Posts Tagged With: Przypowieść

Jak rozumieć przypowieść o talentach

Przypowieść o talentach zawsze zajmowała jedno z pierwszych miejsc wśród moich ulubionych i najważniejszych dla mnie fragmentów Pisma Świętego. Dla wielu chrześcijan niezrozumiałe pozostaje to, dlaczego gospodarz ukarał człowieka, który zachował swój talent i oddał go w całości, zamiast go pomnożyć. Ja jednak patrzę na to szerzej i widzę, dlaczego gospodarzowi podoba się – wyłącznie – rozmnażanie talentów, a nie zagrzebywanie ich w ziemi.

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał.

W czasach Chrystusa talent oznaczał bardzo dużą sumę pieniędzy. Powyższy wstęp do przypowieści rozumiemy więc dosłownie jako rozdysponowanie swojego majątku na czas wyjazdu gospodarza. Jednak nie przypadkiem słowo „talent” w dzisiejszych czasach rozumiane jest jako zdolność czy umiejętność, najczęściej wrodzona. Oczywiście połączenie to związane jest właśnie z przypowieścią, której – jak żadnej innej przypowieści – nie należy rozumieć wyłącznie dosłownie. Jezus, mówiąc o talentach, nie miał na myśli dużych sum pieniężnych, lecz wszystko to, co otrzymaliśmy od Boga, czy – węziej – co Jego uczniowie otrzymali od Niego. Zatem rozumienie talentów jako umiejętności jest dobre – ale wciąż za wąskie. Może ono bowiem dotyczyć wszystkiego, w tym misji wyznaczonych nam przez Chrystusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” czy „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. Oczywiście rozumienie słowa talent jako umiejętność jest też uzasadnione bezpośrednim pojawieniem się w przypowieści słowa „zdolności” obok słowa „talent” („Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności”). Zatem szersze rozumienie nie wyklucza węższego.

Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana.

Tu pojawia się informacja, co słudzy zrobili ze swoimi talentami – i co możemy zrobić ze swoimi my. Możemy je rozmnażać, a więc rozwijać, działać w celu zmaksymalizowania ich wartości. Możemy też „zakopać je”, czyli ukryć gdzieś głęboko, udawać że nie istnieją, lub tak długo zwlekać z rozwijaniem ich, że wreszcie będzie za późno. Zakopywanie talentu, by wydobyć go nienaruszonym, wcale nie jest dobrym pomysłem.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!”

Przed tym fragmentem pada najważniejsze pytanie: czyje są te talenty, które otrzymali słudzy? Czyje są te talenty, które otrzymaliśmy my? Czy są one nasze – czy są one tych sług? Teoretycznie – tak. Gospodarz dał swoje talenty sługom i to oni nimi dysponowali. Trzeba jednak zauważyć, że tak naprawdę wszystkie talenty = i te otrzymane, i te rozmnożone – dwaj słudzy przynieśli panu, gdy ten wrócił z podróży. Zatem nie jest prawdą, że to, co otrzymujemy od Boga jest nasze. To nadal należy do Boga. Każdy powierzony nam przez Niego skarb jest jednocześnie nasz i jednocześnie Jego. My posiadamy talenty, rozwijamy je według własnych zdolności, ale kiedy przyjdzie czas, pokażemy Bogu, co z nimi zrobiliśmy. I – jeśli rozwiniemy je dobrze – Bóg będzie z tego zadowolony tak, jak z tych dwóch sługów zadowolony był ich gospodarz.

Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. 25 Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność”.

Tu pojawia się trzeci sługa, ten, który nie rozmnożył majątku, lecz go zakopał. Zagrał bardzo asekuracyjnie, co nie wyszło mu na dobre. Wiele osób denerwuje się postawą gospodarza – sądzą, że powinien się zlitować nad sługą, który przecież zajął się jego własnością i niczego nie stracił. Prawda jest jednak taka, że nie o to gospodarzowi chodziło. Nie o to chodzi Bogu, byśmy zagrzebywali nasze zdolności w sobie i pilnowali tylko, żeby nic nie uronić. Po to są te talenty, by je rozwijać – a na końcu pokazać gospodarzowi, a w naszym przypadku Bogu.

„Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

I teraz – na koniec – dowiadujemy się, że gospodarz jednak te talenty, które słudzy rozmnożyli, oraz talent tej osoby, która go nie rozmnożyła, przekazuje ponownie sługom. Jest to swoisty rodzaj nagrody za lojalną pracę i wysiłek włożony w rozwój talentów. Co to oznacza dla nasz? To, że jeśli otrzymaliśmy zdolności, powinniśmy je rozwijać na chwałę Pana, a na końcu w zamian zostaniemy nagrodzeni. Jeśli jednak zaszyjemy nasze zdolności w sobie, koniec który nas czeka nie będzie pozytywny.

Czyli należy rozwijać otrzymane talenty. Ale – najważniejsze – należy je rozwijać na chwałę Boga. Nie może to być rozwój w byle jakim kierunku. Jeśli Bóg pozwolił nam pisać, śpiewać, grać na instrumentach – powinniśmy rozwijać te umiejętności po to, by nieść innym Królestwo Boże. Nie dla własnej przyjemności, nie dla spełnienia własnych ambicji, ani nie dla zysku. Tylko i wyłącznie dla Bożej chwały. Bo słudzy, pomnażając majątek gospodarza, pomnażali go dla niego. Nie wiedzieli wtedy, że wszystko otrzymają z powrotem. Jeśli śpiewasz – śpiewaj Panu jak Dawid. Jeśli grasz – graj ku Jego czci. Jeśli piszesz – pisz tak, by przekazać Go innym w swoim pisaniu. I niech to nie będzie postanowienie tylko na okres adwentu, ale na całe życie.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/portrait-of-young-woman-with-guitar/

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Śmierć są to panny mądre i głupie

Miałem niedawno kilka myśli związanych ze śmiercią. Czym właściwie jest śmierć, dlaczego tak nas przeraża, jest dla nas taka trudna? Może przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Bożym objawieniem ludzie na początku nie powinni byli umierać. Człowiek, jak mnie uczono, miał możliwość nieumierania – a nie niemożliwość umierania. Gdyby ta druga opcja wchodziła w rachubę, żaden grzech nie pociągnąłby go ku śmierci. W pierwszym przypadku jednak wybierając nieposłuszeństwo, człowiek wybrał śmierć dla siebie. Drugim powodem, dla którego boimy się śmierci jest fakt utraty kogoś bliskiego. Pożegnanie z nim na dłużej, niż tylko na kilka godzin. Tak naprawdę na zawsze – to jest do końca naszego własnego życia. I trzeci powód to fakt, że nigdy tak do końca nie jesteśmy gotowi na własną śmierć. Ktoś mi niedawno powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie.

„Wtedy z królestwem niebieskim będzie podobnie jak z dziesięcioma pannami, które wzięły lampy i wyszły naprzeciw pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wziąwszy lampy nie zabrały z sobą oliwy. A mądre wzięły razem z lampami naczynia z oliwą. Kiedy pan młody się spóźniał, ogarnęła je senność i wszystkie zasnęły. O północy rozległo się wołanie: – Pan młody nadchodzi, wyjdźcie mu naprzeciw. Wtedy wszystkie panny zerwały się ze snu i przygotowały lampy. A głupie powiedziały do mądrych: – Dajcie nam trochę waszej oliwy, bo lampy nasze gasną. Lecz mądre odpowiedziały: – O nie! Nie wystarczyłoby dla was i dla nas. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. A kiedy tamte poszły kupować, nadszedł pan młody i te, które były gotowe, weszły razem z nim na wesele. I zamknięto drzwi. W końcu przychodzą i pozostałe panny, mówiąc: Panie, panie, otwórz nam! – On zaś odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam: Nie znam was. Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1-13).

Moment przyjścia pana młodego to tak naprawdę koniec świata. Wejdziesz albo nie wejdziesz – bo albo się przygotowałeś, albo nie. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie. A ja powiadam odwrotnie – na umieranie zawsze jest dobry czas. Tylko i wyłącznie dlatego, że nigdy nie wiemy kiedy Pan Bóg po nas przyjdzie. Nie znamy dnia ani godziny – o tym sam Mesjasz nam powiedział. Nie znamy dnia ani godziny, zatem musimy nieustannie czuwać. Musimy zaopatrzyć się w lampy i w oliwę do lamp, bo kiedy przyjdzie czas, nie będzie od kogo pożyczyć.

„Mówię [wam], bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, którzy się radują, tak jakby się nie radowali; ci zaś, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Te słowa zapisał św. Paweł, mający czasem dość kontrowersyjne myślenie. Pisząc pierwszy list do Koryntian wierzył jeszcze prawdopodobnie w szybkie przyjście Chrystusa, tj. w zakończenie się czasu i powrót Jezusa z nieba na ziemię. Później zmienił nieco nauczanie, kiedy zorientował się, że Jezus jednak nie przyszedł. Ale dziś jego nauka jest wciąż ważna, jeśli zrozumiemy, że Jezus po każdego z nas przychodzi wówczas, gdy my umieramy. Śmierć to jest nasz mały koniec świata. Być może właśnie jedyny prawdziwy koniec świata, jaki istnieje. Dlatego musimy żyć tak, jakby w każdym momencie mogła przyjść na nas śmierć.

Śmierć była elementem konsekwencji, jakie spłynęły na nas w efekcie grzechu. Była jakby karą, nie wiadomo było, czy coś jest po śmierci. Ale przyszedł Jezus i naprawił śmierć. Sprawił, że coś, co dotąd nas wykańczało, teraz jest otwartą bramą do dalszej, lepszej drogi. Pytaniem tylko pozostaje, czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do naszego tu i teraz, żeby otworzyć się na światło bijące z wnętrza sali weselnej, z wnętrza Królestwa Bożego.

Wszyscy umierają i każdy kiedyś umrze. Śmierć nie jest końcem życia, lecz drzwiami, przez które można przejść na drugą stronę. Odchodząc zostawiamy bliskich, ale możemy mieć nadzieję, że oni do nas wkrótce dołączą. Do miejsca, w którym zawsze króluje pokój, w którym można oglądać Boga twarzą w twarz.

Pytanie tylko, czy na koniec, kiedy nadejdzie dzień i godzina, będziemy czekać, jak mądre panny, z lampkami płonącymi w dłoniach, czy jak głupie – gdzieś na targu kupować oliwę i spóźnimy się na zamknięcie drzwi. Jezus nam powiedział, co należy robić. Powtórzył to innymi słowy święty Paweł. A wiele, wiele lat wcześniej Bóg przemówił do Izraela:

„Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,19-20).

A Bóg zawsze dotrzymuje obietnicy.

Pomysł na notkę powstał tydzień temu, gdy zmarł mój dziadek. Zastanawiałem się wówczas, czy znalazł się po stronie panien mądrych, czy głupich. Przyszło mi do głowy, że nasze trzecie dziecko nigdy nie pozna pradziadka…

Dziś już wiem, że również nasze trzecie dziecko Pan powołał do siebie. Śmierć nastąpiła kilka tygodni temu, dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny! Po każdego kiedyś Pan Zbawiciel przyjdzie.

On właśnie zmienił śmierć w życie. Bo po życiu następuje zmartwychwstanie. Wybierajcie więc życie.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

Ksiądz Jan Twardowski

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Przypowieść o talentach

Ale zanim to, najpierw kilka spraw organizacyjnych, jak zazwyczaj. Zacznę od przytoczenia wszystkim niezorientowanym stuktury mojego bloga, która jakoś tak sama z siebie wynikła. Otóż główna treść znajduje się tu, w notkach. Jeśli ktoś chce powiedzieć coś na temat jakiejś notki, pozdrowić autora albo znajomych czy np. zaproponować temat na notkę (co się już parę razy zdarzało), notuje to w komentarzach. I znowu, jeśli komentarz dotyczy jakiś niedopowiedzeń w notce i uderza w temat (jak komentarz Pytajnika do notki „Powołanie do życia w świętości”), staram się odpowiadać w tychże komentarzach (moje odpowiedzi tam miewają więcej treści niż same notki). Jeśli zaś pada jakiś głębszy temat, staram się go przeanalizować i napisać na jego temat notkę. Mam w tej chwili dwie zaproponowane notki – o eutanazji i o myślach erotycznych. Oba tematy są trudne, bardzo bym rzekł nawet, więc obiecuję się nimi zająć gdy wnikliwiej zajrzę w temat. Jeśli jednak sprawa jest niecierpiąca zwłoki, proszę o informację w komentarzach. Dziękuję. Edziu, dziękuję Ci za pozdrowienia. U mnie coraz lepiej, mam nadzieję że jakoś tam bezemnie się trzymacie ;). Pozdrów chłopaków i może czasem daj jakiś komentarz wspomagający… Dzięki.

Aj jaj jaj, ja to jak się rozpiszę o jakiś głupotach to mnie nikt nie zatrzyma. Okej, przypowieść o talentach miała być. Na początku zaznaczę że będzie to moja prywatna interpretacja, z którą niewiele osób się zgadza. Właściwie poznałem dopiero jednego gościa, który przyznał mi w tym wypadku rację. Ale postaram się to wytłumaczyć na tyle przystępnie byście zrozumieli o co mi chodzi.

Rzeczona przypowieść znajduje się w Ewangeli wg. świętego Mateusza, rozdział 25, wersy od 14 do 30. Niewtajemniczonym pokrótce przytoczę o co w niej chodziło. Więc był sobie gospodarz, który musiał wyjechać. Dał więc swoim sługom pieniążki, talenty, jednemu 5, drugiemu 2, trzeciemu 1, każdemu według jego zdolności. No i pojechał. Więc ten pierwszy puścił kasę w obieg i zarobił drugie tyle. Tegoż samego dokonał drugi, trzeci wreszcie zakopał talent w ziemi żeby mu nie zginął. Pan przyjeżdża, pierwszemu i drugiemu oddaje tę kasę którą mieli (jednemu 10, drugiemu 4 talenty), a trzeciemu zabiera tego talenta wykopanego z ziemi. Koniec.

Jakie jest dla nas przesłanie tej przypowieści? Dosłowne (zbyt dosłowne) tłumaczenie mogłoby nas zgubić. Jak to? Ten trzeci przecież był w porządku i oddał ten talent a został ukarany? Dlatego trzeba spojrzeć na to głębiej – właścicielem majątku jest sam Bóg. Sługami jesteśmy my. Talenty to są właśnie nasze zdolności (każdemu według jego zdolności) dane nam przez Boga. A naszym zadaniem nie jest skrywać tych zdolności i udawać, że ich nie ma, lecz wykorzystywać je, rozwijać, pielęgnować. Wtedy otrzymamy zapłatę. Taka jest zwyczajna interpretacja tej przypowieści.

Okej, a gdzie moja kontrowersja? Już nadchodzi. Gospodarz jedzie. Zostawia sługom talenty żeby je rozwinęli. Oni nie wiedzą, że on im je odda. Dla kogo więc je rozwijają? Nie robią tego dla siebie, nie liczą na wielką zapłatę. Robią to dla gospodarza. Nie zarabiają pieniędzy dla własnych potrzeb, lecz by gospodarz, gdy wróci, miał więcej pieniędzy. Mało kto interpretując przypowieść o talentach zwraca uwagę na ten jej aspekt. A jednak mnie rysuje się on bardzo wyraźnie. Bo skoro Bóg powierza nam jakieś talenty które mamy rozwijać, a On jest gospodarzem z przypowieści, to nie oczekuje od nas byśmy rozwijali je jakkolwiek. On chce, byśmy robili to dla Niego. Dla Jego chwały, a także by pozyskać Mu większą liczbę wyznawców. Czyli tych, którzy poznali Prawdę. Jeśli umiem pisać, nie będę pisał opowiadań, na przykład, erotycznych, czy powiedzmy Harlequinów, choć to byłoby niewątpliwie jakieś rozwijanie powierzonego mi talentu. Jeśli umiem rysować, nie będę rysował aktów, choć to bardzo piękne rysunki mogłyby nawet być. Jeśli umiem śpiewać, nie będę śpiewał Iry „Weź mnie” albo „Rape me” Nirvany. Chociaż to wszystko wskazywałoby na jakiś rozwój moich talentów. Ale właśnie! Przecież te talenty NIE SĄ moje! One są mojego Pana, który wyjechał i powierzył je pod moją opiekę. I ja dla Niego mam je rozwijać. O Nim mam pisać, o Nim śpiewać. Jasne, z rysunkiem byłoby już ciężej (zacząłem rysować komiks ;). Raczej nie będzie za bardzo o Bogu), ale z całą pewnością jakoś dałoby się temu zaradzić. Gospodarz wyjeżdżając poprosił nas byśmy rozwijali Jego talenty i nie mamy prawa traktować ich jako swoich. Prawdziwie rozwiniemy Jego talenty tylko z myślą o Nim. Taka jest moja interpretacja przypowieści o talentach. I taki będzie koniec tej notki.

Wszelkich ateistów, satanistów i luźno związanych z Kościołem proszę o niepozostawianie obelżywych komentarzy. Ta notka skierowana jest raczej do osób mających bliższe związki z Kościołem. Dziękuję.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 25 Komentarzy