Posts Tagged With: Powrót

Maurycy Teo wychodzi z ukrycia

Dokładnie trzy lata temu, pod wpływem atmosfery, która się nabudowała w środowisku, zamknąłem bloga. Zamieściłem krótki wpis pożegnalny i wycofałem się oficjalnie z blogosfery.

Niemalże trzy lata temu założyłem kolejnego bloga. Tym razem zdecydowałem się na bardziej drastyczne kroki, postanowiłem mianowicie zacząć pisać od początku, anonimowo, szukając dla siebie nowych czytelników, dopuszczając zaś naprawdę nielicznych spośród czytelników poprzednich.

Liczba zamykanych przeze mnie blogów wynosi 4. Z zamknięciem każdego wiąże się jedna blogowa afera, choć blog numer 3 zamknąłem w jakiś czas po aferze, z nieco innych powodów. 3 blogi „następne” otwierałem wprawdzie w nowych miejscach, ale zapraszałem do lektury wciąż te same osoby, co kondycji dyskusji pod notkami już dawno przestało wychodzić na dobre. Tym razem rozogniona dysputa wywołała we mnie tak duży napływ bolesnych uczuć, że zmieniłem założenia. Postanowiłem zamknąć bloga nie tylko teoretycznie, udostępniając go wszystkim pod innym adresem, ale wycofać się z tej strefy naprawdę, rozbijając namiot w innej okolicy. Oczywiście większość moich dawnych czytelników nie wiedziała, że zakładam anonimowo nowego bloga. Część z nich domagała się wyjaśnień, których rzecz jasna nie miałem obowiązku udzielać. Mogę to zrobić teraz, odpowiadając moim komentatorom spod „poprzedniej” notki. Przyczyny mojej decyzji są jasne: ponieważ, mimo teologicznego zabarwienia mojego bloga, głównym zainteresowaniem większości czytelników stało się roztrząsanie mojego życia prywatnego, mojej przeszłości i uczuć, a dodatkowo wyśmiewanie i krytykowanie wszystkiego, co napisałem, choćbym napisał coś najbardziej niezwiązanego z własnym osobistym życiem, postanowiłem wycofać się i zamknąć tę samonapędzającą się spiralę kłótni, gniewu i drwin. To zwyczajnie było nie na moje nerwy – i nie na nerwy mojej żony, wówczas w ciąży. Z jednego z komentarzy zamieszczonych pod notką „Wakacje” wynika również, że powinienem powiedzieć, dlaczego usunąłem wszystkie wpisy, wraz z komentarzami. Po pierwsze, rzecz jasna, nic nie powinienem. Ale ton tego stwierdzenia dobitnie świadczy o ogólnej atmosferze panującej wówczas w komentarzach. Pod drugie zaś: nic nie usuwałem. Jedyne, co zrobiłem, to przerzucenie wpisów i komentarzy w tryb prywatności. Co możecie zauważyć teraz, kiedy już wszystko jest dostępne.

Plan był taki: zamknąć bloga, zostawić wpis pożegnalny i już więcej się nie odzywać (co nie do końca się udało, choćby na blogu mojej żony, albo na Facebooku). Założyć nowego bloga, znaleźć nowych czytelników i, niewiele wspominając o sobie, skupić się na teologiczności moich wpisów. Spędzić tak, regularnie tworząc, trzy lata. Następnie, z nadzieją, że zarówno ja, jak i większość moich czytelników dorośniemy w tym czasie, ujawnić się z nowym adresem, z tym co napisałem. Dziś właśnie mijają te trzy lata i nie chcę się dłużej ukrywać. Nie chcę izolować nikogo od tego, co piszę. Nie chcę jednak również powrotu do tej atmosfery, która panowała na starym blogu.

Wiele wydarzyło się w ciągu tych trzech lat. Przede wszystkim skończyłem teologię, zdałem pracę magisterską i teraz już nie jestem tylko studentem, jestem teologiem. Urodziło mi się dziecko, syn, na blogu znany jako G.M., który wówczas jeszcze sobie dojrzewał w brzuszku. Dziś dojrzewa tam moja córcia, która lada moment może pojawić się po tej stronie. Znalazłem pracę – pracuję w szkole specjalnej jako nauczyciel języka angielskiego i katecheta. Rozpocząłem też studia na informatyce i skończyłem pierwszy rok. Oczywiście są to studia na uczelni prywatnej, a nie na UKSW, więc nie mają takiego znaczenia. Ale w mojej pracy nauczyciela mogą się przydać. Co jeszcze zdarzyło się – można wyczytać z wpisów blogowych powstających przez ostatnie trzy lata.

Wpisów powstało 70. Na poprzednich blogach, łącznie z tym który właśnie czytacie (zamieszczonym zarówno na starym, jak i na nowym blogu), zamieszczono ich 130. Łącznie wszystkich wpisów jest 200. Wszystkie, których nie publikowałem na WordPressie, przez ten czas nieobecności przeniosłem z MyLoga (poprzedni serwis w którym pisałem), łącznie z komentarzami. Niestety, w międzyczasie MyLog zmienił system, przez co część komentarzy zmieniło się w anonimy, część zaś zwyczajnie się rozpłynęło, dlatego dostępne jest tylko tyle, ile udało mi się uratować. Na poprzednim blogu można przeczytać 130 wpisów. Wszystkie 200 dostępne jest na blogu nowym, który zamierzam wciąż kontynuować. Jeśli na starym pojawią się jakieś nowe komentarze, zamierzam je również sukcesywnie przemieszczać na nowy blog.

Połączyłem również, jak widać, notkę kamingałtową z okrągłą publikacją (200 wpsiów). Podobnie zrobiłem przecież przy notce numer 100, tylko z czym innym trochę się wynurzałem.

Sądzę, że wśród tych 200 wpisów każdy może znaleźć coś dla siebie. Moi dawni czytelnicy mogą przeczytać wpisy, na które mieli nadzieję jeszcze za czasów poprzedniego bloga (np. ten o kapłaństwie kobiet). Mogą też zobaczyć, jak moje życie zmieniało się, jak zmieniał się styl mojego pisania przez ten czas. Część z Was z dużym prawdopodobieństwem może również wśród „przykładów” notkowych odnaleźć siebie. Jeśli kogoś tym uraziłem, przepraszam. Zwyczajnie przykłady z życia prywatnego czasem dobrze służą pisaniu na jakiś temat. A nikogo z imienia i nazwiska nie wymieniłem.

Moi nowi czytelnicy mogą zaś zapoznać się z moją historią aż do roku 2005, kiedy byłem klerykiem w seminarium. Dowiedzą się, jeśli zechcą, jak poznałem moją żonę, jakie wywołało to komentarze, ale także jak wyglądało moje życie i perypetie wcześniej. Mogą też wreszcie znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Riposta na siedem testów nosiła numer 3 – a więc przeczytać dwie poprzednie riposty.

Choć, czytając całość bloga, można prawdopodobnie wykoncypować to, jak się nazywam, dla moich czytelników pragnę nadal pozostać Maurycym Teo. Przyzwyczaiłem się do tego, a tego bloga nie chcę czynić oficjalnym (podpisanym imieniem i nazwiskiem) także z przyczyn osobistych. Polubiłem bycie Maurycym i chętnie pozostanę dla Was przy tym imieniu.

Odnośnie moich wcześniejszych wpisów: nie ze wszystkich dziś jestem dumny. Są rzeczy, których bym dziś nie napisał. Wyciąganie prywaty, obgadywanie ludzi, dziś wydaje mi się to niepotrzebne. Wiem jednak, że świadczy raczej o konkretnym etapie mojego życia i sposobie blogowania poprzednich lat (piszemy dla znajomych i o znajomych), nie zaś do końca o mojej głupocie. Mam nadzieję, że zrozumiecie to, jeśli przyjdzie Wam czytać to, co tam wymodziłem.

Mimo moich niewątpliwych umiejętności prorockich nie wiem, co stanie się teraz z moim blogiem. Mam kilka opcji, które rozpatruje równolegle i wcale nie chcę gdybać. Mam nadzieję, że dawni czytelnicy wsuną się bezboleśnie w moją twórczość, nowi zaś nie przejmą się kosmetycznymi zmianami i pozostaną aktywni. Co jednak będzie – pokaże czas. Żadnej z przypuszczalnych opcji nie będę opisywał, bo naprawdę nie wiem, która jest bardziej prawdopodobna.

Zapraszam wszystkich na mojego starego, wciąż zamkniętego (ten wpis pojawia się jako ostatni) bloga: www.artdico.wordpress.com
Zapraszam wszystkich na mojego nowego i aktywnego bloga: www.maurycyteo.wordpress.com

A na koniec chciałbym zamieścić mój ulubiony kamingałtowy dowcip. Może jest nieco nieprzyzwoity, ale liczę na Waszą wyrozumiałość.

W pociągu jedzie Don Juan i strasznie się nudzi. Wraz z nim w tym samym przedziale jedzie młoda zakonnica. Don Juan zagaduje więc:
– Może tak byśmy się trochę pokochali?
Zakonnica odpowiada:
– Nie, to jest zupełnie niemożliwe.
– No daj spokój, tylko jeden raz.
– To niemożliwe, ja jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
Don Juan poczuł ukłucie zawodu, ale na szczęście korytarzem akurat przechodził konduktor i usłyszał całą rozmowę.
– Panie Don Juan, proszę na słówko.
Don Juan wyszedł na korytarz, gdzie konduktor wyjaśnił mu:
– Widzę, że podoba się panu ta młoda dama. Wysiądzie pan za nią na stacji i w tym samym mieście pójdzie pan na cmentarz o północy. Ona zazwyczaj przychodzi tam, składać kwiaty na grobie swojego narzeczonego. Podejdzie pan do niej, powie, że jest Bogiem i sprawa załatwiona.
Jak Don Juan usłyszał, tak też zrobił. Wysiadł na tej stacji, na której wysiadała zakonnica, o północy przybrał się w ciemną narzutkę, żeby nie być rozpoznanym i poszedł na cmentarz. Patrzy: jest! Modli się przy jednym z grobów. Podchodzi do niej:
– Cześć. Może byśmy się tak trochę pokochali?
– O nie, nie mogę. Jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
– Ale przecież to ja, Pan Bóg.
Sytuacja potoczyła się sama. Don Juan zrobił co miał zrobić, a na koniec odskoczył od zakonnicy i ściągnął ukrywającą go narzutkę.
„Siach!”
– Haha! To ja! Don Juan!
„Siach!”
– Haha! To ja! Konduktor!

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Wake me up when September ends

Już od dawna kołatała się w mojej głowie myśl, że tytuł tej notki muszę zaczerpnąć właśnie z utworu zespołu, który ostatnimi czasy bardzo mi się podoba. Bynajmniej nie dlatego, że treść notki ma odpowiadać treści piosenki Green Daya, ale dlatego, że ma zawierać się właśnie w tych kilku słowach, lekko tylko rozwiniętych (no dobra, zobaczymy co z tego wyjdzie… ;).

Słowa te, tłumacząc na polski, oznaczają „obudź mnie gdy skończy się wrzesień”. Dla Green Daya z całą pewnością miały inne znaczenie niż dla mnie, ale nie przeszkadzało mi to w użyciu ich. Co dla mnie znaczy pobudka pod koniec września? Wracam do domu. Do tego drugiego domu, w Radomiu. Do seminarium. Jutro. Właściwie dziś jest mój ostatni dzień wakacji, ostatni dzień laby od nauki, od regulaminu, od obowiązkowej modlitwy. I cieszę się z tego. Od dłuższego czasu nie mogę się już doczekać by wrócić. By wreszcie usiąść w ciszy przy biurku, włączyć ukochane Radio Plus, zaparzyć sobie kawę i wziąć do ręki pióro – zacząć pisać. Albo Pismo Święte i zacząć czytać… Nie przejmować się brzęczeniem telewizora, bo go nie mam. Mryganiem komputera (i nieziemskim pociągiem do niego), bo miną wieki nim go sobie kupię. Wreszcie na nowo się odnaleźć. Znów kłaść się o 22 i wstawać o 6 rano. Znów jeść tuczące żarcie smażone czy gotowane na masową skalę i tym razem starać się nie przytyć. Znów czuć że Bóg jest. Zawsze i wszędzie. I znów modlić się, by do następnych wakacji utrzymać to uczucie. Wracam. I dziękuję Bogu, że mam po co.

Pierwsze z wielu postanowień jakie podejmuję to skończenie z nałogiem internetowym. Internet w seminarium ma to do siebie, że dostępny jest jedynie w kafejce, tzw. internetowni. Klerycy nie mogą posiadać internetu podłączonego pod prywatny komputer. W zeszłym roku stopniowo zmniejszałem użytkowanie przeze mnie internetu, aż wreszcie udało mi się niezwykle je zredukować. Jednak gdy tylko przyszły wakacje – natychmiast znów zacząłem spędzać godziny przed komputerem. Wiem jednak, że w drugim domu będzie o wiele łatwiej. Dlatego właśnie jednym z postanowień „noworocznych” jest ograniczenie netu do godziny tygodniowo. To pozwala przypuszczać, że i notki tu przestaną pojawiać się co 2-3 dni, tak jak bywało to do dzisiaj. Postaram się zasadzać coś ciekawego raz na tydzień, najrzadziej co dwa tygodnie. Nie częściej jednak. Musicie liczyć się także z brakiem odpowiedzi w komentarzach… I brakiem komentarzy na Waszych blogach… Wiem, że nadużywanie internetu źle wpływa na moją formację, a mam nadzieję, że cała ta sytuacja nie odbije się na Was negatywnie ;).

Przed wyjazdem chciałbym zareklamować kilka stronek. Właściwie są to te same stronki, które możecie znaleźć na dole, w linkowni. Zacznijmy pokolei:
Jasmine – jest to moja druga strona, na której tworzymy wspólnie niekończącą się historię fantasy. Jeśli ktoś lubi pisać, zapraszam do zabawy!
Blog Fudiego, czyli blog nie taki jak ten – to pamiętnik znajomego satanisty ;). Jeśli kogoś nie przeraża ciemna strona mocy – niech zajrzy…
Qrczak Sznapi i Qrczak Drakulak – dwa blogi kochanych Qrczaków nie będące wśród tych mylogowych.

Forum młodzieżowe – to akurat moje ulubione młodzieżowe forum, na którym często biorę udział w dyskusjach.

No i wreszcie ulubione:

Makota, Bartek i Qrczak Expugnis to rada rządząca Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków, a zarazem moi najbliżsi przyjaciele, których kocham jak rodzeństwo (jeden z nich to faktycznie mój brat). Dzięki, Qrczaki, za wszystko i za wczorajszego grilla też!

Karol to jeszcze jeden z naszych zwariowanych Qrczaków.
Animaedimidium, Serafinka oraz Ania to grupka kochanych dziewcząt wspierających mnie mocno swoją wiarą i nadzieją, czasem tylko wykłócających się o szczegóły ;).
Qrczak Magda, prowadząca Boski blog i nie waham się pisać go dużą literą. Można zaliczyć i do Qrczaków i do kochanych dziewcząt.
I wreszcie Nasze Powieści to blog o tematyce podobnej do Jasmine. Bardzo ulubiony.

Jeśli chcecie dostać się pod któryś z tych adresów, kliknijcie na jego nazwę, albo złapcie go w linkach!

Tak więc znikam. Znikam i dziękuję Wam wszystkim. Dziękuję tym którzy mnie czytają stale, tym którzy czytają na wyrywki, tym którzy komentują i tym, którzy nie komentują nigdy. Dziękuję głównie Makocie, która zrobiła mi szablon, Bartkowi i Expugnisowi za to że mnie gorąco wspierają. Kabaczkowi Filetowi Anecie za radość jaką mnie obdarzyła w ciągu ostatnich dni. Dziękuję Zwariowanym trzem duszyczkom – Ani Amerykance, Animaedimidium i Serafince (z których jednej jest tylko połowę) za pomoc i wsparcie. Dziękuję Magdzie „Metalowcy” za to, że powróciła do swojego Boskiego bloga. Ani mojej sąsiadce dziękuję za to, że spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o powołaniu i że kilka razy też mnie skomentowała. Sznapiemu dziękuję, że jest taka kochana i tak się cieszy na każdą kolejną notkę. Podziękowania ślę w stronę Qrczaka Recydywisty Dominiczki, której nie ma narazie wśród Qrczaczków, ale wkróte będzie… Kochamy Cię Dominiko i prosimy, pamiętaj o Qrczakach. Dziękuję Ci za długie rozmowy na skomplikowane tematy… Karolowi i Drakulakowi też dziękuję. Devis i pozostałym powieściowiczom dziękuję za miłą współpracę przy pisaniu historii i za kilka kommentów u mnie. Dziękuję Mietkowi Pijakowi który dziś komentuje jako Kamil, bo się nawrócił (sic!) i przynajmniej słabiej wali poniżej pasa. Fudi – Tobie dziękuję za szacunek do mojej prawdy która zawsze będzie prawdziwsza niż Twoja prawda, choć też ją szanuję ;). Dziękuję Coexist za to, że mi wybaczył i przyjął wybaczenie odemnie. Dziękuję też Maggie B. za podpowiedzi i porady. Bartkowi i Łukaszowi, moim największym wrogom, a zarazem najlepszym przyjaciołom dziękuję za to, że czytają to wszystko i milczą, choć czasem naprawdę chcieliby wypalić z grubej rury. Również podziękowania kieruję w stronę księdza Jarka, za to, że „ta strona jest znana” ;). I wszystkim innym, którzy są tu, czuwają, zostawiają pojedyncze komentarze i tym, którzy nie zostawiają. Dziękuję Wam, za to, że dzięki Wam ten blog działa i będzie działał. Tylko trochę rzadziej…

Ale ale! Ja nie znikam na zawsze! Dla niektórych z Was mogę wogóle nie zniknąć! Nie wspomniałem bowiem o jeszcze jednym moim, bardzo ukochanym hobby, czy, że się tak wyrażę – charyzmacie. A jest to pisanie listów! No właśnie. W komentarzach nie będę odpowiadał. Ale jeśli dostanę list odpowiem na niego z całą pewnością i radością ogromną. Więc jeśli potrzebujecie pomocy, wsparcia czy umocnienia wiary, albo zwykłej, prostej, niezobowiązującej korespondencji, piszcie:

(…)
ul. Młyńska 23/25
26-600 Radom
POLAND

(ostatnie dla ludzików zza granicy)

To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie – odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko spowrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy