Posts Tagged With: Powołanie

Nauczanie to powołanie

Jestem nauczycielem od siedmiu lat. Na początku wspomagałem kilka szkół językowych, nauczając w Warszawie i okolicach. Potem przez 5 lat uczyłem angielskiego – i trochę religii – w szkole specjalnej w Wołominie. Po kilku perturbacjach zrezygnowałem i poszedłem w prywatę – ale i wówczas trafił się kawałek etatu w szkole podstawowej.

Co jakiś czas nieśmiało myślę o zmianie kariery. Nawet przez chwilę próbowałem – znajdując dość niespodziewanie zatrudnienie w portalu wPolityce.pl. Jednak trzy fascynujące miesiące pracy w dziennikarstwie nie wystarczyły, bym na dobre opuścił szkołę. Myślałem już później, że to ostatni rok. Potem może pójdę w politykę? Muszę jednak przyznać, że kiedy już naprawdę myślę o rezygnacji, Pan Bóg podpowiada mi, że to może nie być najlepszy pomysł.

W tym roku pracowałem tylko w prywatnej firmie, dzięki czemu zaczynałem zajęcia od południa i mogłem rano się wyspać, pisać książkę (najbardziej marzę o byciu pisarzem) czy iść na siłownię. Jednak okazało się, że liczne okoliczne szkoły poszukują nauczycieli języka angielskiego na etat. I ostatecznie wyhaczyła mnie dyrekcja jednej ze szkół, w których miałem zajęcia pozalekcyjne. Przyjąłem pracę od stycznia – w klasach 1-3, kilku czwartych i w zerówce. I tak oto ja, który pragnąłem już powoli wycofywać się z nauczania, stałem się ponownie „ulubionym” nauczycielem.

Liczba informacji zwrotnych – głównie pozytywnych – jakie otrzymałem od początku nauczania, wywołuje u mnie poczucie dumy. To, co robię, ma sens. Uwielbiam pierwszoklasistów, którzy przybiegają do mnie, żeby się przytulić, rysują mi serduszka, obrazki i mówią mi, jak bardzo tęsknią za mną, kiedy nie ma angielskiego. Kocham zawsze chętnych do pracy zerówkowiczów, którzy – na początku bardzo rozbrykani – szybko wdrożyli się w regularną pracę. Zawsze cieszę się z pracy z ambitnymi czwartoklasistami, którzy z rozmarzeniem patrzą na mnie, wspominając poprzednią nauczycielkę, która „siedziała z nogami na biurku i czekała, aż się uspokoją”. I tych kilka czwartoklasistek, które – choć ciche i wyraźnie introwertyczne – otworzyły się na pracę w grupie pod wpływem moich zachęt.

Wzruszyła mnie jedna z sytuacji w ostatnim czasie. Dwie dziewczynki z trzeciej klasy, które generalnie nie radzą sobie najlepiej. Poprosiłem, by podeszły do tablicy, by zrobić zadanie. Zachowywały się, jakby przyrosły do krzeseł. Tak się zestresowały, że w końcu im odpuściłem. Byłem przekonany, że następnego dnia z nerwów nie przyjdą do szkoły. A one przyszły, zrobiły bezbłędnie dość trudne zadanie i z niewielkim tylko wahaniem podeszły do tablicy, by powtórzyć to przed klasą. „Uczyłyśmy się cały wieczór” – powiedziała jedna z nich, kiedy wracały na swoje miejsca. A ja pękałem z dumy!

Rodzice dzieci też przychodzą do mnie. Większość z nich dziękuje za moją obecność i pyta, czy zostanę z nimi na dłużej. I zastanawiam się – czy zmieniać jednak karierę, czy zostać i pomóc tym istotom, których dotychczasowa nauczycielka właściwie nic z nimi nie robiła. I to potwierdza, że nauczanie to rzeczywiście jest powołanie. Dobry nauczyciel musi to czuć, musi kochać dzieci i chcieć z nimi pracować. Od stycznia znów przychodzę do pracy z radością i chcę robić to, co robię. Mimo godzin nocnych spędzanych na sprawdzaniu klasówek i projektów.

Jest niestety jeden, ale znaczący problem. Nauczyciel pracujący w szkole, w której uczy się dużo dzieci, nie jest wystarczająco dobrze wynagradzany. Ja pracuję na dwa etaty (jeden publiczny, drugi prywatny), przez co kończę pracę czasem o 19, czasem o 20. Mimo tego mało jest takich miesięcy, w których zarabiam z nadwyżką. Mam na utrzymaniu rodzinę i chciałbym, by moja praca pozwalała nam dobrze spędzać życie. Tymczasem nauczyciel nie zarabia dość dużo, by swobodnie sobie radzić. To był i nadal jest mankament. A przecież nauczyciele są naprawdę potrzebni. Dlatego muszę jeszcze raz przyznać, że nauczanie jest formą powołania, zwłaszcza kiedy zauważy się, że nie przynosi ono wystarczających korzyści finansowych. I wiem, że niektórzy chcieliby, żeby funkcje publiczne pełnić za darmo, w ramach wolontariatu. To miałoby doprowadzić do tego, że nauczaliby sami pasjonaci. To jednak nieprawda. Pasjonaci są w szkołach potrzebni. Ale i oni powinni mieć za co żyć.

Tego życzę sobie i innym nauczycielom z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/student-profesor-uni-ksi%C4%85%C5%BCki-2052868/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony

Ciężki pojedynek za mną. Zaprawdę powiadam Wam, wszystko okazuje się być jeszcze cięższe i boleśniejsze niż się wydawało. Ale chyba właśnie to sprawia, że jestem, że mogę być szczęśliwy. Bo bronić Boga i Prawdy pazurami i zębami, całym sobą – to jest najpiękniejsze.

Przyszedłem do domu, on już tu siedział. Okazał się być niegdysiejszym sąsiadem, a aktualnie od jakiegoś czasu lekarzem. Od ręki można było rozpoznać, że będzie ciężko. Nie wiem czemu, takich ludzi się po prostu rozpoznaje. Najpierw próbował mnie przekonać do napicia się z nimi wódeczki. Rzecz jasna, zgodnie z mymi zasadami, odmówiłem. No i to zaczęło sprawę. Zabawne. Najpierw coś w rodzaju inwigilacji – dlaczego, przecież wódka dobra jest. A nie ciągnie cię? Od wódki do laseczek – nie kusi cię by czasem pójść na całość z jakąś? Wiecie, to był ten dziwny typ człowieka, z którym nie masz za bardzo ochoty dzielić się najintymniejszymi myślami. Ale owszem kusi. Więc co cię powstrzymuje? Moja wola. Moja wiara. Moja miłość. Na jakiś czas dał mi spokój.

Potem położyłem się do łóżka. Jak zawsze. „No nie mów, że już idziesz spać”. Nie. Teraz odmówię różaniec. „Ale żartujesz sobie ze mnie, czy serio mówisz?” Chłopaki: Nie no, serio mówi. A ja już wiedziałem, że nie za bardzo sobie ten różaniec tak natychmiast odmówię. Bo się zaczęło. Najpierw wypytywał, czy naprawdę w to wierzę. Drążył, drążył, drążył. Jedne argumenty lepsze: Jeśli jest prawda lub fałsz, a nie ma półprawd, to która interpretacja Pisma Świętego jest prawdziwa? Chodziło o fragment o obumierającym ziarnie. Czy nie powinniśmy się ograniczyć do dosłownego znaczenia – przecież Jezus nie użył słowa „symbol”? Inne argumenty głupie i niepoważne: Jeśli wyznajesz jakąś filozofię, musisz odpowiadać za całą jej przeszłość, wspierać krucjaty, popierać zabójców którzy mądrych ludzi na stosach palili. Zażył mnie pytaniem: „Czy widziałeś umierającego człowieka? Jak myślisz – czy ma w oczach Boga, czy rodzinę?” Nie widziałem. Nie wiem co ma w oczach. Nie wiem po czym mogę to poznać. Albo „Czy kiedykolwiek widziałeś cierpienie”. Owszem. Każdy cierpi na swój sposób. „Czy postawiłbyś na umierającym krzyżyk?” „Nie jestem księdzem” „A jakbyś był?” „Namaściłbym go. Takie jest zadanie księdza”. Wyśmiał mnie. A potem stwierdził, ni z gruszki ni z pietruszki, że wyglądam mu na geja, co wnioskuje po tych moich anielskich włoskach… No cóż, argument jak każdy inny.

Walczyłem jak lew. Nie oddałem funta kłaków. Na koniec zapytał, jak każdy pyta w takiej sytuacji (standard), czy zmienił jakoś moje spojrzenie na to wszystko. Tym razem ja się uśmiechnąłem. Czemu oni tak bardzo na to liczą? Czemu tak bardzo wierzą, że są w stanie oddalić mnie od Boga? Powiedziałem, że jak tylko wyjdzie, odklepię te paciorki, a jedna dziesiątka będzie za niego. Wreszcie wyszedł. Umówił się ze mną na jutro. Na dalszą polemikę „przy wódce”. Wychodząc zaznaczył jeszcze, że nie wierzy mi, bo nie mówię tego, co myślę. „Dlaczego niby tak sądzisz?” „Bo nie pijesz…”

Wciąż czuję się jak rzucony na głęboką wodę. Moja wiara jest silna, ale brakuje często argumentów. Tacy ludzie nie są wdzięczni za zbawienie, które im dał Pan. Są na Niego źli, że zadecydował za nich, nie pytając ich o zdanie. „Ja pomagam ludziom. Myślisz, że ty pomagasz?” „Staram się.” „Tak? Nie jesteś w stanie.” Bolesna jest rozmowa z takimi ludźmi, bo myślą, że tylko nauka, tylko to co na zewnątrz. I jakże ciężko bronić Prawdy przed kimś, kto jest starszy i wykształcony, a ty od roku nie masz kontaktu z teologią? Niewiele pamiętasz… To bolesne. Bolesne ale i piękne, do tego bowiem zostaliśmy powołani.

„I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego, ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.”
Mt 10, 22

PS. Założyliśmy z Tikulą klub Boży Wariaci! Zapraszam do odwiedzania i komentowania!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Powołanie do życia w świętości

„Nie lubię tytułów”. Taki tytuł nadała swego czasu jednej ze swoich notek Serafinka. A ja się zdziwiłem. Przecież tytuł to jest jedna z najważniejszych spraw. Tytuł musi przyciągnąć, często niektóre rzeczy czyta się właśnie ze względu na chwytliwy, ciekawy tytuł. Tytuł może być nawet kontrowersyjny, by przyciągnąć czytelników (tytuł mojego poprzedniego bloga był tak kontrowersyjny, że uznano go za ubliżający seminarium – „stuknięty” kleryk). Ja bardzo lubię tytuły.

Ale co ma tytuł tej notki wspólnego z moim, trochę przydługim, wywodem o tytułach? Otóż w komentarzach do poprzedniej notki poinformowałem, że napiszę notkę o tytule mojego bloga. „W Obronie Życia i Świętości”. Bo to, czemu w adresie jest Gnorofex, jest mało ważne. Gnorofex jest to nazwisko Artdico. Artdico Gnorofex. Dlatego gdy założyłem nowego bloga zostałem oskarżony o małą oryginalność. Jednak pomyślmy o tym życiu i świętości.

Życie i świętość mają dwa różne znaczenia. A jednak w moim przekonaniu można postawić między nimi znak równości. Jedno bez drugiego istnieć nie może. Dlaczego? Bo tak naprawdę tylko życie w świętości ma sens. Tylko ten, kto przestrzega Bożego prawa, kocha Boga i bliźniego, dla kogo godność ludzka jest na pierwszym miejscu, tylko ten żyje naprawdę. Ktoś pełen grzechu, kto pluje na innych i myśli tylko o sobie, albo co więcej, nawet o sobie nie myśli, choćby oddychał, trawił, choćby jego serce biło, tak naprawdę od dawna jest martwy. No dobrze, wiemy już czemu świętość = życie. Ale dlaczego życie = świętość? Spójrzmy teraz na prawo, na tą rozkoszną, ssącą kciuka istotkę ze zdjęcia, która oczekuje by niezadługo wyjść z ukrycia. Czyż nie jest śliczna? Czyż nie jest słodziutka? Czyż nie jest święta…? No właśnie. Bóg daje nam życie. Każdemu z osobna. To sprawia, że życie, każde życie, jest świętością. Nie ważne w jakich okolicznościach, z jakiego powodu, przez kogo powstało. Ważne, że Bóg zechciał powołać je do istnienia. Dlatego życie jest święte. I dlatego można postawić znak równości między życiem a świętością. W obie strony.

Powołanie do życia w świętości. Otrzymuje je każdy z osobna. Jest to z góry nadane nam powołanie, wynikające z naszego niekoniecznego przecież istnienia. I z równości między życiem a świętością. Każdy z nas jest powołany przez Boga do tego, by jego życie było święte. Istnieją w prawdzie również specjalistyczne powołania: powołanie do kapłaństwa, bycia mężem, macieżyństwa. Do zawodu lekarza, piekarza, piosenkarza. Każde z tych powołań Bóg daje różnym osobom. Ale to jedno – powołanie do życia w świętości – daje nam wszystkim. I od nas zależy co z tym powołaniem zrobimy.

Wiemy już czemu świętość = życie a życie = świętość. Wiemy, że wszyscy jesteśmy powołani do życia w świętości. Ale czemu w tytule mojego bloga pojawia się słowo „obrona”? Nawet jedna przyjaciółka powiedziała, że to brzmi trochę jak jakieś hasło Młodzieży Wszechpolskiej. No i dobrze. W sumie jestem jeszcze młody. Ale jestem również waleczny. Jako swoje powołanie odczytuję walkę w obronie najwyższych wartości jakimi są życie i świętość. Nie wiem na obecną chwilę czy jestem powołany do kapłaństwa (co On sobie tam kombinuje?), czy do bycia mężem i ojcem, ale wiem, że jestem powołany do walki. To powołanie wynika właściwie z powołania do życia w świętości. Jest może tylko trochę silniejsze. Więc pamiętajcie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy przypuścić atak na życie i świętość, będzie musiał zmierzyć się ze mną. Tu sprafrazuję znany fragment z Harry’ego Pottera:

– Mr Gajek will allways be there to save the day…
– Don’t worry. I will be.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 22 Komentarze

Ale dlaczego seminarium?

powołanie2To pytanie zadaje mi każdy człowiek który dowiaduje się, że tu poszedłem. Ciekawa rzecz – że tego dokładnie nie da się wytłumaczyć. Jak powiedziałby nasz rektor: „Najpierw trzeba zastanowić się nad tajemnicą powołania”. No właśnie, co to jest to powołanie i czym się objawia? I tu znów zonk, bo przecież nie umiem odpowiedzieć i na to pytanie. Mam kolegę który mnie podpuszcza. Mówi, żebym się zastanowił, bo może mnie się tylko wydaje że jestem powołany (dodam, że i on jest klerykiem). Ale ja wiem. Skąd? Nie umiem powiedzieć.

Ale jak to się zaczęło? Powiem jak zawsze: byłem wielkim grzesznikiem (i dodam, że teraz jestem trochę mniejszym grzesznikiem) ale jednocześnie niezwykle wrażliwym i wierzącym człowiekiem. Co niedziela byłem w kościele i gorąco się modliłem. A wierzyłem, że jeśli pojawi się dziewczyna, ale właśnie ta jedyna, to dla niej stanę się lepszy. Więc modliłem się o dziewczynę. I nagle, o dziwo, na Lednicy właśnie (wiecie co to Lednica?) poznałem dziewczynę. Mówię tu zwykle, że usłyszałem głos: „Oto ona”, ale nie jestem dziś o tym przekonany. Wiem natomiast, że to był grom z jasnego nieba i że rzeczywiście, natychmiast przeszedłem metamorfozę. Zaczęliśmy się spotykać, a ja nabrałem wdzięczności do niej i do Boga, za ten wielki dar. I dlatego z wdzięczności tej postanowiłem pomóc jej nawrócić się tak, jak ona pomogła mnie. I wziąłem się całym sercem do roboty.

powołanieCiekawostka – lubię niektóre sprawy stawiać na ostrzu noża. I tu postawiłem sprawę. Ponieważ błagałem Boga o tę jedyną, dla której mógłbym się zmienić, i On mi ją dał, to złożę przysięgę – Jeśli nie jest Twoją wolą, Panie, bym był z nią na zawsze, to zostanę na zawsze z Tobą. Nie wynikało to z moich ogromnych chęci zostania kapłanem (Boże zachowaj, mówiłem wtedy), lecz z wielkiego zaufania Bogu. I tak minęły 3 miesiące i nagle… ona zrywa. Ja sobie myślę: o qrczaki, ale żem strzelił gafę z tą przysięgą. Pójdę do jakiegoś kapłana i poproszę żeby ją zdjął ze mnie. I po chwili: To dlaczego ja przysięgałem? Czy jestem aż tak niesłowny? A może Bóg chce mnie sprawdzić? I tym samym wytrwałem. Okazało się, że Bóg nie tylko chciał mnie sprawdzić, lecz też dać mi czas na ułożenie we mnie powołania. Po tygodniu bowiem rozłąki wróciliśmy do siebie. I ja, jeszcze bardziej wdzięczny, jeszcze mocniej przykładałem się by jej pomóc… A potem poczułem niedosyt – za mało wdzięczności. Jednocześnie niespodziewanie zaczęły pojawiać się osoby proszące o rozmowę. I ja, odwdzięczając się Bogu, zacząłem pomagać innym ludziom. Tym czasem popełniłem ogromną gafę – zaręczyłem się. Nie, same zaręczyny nie były gafą, gafą było moje nastawienie „wszystko albo nic”, czyli albo jesteśmy ze sobą na całego albo to nie ma sensu. Myślałem zresztą, że ona jest już nie tyle nawrócona (choć wówczas tak to nazywałem) lecz wyrzeźbiona do moich planów. Bo zgodziła się na ślub. Ja już snułem plany dotyczące ewangelizacji świata we dwoje, pomagania ludziom w imię Boga (nawet myślałem czy nie przejść na protestantyzm, bo to powołanie już się we mnie gotowało), kiedy nagle ona stwierdza, że nie jest gotowa na ślub i że ma swoje życie i chce je przeżyć po swojemu. Co? Byłem w szoku, a przecież nie było powodu żeby się szokować. Próbowałem ze swojej narzeczonej uczynić narzędzie („pomocnik” to zbyt piękne słowo) w wykonywaniu swych planów i idei. Planów niezwykle szlachetnych, to prawda, lecz jakże bardzo moich. I raptem zacząłem rozumieć Judyma z „Ludzi bezdomnych” i jego zerwanie z Joasią (o tym może kiedy indziej). Rozstaliśmy się. I wtedy poczułem, że nie chcę zdejmować żadnej przysięgi. Że nie pragnę uciec przed odpowiedzialnością za podjęte wybory. Ba, poczułem wręcz, że ta przysięga nawet przestała mieć jakieś większe znaczenie. Poprostu poczułem, że jestem powołany. Kolejne pół roku było męczarnią – nie dość, że kłębiły się wątpliwości, to jeszcze zaczęły się pojawiać dziewczyny których nigdy nie było… Ale o tym też innym razem. Bo oto jestem klerykiem i przyjąłem jednak to, o co Bóg mnie poprosił.

Nie wiem, czy nie pomyślicie tutaj tego, co większość ludzi sobie myśli: „Poszedł do seminarium bo zerwała z nim dziewczyna”. Myślcie sobie co chcecie. Obiecuję modlitwę.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze