy jednak przypomnieć, że w Piśmie Świętym Nowego Testamentu jest opisane jedno wzięcie człowieka z ciałem do Nieba. Nie chodzi tu o Maryję, lecz o samego Jezusa. On jako pierwszy pokazał nam, że w mieszkaniu Boga będziemy mogli korzystać z ciał. Że zakładanie, iż Niebo jest światem niematerialnym jest błędem. Bo tam właśnie, w Niebie, sam Jezus Chrystus przebywa z duszą i ciałem, co wiemy z Biblii. Do snucia hipotez nie potrzeba nam Wniebowzięcia Maryi. W Niebie, jako stanie bliskości z Bogiem, mogą przebywać zarówno niematerialni aniołowie, jak i materialni ludzie. A czy tam jest czas i przestrzeń? Jeśli nam ona jest potrzebna, pewnie tak. Może to jest rzeczywiście nowa ziemia.

Ja widzę ten wielki hotel w kształcie żagla, nad ogromnym jeziorem. Mnie, moich bliskich, moje zwierzaki. I Boga, z którym mogę rozmawiać w cztery oczy. Jak będzie naprawdę – nie wiem. Wiem, że Jezus utorował nam drogę do Nieba, które nie jest wcale światem niematerialnym. I On to udowodnił, idąc tam wraz ze swoim ciałem uwielbionym.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Imieniny

Bardzo ciekawe zdarzenia miało miejsce w moim życiu, coś co Cytrynna nazywa „chodzącymi motywami”. Motywy chodzą grupami, a co najmniej parami, jak wynika z wpisu owej. Ten przyszedł parą, ale wystarczyło, by stworzyć w mojej głowie pomysł na ważną notkę.

Popołudniu zajmowałem się synkiem bliskiej znajomej, podczas gdy ona podążyła do lekarza z migrenowym bólem głowy oraz po odbiór córki z przedszkola. Po powrocie opowiedziała mi, że siostry-przedszkolanki dały córce w przedszkolu cukierki, żeby je rozdała dzieciom, bo myślały, że ma imieniny. Po rozwinięciu tematu okazało się, że tak do końca nie wiadomo, czy siostry się pomyliły, bo córka zwyczajnie imienin nie obchodzi i jej mama nie wie właściwie, kiedy one wypadają. W tym domu obchodzi się urodziny. Z kolei po powrocie do własnego domu dostąpiłem zaszczytu przeczytania maila imieninowego, w którym znajoma nosząca imię Aleksandra życzyła mojej żonie, również Aleksandrze, wszystkiego dobrego, ponieważ ten dzień wybrała sobie na swoje imieniny i pomyślała, że moja żona mogła wybrać ten sam dzień. Notka zrodziła się w mojej głowie.

Cała sprawa nie wydaje się taka ciekawa, ot, kwestia obchodzenia czy nieobchodzenia imienin, dopóki nie spojrzy się na chrześcijańskie znaczenie imienia i dnia imienin – a wszystkie wymienione osoby są wierzącymi i praktykującymi katolikami. Otóż tradycją chrześcijan od najwcześniejszych lat chrześcijaństwa było nadawanie imion na cześć osób, które żyły w Kościele wcześniej i osiągnęły świętość. Nadawano więc imiona pod kątem patronów – osób, które miały za dziećmi (lub chrzczonymi dorosłymi) orędować u Boga w Niebie. Od dawna więc w Kościele dzień imienin jest świętowany huczniej, niż dzień urodzin, bo urodziny nie wnoszą wiele do naszego życia (niektórzy twierdzą wręcz, że należałoby obchodzić dzień „poczęcin” zamiast urodzin), a imieniny są dniem, w którym czcimy Boga przez naszego patrona, którego wspominamy tego dnia – najczęściej jest to rocznica jego śmierci, ale wspomnienie może być ustalone także na inny dzień, oczywiście ustala to Kościół. Są osoby, które dzień imienin traktują jako pamiątkę chrztu, ponieważ łączą sam fakt przyjęcia chrztu z nadaniem imienia, a więc i wyborem patrona. Połączenie nie jest nieuzasadnione, nawet gdy dziecko ochrzczono w innym dniu, niż przypadał dzień patrona.

My sami nadajemy naszym dzieciom imiona patrząc na patronów, którzy w Niebie będą za nimi orędować (i oto zamierzam wreszcie zdradzić część tożsamości dzieciów na blogu, czego dotąd unikałem skrupulatnie). Nasz syn nosi imiona Gabriel Michał, ma imieniny 29 września, dlatego, że tego dnia wspominamy świętych archaniołów, którzy nad nim czuwają. Córce nadaliśmy imię ze względu na zamiłowanie do niego od dawna, a imieniny ustaliliśmy, ponieważ dzień który wypadał miał dla mnie szczególne znaczenie. Jednak Natalia Agnieszka również obchodzi imieniny w dniu swojej patronki, świętej Natalii z Toledo, ściętej około 852 roku za wiarę. Drugich imienin nie obchodzimy, ale wypadają 21 stycznia, w dniu św Agnieszki Rzymianki, męczennicy.

Wybierając dzień imienin swoich czy swoich dzieci, wybieramy jednocześnie patrona dla siebie czy dziecka. Osobę, która w Niebie ma na nas uważanie, która z Bogiem rozmawia o naszych sprawach. I tak moja żona obchodzi imieniny 18 maja, jej patronką jest więc św. Aleksandra z Ancyry (Ankary), która miała być jedną z sześciu dziewic utopionych w grzęzawiskach za oddawanie czci Bogu i odmowę przemarszu z posążkiem Artemidy. Aleksandra z 12 grudnia ma zaś za patrona mężczyznę, św. Aleksandra umęczonego w Aleksandrii w 250 roku wraz ze św. Epimachem za niewzruszoną wiarę mimo licznych tortur. Córka zaś znajomej, nosząca imię Łucja, jeśli rzeczywiście jej imieniny przypadają 13 grudnia, jest pod patronatem św Łucji z Syrakuz, męczennicy, której ukazała się św. Agata i przepowiedziała jej śmierć męczeńską. Łucja odwołała wolę zamążpójścia i ślubowała czystość, za co niedoszły mąż wydał ją na śmierć, wyjawiając, że była chrześcijańską. Jeśli jednak znajoma nie wybrała jeszcze patronki, może odnaleźć wspomnienie innych świętych Łucji (wygląda na to, że głównie są to chińskie i koreańskie męczennice. Co otwiera dodatkowy rozdział znaczenia imienia – chrześcijanie na wschodzie przyjmują bowiem jak widać imiona świętych katolickich, choć przez lata nosili swoje szlaczkowe imiona), albo nawet wybrać na patronkę Łucję z Fatimy (koleżankę Franciszka, to ma znaczenie), która jeszcze wprawdzie błogosławioną nie jest, ale proces beatyfikacyjny jest w toku i w trybie przyspieszonym. Spodobał mi się też pomysł na wzięcie jako patronkę bł. Łucji z Narni. Okazuje się, że nie chodzi o Łucję z Narni po drugiej stronie Starej Szafy, lecz o włoską zakonnicę, stygmatyczkę i mistyczkę. Wspomnienie: 14 listopada.

Pamiętajmy zatem, że imiona które nadajemy naszym dzieciom i które sami nosimy, mają nie tylko znaczenie symboliczne czy sentymentalne, ale przede wszystkim wskazują na to, kto spośród świętych i błogosławionych Kościoła Niebieskiego opiekuje się nami i naszymi dziećmi. Dlatego zachęcam do zwrócenia szczególnej uwagi na to, jakich patronów wybierzemy. I do świętowania imienin!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

W ostatniej chwili

Minęło kolejne 500 lat…

Pytania Ciamajdy są naprawdę ciekawe i dają do myślenia. I czasem rzeczywiście trzeba troszkę dłużej pomyśleć, żeby udzielić na nie odpowiedzi. Ale pozwólcie, że spróbuję.

Cała komentarzowa wypowiedź Ciamajdy brzmiała tak:

Napisałeś tak: „Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść?” W takim razie moje pytanie jest następujące. Czy to nie byłoby tak, że to właśnie owa „ostatnia chwila”, jej nieskończona powaga i znaczenie – a nie sam człowiek ze swej nieprzymuszonej woli – popychałaby go w objęcia Boga? I czy w takim razie nie mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem? Bo to nawet nie chodzi o strach przed potępieniem. Powiedzmy że człowiek by się tego potępienia nie bał. Ale dlaczego ta „ostatnia chwila” miałaby się pod względem nawrócenia wyróżniać spośród wszystkich chwil mijającego życia. Jasne, że nie musiałoby być za późno, wierzę że miłosierdzie boże sprawia, że nigdy, dopóki żyje człowiek, nie jest za późno, ale nie potrafię zrozumieć tego, że właśnie tej „ostatniej chwili” nadaje się takie znaczenie w kwestii nawrócenia. No i można zapytać, czy każdy człowiek taką ostatnią chwilę, w której mógłby się namyślić, ma zagwarantowaną. Jeśli ktoś bardzo grzeszny, no potwór wręcz, wpada pod samochód, to trudno zakładać że mógłby przed śmiercią zdążyć pojednać się z Panem Bogiem, bo on może nawet nie widziałby tego rozpędzonego samochodu za sobą. Inna sprawa, to czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę. Bo to brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie.

Nie istnieje żadna nieskończona powaga i znaczenie „ostatniej chwili”. Ostatnia chwila nie jest żadnym magicznym zdarzeniem. Owszem, wyraziłem swego rodzaju nadzieję, że człowiek w swej wolności mógłby nawrócić się w ostatniej chwili, co prowadziłoby do powszechnego zbawienia dzięki ludzkiemu nawróceniu. Jednak sama ostatnia chwila jako cudowne zdarzenie nie istnieje. Ciamajda ma bowiem rację: gdyby wszystko zależało od owej ostatniej chwili, byłoby to złamaniem ludzkiej, koniecznej do zbawienia świadomego, wolności. Wówczas byłoby tak, jak pisze Ciamajda, że „mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem”.

Czym zatem byłaby ta ostatnia chwila, gdyby można było przypuszczać, że rzeczywiście istnieje? Otóż część teologów wyraża swoją nadzieję, że ta ostatnia chwila mogłaby być rzeczywiście czymś wyjątkowym, ale nie ze względu na swoją ostatniochwilowość. Tłumacząc wcześniej to zagadnienie zapomniałem o najważniejszym, Bożym elemencie „ostatniej chwili”. Otóż osoby wyrażające nadzieję na istnienie ostatniej chwili interpretują ją w następujący sposób: jest to moment na samej granicy życia lub śmierci, w którym jeszcze żyjesz, ale dane jest ci już oglądać Boga. Związane jest to z tym, że za życia jesteśmy od Boga oddzieleni, po śmieci zaś oglądamy Go twarzą w twarz. Ta „ostatnia chwila” miałaby być zaś taką chwilą graniczną. Mówi się więc, że w związku z obejrzeniem i zachwyceniem się wszechogromem i nieskończoną dobrocią Boga, człowiek podejmowałby w tej ostatniej chwili ostatni akt woli, wyciągając rękę do Boga i mówiąc „amen”. Albo, jak Ciamajda napisał, „chcę”.

Oczywiście, w dalszym ciągu możemy mieć wątpliwości, czy gdybyśmy rzeczywiście w ostatniej chwili życia mieli możliwość oglądania oblicza Pana, to w ogóle moglibyśmy powiedzieć „nie chcę”. Czy mielibyśmy wybór, czy nie byłoby to przełamanie naszej wolności. Jest to jednak dylemat podobny do tego, czy Maryja mogła odmówić Gabrielowi przyjęcia Bożego Dziecka. Czy, jako bezgrzeszna, nie popełniłaby wówczas grzechu. I rzeczywiście można by powiedzieć, że Jej wola w jakiś sposób była złamana. Jednak nie wolno mieć wątpliwości, czy dokonała aktu zgody jako własnej decyzji. Nikt Jej do tego nie przymuszał, nawet jeśli wynik wyboru był z góry możliwy do przewidzenia. Tak też byłoby z „ostatnią chwilą”. Choć nie sposób prawdopodobnie ujrzeć oblicze Pana i powiedzieć „nie chcę”, to jednak zachwyt i wszechogarniająca miłość nie są powodem do odtrącenia naszej wolności. Bóg nie ciągnąłby nas na siłę w ostatniej chwili, lecz wyciągałby rękę, którą my moglibyśmy schwycić lub nie.

Można więc powiedzieć, że ta ostatnia chwila nie musiałaby wcale trwać nawet ułamka sekundy. Największa szuja potrącana przez niezauważony samochód też by ją miała. Dla Boga czas bowiem tak naprawdę nie ma znaczenia. Pozostaje jednak pytanie, „czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę”. To rzeczywiście „brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie”. Zgadza się, jest to coś w rodzaju patetycznej nadziei na, jednak, apokatastazę, bez względu na to, co poszczególni ludzie robili za życia. Dlatego ja nie jestem wielkim orędownikiem nawrócenia w ostatniej chwili. Sądzę, że potrzeba chociaż spowiedzi, przydałoby się też namaszczenie. Jednak z drugiej strony jest Jezusowa przypowieść o robotnikach.

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi» (Mt 20, 1-16).

W związku z powyższym fragmentem, gdyby liczyć, że ktoś przyszedłby do pracy w ostatniej chwili, dostałby taką samą nagrodę, jak ci, którzy pracowali od początku dnia. O ile oczywiście w ogóle możliwe jest nawrócenie w tej, teoretycznej przecież, ostatniej chwili.

Z trzeciej strony Szatan miał możliwość ciągłego oglądania Boga twarzą w twarz. A jednak podjął decyzję odwrotną, powiedział „nie chcę”. Niezbadane są wyroki Boskie. I wola Bożych stworzeń.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jak to jest z tym piekłem?

Ciamajda pięćset lat temu zadał mi pod notką z pytaniami i odpowiedziami kilka pytań. Nie dałem rady się do dziś do nich zabrać. Prawie dwa miesiące minęły bez notki – ale wciąż pozostaję przy najmniej jednej miesięcznie! Stwierdziłem jednak, że może jest wreszcie czas na napisanie czegoś.

Ciamajda zapytał tak: „Po pierwsze jak to jest z piekłem, będzie ono czy nie? Upowszechnia się bowiem pogląd jakoby piekło albo w ogóle nie istniało, albo nie było wieczne, tylko przejściowe. W zasadzie to utożsamiane być zaczyna z czyśćcem.” Rzeczywiście, słyszałem różne teorie związane z piekłem. Ostatnio jestem dość blisko zżyty ze Świadkami Jehowy, którzy na przykład twierdzą, że piekło nie jest wspomniane w Piśmie Świętym, że to raczej oznacza wieczną śmierć, a więc nieistnienie człowieka po śmierci, jeśli był niegodny. Kościół katolicki nigdy jednak nie miał wątpliwości, że kara ognia piekielnego, o której jednak Jezus wspominał, czy zmartwychwstanie dla potępienia jest czymś realnym. Przez wieki jednak zmieniał się pogląd co do tego, jak ten ogień ma wyglądać. I tak pierwotnie miał to być prawdziwy, gorący ogień i wieczne tortury. Niektórzy Ojcowie Kościoła widzieli w tym wręcz jedną z rozkoszy dostępną dla zbawionych (obserwacja męki potępieńców musi być zaiste zajmującym zajęciem). Współcześnie jednak od tak dosłownego rozumienia piekła powoli się odchodzi. Wiele zmieniła teoria utożsamiająca niebo i piekło nie tyle, jak dotychczas, z miejscem, ile ze stanem. Niebo jest więc stanem wiecznej szczęśliwości, a może się znajdować gdziekolwiek, choćby i, jak twierdzą Świadkowie na temat Raju, na ziemi. Niebo to stan, w którym czujemy się nieskończenie szczęśliwi z obecności Boga, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy. Piekło z kolei byłoby wówczas stanem wiecznego nieszczęścia. Wiecznego odłączenia od Boga. Pomyślmy sobie: po co komu ognie i tortury, skoro nie może spotkać się z Panem? Czy istnieją cięższe od tych męki?

Czyściec zaś, jak mówi w wielu miejscach współczesna teologia (chociażby Benedykt XVI w encyklice Spe salvi), nie trwa, lecz jest. To znaczy nie odpokutowujesz za swoje grzechy piętnastu czy dwudziestu lat, lecz zmartwychwstając przechodzisz przez ogień, by oczyścić się z wszelkiej nieczystości. I to jest cały czyściec. Boli, ale ból jest przyjemny. I nie ma nic wspólnego z piekłem, czyli z oddzieleniem od Boga.

Inna sprawa to teoria apokatastazy. Są i zawsze byli tacy, którzy twierdzili, że skoro wszystko wyszło z Boga, wszystko powinno też do Niego powrócić. Co za tym idzie – piekła albo nie ma, albo jest przejściowe (jak czyściec). Ponieważ bowiem każde stworzenie wraca do Boga, to miłosierdzie Boże przywołuje do siebie z czeluści największych grzeszników. Na koniec wreszcie do łona Ojca powróci pierwszy odstępca, czyli Szatan. Przykro mi, ale nie jestem zwolennikiem apokatastazy. Wyklucza ona bowiem coś bardzo w stworzeniu istotnego – a więc wolność. Bóg, dając aniołom i ludziom wolność, sam sobie swoją wolność ograniczył. Nie zechciał nas bowiem do niczego zmuszać. Jeśli więc podejmiemy decyzję o odstąpieniu od Niego, On nie będzie nas na siłę do siebie ciągnął w imię jakiejś apokatastazy. Mam znajomych, którzy mają do Jezusa żal, że ich zbawił, bo oni wcale nie chcieli. Czy sądzicie, że oni rzeczywiście z konieczności są zbawieni? Jednak mój brak wiary w apokatastazę nie wyklucza nadziei na tzw. puste piekło. Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść? A na samym końcu sam Szatan ukorzy się, przeprosi i powróci do swojego Stwórcy? Jeśli zło nie ma istnienia samo w sobie, to może i on ma tę odrobinę dobra, które go ku Panu pociągnie?

Piekło zostało nam objawione. Nie musimy się go jednak bać, jeśli kochamy i służymy Jedynemu. A czy okaże się w końcu czasów być puste? Aż do końca się o tym nie dowiemy…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Radość odchodzenia

I jak często tytuł kontrowersyjny. Zwłaszcza jak na ten czas który mamy teraz, czyli noc między Wszystkimi Świętymi a Zaduszkami. Wiedziałem, że muszę napisać coś na temat, a notka o śmierci już była (na poprzednim blogu) więc dziś coś o radości odchodzenia.

Ludzie boją się śmierci. To już zaznaczałem, nie tylko ja zresztą. Śmierć z domu i otoczenia rodziny przeniosła się do szpitali, hospicjów. Dzieciom nie mówi się, że dziadek nie żyje, lecz że wyjechał. Śmierć stała się dobrze sprzedającym się towarem na półkach z zabawkami i w telewizji. Eutanazja by skrócić męki cierpiącym, aborcja by sobie skrócić męki, kara śmierci by nie patrzeć w oczy prawdzie. Tym czasem aż się wzdrygujemy gdy myślimy, że ktoś mógłby nas odłączyć od maszyny dostarczającej pożywienie byśmy zmarli z głodu czy że ktoś mógłby nie dopuścić do naszego narodzenia nawet. Już nie wspomnę o tym, że myśli o tym, że samochód jedzie za szybko, że budowla jest niestabilna, że piorun wali w drzewa, nie przechodzą nam nawet przez głowę. Nie zgadzamy się z myślą, że będziemy musieli umrzeć. W tym czasie budujemy fabryki kosmetyków odmładzających, leków dodających wigoru, farb pokrywających siwiznę. Z dumą patrzymy na pnące się w górę statystyki mówiące o tym, że średnia wieku sięga 75, 80, 85 lat. I marzymy „ech, żeby chociaż tej siedemdziesiątki dożyć, to byłoby pięknie”. Modlitwy powtarzane nieraz w kościele przez starsze panie (ale i niektórą młodzież) pod wieczór „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg Wszechmogący…” stają się mechaniczne i w myślach brzmią „Noc spokojną i żadnej śmierci…” Myśl o śmierci dostarcza rozstroju nerwowego.

Pierwsi chrześcijanie pragnęli szybkiej śmierci. Najlepiej w mękach i we krwi, na cześć i chwałę swego Pana. Nie bali się śmierci. Nie uciekali przed nią. Wiedzieli bowiem, wierzyli z całego serca, że czeka ich wieczność lepsza niż doczesność na świecie. Jezus Chrystus jako pierwszy pokazał że śmierć nie jest końcem, lecz początkiem drogi. Że po śmierci doczesnej czeka nas życie wieczne. Że doczesność, tu – na ziemi, jest po to, by sprawdzić samych siebie czy jesteśmy godni wiecznego życia, czy chcemy żyć wiecznie. Święty Paweł miał dylemat: umrzeć czy żyć? Wszak żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk. Mógł umrzeć i na wieki być z Chrystusem. Albo żyć dla zbawienia innych. Chciał odejść. Cieszył się na odejście. Inni także.

Dziś jest inaczej. Ludzie chcą żyć. Zapominają o obietnicy wieczności. Zapominają o zmartwychwstaniu. Kochają to życie. A przecież Jezus powiedział – jeśli kto kocha to życie, straci je, jeśli zaś ktoś nienawidzi życia, zyska je na wieki. Obietnica wydaje się jasna. Nie należy miłować tego świata, lecz Boga który jest ponad światem. Nie należy służyć światu, lecz Miłości Wiekuistej, która ten świat stworzyła. Nie należy przyjaźnić się z doczesnymi dobrami i mamoną, lecz z ludźmi, których umiłował Zbawiciel i których jedynym celem jest życie wieczne.

Śmierć jest radością. Oczywiście, że tajemnica przemijania wprawia nas w zadumę. Wszystkich, i Katolików, i ateistów i wyznawców wszelkich religii. Oczywiście, że odejście naszych bliskich sprawia, iż pytamy się co dalej. Ale Bóg dał już odpowiedź co dalej. „W domu Mego Ojca jest mieszkań wiele”. Poszedł przed nami, by je nam przygotować. „Gdyby było inaczej, powiedziałbym wam”. Wierzę w to z całego serca. Dlatego żyję tylko po to, by umrzeć. Nie boję się śmierci. A dopóki Bóg utrzymuje mnie przy życiu, ja będę pomagał Mu jako Jego narzędzie w zdobywaniu serc które również rozmarzą się o śmierci. Bo śmierć jest pierwszym krokiem ku nowemu życiu.

A teraz skąd wypływa mój ogromny optymizm, choć wydaje się, że zamulam? Bo świat jest zły. Bardzo zły. Pełno na nim zła, wydaje się, że więcej niż dobra. I choć Bóg go stworzył, dał aniołom i nam wolną wolę przez co sprawiliśmy, że świat stał się gorszy. Dziś świat gnije. Rozkłada się. Trędowacieje. Rakowacieje. Umiera. A każda śmierć prowadzi tylko do jednego…

Do zmartwychwstania.

Na koniec dodam tylko, że założyłem wreszcie forum na którym będziecie mogli szerzej komentować notki, rozpisywać się na różne tematy religijno – filozoficzne. Nie chcę by ono zastąpiło blog, chcę jedynie by było dla nas wsparciem. O wsparcie proszę również osoby gotowe mi tego wsparcia udzielić, bo często czuję się z tym blogiem bardzo samotny (gdy osoby od lat związane z Oazą w tym samym stopniu podważają to co tu piszę co ateiści, więc z nikąd żadnej pomocy choćby teologicznej). Przede wszystkim każdego dnia proszę o wsparcie Boga. Bóg jest zawsze ze mną. Choć nie mam pojęcia, czy to co tu piszę jest Jego podpowiedzią, czy moją fanaberią. Acha, i wyjeżdżam. Będę mieszkał w Rzgowie i tam pracował, a studiował w Łodzi. Nie będzie mnie więc tak często. Tym bardziej potrzebna mi pomoc. Adres forum to http://www.gnorofex.gaa.pl. Proszę logować się pod stałymi (tu, na blogu) lub rozpoznawalnymi nickami. Dziękuję. Niech Bóg ma Was w swojej opiece.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy