Posts Tagged With: Pożądanie

Nawet Tosia musi być sexy

Przyszło nam żyć w bardzo dziwnych czasach. Przeciętna (mówiąc „przeciętna” nie mam na myśli „bylejaka”, tylko „typowa”) kobieta, która kiedyś mogła być nazywana piękną, śliczną, ładną, zgrabną, powabną, oszałamiającą, interesującą czy nawet atrakcyjną, wystarczy, że dziś jest seksowna. Albo po prostu sexy. Jedno słowo określające wszystko, co w wyglądzie kobiety ma znaczenie. Nogi, pupa, biust, nawet twarz i włosy – wszystko musi być sexy. Jeśli ktoś złapie fazę na oglądanie TLC (dawnej Discovery Travel & Living) czy choćby naszego rodzimego TVN Style, bardzo szybko się dowie, że kobieta przede wszystkim ma być sexy. Gok Van z szykiem aktywnego homoseksualisty tak rozbierze każdą kobietę, by prezentowała się jak najbardziej sexy. Wszystkie cygańskie nastolatki i zbuntowane amisze muszą włożyć najkrótszą mini, żeby być jak najbardziej sexy. Trinny i Susannah przebiorą cały świat właśnie tak, by był jak najbardziej sexy. Nie oszukuję – te zacne panie dobierające strój do sylwetki, by opisać wygląd swojej ofiary przybranej w zbyt ciasny gorset (zawsze z push-upem) używają chyba tylko tego jednego określenia: „sexy”.

Naprawdę nie trzeba już patrzeć na kobietę i opisywać jej wyglądu. Wystarczy, że ubierze się wystarczająco seksownie i można jej już powiedzieć, że wygląda sexy. Co jednak oznacza to słowo? Sądzę, że kiedyś można było powiedzieć, że ktoś wygląda atrakcyjne lub pociągająco. Oznaczało to poniekąd, że podoba się bardziej niż platonicznie. Że wywołuje w człowieku rodzaj podniecenia. Że człowieka do tej osoby ciągnie. Tak było kiedyś, jednak słowo „seksowny” idzie zdecydowanie dalej. W każdej formie tego wyrazu pojawia się cząstka „seks”. Ten „seks” ma znaczyć, że z daną osobą, która właśnie wygląda seksownie, ma się ochotę na seks. Może to brzmi okropnie, to co ja piszę, właściwie sam się gorszę swoimi słowami, ale dokładnie to znaczy przecież to słowo. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jeśli określa się kogoś mianem „sexy”, to znaczy, że jest nie lada kąskiem. Po biblijnemu można powiedzieć, że patrzy się na tę osobę pożądliwie. Bycie „sexy” pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje. Aby podobać się mężczyznom, kobieta musi dziś stosownie dobierać strój, a tu mam na myśli krótkie spódniczki, ew. obcisłe legginsy, kuse bluzeczki, i to, co Trinny i Susannah lubią najbardziej – push-upki. Nie wystarczą ładne, nawet dopasowane spodnie. Nie wystarczy spódnica do kostek czy ładna sukienka. Żeby się podobać, trzeba się troszeczkę rozebrać. To bardzo smutne. Kiedy o tym myślę przypomina mi się scena z moich ukochanych „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, w której Judym jechał tramwajem w towarzystwie kilku pięknych kobiet i jedna z nich, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, podciągnęła sukienkę ukazując mu kostkę. Judym się zagotował. Czy to nie jest coś pięknego? Kiedyś kobiety ukrywały swoje wdzięki, czasem pogrywając nimi subtelnie. Dziś wszystko musi być odsłonięte. Żeby było sexy.

RadwańskaNiedawna afera z Agnieszką Radwańską i podział na dwa obozy. Oto Agnieszka zapozowała do jakiegoś pisma sportowego zupełnie nago i za to wydalono ją z akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Prawdą jest, że każdy (w dzisiejszych czasach) może sobie w dowolnym piśmie, które go zechce, pokazać tyły. Prawdą jest jednak również to, że Jezus nauczał skromności. Że nie jest niczym dobrym pokazywanie swojego ciała szerokiej publiczności. Choćby rzeczywiście chodziło tylko o ukazanie zdrowej, dobrze zbudowanej sylwetki. Szczerze mówiąc – nie wiem. Ja tam na tym materacu widziałem goły tył ładnej dziewczyny. Jakoś nie przyglądałem się budowie mięśni. Moim zdaniem – jeśli tylko p. Agnieszka pragnie pokazywać się nago, niech to robi, ale niech rzeczywiście przy okazji nie stara się być ambasadorem akcji z imieniem Jezus w tytule. To nie idzie w parze. Jeśli zaś o mnie chodzi, to zwróciłem na „sexy” Agnieszkę uwagę zdecydowanie wcześniej, jeszcze przed jej akcją w zagranicznych magazynach. Pozowała do sesji wcale nie nago. Jednak jej wyzywające pozy, uwodzący wzrok… To wszystko można nazwać „sexy”. Może jeszcze nie do tego stopnia, by usuwać ją z akcji promującej Jezusa, ale wystarczająco, by zacząć się zastanawiać.

Niestety seksowność wkrada się i do kościołów. Nie mówię tu o braku szacunku wobec Boga wyrażanej w zakładaniu krótkich spodni przez mężczyzn czy odsłanianiu ramion przez kobiety (to temat na osobną notkę). Mam na myśli raczej wszystkie dziewczęta i kobiety, które wkładają na mszę najkrótsze spódniczki, jakie w domu posiadają. Ewentualnie sukienki. Zjawisko zdecydowanie częściej występuje w czasach kumulacji chrztów, gdy źle dobrane matki chrzestne zakładają źle dobrane sukienki, które odsłaniają zdecydowanie za wiele jak na kościelne standardy. Czasem się ścigając na krótkość z matkami dzieci. Na oazach młodzieżowych przed wejściem do kaplicy stali opiekunowie i mierzyli długość spódnic – wiem to z opowiadań. Za krótka – powrót do pokoju i przebierać się. Nie wiem, czy nadal obowiązują takie standardy, bo na zeszłorocznym rekolekcyjnym Dniu Wspólnoty, na który zjeżdżają się wszystkie oazy – i młodzieżowe, i rodzinne – z okolicy, dziewczynki były wymalowane i poubierane czasem niemal jak na dyskotekę. By pokazać się w swoim najlepszym stroju. A dziś najlepszy strój to ten najbardziej sexy.

Takie myślenie prowadzi nas do paradoksu. Przecież walka z pedofilią w społeczeństwie jest zakrojona na szeroką skalę. Słusznie! Ale z drugiej strony moda na bycie sexy ogarnia coraz młodsze dziewczęta. Już nie tylko nastolatki, ale i dziesięciolatki, a czasem pewnie i młodsze, starają się wyglądać jak najbardziej atrakcyjnie. Czyli seksownie. Wróćmy na chwilę do TLC i spójrzmy na „Małą piękność”. Dziewczynki po 8, 6, 4 lata – ubierane i czesane przez mamusie i stylistki tak, by wyglądać jak najbardziej dorośle i jak najbardziej pociągająco. Wydaje się, że to patologia? Owszem, ale ta patologia jest dziś wszędzie. Naprawdę, w epoce walki z pedofilią na masową skalę, dobrze jest widziane, by pokazać nogi i uwypuklić biust. Nawet gdy dopiero zaczyna rosnąć.

Weźmy takie reklamy rajstop. Albo pończoch, ganz egal. Zjawisko zadziwia mnie od dawna. Przecież pończochy to nie prezerwatywy Skyn albo jakiś środek na potencję. Nie wymagają rozbierania kobiet do robienia reklamy. A jednak niemal każde rajstopy (które mają za zadanie ogrzać nogi, gdy zimno, choć też podkreślić ich kształt) mają na opakowaniu kobietę w dwuznacznej pozie, rozchylającą nogi, ukazującą bieliznę pod spódnicą, a czasem wręcz pozbawioną jakiejkolwiek innej części garderoby, poza reklamowanymi pończochami. Ja się pytam: po co taki zabieg? Przecież rajstopy zakładane do kostiumu nie mają być produktem, który mają kupować mężczyźni. Producent nie powinien się skupiać na męskim targecie – to kobieta ma nosić rajstopy. Ale odpowiedź jest zaskakująco prosta. Kobieta chce być sexy! Patrzy na paczkę rajstop i widzi, że jak je założy, będzie sexy! A więc spodoba się mężczyźnie. A więc będzie piękna! I wszystko się zgadza. Logiczne. Dopóki nie przejdziemy do rajstop lub skarpet produkowanych dla młodszych klientek.

To jest Tosia. ToTosiasia to dziewczynka, która zapewne nie ma tak wcale na imię (w Internetach występuje także jako Cindy). Tosia ma dziesięć, może mniej lat. Reklamuje skarpeteczki. Opakowanie wpadło mi w ręce i zadziwiło ostatnio, w czasie szykowania rodziny na rodzinną imprezę. Gdy zobaczyłem Tosię oniemiałem. Tosia siedzi w wyzywającej pozie, odsłania nogi i prezentuje wdzięki. Zupełnie jak dorosłe kobiety reklamujące rajstopy dla dorosłych kobiet. Produkt ten sam – firma ta sama – tylko dla młodszych konsumentek. Ale jeśli starsze klientki mają być sexy, to i młodsze powinny. Nie mają być ładne, eleganckie, tylko seksowne. Jeśli komuś czegoś brakuje muszę podkreślić, że Cindy pokazuje więcej niż Tosia… To smutne. Naprawdę smutne, że takie rzeczy się dzieją i przechodzą bez echa. Że kupuje się rajstopki czy skarpetki dla dziewczynki patrząc na to, jak bardzo sexy się w nich wygląda… Nie wiem co więcej powiedzieć.

Mogę tylko przypomnieć, co Jezus mówił o takim zjawisku. „Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się cudzołóstwa” (Mt 5,28). To dotyczy mężczyzn patrzących na kobiety. Co się jednak dzieje, jeśli większość kobiet chcących się podobać dąży do tego, by patrzono na nie pożądliwie? Zdecydowanie są współwinnymi cudzołóstwa. A co powiedzieć w kwestii upożądliwiania dziewczynek? Osobiście rozumiem to jednoznacznie – jako wielkie zło (nie tylko jako grzech, ale jako zło wyrządzane samym dziewczynkom). Szkoda, że w społeczeństwie panuje przyzwolenie na takie działanie…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Skąd się biorą dzieci?

Oczywiście na to pytanie można (dzieciom) odpowiadać na przeróżne sposoby, jeśli jeszcze nie chce się dotykać delikatnej sfery ludzkiej seksualności. Z kapusty na przykład. Albo bocian przynosi. Można też powiedzieć, że Pan Bóg je stwarza – i to oczywiście jest prawda, a jednak wciąż brzmi, jakbyśmy używali jej jak zamiennika, po to by prawdy jednak nie wyjawić. A jest jedna odpowiedź prawdziwa całkowicie, nie wykluczająca oczywiście tego, że dzieci stwarza Bóg. Dzieci biorą się z miłości.

Najprościej można powiedzieć – dzieci biorą się z miłości mamusi i tatusia. Rodzice bardzo się kochają, dają sobie nawzajem swoją miłość i pragną tą miłością się dzielić z kimś trzecim. Dlatego to miłość rodziców sprawia, że staje się dziecko.

Ten temat przyszedł mi do głowy, ponieważ odświeżyłem sobie ostatnio całkiem dawną rozmowę z pewnym mężczyzną, teologiem i filozofem, który głosił dość dziwną, jak dla mnie, teorię: że dzieci biorą się z pożądania. Że mężczyznę ciągnie do kobiety, kobietę do mężczyzny, że opanowuje ich żądza i nie ma to nic wspólnego z miłością. Dzieci biorą się z grzechu. Wtedy, kiedy to słyszałem, byłem jeszcze bezdzietnym kawalerem, dopiero przygotowującym się do ożenku. Mężczyzna z którym rozmawiałem żonę i dziecko już posiadał. A mimo tego oburzyłem się na te słowa – choć to on miał doświadczenie, a nie ja. Dziś muszę jednak stwierdzić, że w pewnym sensie jego teoryjka jest prawdziwa. NIEKTÓRE bowiem dzieci rzeczywiście biorą się z pożądania.

Dotyczy to najróżniejszych sytuacji. Bardzo częstych – kiedy mężczyzna (a może i kobieta) nie potrafi (a może nie chce) zapanować nad swoim ciałem i dąży do zbliżenia, w wyniku którego poczyna się dziecko. Z pewnością równie częstych, kiedy małżonkowie próbują się zabezpieczyć, aby się niczym z nikim przypadkiem nie dzielić, a dochodzi do poczęcia wbrew ich woli. I bez wątpienia nieco rzadszych, kiedy mężczyzna, patrząc pożądliwie na kobietę, dopuszcza się gwałtu i ją zapładnia.

Ale po pierwsze – nie można generalizować. To, że moje dziecko poczęło się w grzechu i z pożądania, że być może ja sam począłem się w grzechu i z pożądania, nie oznacza, że wszystkie dzieci biorą się z pożądania i że jest to jedyna słuszna teoria.

A po drugie nawet, jeśli dziecko poczęło się z pożądania, czy nawet w wyniku gwałtu, to wcale nie oznacza, że dzieci nie biorą się z miłości. Żeby to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć to, o czym mówiliśmy na początku – że to Pan Bóg stwarza dzieci. Bóg ma w sobie nieograniczoną miłość – i dał życie człowiekowi, bo chciał się tą miłością z człowiekiem podzielić. Bóg naprawdę i nieskończenie kocha każdego człowieka – dlatego pozwala mu zaistnieć. Nawet jeśli więc jedno czy drugie dziecko wzięło się z pożądania czy z grzechu, to jednocześnie wzięło się z Bożej miłości.

Dlatego grzech rodziców, którzy nie doczekali z seksem do ślubu nie obciąża Bożego cudu, którym jest ich dziecko. Dlatego zło wyrządzone kobiecie przez gwałciciela nie rzutuje na dziecku – owocu tego zła. Dlatego dziecko poczęte i urodzone jako skutek zapłodnienia pozaustrojowego nie ponosi odpowiedzialności za egoizm jego rodziców. Bo mimo, że każde z tych dzieci powstało jako wynik grzechu, zostało jednocześnie stworzone w ogromie Bożej miłości.

Niektóre dzieci biorą się z pożądania. Wszystkie biorą się z miłości.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy