Posts Tagged With: Ojciec

Moda chrzcielna

Byłem na Święta w moim rodzinnym domu i miałem przyjemność obserwować kilkoro dzieci obmywanych z grzechu pierworodnego – troje w każdy dzień Bożego Narodzenia. Przy okazji również udało mi się zaobserwować ciekawy trend modowy wśród osób te dzieci do chrztu przynoszących. Nie jest już bowiem tylko tak, że matka rodzona z matką chrzestną ścigają się ze sobą na długość sukienek (ta wygrywa, która ma krótszą). To nawet nie jest aż taka tragedia, jak się może zdawać – krótka sukienka jest bowiem dla wielu niezorientowanych osób czymś w rodzaju wyznacznika elegancji, a to oznacza, że kobiety mimo wszystko próbują być eleganckie na chrzcie swego dziecka czy chrześniaka. O wiele gorsze okazują się być trendy panujące ostatnio wśród mężczyzn. Oni bowiem postanawiają często odrzucać to, co nazywa się elegancją.

Na sześć chrztów obserwowanych ostatnio w przynajmniej połowie z nich brali udział ojcowie czy ojcowie chrzestni, którzy mieli na sobie jeansy. Przy czym z pewnością zdarzyło się, że byli to obaj panowie. Do tego brak marynarki i – najczęściej – koszula niekoniecznie „wyjściowa”. Brak butów garniturowych rekompensowały adidasy. Przy jednym chrzcie asystowała również (będąca prawdopodobnie jednocześnie babcią chrzczonego dziecka) chrzestna ubrana w spodnie, wcale nie od eleganckiego kostiumu. Kiedy widzę taką rewię mody, przypomina mi się pewien – wcale wierzący – ojciec, który na chrzcie własnego dziecka występował we flanelowej koszuli w kratkę. Tak, miał brodę. Drwale teraz są na topie, ale nawet drwal powinien umieć się ubrać na chrzest swojego potomka…

formal-1drwalPojęcie „elegancja” zniknęło ze słownika współczesnej ludzkości. Można to łatwo zaobserwować na rozpoczęciu czy zakończeniu roku szkolnego, gdzie już nie tylko uczniowie nie ubierają się „na galowo”, ale wielokrotnie są to również nauczyciele. Dziewczęta, którym przypomina się o założeniu spódnic, często wybuchają śmiechem. A ta postawa przekłada się później na dorosłe życie – także na niedzielne wizyty w kościele czy chrzest własnego dziecka. Jak jednak powinni ubrać się rodzice i chrzestni, którzy zamierzają przynosić dziecko do chrztu? Stwierdzenie „na galowo” mogłoby wyjaśniać wszystko, ale chyba już nie w dzisiejszych czasach. Zatem zacznijmy od panów.

Panowie – ojcowie i ojcowie chrzestni – powinni mieć buty garniturowe, spodnie „w kant” i marynarkę. Jak ktoś jest bardziej wysublimowany, może założyć frak albo surdut. Jak lubi – może i kamizelkę. Nie jest to ubranie, które sugeruję zakładać na siebie zawsze, gdy się idzie do kościoła, ale na chrzest dziecka warto się lepiej ubrać. Koszula i krawat dopełnią szyku – oczywiście z zaznaczeniem, że koszula musi być elegancka i pasować do garnituru.

Panie najlepiej jeśli założą sukienkę lub spódnicę, ale nie sięgającą wyżej, niż nieco nad kolano. Wiele osób wciąż promuje styl, w którym pani ma mieć na tyle długie odzienie, by zakrywało kolana kiedy stoi i kiedy siedzi. Osobiście jednak uważam, że nie ma takiej konieczności – to nie kolana sprawiają, że mężczyźni zamiast na mszy, skupiają się na wdziękach matek chrzestnych. Bluzka – elegancka – nie powinna mieć głębokiego dekoltu. Oczywiście w przypadku pań mamy do czynienia z wieloma możliwościami dostosowania odzienia. Każda sukienka, spódnica, bluzka, każdy żakiet są inne. Ważne jednak, by kobiecy ubiór pozostawał skromny i ładny. Nawet jeśli panie nie są w stanie założyć spódnicy i muszą zamiast tego wybrać spodnie, powinny to być eleganckie spodnie, najlepiej „w kant” jak u mężczyzn.

Zatem – Panowie i Panie! – jeśli wybieracie się na chrzest własnego dziecka czy chrześniaka, ubierzcie się ładnie, elegancko i dostojnie. A nie modnie i wyzywająco. A image drwala (to szczególnie do panów) zostawcie sobie na inną okazję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Mężczyzna w garniturze, zdjęcie za: http://secondhanddandy.pl/2015/08/jak-ubrac-sie-na-wesele-jako-gosc-mezczyzna-facet.html
2. Drwal, zdjęcie za: https://pl.pinterest.com/explore/lumberjacks/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zrodzony, a nie stworzony

Tak mówimy my, katolicy, w naszym Credo, czyli wyznaniu wiary. Ostatnie moje dyskusje (zwłaszcza ta dzisiejsza, prywatna) nakłoniły mnie do wyjaśnienia tego, zdawać by się mogło, prostego stwierdzenia. Skupmy się najpierw na kilku cytatach z Pisma Świętego:

– Kol 1, 15-17: On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie.
– Hbr 1, 5: Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek: Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził? I znowu: Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem.
– J 1, 18: Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył.

Te wersety mówią o zrodzeniu Słowa. I jeszcze kilka innych cytatów:

– J 8, 56-58: Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem».
– J 1, 1-3: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (Porównajmy z Rdz 1, 1: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.)
– Ap 3, 14: Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego.

Te wersety mówią o przeszłości Słowa, oraz o stworzeniu przez Nie.

Ludzie, z którymi dyskutuję biorą pierwszy przytoczony przeze mnie fragment i interpretują go tak: Pierworodny wobec każdego stworzenia oznacza, że stworzony jako pierwszy, najidealniejsze ze stworzeń. To, oczywiście, zupełny absurd, jeśli rozumie się znaczenie słów „zrodzony” tudzież „pierworodny” oraz „stworzony”. Tłumaczyłem to już, zdaje się, w poprzedniej notce, ale jeszcze raz wytłumaczę: kobieta może zrodzić dziecko. A stworzyć może na przykład dzbanek gliniany. Syn pierwszy z wielu będzie zaś pierworodnym, ale będzie również pierworodnym syn, który pozostanie jedynym. Zadano mi dziś pytanie: „Ale jak takie zradzanie wygląda u Boga”? Niestety, nie byłem w stanie wyjaśnić tego opisowo – bo Bóg to nie jest kobieta, ani starzec z brodą. Wiem tylko, że Ojciec mówi do Syna: „Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”. Bóg to byt duchowy. Jak rodzą byty duchowe – tego nie wiemy.

J 1, 18 („Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył”) dostarcza nam jeszcze ciekawszych szczegółów. I nie mówię tu o nazywaniu Syna Bogiem – bo ktoś, kto chce przekręcić nauczanie Pisma zacznie twierdzić, że to jest bóg, to znaczy ktoś boski – lecz o mówieniu o Jednorodzonym jako o będącym w łonie Ojca. Wnioskować z tego możemy, że Syn pochodzi z Ojca, więcej: że On wciąż trwa w Ojcu. Dlatego my, katolicy, nauczamy, że Syn jest nie tyle zrodzony czasowo, zanim wszystko zostało stworzone, lecz że jest wiecznym zrodzeniem, lub zradzaniem: że bycie Synem oznacza bycie zrodzonym. Tak, jak bycie Ojcem oznacza bycie rodzącym.

Przejdźmy do kolejnych cytatów i zatrzymajmy się przy prologu Ewangelii św. Jana: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Prosiłem, by porównać te słowa z Rdz 1, 1-2: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami”. Wyraźnie rzuca się w oczy, że pierwszy werset Ewangelii Jana jest wzorowany na 1 wersecie księgi Rodzaju. Możemy wręcz twierdzić, że jest to działanie zamierzone. Wiemy więc, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię, a także, że na początku było Słowo. Mamy tu więc podobną konsekwencję, jak w J 8, 56-58: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem»”. Ten ostatni fragment już tłumaczyłem, ale w nawiązaniu tryknę go jeszcze raz.

Wiemy więc, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię, i że na początku było Słowo. Czy więc Słowo było stworzone? Czy Ono powstało w czasie? Kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, Słowo już tam było! Słusznie moje dzisiejsze rozmówczynie zwróciły uwagę na cytat: „A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!” (Rdz 1, 26) – stwierdzając, że Bóg mówi tu do Syna (o którego stworzeniu nie ma mowy w Rdz, choć możemy próbować wyjaśniać, że stworzył Go Bóg wraz ze stwarzaniem nieba). Ja posunąłbym się w tej interpretacji dalej: Bóg mówi w liczbie mnogiej, a więc jest Go więcej… Pamiętajmy – autor natchniony nie wiedział o istnieniu Syna. Księga Rodzaju jest jedną z najwcześniej napisanych ksiąg, autor rozpoczynał dopiero całą długą tradycję objawienia Bożego. Pisał to, co czuł – to, co podpowiadał mu Duch Święty. Możemy się więc w tym fragmencie dopatrzyć istnienia Boga, który mówi (a więc i jest) w więcej niż jednej osobie. Ale dziś nie główkuję nad Trójcą, lecz nad Synem niestworzonym… Wrócę więc do tematu.

Kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, Słowo już tam było. Słowo, czyli Syn, jest więc niestworzony (a że jest zrodzony, i że jest w łonie Ojca, to już wiemy z J 1, 18). Nie muszę chyba dodawać, że skoro „Bóg stworzył niebo i ziemię”, a „było Słowo”, to któż inny był na początku, przed wszelkim stworzeniem, jeśli nie Bóg? Ale to też, prawdopodobnie, kontrowersyjny dodatek… Wróciwszy zaś do Abrahama możemy połączyć te dwa wersety i uznać, że Chrystus jest – wiecznie i niezmiennie – zanim stworzony został Abraham – był bowiem na początku.

Wielu nieuzasadnionych kontrowersji dostarcza zaś werset J 1, 3: „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Zwiastun tłumaczył nam to ostatnio w ten sposób: „wszystkie stworzone rzeczy, za wyjątkiem jego samego, ponieważ On jest jedyną istotą, bezpośrednio stworzoną przez Boga (Jan.1:14,18; 3:16,18; 1Jan.4:9), wszystkie rzeczy stały się przez Niego jako pomocnicze narzędzie nie będące jednak Źródłem działania, którym jest sam Ojciec. (…) Tutaj mamy pokazane, że nasz Pan jest głównym narzędziem Bożym w stwarzaniu, że oprócz Niego samego nic nie zostało stworzone bez Niego. Bez względu na to jakich pomocników miał On wśród aniołów w dziele stwarzania, wszystko co czynili, było w każdym szczególe pod Jego kontrolą.” Oczywiście, jeśli wychodzimy z założenia, że Słowo jest stworzone przez Boga, jesteśmy zmuszeni kombinować w ten sposób, przeinaczając całkowicie znaczenie słów Pisma Świętego. Zwracam szczególnie uwagę na niektóre słowa z wypowiedzi Zwiastuna, bynajmniej nie odosobnionego w swoim przeinaczaniu: „wszystkie stworzone rzeczy, za wyjątkiem jego samego” czy „oprócz Niego samego nic nie zostało stworzone bez Niego”. Oczywiście w żadnym razie i w żadnym miejscu Pismo Święte nie mówi: „Przez Nie wszystko, oprócz Niego się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało, oprócz Niego”. Nie! Jest napisane: Wszystko. Nie wymieniono żadnego wyjątku. Samo Słowo nie jest wyjątkiem – wszystko to, co zostało stworzone, zostało stworzone przez Słowo (bez „nie licząc samego Słowa”). Tak pisze o tym ks. Władysław Majka w książce „Czy tak uczy Pismo Święte?”: „Innymi słowy, wśród wszystkich stworzeń nie ma ani jednego, które nie byłoby stworzone przez Słowo: ani jednego. Pismo św. nie czyni żadnego wyjątku. Twierdzi bezwzględnie, że wszystko, co zostało stworzone, stworzone zostało przez Słowo. Stąd wniosek logiczny: samo Słowo nie zostało stworzone, nie jest stworzeniem. Jest więc Bogiem prawdziwym”. Dodawanie słów „oprócz Niego samego” jest, jak widzimy, absolutnie bezpodstawne i można je uzasadnić jedynie tym, że usiłuje się przemycić pewną teorię, która jest absolutnie sprzeczna z objawieniem Pisma Świętego – mianowicie to, że Syn jest stworzeniem, a nie zrodzeniem. Niestety, między tymi dwoma pojęciami nie da się postawić znaku równości.

Zwiastun, próbując udowodnić błędną teorię o stworzeniu Słowa, pisze jeszcze: „Jeśli o stworzeniu Logosa nie przekonują Cię wersety Ewangelii, zajrzyj do Księgi Przysłów 8:22-30. Jezus jest tam przedstawiony symbolicznie, jako stworzona i spłodzona na początku Mądrość: “Pan stworzył mnie jako pierwociny swojego stworzenia, na początku swych dzieł, z dawna (…)””, następnie zaś powołuje się na słowa św. Justyna, które miałyby być interpretacją tych konkretnych słów: „Słowo jasno wykazało, że Ojciec tę Latorośl zrodził przed wszystkiemi zgoła stworzeniami; a że zrodzony od rodziciela różni się co do liczby, przyzna chyba każdy”. Zacznę od tego, że Boża Mądrość (po gr. Sofia) z Księgi Przysłów nie może być nigdy utożsamiana ze Słowem, tudzież Rozumem (po gr. Logos) z Ewangelii św. Jana. Można stwierdzić, że to jest jakiś przedsmak, jakaś zapowiedź, jakieś pierwotne stadium objawienia o Logosie (Nie: o Jezusie! Jezus „stał się” ok. 0 roku naszej ery, a za czasów pisania Księgi Przysłów nikt nie wiedział, że „Słowo stanie się ciałem”), ale nie – że jest to objawiający się Logos, On bowiem objawił nam się w pełni dopiero w osobie Jezusa Chrystusa (A więc to Mądrość Boża z Prz. może być ewentualnie objawiona i wyjaśniona w Jezusie, a nie Jezus w Mądrości Bożej). Jak już bowiem tłumaczyłem w poprzedniej notce, Biblia to historia zbawienia, wypełniająca się w Jezusie Chrystusie – nie ma różnicy co do stopnia natchnienia poszczególnych ksiąg, jest zaś różnica co do stopnia otrzymanego objawienia.

Słowa św. Justyna zaś wyjaśniają wspaniale to, co ja wyjaśniam w całej tej notce, że mianowicie „Ojciec tę Latorośl zrodził przed wszystkiemi zgoła stworzeniami”. Jeśli jest to faktycznie interpretacja słów z Księgi Przysłów, to z wyraźnym zaznaczeniem, że „Słowo jasno wykazało” – a to Słowo objawiło się dopiero w osobie ziemskiego Jezusa z Nazaretu. Justyn nie udowadnia więc tego, że Słowo jest stworzone. Wręcz przeciwnie – że jest zrodzone zanim cokolwiek (bez „oprócz Niego”) zostało stworzone.

Przejdźmy nareszcie do Ap 3, 14: „Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego”. Moje rozmówczynie powołały się dziś na ten cytat, usiłując zmiażdżyć moje wywody o niestworzoności Syna. Bo skoro „Początek stworzenia Bożego”, to „stworzony jako pierwszy”. Nie! Początek stworzenia, to znaczy niekoniecznie „pierwszy stworzony”, lecz może również znaczyć „ten, który stworzeniu dał początek”. Bo czy nie zdarza nam się nazywać Boga początkiem stworzenia – czyli tym, który zapoczątkował stworzenie, dał stworzeniu początek? „Zależy od interpretacji” – usłyszałem i zgodziłem się z tym. Mogłem się nawet zgodzić z tym, że ta interpretacja wydaje się nieco naciągana. Ale nie wówczas, gdy zwrócimy uwagę na słowa Jezusa, które wymawia w Ap 22, 13: „Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec”. Oczywiście i w tym przypadku słowo „początek” niektórzy starają się utożsamiać z początkiem stworzenia, tak jak „pierwszy” miałoby oznaczać „pierwszy stworzony”. Zdają się jednak pomijać fragmenty Izajasza, odnoszące się przecież do Boga, w których sam o sobie mówi: „Kto zdziałał to i uczynił? Ten, co [z nicości] wywołuje od początku pokolenia, Ja, Pan, jestem pierwszy, z ostatnimi również Ja będę!” (Iz 41, 4), „Tak mówi Pan, Król Izraela i Odkupiciel jego, Pan Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja ostatni; i nie ma poza Mną boga” (Iz 44, 6), czy „Słuchaj mnie, Jakubie, Izraelu, którego wezwałem: Ja sam, Ja jestem pierwszy i Ja również ostatni” (Iz 48, 12). Czy Bóg mógłby powiedzieć o sobie „Jestem pierwszym wśród stworzonych”, „Jestem początkiem stworzenia”? Nie! Dlaczego więc autor Apokalipsy wkłada te słowa Boga Jedynego w usta Jezusa Chrystusa, który miałby być pierwszym pośród stworzenia, początkowym wśród stworzonych? Czy w tym wypadku mamy te słowa rozumieć inaczej?

Na koniec zaczerpnę jeszcze z mojej dzisiejszej dyskusji, pytając: Kogo Bóg zradza, jeśli udowodniliśmy (mam nadzieję, że udowodniliśmy), że Pismo Święte nie mówi nigdzie o Słowie (lub Synu) jako stworzonym? Wszyscy bowiem uznajemy Słowo za Syna Bożego – i katolicy, i Świadkowie Jehowy, i Epifaniści. Ci drudzy i trzeci jednak nie uznają faktu, że skoro Słowo jest Synem Bożym, to Pismo Święte konsekwentnie podkreśla zrodzenie tego Syna z Ojca. Zauważmy prostą rzecz: Ojciec nie miałby na imię Ojciec (a to jest właśnie imię, które Jezus objawił uczniom – imię YHWH było powszechnie znane, Jezus nie musiał więc go już objawiać – a nie pada ono ani razu w Nowym Testamencie), gdyby nie Syn; Syn zaś nie miałby na imię Syn, gdyby nie Ojciec. Kogo więc Bóg zradza? Moje rozmówczynie zgodziły się ze mną co do tego, że każdy zradza według rodzaju: człowiek zradza człowieka, kot zradza kota, żyrafa zradza żyrafę. Odważyłem się więc ostatecznie podkreślić, że Bóg zradza Boga – bo to wynika z „rodzaju”. Stąd wniosek, że Słowo było Bogiem. Panie poprawiły mnie, stwierdzając, że „Słowo było boskie, było jak Bóg”. Zapytałem więc: „Czy ja jestem innym człowiekiem, niż mój ojciec, który mnie zrodził?” „Tak, jest pan zupełnie innym człowiekiem!” – Odpowiedziały. „Ale czy jestem człowiekiem w mniejszym stopniu, niż mój ojciec? Czy jestem mniej ludzki? A może bardziej ludzki?” Nie, musiały zaprzeczyć – jestem tak samo człowiekiem, jak mój ojciec, choć różnię się od niego co do osoby. „Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam stosować zupełnie inne kryteria przy interpretowaniu Boga? Czy Syn zrodzony z Ojca może być w jakikolwiek sposób mniej boski, niż Ojciec?”

Na to pytanie niech każdy spróbuje odpowiedzieć sobie sam.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy