Posts Tagged With: Prawda

Dlaczego homoseksualizm nie jest normą

We czwartek opublikowano wyniki największych jak dotychczas badań dotyczących poszukiwania genu odpowiedzialnego za fakt, że ludziom mogą podobać się przedstawiciele tej samej płci. Od lat bowiem wielu twierdzi, że homoseksualizm nie jest wyborem, lecz cechą wrodzoną, a co za tym idzie – jest niesiony w ludzkich genach. Przeprowadzono więc badania, a po publikacji wyników jeden z badaczy wyraził swoje nadzieje: „Mam nadzieję, że nauka może być wykorzystana do nauczenia ludzi trochę więcej na temat tego, jak normalne i naturalne są zachowania homoseksualne (jednopłciowe). Jest wpisane w naszych genach i jest częścią naszego środowiska. To jest część naszego gatunku i jest częścią tego, kim jesteśmy”. Autorem tych słów jest Beniamin Neale, genetyk w Broad Institute of M.I.T. i na Harvardzie, jeden z badaczy. Zanim jednak przejdę do krótkiego omówienia wyniku badań, spróbuję zastanowić się nad tym, czym jest wspomniana przez Neala „norma”.

Przytoczę definicję normy, którą można znaleźć w Wikipedii: „Norma w psychologii, pedagogice specjalnej i psychiatrii to rodzaj konstruktów wyznaczających na różne sposoby wzorce zwyczajnych zachowań i cech ludzi – na przykład jako przeciętne, zgodne z przewidywaniami, czy społecznie lub moralnie pożądane. Jest – niejednoznacznie – powiązana z wielorakimi koncepcjami zdrowia, w szczególności zdrowia psychicznego; może być zakorzeniona w różnorodnych założeniach filozoficznych i etycznych o naturze człowieka i świata„. Jak więc widzimy, norma jest nie tylko czymś, co jest typowe, powszechne, czy – można powiedzieć – przeciętne. Jako normę uważa się tak naprawdę wszystko to, co za normę zostanie uznane. W związku z czym można spokojnie powiedzieć, że zachowania homoseksualne, o których mówił autor powyższej wypowiedzi, będą na tyle normalne, na ile środowisko LGBTQ, do którego należą także liczni spośród naukowców biorących udział w badaniach, będzie kładło naciski na to, by to w oczach społeczeństwa unormalnić. Ze słów, które wypowiedział Beniamin Neale, wynika także to, że celem przeprowadzonych badań było nie tyle odkrycie prawdy o genetyce człowieka, lecz pomoc w przekonaniu ludzkości, że homoseksualizm jest normą.

Co jednak wynikło z przeprowadzonych badań i czy słowa Neala są podstawne? Otóż przede wszystkim nie udało się odkryć jednego genu homoseksualizmu, którym wyróżniałby się każdy przedstawiciel ludzkości czujący pociąg do osób tej samej płci. Odkryto natomiast szereg różnych genów, które mogą mieć wpływ na orientację seksualną. Jest to jednak wpływ niewielki (ang. „tiny” oznacza „malutki”), a co więcej – próba przewidzenia orientacji seksualnej danej osoby na podstawie tychże genów okazała się nieskuteczna ze względu na niewielką ilość danych. Badania wskazują, że szereg wyodrębnionych genetycznych zmian wpływa na około 32% wszystkich przypadków homoseksualizmu – a zatem można powiedzieć, że u ponad 60% te zmiany nie wystąpiły, a mimo tego odczuwali oni pociąg do osób tej samej płci. Badacze podkreślają, że „pozostała część wyjaśnienia zawiera społeczne czy środowiskowe wpływy — co sprawia, że niemożliwym jest użycie genów do przewidzenia czyjejkolwiek seksualności”. O czym osoby twierdzące, że homoseksualizm nie jest wrodzony, lecz zależny od czynników społecznych, mówiły już od dawna.

Ciekawą sprawą okazuje się także korelacja między wyodrębnionymi genami mającymi mieć wpływ na homoseksualizm, a występującymi u tych osób chorobami psychicznymi i zaburzeniami osobowości. Choć – co podkreślają autorzy badań – występowanie tychże chorób może wynikać z nieakceptacji społecznej dla osób homoseksualnych. Ciekawe jednak, dlaczego choroby psychiczne nadal nazywa się chorobami, ale skorelowanego z nimi homoseksualizmu już nie.

O wiele ciekawsze jednak, niż same wyniki badań, okazuje się podejście badaczy, często związanych ze społecznością LGBTQ. Otóż jeszcze przed publikacją wyników część badaczy wyrażała swoje obawy, że upublicznienie badań może okazać się zgubne dla ich środowiska, ponieważ może zostać źle (tj. na niekorzyść dla nich) wykorzystane przez przeciwników twierdzenia, że homoseksualizm jest normą. Na przykład Steven Reilly, genetyk i jedna z wpływowych osób w środowisku LGBT, powiedział: „Nie zgadzam się głęboko na publikowanie tego. To wygląda na coś, co może w prosty sposób być źle zinterpretowane”. Po czym dodał: „W świecie pozbawionym dyskryminacji zrozumienie ludzkich zachowań jest szczytnym celem, ale my nie żyjemy w takim świecie”. Zatem – zdaniem pana Reilly’ego, warto byłoby publikować dane niekorzystne dla środowiska LGBTQ tylko wówczas, jeśli społeczeństwo byłoby już nastawione wyłącznie pozytywnie do jego przedstawicieli. Inny badacz, Joe Vitti, skomentował: „Jako osoba queer i genetyk, nie mogę zrozumieć motywacji przyświecającej szerokopojętym badaniom genomów w celu określenia nieheteroseksualnych zachowań. Muszę najpierw zobaczyć wystarczający argument, że potencjalne korzyści tych badań przeważą nad potencjalnymi szkodami”. Jakie wnioski my możemy wysnuć z tych wypowiedzi? Że środowisko LGBTQ tak bardzo dba o wiarygodność własnych argumentów, własnych twierdzeń, że homoseksualizm jest normą, że jeśli badania mogą pokazać, że jest inaczej, to nie należy w pierwszej kolejności w ogóle ich przeprowadzać, a w następnej – jeśli już się je przeprowadziło – trzeba się dwa razy zastanowić przed opublikowaniem ich wyników.

Z badań wynika, że nie tylko nie istnieje konkretny gen homoseksualizmu, ale te liczne, które dają jakąś wskazówkę, że mogą mieć wpływ, wskazują także na korelację z chorobami psychicznymi. Ponad 60% przypadków homoseksualizmu wynika zaś z wpływów środowiska. Wynika z nich także tyle, że środowiskom LGBTQ bardziej zależy na propagowaniu tolerancji i uzyskiwaniu praw dla ich środowiska, niż na poznaniu prawdy na swój temat – oraz na tym, by inni mogli ją poznać. Wprawdzie największy entuzjasta badań, Beniamin Neale, wyraża nadzieje, że badania pomogą ukazać ludziom, że homoseksualizm jest normalny i naturalny, ale okazuje się to być złudną nadzieją, bo same badania prowadzą do odkrycia czegoś zupełnie innego.

Czy zatem homoseksualizm jest normą? Czy normą są tylko dwupłciowe związki ukierunkowane na płodność? Jeśli normą jest to, co za normę przyjmiemy, to wszystko może być normą. Jeśli jednak normą nazwiemy taki sposób życia, który prowadzi do rozwoju, to zdecydowanie związki homoseksualne nie są normalne. Czy byłyby normalne, zdrowe, gdyby rzeczywiście odkryto jakiś gen homoseksualizmu? Odpowiem pytaniem: a czy wszystko, co ludzie mają w genach, jest normalne lub zdrowe? Czy syndrom Downa, wynikający przecież z genów (z całym szacunkiem dla osób z tym syndromem) nazwiemy zdrowiem lub normą? Czy wszelkie inne – właśnie – choroby genetyczne powinniśmy nazwać normą, skoro wynikają z różnic w genotypie? Nie, tak nie ma. Są wady genetyczne, choroby genetyczne i istnienie jakiegoś genu nie sprawia, że posiadanie go staje się nagle normą. Zatem, gdyby udowodniono istnienie genu homoseksualizmu, zupełnie swobodnie można by go uznać za aberrację, odchylenie od normy. Brak takiego genu także nie wyklucza, że homoseksualizm można z góry zakwalifikować jako nienormalny.

Poza normą są natomiast wszelkie związki, które nie są rozwojowe i nie prowadzą do płodności. Oczywiście padają w tym przypadku pytania, czy uważam małżeństwa niepłodne za nienormalne. Nie podoba mi się takie stawianie sprawy, bo nie chodzi o to, co ja uważam, wiem natomiast, że niepłodność jest chorobą. Występującą w społeczeństwie coraz częściej, prawdopodobnie w wyniku przemian cywilizacyjnych, ale nie jest normą. Niepłodność się leczy, a kiedy nie da się jej wyleczyć, nie przechodzi się nad nią do porządku dziennego, jak nad czymś normalnym. Żyje się z nią, ale nie na zasadzie normy. To samo – zawsze – jest w związkach homoseksualnych. Są one z natury nierozwojowe i niepłodne – czy zatem normalne i naturalne? Nie można tak powiedzieć, ponieważ natura dąży do rozwoju. A homoseksualizm – czy to wśród zwierząt, czy wśród ludzi – dąży do stagnacji. I nie może być nazywany czymś normalnym.

Do niedawna homoseksualizm traktowany był jak choroba. Wypaczenie, odejście od normy. Dziesiątki lat propagandy LGBTQ i próby wpojenia, że chodzi nie o ideologię, ale o pojedyncze osoby, doprowadziły do tego, że zdjęto go z listy chorób, w wielu środowiskach uznano za normę, wprowadzono do książek, filmów, reklam, próbuje się pokazać jako jeden z elementów zwyczajnych. Dziś usiłuje się wprowadzić naukę o homoseksualizmie do szkół, by pokazać, że to normalne, by „homoseksualiści mogli zrozumieć, że nie są inni”. Ale tak naprawdę takie zmienianie normy nie prowadzi do niczego dobrego. Dziś jeszcze śmiejemy się z tej myśli, ale jutro to samo będzie działo się z pedofilami, którzy będą podrywać nasze dziewięcioletnie dzieci w imię równouprawnienia. Oni już próbują, już publikują artykuły, że są normalnymi ludźmi, którzy czują trochę inaczej. Zatem muszę podkreślić, że normą w społeczeństwie dwupłciowym nie jest ani pedofilia, ani zoofilia, ani dendrofilia. Ani homoseksualizm. I tak, jak szanujemy każdą osobę z jej odmiennością, tak piętnujemy złe zachowania, ale przede wszystkim próbę wszechobecnego narzucenia nam narracji, że coś, co jest odmienne, musi być normalne. Homoseksualizm nie jest normą.

____________________________________

Wpis został oparty o artykuł z The New York Times Many Genes Influence Same-Sex Sexuality, Not a Single ‘Gay Gene’. Wszelkie cytaty, poza fragmentem Wikipedii, są dokonanymi przez autora wpisu tłumaczeniami z artykułu.

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/illustrations/wargi-gay-t%C4%99cza-bander%C4%85-usta-651339/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Stan umysłu

Za kilka dni wybory do Europarlamentu. Będziemy decydować o tym, jaką reprezentację będziemy mieć w miejscu, które kontroluje, lub stara się przynajmniej kontrolować politykę, gospodarkę i życie społeczne w większości krajów kontynentu Europejskiego. Prognozuje się, że mogą to być pierwsze od dawna wybory wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość (jedną z głównych porażek PiS miałoby być to, że przegrało 6 wyborów z rzędu – a przecież nie przegrało, tylko zajęło drugie miejsce, a pierwsze od lat zajmuje jej największy konkurent, nie wchodźmy w to czy prowadzący politykę w sposób uczciwy; tak czy inaczej – nie ma o co kopii kruszyć), pierwsza od dawna porażka Platformy Obywatelskiej.

A jednak, dość niespodziewanie, pierwsze miejsce w debacie medialnej – dziś już nie tylko tej internetowej – zajmuje kto inny, niż wreszcie dążący do triumfu Jarosław Kaczyński. Wiadomości o Kaczyńskim giną pod naporem tych dotyczących Janusza Korwina-Mikke (proszę zwolenników poprawności deklinacyjnej o wyrozumiałość, sprawdzałem w internetach i dozwolono używanie różnych form, a mnie ta najbardziej pasuje), szefa Nowej Prawicy. Jest to spowodowane nagłym wzrostem poparcia dla partii Janusza Korwina-Mikke, która w sondażach po raz pierwszy przekracza próg wyborczy, osiągając nawet 7% poparcia. Wszystkie media – od lewicy po prawicę – zastanawiają się, skąd nagły fenomen Korwina-Mikke, który przecież w polityce jest od dawna i właściwie swoich poglądów dotyczących różnych spraw nie zmienia. Pojawia się na ten temat kilka odpowiedzi, w każdej jest cząstka prawdy, może poza twierdzeniami samych zwolenników Korwina, którzy twierdzą, jakoby Nowa Prawica miała być jedyną szansą dla Polski. I tak Tomasz Lis w Newsweeku pisze, że Korwin-Mikke jest w tych wyborach przedstawicielem elektoratu buntu, który pojawia się za każdym razem, bo część ludzi zawsze ma dość aktualnego stanu polityki i pragnie zmian. W poprzednich wyborach takim objawem buntu było poparcie dla Ruchu Palikota. Z kolei we „wSieci” Łukasz Warzecha zaznacza, że partia Janusza Korwina-Mikke działa jak sekta, przyciągając najróżniejszych zwolenników, zwłaszcza żądnych zmian młodych, mamiąc ich nierealnymi, abstrakcyjnymi obietnicami. I w obu tych teoriach jest prawda.

Wizja polityczna Korwina-Mikke

Nie chcę tutaj się dziś zagłębiać w programy jakiejkolwiek partii. Chcę raczej zilustrować jak wygląda podejście pana Janusza Korwina-Mikke do polityki. Otóż pierwszym podstawowym założeniem, którym zachwyca swoich wyborców, jest u Korwina to, że obecny porządek rzeczy jest zły. Zła jest demokracja, złe są starcia polityczne na szczycie, zła jest konkurencja PO-PiS i zła jest Unia Europejska. Znaleźliśmy się, zdaniem Korwina-Mikke, w matni, z której pozornie nie ma wyjścia. Oczywiście tego typu stwierdzenia działają na wielu ludzi, którzy czują się niepewnie w istniejącym systemie rzeczy i pragną odmiany, pragną czegoś nowego. A skoro już wzbudzono zainteresowanie części elektoratu poszukującej całkowitej przemiany tego, co istnieje, należy jeszcze tylko wskazać rozwiązanie. To rozwiązanie jest jedno: Janusz Korwin-Mikke. Jeśli PiS dojdzie do władzy, nic się nie zmieni. Jeśli wybory do Unii wygrają reformatorzy pragnący naprawiać to, co istnieje, nic się nie zmieni. Zmieni się wszystko tylko wtedy, kiedy do władzy dojdzie Janusz Korwin-Mikke i zrobi rewolucję. Zatem nie ma możliwości zmiany na lepsze, jeśli wszystkiego nie rozjedzie się buldożerem i nie zbuduje od początku. To są hasła, które – rzecz jasna – przyciągną zawsze jakąś część elektoratu. Dotychczas ta część, wierząca w podobne ciekawostki, była zbyt mała, by wygrać jakiekolwiek wybory, ale teraz to się zmieniło. Grupa buntu chcąca budować porządek od nowa, na nowych fundamentach, wzrosła.

Zatem zadaniem Korwina, jego partii i wyborców jest zlikwidować demokrację (którą z jakichś powodów się wygwiazdkowuje). Na miejsce demokracji należy wprowadzić monarchię i, być może, rządy mniejszości (przykładowo: najinteligentniejszych). Należy odebrać prawo głosu wszystkim, którzy nie znają się na polityce, którzy posiadają zbyt mały iloraz inteligencji itp. Przy okazji wychodzimy z założenia, że kobiety mają z natury mniejszy iloraz inteligencji niż mężczyźni, więc należy wrócić do czasów, kiedy one nie mogły wybierać władzy. W ogóle wypadałoby wrócić do czasów, kiedy rządził król, ludzie mu podlegali, niektórzy co mądrzejsi doradzali, a kobiety zajmowały się domem nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Przy tym wszystkim wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke są tak logicznie skonstruowane, że ciężko z nimi de facto polemizować. Tak się przynajmniej wydaje na początku, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Otóż, jak słusznie zauważył Warzecha, logika Korwina wygląda nieco jak reguły gry w szachy lub w brydża. Sam Korwin jest zapalonym brydżystą i okazuje się być takim również w życiu politycznym. Otóż według niego nawet jeśli do wygrania danej partii prowadzi więcej niż jedna droga, to tak czy inaczej cel jest jeden i jeden zwycięzca. Na szachownicy są białe i czarne, w rzeczywistym świecie również. I tak oto jeśli, przykładowo, stwierdzi się, że kobiety szukają sobie mężczyzn bardziej inteligentnych od siebie, to jedynym kontrargumentem może być – śmieszne przecież – twierdzenie, że kobiety wolą jednak mniej inteligentnych mężczyzn. W żadnym wypadku nie przyjdzie p. Korwinowi do głowy, że być może partnerzy/współmałżonkowie starają się dogadywać ze sobą na tej samej płaszczyźnie, że szukają sobie kogoś, kto będzie im dorównywał w inteligencji, żeby mieć z kim pogadać. To rozwiązanie wydaje się być najbardziej naturalne, zwłaszcza w czasach gdy sami dobieramy sobie współmałżonków, a nie robią tego za nas rodzice czy swaci.

Rozwiązanie problemów politycznych Polski jest zdaniem Janusza Korwina-Mikke tylko jedno: całkowite zwycięstwo jego partii w wyborach. Nie może to być przekroczenie progu wyborczego, nie może to być piętnaście procent. Inne ugrupowania potrafią działać wygrywając wybory i szukając sobie partnerów do koalicji, żeby wprowadzać forsowane przez nie przepisy. Ideał taki, jaki osiągnięto na Węgrzech, gdzie Orban działa właściwie samodzielnie, jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak Janusz Korwin-Mikke ma świadomość, że nic się nie zmieni, dopóki nie osiągnie w sejmie większości głosów tak, by mógł rządzić samodzielnie. Wtedy i tylko wtedy mógłby zlikwidować „koryta”, obalić parlament i ogłosić królestwo – a jak jest potrzeba, zawsze się znajdzie ktoś odpowiedni na króla. Zatem wybory trzeba wygrać większością. Jednym ze sposobów forsowanych przez jego zwolenników jest namówienie 50% społeczeństwa, które nie chodzi na wybory, aby poszło na wybory i zagłosowało na Korwina. Są zapewne też inne sposoby, a dopóki to się nie uda, Korwin zamierza wchodzić do parlamentu (czy to europejskiego, czy krajowego), by niszczyć wszystko od środka. Już ma w krajowym parlamencie swojego człowieka (Przemysław Wipler), który na przykład jako jedyny zagłosował przeciw podwyższeniu stawki zapomogi dla rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi. Zadaniem zatem ugrupowania pana Janusza nie jest wchodzenie w koalicje i dogadywanie się z ludźmi, lecz albo przejęcie władzy, albo podminowanie wszystkiego i zniszczenie fundamentów.

Oderwanie od rzeczywistości

MikkeNiestety problemem w tym wszystkim jest to, że choćby było to najbardziej logiczne na świecie, to jest kompletnie nierealne. Myślenie Janusza Korwina-Mikke nie ma zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. Po pierwsze szanse na jednowładztwo w naszym kraju ma może PiS, może PO, bo to są ugrupowania, które w tej chwili się na scenie politycznej liczą. Pozostałe to blotki, pionki i Janusz Korwin-Mikke nie jest tu wyjątkiem. Tak, jak trudno jest wygrać partię szachową mając tylko jeden pion, tak i ciężko jest zdobyć w wyborach większość głosów mając poglądy kompletnie oderwane od realności aktualnej polityki krajowej czy światowej. Mówi się, że na szczycie polityki jest beton, że ciągła walka Platformy z PiSem, i że tylko Kongres Nowej Prawicy może cokolwiek zmienić, że tylko on jest alternatywą. Z tym, że to wcale nie jest żaden beton, tam na górze. To są realia współczesnej polityki. Jedna licząca się partia centrolewicowa, druga centroprawicowa, mające nieco inne podejście, ale odnajdujące się w zastanym systemie, budowanym w całym współczesnym świecie od kilkudziesięciu lat. Żadna z tych partii nie twierdzi, że będzie mogła rządzić skutecznie pod warunkiem, że zniszczy obecny system rzeczy i postawi w jego miejsce coś nowego/coś starego. Nie mówi tak również lewicowe SLD, chłopskie PSL czy inne, mniej liczące się partie. Jedynie Janusz Korwin-Mikke twierdzi, że tę partię da się wygrać, jeśli pozdejmuje się figury z planszy i ustawi się je na nowo. To oczywiście przyciąga, to oczywiście działa. I działa na ludzi rzeczywiście jak sekta. Bo to właśnie sekty działają, promując jakąś oderwaną od świata nowość, jakieś oczyszczenie, całkowite wyzwolenie i mamią swoich wiernych tymi nowościami. Większość sekt nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mormoni wymyślają, że Jezus był w Ameryce, Świadkowie Jehowy dopisują do Biblii swojego Jehowę tam, gdzie go nie ma. Janusz Korwin-Mikke opowiada o królestwie i o zabieraniu pieniędzy ubogim, o rozwalaniu Unii od środka itp. To wszystko bardzo fajne, tylko nadal nie mające nic wspólnego z zastaną rzeczywistością. Co ciekawe – w podobny sposób opowiadali Izraelici przed nadejściem Chrystusa. Oczekiwali oni na Mesjasza, który zbije Rzymian, odbije Jerozolimę i zasiądzie na tronie Dawida. Nic takiego nie nastąpiło, bo nie miało szansy nastąpić. Tego rodzaju marzenia były niezgodne z zastaną rzeczywistością. Prawdziwy Mesjasz też mówił o królestwie – ale Jego królestwo nie było z tego świata. Powielanie błędnego myślenia starożytnych jest, być może, ciekawostką przyrodniczą, ale nikogo nigdzie nie zaprowadzi.

Janusz Korwin-Mikke patrzy na politykę jak na mecz szachowy i wydaje mu się, że jeśli nie wygra, to przegra. Prawdopodobieństwo zatem, że osiągnie politycznie jakikolwiek potencjał który sprawi, że będzie się liczył jako figura, nie jako pionek, jest znikome. Być może to dlatego, że jest zbyt inteligentny, by większość pospołu mogła go zrozumieć?

Myślenie jednobiegunowe

Bardzo ważną rolę w myśleniu Janusza Korwina-Mikke stanowi statystyka. Liczy się ona między innymi wtedy, gdy chodzi o kobiety. Bywa on ogłaszany szowinistą roku, ale jego zwolennicy twierdzą, że jest wręcz przeciwnie – że właśnie bardzo szanuje on kobiety, uważa że ich praca jest lepsza od pracy mężczyzn, trudniejsza itp. Pytanie: dlaczego w takim razie jest ogłaszany szowinistą? Odpowiedź na to jest prosta. Ponieważ jego szacunek do kobiet kompletnie odbiega od tego, co współcześnie definiuje się jako szacunek do kobiet. To tak, jakby ktoś mówił jedno, a robił drugie. Janusz Korwin-Mikke nie mówi jednego i nie robi czegoś przeciwnego, on zwyczajnie nie rozumie co to znaczy „szacunek do kobiet”. I nie mówię tu o tym, że pozwala kobietom uczestniczyć w polityce, że pozwala im pracować „nawet i na pięciu etatach”. Mówię o tym, że stara się je zmieścić w sztywnych ramach, jakby one nie odpowiadały za swoje życie, za swoje decyzje. Jakby rzeczywiście szukały sobie inteligentniejszych mężczyzn, jakby rzeczywiście były wystarczająco mało inteligentne, by siedzieć ponad godzinę z dzieckiem (podobno inteligentny mężczyzna by tego nie wytrzymał, ale widocznie ja jestem nieinteligentnym mężczyzną). Oczywiście przy tym wszystkim podkreśla się, że „nieinteligentne” nie znaczy „głupie”. To tak, jakbym powiedział, że „diament” to nie znaczy „węgiel”. Można sobie mówić, a oczywistym jest, że jeśli powie się komuś, że jest nieinteligentny, to odczyta to jako „głupi”, chyba, że jest skażony korwinowskim myśleniem.

FrederickTymczasem, jak już wspomniałem, statystyka nie ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się naprawdę. Mnóstwo kobiet (nie wiem czy statystycznie większość) wcale nie szuka sobie inteligentniejszego męża, lecz takiego, który byłby na podobnym poziomie intelektualnym. Takiego, z którym dałoby się porozmawiać, z którym można twórczo działać i interesować się tymi samymi rzeczami. Nie jest tak jednobiegunowo, że kobiety są mniej inteligentne. Tak samo jak nie jest tak, że – co wynikło w ostatniej debacie Janusza Korwina-Mikke z Pawłem Kowalem – „zawsze się troszeczkę gwałci”, bo „kobiety zawsze udają, że pewien opór stawiają”. Takie myślenie nie jest szowinistyczne? Można powiedzieć oczywiście, że to jest prawda. Ale to nie jest prawda. Współżycie, zwłaszcza w dobranym, mądrym i Bożym małżeństwie, następuje za obopólną decyzją i zgodą małżonków. Mądry mężczyzna nie dąży do stosunku, gdy kobieta stawia opór. Czy to jest statystyka? Nie wiem. Wiem, że gwałt to przemoc, a miłość małżeńska zakłada wzajemną zgodę na akt małżeński. Gwałcenie jest złe, nawet jeśli nie następuje zawsze, tylko czasami.

Jeszcze jedna ważna sprawa warta zauważenia, czyli kwestia poglądów kobiety, która nawet jeśli mało inteligentna, jest bardzo szanowana przez Janusza Korwina-Mikke. Cytat: „Kobieta przesiąka poglądami człowieka, z którym sypia. Ostatecznie (Natura czy Bóg – nie będziemy się spierać) nie po to tak skonstruował mężczyzn, by setki tysięcy plemników się marnowały; wnikają one w ciało kobiety i przerabiają ją na obraz i podobieństwo mężczyzny, do którego ona należy”. Skąd wzięła się teoria, że w męskich plemnikach zawarty jest materiał światopoglądowy, tego ja nie wiem. Załóżmy, że to przenośnia, że chodzi raczej o mentalną manipulację. Jest to jednak tylko i wyłącznie manipulacja wyssanymi z palca teoriami Korwina. Być może element projekcji, przekazania tego, jak wyglądają kwestie poglądów w jego rodzinie? Ja związałem się z moją Żoną, bo miała takie jak ja poglądy, zarówno na wiarę i Boga, jak i na politykę. Teraz wzajemnie się uzupełniamy, czytamy tę samą prasę, podsyłamy sobie wzajemnie artykuły i czasem się sprzeczamy, a częściej się zgadzamy. Kiedy polemizuję z kimś np. w intenecie i piszę jakąś myśl, a potem mówię Żonie, co mi napisano, Ona komentuje to tymi samymi słowami, których ja użyłem. Nie jest tak, że ja mojej Żonie wkładam poglądy do głowy (lub w inne części ciała). Zwyczajnie zgadzamy się ze sobą – i dlatego jesteśmy razem szczęśliwi.

Co jednak, jeśli szczęśliwe małżeństwo nie zgadza się ze sobą w kwestiach politycznych? Znam jednego człowieka, który jest całym sobą w Gazecie Wyborczej. Jego żona zaś dała się wciągnąć w Łysiaka i często się ze sobą kłócą. Idąc do wyborów wrzucają głos na kogo innego. Czyżby ona była niesubordynowana? Powinna podporządkować się mężowi? To jest szacunek do kobiety? Nie, każdy człowiek bowiem może mieć własne poglądy. I mogą one być nawet sprzeczne z poglądami współmałżonka. Bez względu na to, czy jest się mężczyzną, czy kobietą. Ale jednobiegunowe myślenie Janusza Korwina-Mikke nie dopuszcza takiej możliwości. Żona ma być podporządkowana mężowi, a na dobrą sprawę – jeśli tak – to on mógłby mieć jej głos i wrzucać dwa. Oczywiście na Korwina.

Słowo na wybory

To koniec wpisu, choć niemożliwym jest, bym wszystkie myśli przekazał. Zawarłem własne przemyślenia skrótowo i oczekuję krytyki. Na koniec namawiam do głosowania w niedzielę (i w całym życiu) zgodnie z własnym sumieniem i własnymi poglądami – niekoniecznie w zgodzie z poglądami męża. Zachęcam do oddawania głosu na tego, kogo uważacie za najlepszą alternatywę. Czy to będzie Korwin? To już jest Wasz wybór. Czy ma on realne szanse na wprowadzenie realnych zmian w realnej polityce? Mam nadzieję, że nie ma.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Janusz Korwin-Mikke, pobrane ze strony http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,12451909,Korwin_Mikke_pozywa_za_rysunek_z_niepelnosprawnym.html
2. The Long Journey – Frederick Cayley Robinson, z dodanym komentarzem, za https://www.facebook.com/RozgadaneObrazy/photos/a.123193057844570.27132.123137091183500/302959083201299/?type=1&theater

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Nie lubisz naszego Papieża?

Jestem katolikiem, wszyscy moi czytelnicy dobrze to wiedzą. Z całą pewnością popełniam błędy, grzechy, popadam w dogmatyzm bez wgłębienia się w wiarę, ale staram się jak mogę być wiernym synem Kościoła katolickiego. I nie ma tu żadnych „ale”, bo żadnych „ale” być nie może. Można być katolikiem, albo można nim nie być. Nie można być trochę katolikiem. Skojarzenie „letni katolik” wiąże się ze słowami Jezusa, zawołującymi byśmy byli albo zimni, albo gorący – nigdy letni. Ja nie lubię tego połączenia słów, wolę zbitkę „niedzielny katolik”. Taki, który do kościoła pójdzie w niedzielę, ale życie swoje pędzi jakby obok. Żyje po swojemu.

Jak napisałem kilka wpisów wcześniej, miewałem w życiu różne chwile. Czasem byłem gorliwym ortodoksem w praktyce, czasem tylko w teorii – próbując swoim życiem oszukać Boga. Bywałem prawdopodobnie i niedzielnym katolikiem. Wiem jednak, że moje miejsce jest jak najbliżej tego światła, tego ognia którym jest Bóg, a najbliżej w naszym ziemskim życiu jest w Jego Kościele. Dlatego wiernie trwam przy tym Niebie na Ziemi, które trwa już 2000 lat. Nie oszukujmy się jednak, nawet Kościół w ciągu wieków przechodził burze i pewnie wielu wiernych sądziło, że z nich nie wyjdzie. Zawsze jakoś wychodził na prostą i dla mnie to jest dowód, że nad Kościołem czuwa Duch Święty. Że Duch Święty jest w Kościele.

To wszystko nie oznacza, że jeśli coś niepokoi mnie w Kościele, do którego przynależę, to nie wolno mi tego komentować, nie wolno mi zwracać na to uwagi. Nie mam być jak baranek, który pójdzie wszędzie, gdzie go poprowadzą, choćby doprowadzili go na skraj wulkanu i chcieli zrzucić wgłąb. Nie mam być jak to się mówi, jak Polak-katolik: mierny, bierny ale wierny. Wręcz przeciwnie – jeśli coś mnie niepokoi, mam obowiązek zwracać na to uwagę, jeśli czegoś nie rozumiem lub z czymś się nie zgadzam, mam obowiązek pytać i wyjaśniać. Jeśli widzę realne zagrożenie, mam obowiązek zwracać innym uwagę na to, co widzę, nawet jeśli miałbym się pomylić. Jeśli bowiem nawet się mylę, to zwrócenie innym uwagi na niepokojące mnie zjawisko może wyłącznie doprowadzić do użycia przez nich rozumu i rozpatrzenia moich argumentów. Jeśli zaś się nie mylę, dobrze jest gdy ostrzegę innych przed czyhającym niebezpieczeństwem.

Tak oto wolno mi zwracać uwagę na postawę szeregowego wiernego czy szeregowego teologa (jak na przykład osoby usprawiedliwiające używanie antykoncepcji czy Jan Turnau naciskający na wprowadzanie w Kościele zmian niezgodnych z nauczaniem tegoż Kościoła). Wolno mi zwracać uwagę na postawę kapłanów, osób ze święceniami prezbiteratu (na przykład ks. Lemański albo Boniecki, o których na blogu już wspominałem). Wolno mi nawet zwracać uwagę na to, co mówią lub robią biskupi (jak śp. bp. Życiński, stały współpracownik Gazety Wyborczej, czy bp. a nawet kardynał Nycz, bieżący z Komunią Świętą do Bronisława Komorowskiego – o tym też już pisałem). Jeśli poważnie niepokoi mnie zachowanie i postawa samego Papieża, dlaczego miałoby mi nie być wolno zwrócić na nią uwagi?

Pierwsze wrażenie

Kiedy po ustąpieniu z tronu św. Piotra papieża Benedykta XVI zwołano konklawe i w szybkim tempie wybrano następcę, wszyscy spodziewali się zgoła innego wyniku dociekań kardynałów. Gdy wyszedł zawołany kard. Jorge Mario Bergoglio, cały lud zamarł. Słychać było w panującej ciszy taki niemy okrzyk „co jest, kurde?” Nie spodziewano się, że to właśnie ten człowiek, kardynał Kościoła południowoamerykańskiego, zostanie nowym papieżem. Nie było w tym oczywiście nic złego, jako i w tym, że wybrał sobie imię Franciszek, którego to imienia nigdy wcześniej nie nosił żaden papież. Kłopoty ze zrozumieniem postawy nowego papieża zaczęły się pojawiać, gdy wyszedł do ludzi bez purpurowego płaszcza i w czarnych trzewikach, zamiast czerwonych. Kłopoty – ponieważ to zachowanie wywołało w ludziach skrajne reakcje. Jedni radowali się i unosili w entuzjazmie, że oto pojawił się niezwykle skromny papież, gotów poświęcić symbolikę dla ubóstwa. Drudzy denerwowali się, że Franciszek grzebie stulecia tradycji papieskich, grzebie symbole męczeństwa i władzy, by pokazać, jak bardzo jest skromny. Mnie to zachowanie ani nie ucieszyło, ani nie zdenerwowało. Nie przykładałem do tych spraw zbyt wielkiej wagi wcześniej i nie przykładałem jej teraz. Zaciekawił mnie motyw zamieszkania u sióstr zamiast w pałacu, zaciekawiło mnie jeżdżenie autobusem z kolegami kardynałami, zamiast limuzyną, ale wówczas wiele osób mówiło, że to jest jego naturalny styl bycia, skromność i sposób przeżywania swojego kapłaństwa. Do tego pochodzenie z konkretnego kręgu kulturowego. Byłem jednym z członków Kościoła, którego ta osobista franciszkowa pochwała ubóstwa także urzekła.

FranciszekTroszkę większy problem miałem z zaniechaniami czy naciągnięciami dotyczącymi czystości liturgii. Pewien portal internetowy, którego nazwy nie pomnę, a który przez osiem lat pontyfikatu Benedykta XVI pochwalał i wywyższał czystość watykańskiej liturgii przez pierwszych kilka miesięcy pontyfikatu Franciszka działał w zupełnie inny sposób: obserwując liturgiczne poczynania Franciszka „wyrywał sobie włosy z głowy”, mówiąc w przenośni. Autorzy portalu nie mogli zdzierżyć najróżniejszych liturgicznych papieskich wygibasów, na które nie pozwalał sobie poprzednik tegoż. Oczywiście muszę podkreślić, że liturgia Benedykta była bardzo ortodoksyjna, wielokrotnie wręcz „przedsoborowa”. Franciszek zaś wyszedł do ludzi, prawdopodobnie niezwykle rzadko przekraczając graniczę przepisów liturgicznych, ale będąc w ich interpretacji od Benedykta XVI zdecydowanie bardziej otwartym. Portal o którym mówię przez jakiś czas narzekał, wreszcie stwierdził, że dłużej nie zdzierży i zarzucił swoją działalność. Reakcja środowisk mediów katolickich była jedna: śmiech. Założyciele portalu zostali ironicznie wyśmiani, ponieważ okazali się być bardziej papiescy od papieża i próbowali pokazać Franciszkowi jak ma prowadzić liturgię. I ja wówczas tak uważałem: papież to papież. Ma prawo przecież tak pokierować mszą świętą, jak uważa za stosowne. Prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa… Ale niepokój pozostał.

Pierwsze wrażenie trwało do Światowych Dni Młodzieży w Rio, a dokładnie do ciekawego wywiadu, który Franciszek udzielił dziennikarzom w drodze powrotnej.

Rozmyć, rozmydlić

Zanim jednak odniosę się do kilku konkretnych słów, które padły w drodze z Rio, poświęcę chwilę na opisanie konkretnych komunikatów odnośnie nauczania Kościoła, które przekazuje papież Franciszek. Dodam, że nie jestem osobą, która śledzi każde pojedyncze słowo papieża i wie wszystko, co Franciszek powiedział. Stawiam się raczej na pozycji prostego katolika, być może z wykształceniem teologicznym, ale jednak zwykłego członka Kościoła.

Otóż na pierwszy rzut oka wydaje się, że z ust Franciszka nie padły dotąd żadne konkretne komunikaty odnośnie nauczania Kościoła. Nie mówię tu bynajmniej o tym, co papież mówi o Chrystusie, o miłosierdziu Bożym, o wierze. Mówię o nauczaniu moralnym Kościoła, o sprawach aborcji, homoseksualizmu czy nawet antykoncepcji – słowem, o konkretnych komunikatach, w których papież Franciszek zaznaczałby, że takie zachowanie jest dobre, a takie jest złe. Że taka jest nauka Kościoła, że taka jest tradycja i że te konkretne rzeczy nie ulegają zmianie. Mam na myśli takie mocne, konkretne uderzenie w stół, które było ogromnym udziałem Benedykta XVI i Jana Pawła II, a nie dało się go nijak przegapić, nawet mimo uwielbianej przez media kremówkowości. Tymczasem nie zwróciłem uwagi, by Franciszek zbyt często używał słów „grzech” czy „zło”. A nawet jeśli – by potępiał dany czyn, acz nie osobę. Wręcz przeciwnie, gdy pyta się Franciszka o kwestie moralne w Kościele, słychać słowa o braku oceniania, o miłosierdziu; gdy trzeba coś ostrzej zakomunikować, słychać, że wszystko już było komunikowane, więc nie ma potrzeby tego powtarzać. Tak jakby chciało się umyć ręce, zwalić na kogoś, kto był wcześniej. Ja to przynajmniej tak odbieram. I bynajmniej nie chcę powiedzieć, że wątpię w naukę o miłosierdziu. Miłosierdzie jest jak najważniejsze, Bóg miłosierny jest gotów każdy grzech przebaczyć. Potrzebny jest jednak komunikat, że grzech jest grzechem. Potrzebujemy usłyszeć od tak lubianego papieża, że robiąc coś niewłaściwego popełniamy grzech. Co natomiast słyszymy? Że „Nie możemy tylko upierać się przy sprawach związanych z aborcją, małżeństwami gejowskimi i stosowaniem metod antykoncepcji. To niemożliwe. Nie mówiłem o tym wiele i byłem za to strofowany. Ale kiedy mówimy o tych sprawach, musimy o nich mówić w kontekście. Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas. Nauczanie dogmatyczne i moralne Kościoła nie są sobie równoważne. Duszpasterstwo Kościoła nie może mieć obsesji na punkcie chaotycznego przekazywania mnóstwa doktryn do uporczywego wdrażania”. Może się mylę, ale zdaje się, że z podobnego tekstu można odczytać co się chce. Nie mówię już o najróżniejszych tłumaczeniach, w stylu „Kościół ma obsesję…” które przez jednych są potwierdzane, przez innych dementowane. Mówię natomiast o próbie skrzętnego ominięcia tematu. Papież nie mówi o kwestiach moralnych, bo: a) nauczanie Kościoła jest jasne, wszystko zostało już powiedziane i nie trzeba tego powtarzać – wszyscy wiedzą co i jak (i zapewne tego przestrzegają); b) nie ma równości między dogmatyką a moralnością – i choć nie jest powiedziane, która z nich jest ważniejsza, wydaje się, że zdaniem Franciszka lepiej się skupiać na dogmatach, czyli też kwestiach wiary, niż na moralności; c) Kościół (duszpasterstwo) nie może mieć (tudzież nie ma) obsesji na punkcie przekazywania (chaotycznego) doktryn (mnóstwa) do wdrażania (uporczywego). Przymiotniki jasno świadczą o tym, co próbuje powiedzieć papież. Zamiast mieć obsesję na punkcie dogmatów wiary czy moralności i próbować wdrożyć je w życie świata, powinniśmy otworzyć się na przekaz misyjny, „znaleźć nową równowagę; inaczej nawet gmach Kościoła prawdopodobnie upadnie jak domek z kart, tracąc świeżość i aromat Dobrej Nowiny. Propozycja Ewangelii musi być prostsza, głębsza, promienna. To z tej propozycji płyną potem konsekwencje” (Powyższe cytaty za Gościem Niedzielnym). Co ciekawe, w tym samym wywiadzie, w którym mówił o obsesji, papież Franciszek wygłosił też słowa na temat rozwiedzionej kobiety po aborcji, żyjącej w ponownym związku: „Myślę o sytuacji kobiety, która ma za sobą nieudane małżeństwo oraz aborcję w jego trakcie. Potem ta kobieta wyszła ponownie za mąż, teraz jest spokojna i ma pięcioro dzieci. Aborcja jest dla niej olbrzymim brzemieniem i ona szczerze jej żałuje. Chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie” (za wPolityce.pl). Papież zaznacza przy tym, że takiej kobiecie należy się miłosierdzie. A więc bierze pod uwagę to, że kobieta przeżywa w bólu swoją aborcję i żałuje jej – zgoda – ale też to, że nie ułożyła sobie życia w związku sakramentalnym, tylko w drugim małżeństwie. Czyli – mimo porzucenia przez nią swojej decyzji podjętej w parze z sakramentem małżeństwa – powinno się miłosiernie patrzeć na taką kobietę, bo znalazła spokój ducha i chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie. Stąd już prosta droga, tak mi się wydaje, do swego rodzaju dopuszczenia rozwodów w Kościele…

Ponownie podkreślę – nie zaprzeczam konieczności szukania nowych sposobów na głoszenie Chrystusa i Ewangelii w świecie. Nie zaprzeczam temu, że najpierw idzie Chrystus, potem dogmaty i moralność – które stają się naturalną konsekwencją. Nie możemy jednak machnąć ręką na kwestie antykoncepcji, jako to, co już zostało powiedziane i nie może stanowić obsesji Kościoła. Kiedy ja mówię o antykoncepcji w życiu rodzin katolickich, mówię o tym w kontekście wiary w Chrystusa, w kontekście Bożego objawienia i Boga-dawcy życia. Temat nie może zostać pominięty, bo już został wystarczająco omówiony.

Dlatego zdaje mi się, że Franciszek – starając się znaleźć jak najwięcej osób przychylnych – rozmydla, rozwadnia to, co już rzeczywiście zostało powiedziane i stara się, może niespecjalnie, umniejszyć wartość Kościelnej nauce moralnej.

Zdaniem lewicowych mediów

Tak przynajmniej można wnioskować, czytając lewicowe media, takie jak gazeta.pl, onet.pl, czy lisowy portal Na Temat. Oczywiście lewicowe portale nie włożą wysiłku by pokazać, że Franciszek rozmydla moralną naukę Kościoła. Wręcz przeciwnie – korzystając z rozmydlenia zaczną twierdzić, że oto właśnie papież Franciszek otwiera perspektywę zmian w Kościele. Wniosek jest wcale nietrudny do wysnucia – ponieważ Franciszek naprawdę nie mówi bardzo konkretnie. Tego nie dało się zrobić w przypadku Benedykta XVI. Zdarzyło się to być może raz – w efekcie mętnych postanowień odnośnie używania antykoncepcji w Afryce. Wówczas jednak reakcja papieża była błyskawiczna – zdementował pogłoski, jakoby jego celem było wprowadzenie antykoncepcji w Kościele jako czegoś dopuszczalnego. Podobnie było i z Janem Pawłem II. Uwielbiany przez ludzi i przez lewicowe media papież był przez nie strofowany, gdy tylko wypowiedział się jakkolwiek w tematyce moralności chrześcijańskiej. U Franciszka tego nie ma. Media uwielbiają go za podejście do wiernych, trochę w stylu dobrego dziadzia, a nie kochającego ojca, ale też za jego słowa czy działania w kwestii moralności. I póki co nadal piszę o tym rozmydleniu, a nie o konkretach. A zdarzyło nam się już usłyszeć kilka słów, które były bardziej konkretne, tylko chyba nie w odpowiednią stronę.

Aby wyraźniej podkreślić sposób patrzenia lewicy na Franciszka dodam tylko, jak wyglądały dyskusje pod wrzucanymi przeze mnie tematami dotyczącymi Franciszka na Facebooku. Otóż w obronie świetnego papieża Franciszka stawali nie tylko katolicy, którzy gotowi byli sobie ręce uciąć za papieża, ale też ateizujący znajomi, przedstawiciele Kościoła otwartego (na antykoncepcję, homoseksualizm i nowych, nieortodoksyjnych członków) czy prawosławni, wszyscy widzący w papieżu Franciszku nową nadzieję dla Kościoła.

Media prawicowe w kontrataku

Pozostaje nam przekaz mediów prawicowych, w tym katolickich nie przynależących do nurtu Kościoła otwartego. Otóż zauważyłem w ich przekazach dwie drogi: podkreślanie fajności, otwartości Franciszka, jak to robią i media lewicowe; stawanie na straży wyjaśniania tego, co Franciszek miał tak naprawdę na myśli. Artykuły tłumaczące niezrozumiałe, rozmydlone słowa papieża Franciszka i atakujące lewicowe media, bo nie tak powiedział papież, tylko inaczej, stały się prawdziwą plagą mediów prawicowych. Franciszek coś mówi, lewica twierdzi, że w to im graj, prawica zaś odkręca i stwierdza, że tak być nie mogło. Tomasz Terlikowski chociażby, na portalu Fronda.pl i na swoim profilu Facebookowym w odpowiedzi na pewne poczynania papieża Franciszka przyjął linię „tego się nie da zrobić, bo to jest zatwierdzone w katechizmie/kodeksie prawa kanonicznego/nauczaniu poprzednich papieży/tradycji”. W odpowiedzi wielokrotnie może przeczytać słowa w stylu „Dziękujemy, Panie Tomaszu, że po raz kolejny wyjaśnił pan papieżowi co może, a czego nie może zrobić”. Media jednak ostro stoją na straży, by cerować luki między przyjętym nauczaniem Kościoła, a najróżniejszymi słowami papieża Franciszka.

W „wSieci”, w numerze 39 (43) 2013 pojawia się na przykład artykuł ks. Dariusza Kowalczyka pt. „Duch i antyduch Franciszka”. W tym artykule ks. Kowalczyk podkreśla w jaki sposób media lewicowe manipulują słowami papieża: „Zauważono bowiem, że nowa głowa katolickiej wspólnoty zyskuje sympatię ludzi i nie da się jej skutecznie zwalczać w bezpośrednim ataku. Trzeba zatem przeinaczać jej wypowiedzi, aby mieszać ludziom w głowach (…). Owo przeinaczanie dokonuje się głównie poprzez wyrywanie z kontekstu. Właściwym kontekstem dla zrozumienia słów Franciszka jest po prostu nauczanie Kościoła”. Artykuł ks. Kowalczyka wpisuje się w szereg innych, trafiających do nas pod kryptonimem „Co papież miał na myśli?”. W tym wypadku winą za przeinaczanie wypowiedzi Franciszka obarcza się media lewicowe – co nie jest pozbawione słuszności. Dlaczego jednak, kiedy mowa o wyrywaniu słów Franciszka z kontekstu, nie wspomina się o kontekście szerszym jego wypowiedzi, lecz o kontekście nauczania Kościoła? Czyżby bez sięgania do tzw. szerszego kontekstu słowa samego Franciszka nie potrafiły się obronić? Czyżby i ks. Dariusz Kowalczyk, tak jak Tomasz Terlikowski, musiał uspokajać i pokazywać czego papież nie może zrobić, choć sugeruje to wyraźnie w swoich słowach, bo to nie wynika z kontekstu nauczania Kościoła?

Szanowne prawicowe media, papież Franciszek nie jest w ciemię bity. Nie potrzebuje setki adwokatów, którzy będą tłumaczyć ludowi, co też miał na myśli. Jest bardzo wpływowym człowiekiem i z pewnością docierają do niego informacje w szerszym niż do nas kontekście. Gdyby chciał wyjaśnić ludziom mieszającym w jego słowach, co tak naprawdę miał na myśli, zrobiłby to. Dlaczego więc to Wy musicie gasić panikę?

Od nadmiaru kremówek może rozboleć brzuch

Uwielbiam Jana Pawła II jako papieża. Uwielbiam konkretność jego nauczania, konkretność jego wiedzy i pisania. Uwielbiam jego pociąganie tłumów, ale i wbijanie tym tłumom młoteczkiem do głowy co można, a czego nie. Nie lubię natomiast wszechobecnego kultu pomników, obrazów Jana Pawła II i dni papieskich, które pozostały dniami Jana Pawła II mimo dwukrotnej zmiany na tronie św. Piotra. Bardzo nie lubię kremówkowości panującej wokół jego postaci, przy jednoczesnym przymknięciu oka na konkret. Jako kremówki rozumiem nie tylko pamiętne „Wadowickie Kremówki Papieskie; ulubione ciasto wszystkich Polaków”. Kremówki to dla mnie wszystkie mrugnięcia okiem, machnięcia dobrotliwego staruszka do szalejącej młodzieży. Okularki złożone z dłoni, „Dżej Pi Tu he loves You”, Barka… Jan Paweł II swoimi „kremówkami” zdobył sobie niegasnącą sympatię mnóstwa ludzi, a sympatia ta trwa do dzisiaj. Przez te kremówki niestety również zgubił konkretność swoich przekazów – albo media zadbały o to, żeby zgubić tę konkretność. Dlatego tak niewiele osób myśli dziś, jak dużo Jan Paweł II zrobił np. dla moralnej nauki Kościoła. Oczywiście, nie są to wszyscy, ale większość osób powiedziałaby, że najważniejsze słowa wypowiedziane przez „Naszego Papieża” to „Tam po maturze chodziliśmy na kremówki”. Może jeszcze „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. No, jeszcze „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie. Za to wam dziękuję”. Słowa, których prawdopodobnie nigdy nie wypowiedział.

Kiedy tuż po wyborze kard. Bergoglio na tron św. Piotra pisałem notkę o Janie Pawle II, mówiłem, że mimo dwukrotnej zmiany Papież wciąż jest ten sam. Szybko okazało się, że się pomyliłem: Franciszek stał się nowym „Naszym Papieżem”. Tymże nigdy nie był Benedykt XVI. Ale on nie był osobą, która chciała wszystkim posłodzić. Tymczasem wydaje mi się, że Franciszek już wyrobił limit kremówek na cały pontyfikat, a wcale nie zamierza przestać słodzić.

Franciszek_3Największą kremówką, z którą nie mogę sobie dać rady, a którą papież serwuje nam od dawna, a ostatecznie zaserwuje w przyszłym roku, jest kanonizacja Jana Pawła II. Ten wielki papież (przez wielu nazywany wielkim nawet za życia) został beatyfikowany w trybie przyspieszonym, teraz w trybie przyspieszonym będzie kanonizowany. Ale to jest tylko wafelek, kremem jest towarzystwo, w jakim będzie kanonizowany. Otóż będzie mu towarzyszyć Jan XXIII, równie wielki papież, ten, który – jak teraz Franciszek – był zapowiedzią wielkich reform w Kościele, który doprowadził do Soboru Watykańskiego II, który zmienił liturgię w całym Kościele, który sprowokował mnóstwo zmian, będących pochyleniem się Kościoła nad ludźmi. Wszak gdyby nie umarł, a dzieła nie dokończył po nim Paweł VI, być może nawet moglibyśmy swobodnie używać dziś antykoncepcji, a ja nie zastanawiałbym się nawet nad jej słusznością czy jej brakiem. Decyzja o wspólnym kanonizowaniu Jana XXIII i Jana Pawła II jest najbardziej, w moim przekonaniu, populistyczną decyzją tego papieża. Wspólne wyniesienie na ołtarze dwóch najbardziej lubianych, popularnych papieży w dziejach świata, do dziś cytowanych przez media (także lewicowe, także pozytywnie) wydaje się doskonale uwypuklać linię, którą postanowił podążać papież Franciszek.

Napisałem na górze, że rola mediów prawicowych odnośnie papieża Franciszka to wyjaśnianie, co miał na myśli, oraz opowiadanie o jego fajności. Pokazywanie tego, jak bardzo uśmiecha się do ludzi, jak bardzo skłania się w ich stronę. Jak żartuje, głaszcze dzieci, wychodzi z papa mobile w tłum, żeby każdemu uścisnąć dłoń. Ciekawostki odnośnie telefonów wykonywanych do prywatnych ludzi przekazują na wyścigi media lewicowe i prawicowe. Papież zadzwonił już m.in. niespodziewanie do zgwałconej kobiety, która zdecydowała się urodzić dziecko i do szefa sieci restauracji slow food. Jeden z artykułów na wPolityce opowiada o kremówkach Franciszka rozdawanych w czasie wyjazdu do Asyżu. „Wizyta papieża Franciszka w Asyżu w piątek zostanie zapamiętana nie tylko jako historyczny pobyt biskupa Rzymu w mieście patrona swego pontyfikatu, ale także dzięki żartom i celnym komentarzom, którymi wywoływał śmiech i entuzjazm” – zaczyna się artykuł. A więc nie tylko historyczna wizyta, lecz także żarty i komentarze. Akurat bez konkretów. A żarty były takie: „Ja zawsze radzę nowożeńcom: kłóćcie się ile chcecie, niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody”. Fronda mówi w tym miejscu, że słowa te padały wśród śmiechu i aplauzu słuchaczy. Dalej mówił do młodzieży: „Kiedy przychodzi do mnie matka i mówi mi: „Mam 30-letniego syna, który nie chce się żenić, nie może się zdecydować, ma śliczną narzeczoną, ale się nie pobierają”, ja odpowiadam: Niech pani nie prasuje mu więcej koszul”. Brawa i aplauz. A potem już zdecydował się skrytykować „swoich”. Do zakonnic powiedział: „Przykro mi się robi, gdy spotykam siostry, które nie są wesołe. Czasem uśmiechają się jak stewardessy, ale nie uśmiechem pochodzącym z serca”, a do księży: „Te niekończące się nudne homilie, z których nic się nie rozumie”.

Ludzie się cieszą (może poza księżmi mówiącymi niekończące się nudne homilie), biją brawa i śmieją się. Jest fajnie i wesoło. Papież jest cool. Niewiele z tego wynika, ale…

Podcinać gałąź, na której się siedzi

Ta myśl odnośnie papieża Franciszka przyszła mi do głowy, kiedy Tomasz Terlikowski dyskutował o czymś na Facebooku. Wtedy wrzucono mu w komentarz link do artykułu na Onecie, który w nerwach przytoczyłem, z dopiskiem o nadmiarze kremówek i podcinaniu gałęzi. Usłyszałem wówczas m.in. że powołuję się na niekompetentne źródła, ale nie mogę się z tym zgodzić. Powołuję się na źródła lewicowe, które chwalą Franciszka i wynoszą jego słowa na wyżyny, tak jak i większość mediów prawicowych. Dziś Onet czy Gazeta Wyborcza nie są już mediami, z którymi należy się kłócić o szacunek do papieża. Dziś te media szanują papieża i używają jego słów we własnych celach, często wcale nie bezpodstawnie. I tak już można cytować Franciszka, gdy chce się zamknąć usta myślicielom takim, jak Tomasz Terlikowski, bo „Papież ocenił, że „ideologiczni chrześcijanie” to „ciężka choroba”, bo jego zdaniem są oni surowymi moralistami, głosicielami etyki, ale są pozbawieni dobroci. Podkreślił, że kluczem, który otwiera drzwi do wiary jest modlitwa”.

Franciszek_4Ale to nie jest jedyny przykład na to, jak Franciszek – moim zdaniem – sam kopie pod sobą dołki. Nie tylko wręcza oręż lewakom przeciw Terlikowskiemu czy przeciw prostemu blogerowi jak ja, ale też przeciwko licznym kapłanom. Wcześniej przytoczony cytat odnośnie przydługich, nudnych homilii to ulubiony cytat z wyjazdu do Asyżu przytaczany przez media lewicowe. Oto papież publicznie skrytykował kapłanów (kapłanów ogólnie, cały stan duchowny), że zanudzają ludzi kazaniami. Nie tylko to – publicznie beszta też biskupów (biskupów ogólnie, nie konkretnych przedstawicieli), że jeżdżą zbyt drogimi samochodami. Owszem – jeżdżą często i owszem – wielu wiernym i niewiernym to przeszkadza. Jednak czy rzeczywiście dobrym rozwiązaniem jest publiczne upominanie swoich podwładnych, ludzi trwających w tej samej służbie? Czy dobrym rozwiązaniem jest grożenie palcem – trochę na pokaz – wożącym się limuzynami biskupom? Nie lepiej – skoro można zadzwonić do obcej zgwałconej kobiety – wykonać kilka telefonów, zlecając osobiście biskupom wymianę aut? Jaki jest cel pokazywania wszystkim, że stoi się jako papież w opozycji do biskupów? Jaki jest sens stawania na przeciwnej biskupom szali wagi?

Jaki jest cel w wesołym, przytaczanym przez wszystkie media niezależnie od poglądów i opcji politycznej, grożeniu księżom palcem, bo mówią za długie kazania? Można ich przecież upomnieć bez ironii, np. za pomocą osobistego listu. Czy celem jest zmiana kazaniowych przyzwyczajeń księży? Czy może raczej przypodobanie się opinii publicznej, przyciągnięcie ludzi znudzonych kazaniami księży? Czy to nie jest podcinanie gałęzi, na której się siedzi?

Kilka konkretów, które budzą obawy

Napisałem już, że przy braku konkretów to, co mówi papież Franciszek może wydawać się rozmydlaniem, przynajmniej niektórym osobom się takowym wydaje. Nie jest jednak do końca prawdą, że dotychczas nic jeszcze konkretnego przez papieża nie zostało powiedziane. To, o czym napiszę, to wprawdzie nadal są tylko gdybania, żadne kategoryczne orzeczenia, ale we mnie – i w wielu znanych mi osobach – budzą poważne wątpliwości, poważne obawy o przyszłość moralnej nauki Kościoła.

Napisałem też wcześniej, że pierwsze wrażenie trwało do dnia powrotu papieża z Rio, do chwili udzielenia wywiadu na pokładzie samolotu. Najgłośniejszy harmider podniósł się wówczas o papieskie słowa na temat poszukujących Boga homoseksualistów. Rzeczywiście jakby umknęło przy tym, mnie przynajmniej, to, co papież powiedział o rozwodnikach. Słowa Franciszka w tym temacie brzmiały zaś tak: ” Odnosząc to do problemu Komunii dla osób będących w ponownym związku: ponieważ rozwiedzeni mogą przyjmować Komunię, tu nie ma problemu, ale kiedy są w ponownym związku – nie mogą. Uważam, że niezbędne jest spojrzenie na [ten] problem w całościowym kontekście duszpasterstwa małżeństw. I dlatego właśnie jest to problem. Ponadto – nawiasem mówiąc – inna jest praktyka prawosławnych. Oni idą za – jak to nazywają – teologią ekonomii, i dają drugą szansę, zezwalają na to. Uważam jednak, że ten problem – zamykam nawias – powinno się przestudiować w ramach duszpasterstwa małżeństw” – cytat za Gościem Niedzielnym. Dookoła tego padały słowa o czasie miłosierdzia, o potrzebie dyskusji. Co można odczytać z tych słów Franciszka? Oczywiście – nic konkretnego. Ale jednocześnie jakieś pomysły, które mają prawo niepokoić. Otóż jak wiemy, osoby rozwiedzione mogą przyjmować Chrystusa w Eucharystii, ale osoby żyjące w ponownych związkach już nie mogą. Papież wie o tym tak, jak każdy wierny. Ale papież idzie o krok dalej, o krok dalej też, niż jego poprzednicy Jan Paweł II i Benedykt XVI, którzy słysząc o przypadkach udzielania komunii osobom w nowych związkach kategorycznie zakazywali. Franciszek pamięta to wprawdzie, ale mówi o czasie miłosierdzia, o potrzebie zastanowienia się. Wydaje mi się, że „miłosierdzie” w wydaniu Franciszka jest pojęciem bardzo populistycznym. Oryginalnie oznaczało ono możliwość powrotu do Boga w każdym momencie, wyjście z każdego grzechu. Miłosierny Ojciec (niech nawet będzie Tatuś) przygarnia każde dziecko, w każdym momencie, byle tylko zechciało powrócić do Niego – i nie musi pytać o to, gdzie przehulało pieniądze. Ale miłosierdzie w sensie populistycznym, pojęcie z którym wielu podobnych do mnie ludzi na co dzień ostro polemizuje, to przygarnianie każdego, w każdym momencie, bez względu na to w jak ciężkim grzechu żyje i czy ma w ogóle zamiar z niego wychodzić. Dlaczego sądzę, że Franciszek stosuje, może mimo woli, to drugie pojęcie miłosierdzia? Ponieważ mimo tego, że osoby rozwiedzione i żyjące w nowych związkach z własnej woli żyją w ciągłym stanie grzechu ciężkiego, w stanie permanentnego cudzołóstwa, co nie jest kwestią dyskusyjną, papież mówi o potrzebie rozmowy na ten temat. Co więcej – mówi o spojrzeniu na prawosławie, gdzie osoby rozwiedzione dostają drugą szansę. Mówi o tym jakby w nawiasie, poza kontekstem, ale tak naprawdę mruga okiem do osób, które podjąwszy decyzję o spędzeniu życia w stanie grzechu mają jednocześnie nadzieję na dostępowanie życia sakramentalnego. Panu Bogu świeczkę i diabłu troszeczkę…

To nie są wszystkie kontrowersje wywołane przez papieża Franciszka. Wtedy, w czasie owej rozmowy w samolocie, Franciszek zapowiedział zebranie z kilkoma doradcami-kardynałami, które odbyło się na początku października. W czasie tego spotkania postanowiono o zwołaniu synodu. Wymyślono też sławną już ankietę, która rozprzestrzeniła się w sieci w szybkim tempie (najpierw oczywiście informację przekazała Gazeta Wyborcza i jej pobratymcy, dopiero potem doczekałem się komunikatu ze źródeł chrześcijańskich). Ankieta, pierwotnie ogłoszona jako rozesłana do wszystkich wiernych, po około tygodniu (!) okazała się być przeznaczona dla biskupów. Co wydawało się oczywiste już po samym spojrzeniu na pytania, na które przeciętny wierny nie odpowie (sam, jako teolog, miałem problemy z rozszyfrowaniem znaczenia pytań). Jeśli jednak ankieta jest do biskupów, to niekoniecznie nie do wiernych. Jeśli biskupi mają zdobyć odpowiedzi i wysłać je do Watykanu, to muszą jakoś przepytać w tej tematyce swoich wiernych. Mniejsza z tym. Do kogokolwiek nie byłaby skierowana ta ankieta, warto zastanowić się nad kontrowersjami w niej zawartymi. Aby lepiej sprawę rozumieć, warto zapoznać się z pytaniami, dostępnymi na przykład na Deon.pl.

Wśród wielu pytań związanych z omówioną wcześniej kwestią nieuregulowanych związków czy ponownych związków osób rozwiedzionych, pada następujące pytanie: „Czy uproszczenie kanonicznej praktyki w rozpoznawaniu nieważności związku małżeńskiego może wnieść pozytywny wkład w rozwiązywanie problemów osób w powyższych sytuacjach? Jeśli tak, to w jakiej formie?”. Tak, wiem, to tylko pytanie. Można na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Pytanie pozostaje pytaniem, ale pytanie: po co pytanie? Jaki cel ma papież, zadając biskupom takie pytanie? Czy gdyby nie myślał o uproszczeniu stwierdzania nieważności małżeństw, w ogóle zadawałby podobne pytanie? Odpowiedź tkwi również już w sławetnej rozmowie samolotowej: „Dla przykładu, podam tylko jeden: mój poprzednik [w Buenos Aires – przyp. gosc.pl], kardynał Quarracino, mówił, że według niego połowa małżeństw jest nieważna. Dlaczego tak mówił? Ponieważ pobierają się bez dojrzałości, pobierają się nie dostrzegając, że to jest na całe życie albo biorą ślub dlatego, że z racji społecznych powinni się pobrać” – powiedział Franciszek. Nie mówił tego oczywiście od siebie, przytaczał tylko słowa swojego poprzednika. Ale widać było jego troskę, którą wyraził też w ankiecie – troskę o „uwolnienie” ludzi, którzy zawarli małżeństwo w sposób nieważny.

Byłbym głupcem, gdybym mówił, że urząd stwierdzenia nieważności małżeństwa (potwierdzenie, że nigdy nie doszło tak naprawdę do zawarcia sakramentu) jest niepotrzebny. Zdecydowanie wiele jest małżeństw nieważnych i trzeba pomóc ludziom np. oszukanym przed ślubem uwolnić się od nieuczciwego współmałżonka, czy – lepiej – partnera. Stwierdzanie jednak, że połowa małżeństw jest nieważna, albo proponowanie uproszczeń przy stwierdzaniu nieważności prowadzi niestety do zanegowania wartości ludzkiej decyzji, którą dwie osoby podejmują wobec siebie, składając sobie przysięgę miłości. Ludzie udzielając sobie sakramentu wyrażają swoją dojrzałość – dlatego nie mogą być wiekowo poniżej pewnej granicy, w tej chwili jest to 18 lat. Uproszczenie procedur doprowadzić może do upadku instytucji małżeństwa jako nierozerwalnego. Owa połowa małżeństw pobiegnie zaraz do sądu biskupiego, żeby pozbyć się niepotrzebnego balastu. Samo to oczywiście będzie niezaprzeczalnie świadczyło o ich niedojrzałości i braku powagi. Ale czy nie lepiej jest uczyć ludzi dojrzałego podejścia do życia w związku, do podążania za konsekwencją swoich własnych decyzji, niż pomagać im w wychodzeniu ze związków, w które sami weszli? Mówienie o tym, że ludzie nie dostrzegają tego, że ich decyzja jest na całe życie, albo że wiszą nad nimi jakieś racje społeczne jest owijaniem w bawełnę, niestety. Ludzie dorośli podejmują dorosłą decyzję. Kiedy idą do święceń i kiedy idą do ślubu. Jeśli podjęli decyzję bez świadomości, że to jest na zawsze (mówiąc na głos przy wszystkich „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”), to Kościół ma duszpasterski obowiązek im to wyjaśnić, a nie machać ręką i puszczać ich wolno – a nuż za drugim razem zapamiętają, że to jest stała decyzja.

FranciszekDo tego dochodzi sprawa antykoncepcji. W ankiecie pada bowiem kilka pytań dotyczących życia w zgodności z encykliką Humanae Vitae, napisaną przez papieża Pawła VI, jedną z najlepszych moim zdaniem, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjną w dziejach Kościoła. Była to encyklika, w której Paweł VI podkreślił brak akceptacji dla metod antykoncepcyjnych, dopuścił zaś możliwość korzystania z naturalnych metod rozpoznawania płodności. W ankiecie płynącej z Watykanu pojawiają się m.in. pytania: „Jaką wiedzę mają chrześcijanie na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa w świetle nauki Humanae vitae? Czy są świadomi tego, jak moralnie ocenić różne metody planowania rodziny? Czy można zasugerować spostrzeżenia w tej kwestii duszpasterskiej?”, „Czy ta nauka moralna jest akceptowana? Jakie aspekty stwarzają najwięcej trudności dla większości par akceptujących tą naukę?”, „Jakie metody naturalne są promowane przez Kościoły partykularne, aby pomóc małżonkom w praktykowaniu nauczania Humanae vitae?”, czy „Jakie różnice są widoczne w tym zakresie między nauczaniem Kościoła i edukacją świecką?”. Można na te zagadnienia patrzeć dwojako. Albo papież widzi trudności wynikające ze stosowania prawa naturalnego przy współżyciu i płodzeniu potomstwa, pragnie więc wprowadzić nowe metody ewangelizacji, będące pomocą przy zrozumieniu zasad otwartości na życie; albo pragnie pomóc utrudzonym katolikom i zaproponować możliwość korzystania z antykoncepcji w małżeństwie, tak jak jest to już podobno we wszystkich innych wyznaniach chrześcijańskich. Mnie ku drugiemu spojrzeniu niestety skłania drugie spośród wymienionych pytań. Papież pyta o to, czy nauka płynąca z Humanae Vitae jest akceptowana i jakie są trudności dla par, które ją akceptują. Niepokoi mnie to pytanie, ponieważ celem jego zadania może nie być próba ułatwienia rozumienia i akceptacji zasad moralnych wynikających z natury człowieka, lecz właśnie ułatwienia życia ludziom, którzy mają problemy z akceptacją, lub nawet zaakceptowali, lecz nadal mają problemy…

Jakie, w konsekwencji, są moje obawy dotyczące tego, co mówi i robi papież Franciszek? Obawiam się, że jednocześnie pozornie rozmydlając, odsuwając drażliwe tematy związane z seksualnością („Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas”), jednocześnie poruszając te tematy w ankiecie, zadając pytania mogące być rozumianymi w dwojaki sposób, papież może dążyć do zmian w prawie moralnym Kościoła katolickiego. Obawiam się, że jeśli wyniki ankiety będą uczciwe i zostanie w nich wykazane, że być może nawet 90%, być może więcej członków Kościoła katolickiego nie rozumie kościelnego zakazu antykoncepcji, bo – częstokroć – nie chce zrozumieć, bo przekaz świecki jest zupełnie inny i głośniejszy, bo wyśmiewa nauczanie Kościoła; że 90% katolików używa antykoncepcji, nie widząc w tym grzechu, uczestnicząc w życiu sakramentalnym Kościoła; jeśli większość biskupów na synodzie, tak jak za czasów Pawła VI, opowie się za zgodą na antykoncepcję, to papież Franciszek może nie być tak twardy, jak nielubiany (właśnie za to) Paweł VI, lecz może właśnie pójść na rękę większości (wszak „Vox populi – Vox Dei”).

Obawiam się, że za dwa lata o tej porze – po pierwszym i drugim zapowiadanym synodzie – 1/3 małżeństw, które są zawierane, a które się właśnie rozwiązują, a także wszyscy chrześcijanie żyjący w związkach cywilnych lub na kocią łapę będą dopuszczeni do Stołu Pańskiego w ramach Bożego miłosierdzia, a bez konieczności zmiany trybu życia. Że te małżeństwa, które żyją w związkach sakramentalnych, będą mogły swobodnie korzystać z antykoncepcji w stopniu dowolnym, bo Kościół przestanie im „zaglądać do łóżka”. Że, wreszcie, ułatwienie stwierdzania nieważności małżeństw stanie się de facto unieważnianiem małżeństw i ktokolwiek, za zgodą Watykanu, przestanie się w ogóle troszczyć o kładzenie nacisku na ponoszenie konsekwencji podejmowanych przez człowieka decyzji. To jest tylko część moich obaw i mogą one wydawać się bezpodstawne i naprawdę mam nadzieję, że takimi są, ale nie dałbym sobie nawet palca uciąć.

Jak reagują ludzie?

Reakcje na słowa i postępowanie tego papieża są tak różne, jak różni są ludzie. I naprawdę – o ile w kwestii jego poprzednika widać było głównie krytykę (mediów lewicowych), poparcie (katolików tradycjonalistycznych) czy względną obojętność (Kościoła otwartego), o tyle w przypadku papieża Franciszka popadamy ze skrajności w skrajność. I tak mamy ogromny entuzjazm mediów lewicowych, w który z chęcią włączają się przedstawiciele Kościoła otwartego. Mamy próby tłumaczenia tego, co robi papież ze strony wiernych członków Kościoła. Ludzie z tego samego środowiska są też często przekonani, że nic się nie dzieje, że nie ma się czym kompletnie przejmować. Przypominają mi niekiedy ludzi, którzy pozostają na tonącym okręcie do samego końca z myślą, że może jednak nie utonie. Albo wspomnianych przez któregoś z czytywanych przeze mnie publicystów ludzi siedzących w samolocie lądującym awaryjnie z płonącymi silnikami, którzy są przekonani, że pozostaną bezpieczni dopóki spokojnie usiedzą na swoich miejscach. To oczywiście jest tylko moje wrażenie, które może być spowodowane moim sposobem patrzenia, ale wydaje mi się uzasadnione właśnie przez wiele niepokojących głosów dotyczących papieża Franciszka, płynących ze strony członków Kościoła i jego przeciwników. Jest się czym martwić – i nie tylko moim gadaniem.

Jeszcze inni wierni Kościoła są w stanie powiedzieć, że może dochodzi do zmian, może coś się dzieje, ale papież jest kierowany mocą Ducha Świętego i należy mu we wszystkim zaufać, pójść jego tropem. W ten właśnie sposób zareagował na przykład publicysta portalu Info.Wiara.pl w artykule o jakże znaczącym tytule „Co miał na myśli papież Franciszek?”. Zadaje on pytanie: co powinien robić wierny Kościoła katolickiego, który widzi, że Franciszek przytula grzeszników, pociesza kobiety które dokonały aborcji, zwraca się w stronę osób żyjących w ponownych związkach po rozwodzie, a krytykuje i gani „swoich”: księży, biskupów, zakonnice? Otóż odpowiedź jest taka: „Jak więc czytać te ostre wskazania papieża Franciszka? (…) Można potraktować je jako okazję do uczciwego rachunku sumienia. Że zaboli? Niestety, gdy człowiek chce żyć po Bożemu, tak czasem musi być. Że ktoś potem powie: „o proszę, dopiero jak mu Franciszek powiedział to zrozumiał jakim był draniem”? Nie szkodzi. Wizja papieża Franciszka jest jak najbardziej ewangeliczna”. W opozycji stawia tu podejście wyjaśniania na swój sposób przekazu Franciszka lub zalecenie do nieprzejmowania się nim. Owszem, żadna z tych dróg nie jest właściwa. Czy jednak do końca właściwą drogą wydaje się ulec, poddać się publicznej chłoście wymierzanej przez papieża na oczach wszystkich wrogich mediów, które aż się cieszą na samą myśl o tym biczowaniu? Które czuwają nad słowami papieża, żeby nimi przyłożyć katolickim ortodoksyjnym myślicielom i publicystom, jak choćby Tomaszowi Terlikowskiemu?

Są również tacy, którzy myślą jak Tomasz Terlikowski. Z ust papieża padają różne słowa, rozwadniające jak wspomniałem nauczanie Kościoła, sugerujące dopuszczenie do Stołu Pańskiego osób żyjących w ciągłym grzechu, poddających myśl o dopuszczeniu antykoncepcji. Ludzie pokroju Terlikowskiego mówią oficjalnie, że to są słowa niepokojące, że nie wszystko wydaje się być konieczne (na przykład sam Terlikowski wskazał „ankietę Franciszka” jako coś, co może zamącić ludziom w głowach), ale jednocześnie podkreślają, że nauczanie Kościoła jest jasne i w kwestii antykoncepcji, komunii żyjących w cudzołóstwie czy – to też medialna ciekawostka – kardynalstwie kobiet nic się nie może zmienić. Przeciw niemu – całkiem moim zdaniem słusznie – stają ci pierwsi, lewicowi i otwarci, katolicy i nie tylko, mówiąc „wreszcie powiedział Pan papieżowi, co mu wolno, a co nie”. Inni dodają, że jeśli tak mówi Katechizm czy Kodeks Prawa Kanonicznego, to są to tylko wpisy we współczesnych dokumentach Kościoła, które mogą przez papieża być w dowolnej chwili zmienione. Przykład? Dyskusja nad kobietą-kardynałem u Tomasza Terlikowskiego na Facebooku. Terlikowski pisze: „Media prześcigają się w kreowaniu nowych sensacji związanych z papieżem Franciszkiem. Ostatnio obiegła je sugestia, że papież mianuje pierwszą kobietę kardynała. Pojawiły się już nawet, w polskich mediach także, sugestie, kto mógłby być pierwszą kandydatką. Wszystkie te piękne historie możemy włożyć między bajki. Prawo kanoniczne, i to od roku 1917, stanowi, że papież może wynieść do godności kardynalskiej, wyłącznie kapłana. Nowy kodeks ujmuje to również całkowicie jednoznacznie. „Kardynałów ustanawia w sposób nieskrępowany Biskup Rzymski, wybierając ich spośród mężczyzn, którzy mają przynajmniej święcenia prezbiteratu, odznaczają się szczególną nauką, obyczajami, pobożnością i roztropnością w załatwianiu spraw. Ci, którzy nie są jeszcze biskupami, powinni przyjąć sakrę biskupią” (KKK, kan. 351, par. 1). I to by było na tyle jeśli chodzi o medialne enuncjacje”. Na jego wpis odpowiadają czytelnicy. Anna Grabowska: „dobrze że jesteś Tomaszu, inaczej Franciszek mógłby się zagubić a tak… trzymasz rękę na pulsie… i wiesz, kiedy go pouczyć”. Michal Buszewski: „Przecież wie Pan najlepiej, że prawo kanoniczne może być zmieniane przez papieża w dowolny sposób w ciągu 24h”. Robert Wit Wyrostkiewicz: „To może Franciszek zmieni niedługo KKK? Nie ma takich zapowiedzi?”. Andrzej Mikosz: „To, że kardynałem może być obecnie wyłącznie prezbiter wynika WYŁĄCZNIE z normy prawa kanonicznego. Podobnie jak i to, że proboszczem może być WYŁĄCZNIE kapłan”. Mateusz Gajek: „Panie Tomaszu… Czy nie istnieje najmniejsza obawa, że papież zechciałby zmienić prawo kanoniczne? Enigmatyczne wypowiedzi Franciszka i biskupa anglikanów dają szerokie pole do dyskusji i snucia podejrzeń…”. A, to akurat ja…

Jest wreszcie jeszcze jeden sposób reagowania, podobny do mojego. Jedni reagują delikatniej, inni mocniej. Jedni ostro atakują, mówią o antychryście (wszak po papieżu-Murzynie miał przyjść papież-antychryst, a Benedykt XVI miał Murzyna w herbie), stają na baczność na każde słowo papieża Franciszka. Inni, jak ja sam, starają się obserwować czyny, słowa papieża – tak, jak to należy i zawsze należeć będzie do każdego katolika w Kościele katolickim, nie śledzę zatem go w jakiś specjalny sposób – i wyciągać wnioski, które nie zawsze są pozytywne. Ludzie ci mają obawy, martwią się tym, co dzieje się w Kościele za sprawą nowego papieża, tym, co może się za jego sprawą stać. Obawiają się że rozmydlanie i kontrowersyjne twierdzenia, do spółki z populistycznym podejściem do miłosierdzia Bożego może w pewnym momencie doprowadzić do zmian w Kościele, których jego prawowierni wyznawcy wcale by nie chcieli. Do zezwolenia na rozwody, antykoncepcję, może komunię homoseksualistów żyjących w związkach, ale szukających Boga? Nie wiem do czego jeszcze. Ludzie tacy, jak ja wypowiadają się, bo nie chcą siedzieć cicho. Bo nie widzą sensu w milczeniu, w patrzeniu na wszystko przez zamknięte powieki. Ja sam właśnie piszę to po to, by powiedzieć ludziom o swoich obawach. By zawezwać do czujności. By zastanowić się wspólnie nad tym, co będziemy musieli zrobić, jeśli pewnego dnia – może za rok, może za dwa, a może jeszcze nie za tego pontyfikatu, lecz kiedyś w przyszłości – dojdzie w Kościele do reform w nauczaniu moralnym, które wcale nie będą pozytywne; które wcale nie będą zgodne z linią nauczania Kościoła…

Co ludzie powiedzą?

Tytuł niniejszej notki jest dosłownym cytatem z wypowiedzi jednego z moich facebookowych dyskutantów. Poniżej zamieszczę kilka innych cytatów-wypowiedzi, które pojawiły się w ramach dyskusji o papieżu Franciszku. Pragnę jednak z góry zaznaczyć, że ani sam tytuł, ani żadne z pozostałych poniższych haseł, nie jest wypowiedzią, którą dana osoba wymyśliła sobie i „objęła prawami autorskimi”. Wszystkie te słowa są typowymi hasłami, które wielokrotnie spotkałem w życiu, także podczas dyskusji na blogu (można je z pewnością odnaleźć pod archiwalnymi notkami) i które padają ilekroć ktoś nie zgadza się ze mną w jakichś kwestiach, a ja przy tych kwestiach staram się upierać. Najczęściej są to słowa rzucane przez wrogów ortodoksyjnego Kościoła, także przez przedstawicieli Kościoła otwartego. W tej dyskusji przyłączają się do nich także ortodoksyjni katolicy. Ma to znaczenie o tyle, że ci ostatni zwykli na co dzień, podobnie jak ja, odpierać podobne zarzuty. Przejdźmy jednak do sedna.

Nie lubisz naszego Papieża? – Dążymy do tego, by ograniczyć źródło niepokoju rozmówcy do osobistej antypatii. Nie lubię papieża, więc piszę o nim źle, więc szukam mankamentów. Oczywiście prawdą jest, że nie mam obowiązku wszystkich lubić, nie mam też obowiązku lubić papieża. Z drugiej jednak strony to, czy go lubię, czy nie nie ma większego znaczenia – ja się tylko obawiam o to, co będzie się działo dalej z Kościołem, który jest dla mnie Domem. Jeśli nie lubiłbym papieża Franciszka – a chyba nie odważyłbym się użyć tych słów – to chyba raczej w konsekwencji jego działań i rzeczy, które mówi, a nie odwrotnie.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni – Słowa Jezusa mnóstwo razy przywoływane przez wrogów Kościoła i „wolnych” katolików, by bronić swoich grzechów, do których mocno się przywiązali. Jezus zabronił sądzić – więc odczep się od mojego grzechu, mam prawo grzeszyć. Tymczasem, jak już wykazałem kiedyś, sądzenie, osądzanie to nie ocenianie ludzkich grzesznych czynów. Sądzenie to skazywanie człowieka na potępienie, odsądzanie go od czci i wiary – a tego robić nie wolno nikomu. Natomiast moralna, logiczna ocena słów i czynów danej osoby z perspektywy Ewangelii i sumienia, jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. Nawet jeśli mówimy tu o ocenianiu słów i czynów samego papieża.

Pomódl się, zamiast się czepiać – Kolejne wyświechtane hasło, najczęściej używane przez otwartych katolików, w celu zamknięcia ust tym, którzy zwracają uwagę na problem, zwracają uwagę na grzech. Zgodnie z tym podejściem do katolika, każdego księdza i biskupa, a także człowieka świeckiego, należy obowiązek milczenia i omadlania wszystkiego. Każdy chrześcijanin powinien swe życie spędzać na klęczkach, albo zajmując się swoimi sprawami. Innym wolno mówić, co uważają, nam nie wolno. Oczywiście nie zaprzeczam konieczności modlitwy! Oczywiście modlę się w intencji Franciszka, a w przyszłości planuję w jego intencji nawet całą nowennę pompejańską. To nie oznacza jednak, że zamierzam modlić się zamiast mówić. Modlę się i mówię. Mówię i mówić będę.

Nie bądź bardziej papieski od papieża – Skoro papież jest głową Kościoła, nie mnie zatem jest zwracać mu na cokolwiek uwagę. To oczywiście prawda – nie mam mocy zwracać uwagi papieżowi na cokolwiek. Mimo tego mam prawo powiedzieć, co mnie niepokoi w jego postępowaniu. Mam prawo być nawet „bardziej papieski od papieża” jeśli sam papież przestałby być papieski i chciałby skierować – teoretycznie, nie twierdzę, że chce – Kościół na niewłaściwe tory.

Nie ufasz Duchowi Świętemu – Na koniec największy smaczek. Skoro wierzymy, że Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego, że On jest w Kościele obecny, że On wspiera kardynałów w wyborze papieża i prowadzi papieża właściwą drogą, to należy z góry założyć, że papież czyni i myśli dobrze, prawowiernie i nieomylnie. To jednak nieprawda. Duch Święty jest obecny w Kościele od 2000 lat, ale nie każdy papież w tym czasie był człowiekiem świętym. Wielu podejmowało kontrowersyjne decyzje, czasem wyłącznie na własną korzyść. Wielu poddawało się władzy świeckiej. Duch Święty jest w Kościele i Kościół przetrwał w swoim ludzie i w swoich świętych – przetrwał nawet czasy złych papieży. Jeśli ufam Duchowi Świętemu, znaczy że wierzę w Jego moc, w to, że ocali Kościół. Niekoniecznie muszę być pewien, że sam Duch szepcze Franciszkowi do ucha wszelkie mądrości i niezaprzeczalnie jestem zobowiązany bezkrytycznie ich słuchać.

Tych pięć cytatów niech wystarczy. Nie wypisałem ich, by kogokolwiek obrazić, ani by komukolwiek zamknąć usta. Zapraszam do dyskusji – ona jest w tym miejscu potrzebna. Pragnę jednak wspomnieć, że zamiast często powtarzanych, wyświechtanych hasełek, potrzebuję raczej rzeczowych argumentów. I liczę, że je otrzymam.

Jeśli mam rację, jeśli jej nie mam

Tę notkę, gdyby ktoś pytał mnie o cel, piszę z dwóch powodów. Po pierwsze: dlatego, że mam otwarte oczy i uszy, widzę coś, co mnie niepokoi i mam wolność wypowiadania swoich myśli. Chcę zabrać głos w dyskusji nawet, jeśli jest on sprzeczny z poglądem większości. To, że krytykuję w jakiś sposób papieża Franciszka nie oznacza, że mam ze swoimi przemyśleniami siedzieć cicho, bo tym samym niszczę Kościół. Nie pragnę niczego zniszczyć, chcę tylko wyrazić swoje zdanie i otworzyć się na zdanie innych. Po drugie zaś: dlatego, że widzę zagrożenie, które wydaje mi się realne i pragnę, by więcej osób otworzyło na nie oczy. Nie chcę, żeby ktokolwiek odszedł z Kościoła przez moje słowa. Jeśli odejdzie – znaczy że nie był do niego zbyt mocno przywiązany. Chcę właśnie, by każdy, kto poważnie myśli o Kościele, zastanowił się, jak go bronić i jak w nim przetrwać, jeśli kiedyś nastąpi kryzys.

Co się stanie, jeśli okaże się, że nie mam racji? Nic się nie stanie, a mam nadzieję, że racji nie mam i rzeczywiście nic się nie stanie. To znaczy papież podkreśli, że pomimo miłosierdzia Bożego a nawet w parze z tym miłosierdziem grzech zawsze pozostaje grzechem. Otworzy drogi duszpasterstwa osób rozwiedzionych, homoseksualnych, zamkniętych na potomstwo i będzie kładł nacisk na wyjście z grzechu. Będzie pomagał tym ludziom zerwać ze swoimi przyzwyczajeniami, które są trwaniem w ciągłym grzechu ciężkim. Wybije Kościół na szczyty miłosierdzia, mówiąc, jak Jezus do jawnogrzesznicy: „Idź, a więcej już nie grzesz”. Czy wtedy przeproszę za swoje słowa? Nie sądzę. Moje obawy są realne, choć może się okazać, że pozostaną tylko obawami. Mam zdanie jakie mam – jeśli się mylę, tym lepiej dla mnie, dla Was i dla całego Kościoła.

Co się jednak stanie, jeśli okaże się, że mam rację? Jeśli nauczanie moralne Kościoła zostanie zmienione na modłę populis, bo tak chce większość? A kto wie co będzie dalej? Czy ktoś przyzna mi rację i powie „Tak, słusznie nas ostrzegałeś”? Nie przypuszczam…

Jeśli okaże się, że mam rację, mainstream się ucieszy. Wiwatować będą lewicowe media, otwarci katolicy, propagatorzy antykoncepcji, rozwodnicy. Jakieś 90% społeczeństwa, tak na oko. Bramy Kościoła staną otworem. Osoby, które sceptycznie i krytycznie dziś patrzą na to, co mówię i piszę, w większości powiedzą „Cóż, skoro papież tak mówi, to znaczy że taka jest wola Ducha Świętego i musimy się zastosować”. Zastosują się i powiedzą mi tylko, że nawet jeśli miałem rację (ja i kilka innych osób – bo nie jestem jedynym, który tak twierdzi), to nic nie szkodzi, bo papież ma rację i tak właśnie musi być. I nie nam osądzać, nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.

Jeśli okaże się, że mam rację, pozostanie garstka. Ci, którzy będą chcieli zachować wierność katolickiej moralności takiej, jaką znamy dzisiaj. Którzy, tak jak ja dzisiaj, biorą udział w projektach promujących małżeństwo bez antykoncepcji, wypowiadają się na ten temat w radiu, walczą o pojednanie rozchodzących się małżeństw, które twierdzą, że ich decyzja była niedojrzała. Pozostanie nas garstka i ta garstka będzie mogła trwać w jedności z Kościołem tak, jak trwali w niej Lefebryści po Soborze Watykańskim II (z tym, że walka o liturgię to nie to samo, co walka o moralność), dopóki nie zaciągnęli na siebie ekskomuniki. Co ta garstka zrobi dalej? Nie wiem dzisiaj. Czy to rzeczywiście się zdarzy? Także nie wiem.

Jedyne co mogę powiedzieć to to, że mam obawy. Że informuję o nich i przestrzegam. I namawiam do badania, dokładnie, co robi nie tylko nasz ksiądz proboszcz, nie tylko biskup, ale także papież. Jesteśmy katolikami i siłą rzeczy musimy śledzić słowa Franciszka. Módlmy się i czuwajmy.

Bo nie znamy dnia, ani godziny.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 37 Komentarzy

Kościół wypróżniony

Miłym zaskoczeniem okazał się dla mnie 1 stycznia, gdy przyszedłem do kościoła na święto obowiązujące, a kościół wypełniony był po brzegi. W dniu po Sylwestrze! Zastanawiałem się, co skusiło tych wszystkich ludzi, którzy zwyczajowo przychodzą w Boże Narodzenie i Wielkanoc, zwlec się na mszę w Nowy Rok. Bo przyznać trzeba, że w zwykłą niedzielę rzadko ogląda się takie tłumy.

To jednak chwalebny wyjątek od smutnej reguły, która wynika poniekąd z dobrych przemian Kościoła. Kościół się powoli zmienia, stopniowo liberalizuje, zwłaszcza od Soboru Watykańskiego II wychodzi z Bogiem do ludzi. Wielu tradycjonalistów potępia te ruchy, neguje przyjmowanie Komunii na rękę czy na stojąco, spożywanie Krwi Chrystusa, nawet mszę w językach narodowych. Ja, jako tradycjonalista zagorzały (pierwsza Komunia przyjęta była do rąk, na stojąco – bo w czasach Chrystusa przy stole się nie siadało – pito ze wspólnego kielicha i mówiono w rodzimym języku – a zapisano to po grecku, nie po łacinie) jestem też wielkim zwolennikiem Soboru Watykańskiego II i liberalizacji w Kościele. Liberalizacja ta bowiem jest nie tylko nie w smak tradycjonalistom, ale też kościelnym i pozakościelnym liberałom. Liberałowie chcieliby reform, które doprowadziłyby do zaakceptowania małżeństw homoseksualnych, kapłaństwa kobiet, dopuszczenia do sakramentów zagorzałych grzeszników i wpuszczenia do Kościoła wszystkich, którzy chcieliby żeby ktoś ich przytulił, pod warunkiem, że będą mogli żyć i myśleć po swojemu. Dla liberałów odarcie liturgii ze średniowiecznej mistyki – która moim zdaniem czasem jest miła dla oka i ucha, częściej jednak zaburza właściwy odbiór treści liturgicznej – czyli włączenie wiernych w celebrację i wprowadzenie języków zrozumiałych, jest wyłącznie pretekstem do wzmożenia kłótni o władzę kleru i niesprawiedliwość Kościoła. Liberalizacja w Kościele nie jest bowiem wystarczająca dla liberałów, ani ich grzeje, ani ziębi, a jedynie udostępnia narzędzia walki.

Dosięgnęły nas głosy osób, które bardzo żałują, że sprzeczają się z Kościołem. Chcieliby bowiem należeć do wspólnoty, która ich akceptuje, obdarza szacunkiem i utula w cierpieniach. Wspólnota ta jednak nie pozwala im na własne myślenie, czyli na niezgadzanie się z jej założeniami. Mnie to ostatnie wcale nie dziwi. Jeśli ktoś bowiem chce należeć do jakiejś wspólnoty, powinien przede wszystkim przyjąć w tej wspólnocie panujące zasady. Chcę należeć do harcerstwa – zobowiązuję się do niepicia alkoholu, do niepalenia papierosów. Oczywiście nie muszą mnie złapać. Jednak nieuczciwością wobec harcerstwa jest to, że przynależę do niego nie przestrzegając jego zasad. Nieuczciwością wobec Kościoła jest to, że należę do niego, negując panujące w nim zbiory praw i obowiązków. Nieuczciwością jest żądanie od Kościoła przywilejów (daj mi ślub i chrzest dla dziecka, albo najlepiej odwrotnie), bez spełniania obowiązków i przestrzegania przepisów. A w ludziach dziś coraz częściej pojawia się podobne pragnienie. Widzą Kościół jako centrum usług polegających na wypełnianiu polskich tradycji (dziecko trzeba ochrzcić, ślub trzeba wziąć). Wpadają w furię, gdy każą im za te usługi płacić – przecież i tak muszą wydać majątek na chrzciny czy wesele. Kościół powinien dać sakrament każdemu i dać go za darmo.

Podobnie ostatnio jest w kwestii Komunii świętej. Nie chodzi tylko o Pierwszą Komunię, lecz ogólnie o dostęp do sakramentu Eucharystii. Pojawiają się ruchy walczące o możliwość przyjmowania Ciała Chrystusa przez żyjących w ponownych związkach rozwodników, aktywnych homoseksualistów, itp. I ponownie pojawia się argument, że oni mają prawo, a Kościół ma obowiązek.

Kościół stoi jednak na filarach Ewangelii. Kościół opiera się na Listach Pawłowych. Kościół został zbudowany na Prawie i Prorokach. Kościół powstał na fundamencie, którym jest sam Chrystus Pan. Chrystus nie był zaś żadnym liberalnym oszołomem. Miał poważne myślenie, stawiał trudne warunki i ciężkie do spełnienia obostrzenia. Paweł, natchniony przez Niego pisał, że kto niegodnie przyjmuje Ciało, ten jest winien przelewu Chrystusowej Krwi. To oznacza, że Kościół nie ma obowiązku. Kościół jest strażnikiem sakramentów, dogmatów, wiary chrześcijan. Dogmaty są prawdami przekazywanymi przez Kościół i ten, kto nie chce ich przyjmować, nie należy do Kościoła. Ten, kto chce mieć za darmo nic z siebie nie dając, bo podobno mu się należy, nie należy do Kościoła. Ten, kto współżyje niegodnie, nawet z własną żoną, kto nie przestrzega zasad Kościoła dotyczących współżycia pozamałżeńskiego czy antykoncepcji i świadomie uważa, że ma do tego prawo, nie należy do Kościoła.

Kościół się opróżnia. Więcej. Kościół się wypróżnia. Odchodzą liczni popularni, niegodni sprawowanego urzędu sakramentalnego kapłani. Wchodząc w szeregi liberałów walczących o prawa homoseksualistów, biorąc śluby w urzędach, najlepiej udowadniają, gdzie przynależą i dlaczego o Kościele nie mają zielonego pojęcia. Odchodzą liczni niegdyś wątpiący wierni, którym wydaje się, że muszą odsunąć się od Kościoła, bo on nie jest taki, jak oni by chcieli. Oni przemyśleli i nie znajdują dla siebie miejsca. Niektórzy wrócą po chrzest dla dziecka. Kościół go udzieli, jeśli spojrzy przychylnie na dziecko, ale nie dlatego, że komukolwiek się cokolwiek należy. Inni nie wrócą z założeniem, że dziecko powinno wybrać samo, jak będzie starsze. Oczywiście dziecko wybierze za rodzicami drogę wygodną i zbyt szeroką, by dojść do Królestwa Bożego. Chyba, że coś pomoże mu się zbuntować.

Niedługo Kościół, przynajmniej ten w Europie, będzie wypróżniony. Pozostaną jednostki wierne wspólnocie, do której chcą należeć. Przyjmujące i rozumiejące dogmaty, przyjmujące i rozumiejące Ewangelię. Pozostali sobie pójdą. Niektórzy będą kąsać. Dla Kościoła kąsanie zawsze było komplementem. Smacznego! I dobranoc. Jak będą chcieli, to wrócą. Ale na warunkach Kościoła, a nie na swoich warunkach.

Pod warunkiem, że nowy papież nie będzie jakimś liberałem. Wtedy będzie nam potrzebna rzesza świętych Franciszków…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Co jest złego w byciu dogmatycznym?

Od powrotu blogu w środowisko niegdyś opuszczone i połączenia obu grup czytelników w jedną grupę docelową wkrótce minie rok. Wówczas to snułem przypuszczenia, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Myślałem, że albo wszystko pozostanie bez echa, a w gronie czytelników pozostaną nowi, z czasów mojej anonimowości. Po drugie brałem pod uwagę powrót trolli i uczciwie współpracujących z trollami moich czytelników z wcześniejszych lat. Po trzecie wreszcie przyszło mi do głowy, że nowi czytelnicy poczytają archiwa, poznają komentarze, obrażą się i sobie pójdą. Ostatecznie najbliższa prawdy okazała się pierwsza, najlżejsza opcja. I tak byłoby pewnie do dziś, gdyby nie moja ochotność do publikowania i przywoływania wpisów na Facebooku. Bo oto po roku prawie dawni czytelnicy budzą się i odnajdują siebie w moich wpisach. No i dobrze, w końcu wychodząc z ukrycia zaprosiłem ich do czytania i komentowania wszystkich wpisów, także tych archiwalnych. Witam Was zatem i nie odmawiam lektury oraz wchodzenia w dyskusje, w które jednak nie obiecuję, że będę zawsze dawał się wciągnąć.

Tym razem jednak temat uderza we mnie bezpośrednio i wydaje mi się ciekawy do rozważenia i wyjaśnienia, podejmę go więc. Ernest zwany Nunatakiem wysunął bowiem argument, którego adresatem się poczułem. Określił bowiem, że „Można być Żydem-ateistą, a nawet gejożydomasonem, i być działaczem pro-life, kwestia tylko tego, czy podejmujemy tę działalność z faktycznej miłości i poczucia odpowiedzialności za wszelkie życie, czy jedynie z dogmatycznego wyprania mózgu, czyli strachem przed popełnieniem grzechu i karą Bożą. W drugim przypadku mamy do czynienia w pierwszej kolejności z troską o samego siebie, a wszelkie twierdzenia o motywacji z miłości i odpowiedzialności są jedynie przykrywką. To dopiero dwulicowość!”, w innym zaś miejscu dodał, że „Moja definicja mohera to: sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy (które to lubi określać mianem “Prawdy” przez duże P, za argument podając, że to nie jego pogląd, ale sam Bóg tak mówi…)”. I choć komentator nie wymienił żadnych osób, do których odnosiłby bezpośrednio te słowa (takie sobie, niezobowiązujące pisanie), wydaje mi się, że uderzają one bezpośrednio we mnie i ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. Jestem bowiem prawowiernym członkiem Kościoła katolickiego, z wykształcenia teologiem o specjalności „teologia fundamentalna”, której do dogmatyki niedaleko, a przy okazji jako katolik przyjmuję i wierzę we wszystkie podawane do wierzenia przez Kościół dogmaty. Oczywiście, to że jestem dogmatyczny, nie oznacza, że moje zachowanie wynika z „dogmatycznego wyprania mózgu”, ani że mam „sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy”. Ale obawiam się, że z dużym prawdopodobieństwem bycie katolickim dogmatykiem, wiernym Bogu i uznającym coś, co nazywa się uniwersalną Prawdą, może być przez mojego komentatora z taką postawą utożsamiane.

Wiem to również, ponieważ podobne dyskusje i argumenty były już pod moim kierunkiem wysuwane na dawnym blogu, nie pamiętam czy przez Ernesta bezpośrednio, czy przez inne osoby, ale zdecydowanie okrzykiwano mnie już na różne sposoby, choćby członkiem „świętej rodziny” (tu w konsolidacji z moją małżonką). Już określano, że próbuję indoktrynować, narzucać innym swoje poglądy, że oceniam i potępiam ludzi. Wiara jednak w dogmat, widzenie jedynej słusznej drogi postępowania, zgodnej z Bożą wolą i ocenianie zachowań niektórych osób jako złych nie musi się wiązać z dogmatycznym zaślepieniem i byciem tak zwanym przez niektórych „moherem”. Osobom, które tak uważają, pragnę wyjaśnić ich błąd.

Zacznijmy jednak od definicji dogmatu. Za Avery Dullesem można powiedzieć, że dogmat należy określić jako „prawdę objawioną w sposób boski, ogłoszoną jako taką przez kościelny i nieomylny autorytet nauczający, a zatem zobowiązujący wszystkich członków Kościoła bez wyjątku”*. Oczywiście można powiedzieć, że to jest narzucanie innym zdania i mówienie, że „to nie mój pogląd, tylko prawda od Boga”, jednak podkreślić należy, że wszelkie dogmaty rzeczywiście wynikają z dostępnego nam objawienia, a więc z ukazania się Boga w Jego Synu Jezusie i zapisie tego zdarzenia na kartach Pisma Świętego. O wiarygodności samego źródła, jakim jest Pismo Święte już prawdopodobnie kiedyś pisałem, a jeśli nie, napiszę wkrótce na poparcie tezy. Teraz tylko zaznaczę, że żadne starożytne zapiski nie posiadają tak wielu manuskryptów w tej chwili dostępnych, które są tak bliskie czasowi zapisania oryginałów. Mimo tego jako bardziej wiarygodne często traktuje się Dialogi Platona czy Wojnę Galijską Cezara. A jednak to na Piśmie Świętym, najbardziej wiarygodnej ze wszystkich ksiąg starożytnych, a nie na papieskim widzimisię opierają się katolickie dogmaty. Żaden dogmat też tego, co na kartach Biblii zapisano, nie wyklucza.

Kolejną sprawą jest tematyka dogmatów. Mogliśmy bowiem przeczytać w jednym z komentarzy, że „Dogmaty występują przeciwko życiu, zniewalają duszę i umysł człowieka, powodując nerwice i choroby psychiczne (które też czasem szlachetni dogmatycy zwykli nazywać “opętaniem”, nie pomyślawszy ani przez chwilę, że sami mogli być jego twórcami)”… Dogmaty katolickie dotyczą jednak tylko prawd wiary, czasem także kwestii moralnych. Jednak większość wewnętrznych ustaleń moralnych Kościoła nie posiada dogmatycznego podłoża, wiara w to, że np. współżycie przed ślubem czy używanie antykoncepcji jest czymś złym nie oznacza przyjmowania tego jako głoszonego ex cathedra objawienia Bożego. Owszem, wszystkie te ustalenia na Piśmie Świętym są oparte (choć za czasów Jezusa antykoncepcja nie stanowiła takiego problemu), ale nie są podciągnięte pod argument „tak mówi Bóg”. Te dogmaty, które wyznajemy, wynikają też z objawienia i niezachwianej wiary Kościoła Bożego. Nie mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, choć mogą być nim kapłani i ludzie świeccy w zły sposób o dogmatach i zasadach moralnych mówiący. Prawdą jest, że nawet osoby popadające w grzech nie są przez Kościół potępiane, lecz przystępując do sakramentu pokuty otrzymują rozgrzeszenie i wracają na łono Kościoła. Trochę inaczej sprawa ma się w stosunku do osób, które w sposób świadomy i wolny odrzucają któreś z praw moralnych – te osoby swoją własną decyzją postanawiają tkwić w grzechu i dobrowolnie od Kościoła się oddalić.

Dlaczego Kościół daje nam do wierzenia dogmaty? Odpowiedział na to w sposób doskonały o. Jacek Salij: „To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać”**. Dogmaty, a więc prawdy wiary, otwierają nam drogę i torują ją w stronę prawdziwego objawienia: Jezusa Chrystusa, który przyszedł na świat, aby nas zbawić. Nie mogą więc w oczywisty sposób prowadzić do opętań (chorób psychicznych), bo nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość.

Mowa jednak o umysłach silnie zdogmatyzowanych, które zamykają się na naukę i wierzą we wszystko, starając się przekonać do tego (siłą?) innych ludzi. Owszem, są i tacy. O nich też pisze Salij: „Owszem, może się zdarzyć, że jakiś ksiądz czy katecheta usiłuje doprowadzić kogoś do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych — ale jest to zwyczajne nadużycie i ciężka obraza głoszonej w ten sposób prawdy Bożej. Może się również zdarzyć, że ktoś aprobuje prawdę wiary w fałszywej świadomości (na przykład w sposób czysto formalny i powierzchowny, z duchowego lenistwa albo spodziewając się jakiejś korzyści). Są to jednak grzechy poszczególnych ludzi i jedyne, co Kościół ma naprawdę na ten temat do powiedzenia, to wezwanie, żeby się z takich grzechów nawracać”**.

Czy ja, katolik, mam umysł zdogmatyzowany i wypaczony, próbuję więc indoktrynować i narzucić komukolwiek swoje poglądy? Niemożliwe! Przez lata byłem bowiem sceptykiem, który wątpił w słuszność prawdy o szkodliwości (fizycznej, ale i psychicznej) antykoncepcji, homoseksualizmu (aktywnego), a nawet aborcji czy eutanazji. Miałem problem z zaakceptowaniem dogmatu o nieomylności papieża czy tak często krytykowanych dogmatów maryjnych. Do wszystkiego jednak doszedłem z pomocą Bożego natchnienia sam, wszystko przemyślałem, we wszystko włożyłem dużo z siebie, żeby to zrozumieć. Można było, oczywiście, powiedzieć „olać, to nie może być prawda”. Ale ja wolałem pogłębić swoją wiedzę. Studia teologiczne były dla mnie objawieniem i teraz mogę powiedzieć: tak, to wszystko prawda! Wszystko rozumiem, choć nie wszystko bez pomocy będę umiał teraz wyjaśnić. Ale choćby kwestie antykoncepcji – pisałem o tym na początku bloga, mając 20 lat i pisałem ostatnio. Jak wielka jest moja różnica w zrozumieniu tematu – sam siebie zadziwiam!

Nie jestem bezmózgim dogmatykiem zamkniętym na argumenty innych. Staram się słuchać i staram się wczuwać. Nie zawsze mi to wychodzi, to oczywiste. Największym chyba jednak problemem, który widzą we mnie inni, a który moim zdaniem nie jest żadnym problemem jest to, że nie staram się skłaniać ku innemu myśleniu, temu, które widzę jako mylne. Że nie zmieniam poglądów. Nie, ja kiedyś już miałem inne poglądy i zmieniłem je na dobre. Nie widzę potrzeby zmieniać ich ponownie. Teraz pozostaje mi pokazywać (nie narzucać) tę prawdę innym, a kto chce przyjąć ją, niech ją przyjmuje.

Na koniec ostatni raz zacytuję Salija za tym samym źródłem:

„Czasem ta nasza pewność co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego”**. Przez wierzącego „na swój sposób” też: „Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości”**.

______________________
*Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/wprowadzenie_dogm2.html
**Za: http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_15.htm

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Tuskoterror a prawda obiektywna

Kilka dni temu projekt Solidarnej Polski dotyczący ograniczenia możliwości dokonywania aborcji ze względu na uszkodzenia płodu przeszedł w sejmie do dalszego etapu. Stało się to za sprawą 40 posłów Platformy Obywatelskiej i 19 Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy zagłosowali przeciw wnioskowi o odrzucenie tejże ustawy z dalszych prac. Rękę do sprawy przyłożyło kolejnych 28 posłów PO, którzy nie zagłosowali w ogóle, zmniejszając ilość osób głosujących za odrzuceniem. Wśród tych ostatnich był również poseł Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości i to właśnie posłowie z jego skrzydła wypowiedzieli się przeciw dotychczasowej liberalizacji.

W efekcie tego głosowania, w połączeniu ze spadkiem poparcia dla partii, premier Donald Tusk postanowił ogłosić w sejmie głosowanie za wotum zaufania rządu. Przy tym powiedział wiele słów mających świadczyć o jego autorytecie i charyzmacie przywódcy. Zaznaczył, że Platforma nie będzie brała udziału w wojnie aborcyjnej, że kompromis w kwestii aborcji jest dla nas bardzo ważny i ruszanie go doprowadzi do rzeczonej wojny. „W sposób jednoznaczny powiedziałem, że uważam to za błąd pod każdym względem” – wypowiedział się premier po tym, jak pod wpływem niepomyślnego dla niego głosowania spotkał się ze swoim klubem parlamentarnym. Podobno bardzo dobitnie skarcił konserwatywne skrzydło PO, na czele z Jarosławem Gowinem, któremu miało się najbardziej dostać (donosił sam mrygający ekran w pociągu komunikacji podziemnej, który jest napędzany przez Agorę). Oczekiwał przy tym – powiedział to oficjalnie – jak najszybszego naprawienia tego ewidentnego błędu, jakim było głosowanie nie po jego myśli.

Nie wiem czym Tusk zastraszył swoich posłów (wyrzuceniem z partii? Odrzuceniem kandydatury przy kolejnych wyborach? Mafią wołomińską?), grunt że już rano w dniu wystawiania pakietu zaufania rządowi któraś z posłanek głosujących przeciw aborcji dzieci upośledzonych wypowiadała się w Dzień Dobry TVN przekonując widzów, że popełniła straszny błąd, tak jakby niechcący wcisnęła nie ten guzik, co trzeba. Pani Pieńkowska i druga pani, z Federacji na rzecz kobiet, czule ją głaskały po główce, pocieszając, że wszystko będzie dobrze, czując się przy okazji zwycięsko – wszystko jednak będzie po ich myśli. Wotum zaufania dla Tuskorządu przeszło, choć sam pan premier powiedział, że „ci, którzy mają inne zdanie w tej kwestii, mogą je zademonstrować jutro” – podczas udzielania wotum zaufania. Wszyscy posłowie PO zagłosowali jednak za zaufaniem rządowi. Bali się o posady (Tusk skonstruowałby nowy rząd już bez Gowina), miejsca w partii, a może tylko grali, żeby dalej głosować przeciw aborcji? Nie wiem. Wiem że póki co wygląda na to, że Tusk gnoi przeciwników mordowania niewinnych chorych dzieci (to się nazywa eugenika) i wychodzi na tym zwycięsko.

Kwestia głosowania za lub przeciw aborcji dotyka jednak wolności sumienia. Która to wolność sumienia jest, jak mi się wydaje, również medialnym tworem wyprodukowanym na potrzeby chronienia moralności przed zepsutym światem. Wolność sumienia mówi: nie dokonam aborcji, bo sumienie mi na to nie pozwala. Druga zaś mówi: mnie pozwala, więc dokonam. A prawda jest taka, że nie wolno nam dokonywać aborcji w ogóle, bo aborcja jest złem – zabijaniem ludzi w tym stadium rozwoju, w którym nie mogą jeszcze nawet się bronić. Wolność sumienia nie ma nic wspólnego z prawdą (odniosę się przy tym do jednego z moich wcześniejszych wpisów o sumieniu), ponieważ subiektywnie dziś pojmowane sumienie pozwalałoby nam robić największe świństwa (w tym także negowanie prawa do wolności sumienia drugiej osoby, jeśli jej sumienie podpowiada jej coś, co nie jest poprawne politycznie). Aborcja jest zabójstwem, dlatego jest zła i posłowie głosujący przeciw niej de facto nie głosowali zgodnie z niezrozumianym dziś sumieniem, lecz zgodnie z prawdą. A prawda ta brzmi: człowiek zaczyna się w momencie poczęcia i bez względu na stan swojego zdrowia ma prawo przeżyć tyle, ile będzie mu dane. Tusk zaś, broniąc fikcyjnego kompromisu aborcyjnego (coś w rodzaju „W Polsce wolno mordować, ale tylko w niewielu przypadkach, nie jest tak najgorzej”) broni kłamstwa twierdzącego, że jak kobieta chce lub nie chce, to ma prawo. Że jak dziecko ma być chore, to lepiej żeby w ogóle nie żyło – a nam wolno o tym decydować, bo jesteśmy mądrzy i bardzo dużo chcemy.

No dobrze, dobrze, ale może jednak rzeczywiście eugenika jest wskazana? Może lepiej zabić dziecko pozbawione mózgu zanim się urodzi i samo umrze? Pojawiły się też argumenty, że jeśli dziecko ma się urodzić w rodzinie patologicznej, to może lepiej żeby w ogóle się nie urodziło, bo ma niewielką szansę na szczęście w życiu. Do tego oczywiście dochodzi wiele osób z zespołem Downa, które również nie zaznają szczęścia (a dzieci z zespołem Downa można legalnie abortować, bo są to płody uszkodzone). Ja powiem tylko tyle: drugi rok pracuję w szkole specjalnej. Mam tu zarówno dzieci z rodzin patologicznych (przeważają w klasach z lekką niepełnosprawnością intelektualną) i z zespołem Downa (głównie klasy z głębszą niepełnosprawnością). Widzę ogrom szczęścia zarówno w jednych, jak i w drugich. Jednych i drugich traktuję z równym szacunkiem, który nie wypływa z tolerancji do niepełnosprawnych, lecz z autentycznej sympatii do nich. Z jednymi i drugimi witam się, przybijam piątki, śmieję się i żartuję. I widzę, że mimo rozlicznych problemów (ci pierwsi) czy nieuleczalnej choroby (ci drudzy) potrafią oni szczęśliwie przeżywać czas, a przynajmniej jego fragmenty. Inaczej trzeba ich uczyć, inaczej wychowywać, ale zyskuje się przy tym mnóstwo radości.

I tu nie jest kwestia czyjejś granicy. Bo dla jednej matki granicą może być całkowite ograniczenie aborcji, dla drugiej posiadanie dwójki dzieci, a dla trzeciej rodzenie wyłącznie zdrowego potomstwa. Ale należy pamiętać, że to granicę dziecka tu przekraczamy i należałoby zapytać je o zdanie, czy pragnie zostać zabite, czy nie. Skoro jednak nie potrafi się póki co wypowiedzieć na swój temat, należy pozwolić mu pożyć przynajmniej tak długo, aż będzie w stanie ukazać nam swoją granicę. Tylko mordowanie dziecka z zespołem Downa, które przekroczyło 9 miesięcy życia jest nielegalne…

Mam nadzieję, że posłowie stojący po stronie prawdy nie dadzą się zgasić, nie pozwolą zamknąć sobie ust. Że następnym razem zagłosują tak samo. Szczerze w to wierzę, że Tuskowi zaszczuć się nie dadzą. Mocno się za to modlę.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 32 Komentarze

Ja nie żyję w XVII wieku

Zdarza nam się słyszeć takie słowa wielokrotnie. Padają najróżniejsze stulecia. Może chodzić o wiek XV, XVI czy XIX. Częściej zaś pojawia się wzmianka o życiu w Średniowieczu. Czasami o epoce kamienia łupanego. Najważniejsze, że „Ja nie żyję w …”, tylko w XXI wieku.

Co to w praktyce oznacza? Oznacza to tyle, że mamy powszechny dostęp do internetu, jedzenie w hipermarketach i – najczęściej – toaletę w mieszkaniu. Co chcieliby, żeby to oznaczało? Bezwzględną wolność, rozumianą jako swobodę i liberalizm.

„Ja nie żyję w XVII wieku” oznacza, że mnie już nie dotyczą starożytne zasady, prawa moralne, nie obowiązują mnie złożone przysięgi, uczciwość, sprawiedliwość. Nie dotyczy mnie to wszystko, bo XXI wiek, w którym żyję, to wiek liberalizmu, pełnej swobody, robienia tego, co mi się podoba. Prawa moralne i zasady są dla lamusów z minionych epok. Prawda nie istnieje, istnieją tylko różne poglądy na różne sprawy. Dla katolika płód może być dzieckiem jeśli chce, dla kobiety robiącej karierę może być zwykłą naroślą do usunięcia. Względność. Ponieważ nie żyję w XVII wieku mogę się rozwieść, rozejść ze swoim mężem mimo złożonej przeze mnie przysięgi – obowiązywała ona tylko średniowiecznych mnichów, ale nie postępowych ludzi, takich jak ja. W poprzednich wiekach homoseksualizm uważany był za chorobę, ale przecież geje wywalczyli swoje prawa i teraz trzeba ich szanować, bo naprawdę głośno krzyczą, więc pewnie mają rację. W poprzednich stuleciach ich prześladowano, ale teraz ludzie zmądrzeli, wiedzą, że Bóg kazał się kochać – a geje przecież chcą tylko kochać.

Dziś państwo chciałoby, żeby młodzi rodzili jak najwięcej dzieci. Na szczęście młodzi są mądrzy – żyją w XXI wieku – i poprzestają na dwójce. A jak nie poprzestają, to znaczy, że nie są mądrzy. Wszak nie żyjemy w epoce średniowiecza, żeby nie wiem ile dzieci rodzić. I tak w koło Macieju. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona… Nie masz prawa nic mi mówić, nie masz prawa zwracać mi uwagi, nie masz nawet prawa planować trzeciego dziecka. Wszak żyję w XXI wieku. I możesz mi naskoczyć.

Niestety, nie jest tak prosto. Rzeczywiście, żyjemy w XXI wieku, w czasach określanych jako ponowoczesność, ale oprócz ludzkiego wyzwolonego myślenia i galopującej technologizacji nic się nie zmieniło. Prawda pozostaje prawdą. Prawo moralne pozostaje prawem moralnym. Jeśli zapytamy kogoś, czy istnieją kosmici, on może odpowiedzieć tylko „Jeśli istnieją, to istnieją, a jeśli nie istnieją, to nie istnieją”. Ponieważ nikt tego nie wie, nikt nie ma prawa powiedzieć „istnieją” albo „nie istnieją” tak, jakby to była prawda niezaprzeczalna. Jeśli jednak zapytamy, czy słonie istnieją, odpowiedź będzie oczywista: tak, istnieją. To nie może zależeć od czyjejkolwiek opinii. To jest prawda niezaprzeczalna, nawet jeśli jesteś niewidomy i nigdy słonia nie widziałeś. Czy płód jest człowiekiem, czy nie? Najprościej odpowiedzieć: nie wiemy. Jeśli nie jest, to odskrobujemy narośl. Jeśli jednak jest, zabijamy człowieka. Czy wolno nam podjąć ryzyko, jeśli odpowiadamy w najgorszym razie „nie wiem”? Nie wchodzę tu w naukowe dywagacje o początkach człowieka. Jeśli nie mam dowodów, nie wiem. Jeśli nie wiem, nie mam prawa skrobać, tak jak nie mam prawa wyburzyć budynku, w którym nie wiem, czy ktoś nie pozostał.

Inaczej ma się sprawa z rozwodami i opuszczaniem współmałżonka. Przysięga małżeńska brzmi bowiem „Ślubuję ci (…) że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Możemy mieć zaćmę. Możemy zapomnieć (skleroza, amnezja itp.), ale przysięgę złożyliśmy i ona nas obowiązuje. To, że żyjemy w XXI wieku nie jest, nie było i nie będzie dla nas usprawiedliwieniem. Możemy sobie żyć w XXXI wieku, na Syberii albo na Marsie, ale przysięga, którą składamy, obowiązuje nas do śmierci, a nie do początku nowego Millenium. Podobnie się ma sprawa z katolickim wychowaniem potomstwa poprzysięganym na ślubie. Każdy, kto brał i udzielał ślubu w Kościele przysięgał również, że wychowa po katolicku potomstwo. Jeśli ochrzcił to potomstwo, które parafię ujrzy następnie przy okazji pierwszej Komunii, to stał się hipokrytą składając przysięgę przed ołtarzem i przed ołtarzem chrzcząc dziecko. Nie okaże się większym hipokrytą wypełniając swój przysiężony obowiązek i zabierając dziecko na niedzielną mszę świętą. To, że żyjemy w XXI wieku nie uprawnia nas do krzywoprzysięstwa, kłamania, omijania prawdy i wymazywania z pamięci tego, o czym wobec Boga i Kościoła mówiliśmy. Jeśli jesteśmy tacy mądrzy, że XXI wiek upoważnił nas do swobody we wszystkim, na co przyjdzie nam ochota, to może wypnijmy się najpierw na te wszystkie obrządki, nie składajmy sakramentalnych przysiąg i nie ograniczajmy katolickiego wychowania do ochrzczenia. Żyjesz w XXI wieku? To było nie brać ślubu!

Prawda i moralność nie zmieniają się w zależności od okresu historycznego, ani od naszego widzimisię. Dziecko, które w wieku XVII było dzieckiem, teraz już pewnie nie żyje, ale to nie znaczy, że podobne dziecko z XXI wieku dzieckiem być przestało. Ślub zawarty w Średniowieczu był tyle samo warty, co ten zawarty w ubiegłą sobotę. Różnica nie tkwi w prawdzie ani w ważności przysięgi, lecz w dojrzałości współczesnych ludzi. Ludzi, którym wygodnie jest kłamać, oszukiwać, wykręcać się od odpowiedzialności. Jak małe dzieci oszukują dorosłych, żeby dostać cukierka. Robię to, co jest dla mnie wygodne i przyjemne, nawet jeśli w ten sposób okłamuję wszystkich. A tylko niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że kogoś okłamałem, to osobiście dostanie ode mnie w dziób!

Żony! Wracajcie do swoich sakramentalnych mężów! Mężowie! Wracajcie do żon, którym przysięgaliście na wszystkie świętości! Wychowajcie potomstwo, którym Bóg Was obdarzy(ł) w pełnej, prawdziwej rodzinie, po katolicku – jak obiecaliście, a w wielu przypadkach jestem świadkiem! Nie zwalajcie wszystkiego na XXI wiek! Jedna kreseczka wiosny nie czyni, nie ma znaczenia położenie wskazówek. Najwyższa pora dojrzeć! Dojrzeć – to znaczy wydorośleć i podjąć odpowiedzialność za to, co się mówi i robi.

To samo tyczy się kwestii rodziny. Jeśli chodzi o pokrewieństwo nie ma znaczenia, czy kogoś się za rodzinę uważa, czy nie. Krewnym się jest, albo się nie jest. Wybiera się tylko żonę albo męża. Raz na całe życie, nierozłącznie, aż do śmierci. Pozdrawiam!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Tęcza

This post will be available to read in two languages: Polish and English. This is because it is written in response to some pictures/comments posted lately on Facebook, by my English-languaged friends. If You want to read in Polish, try the higher part. For English find Yourself a way downwards.

Ten wpis będzie dostępny do przeczytania w dwóch językach: polskim i angielskim. Jest to spowodowane tym, że jest pisany w odpowiedzi na pewne zdjęcia/komentarze publikowane ostatnio na Facebooku przez moich anglojęzycznych znajomych. Jeśli chcecie czytać po polsku, wypróbujcie górną część. By sięgnąć po angielski znajdźcie sobie drogę na dół.

Tęcza po polsku

Jak wspomniałem powyżej, znalazłem niedawno w sieci kilka obrazków na profilach moich zagranicznych znajomych. Jedna z zamieszczających je osób usunęła mnie ze znajomych po zamieszczeniu niepochlebnego komentarza, inne obrazki udało mi się zapisać i w tym artykule je zamieszczam, abyście wiedzieli, o czym piszę. Pierwszy z obrazków głosi, co następuje: „Jestem hetero i jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa gejów. Miłość to miłość”. Na drugim napisano, że „Homofobia to strach przed tym, że geje potraktują cię tak, jak ty traktujesz kobiety”. Po zobaczeniu tych obrazków postanowiłem się wdać w dyskusję, by wyrazić moją opinię. Stwierdziłem, że tęcza jest symbolem Boga, a nie gejów. Według Biblii to Bóg ukazał Noemu łuk tęczy jako znak przymierza między nimi, jako znak, że podpisuje rozejm i nigdy więcej już ludzi nie wyniszczy. Zaproponowałem również, by przypomnieć sobie czym jest chrześcijaństwo i co to właściwie znaczy miłość. Usłyszałem w odpowiedzi, że stawianie kryterium kochania kogoś śmierdzi wszystkim tym, co miłością nie jest. Ktoś inny dodał, że mamy kochać wszystkich, a sądzenie pozostawić Bogu. Kiedy starałem się dalej argumentować przeciw „miłości” homoseksualnej, dowiedziałem się, że jestem hejterem, czyli nienawidzę gejów i uparłem się na nich, a przecież zasługują na naszą miłość podobnie jak inni.

Chciałbym wykazać, że oskarżenia (osądy) wobec mnie rzucone na podstawie kilku krótkich komentarzy nie są prawdziwe nawet w małym stopniu. Przede wszystkim nie nienawidzę gejów. Nigdy nic takiego nie powiedziałem, ani nie napisałem, a to, że nie zgadzam się z ogólnopanującym uwielbieniem (czy tzw. tolerancją) wobec homoseksualistów nie oznacza, że z automatu ich nienawidzę. Co więcej: muszę podkreślić, że naprawdę bardzo mocno kocham gejów! Geje jako osoby mające problemy ze sobą, ze swoją tożsamością czy z ukierunkowaniem popędu mają naprawdę wiele miejsca w moim sercu. Nie znoszę (ale raczej również nie nienawidzę) natomiast wszechobecnej czci oddawanej homoseksualistom i homoseksualizmowi, nie znoszę gejów i niegejów walczących o tzw. prawa gejowskie, aprobaty udzielanej osobom, które powinny raczej szukać prawdy uniwersalnej, niż swojej własnej prawdy dającej im satysfakcję.

Miłość jest troską o dobro drugiego człowieka. Musimy zastanowić się, czym jest nasza troska o gejów, których mamy kochać i czym jest troska gejów kochających się nawzajem. Czy prawdziwą troską pełną miłości będzie zaakceptowanie tego, co normą nie jest i walka o prawa homoseksualistów? Zauważmy, że do całkiem niedawna homoseksualizm uważano za chorobę. Argumenty są bardzo logiczne. Np. każdy związek dwóch osób, który nie ma możliwości rozmnażania się jest nienaturalny, chory. Oczywiście mam tu też na myśli pary, które są niepłodne – WHO uznała niepłodność za chorobę i ja się z nią zgadzam w tym przypadku. Homoseksualizm już jednak za chorobę uważany nie jest, mimo że jest niepłodny. Dlaczego jednak małżeństwa niepłodne, moim zdaniem, mimo drążącej je choroby, mogą pozostawać razem, homoseksualiści zaś nie powinni? Ponieważ czymś z gruntu oczywistym i naturalnym jest to, że istnieją dwie płcie po to, aby się nawzajem dopełniały. Istnieją mężczyźni (którzy mają penisy, owłochate klaty, zarost, zbyt proste myślenie i lenia) oraz kobiety (wyposażone w pochwy, biusty, pozbawione zarostu, kierujące się instynktem i humorkami), po to, aby się uzupełniały. Wszystko, co odbiega od tej normy, jest anomalią. Klucz próbujący otworzyć klucz nie może istnieć, tak jak nielogiczna jest kombinacja kłódka-kłódka, używając metafory. I wszelkiego rodzaju gendery zastępujące płcie są wymyślone po to, aby to, co nienaturalne czy chorobliwe dostało swoje miejsce w normalnym świecie. Facet to facet, kobita to kobita. Nie ma nad czym dyskutować.

Co powinni jednak robić ludzie, którym zależy na dobru gejów? Tacy ludzie, kochający, powinni pokazać im dobrą, właściwą drogę. Powinni ukazać, że naturą ludzką jest łączenie się w pary heteroseksualne, że wszystkie inne sytuacje są naprawdę nienaturalne. Powinni też ukazać im sposoby leczenia. Wielokrotnie jedna osoba pytała mnie: jak leczy się homoseksualistów? Otóż są sytuacje, w których pomoże terapia hormonalna. Podobnie jak z tożsamością płciową (urodziłem się chłopcem, ale czuję się dziewczyną – nie odcinam sobie więc przyrodzenia i nie biorę hormonów damskich, tylko biorę hormony męskie i normuję się w swoim ciele) – ciało nie może tu być uważane za mniej znaczący wyznacznik płciowości, niż samopoczucie delikwenta, a często tak właśnie się dzieje. Drugim sposobem jest terapia psychologiczna. Człowiek może zdać sobie sprawę z tego, że jego pociąg seksualny nie jest zależny od niego i dlatego nie jest niczym złym – złe jest tylko realizowanie tego pociągu z niewłaściwymi osobami. Co więcej – znam nawet osobiście homoseksualistę, który potwierdził, iż pociągu w stosunku do kobiet można się nauczyć. Oczywiście może być też na odwrót – często potwierdzanym faktem jest choćby homoseksualizm więzienny, gdy heteroseksualni mężczyźni z braku kobiet zadowalają się współżyciem z współwięźniami. Jeśli można nauczyć się pociągu do mężczyzn, dlaczego w niektórych środowiskach wyklucza się możliwość nauczenia się pociągu do kobiet? Ów wspomniany znajomy podkreślił kiedyś, że pragnie mieć żonę i dzieci, choć odczuwa pociąg do mężczyzn. Miłość jednak nie na pociągu seksualnym się kończy, lecz na trosce o drugiego człowieka się opiera, na oddaniu się drugiemu człowiekowi. Homoseksualista też może pokochać piękną kobietę prawdziwą, małżeńską miłością. I, jak ktoś kiedyś podkreślił, kochając swoją żonę prawdziwie będzie się tylko czasem odwracał za jakimś przystojnym mężczyzną, tak jak każdy heteroseksualista obejrzy się czasem za ładną kobietą, mimo pozostawania w małżeńskim związku.

Pozostaje jeszcze kwestia osądzania. Mam nie osądzać, ponieważ to Bóg sądzi. Zgoda, jednak ten argument jest już bardzo wyświechtany i wrzucany gdziekolwiek, gdzie ktoś ma zbyt radykalne poglądy. Owszem – mam radykalne poglądy i wypowiadam się krytycznie w stosunku do różnych zachowań różnych osób, co nie znaczy, że kogokolwiek osądzam. Osądzanie jest potępianiem, skazywaniem kogoś na piekło. Do tego oczywiście nie mamy prawa. Nie mamy prawa nikogo skreślać. Jednak mówienie komuś, że robi coś złego, zwłaszcza jeśli podpieramy się przy tym przesłaniem Nowego Testamentu, nie jest osądzaniem. Jest pełnym troski i miłości wskazywaniem dobrej, bliskiej Bogu drogi. A na temat homoseksualizmu pojawia się w Biblii fragment przesądzający o wszystkim (wskazujący, że nie musimy nikogo osądzać, ale Bóg już to zrobił): „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6,9-10). Sprawa jest jasna, nie ma Królestwa dla facetów, którzy ze sobą współżyją (nie ma tu jednak mowy o uczuciach, jakimi jest pociąg seksualny do osoby tej samem płci). Słowo się rzekło, kobyła u płota. Nam pozostaje wykazać jakie są tego powody – co postarałem się zrobić w poprzednich akapitach. I mogą padać argumenty, że upieram się w nienawiści na przedstawicieli jednej wąskiej grupy, a pijaków czy rozpustników jest zdecydowanie więcej i robią większą krzywdę. Zgoda, ale nie walczą tak bezczelnie o swoje „prawa”. Gdyby ktoś wrzucił hasło „Więcej praw dla pijaków” albo „Jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa złodziei”, to osobiście bym stanął przeciw temu. Co więcej – zarówno o złodziejach (w kwestii ściągania z internetu), pijakach (wspominając o Krucjacie, którą podpisałem), cudzołożnikach („Nie brałem udziału w tej farsie”) czy bałwochwalcach wielokrotnie już pisałem. Mężczyźni współżyjący ze sobą są tylko jedną z tych grup, a żadnej z nich nie nienawidzę.

Podkreślę na koniec: ponieważ Bóg oficjalnie ogłosił w swej Księdze, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie wejdą do Królestwa Bożego, to nikt, kto jest chrześcijaninem (uznaje Biblię i Chrystusa) nie może opowiadać się za prawami gejów. Jesteś za prawami gejów? Przestań nazywać się chrześcijaninem, bo sam skreśliłeś się już z tej listy.

Rainbow in English

As I mentioned above, I have recently found some pictures in the internet, on the profiles of my foreign friends. One of the people who posted that deleted me from their friends after I wrote a commentary that was unflattering, I managed to save the other pictures and I post them in this article, so You can know what I’m writing about. The first of the pictures says what is mentioned: “I’m straight and a Christian, but I support gay rights. Love is love”. On the other someone wrote, that “Homophobia [is] the fear that gay men are going to treat you the way you treat women”. After seeing these pictures I decided to get into the discussion, to express my opinion. I said, that the rainbow Is a symbol of God, not gays. According to the Bible it was God Who has shown the bow of the rainbow to Noah, as a sign of an alliance between them, as a sign that He is signing a treaty and He will never destroy the people again. I suggested that we should bring back to our minds what exactly is Christianity, and what does love mean as well. In response I heard that putting parameters around loving someone else reeks of all sorts of things that aren’t of love. Somebody else added, that we should love everyone and leave judging to God. When I was trying to find more arguments against homosexual “love”, I have been informed that I’m a hater, which means I hate gays and I persisted to make them unhappy, and they deserve our love just like the others.

I would like to prove, that the accusations (judgments) that were thrown upon me thanks to some short comments aren’t real even in the slightest degree. First I don’t hate gays. I have never said such a thing, never have written, and just because I don’t agree with the generally ruling worship (or so called tolerance) of the homosexuals I don’t become a hater of them automatically. What’s more: I have to say, that I really really love gays! Gays as human beings that have inner problems with themselves, their identity, or their sexual drive target have really much place in my heart. I can’t stand (that doesn’t mean “I hate”) other things: the omnipresent adoration given to homosexuals and homosexualism, the gays and non-gays fighting for the so-called gay rights, the approval given to the people who should rather search for the universal truth, than their own truth that gives them satisfaction.

Love is caring about the wellness of other human. We have to think about what is our care about gays, whom we should love and what is the care of gays who love each other. Will the real care full of love be accepting of that, what isn’t normal and the fight over homosexual rights? Let’s mention, that it wasn’t long ago when homosexualism was called a sickness. The arguments are logical. For example every relationship, which isn’t able to reproduce isn’t natural, it’s sick. Off course I’m also thinking about the pairs, which are infertile – WHO has said that infertility is a sickness and in this case I agree with them. Homosexualism, on the other hand, isn’t treated as a sickness any more, even if it’s infertile. But why, according to me, the infertile marriages should last despite their sickness, but homosexual relationships shouldn’t? It’s because it is obvious and natural from the beginning, that there are two sexes so they can complete each other. There are men (who have penises, hair on their chests, facial hair, far too simple thinking and laziness) and women (equipped with vaginas, breasts, without facial hair, who do things while listening to their instincts and whims), to fulfill each other. Everything, that doesn’t fit in that norm, is an anomaly. A key that is trying to open a key can’t exist, just as a combination of padlock to padlock, metaphorically speaking. And every kind of gender that tries to walk into the place of a sex is fabricated to find a place in normal world for everything that is unnatural or sick. A chap is a chap and a lass is a lass. There is no place for discussion.

But what should people, who care for what’s good for gays do? Such people, loving, should show them the correct, good way. They should show, that it’s human nature to match into heterosexual couples and all the other situations are really unnatural. They should also show them the methods of treatment. There was one person, who asked me many times: how do we cure homosexuals? There are situations where hormonal therapy can help. The same thing is about sexual identity (I have been born as a boy, but I feel like a girl – I don’t cut my balls off and I don’t take female hormones, but I take male hormones and I become normal in my own body) – the body can’t be thought of as a less important determinant of sexuality, than the frame of mind of the culprit, but that is how it often happens. The other way is psychological treatment. A person may notice, that his or her sexual inclination doesn’t depend on them, so it isn’t anything bad – bad is only making this inclination come to life with wrong people. What is more – I know a homosexual who confirmed, that it is possible to learn the inclination to women in person. Of course it can happen the other way as well – a jail homosexualism is often seen, when heterosexual men don’t have access to women, so they do their things with other prisoners. If we can learn the inclination to men, why in some environments it is excluded, that some can learn an inclination to women? The previously mentioned familiar of mine said once, that he would like to have a wife and some children, even though he feels an inclination to men. Love doesn’t end on sexuality though, but it lays on the care of another person, on giving yourself to the other person. A homosexual can love a beautiful woman with real, marriage love as well. And, as somebody sometime mentioned, while really loving his wife he will only sometimes turn his head to watch a handsome man, just as any heterosexual sometimes would look at a pretty woman, even though he still is in a married couple.

There still remains the judgment thing. I should not judge, because God is the one Who judges. That’s true, but this argument has been used a billion times and it is thrown anywhere, where somebody has too radical outlooks. Yes – I have radical outlooks and I speak critically of several types of doing things of several types of people, but that doesn’t mean I judge anyone. Judging is condemnation, sending someone to hell. We don’t have rights to do that for sure. We don’t have rights to cross anybody out. But telling somebody what he is doing wrong, especially when we know that from the New Testament, isn’t judgment. It’s a full of care and love method of showing a good, God near way. And there is a fragment in the Bible, that judges everything about homosexuals (it shows, that God has already judged, so we don’t have to judge anybody): “Or do you not know that wrongdoers will not inherit the kingdom of God? Do not be deceived: Neither the sexually immoral nor idolaters nor adulterers nor men who have sex with men nor thieves nor the greedy nor drunkards nor slanderers nor swindlers will inherit the kingdom of God” (1 Cor 6,9-10). Everything’s clear, there isn’t any Kingdom for guys, who have sex with each other (nobody says about feelings, like sexual inclination to a person of the same sex though). It has been said, can’t do a thing about it. The only thing we have to do is to show the reasons of it – which I was trying to do in previous paragraphs. And there can be arguments, that I take objections of only one small part of humanity, that I tend to hate only a narrow group, and there are far more drunkards or sexually immoral and they are doing more bad things. Okay, but they don’t fight for their “rights”. If somebody threw a slogan “More rights for drunkards” or “I’m Christian, but I support thieves rights”, I would stand against it myself. What is more – I have written about thieves (when I said about downloading from the internet), drunkards (speaking of the Crusade I have signed), adulterers (“I haven’t taken place in this farce”) or idolaters many times. Men having sex with other man are only one of these groups, and I don’t hate any of them.

At the end I will emphasize: because God has officially announced in his Book, that men having sex with each other won’t get into the Kingdom of God, nobody, who is a Christian (who acknowledge the Bible and Christ) can’t support gay rights. Are You a gay rights supporter? Please, stop calling Yourself a Christian, for You have struck Yourself off that list.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

The truth is out there

Taka dziwna ostatnio moda, choć początki swe ma bardzo dawno temu, że obiektywna prawda nie istnieje. Usłyszałem tę opinię między innymi od pewnego bliskiego znajomego gdy starałem mu się wytłumaczyć, że to, co ja mówię, jest prawdą. „Prawda jest subiektywna” rzekł wówczas, a gdy starałem się wykłócać, że wcale nie, on tylko odpowiedział uśmiechem. Względność prawdy była zresztą jego głównym argumentem by nie wtrącać się w sprzeczkę, którą prowadziłem równolegle z inną osobą. Ta sytuacja spowodowała, że przeprowadziłem w swej głowie dowodzenie sokratejskie, a potem zaatakowałem nim znajomego. „A więc twierdzisz, że prawda jest subiektywna” – zagadnąłem. „Owszem” – odpowiedział. „A więc twoją prawdą jest, że prawda jest subiektywna?” – kontynuowałem. „Zgadza się” – odparł. „A moją prawdą jest, że jest obiektywna?” – „Oczywiście”. „Skoro jednak twierdzisz, że prawda jest subiektywna i każdy ma swoją prawdę, musisz się więc ze mną zgodzić, że przy twoich założeniach ja mam rację, tak jak ma ją każdy” – „Zgadza się”. „Przyznasz mi więc rację, że skoro prawda jest subiektywna, to ten, kto twierdzi, że jest obiektywna ma rację?” – „Jasne, że tak”. Na co ja odpowiedziałem, że ja nie mogę przyznać jemu racji, że prawda jest subiektywna – a to oznacza, że on przyznał mi rację co do bezwzględności prawdy, a ja jemu nie. Znajomy nie zrozumiał logiczności mojego wywodu i uznał, że to nie umniejsza jego poglądów co do względności prawdy. Dodał na koniec, że „twój punkt widzenia nie powinien ci przesłaniać innych poglądów”. Jeśli chcesz się z kimś sprzeczać, musisz uznać, że twoje poglądy (a nie „stwierdzenia o faktach”) są równe wszelkim poglądom i nie możesz starać się komukolwiek czegokolwiek przekazać, bo to zakładałoby że znasz jakąś prawdę, której ten ktoś nie zna. A przecież prawda nie istnieje, istnieją tylko poglądy. Taka moda.

Tymczasem moje dowodzenie było logiczne aż do bólu. Prawda jest. I sama się obroni. Genialnie ujął to Peter Kreeft w przeczytanej przeze mnie ostatnio książce „Aborcja? Trzy punkty widzenia”. Napisał on, że sceptycyzm, choć jest poglądem niezwykle popularnym, jest też poglądem niezwykle nielogicznym – wykluczającym nawet sam siebie. Pisał tak: „Wszystkie formy ogólnego sceptycyzmu są sprzeczne same w sobie, jakkolwiek by się wykręcać, lawirować i uchylać. Czy wiesz, że nie wiesz? Czy jesteś pewien, że nie można być pewnym? Czy to fakt obiektywny, że nie ma faktów obiektywnych? Czy to tylko pozór, że poznajemy tylko pozory? Czy jest prawdą absolutną, że nie możemy poznać prawdy absolutnej? Czy jest prawdą uniwersalną, że nie możemy znać prawdy uniwersalnej? Czy to niezmienna prawda, że prawda jest zmienna? Czy to tylko twoja prywatna opinia, że nikt nie może nic wiedzieć, można mieć tylko prywatne opinie? Czy to tylko prawdopodobne, że wszystko jest tylko prawdopodobne? Czy fakt, że prawda jest uwarunkowana kulturowo, jest uwarunkowany kulturowo? Czy powinniśmy uznać za dogmat, że nie można być dogmatycznym? Czy powinniśmy pouczać: ‘Ojczulku, nie pouczaj’? Ile czasu musi upłynąć, nim niedorostki udające filozofów znudzą się tą zabawą?”

Tyle powinno wystarczyć. Z tym, że sceptycy mówiący o względności prawdy książki Kreefta do ręki nie wezmą, a jak wezmą – to wyśmieją i wyrzucą. Dalej pokazując, że każdy, kto twierdzi że istnieje prawda, jest głupi, egoistyczny i „wszechwiedzący”. I jasne wydaje mi się, że istnieje coś takiego jak własna opinia, albo subiektywne spojrzenie. Dwie osoby inaczej ocenią jasność pomieszczenia, albo w zupełnie inny sposób spojrzą na coś, co się zdarzyło. Na jakąś obiektywną prawdę spojrzą w subiektywny sposób. Ale to nie wyklucza, że jest ogólnie znane co znaczy słowo „opinia”, słowo „subiektywny” również posiada obiektywne znaczenie i przełożenie na rzeczywistość, a metafizyka świata sprawia, że możemy się spierać na temat jasności pomieszczenia, a nie mówić niezrozumiałych słów o czymś, co każdy z nas ma za coś innego. Możemy wierzyć lub nie, że to świat Boga, że Bóg Prawdziwy nadał mu prawdziwość. Ale musimy stwierdzić, że człowiek w obiektywny sposób jest człowiekiem, dom domem, a pomieszczenie pomieszczeniem. I że zdarzenie, które miało miejsce, zdarzyło się w jeden sposób, który być może każdy z nas widział trochę inaczej. Prawdą jest, że prawda istnieje – jestem sceptyczny wobec sceptycyzmu. Szkoda, że dziś tak wielu nie potrafi tego pojąć…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Statystyka

Setki tysięcy. Może nawet miliony zabitych. Śmierć czyha na każdym kroku, gdzie się nie obejrzysz. Europa zatopiona we krwi niewinnych, choć jak mawiał Stalin, przy takiej ilości to już nie nieszczęście. To statystyka.

Nie mają broni, a oprawcy nie baczą na to. Traktują ich jak niewolników. Jak śmieci. Zabijają z zimną krwią. To nie ich zimna krew spływa do rynsztoków. Wyrzuty sumienia przyjdą. Później.

Trzecia wojna światowa? A może cofamy się w czasie do Rewolucji Francuskiej? Nie, nie, nie. To tylko obraz spustoszenia wywołanego przez aborcję. Czyli nieprzeliczone ilości zabójstw na istnieniach bezbronnych. Na ludziach niemogących decydować za siebie. A przecież ludziach.

Do napisania notki natchnęły mnie dziewczęta ode mnie z uczelni. Na przedmiocie „Prawo wspólnotowe” miały ukazać obraz aborcji w krajach Unii Europejskiej. Same fakty. Nim weszły na podium nauczycielka wygłosiła mowę na temat wystaw umieszczanych swego czasu w okolicach centrum Łodzi, ukazujących zabite podczas aborcji płody. Powiedziała, iż to bardzo trudna decyzja kobiety i nie powinno się nikogo narażać na takie widoki w miejscach publicznych. Dziewczyny miały szczęście, że pierwsza część prezentacji była za długa i kobieta kazała im kończyć wcześniej. Nie spodziewała się na jakie widoki zostaną narażone jej czułe oczy.

A może częściej powinno się nas narażać na wyrzuty sumienia?

>>Prezentacja<< umieszczona za zgodą dziewcząt: Oli, Magdy i Marty.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy