Posts Tagged With: Prześladowanie

Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony

Ciężki pojedynek za mną. Zaprawdę powiadam Wam, wszystko okazuje się być jeszcze cięższe i boleśniejsze niż się wydawało. Ale chyba właśnie to sprawia, że jestem, że mogę być szczęśliwy. Bo bronić Boga i Prawdy pazurami i zębami, całym sobą – to jest najpiękniejsze.

Przyszedłem do domu, on już tu siedział. Okazał się być niegdysiejszym sąsiadem, a aktualnie od jakiegoś czasu lekarzem. Od ręki można było rozpoznać, że będzie ciężko. Nie wiem czemu, takich ludzi się po prostu rozpoznaje. Najpierw próbował mnie przekonać do napicia się z nimi wódeczki. Rzecz jasna, zgodnie z mymi zasadami, odmówiłem. No i to zaczęło sprawę. Zabawne. Najpierw coś w rodzaju inwigilacji – dlaczego, przecież wódka dobra jest. A nie ciągnie cię? Od wódki do laseczek – nie kusi cię by czasem pójść na całość z jakąś? Wiecie, to był ten dziwny typ człowieka, z którym nie masz za bardzo ochoty dzielić się najintymniejszymi myślami. Ale owszem kusi. Więc co cię powstrzymuje? Moja wola. Moja wiara. Moja miłość. Na jakiś czas dał mi spokój.

Potem położyłem się do łóżka. Jak zawsze. „No nie mów, że już idziesz spać”. Nie. Teraz odmówię różaniec. „Ale żartujesz sobie ze mnie, czy serio mówisz?” Chłopaki: Nie no, serio mówi. A ja już wiedziałem, że nie za bardzo sobie ten różaniec tak natychmiast odmówię. Bo się zaczęło. Najpierw wypytywał, czy naprawdę w to wierzę. Drążył, drążył, drążył. Jedne argumenty lepsze: Jeśli jest prawda lub fałsz, a nie ma półprawd, to która interpretacja Pisma Świętego jest prawdziwa? Chodziło o fragment o obumierającym ziarnie. Czy nie powinniśmy się ograniczyć do dosłownego znaczenia – przecież Jezus nie użył słowa „symbol”? Inne argumenty głupie i niepoważne: Jeśli wyznajesz jakąś filozofię, musisz odpowiadać za całą jej przeszłość, wspierać krucjaty, popierać zabójców którzy mądrych ludzi na stosach palili. Zażył mnie pytaniem: „Czy widziałeś umierającego człowieka? Jak myślisz – czy ma w oczach Boga, czy rodzinę?” Nie widziałem. Nie wiem co ma w oczach. Nie wiem po czym mogę to poznać. Albo „Czy kiedykolwiek widziałeś cierpienie”. Owszem. Każdy cierpi na swój sposób. „Czy postawiłbyś na umierającym krzyżyk?” „Nie jestem księdzem” „A jakbyś był?” „Namaściłbym go. Takie jest zadanie księdza”. Wyśmiał mnie. A potem stwierdził, ni z gruszki ni z pietruszki, że wyglądam mu na geja, co wnioskuje po tych moich anielskich włoskach… No cóż, argument jak każdy inny.

Walczyłem jak lew. Nie oddałem funta kłaków. Na koniec zapytał, jak każdy pyta w takiej sytuacji (standard), czy zmienił jakoś moje spojrzenie na to wszystko. Tym razem ja się uśmiechnąłem. Czemu oni tak bardzo na to liczą? Czemu tak bardzo wierzą, że są w stanie oddalić mnie od Boga? Powiedziałem, że jak tylko wyjdzie, odklepię te paciorki, a jedna dziesiątka będzie za niego. Wreszcie wyszedł. Umówił się ze mną na jutro. Na dalszą polemikę „przy wódce”. Wychodząc zaznaczył jeszcze, że nie wierzy mi, bo nie mówię tego, co myślę. „Dlaczego niby tak sądzisz?” „Bo nie pijesz…”

Wciąż czuję się jak rzucony na głęboką wodę. Moja wiara jest silna, ale brakuje często argumentów. Tacy ludzie nie są wdzięczni za zbawienie, które im dał Pan. Są na Niego źli, że zadecydował za nich, nie pytając ich o zdanie. „Ja pomagam ludziom. Myślisz, że ty pomagasz?” „Staram się.” „Tak? Nie jesteś w stanie.” Bolesna jest rozmowa z takimi ludźmi, bo myślą, że tylko nauka, tylko to co na zewnątrz. I jakże ciężko bronić Prawdy przed kimś, kto jest starszy i wykształcony, a ty od roku nie masz kontaktu z teologią? Niewiele pamiętasz… To bolesne. Bolesne ale i piękne, do tego bowiem zostaliśmy powołani.

„I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego, ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.”
Mt 10, 22

PS. Założyliśmy z Tikulą klub Boży Wariaci! Zapraszam do odwiedzania i komentowania!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 13 Komentarzy

Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

Po długiej przerwie wreszcie mam normalny dostęp do internetu i mogę normalnie napisać notkę. Dlatego pewnie Was nie zdziwi, że notka (mam nadzieję) będzie dość długa, a w zasadzie nie będzie to jedna notka, lecz 3 w jednym (coś jak szampon, odżywka i nie-wiem-co-oni-tam-jeszcze-wymyślili-ale-coś-było w jednej butelce). Powyżej zamieszczony tytuł odnosi się bowiem do trzech różnych rzeczy (jak można się domyślić, pooddzielanych przecinkiem oraz spójnikiem „i”), z których każda powinna była zostać napisana w różnych odstępach czasu. I tak – pierwsza w okolicach rocznicy śmierci Papieża JP II, druga w miniony czwartek, trzecia zaś w sobotę. Ale postanowiłem zrobić fuzję i oto nastąpią trzy. Szykujcie się więc na poważnie długą lekturkę (coś mi się zdaje, że już do tej pory jest przesadnie długa ;). I może jeszcze nim zacznę, podniosę rękę i zapytam panią profesor czy można odpowiadać na pytania w dowolnej kolejności. Można? No to zaczynam…

2. Wuj a nie facet

Historia może się wydać interesująca wielu osobom i, mam nadzieję, niektórym oburzająca. Zdarzyła mi się właśnie we czwartek. Tego dnia akurat miałem dzień wolny w pracy i dałem się zaprosić przez kumpelę Iwonę do niej do domu by pomóc jej w angielskim. Iwona należy do niewierzącej części społeczności, jest jednak dość tolerancyjną osobą. Pozanałem ją pewnego pięknego… nocy właściwie na dyskotece w Łodzi. I choć pierwszy raz umówiła się ze mną potem dlatego, że „jestem dupkiem” (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), więc się mnie nie bała, to raczej nie stosowała nigdy przytyków dotyczących mej kleryckiej przeszłości, mej seksualnej wstrzemięźliwości i innych moich etyczno-moralnych przywar. Spotykaliśmy się zresztą potem dość często i miałem pewną wątpliwą przyjemność poznać nawet jej rodziców. Historia ta ich właśnie dotyczy, a mamusi głównie.

No więc pojawiłem się u Iwony trochę po 16, akurat podawano obiad. Byłem z lekka głodny, ale nie mam do nikogo pretensji, że mimo iż uczę ich córę za darmochę angielskiego to jeszcze nie dostanę wyżerki. Nie o to zresztą chodzi. Bo już pod koniec lekcji (która zresztą nie wiem czy była potrzebna, Iwona bowiem wydawała się nieźle orientować w tej partii materiału) zostałem jednak poczęstowany kawałkiem chałwy. Mamuśka podała mi ją na talerzyku, po czym, asekuracyjnie, rzuciła przez ramię: „Tylko się nie módl. Bo jak ostatni raz tu byłeś to się modliłeś. To ja ci daję jeść, a nie Pan Bóg. Ja jestem wierząca, ale nie do przesady”. Iwona już wcześniej (na poprzednim spotkaniu) mówiła mi, że mamuśka się o to doczepiła i robiła jej wymówki, więc fakt ów przemilczałem (zresztą ja robię znak krzyża tylko przed posiłkiem. POSIŁKIEM, a nie kawałkiem chałwy). Skończyłem lekcję, grzecznie wpałaszowałem chałwę i wyszedłem na korytarz by zbierać się na aut. Iwona postanowiła odprowadzić mnie na przystanek. Gdy i ona stanęła na korytarzu, mamuśka zawołała do niej z pokoju: „Mam nadzieję, że dzisiaj pójdziecie spać wcześniej, nie tak jak wczoraj”. Iwona na to, że nie. „Ale czy wy nie rozumiecie? My chcemy uprawiać seks! Seks, nie mamy do tego prawa?” Obleśny śmiech… Stałem na korytarzu zawiązując buty, udając że nie słyszę (w sumie nie przeszkadza mi, że małżonkowie chcą uprawiać seks. Tylko po co właściwie tak głośno?). Jednak atak nastąpił bardzo szybko. Po obleśnym śmiechu kolejne słowa: „Ale twój kolega się zgorszy…” A potem kolejna salwa obleśnego śmiechu i kolejne słowa: „No bo jeszcze dziewczyna jak chce poczekać z seksem do ślubu, to ja rozumiem. Ale taki facet to za przeproszeniem chuj a nie facet”. No cóż, nie twierdzę, że lubię jak mnie nazywają chujem, ale nie należę też do ludzi cierpiących po tym katusze. Uczę się od Albina (pamiętacie notkę „Bóg jest”? Jeśli tak, to wiecie jak wygląda Albin i domyślacie się, że często lecą w jego stronę najróżniejsze obelgi). Odpowiedziałem więc bardzo grzecznie (choć z przerzutką na „ty”, bo do tego zdania bardziej pasuje druga osoba): „Mów mi chuju”. Na to mamuśka, że nareszcie powinienem dorosnąć. Iwona usiłowała powstrzymać mający nastąpić słowotok, ale ja już dałem się wciągnąć. „Czy to, że nie uprawiam seksu przed ślubem świadczy o tym, że jestem nie dorosły?”. „Nie. Ale choćby to, że w tak młodym wieku chciałeś iść do seminarium”. Możecie sobie przypomnieć mój sentyment do Seminarium i wyobrazić, że dla mnie tego było za wiele. „A mnie się wydaje” – wycedziłem najgrzeczniej jak potrafię – „że o niedojrzałości świadczy dziecko w wieku 16 lat” (dla zainteresowanych – Iwona jest o 16 lat młodsza od mamuśki). No i tu mamuśka uznała, że chyba przegiąłem. Zaczęła mnie wyklinać, wyganiać i mówić rzeczy w stylu „wrzucać to możesz sobie, ale nie mnie”. Powiedziała, że mam sobie iść i że mnie nie chce więcej u siebie w domu widzieć. Odparłem, że ja chyba wcale nie mam ochoty wracać. Rzuciłem „Dowidzenia”, kiwnąłem głową przerażonej Iwonie, która zatrzymała się w połowie wiązania buta i wyszedłem. Czekałem sekundkę na Iwonę, ale że nie wychodziła, a za chwilkę jechała pięćdziesiątka, szaleńczym biegiem pomknąłem ku przystankowi i tak zakończyła się owa ciekawa historia. Odtąd z Iwoną nie miałem kontaktu, ale mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Pożyczyła ode mnie 50 złotych. I 4 części Narnii…

A jaki z tego morał, każdy zapyta? A taki, że jeśli ktoś jest prawowiernym chrześcijaninem i jest z tego dumny, musi oczekiwać, że spotkają go prześladowania. Mówił o tym sam Chrystus. Im bardziej święte ma człowiek zasady, tym szerzej zakrojone działania wroga, by zgnieść, zniszczyć, sponiewierać. Ale, z drugiej strony, im więcej podobnych, skierowanych przeciw nam działań, tym większa pewność, że robimy słusznie, że nasze zasady są dobre i że bolą tych, którzy nie potrafią. Tylko co nie potrafią? Nie potrafią zrozumieć? Nie. Chyba dawno zrozumieli. Nie potrafią żyć zgodnie z Prawdą. Co się zaś tyczy „ciętego języka”, jak to nazwał Albin gdy mu o tym opowiedziałem (chwaląc mnie zresztą za ów cięty język), muszę przyznać, że odpowiednie ważenie słów w takich sytuacjach i cios, dobry cios, we właściwym momencie, może dać do myślenia wrogowi. I pamiętajcie, by nie dać się zwyciężyć złu, lecz by zło dobrem zwyciężać…

3. Spowiedź przedświąteczna

Dawno nie miałem takiej przerwy między spowiedzią a spowiedzią. Dwa miesiące. Wielu powiedziałoby że to normalka, że co dwa miesiące to się święci spowiadają. Przed Seminarium rzeczywiście spowiadałem się co dwa miesiące (chyba że wpadałem w „ciąg”; wtedy T, mój ówczesny niemal stały spowiednik miał mnie dość, bo przychodziłem co trzy dni), ale w samym Seminarium nauczono mnie spowiadać się częściej. Na początku co dwa tygodnie, potem trochę się opuściłem (do „co trzy tygodnie”). Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić żeby nie iść do Ojca Maćka raz na jakiś czas. Ojciec Maciek to mój spowiednik z Seminarium, jeśli chodzi o ścisłość. Tym czasem, co już przecież pisałem w notce „Awans”, po wygnaniu mnie z Domu moja moralność i wrażliwość opadła i choć z pewnością w Seminarium nie grzeszyłem aż tyle ile grzeszę w obecnej chwili, to wtedy miałem jakoś wrażliwsze sumienie i byłem pewien, że grzeszę więcej. No i tak się właśnie me losy toczyły, że przez ostatnie 2 miesiące do konfesjonału nie zaglądałem. A przecież miałem iść, choćby przed Bierzmowaniem Przyjaciółki. No ale wreszcie się zebrałem, zważywszy że idą Święta i by wypadało. Zacząłem formułkę, a potem się posypało. Właściwie większość grzechów przypominało mi się już podczas spowiedzi, tak że minęła chwilka nim skończyłem. Kapłan po drugiej stronie kratki zapytał czy brałem udział w Drodze Krzyżowej. Raz. W rekolekcjach? Chciałem, ale praca mi nie pozwoliła (szczera prawda). Jakieś postanowienie wielkopostne? Odmawiam codziennie Różaniec. Dobrze. Masz Pismo Święte? Przy sobie (tu taki znaczący uśmiech z mojej strony). Nawet… No to za pokutę przeczytasz sobie List świętego Pawła do Filipian. Żałuj za grzechy…

Żałowałem. Łzy zaczęły mi płynąć i uśmiech zagościł na mych ustach. Jednocześnie. Czułem się cudownie. Wspaniale. Tak jakbym jeszcze nigdy nie był taki czysty jak teraz. Tak jakby cały świat przejaśniał. I śmiałem się z samego siebie, że myślałem, iż nie jest ze mną źle, że w zasadzie nie mam się z czego spowiadać i może bym do tego konfesjonału w ogóle nie podchodził. Dziś już wiem, choć wiedziałem to wcześniej, że nie warto zwlekać. Nie warto czekać do ostatniej chwili. Nie warto czekać do Świąt. Grzech nie jest wart tego by go w sobie kisić. Trzeba się go jak najszybciej pozbywać. Płakałem i śmiałem się na przemian, taki byłem szczęśliwy. A przeciwnikom spowiedzi ustnej powiem tylko, że dla tego uczucia całkowitego wyzwolenia warto oczekiwać na właśnie TEN moment. No i spowiedź przez pośrednictwo kapłana ma tą przewagę, że uczy nas pokory. I wzbudza większy żal. Dziękuję, Panie, za to, że ustanowiłeś sakrament Pojednania.

1. Radość Pojutrze

Dziś trudno mi już określić dlaczego nazwałem tą notkę „Radość Pojutrze”. Co w zasadzie oznacza Pojutrze? Jak dla mnie – dzień następny. Więcej. Dzień jeszcze następny. Tak jakby coś, czego nie możemy się spodziewać. Czego nie możemy nawet podejrzewać. Jutro bowiem to coś co można jakoś przewidzieć. Na co można mieć nadzieję. Czego można się obawiać. Jutro to symbol zagadki do której posiadamy klucz. Tym kluczem możemy otworzyć zagadkę nim Jutro nastąpi. Do Pojutrza nie mamy klucza. Pojutrze to wielka niewiadoma. Coś zupełnie nieprzewidywalnego.

Jednocześnie Pojutrze to ten okres w którym gaśnie zapał i entuzjazm po śmierci JP II i zaczyna się normalne życie. To ten moment w którym wszyscy już ochłonęli i z trzeźwością zaczynają oceniać Pontyfikat, Życie, Twórczość. Albo z trzeźwością zapominają Jutro, w Pojutrze wchodząc tak jakby nie tylko nie istniało Jutro, nawet jakby nie istniało Dziś, czyli śmierć Jana Pawła II, ale nawet jakby Wczoraj nie miało miejsca. A Wczoraj to dla wielu z nas, zwłaszcza najmłodszych TYLKO Pontyfikat Jana Pawła II. Ale nie w tym rzecz. Bo nie zamierzam stosować żadnego podsumowania minionego roku, żadnej oceny Pokolenia JP II, żadnego rozszyfrowywania tajemnic następcy, Benedykta XVI. Chcę napisać o mojej własnej, prywatnej Radości mojego własnego, prywatnego Pojutrze. Dnia, którego nie spodziewałem się nawet w najśmielszych snach.

W okolicach ferii zimowych bodajże dostałem SMSa-łańcuszek od mojej Ciotki. W nim to napisano „Dziś mija tyle-to-a-tyle dni od śmierci Papieża. Wyślij ten SMS do tylu-to-a-tylu osób, a za tyle-to-a-tyle dni (czyli dokładnie w rocznicę – przyp. Autor Notki) przytrafi Ci się wielkie szczęście”. Nie wierzę w łańcuszki (stary zabobon), ale tym razem, dla śmiechu, rozesłałem (były u mnie wtedy Qrczaki, może to był Sylwester? Tak czy inaczej wszyscy wokoło podostawali ode mnie tego SMSa). No i czas trwał. Nie twierdzę, że nic się nie działo aż do dnia. Nie. Było wielkie wydarzenie. Jedna Pani wyznała mi, że się jej podobam. W zasadzie to był tzw. Wieczór Zwierzeń, gdy wszyscy siedzimy w kółku i każdy o każdym wszystko szczerze. No i się odważyła. Byłem w ciężkim szoku (zresztą wiecie jak traktuję te dziewczyny, które znały mnie jako kleryka, a nagle okazuje się że interesują się mną jako facetem), nie tylko ja zresztą. Poza mną w całym towarzystwie tylko Albin nie wiedział prawdy wcześniej, a jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Pani się wygada. Wygadała się. Dodała jeszcze, że dała sobie spokój, bo podoba mi się jej siostra (wspominałem już o Owej kilka razy; zresztą zdarzyło się i w tej notce jednokrotnie) i że nie ma o czym gadać. Reszta towarzystwa postanowiła iść za śladem Pani i wywalić kawę na ławę, przez co parę szpil sobie wetknęliśmy, ale przy okazji cała atmosfera ostatecznie się oczyściła. No ale wiedziałem, że Pani nie istnieje dla mnie jako dziewczyna, w końcu „podoba mi się jej siostra” i nawet jeśli Owa dała mi kosza, to nie znaczy że mam sobie korzystać z okazji i „zadowalać się” tym co zostało. Powiedziałem więc Albinowi, że nic i nigdy.

A potem się zakochałem…

Tu właśnie zaczęło się moje prywatne, nieprzewidziane Pojutrze. Kombinowanie, romantyzm, podchody i robienie wszystkiego, by nie wyglądało to tak, jakbym korzystał z okazji… Wydałem się na tydzień przed rocznicą. Wtedy też postanowiliśmy o tym, że jesteśmy ze sobą. 24 marca 2006 roku, około 23:30. Przez SMSy. Pani bowiem jest ze Skarżyska. Ja też. Ale mieszkam w Rzgowie, jak wszyscy dobrze wiecie. Spotkaliśmy się więc dopiero w tydzień po tym, jak zaczęliśmy być ze sobą. Na kilka dni przed Pojutrzem Jana Pawła II. I dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że to może nie jakieś łańcuszki, ale rzeczywiste wstawiennictwo Papieża u Boga wyjednało mi coś, co mogę nazwać Wielką Radością Pojutrze. Coś, czego się nie spodziewałem, a jednak przyszło. Miłość. Prawdziwa, jeszcze raz, jeszcze jedna Miłość do Kobiety. Do Mojej Pani. Wierzę w to, że Judym dostał jeszcze jedną szansę. Bo w sumie dla Judyma nie było wyjścia – jego ideały wymagały samotności. Ale może moje nie są aż tak zaborcze? Może marzę jednak o idealnym małżeństwie, o dzieciach, o domu i psie. I o tym, żeby jednak wspólnie, we dwoje, wypełniać misję Kościoła. Głosić ludziom Boga swą Miłością. Może jednak coś z tego będzie. Nie chcę zapeszać. A przede wszystkim modlę się bym nie postąpił jak za pierwszym razem. Bym potrafił jak najwięcej kochać, a jak najmniej narzucać swych myśli, swych ideałów, swych pomysłów i planów. Kto wie, czy Bóg rzeczywiście nie chce bym doznał raz jeszcze szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Szczęścia dla dwojga. Radości Pojutrze…

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy