Posts Tagged With: Praca

Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Czy w niedzielę można iść do kina?

Temat wypłynął kiedy, korzystając ze świąt Bożego Narodzenia, wybrałem się z Żoną na „Hobbita…” do kina. Po powrocie zamieściłem na Facebooku krótką opinię w związku z moimi przeżyciami, ale dyskusja pod wpisem ominęła temat samego filmu, a rozwinęła się wokół pytania: Czy w święta można chodzić do kina? Ponieważ pojawiały się zarówno argumenty za, jak i przeciw, postanowiłem przemyśleć sprawę i rozpisać się szerzej na blogu.

Temat ma, jak już zauważyłem, dwie strony. Pojawiają się zarówno argumenty za, jak i przeciw chodzeniu do kina w niedzielę, czy w święta. Nie mogę też zaprzeczyć, że poniekąd obie strony mają trochę racji. Zastanówmy się zatem najpierw, czym w ogóle jest niedziela i czy święta Bożego Narodzenia są ważniejsze od niedzieli. Otóż wiemy, że tydzień chrześcijanina swój najważniejszy punkt ma właśnie w niedzielę. W kalendarzu liturgicznym każda niedziela ma rangę uroczystości, zatem zajmuje pierwsze miejsce nie tylko w samym tygodniu, ale i w życiu chrześcijanina. Mówi się nawet, że celebracja niedzieli jest jeszcze ważniejsza, niż uroczystość Narodzenia Pańskiego czy Wielkanoc. To w psychice ludzi i w sakro-laickim sposobie życia utkwione jest przeświadczenie, że Boże Narodzenie jest ważniejsze niż „przeciętna” niedziela, że zatem w Boże Narodzenie sklepy muszą być zamknięte, a w niedzielę nie.

W każdym razie wiele osób, w tym „weekendowo” nauczyciele, uczniowie i studenci (wyłączając zaocznych), ale też pracownicy innych firm, w niedzielę ma wolne od pracy. Niedziela bowiem jest dniem odpoczynku, już nie tylko chrześcijańskiego, ale i zupełnie świeckiego, choć tradycja wzięła się z założeń Kościoła. Niedziela jako Dzień Pański jest też dniem świętowania, odwiedzin w Domu Pana, spotkania z najlepszym Przyjacielem, którym powinien dla nas być Jezus Chrystus. Zarówno niedziela, jak i pozostałe uroczystości, to – oprócz dnia oddania czci Bogu – dzień, który spędzać należy w gronie osób, które się kocha, wspólnie wypoczywając, a nie niepotrzebnie pracując. Niedziela nie powinna być zatem ani dniem dorabiania sobie, ani dniem robienia zakupów, ani dniem sprzątania mieszkania, robienia prania itp. W niedzielę i święta odpoczywamy wspólnie z rodziną.

rodzinaSą jednak różne formy odpoczynku i tu zaczyna się kontrowersja. Miłe jest bowiem udanie się w taką niedzielę, po kościele, w gronie najbliższych, do restauracji na obiad. Albo do kawiarni na lody. Jest to dobry sposób na odpoczynek, przy czym musimy zauważyć, że skoro jedni chcą sobie zjeść obiad w restauracji, drudzy muszą w tym czasie w restauracji pracować. Albo rzeczone kino: komuś przychodzi do głowy pójść w niedzielę z rodziną do kina. Może być też Boże Narodzenie – my byliśmy w kinie z moim szwagrem i jego żoną, a była to naprawdę wyjątkowa okazja, by się z nimi integrować, poza świętami bowiem nie spotykamy się właściwie wcale. Zatem przychodzi nam do głowy wyjść do kina i jest to wartościowy sposób spędzania niedzielnego wypoczynku. Ale pamiętać należy, że w tym czasie w tym kinie, choćby było Boże Narodzenie, pracują inni ludzie.

Rozważmy argumenty, które się pojawiają przeciw jedzeniu w restauracji czy rozrywaniu się w kinie/w teatrze w czasie niedzieli czy świąt. Niektórzy pytają, czy nie lepiej dla wszystkich byłoby spędzić ten dzień z rodziną w domu, by pozwolić pozostałym odpocząć; czy zatem nie lepiej pójść do kina lub restauracji w innym dniu, który nie jest niedzielą? Problem polega na tym, że wiele rodzin nie ma autentycznie możliwości wybrania się do kina w dniu innym, niż niedziela. Jeśli rodzice pracują do późna, często także w soboty, niedziela jest jedynym dniem by móc oddać się tego rodzaju rozrywce. Poza tym musimy pamiętać, że niedziela jest dniem radości, dniem świętowania. Zarówno kontaktu z Bogiem, jak i z najbliższymi. Bzdurą byłoby zatem traktowanie tej radości w sposób ascetyczny: odmówię sobie rozrywki, wyjścia do kina czy obiadu w restauracji, żeby ktoś inny nie musiał dla mnie pracować. Jeśli radość, to nie asceza, tak mi się wydaje. A jednak, żebyśmy się mogli radować, ktoś inny musi pracować.

Całą odpowiedź na podany dylemat daje nam Katechizm Kościoła Katolickiego i poniżej przytoczę cztery punkty, z których w tym miejscu możemy skorzystać.

2184 Jak Bóg „odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku. Ustanowienie dnia Pańskiego przyczynia się do tego, by wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęcić życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu.

2185 W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni powinni powstrzymać się od wykonywania prac lub zajęć, które przeszkadzają oddawaniu czci należnej Bogu, przeżywaniu radości właściwej dniowi Pańskiemu, pełnieniu uczynków miłosierdzia i koniecznemu odpoczynkowi duchowemu i fizycznemu. Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego. Wierni powinni jednak czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia.

Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę.

2186 Chrześcijanie dysponujący wolnym czasem powinni pamiętać o swoich braciach, którzy mają te same potrzeby i te same prawa, a którzy nie mogą odpoczywać z powodu ubóstwa i nędzy. W pobożności chrześcijańskiej niedziela jest tradycyjnie poświęcona na dobre uczynki i pokorne posługi względem ludzi chorych, kalekich i starszych. Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia. Niedziela jest czasem refleksji, ciszy, lektury i medytacji, które sprzyjają wzrostowi życia wewnętrznego i chrześcijańskiego.

2187 Świętowanie niedziel i dni świątecznych wymaga wspólnego wysiłku. Każdy chrześcijanin powinien unikać narzucania – bez potrzeby – drugiemu tego, co przeszkodziłoby mu w zachowywaniu dnia Pańskiego. Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego. Wierni powinni czuwać z umiarkowaniem i miłością nad tym, by unikać nadużyć i przemocy, jakie rodzą niekiedy rozrywki masowe. Pomimo przymusu ekonomicznego władze publiczne powinny czuwać nad zapewnieniem obywatelom czasu przeznaczonego na odpoczynek i oddawanie czci Bogu. Pracodawcy mają analogiczny obowiązek względem swoich pracowników.

Z punktu 2184 już dowiadujemy się, że odpoczynek niedzielny (i świąteczny) łączy się z poświęceniem się życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu. Specjalnie podkreśliłem słowo „kulturalnemu”, ponieważ ukulturalnianie się związane być może z czytaniem książek i oglądaniem wartościowych programów czy filmów w telewizji, ale też z wychodzeniem do kina, teatru czy opery. W punkcie 2185 czytamy, że w niedziele i święta należy się powstrzymać od zajęć uniemożliwiających oddawanie czci Bogu czy odpoczynek. Jednak dowiadujemy się także, że „Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego„. Czy praca w restauracji, teatrze czy kinie jest ważnym zadaniem społecznym? Śmiem twierdzić, że tak, podobnie jak – niestety – praca na stacji benzynowej, czasem bowiem komuś w podróży braknie benzyny i w niedzielę. „Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę” – to zdanie można by zapisać gdzieś na wieczną rzeczy pamiątkę, doskonale bowiem obrazuje to, czym jest praca w niedzielę.

kino-1Z punktu 2186 wyciągnę to zdanie: „Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia„. Tu widzimy to, o czym wspomniałem już wcześniej: że wiele rodzin nie ma dla siebie czasu w dni poza niedzielą. Że niedziela może być jedynym dniem, w którym można pójść do kina z dziećmi, albo z żoną na randkę, w pozostałe bowiem dni ciężko się pracuje. Bardzo jednak ważne zdanie przeczytamy wreszcie w punkcie 2187 i ono powinno nam wystarczyć za podsumowanie: „Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego„. Wynika z tego zatem, że nie każda praca w niedzielę jest niekonieczna. Ogólnie pojęte wręcz zwyczaje są tutaj ukazane jako coś, co sprawia, że w niedzielę należy udać się do pracy. Sport i rozrywki to właśnie te ukulturalniające sprawy, z których korzystać mogą w radości osoby spędzające, świętujące niedzielę. Druga część zdania jest tu jednak kluczowa. Otóż nawet ten, kto w niedzielę czy święta pracuje, ma obowiązek tak zagospodarować czas pracy, by mieć wystarczająco dużo czasu na odpoczynek. By, zapewne, mieć czas na oddanie należnej czci Bogu i spędzenie czasu ze swoimi bliskimi.

Jak to ma się do chodzenia do kina w Boże Narodzenie (25 grudnia, 26 bowiem to tylko tradycyjne święto, ale już żadna uroczystość)? Rozumiem doskonale dylemat, bowiem Boże Narodzenie jest specyficznym dniem, w szczególny sposób rodzinnym i każdemu należy się możliwość spędzenia tego dnia z bliskimi. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie by człowiek, jeśli tego dnia musi pracować, czy to w służbach publicznych (policja, służba zdrowia), czy w rozrywce i sporcie (kino, teatr, mecze piłkarskie), czy wreszcie w gastronomii (restauracje czy zwykłe McDonaldy), zagospodarował sobie wystarczająco dużo czasu na wizytę w kościele i rodzinne śniadanie, czy obiad, a w ostateczności – po powrocie z pracy – kolację. Zdecydowanie trudniej jest świętować, kiedy trzeba pracować. Pamiętajmy jednak, że niektórzy muszą pracować, żeby inni mieli możliwość należycie odpocząć. My zaś, którzy z tych form odpoczynku korzystamy, powinniśmy okazywać wdzięczność w życiu codziennym i w modlitwie osobom, dzięki którym możemy prawdziwie świętować.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny napisana dla Equipes Notre-Dame przez siostrę Marię-Paulę (dziś także oficjalna ikona ruchu Domowego Kościoła), źródło: http://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Fotografia neonu „Kino”, dostępna między innymi: http://www.ilkino.it/il-programma-di-aprile/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 30 Komentarzy

Marsz marsz Rodzino!

Piszę, bo dziś wraz z małżonką i młodszą latoroślą wybraliśmy się wreszcie na Marsz dla życia i rodziny. Taki marsz odbywa się dorocznie, ale dotychczas dotarliśmy na miejsce tylko raz, już po rozpoczęciu, padał deszcz i ostatecznie utknęliśmy w dość drogiej restauracji na proporcjonalnie niewielkim obiadku. Wówczas żona była jeszcze w ciąży, nosząc w brzuchu starszą latorośl.

Dziś nareszcie, mimo tradycyjnych porannych konfliktów związanych z wstawaniem z łóżka, zdecydowaliśmy się zebrać i o dziesiątej stawić pod pomnikiem Kopernika. Dotarliśmy wprawdzie około dziesięć po, ale marsz sam też się spóźnił i wyruszyliśmy prawie wpół do. Marsz trwał krótko (zaskakująco), zakończył się nieco po jedenastej na Placu Teatralnym. W drodze spotkaliśmy znajomych ze wspólnoty z dwójką potomstwa. Ci sami znajomi zmokli na deszczu z noworodkiem wówczas, gdy my się objadaliśmy zdecydowawszy, że nie będziemy się narażać. Zazdrość pozytywna. Spotkaliśmy też nieco znajomych rodzin z rekolekcji wakacyjnych. I byliśmy bardzo miło zaskoczeni ilością rodzin wielodzietnych (czworo-pięcioro dzieci) biorących udział w całym zamieszaniu. Gdy widzieliśmy rodzinę, w której najstarsze dziecko mogło mieć najwyżej 7 lat, przedostatnie ledwo szło, a jeszcze młodsze już jechało w wózeczku, dotknęło nas autentyczne wzruszenie. I chęć posiadania kolejnego dziecka, w miarę jak najszybciej. Kwestia naszych dzieci zresztą okazała się również zabawna. Znajomy z rekolekcji, który świetnie wie, że mamy starszego syna (który to syn wybył ostatnio do dziadków) zażartował z żony niosącej córkę w chuście, że ciekawie wygląda: taka młoda dziewczyna i już ma dziecko. Rzeczywiście, w towarzystwie córci wyglądamy jak młode małżeństwo z niemowlęciem. Kiedy jest z nami jeszcze G.M. wydaje się, że jesteśmy jednak nieco poważniejsi.

Nie mogę zaprzeczyć, że pojawiły się w moim odczuciu pewne kontrowersje. Hasło towarzyszące marszowi „Jestem mamą, to moja kariera” popieram absolutnie, o ile nie stawia się na matkach presji, żeby siedziały w domu, nie ruszały się na krok i absolutnie nie realizowały się zawodowo czy naukowo. Ale popierają to hasło i te znajome matki, które studiują czy pracują. Ale przez to nie zaniedbują dzieci, nie zamykają na 10 godzin w przedszkolu, albo nie zostawiają na tyleż czasu z niańką. Pracują po 4 godziny, albo zabierają dziecko ze sobą do pracy. Czasem pracują w domu. Piękna sprawa, sam chciałbym pracować w domu…

Kolejny afisz, niesiony przez córkę matki-karierowiczki głosił: „Mama jest 100 razy lepsza niż przedszkole” – nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Ale Też pod pewnymi warunkami. Nikt nie wychowa, nie nauczy, nie zaopiekuje się tak, jak mama. Jednak dziecko w wieku 3 lat zaczyna mieć już potrzeby wykraczania poza środowisko domowe. Potrzebę socjalizacji, tj. poznawania rówieśników. Potrzebę oderwania się od rodziców w pewnym stopniu i szukanie innych, zdecydowanie mniej ważnych autorytetów, jak panie z przedszkola. Znam czterolatkę, która nie odzywała się i chowała po kątach zanim poszła do przedszkola. Dziś bawi się w najlepsze i dokazuje – nie ta sama osoba! Z drugiej strony znam też dziecko, które jest dość dzikie i nieokiełznane. I moim zdaniem potrzebuje przedszkola, by tak może w pewnym stopniu się utemperowało. Nasz syn pewnie nie pójdzie do przedszkola, bo rekrutacji nie przeszedł. Ale są jeszcze wolne miejsca, jeszcze będę próbował. Bo owszem, mama jest 100 albo i 1000 razy lepsza, niż przedszkole. Ale to nie znaczy, że jest dla dziecka tyleż razy lepsze zostanie w domu z ciągle tą samą towarzyszką, niż wyruszenie do przedszkola na poszukiwanie przygód.

W marszu przeszliśmy i jesteśmy dumni, że mogliśmy dać świadectwo. Chcemy mieć więcej dzieci, aby na przyszłość świadectwo było pełniejsze. Wszystkich małżonków zaś namawiamy do uczestniczenia w tego typu akcjach. A tych, którzy mogą, do starania się o więcej sztuk potomstwa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Awans

Tytuł dzisiejszej notki z pewnością zabrzmi dość ironicznie w stosunku do pozostałej jej części, bo i taki jest rzeczywiście. Notka musi opowiedzieć bowiem o ogromnym upadku, który przeżyłem w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ale skąd ten ironiczny tytuł? Otóż, jak już pisałem, w mojej paczce na studiach nadano mi ksywę ksiądz. Ania cały czas zwraca się do mnie „proszę księdza”, a i pozostali, jak tylko zrobię coś mało odpowiedniego, rzucają „księże, no co ksiądz?” Ale awans dotyczy czegoś więcej, a w tym wypadku to akurat dorobiłem się trzeciego stopnia święceń. Bo oto w pracy otrzymałem ksywkę biskup. Nie można powiedzieć, w końcu jest to słowo bardziej wymowne w swej treści, jak również przecież łatwiej wymawialne jako wołacz (boć i dwie sylaby brzmią bardziej dźwięcznie aniżeli jedna). Ale jak już mówiłem awans nie jest tu najważniejszy. Najważniejsze jest to, że z każdym kolejnym „stopniem święceń” opadam coraz niżej w swej wierze i moralności…

Wszystko zaczęło się z momentem usunięcia z seminarium. Pamiętacie wszyscy, że byłem wtedy walczący. Walczący jeszcze mocniej niż przedtem. Bo nie tylko walczyłem o świętość i życie, lecz walczyłem także o prawa każdego człowieka do swojego zdania i walki o swoje. W tym samym czasie walczyły we mnie jednocześnie dwie rzeczy: katolicka ortodoksyjność i żal do Kościoła. Ogromny żal… Ale czas mijał, z początku walczyłem jeszcze porządnie i ramię w ramię z Kościelną nauką. Potem dostałem się na studia. Jeszcze chodziłem do kościoła, jeszcze się modliłem. No i awans – zostałem „biskupem”, czyli pracownikiem restauracji McDonald’s. Zabrakło czasu na kościół. Ale czy czasu? W końcu odkąd poszedłem do pracy, wreszcie mogłem coś robić, w coś się zaangażować. Zabrakło chęci. Zaczęło się spanie po 10-11 godzin dziennie, praca i znów sen. Modlitwa jeszcze o tyle o ile, ale już po tym, jak dziecko się urodziło – okrzepła zupełnie. Pozostał żal do Kościoła (nie do całego, do pojedynczych jego przedstawicieli) i ogromna nadzieja na powrót. Nadzieja, której nie mogę oprzeć nawet na Bogu. Może mogę, ale chyba nie wierzę w jej powodzenie.

Upadek związany z moją moralnością i religijnością (chodzę do kościoła raz na tydzień, a jednocześnie jestem niedzielnym katolikiem, których tak nie znoszę) wiąże się też z upadkiem tego, kim byłem, w oczach ludzi. Z kleryka, który był na wszystkich otwarty i wszystkim chciał pomóc, stanowiąc we własnej osobie pewnien, chcąc nie chąc, autorytet, zmieniłem się w gościa który ciągle narzeka, jęczy i wszystkich sam prosi o pomoc. No i pojawił się problem z dziewczynami. Nie jestem w stanie do końca go zrozumieć, ale to wygląda tak, że kilka dziewczyn które znały mnie i szanowały jako kleryka, teraz nagle wzmożyły swoje zainteresowanie mną jako facetem. A ja sam nie wiem w czym to ma źródło, no i jak się osobiście na to zapatrywać. Zwłaszcza że, jak już napisałem, zmieniłem się i nie należę już do przesiąkniętych pobożnością chłopaków, lecz do istot czujących się niezmiernie skrzywdzonymi i w ten sposób wciąż skutecznie zatruwającymi powietrze. A jednak, nie będę nadmiernie skromny, budzę zainteresowanie, i to właśnie tych dziewczyn, które znały mnie wyłącznie jako kleryka. I nie wiem, może to jest coś co Bóg sobie tam kombinuje by znów wyprowadzić mnie na prostą. Zwłaszcza że wśród tych dziewczyn jest taka jedna… Ale… Ale mamy ten problem, Moi Mili, że nie mamy pojęcia co Bóg sobie kombinuje. Ufam Mu. Gość ma głowę na karku. Ale czy On mnie tylko kusi, czy naprawdę chce mnie wyprowadzić na prostą? Nie wiem.

Wiem, że wciąż żyję. Wiem, że czytuję Tygodnik Powszechny i książki Tishnera, co wcześniej by mi do głowy nie przyszło. Więc może nie jest jeszcze do końca tak źle? Każdego dnia próbuję się zmobilizować by wstać o godzinę wcześniej i każdego dnia śpię do południa. Każdego dnia pragnę pomodlić się więcej i każdego dnia zasypiam po króciutkim paciorku. I tylko wciąż wierzę w to, że Ten Tamten ma wobec mnie jakiś konkretny plan. I że muszę mu zaufać. I że skoro On zmartwychwstał, to może i ja wrócę. Jak Syn marnotrawny…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 23 Komentarze