Posts Tagged With: Przyjaźń

Herbata z Cytrynną

„Kaszëbsczé jezora, kaszëbsczi las, Kaszëbë, Kaszëbë wòłają was” – śpiewała siedem lat temu pewna śliczna dziewczyna, która naówczas była uczennicą gimnazjum, podczas występu ze szkolnym teatrem na kaszubskim święcie wciągania tabaki. Tam też obecny był premier Tusk, który wówczas jeszcze premierem nie był i mógł sobie pozwolić na bycie tam. Siedem lat to mnóstwo czasu – Tusk jest premierem, a dziewczyna dwudziestokilkulatką (a przez swoją determinację mam z nią kontakt, choć byłem tylko cichym fanem) – a ja nigdy nie przypuszczałem, że wrócę w te tereny, które wspominam cudownie, i to niespodziewanie, z przypadku jakby.

Staram się utrzymać blog w tematyce teologicznej, ale moi stali czytelnicy wiedzą, że nie zawsze mi to wychodzi tak, jakbym chciał. Zresztą czasem chcę właśnie odwrotnie, zdarza mi się bowiem przeżywać coś, co sprawia, że nabieram ochoty na odskocznię. Ten wpis dedykuję zaś blogerce Cytrynnie, jej mężowi Piotrowi i ich latorośli – Stasiowi. Znajomość z Państwem wydawać by się mogła dziwna, gdybyśmy żyli jeszcze 10 lat temu. Dziś nadal zadziwia nas głęboko, choć już nie tak bardzo. Bo jednak niezbyt często wciąż się zdarza poznać kogoś przez internet, nawiązać kontakt poprzez komentarze na blogu, a potem spotkać się ni stąd ni zowąd, będąc zafascynowanymi sobą nawzajem. My zapraszamy, oni przyjeżdżają, a przecież znamy się tylko przez internet. Ale to nie wszytko.

Padło bowiem w pewnym momencie pytanie co by tu zrobić na majówkę. Inicjatywa wyszła on bliskich osób wiele mogących, które chciały, by dzieci pojechały nad morze powdychać jodu i chciały również ten wyjazd sfinansować. Ja jednak pomyślałem inaczej. Jeśli ktokolwiek miałby finansować wyjazd nad morze, to byłbym to ja. A przecież nad morzem mamy znajomych – więc może do nich? Idea padła i została przyjęta z radością. I tak oto na długi weekand (week and two more days) pojechaliśmy do Cytrynnów na wieś, prawie że nad morze, ale jednak nie do końca, bowiem morze znajduje się dalej od Warszawy, niż wieś. Pojechaliśmy do ludzi bliskich sobie sposobem bycia, myślenia, podejściem do spraw priorytetowych, a jednak wciąż odległych i nieznanych. I tych kilka dni pozwoliło zweryfikować i potwierdzić, że nawet wśród przypadkowo poznanych w internecie ludzi można mieć prawdziwie bratnie dusze, prawdziwych przyjaciół.

Nie mam menadżera blogowego, jako jedyny bodaj z naszej trójki, pewnie dlatego, że jestem jedynym tu blogującym mężczyzną, a to my, mężczyźni, jesteśmy menadżerami naszych żon. Dlatego nie będę raportował dokładnie całości wypadu. Było pięknie. Były Kaszuby, których się nie spodziewałem – Wdzydze Kiszewskie i Kościerzyna. Znane mi miejsca, piękne miejsca, do których wróciłem nieświadomie. Był domek, niewielki, ale bardzo przytulny, pokoik dla naszych dzieciaczków i salon z kuchnią do jedzenia (i tycia) oraz grania w planszówki. Była sesja Warhammera, prowadzona przeze mnie także z przypadku, po 10 latach odkąd ostatnim razem byłem mistrzem gry. Był odpoczynek od internetu, od komputera. Była cisza i spokój. I bliskość wspaniałych ludzi, którzy pozwolili nam spędzić czas w sposób zdecydowanie bardziej piękny, niż spędzilibyśmy go sami, gdzieś w nadmorskim kurorcie.

Kaszuby wspominam bardzo miło. Teraz będę wspominał je jeszcze milej i jeszcze bardziej będę tęsknił. Siedzę, piszę, zjadam stworzone przez Cytrynnę tiramisu, którego wczoraj było za dużo, a dzisiaj brakuje… Was też nam brakuje! Piotr, potrafiący bez skrępowania wyrazić swoje uczucia, powiedział mi wczoraj przez telefon „Tęsknimy, bardzo tęsknimy”. My też tęsknimy. I mamy nadzieję na szybką powtórkę z rozrywki.

I żeby królik pobiegał jeszcze po dworze, bo teraz siedzi w klatce jakiś osowiały…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Nagrody i wyróżnienia

Szanowny i wielce lubiany bloger Caddicus Caddi nagrodził mnie na swoim blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Z tego też powodu ja również publikuję notkę w tym temacie. Nie jest to typowy wpis jeśli chodzi o moją stronę, ale cóż się poradzi, słowo się rzekło, kobyła u płota… Przy okazji wyróżnię blogi, które osobiście cenię ponadwymiarowo. Zastanawiam się, czy wolno nagradzać blog, który nagrodził mnie. Czy nie ocenilibyśmy tego jako protekcji? Jednak niestety blog Caddiego jest dla mnie tak szczególny, że muszę i Jemu zwiększyć liczbę gwiazdek.

Blog of the Year 2012

Pierwsze jednak co zrobię, to zamieszczę listę reguł konkursu, napisaną w j. angielskim, zdobytą z oficjalnej strony tego zabawnego konkursu:

The ‘rules’ for this award are simple:
1 Select the blog(s) you think deserve the ‘Blog of the Year 2012’ Award
2 Write a blog post and tell us about the blog(s) you have chosen – there’s no minimum or maximum number of blogs required – and ‘present’ them with their award.
3 Please include a link back to this page ‘Blog of the Year 2012’ Award – http://thethoughtpalette.co.uk/our-awards/blog-of-the-year-2012-award/ and include these ‘rules’ in your post (please don’t alter the rules or the badges!)
4 Let the blog(s) you have chosen know that you have given them this award and share the ‘rules’ with them
5 You can now also join our Facebook page – click the link here ‘Blog of the Year 2012’ Award Facebook page https://www.facebook.com/groups/BlogoftheYear/ and then you can share your blog with an even wider audience
6 As a winner of the award – please add a link back to the blog that presented you with the award – and then proudly display the award on your blog and sidebar … and start collecting stars…

Teraz zaś, po dokonaniu formalności, przejdę do nominowania wybranych przeze mnie blogów:

Lolinka za pisanie o trudnych sprawach w łatwy i przyjemny sposób
Caddicus za literackie inspiracje i wędrówki na granicy rzeczywistości
Cytrynna za doskonałe połączenie bloga craftingowego i parentingowego ;)
Magdalenka za bezkompromisowość w pisaniu o wierze i teologii
Joanna za młodzieńcze i świeże zacięcie teologiczne
Honorata za pomieszanie z poplątaniem i tworzenie pięknych rzeczy
Agnieszka za polecanie ciekawych książek i inspiracje stosikowe
Cada Manana za piękne, choć dawno nieaktualizowane, opisy bliskich-dalekich podróży

W efekcie nominowałem blog, który nie był nawet aktualizowany w 2012 roku… Trudno, w 2011 go nie nominowałem ;). Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję, nagrody do odebrania na stronie projektu lub jego profilu fejsbukowym ;).

Wpis z 12 12 12 zaliczony.

EDIT: 15 grudnia dodałem nominację dla kolejnych blogów – Honoraty i Agnieszki.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Miłujesz

‚A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje!” I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce moje!”. Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje!”‚ (J 21, 15-17).

Piotr zaparł się Jezusa trzy razy. Dlatego też Jezus trzy razy pyta Piotra o miłość. Dwa razy zadaje pytanie: „Czy Mnie miłujesz?”, na co Piotr odpowiada: „Ty wiesz, że Cię kocham”. Za trzecim razem Jezus pyta już: „Czy Mnie kochasz”, a Piotr to potwierdza. Oczywiście w języku polskim nie widzimy wielkiej różnicy między słowami „miłować” i „kochać”, ale tłumacze zrobili kawał dobrej roboty używając dwóch różnych słów, bo to daje nam iskrę do zagłębienia się w oryginał. A w oryginale Jezus najpierw dwukrotnie pyta: „agapas me?”, Piotr zaś odpowiada: „filo se”. Następnie Jezus pyta: „fileis me?” i Piotr potwierdza. Większość biblistów skłania się tu do rozróżnienia dwóch rodzajów miłości, z których „agapao” oznacza miłość bezinteresowną, gotową poświęcić wszystko, „fileo” zaś – miłość przyjacielską. Interpretacja przyjęta oficjalnie przez Kościół skłania się więc do tego, że Jezus pyta Piotra dwukrotnie, czy ten Go kocha, na co Piotr odpowiada coś w rodzaju „bardzo Cię lubię” – choć nie jest to dość dokładne porównanie. Wreszcie Jezus stwierdza, że żąda od Piotra czegoś, czego ten spełnić nie może, pyta go więc o ten „mniejszy” rodzaj miłości. Piotr, zasmucony tą degradacją, przytakuje.

Usłyszałem jednak ostatnio inną, ciekawą interpretację. Ksiądz, który nam ją przekazywał stwierdził, że trochę dziwnie wygląda taki dialog, w którym Pan przekazuje władzę pasterską nad swym Kościołem, ostatecznie zadając pytanie: „Piotrze, czy lubisz mnie chociaż troszeczkę?” i ciesząc się z odpowiedzi twierdzącej. Wykładowca ów stwierdził więc, że kiedy przeanalizujemy występowanie słowa „fileo” w Nowym Testamencie stwierdzimy, że niemal zawsze występuje ono tam, gdzie idzie o miłość gotową oddać życie. „Agapao” jest zaś określeniem mówiącym o miłości, jednak w sensie bardziej ogólnym. Co więcej: interpretator idzie dalej, zajmując się słowami, które występują po pierwszym pytaniu Jezusa, a które my tłumaczymy na „więcej aniżeli ci”. W oryginale brzmią one: „pleon pleion tuton”. Gramatyka grecka zaś pozwala nam przetłumaczyć te słowa na dwa inne jeszcze sposoby. Po pierwsze, mogą one brzmieć: „aniżeli tych” i oznaczać prośbę Jezusa o stwierdzenie, czy Piotr kocha Go bardziej, niż kolegów apostołów. Po drugie, da się je tłumaczyć: „ponad wszystko” i takoż interpretować. Oczywiście tłumaczenie przyjęte oficjalnie jest dobre, ale nie wyczerpuje wszystkich możliwości interpretacyjnych.

Gdyby zaś przyjąć drogę interpretacji zgodną z myśleniem mojego wykładowcy, przytoczony na początku tekst wyglądałby po polsku mniej-więcej tak:

‚A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie ponad wszystko?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham tak, że oddałbym za Ciebie życie”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje!” I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że oddałbym za Ciebie życie„. Rzekł do niego: „Paś owce moje!”. Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz mnie tak, że oddałbyś za mnie życie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy oddałbyś za mnie życie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że oddałbym za Ciebie życie”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje!”‚*

I ta interpretacja naprawdę przypadła mi do gustu tak bardzo, że postanowiłem się nią z Wami podzielić.

*Pogrubieniem opatrzyłem fragmenty tekstu zmienione przeze mnie. Tekst ten jest nieautoryzowany i nie posiada imprimatur.

PS. Już od roku dla Was piszę i jesteśmy razem :). Oby tak jeszcze przez wiele lat!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Historia o pewnym Aniele

Ta notka będzie opowieścią o takim Ludziku, który zrobił na mnie tak wspaniałe pierwsze, drugie i ostatnie wrażenie, że byłem gotów nazwać Go Aniołem. A potem, gdy już sądziłem, że ostatnie wrażenie było rzeczywiście ostatnim, Anioł ten zrobił na mnie kolejne pierwsze wrażenie i to sprawiło, że notka przyjmie kształt o drobinkę inny niż miała przyjąć pierwotnie. I jeśli Ciebie, Aniele, urazi ta notka, bo niektórzy mają takie poczucie, że zbyt bardzo dowartościowani czują się, że im się ubliża, to z góry serdecznie przepraszam.

Pojawiła się niespodziewanie. To chyba dobrze. Zresztą, jak miała się niby zapowiedzieć? Nie znaliśmy się wcześniej. Dokładna data? 11 września 2005, choć nie wiem po co chcielibyście to wiedzieć. Jej komentarz do mojej notki był chyba jednym z pierwszych, który pozwolił mi wierzyć, że rzeczywiście blog, którego postanowiłem zacząć pisać, daje owoce i działa wśród ludzi. Co ciekawe, to była notka o przepisach liturgicznych. Taka, która z założenia miała być nudna, mówić o czymś konkretnym, ale mało ciekawym. Miała wygłuszyć burzę nastałą po poprzedniej notce. A tu Jej komentarz odezwał się wielkim echem… Z ukłonem przyznała mi rację, a ja poczułem, że raczej ja powinienem się kłaniać przed Nią. Notka o Piśmie Świętym i Świętej Tradycji powstała na Jej prośbę. A potem była kwestia antykoncepcji. To Ona poddała mi ten pomysł i pewnie nie napisałbym na ten temat gdyby nie to, że mnie o to poprosiła. Tej notki nie zrozumiała. Nikt jej nie zrozumiał i otrzymałem wyłącznie krytykę, ale jestem wdzięczny, bo poruszyłem temat, którego sam przecież się bałem… Żeby rozładować sytuację napisałem więc żartobliwą notkę o jedzeniu lodów z dziewczynami w XIX-wiecznych sukienkach. I podniosło się wielkie halo, z którym Ona również pomogła mi sobie poradzić. Napisała wówczas wierszyk, który niezwykle mnie rozbawił:

Wesołe jest życie kleryka,
dziewczyn nie zawsze unika,
bo towarzyskie kontakty
to człowieczeństwa też akty :).
Kleryk się stara jak może
dopomóż w staraniu mu, Boże!
Bo piękną noteczkę napisał,
naprawdę, świetnie się spisał.

A tutaj komentujący
kąpani w wodzie gorącej.
Robią zeń pustelnika
co ludzi zawsze unika.
Zlitujmy się nad Mateuszem,
wszak on towarzyską ma duszę…

No a potem mnie usunęli. I Ona została. Została, trwała ze mną, wspomagała mnie. Dziękuję Ci za to! Długo, długo jeszcze towarzyszyła mi na moim nowym blogu.

Ale Ona też miała bloga. To był chyba najwspanialszy blog jaki kiedykolwiek czytałem. Nie zawsze traktował o rzeczach świętych, czasem bywał trywialny, ale zawsze był sympatyczny i prosty. Zawsze tłumaczył to, co chciał wytłumaczyć tak, jak chciał i zawsze mu to wychodziło. Zgredzik przy jednej z notek napisał komentarz, że czyta się go jak „rosyjskie fantasy”. Tak, to faktycznie wielki komplement dla takiego bloga. Raz ukazała się notka o języku polskim i w niej został umieszczony link do mojego bloga (jakoby niby mój blog był czysty ortograficznie. Bzdura! :P), za co nie mogę do dziś zaprzestać wdzięczności. A sam Anioł ukazywał na tym blogu swe podejście do życia, tak piękne i wspaniałe, że napisałem kiedyś w komentarzach: „Gdyby nie to, że masz 16 lat, ożeniłbym się z Tobą”. Otrzymałem odpowiedź: „Mam 15 lat. Nie postarzaj mnie”.

Potem blog zniknął. Został zamknięty, zlikwidowany. Nie istnieje. Kiedy zorientowałem się w tym, poczułem ogromny smutek. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Ona przestała się odzywać. Raz dostałem komentarz, który bardzo mnie ucieszył. Jak z zaświatów. Ale to była kropla w morzu potrzeb. Tak, chciałem naprawdę napisać notkę, w której oddam cześć Aniołowi, który zniknął. I miałem to zrobić. Gdy wróciła. Przyłączyła się do wielkiej bitwy na arenie mej poprzedniej notki i stanęła przeciw mnie. Ale nie jak większość walczących, w tym także ja, z nożami i dynamitem w ręku, ale z pokorą i mądrością, na którą stać tylko Anioła. Tym jednym komentarzem otworzyła moje serce. Dzięki niemu zrozumiałem jakie błędy popełniam, próbując na siłę zmieniać ludzkie serca. Uwierzyłem, że trzeba dać spokój i czas każdemu, by zrozumiał co mam mu do powiedzenia. Że ja też potrzebuję czasu i spokoju by poznać prawdę, jeśli rzeczywiście zamierzam ją dalej przekazywać i, przede wszystkim, żyć nią. Podjąłem na spokojnie kilka decyzji, które już zaczynają przynosić owoce. Kilka decyzji, których pewnie bym nie podjął, gdyby Ona nie wróciła i nie pozwoliła mi uwierzyć, że wystarczy spokój i pokora, by przekonać kogoś, że ma się rację. O ile rzeczywiście się ją ma. Tobie się to udało, Połowo Duszyczki. Parę razy przekonałaś mnie, że masz rację tylko przez spokój, uniżenie i pokorę. Tak, Animaedimidium, o Tobie ta notka. Dziękuję Ci za zmiany jakie przyniosłaś w moim (i, mam nadzieję, nie tylko moim) życiu. Dziękuję Ci za to, że uczysz nas spokoju, trzeźwego, acz pełnego miłości spojrzenia na świat i wielkiej wiary w Prawdę. Dziękuję Aniele!

By odwiedzić nowego bloga Połówki Duszyczki (sam tak przejęzyczyłem jej nicka :), należy odwiedzić stronę www.tikula.mylog.pl. Przepraszam, czuję się zobowiązany, by zamieścić tu ten adres. Dziękuję jeszcze raz. I proszę, jeśli ktoś ma gdzieś zapisane notki z bloga http://www.animaedimidium.mylog.pl, byłbym wdzięczny, gdyby dał mi znać.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Miłość, jaką jest, moimi oczami

O miłości wiemy niewiele. Miłość jest jak gruszka. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.
(Jaskier – „Pół wieku poezji”; z dzieła Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”)

Miłość to coś, o czym powstało tysiące książek, dzieł, esejów, felietonów, powieści, opowiadań, piosenek… Każdy praktycznie kiedyś coś na jej temat powiedział, każdy coś o niej wie, albo myśli, że wie. Ja również wielokrotnie (choćby i na tym blogu) wypowiadałem się na temat miłości. Nie tylko na blogu zresztą. Mam jednak świadomość, że choćbym nie wiem jak dużo powiedział, czy choćby nie wiem jak dużo powiedziałby na jej temat każdy z Was, zawsze byłby to tylko początek, namiastka, nikły atom całej potęgi jaką stanowi miłość. Nie twierdzę więc, że wiem o miłości dużo, bo na całej ziemi nie ma człowieka, który by o niej dużo wiedział. Ale wypadki ostatnich kilku dni zmusiły mnie do wyrażenia się na temat tego, czym w moim przekonaniu jest miłość, raz jeszcze. I może Arnie ma rację, może za wiele o niej mówię, może wiem o niej więcej niż się do niej stosuję, więc może wypowiem się na jej temat (bezpośrednio oczywiście) po raz ostatni w życiu. Ale przez to postaram się wyczerpać wszystkie moje wiadomości, przypuszczenia i nadzieje dotyczące miłości które nagromadziły się we mnie i którymi staram się żyć.

1. Miłość jest jedna

„Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4, 8) Większość tego, co wiemy o miłości (oczywiście tego, co jest prawdą, a nie tego, co podpowiadają nam różne media i tym podobne źródła) czerpiemy z Pisma Świętego. To, co w swym liście napisał święty Jan uważane jest za definicję Boga. Bóg jest miłością, a ponieważ Bóg jest jeden, miłość również jest jedna. Co więcej, jeśli Bóg jest miłością, cała miłość pochodzi od Boga, w Bogu ma swoje źródło. Jeśli więc ktokolwiek kocha, naprawdę kocha, wie, że jego miłość pochodzi od Boga. Że Bóg dał mu miłość którą on teraz ofiaruje innym. A nawet jeśli tego nie wie, to nie można zaprzeczyć, że tak jest w rzeczywistości. Co oprócz tego napisał Jan? Że jeśli ktoś nie miłuje, nie zna Boga. Znajomość Boga nie oznacza tu wszelakiej wiedzy na Jego temat, jak my byśmy to dziś rozumieli, lecz samo obcowanie ze Stwórcą. Bezpośredni kontakt. To więc oznacza, że by w ogóle mówić o jakiejkolwiek bliskości z Bogiem, o jakiejkolwiek wierze, trzeba najpierw miłować. Trzeba najpierw kochać.

Napisałem, że miłość jest jedna. Co miałem na celu pisząc te słowa? Otóż chodziło mi o to, że jeśli kocham swoją mamę, tatę, siostrę, brata, dziewczynę, nawet psa, kocham ich wszystkich jedną miłością. Jedną, która jednak objawia się na wiele różnych sposobów. Inaczej będę kochał przyjaciół, inaczej brata, a zupełnie inaczej dziewczynę z którą, powiedzmy, chciałbym się ożenić i mieć dzieci. Ale nie można zaprzeczyć, że jeśli idę ulicą i wyzywam kogoś od, powiedzmy, ladacznic, a później tymi samymi ustami wyrażam miłość mojej dziewczynie, to chyba coś tu jest nie tak. Bo jeśli miłość jest jedna, jeśli wszystkich kocham tą samą miłością, to muszę (a przynajmniej powinienem) kochać nią zarówno dziewczynę, jak i tą osobę, którą uważam za ladacznicę. Dodatkowo, tą samą miłością kocham kogoś kto wyrządził mi krzywdę, jak i kogoś kto kocha mnie wzajemnie. I choć za każdym razem ta miłość będzie objawiać się w zupełnie inny sposób, bo przecież niejedno ma imię, to za każdym razem będzie to ta sama miłość.

2. Miłość jest punktem wyjścia

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” (1 Kor 13, 1) To początek najpiękniejszego, moim zdaniem, dzieła poetyckiego – Hymnu o miłości. Nie muszę go tu chyba przytaczać w całości, większość z Was ma pojęcie o co tu chodzi. A chodzi o to, że każdy z nas, jeśli nie kocha, nie znaczy nic. I choćbym umiał przenosić góry, śpiewać, latać, choćbym był wirtuozem fortepianu albo genialnym literatem, albo potrafił powiedzieć „mleko skondensowane w puszcze” od tyłu bez zająknięcia, a nie umiałbym kochać, mógłbym nazwać się śmieciem. Małym, nic nie znaczącym śmieciem. Bo „miłości bym nie miał”… Miłość leży u podstaw. Jeśli Bóg jest miłością, a Bóg jest wieczny i przekracza czas, to miłość również jest wieczna. Bóg ukochał do istnienia świat i ukochał do istnienia ludzi, dlatego mamy prawo poruszać się w tych nikłych skorupkach naszych ciał. Miłość leży więc u podstaw całego świata i wszystkiego co się na nim dzieje. Wszystkiego także w nas. Naszego pierwszego oddechu, naszego pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. To wszystko poprzedziła miłość Stwórcy do nas. Nasza wola (o tym szerzej w następnym punkcie) jest również dziełem Jego miłości. I teraz my możemy zdecydować, czy chcemy być bardziej podobni do Boga, czy bardziej od Niego różni. My decydujemy czy u podstaw naszego postępowania będzie leżała miłość, tak jak u podstaw każdego Bożego dzieła. Czy zacznę kontakt z jakimkolwiek człowiekiem podchodząc do niego z miłością, ufnością, czy raczej spojrzę na niego i powiem, że nie zasługuje na moją miłość. I tu wrócę do punktu pierwszego. Jeśli miłość jest jedna, to podchodząc do wybranych osób z miłością, tak naprawdę do nikogo nie podchodzimy z miłością. I znowu – jeśli miłość niejedno ma imię, to do różnych osób podejdziemy z miłością która inaczej się objawi. Ale musimy przyznać, że by móc znać Boga, jak mówił Jan, czy móc w ogóle cokolwiek znaczyć, jak pisał Paweł, musimy najpierw kochać. Czyli miłość powinna leżeć u podstaw naszego postępowania.

3. Miłość jest aktem woli

Cała dwutysiącletnia filozofia chrześcijańska już od początku jakoś nie miała wątpliwości, że miłość jest aktem woli. Ale co to oznacza? W człowieku dają się zauważyć trzy rejony, powiedzmy, wewnętrzne. Rejon uczuć czy popędów, rejon rozumu oraz rejon woli. I tak jak widzimy ten trzystopniowy podział, tak wielu z nas nie jest w stanie określić granicy między jedną a drugą strefą. Co więcej – wielu całkowicie błędnie zamieszcza samą miłość w sferze uczuć i choćby nie wiem jak wiele argumentów przeciw temu podawać, i tak będą utrzymywali, że miłość jest uczuciem. Ale dlaczego twierdzę, że nie? Uczucia bowiem są to zjawiska informujące nas o czymś, mówiące nam że dzieje się z nami coś dobrego albo niedobrego. Uczucie zakochania mówi nam, że taka-to-a-taka osoba zrobiła na nas wrażenie i że się nam podoba. Uczucie zazdrości mówi nam, że ktoś stanowi zagrożenie np. dla naszego związku. Uczucie niepokoju mówi nam, że coś się z nami dzieje niedobrego i powinniśmy coś z tym zrobić. I dalej – jeśli zwiążemy się z tą osobą i jakiś czas będziemy z nią przebywać, zakochanie minie. Jeśli pokonamy wroga zagrażającego naszemu związkowi, zazdrość zniknie. Jeśli odnajdziemy źródło tego czegoś niedobrego i je zniszczymy, niepokój odejdzie. A miłość? Miłość, nawet jeśli ma jakiś początek, to nie tylko o niczym nas nie informuje, lecz trwa bez końca. Bo, skoro Bóg jest miłością, to jeśli miłość by się kończyła, musiałby też następować koniec Boga. Do tego uczuć się nie przysięga. Nie można przysiąc że będę zakochany aż do śmierci, bo, prawdopodobnie, nie będę, choćbym nie wiem jak próbował. Tym czasem na ślubie przysięgamy, że będziemy kochać aż do śmierci. Miłość więc nie leży w popędzie i uczuciach, choć same uczucia miewają pewien wpływ na to jak się ona objawia.

Dalej następują dwie typowe dla człowieka rzeczy – rozum i wola. Wielu stawia je na równi i twierdzi, że wzajemnie się uzupełniają. Jednak filozofowie chrześcijańscy doszli do wniosku, że wola ma przewagę nad rozumem. Przewaga ta polega m.in. na tym, że rozumem rozpatrujemy pewne rzeczy, stanowiska, stwierdzamy co nam się bardziej opłaca, co mniej, ale właśnie wolą podejmujemy decyzję nad wyborem. I choć określimy sobie w rozumku że coś jest lepsze, i tak możemy wybrać to, co gorsze. Ale, co więcej, miłość właśnie absolutnie nie może być logiczna. Jeśli ktoś z Was spotkał w życiu miłość logiczną, to może mi ją opisać. Muszę przyznać, że jeśli człowiek miałby posługiwać się tylko rozumem, nigdy by nie pokochał. Miłość bowiem wymaga np. poświęcenia, które z całą pewnością nie należy do logicznych, a więc opłacalnych rzeczy (no bo pomyślmy: czy logiczniejsze byłoby oglądać sobie telewizję i zajadać pizzę w czasie wolnym, czy może wykorzystać ten czas na pomoc przy dzieciach autystycznych w jakimś domu opieki? Jasne że logika kazałaby nam odpocząć. A miłość każe pomagać…). Miłość wymaga też zauważenia w drugiej osobie wad, które należy pomóc jej zwalczać, co również nie jest logiczne. Miłość wreszcie dotyczy ludzi najróżniejszych, także tych, których nie lubimy, naszych nieprzyjaciół. Chyba nie jest logiczne kochanie swych nieprzyjaciół? Raczej nie przynosi nam ono korzyści. A jednak mamy ich kochać. I czasami nawet kochamy.

Trzecia więc, i najwyższa, jest sfera woli. Wiele osób twierdzi wręcz, że wolność jest największym prezentem jaki Bóg mógł dać ludziom. Wola służy u nas do podejmowania decyzji. Często wbrew temu co czujemy i wbrew temu co myślimy. Wola pomaga nam wykonywać rzeczy z punktu widzenia rozumu wręcz niewykonalne. Często mówi się, że sportowcy wygrywają ostatnią siłą woli. Że ktoś wyszedł z choroby bo miał wielką wolę wytrwania. Czy że ktoś mógł pójść na piwo, ale wolał zostać na lekcjach… Wola, coś, za pomocą czego decydujemy, pozwala nam właśnie kochać. Miłość jest więc aktem woli. Najwyższym spośród wszystkich jej aktów. Aby więc kochać, nie trzeba mieć na to logicznych powodów. Nie trzeba się zakochiwać. Aby móc kochać, wystarczy chcieć kochać. Wystarczy – ale tu jest haczyk. Bo niby wystarczy sobie postanowić, że się będzie kochało, ale często po prostu się nie chce… Dlaczego? Bo kochać jest trudno. Czym bowiem jest miłość? Ja definiuję ją tak (zaznaczam, że jest to moja własna definicja): Jest to postanowienie, że będzie się dbało o dobro i szczęście drugiej osoby bez względu na wzgląd. Czyli bez względu na dobro własne, bez względu na wzajemność miłości, bez względu znowu na stan kochanej osoby. No bo jeśli osoba kochana czuje się świetnie gdy pali trawkę, my kochając ją, próbujemy ją przekonać żeby nie paliła. Wiemy, że będzie na nas wściekła, a jeśli dopniemy swego, to jeszcze przez jakiś czas będzie czuła się potwornie, ale wiemy również, że potem będzie szczęśliwa, choć musi minąć sporo czasu. Jeśli mąż pije alkohol żona, z miłości, powinna wystawić mu walizki za drzwi i kazać wrócić jak zmądrzeje. Choć będzie jej przykro, że go nie ma i że nie ma się do kogo przytulić, a on będzie się przez miesiąc błąkał po ulicy, to wytrzeźwieje i może nigdy się już nie napije. Znowu – jeśli kochamy jakąś osobę, a ona nagle, po jakimś czasie przebytu w związku (oczywiście nie mówię tu o małżeństwie) stwierdza, że z pewnością będzie szczęśliwa pozostając osobą wolną, to choć wiemy, że będziemy cierpieć katusze, pozwalamy jej odejść, żeby była szczęśliwa. I to przecież w żadnej mierze nie jest logiczne. W żadnej mierze nie wynika też z uczuć. Wynika z woli, z aktu woli niezwykle ciężkiego do podjęcia. Właśnie dlatego, że jest sprzeczny z rozumem i uczuciami. Ale przez to jakże piękny…

4. Trzy słowa o miłości wzajemnej

Choć istnieją tysiące przykładów miłości nieodwzajemnionej, jak choćby miłość nieprzyjaciół, pragnę się tu zająć miłością wzajemną, do tego między przedstawicielami przeciwnych płci, a także osób wiekowo zbliżonych (to jest nie np. miłością matki do syna czy babci do wnuka). Notka bowiem staje się już i tak bardzo długa, a ja pragnę wytłumaczyć moje podejście do miłości jako stosunku między dwójką młodzianów. I tak: osobiście rozróżniam trzy rodzaje takiej miłości (a może raczej, żeby być ścisłym i zgadzać się ze swymi słowami z poprzednich akapitów, trzy sposoby objawiania się takiej miłości): miłość braterska, miłość przyjacielska i miłość małżeńska. Jak już mówiłem, sam niewiele wiem o miłości i do końca nie wiem dlaczego właśnie taki podział, ale wiem że jakoś to tak wewnętrznie czuję. Jakie są czynniki warunkujące sposób objawiania się miłości? Jest to stosunek wzajemny dwóch osób, jest również rozumowe podejście, są to także poszczególne uczucia (mówiłem już wcześniej, że uczucia mają wpływ na miłość, choć ona nie opiera się na nich i istnieje poza nimi). I tak miłość braterską można mieć w stosunku nie tylko do kogoś kto rzeczywiście jest moją siostrą, ale również do kogoś bardzo bliskiego, komu nie powiedziałbyś wszystkiego z różnych powodów i komu nie zwierzasz się zawsze ze swych problemów, ale lubisz przebywać w pobliżu tej osoby, żartować z nią i, oczywiście, pragniesz jej szczęścia. W grę w tej sytuacji wchodzi także coś w rodzaju rutyny czy przyzwyczajenia. Ja na przykład miłością braterską darzę dziewczynę mojego brata. Traktuję ją jak siostrę i kocham jak siostrę. Druga miłość to miłość przyjacielska (kiedyś nawet definiowałem przyjaźń jako miłość wzajemną). Przyjaciół traktujemy jako powierników swych tajemnic, jako osoby którym możemy się wyżalić, wypłakać, z którymi możemy bez obawy o wszystkim porozmawiać. Możemy mieć wielu przyjaciół, tak jak wiele sióstr i braci. Oczywiście by mieć prawdziwą przyjaciółkę (mówię tu we własnym imieniu), trzeba ją najpierw pokochać. No i trzecia miłość to miłość małżeńska. Dlaczego od razu małżeńska, a nie narzeczeńska czy jeszcze jakaś tam wcześniejsza? Dlatego, że jeśli jest wzajemna, a więc nigdy nie ustaje, to siłą rzeczy dąży do małżeństwa, czyli zjednoczenia się ze sobą aż do śmierci. Osoba kochana tą miłością nie musi być powiernikiem naszych tajemnic (przynajmniej nie wszystkich), ale przede wszystkim musi posiadać wyłączność. Nie może być dwóch albo trzech osób które darzymy tym rodzajem miłości (przypomnę, że mówimy o różnych objawieniach tej samej, jednej miłości). Może nie być żadnej, ale jeśli jest już jedna, nie można mówić o pojawieniu się drugiej. I teraz ważna sprawa – właśnie owa wzajemność. Jeśli kocham dziewczynę jak siostrę, ważne jest by ona kochała mnie jak brata (pochwalę się, że jedyną dziewczyną od której w tym roku dostałem walentynkę była dziewczyna mojego brata i nikomu nie przyszło do głowy, że się we mnie kocha; gdzieś w głębi duszy poczułem, że tak właśnie zachowałaby się dobra siostra). Jeśli mam przyjaciółkę, to ona ma przyjaciela. I wreszcie, jeśli darzę dziewczynę miłością (jak ja ją zwykłem czasem nazywać) „coś więcej”, to ważne jest, by ona również mnie nią darzyła. Z bardzo prostego i prozaicznego powodu: jeśli ja ją kocham jak żonę, a ona mnie jak przyjaciela, to ja się będę męczył, a ona wkrótce zacznie mnie mieć dość. Jeśli ofiaruję jej miłość małżeńską i myślę o tym, byśmy byli razem w dobrej i złej doli, dopóki śmierć i takie tam inne, a ona mówi, że nie chce takiej miłości i prosi o to, byśmy spróbowali być przyjaciółmi, to jeśli ja się będę upierał, wykończę nas oboje psychicznie. Ale ponieważ ją kocham, zgadzam się na to byśmy byli przyjaciółmi (czy ewentualnie bratem i siostrą, to może być nawet łatwiejsze do zrobienia) i w inny już sposób wyrażam tą samą miłość, którą już wcześniej zechciałem (inaczej – miałem wolę) ją obdarzyć. Pewnie, im dalej zaawansowany mamy za sobą związek, tym trudniej zmienić sposób okazywania miłości. Ale jeśli się kocha, naprawdę kocha, to nie jest to niewykonalne. A potem mamy znów wolność by miłość małżeńską ofiarować komu innemu. Zaznaczę jednak, że miłość małżeńska raz ofiarowana WZAJEMNIE, tak, że ja ją kocham jak żonę, ona mnie jak męża, jest nieodwracalnie niezmienna. Właśnie tą miłość przysięga się na ślubie. Jedna osoba może nią obdarzyć drugą bez wzajemności, a odwrót może nastąpić tylko wtedy, gdy ta druga osoba myślała że kocha tą pierwszą w ten sam sposób, ale okazało się, że nie miała dość silnej woli. Trochę to zagmatwane. Ale wytłumaczę… Jeśli kocham jedną dziewczynę i obiecuję że będę z nią szczęśliwy do końca życia jeśli odwzajemni mą miłość, ale ona jej nie odwzajemnia, oferując przyjaźń, mogę zgodzić się na ową przyjaźń. Jeśli jednak rzeczywiście sama również zgodzi się na miłość „coś więcej”, nie można już stamtąd zawrócić. Chyba że któraś z tych osób nie kochała drugiej naprawdę.

5. Krótkie podsumowanie i zakończenie notki

Wiadomo z tego wszystkiego, że miłość jest jedna, stoi u podstaw wszystkiego i nie należy, jak to mówił św. Tomasz z Akwinu, do popędu zasadniczego, lecz jest aktem woli. Te trzy rzeczy wiemy dzięki objawieniu, lecz również częstokroć gdzieś w sercu czujemy, że tak jest naprawdę. Czwarty jednak punkt mojego rozumowania w całości należy do mnie i jest mym prywatnym wynurzeniem. Mym prywatnym sposobem pojmowania miłości, przez który często (np. w przypadku poprzedniej notki) dochodzi w mym życiu do bolesnych nieporozumień. Bo jak wiele jest osób, tak wiele sposobów pojmowania miłości, która przecież jest jedna dla wszystkich. Ja właśnie wyróżniam te trzy oblicza miłości wzajemnej, wiele osób może się ze mną tutaj nie zgodzić. Ale przyglądając się mym najbliższym osobom, Qrczakom, naszej paczce, mogę w niej wyróżnić przykłady każdego rodzaju miłości wymienionej, a nawet w pewnym sensie sprzeczność między dwiema osobami ofiarującymi sobie dwa różne objawienia tej miłości. I tak, o ile pierwsze trzy punkty pojąłem i zrozumiałem w Seminarium, o tyle bliskie obcowanie z Qrczakami, ludźmi którzy nie dadzą się nie kochać, wydobyło ze mnie czwarty punkt tej rozprawy. Dziękuję Wam za to.

I na sam koniec napiszę jeszcze, że nie obiecuję, iż nie wypowiem się już nigdy na temat miłości, ale postaram się. Bo temat jest trudny, drażliwy, a potem zostaję oskarżony o pomiatanie miłością i brak zdolności do miłowania w ogóle. Ta rozprawka została napisana po to, by wyjaśnić pewne nieporozumienia i uświadomić Was nie tyle czym jest miłość, ile jak ja ją właśnie pojmuję. A za to: „Najbardziej niezdolni do kochania wiedzą o miłości rzeczy najgłębsze” serdecznie dziękuję. Myślę że się przyda. Ale los mej Pani i Przyjaciół Qrczaków pokaże dopiero, czy rzeczywiście nie jestem zdolny kochać. Choć wcale nie wiem o miłości dość głębokich rzeczy by w ogóle były godne zainteresowania…

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

It’s all ’bout the money!

Ten blog stracił już chyba swój pierwotny półprywatny, półtematyczny charakter. Dziś wydaje się być całkowicie prywatny. Opowiada o złamanym życiu pewnego byłego kleryka i jego kłopotach w pracy, na studiach i w miłości. I teoretycznie chciałem by ta notka miała może oparcie w czymś innym (w końcu mamy Wielki Post, przed nami Wielkanoc… A może coś o czystości?). Przecież odkąd przestałem cechować się wiedzą na tematy teologiczno – moralne, sam blog przestał być tak często odwiedzany i czytany. Jednak jak zwykle chwilowy przypływ emocji zwyciężył. I jak ostatnio prawie zawsze – dziś znów o moich prywatnych, jakże emocjonujących, przeżyciach…

Ale nie do końca. Bo przecież sytuacja dotyczy wielu (zarówno znanych mi jak i nieznanych) osób. Dotyczy konfrontacji o której już raz była mowa. W notce „Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj” wspominałem już o walce Mamony ze Świętością. Dziś raczej o walce owej Mamony z wyższymi ideałami. Co mam na myśli? Spójrzmy jeszcze raz na sytuację Artdico Gnorofexa. Idealista wylatuje z seminarium za publiczne wypisywanie swoich przemyśleń i działanie ku formowaniu przed uformowaniem samego siebie. Zakochany w teologii wierzy, że właśnie ona pomoże mu zbliżyć się do Boga tak bardzo jak to tylko możliwe. Pochłania wiedzę z filozofii, Pisma Świętego, patrologii. Kocha codzienne Msze Święte, kocha śpiew w chórze, kocha spokój i wyciszenie małego pokoiku. Wypada i wtedy kilku przychylnych mu kapłanów daje kilka cennych rad. Jeden proponuje polonistykę, drugi (widocznie zauważył potencjał delikwenta) mówi o dalszej próbie sił na teologii. Artdico wie, że o polonistyce nigdy nie marzył, ale ponieważ wyrzucają go nie tylko z Seminarium, lecz również z uczelni, wie również, że pod koniec września to się absolutnie nigdzie na teologię nie dostanie. Atakuje więc polonistykę zaoczną. Zatrudnia się w McDonaldzie. Żyje. Wzdycha. Kościół odwiedza coraz rzadziej, wreszcie wpada tam tylko w niedzielę. Przestaje pisać, rysować, popada w marazm. Śpi, pracuje, śpi, pracuje… Czasem z marazmu wyciągają go wpadające na ferie Qrczaki (przynajmniej jest się z kim pokłócić), czasem po pracy zamiast kłaść się spać jedzie do Albina. Ale je coraz mniej, właściwie tylko śpi i pracuje. Studia okazują się (przynajmniej w porównaniu do dziennych) porażką. W sumie co to za studia, że studiuje się po 3 dni raz na 2 tygodnie, zabula się za nie 300 złotych miesięcznie, a częstokroć wykładowcy i tak się nie pojawiają? Po pół roku coraz głębszego marazmu Artdico stwierdza, że byle do wakacji, a potem wszystko się ułoży. Potem wróci na teologię, rzuci tą robotę, rzuci polonistykę i znów zatopi się w swoich ideałach. Znów dosięgnie nieba, którego dotykał przez rok. Znów zacznie pisać. Znów zagłębi się w modlitwie. Znów będzie poznawał tajniki ponad 2000 lat myśli ludzkiej, tajemnice Pisma Świętego, mądrość Ojców Kościoła.

Chłopak przyjeżdża do domu. Mama już wie, że polonistyka na zaocznych nie ma sensu. Już drugi rok praktycznie zmarnowany. Mama pyta co dalej. Artdico wie. Nie ma wątpliwości. Szuka teologii w Łodzi. Już kombinują coś z Albinem w sprawie mieszkania (więc nie będzie samotny), już szuka gdzie jest jakaś katedra teologiczna (bo podobno jest, tylko głęboko ukryta). Wszystko będzie super, byle dożyć do wakacji. Na to mama pyta: A z czego ty będziesz żył? Zresztą, nie tylko mama. Przychodzi w odwiedziny mądra ciotka, która ma mnóstwo argumentów przeciw studiowaniu teologii. Teoretycznie mają rację. W końcu może jakby Artdico wciąż planował być księdzem, to ta teologia mogłaby mu zapewnić jakiś żywot. A tak – to kim on będzie? Katechetą? Katecheci nie są potrzebni. Zresztą cóż to za los katechety? Artdico nie ma argumentów. Ma, ale jak zwykle utopijne. Jako mądry, pojętny uczeń zdobędzie stypendium naukowe, potem, po studiach, zrobi doktorat (którego absolutnie nie planował robić gdy chciał być księdziem), potem może zrobi drugi kierunek. Myśli o japonistyce. I to już jakiś czas. Mama pyta czy nie lepiej zacząć od japonistyki. Po tym, chciał nie chciał, praca jest. Tłumacz. Ambasador. Po japonistyce nie ma źle płatnych stanowisk. Mama nie wie, że Artdico myśli o japonistyce z powodów równie idealistycznych co o teologii. Chce (a przynajmniej przemknęło mu to przez głowę) zostać misjonarzem, a co, właśnie że w Japonii. I że nie pragnie ambasad, drogich samochodów, a tłumaczyć na japoński mógłby Grzegorczyka albo Tishnera. Że już dziś żyje na jednym posiłku dziennie więc jest w stanie żyć tak całe życie. I nie obchodzi go to, że w jego wieku Tata miał już ustaloną datę ślubu. Bo Artdico przestał planować ślub. Artdico planuje zbawienie. I szuka najlepszej drogi do niego prowadzącej. Najprostszej? Tam nie ma prostych dróg. Tam droga wiedzie przez ciernie. Przez studia po których nie ma pracy. Po których można bloga prowadzić i cieszyć się, że Anka Amerykanka zrozumiała, że „Kleryk też człowiek”, a Połowa Duszyczki wie coś więcej o przepisach liturgicznych. I nie mieć z tego nic więcej jak tylko dziką radość, że jeśli coś dokonujesz ramię w ramię z Bogiem, to to nie może być złe, choćby ktoś naprawdę ważny tak myślał. Tam nie ma wystawnych przyjęć, drogich samochodów, garniturów i krawatów. Jest kromka chleba z masłem i płacz podczas śpiewu Ojca Rafała. Jest artykuł w gazecie za talerz zupy. Rodziny z tego nie utrzymasz. Ale przyjaciołom pieniądze nie są potrzebne by pozostali przyjaciółmi. Po pół roku marazmu Artdico już wie, że nie ma dość silnej wiary, by sobie bez nich poradzić. Ale wie też, że właśnie dlatego Bóg mu ich dał i to w niezwykłej ilości. I że choćby nie chciał, przeżyje tak długo, jak tylko będzie Mu potrzebny. I że nie chce kasy. Nie chce, choćby się skichał. Właśnie dlatego w tydzień po wypłacie nie miał już pieniędzy. Bo wydał je by ugościć przyjaciół. Bo kupił Tygodnik Powszechny. I znaczki na listy. Nie potrzebuje nic więcej. Mama opuszcza ze złości ręce. „To dowiedz się co chcesz robić i jak przyjedziesz następnym razem to masz już wiedzieć”. Artdico, też wkurzony, pisze notkę. Qrczak Expugnis i Albin budują z klocków Lego jakiś pojazd. Artdico wie, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebne mu pieniądze. Bóg jest…

To sytuacja chłopca zwanego Artdico Gnorofex. Czyli Mateusza Gajka. Ale nie tylko moja. Znam osobiście chociaż jedną osobę, która znalazła się przede mną w podobnej sytuacji. Przełamała niechęć. Postanowiła porzucić ideały i zagłębiła się w coś, z czego rodzinę utrzyma. Wiem, że nie jest jej łatwo. Wiem, że to nie powód trudnych studiów lecz właśnie tłumienia ideałów. A skąd mamy te ideały, które przychodzi nam tłumić? Wierzę, że zsyła nam je Bóg. Wierzę, że to dzięki Niemu zafascynowałem się teologią i że to On doprowadził mnie do złożenia Mu przysięgi, że tylko dla Niego będę. Kocham Go i chcę Mu poświęcić całe życie. Ale są ludzie, których ideałem nie jest teologia i pomoc w łowieniu dusz, lecz np. nauczanie, leczenie, gaszenie pożarów, studiowanie zachowań koni. Ci ludzie stoją przed wyborem tak jak ja. Bo najczęściej jest tak, że z zewnątrz ich ideały wydają się mało atrakcyjne, głupie i mało dochodowe. A tu trzeba z czegoś żyć. „Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6, 30-34) A wszystko rozbija się o pieniądze…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Bóg jest…

„Oj jest” – Odpisał na mojego SMSa Jacek – „I chyba bardzo nas lubi. Właściwie to nas 7 jest”. Bo bez Niego (a bez Niego się nie da) jest nas sześcioro. Sześć osób które praktycznie poznały się jednego dnia. Ja, Ania, Paulina, Albin, Piotrek i Jacek. Początkowa piątka to znajomi z pierwszego dnia pierwszego zjazdu, gdy dowiedziałem się że będę studiował polonistykę zaocznie. Jacka poznali oni dnia następnego, a ja dowiedziałem się o jego istnieniu nieco później. Tak czy inaczej jest nas sześcioro. To zakrawa na cud. Właściwie wydaje mi się, że to jest cud. Zdarza się przecież, że spotkają się dwie osoby i od razu popadną w wielką zażyłość. Nawet niech będą trzy. Ale nie sześć osób jednego dnia. I nie mogę powiedzieć, że to jest przelotna znajomość. Że to kumpelstwo jakich wiele. Gdy spotykamy się wszyscy razem to pytanie które każde z nas zadaje sobie jest: jak to się mogło stać? Czasem pytamy się o to w duchu, czasem jeden drugiego. I nie potrafimy znaleźć dobrej odpowiedzi. Bo na to odpowiedzi się nie znajdzie. Wszyscy boimy się użyć słowa „przyjaciel”, ale w duchu wiemy, że być może nigdy nikogo takiego nie znaliśmy. Niektórzy boją się zaufać do końca, ale w głębi serca wierzymy, że tym osobom możemy zaufać jak nikomu wcześniej. I żadno z nas tego nie rozumie.

1. Paulina.

Paulina to dziewczyna niezwykle radosna, a jednocześnie zawsze poważnie myśląca o życiu. Niby ma lekkiego świra, a jej podejście do świata jest absolutnie niewspółczesne. Mimo wielu wątpliwości i obaw, w tym także oporów w ufaniu ludziom, ma swoje wyrobione stanowisko jeśli chodzi o przyszłość i zasady i nikt nie jest w stanie w niej tego zmienić. Paulina pomogła mi znaleźć mieszkanie i pracę pod Łodzią. Zajęła się tym już pierwszego dnia. Mimo sporych kłopotów cały czas się uśmiecha…

2. Ania

Ania mniej zwariowana niż Paulina nie różni się od niej powagą jeśli chodzi o podejście do życia. Chodzące dobro, chodzący uśmiech, chodząca miłość. Ania z łatwością potrafi zaufać ludziom, choć wie, że może się na tym sparzyć. Z Anią świetnie bawiłem się na fuksówce (wygraliśmy nawet nagrodę w jednym konkursie ;).

3. Albin

Albin wygląda nieco inaczej… Ale do swego wyglądu dopasował również niezwykle oryginalny styl. Nosi się na czarno, zazwyczaj elegancko, czarny płaszcz, czarny parasol, czarny kapelusz. Inność jego wyglądu polega na afro w miejscu włosów. Podobno dziś nie jest to już takie widoczne, ale w liceum Albin wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie. Romantyk, być może jeszcze większy niż ja. I wciąż czegoś poszukuje. Miłości, wiary, nadziei. Na polonistykę zaoczną poszedł bo mu się nudziło w weekendy (dziennie studiuje filozofię). Wydaje mi się niezwykle podobny do mnie. Możemy spędzać godziny na rozmowach ze sobą.

4. Piotrek

Największy i najsilniejszy z naszej paczki. Pracuje jako ochroniaż. Z nas wszystkich chyba najcichszy i najbardziej zamknięty w sobie. A jednak nasza paczka nie mogłaby bez niego istnieć. Nie tylko bez niego zresztą. Z Piotrkiem solidaryzujemy się najczęściej w niechodzeniu na wagary i w zajadaniu sajgonek w chińskiej knajpie. Palce lizać!

5. Jacek

Jacka znam najkrócej i jako ostatni dowiedziałem się, że jest jeszcze szósta osoba w naszej paczce. Ale jak tylko poznałem go, pokochałem tak jak pozostałych. Jacek jest artystą i choć należy do ludzi roztrzepanych i niezwykle zwariowanych, już myśli o małżeństwie. Jak się wkurzy, klnie, ale gdy jest zadowolony, potrafi pożartować, wyściskać, napisać coś pięknego. Narysował nawet karykaturę naszej paczki, naprawdę niesamowitą. Chyba najbardziej tajemniczy z naszej szóstki. Ale gdy nie zjawił się na mojej parapetówce i spędziliśmy ją w piątkę, to cały czas było czuć, że kogoś brakuje.

6. Mateusz

Czyli ja. Nie będę się rozpisywał, wiecie kim jestem. W naszej paczce mam ksywę „ksiądz”. Staram się utrzymywać duchowość na wysokim poziomie ale mam o tyle szczęście, że chyba wszyscy wśród nas są wierzący. Wiem już że zostałem usunięty z seminarium choćby po to, by stworzyć tą paczkę. Jestem wdzięczny.

Paczka nie ma przywódcy. Chyba nawet nikt nie wyobraża sobie, że ktoś taki jak przywódca mógłby istnieć. Chociaż nie, właściwie jest przywodca. Jest ktoś, kto czuwa nad istnieniem, wiązaniem się naszej szóstki. Ktoś, kogo nigdy i nigdzie nie mogłoby zabraknąć. Bóg jest…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 21 Komentarzy