Posts Tagged With: Recenzja

Smoleńsk to tylko preludium

tusk-putinObejrzałem w kinie film „Smoleńsk”, bo jakże mogłem go nie oglądać? Nie będę pisał recenzji, bo wiele ich powstało. Sam na facebooku zapisałem, że jest to film sprawiający dualistyczne wrażenie. Pozytywne opinie o nim wydadzą ci, którzy uważają, że prawdy należy szukać głębiej niż dotychczas szukano. Negatywne ci, którzy sądzą, że film jest propagandą, ponieważ na temat katastrofy smoleńskiej wszystko już zostało powiedziane. Poszczególne recenzje będą natomiast podawać dalej na facebooku ludzie podzielający daną opinię. W ten sposób będą myśleć, że komuś coś udowadniają – tak naprawdę jednak potwierdzają tylko, że myślą tak jak myślą.

Co ciekawe jednak – nie spotkałem ani jednej recenzji, która mówiłaby, że film Krauzego jest genialny. Pozytywne opinie uwypuklają mankamenty, których jest sporo. Nieidealna gra aktorska, kilka niepotrzebnych, nic niewnoszących wątków. Te negatywne zaś pełne są pogardy, ironii i śmiechu. Ciekawa różnica. Pozytywne komentarze o filmie potwierdzają, że nie był to film zachwycający. Podkreślają jednak, że był to film potrzebny.

Mamy do czynienia z realną, nieporywającą fabułą, w którą owinięte jest coś o wiele ważniejszego. Zainteresowani mogą bowiem z filmu wyczytać większość informacji związanych z wątpliwościami dotyczącymi wypadku i śledztwa. Ponieważ dzielimy społeczeństwo na tych, którzy wierzą, że komisja Millera odnalazła prawdziwą przyczynę śmierci 96 osób z pokładu Tupolewa, i na tych, którzy mają wątpliwości, film prezentuje zestawienie wątpliwości tych drugich. Czyli łączy w całość wszystko, co do tej pory było rozproszone. Czego można się było dowiedzieć z rozmów z przedstawicielami „sekty smoleńskiej” albo z konferencji zespołu parlamentarnego Macierewicza. Do tego dochodzi wątek serii samobójstw i nieszczęśliwych wypadków ludzi związanych w jakiś sposób ze sprawą smoleńską. Film zatem nie jest tylko prostą fabułą ze średnią grą aktorską, ale jest autentycznym, dobrym źródłem poznania części faktów zagłuszanych wcześniej przez media mainstreamowe i partie rządzące, oraz sposobu myślenia tych, którzy wybuchu na pokładzie Tupolewa nie wykluczają.

Krauze powiedział, że chciałby, aby jego film łączył ludzi i zakończył konflikt między Polakami. Nie wiem, czy taka była jego prawdziwa intencja, jednak z pewnością się tak nie stanie. Przeciwnicy brania w ogóle pod uwagę możliwości zamachu świetnie się sprawdzają w atakowaniu samego filmu, jego reżysera, scenarzystów, aktorów i w ogóle „sekty smoleńskiej”. Ale to dobrze. Dlaczego dobrze? Bo Smoleńsk jest tylko preludium. Film będący zestawieniem nieuwypuklanych faktów i wątpliwości jest wstępem do tego, co teraz nastąpi. Proszę zwrócić uwagę na to, że w niecały tydzień po kinowej premierze filmu „Smoleńsk” po raz pierwszy wystąpiła sejmowa podkomisja Berczyńskiego, przedstawiając nowe ustalenia dotyczące smoleńskiego śledztwa.

Wejście filmu do kin podgrzało atmosferę. Ci, którzy go widzieli, jak i ci, którzy tylko słyszeli lub czytali o nim, otrzymali odgrzaną potrawę, która od dawna leżała zimna i zapomniana. Nagle o katastrofie smoleńskiej zrobiło się ponownie głośno. Co więcej – wszyscy dostali jako wstępniak kumulację wszystkiego, czego dotychczas się domyślano. Teraz wreszcie społeczeństwo jest gotowe, by wysłuchać, co podkomisja ma nowego do powiedzenia. Gdyby nie „Smoleńsk”, zainteresowanie tematem byłoby znikome. A tak, można mieć nadzieję, że więcej ludzi zechce słuchać.

Podkomisja Berczyńskiego przyniosła ciekawe informacje. Odczytano dotychczas nieosiągalne ostatnie sekundy nagrań czarnych skrzynek, udowodniono z całą pewnością, że generała Błasika nie było w kokpicie i dowiedziano się, że pan Miller, w konsultacji z Donaldem Tuskiem, próbował doprowadzić do jak największej spójności w ustaleniach własnej komisji z ustaleniami Rosjan. Te informacje są oczywiście wyśmiewane i komentowane jako nieważne, a przedstawiciele Platformy Obywatelskiej jednogłośnie twierdzą, że to wszystko cyrk i podkomisję należy zamknąć. Ale gdyby nie „Smoleńsk”, miałyby szansę przejść w ogóle bez komentarza. Tymczasem mamy rozwój sytuacji. Napięcie rośnie.

Film „Smoleńsk” jeszcze się wcale nie skończył. Za chwilę ekshumacja zwłok ofiar katastrofy. A kto wie co przyniesie przyszłość. Ja, przedstawiciel „sekty smoleńskiej”, patrzę na to z ciekawością. I jestem przekonany, że dzięki „Smoleńskowi” również ci z drugiej strony spojrzą z ciekawością.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające Donalda Tuska i Wladimira Putina po katastrofie w Smoleńsku. Źródło zdjęcia: http://kurzastopa.blog.onet.pl/tag/wladimir-putin/.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Bitwa czterech armii, nie licząc nietoperzy

Kiedy dowiedziałem się, że do kin wchodzą niemal jednocześnie „Hobbit – Bitwa pięciu armii” i „Noc w muzeum: Tajemnica grobowca”, byłem przekonany, że – po obejrzeniu dwóch pierwszych części obu tych filmów – chcę zdecydowanie iść na „Noc w muzeum”. Niestety, w jedynym dniu w którym mogłem zabrać żonę do kina, a właściwie w jedynym dniu i o jedynej godzinie, wszystkie seanse Nocy w muzeum były już za nami. Pozostała więc „Bitwa…” Poszliśmy, zobaczyliśmy i film zniesmaczył mnie i zdruzgotał tak niezmiernie, że nie mogłem powstrzymać się przed napisaniem krótkiej blogowej recenzji na jego temat. Przykro mi, Elu Wiater, że po raz kolejny nie zgadzam się kompletnie z tym, co napisałaś Ty. Oczywiście uwaga – będą spojlery i będzie ich dużo.

Film był przesadzony. To było do przewidzenia. Już po pierwszym filmie można było się tego spodziewać. Ba, można się było tego spodziewać już po tym, jak Peter Jackson ogłosił, że podzieli książkę na trzy części, by nakręcić na jej podstawie trzy filmy. Jednak, niestety, film był przesadzony – moim zdaniem – wielokrotnie bardziej niż poprzednie cząstki. Tolkien ma szczęście, że tego nie widział. Jakby miał w grobie telewizor, to by się przekręcił. Z drugiej strony podobno pretenduje do roli świętego, więc z dużym prawdopodobieństwem jest dziś w niebie. Jeśli tak, to zapewne widząc produkcję Jacksona krzyczy, jak krzyczał pewien kibic z filmu „Pierwsza Liga” (przynajmniej w tym tłumaczeniu, w jakim ja go znam): „Przynieście brezent, zasłaniamy boisko!”

LegolasPierwsza sprawa: dla przypomnienia, bitwa była pięciu armii, ponieważ w książce brało w niej udział pięć armii. Byli to, owszem, ludzie, elfy i krasnoludy (czy też elfowie i krasnoludowie, albo elfi i krasnoludzi) przeciwko armii goblinów i wargów. Zgoda, możemy ominąć argument pod tytułem „goblinów, a nie orków!” dlatego choćby, że Tolkien sam informował podobno, iż gobliny z Hobbita i orkowie z Władcy Pierścieni to właściwie to samo. Możemy, ale nie musimy, z kilku powodów. Po pierwsze czytając najpierw Hobbita, a potem Władcę pierścieni czytamy najpierw o goblinach, a potem o orkach i automatycznie wyobrażamy sobie ich inaczej, widzimy ich jako oddzielne rasy (i w tę stronę poszli też np. twórcy gier RPG, takich jak Warhammer); i ja sam wyobrażałem sobie gobliny i orki zupełnie inaczej, jeszcze na długo nim obejrzałem filmy lub choćby grałem w Warhammera. Jeśli zatem Tolkien planował stworzyć jedną rasę i w zależności od książki nazwać ją na dwa sposoby, to sam niechcący wprowadził czytelników w błąd. Po drugie zaś dlatego, że sam Jackson także odróżnił goblinów od orków. I gobliny też pojawiły się w „Bitwie pięciu armii”… jako niewiele znaczący epizod.

Zatem: możemy ominąć argument, że w oryginalnej bitwie pięciu armii brały udział gobliny, a nie orkowie. Już naprawdę nie pamiętam, czy Bolga, przywódcę goblinów, zabił Beorn, czy może raczej Kili, Fili czy ktokolwiek inny, kto nie był smukłą elfką. Pamiętam natomiast, że w książce była jeszcze armia wargów – piąta armia. Wargowie to takie duże wilki. Które oczywiście pojawiają się w filmie. Jako pojazdy orków. Bynajmniej nie jako armia. Zatem – cóż to jest za tajemnicza piąta armia, która występować miałaby w filmie? Może gigantyczne nietoperze, służące doskonale za transport powietrzny Legolasowi (który w Hobbicie nie występował i raczej nie miał zamiaru, ale to wiemy już od drugiego filmu)? A może piątą armią miałaby być druga armia orków, docierająca z jakiegoś innego miejsca? Hmmm… Może piąta armia to owa garstka goblinów rzucona nie wiadomo po co (nie pokazano nawet jak krasnoludy ją pokonują)? A może to orły były piątą armią? Owszem, w książce szala zwycięstwa przechyla się na stronę „tych dobrych” po interwencji orłów i Beorna w postaci niedźwiedzia (który jednak nie przyfrunął na orle). Ale orły nie były liczone jako piąta armia, bo nie były jedną z sił przeciwnych w konflikcie. Któż zatem stanowił ową tajemniczą piątą armię? Widzowie nie czytający uprzednio książki pewnie nadal zachodzą w głowę.

Druga sprawa: wszelkie magiczo-komiczne wstawki, których być nie powinno. Bo zwyczajnie psują odbiór. Legolas latający na wielkim nietoperzu już był wspomniany. Dalej: Legolas skaczący po kamieniach walącego się mostu jak mistrz platformówek z Pegasusa (tu muszę oddać sprawiedliwość mojej koleżance Eli) – nie sposób było nie parsknąć śmiechem, ja do tego krzyczałem „No gdzie jest jakiś nietoperz?!” Deska surfingowa z Władcy Pierścieni się nie umywa. Kolejny – to Bard z Dali. Szczególnie komiczna scena. Wielki troll atakuje dzieci Barda (a może to trolle były piątą armią?). Ma szerokie ramiona, małą głowę, tępy wyraz twarzy i za plecami coś skrywa – z pewnością była to maczuga. No toczka w toczkę troll z Harry’ego Pottera! I kiedy już czekasz aż syn Barda wyciągnie różdżkę i krzyknie „Wingardium Leviosa”, nagle Bard wskakuje na wielki wóz konny i zjeżdża na nim w dół wielkiego zbocza! Przypominają się dowcipy z Jackass, z tą różnicą, że im się nie udawało. Ale nie z Bardem te numery. Krzyczy więc tylko do dzieci, by się schowały (te bezpiecznie chowają się między kołami rozpędzonego wozu), a on sam śmiało taranuje wroga. Brawa! Jeszcze jakieś przykłady? Hmmm… Bard naprędce konstruujący kuszę, której częścią staje się jego syn, by zabić smoka? Krasnoludy ujeżdżające świnie, kozy i co tam jeszcze się nadarzy? No i niezastąpiony Radagast (w książce tylko gdzieś napomknięty), wciąż pędzący swoimi zaprzężonymi w króliki saniami, albo ujeżdżający orły…

GaladrielaTrzecia sprawa to kwestia wątku z Sauronem. Ten wątek właściwie nie miał prawa się pojawić. W Hobbicie nie było jeszcze mowy o Sauronie (jeśli już, to o jakiejś złej mocy, która właśnie się budzi). Nie było mowy o pierścieniach, poza jedynym. I wówczas on nie był jeszcze jedyny. Tymczasem mamy upiory pierścienia – a więc dziewięciu ludzi od dziewięciu pierścieni. Mamy Saurona, który – jak się okazuje – sam stanowi źrenicę tego wielkiego oka! Mamy też Galadrielę, która Gandalfa przed Sauronem ratuje (czy mi się zdaje, czy ma ona jakieś nieczyste stosunki z Gandalfem?) – skąd się wziąwszy była? A Galadriela ma na palcu pierścień. Jeden z pierścieni elfów. A skoro ma pierścień (ring), to nagle staje się dziewczynką z „Ringa”. Mówi dziwne rzeczy dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią demon. Mocą demona odgania demona – a wszelkie skojarzenia z Ewangelią wydają się tutaj wciskane na siłę, albo wyssane z palca. No bardzo mi przykro…

I, pomijając setki innych spraw, jak romans między elfką (skąd się wziąwszy) i krasnoludem – bo nie ma się kompletnie nad czym rozwodzić („Dlaczego to tak boli?” „Bo miłość była prawdziwa”. Buhuhuhu!), sprawa czwarta. Thorin, Kili i Fili, oraz czwarty krasnolud o jakimś imieniu (tak, zgadza się, Tolkien też nie przyłożył się do tego, żeby dało się ich rozróżniać) odjeżdżają z głównej bitwy, by zabić dowódcę orków. Tam walczą, walczą, walczą, pomaga im Legolas i Tauriela, Legolas właśnie tam lata i skacze, potem Kili, Fili i Thorin umierają. Owszem! Umierają! Ale nie tam! Gdzie? Po co? Na co? Czemu mieliby się w ogóle oddalać od głównej bitwy? No ale oddalają się. W książce ukazana jest śmierć Thorina. Rannego z bitwy wyciąga Beorn. Owszem, z bitwy. A nie z pojedynku z Azogiem (który już wtedy nie żył, jeśli być zgodnym z Tolkienem). Śmierć Kilego i Filego jest w Hobbicie zaś tylko wspomniana. Oczywiście, nie można było sobie tak ot uśmiercić dwóch bohaterów (choć z drugiej strony co byłoby złego w tym, że któryś z krasnoludów po bitwie powiedziałby „Kili i Fili nie żyją”) – ale po co robić z tego tyle dramaturgii?

No i po piąte! Na koniec sam Legolas dostaje od swego ojca rozkaz! Ma odnaleźć człowieka, którego ojciec był potężny. Ten człowiek zwany jest Obieżyświatem. A Legolas jego prawdziwe imię będzie musiał poznać sam. Świetnie! Chyba za pięćdziesiąt lat! Jak Obieżyświat się urodzi, bo póki co nie ma go jeszcze nawet w planach! Tak, Obieżyświat – Aragorn – choćby nie wiem jak był potężny – wciąż pozostaje tylko człowiekiem! W czasie Bitwy pięciu armii jeszcze nie istnieje! Prawdopodobnie nie istnieje jeszcze nawet jego ojciec! Trudne zadanie dostał Legolas. Taką zagwozdkę. Musi znaleźć kogoś, kto urodzi się za pięćdziesiąt lat. No to se jeszcze poszuka, hehehe. Po drodze pewnie straci gdzieś Taurielę. Bo przecież nie ma jej w filmach o Władcy Pierścieni…

TaurielaPodsumowując: Film był przepełniony taką masą kiczu i takim ogromem nadinterpretacji, a także nieścisłości, że nijak nie mogłem cieszyć się jego odbiorem. Do tego pojawiały się bezsensowne wątki, które można było w ogóle pominąć (jak ten o słudze Barda, który przebiera się za kobietę by uniknąć bitwy). Nie widziałem w tym ani krztyny radości, ani krztyny zabawy, niestety również nie mogłem w tym znaleźć odrobiny Ewangelii (w książce, dla sprawiedliwości, też nie było jej za dużo, właściwie dopiero Władca pierścieni jest nią nasączony). I nie sądzę, by wątek syna pomagającego ojcu był ewangeliczny. Jest to po prostu wątek syna pomagającego ojcu. Nie ten pierwszy i nie ostatni. Było dużo Ewangelii, a dokładniej Evangeliny. Lily. Dużo za dużo.

Ja podsumowywałem większość scen tradycyjnym facepalmem, albo powiedzonkiem: „Srali muchy będzie wiosna”. Doskonale jednak podsumował to za mnie jeden z bohaterów, ujeżdżający świnię kuzyn Thorina, kiedy spod ziemi ni stąd ni zowąd wynurzają się piaskowe robaki (a Gandalf zna ich nazwę!). Woła on wtedy „Oh, come on!”, ale na polski przetłumaczono to jako „Przesada!” I tak, to było najlepsze podsumowanie tego filmu.

______________

Sprostowanie:

Choć intuicyjne wydaje się oburzenie (moje i wielu widzów mnie podobnych) na wspomniane przeze mnie życzenie ojca Legolasa, by ten odnalazł Obieżyświata, okazuje się jednak, że w tym przypadku nie mam racji. Aragorn należał bowiem do rodu Dúnedainów, miał w sobie też krew elfów i majarów (majarem był np. Gandalf), co czyniło go długowiecznym. W chwili utworzenia drużyny pierścienia miał już około 80 lat, zatem w momencie Bitwy pięciu armii miał ponad 20. Poszukiwanie go mogło być uzasadnione. A odmowa zagrania go w Hobbicie przez Viggo Mortensena nie do końca tak mocno uzasadniona, jak chciałby tego sam zainteresowany.

To przykre, ale na dobrą sprawę występowanie Legolasa w Hobbicie też było możliwe. Moim zdaniem epizodyczne pojawienie się go, jako syna królewskiego, byłoby miłym akcentem. Niepotrzebnie uczyniono z niego postać pierwszoplanową. Ale na dobrą sprawę chronologicznie jego obecności nie da się wykluczyć.

Dziękuję tu kochanej Eli za udzielenie mi wyjaśnień. I przepraszam za niemerytoryczne błędy.

____________________________________

Wszystkie ilustracje zastosowane we wpisie są memami pobranymi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/fantasyscifi?fref=ts

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Dziesięć książek

Bardzo popularny i chętnie przekazywany na Facebooku łańcuszek dotarł i do mnie. Kiedyś mówiło się „nie przesyłam łańcuszków”, dziś nagle wszyscy się nimi dzielą, wyliczają książki, dziękują Bogu za to, co dobrego im uczynił, piszą co zrobili dobrego danego dnia albo oblewają się wiadrem zimnej wody. W porządku, Magdalena Baranowska poprosiła mnie o wypisanie dziesięciu wyjątkowych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie, więc podzielę się nimi z Wami na blogu.

Mogłoby się wydawać oczywistym, że pojawią się tu w pierwszej kolejności książki takie jak Pismo Święte, Katechizm Kościoła Katolickiego, czy Kodeks Prawa Kanonicznego. Są to oczywiście książki, które w codzienności wciąż na mnie wywierają wpływ, które sobie szczególnie cenię, które towarzyszą mi w tworzeniu bloga i w pracy katechetycznej. Nie będę jednak tutaj dziś wchodził w oczywistości, które mają znaczenie. Zajmę się raczej książkami, które w bardzo konkretny sposób wpłynęły na moje ideały, moje podejście do życia, a także na moje osobiste podejście do pisania i nadzieje na to, że pewnego dnia pewnie – miejmy taką nadzieję – coś wydam. Kolejność książek w większości „jak popadło”, a na blogu piszę bo wyjaśnienie ma znaczenie.

ono-b,pd,93351. Ono Doroty Terakowskiej. Pisałem o tej książce już w notce, w której dziękowałem mojej Żonie za zaistnienie w moim życiu i za najpiękniejsze chwile z nią spędzone. Sama treść książki pięknie przekazuje istotę aborcji, ale także decyzji podejmowanych w niełatwych warunkach przez zgwałconą dziewczynę, która zastanawia się czy urodzić poczęte w gwałcie dziecko. Powieść ta jednak nie wpłynęła na moje życie przede wszystkim za pomocą treści, lecz poprzez warunki w jakich przyszło mi ją czytać, oraz poprzez dopiski czynione ołówkiem na jej kartach. „Ono” było książką pożyczoną mi przez koleżankę ze studiów. Ona pożyczyła mi ją, bo bardzo chciała mi ją pożyczyć, ja pożyczyłem ją od niej, bo chciałem ją od niej pożyczyć, a tak naprawdę zwyczajnie było to pretekstem do rozmowy. Czytając tę książkę trafiałem na dopiski, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że ta dziewczyna, której w ogóle nie znam, jest właśnie moją przyszłą żoną i kobietą mojego życia. Czytając o jej – zaznaczonym w tekście – „mniej-więcej największym marzeniu” postanowiłem ją pokochać, choć dotychczas zamieniliśmy być może dwa słowa. Zdecydowałem się też zakupić jej kalejdoskop po tym, jak przeczytałem, że „chciałaby mieć kalejdoskop”. Ten kalejdoskop – symbolicznie – towarzyszył nam potem przez długi czas, gdy zdecydowaliśmy się odwrócić nasze życia do góry nogami, wyprowadzając się z Łodzi do Warszawy (ja dość niespodziewanie), zaręczając się, kłócąc z połową znajomych i rodziny, a po roku biorąc ślub. Po dwóch rodząc dziecko. I to wszystko przez „jedną głupią książkę” – jak napisała mi moja wtedy jeszcze nie Żona w jednym z pierwszych SMSów, który gdzieś zapisałem, żeby nie zapomnieć i zapomniałem…

ludzie-bezdomni-C,pd,1238732. Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego. Może to tylko szkolna lektura, ale okazuje się, że i lektury szkolne przeczytane w niewymuszony sposób mogą wpływać pozytywnie na życie człowieka. Podczas czytania tejże powieści zrodził się we mnie, albo tylko skrystalizował, mój ideał człowieka. Judym – lekarz, który dla dobra ogólnopojętej ludzkości, zwłaszcza zaś dla biedoty mieszkającej w czworakach, decyduje się zrezygnować z miłości swojego życia – przez wiele lat był mną, a ja byłem nim. Czytając tę książkę byłem jeszcze w związku z moją licealną narzeczoną i przeraziłem się, gdy okazało się, że Judym na koniec zrywa z Joasią, wiedząc że będzie go ona hamować w jego działaniach i zamiast pomagać potrzebującym, skupi się on na zarabianiu pieniędzy dla utrzymania rodziny. Wówczas sam żyłem ogromną miłością swojego życia i wierzyłem, że wraz ze swoją przyszłą żoną będziemy mogli wspólnie wypełniać nasze ideały, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Potem, kiedy okazało się że z danych obietnic można się wycofać, bo kogoś przygniatają ideały innej osoby, stwierdziłem, że Judym miał jednak rację. Dlatego wstąpiłem do seminarium. A że tam mi się nie powiodło, postanowiłem jednak ponownie poszukać szczęścia w miłości. Które ostatecznie znalazłem, ale poświęcenie Judyma do dziś pozostało dla mnie ogromnym ideałem. I przyznać muszę, że rzeczywiście życie w małżeństwie, a także posiadanie dzieci w znaczący sposób ogranicza możliwości „ratowania świata” tak, jak czynił to nasz bohater. Można jednak mieć ideały związane z życiem rodzinnym, a i żonę jednak taką, która ten świat ratować pomoże.

nad-niemnem-twarda,pd,108753. Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Kolejna lektura szkolna, do tego czytana w wakacje przed maturą w celu nadrobienia czytelniczych zaległości, która wbiła mi się w pamięć i zmieniła myślenie. I choć wielu narzeka na długie opisy przyrody ciągnące się stronami i przez całą książkę, mnie zajęły raczej charaktery postaci. Co nie znaczy oczywiście, że nie zwróciłem uwagi na opisy. One tam były, ale moim zdaniem nie przeszkadzały. Ba, wręcz zachwycały, we mnie osobiście wywołując raczej zauroczenie niż niechęć. Tak jak jednak wspomniałem, najistotniejsze są dla mnie postaci, a w przypadku „Nad Niemnem” jedna szczególnie mnie urzekła. Tą postacią była pani Andrzejowa Korczyńska, żona mężczyzny zmarłego w czasie powstania. Była to kobieta pogrążona w nieustającej żałobie, choć nie płakała bez przerwy i nie uprzykrzała tym samym życia innym. Ona zwyczajnie kochała swojego męża nie tylko do grobowej deski, ale i poza nią. Nawet kiedy miała okazję związać się z kimś innym, ostatecznie odrzuciła ją, by dochować wierności mężowi. Prawdą jest, że miała kłopot z synem. Że nie udało jej się go dobrze wychować. Ale tu nie pod kątem wychowania oceniam postać, lecz właśnie pod kątem miłości do współmałżonka. I tę książkę czytałem będąc jeszcze w pierwszym poważnym związku, zatem ona ustawiła mi jakiś ideał małżeństwa nie tyle do śmierci, ile poza nią.

adieu-przypadki-ksiedza-grosera-c,pd,2636814. Przypadki księdza Grosera Jana Grzegorczyka, a więc trzy tomy: „Adieu”, „Trufle” i „Cudze Pole” („Jezusa z Judenfeldu” do tej pory nie przeczytałem). Grosera poznałem jako początkujący kleryk, a może chwilę wcześniej, ale już z pewnością po moim pierwszym poważnym związku i w trakcie planowania bycia księdzem. Postacią Grosera Grzegorczyk trafił w sedno, jeśli chodzi o typ księdza, którym chciałem być. Tym samym zaczytywałem się w „Adieu”, a potem w „Truflach”, lekko – ale tylko lekko – zawodząc się „Cudzym Polem”. Podobało mi się, jak Groser wychodził do ludzi, jak dostawał od nich lanie, jak nadstawiał oba policzki ale też jak potrafił ostro i dobitnie postawić różne sprawy. Zakochałem się w scenie, w której – podczas zastępstwa na lekcji religii – jeden uczeń dla popisu zakłada sobie prezerwatywy na uszy. „Pięknie” – komentuje żarcik Groser – „Ale mama nie nauczyła cię, gdzie się to zakłada?” Pod wpływem lektury Grosera znalazłem nawet mail do Jana Grzegorczyka, autora, i przez jakiś czas ze sobą korespondowaliśmy. To też swego rodzaju przygoda mojego życia.

opowiesci-z-narnii-7owy,pd,153355. Opowieści z Narnii C.S.Lewisa. Najpierw obejrzałem pierwszy film w kinie, a potem pobiegłem do Empiku i za jedną z pierwszych skromnych Magdonaldowych pensji kupiłem cały siedmiopak. Przeczytałem szybko, choć niektóre części wydały mi się mniej ciekawe, niż pozostałe (na samym końcu stawiam czwartą – „Srebrne krzesło”). Jak już wspomniałem, książki, które wymieniam, miały nie tylko wpływ bezpośrednio na mnie i moje życie, ale i na moją, wciąż kiełkującą, twórczość. Otóż pierwszą swoją powieść zacząłem pisać jako piętnastolatek. Stworzyłem świat, postacie itp. Wydawało mi się, że jestem oryginalny. Ale potem, gdy miałem 20 lat i kupiłem sobie „Opowieści…”, odczułem szok i niedowierzanie. Okazało się bowiem, że moja niedokończona powieść była w ogromnej mierze oparta na arcydziele C.S.Lewisa. Zastanawiałem się dlaczego, jednocześnie przypominając sobie starą prawdę ludową, która głosi, że „Jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że nie pamiętasz, gdzie o tym przeczytałeś”. W moim przypadku chodziło jednak raczej o obejrzenie, a nie o przeczytanie. Jako dziecko z pewnością oglądałem filmy o Narnii powstałe o wiele wcześniej, niż najnowsze hity kinowe. Pamiętam nawet kilka scen. I to one ukształtowały moją wyobraźnię tak, że mogłem stworzyć swój własny świat. Co jednak urzekło mnie w „Opowieściach…” już po lekturze? Coś, co także planowałem zawrzeć w swojej książce – obecność Jedynego po tej i po tamtej stronie. Na naszej Ziemi i po drugiej stronie szafy. I to właśnie to sprawiło, że utworzyłem swoją teorię odnośnie światów alternatywnych: „Jeśli istnieje jakikolwiek inny niż nasz świat, nawet jeśli tylko w twojej wyobraźni, to i tak stworzył go ten sam Bóg”.

opowiesci-o-johnnym-maxwellu,pd,1763746. Opowieści o Johnnym Maxwellu Terry’ego Pratchetta – a zwłaszcza ostatnia część, czyli „Johnny i bomba”. Może zadziwiać fakt, że nie stawiam tu nic ze Świata Dysku Pratchetta, choć czytałem część pozycji i bardzo mi się podobały. A jednak bardziej zaintrygowała mnie ta młodzieżówka. Zachwyciło mnie w niej to, że każda kolejna część okazywała się ciekawsza i lepiej napisana. A najlepsza była trzecia, ponieważ traktowała o podróżach w czasie. Sam, jako fan i początkujący autor fantasy, z dużą radością przyjmuję wszystkie wątki o podróżach czasowych, zwłaszcza tych, które „mają wpływ” na rzeczywistość w innym czasie. Przy tym dotychczas byłem zwolennikiem teorii, że „co się stało, to się nie odstanie”. Jeśli zatem nawet moglibyśmy się cofnąć w czasie i wpłynąć na coś w przeszłości, to nasze aktualne życie już jest uzależnione od tego, co się wtedy wydarzyło. Można mieć wpływ, ale nic nie można zmienić. To drażniło mnie w jednej z ulubionych komedii – „Powrocie do przyszłości”. Drażniło mnie do czasu, gdy nie przeczytałem Johnny’ego. Tam paradoks zmian został wytłumaczony w nowy dla mnie, innowacyjny sposób: jako tworzenie nowych wszechświatów w zależności od tego, jakie decyzje podejmiemy. Pratchett tłumaczył to zjawisko jako dwie nogawki u spodni. Czas jest wspólny do momentu, w którym nie podejmiemy tej czy innej decyzji. Tu rozszczepia się na dwie strony, tak jak nogawki w spodniach. Johnny i przyjaciele mieli to szczęście, że dane im było przemieszczać się między tymi dwiema nogawkami, a wreszcie odkryli jak stworzyć kolejną, najlepszą ze wszystkich… I ta właśnie książka otworzyła moje oczy na możliwość innego spojrzenia na podróże w czasie.

harry-potter-i-wiezien-azkabanu-f,pd,3496747. Harry Potter J.K.Rowling. Książka dla dzieci, może dla młodzieży – zgoda. Może i dla niektórych ma to coś wspólnego z siłami zła, diabłem itp. Bo magia, czary, bo charakter postaci niedookreślony, bo główny bohater nie jest krystalicznie czysty. Nawet tworzy się anty-potterowe książki (Anhar i Alhar), a o Harry’ego Pottera pyta się na tzw. spowiedziach furtkowych. Dla mnie jednak to książka nie tylko o magii, ale też o prawdziwej przyjaźni i o matczynej miłości. Ale jeśli miałbym powiedzieć, że dlatego umieszczam ją na liście „top ten”, mijałbym się z prawdą. W Harrym ponownie uwiodły mnie charaktery postaci. Cudownie zarysowani, niejednoznaczni bohaterowie, żaden z nich nie jest krystaliczny, żaden nie jest bezproblemowy. Ale najbardziej zakochałem się w wyważeniu charakterów niektórych Hogwardzkich nauczycieli, zwłaszcza tej dwójki, u której zawsze panuje posłuch na lekcji: Severusa Snape’a i Minerwy McGonagall. Oboje mają swoje sposoby na bycie nauczycielami, którzy potrafią wiedzę przekazać, jednocześnie mając czas lekcji dla siebie, ponieważ niewielu uczniom przychodzi do głowy, by im przeszkadzać. Łatwiej jest być z pewnością Snapem, który wykorzystuje swój czarny charakter do straszenia i szantażowania uczniów, choć w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. Dużo trudniej jest osiągnąć poziom pani McGonagall, która swą powagą i nieprzejednaną miną zdobywa zainteresowanie uczniów, ale jednocześnie jest dobroduszna i bardzo troskliwa. J.K.Rowling potrafiła bezbłędnie przedstawić złożony charakter obu tych postaci. Ostatnio kolega zaproponował mi jednak, że może powinienem spróbować być Hagridem. Muszę rozważyć tę propozycję.

metro-2033,pd,2117888. Metro 2033 Dmitrija Gluchowskiego. I tym razem nie chodzi tylko o podstawową powieść, początek całej serii, ale właśnie o serię – o uniwersum. Owszem, „podstawka” jest całkiem niezła, dobrze się ją czyta, a pozostałych książek (oprócz „Pitera”) dotychczas nie przeczytałem. Na wyobraźnię działa mi jednak wizja autorów z całego świata (już nie tylko Rosjanie, ale i Brytyjczycy, Włosi, Ukraińcy, a ostatnio Polacy) piszących powieści mieszczące się w ramach spójnego, wyimaginowanego świata. Gluchowski przyjął rolę koordynatora całości, jako inicjator, a świat i tak żyje własnym życiem, prowadzony przez pisarzy. Zafascynował mnie rozmach z jakim to wszystko się dzieje. Sam bowiem tworzę świat fantasy, który ma rozkwitać podlewany nie tylko przeze mnie, ale i przez czytelników, którzy stają się współautorami. Pragnę, by powieści oparte na wymyślonym przeze mnie świecie rozchodziły się w świat, pisane nie tylko przeze mnie. Metro 2033 i całe jego uniwersum pomaga mi wierzyć, że spełnienie tego marzenia jest możliwe.

wilk-k,pd,3634029. Wilk Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepsza książka, której nigdy nie przeczytałem. Choć tak naprawdę nie wiem, czy najlepsza. Wygląda to na coś w rodzaju „Zmierzchu”, choć pisane przez Polkę dzieje się w Ameryce, bohaterka ma amerykańskie nazwisko, a cała rzecz opowiada – chyba – o wilkołakach. No toczka w toczkę „Zmierzch”. Szkoda, że książka o Belli Swan została wydana w 2007 roku, a „Wilk” w 2006. Choć „Zmierzch” w oryginale można było przeczytać już w 2005. Ale podobno Katarzyna Berenika Miszczuk napisała swoją powieść jak miała 15 lat, trzy lata wcześniej, niż została wydana. I tak możemy się kłócić, co było pierwsze: jajko czy kura. Ale nie będziemy, bo musimy zrozumieć, dlaczego wybrałem akurat książkę, której nie znam. Ponieważ pewnego dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy o moich pisarskich ambicjach. I ona opowiedziała mi o swojej koleżance z liceum, która w wieku 15 lat napisała powieść, a potem z pomocą nauczycielki języka polskiego ją wydała. Tą koleżanką była oczywiście Katarzyna Berenika Miszczuk. I odkąd usłyszałem o jej sukcesie, nagle zaistniała w moim życiu. Kiedy wszedłem do księgarnio-kiosku, na stojaku zobaczyłem książkę p. Miszczuk. Kolejną ujrzałem, wcale nie schowaną, w Matrasie. Aż wreszcie pewnego dnia, wchodząc do Empiku, wpadłem na nową pozycję Bereniki wystawioną przy głównym wejściu! Polubiłem zatem profil facebookowy autorki i zacząłem śledzić jej perypetie. A to związane jest moim marzeniem wydania książki, a może i całego wszechświata, Katarzyna Berenika Miszczuk jest zaś dla mnie żywym dowodem na to, że to wcale nie musi być takie trudne.

schold10. Schold Mateusza Gajka. To może się wydać dziwne, ale to ja jestem Mateusz Gajek. Schold zaś to moja książka. Oczywiście, ta sama, którą zacząłem pisać mając 15 lat. Potem zacząłem od nowa. Za rok skończę 30 lat i minie 15 lat odkąd piszę książkę. Tak, zgadza się. Jest to książka, która nie istnieje. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie zaistnieje. Co więcej – to nie znaczy, że nie może ona należeć do dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. To jest książka, która jest moją powstającą wciąż nadzieją na to, że mam szansę pewnego dnia ją skończyć, a potem być może również wydać, jak Berenika swojego Wilka. To historia o chłopcu, który wraz z przyjaciółmi i rodzeństwem przechodzi do innego świata, jak dzieci w Opowieściach z Narnii. Tam również przenosi się w czasie, jak Johnny Maxwell. I przeżywa liczne przygody, z pewnością ocierające się o Harry’ego Pottera. Czy o niewymienionego tu, a tak ważnego Władcę Pierścieni. To moja powieść, którą – mam nadzieję – kiedyś dane Wam będzie przeczytać. A póki co zapraszam na mój portal „Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy”, na którym powstaje fantastyczne uniwersum, jak w Metrze 2033. „Schold” zaś ma być częścią tego uniwersum. Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak mam nadzieję, że się skończy.

Dziękuję jeszcze raz za nominację. Do wymienienia (i być może opisania) 10 książek, które wpłynęły na Wasze życie zapraszam wszelkich blogerów, czytelników (w komentarzach można wymieniać), a zwłaszcza Cytrynnę i Lolinkę. Wiem, że Lolinka była już nominowana, ale póki co się odwołała. Nie pamiętam, czy Cytrynna wymieniała. Jeśli nie, to chętnie przeczytam.

____________________________________

Ilustracje 1-9 przedstawiające okładki poszczególnych opisanych książek zostały pobrane ze strony księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl

Ilustracja numer 10, autorstwa Michała Śmiałka jest rysunkiem stworzonym dla potrzeb książki „Schold” jeszcze w czasach licealnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że ta właśnie ilustracja będzie zdobić okładkę powieści, kiedy ją skończę i spróbuję wydać.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 komentarze

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Gorąco polecam

Oprócz tego, że nie jaram trawy, jestem bardzo podobny do bohatera filmu. Mam podobne poczucie humoru, nieco rubaszne, jestem zbyt beztroski i olewczy, za mało się przykładam, a jak rodziło się moje pierwsze dziecko, to nie miałem pracy. Ja również nie używam prezerwatyw, podobnie jak Ben z „Wpadki” :). Tyle tylko, że ja nie miałem wpadki, bo nie zamierzałem mieszać się w te sprawy przed ślubem. To jednak nie ma znaczenia, tu niniejszym bowiem polecam niezwykle gorąco film „Wpadka” Judd Apatowa.

wpadka

„Co?” – zdziwią się ci z Was, którzy filmu nie widzieli. „Jak facet może na katolickim blogu polecać komedię o seksie”. Zważywszy, że jakiś czas temu ostro pojechałem po American Pie. Ci jednak, którzy film widzieli, nie mają się chyba co dziwić. Film opowiada bowiem o beztroskim chłopaku, który źle rozumiejąc polecenie swojej koleżanki nie zakłada prezerwatywy, w efekcie czego koleżanka zachodzi w ciążę. Przez cały film oni kłócą się, godzą, przewija się wątek jej siostry, która ma męża i dzieci, która nie do końca jest szczęśliwa, ale ostatecznie w małżeństwie jest im jednak dobrze. Chłopak uczy się stopniowo bycia ojcem, ostatecznie czyta poradniki i pomaga swojej ukochanej przyjąć poród. Rezygnuje z wyjścia z kumplami na imprezę, bo czyta, a dzięki temu jest w domu, gdy ona dzwoni, by go poinformować o tym, że poród się zaczął.

Co mnie zachwyciło i wzruszyło jednak, to sposób ukazania porodu w komedii o seksie. Dotychczas wyglądało to zazwyczaj tak, że matce odchodzą wody, więc na złamanie karku wszyscy pędzą do szpitala potrącając przechodniów, ona ryczy że umrze, wyzywa męża, który wtyka jej kamerę między nogi, a potem dziecko pożera wszystkich… Tutaj było to pokazane tak, że zatkało mnie z wrażenia. Dziewczyna dostaje skurczy. Dzwoni po chłopaka. On zastaje ją w wannie, relaksującą się, ze skurczami co 7 minut. Przerwy między nimi wykorzystuje, by dodzwonić się do jej lekarza, potem informuje ją (na podstawie przeczytanych podręczników), że wody jej nie odeszły, bo miałaby w wannie krwistą wydzielinę i że skurcze powinny być co 4 minuty gdy wszystko będzie się zbliżać do końca. Ze spokojem stwierdza, że doktor wyjechał, ale nie należy się przejmować, będzie ktoś inny. Przyjeżdżają na porodówkę bez paniki, dostają położnika, przychodzi inny lekarz. I tu – kolejne zaskoczenie – dziewczyna stwierdza, że chce rodzić naturalnie, bez znieczulenia. W USA bez znieczulenia! Kiedy oglądamy programy porodowe na TLC widzimy położne wyśmiewające te głupie baby, które chcą rodzić bez znieczulenia. A tutaj proszę… Niestety, poród się nieco komplikuje, więc doktor postanawia przebić worek owodniowy i przyspieszyć poród, a przy okazji znieczulić rodzącą. Rodząca odmawia znieczulenia (!) i wchodzi w pyskówkę z doktorem, który odmawia wzięcia udziału w tym procederze. Wówczas to Ben wyprowadza doktora na korytarz i prosi go, że jeśli musi, niech wyżywa się na nim, ale matkę niech zostawi w spokoju, niech pozwoli jej urodzić tak, jak ona tego pragnie. Lekarz próbuje jeszcze chłopaka przegadać, ale ostatecznie nawiązują więź i postanawiają zacząć od nowa.

Nagle na salę porodową wparowuje siostra doświadczeńsza z mężem, a mąż z kamerą. Super, zabawa, poród. Szkoda, że zerwali się z dziećmi z wyprawy do Legolandu. Mnie przychodzi do głowy i na język tylko coś w rodzaju: „A co oni tu robią? No wypi…!” Ale nic, fajnie jest. Pierwszy zostaje wyproszony mąż z kamerą, ale siostra zostaje i każe Benowi wyjść, ona bowiem przejmuje kontrolę od tego momentu. Ben znów prosi przyszłą szwagierkę na korytarz i tu spokojnie tłumaczy jej, że jego miejsce jest przy rodzącej i on tam zostaje, sam, a ona może iść do pomieszczenia z automatem do coli. Kobieta odpowiada, że nie on o tym decyduje, ale on udowadnia jej, że się myli, każąc jej dosłownie „Get the fuck out of here”. Czyli dokładnie to, co ja sobie pomyślałem. Wraca do sali, a siostra dociera do męża i stwierdza, zszokowana: „Wygonił mnie. To chyba dobrze. Zaczynam go lubić”.

Zaczyna się ostatnia faza porodu, ból jest coraz większy i dziewczę życzy sobie, by ją znieczulono. Ponieważ kilka poprzednich scen (np. ta z wanną i z wyganianiem siostry) utwierdziło mnie w przekonaniu, o co chodzi w filmie, wiedziałem co nastąpi i skomentowałem: „Za późno”. Co więcej, wiedziony intuicją spodziewałem się nawet, że ona w końcu poprosi o to znieczulenie. I tak było, a doktor powiedział, że już za późno! I ochrzanił ją jeszcze, że „Rodzi pani tak, jak chciała”. Ben był obok, wcale NIE PATRZYŁ dziewczynie w twarz, a jak było trzeba, to nawet gapił się bezpośrednio w jej krocze! Oglądali wspólnie główkę dziecka (ona w lusterku), a potem już było po wszystkim. Wielka radość z narodzin córeczki. Ben cudownym ojcem, poród tak prawdziwy, że głowa mała! Nawet dziecko wyszło umazane…

Allison, czyli matka dziecka, śpi, w tym czasie ojciec trzyma noworodka na rękach (kryj się! Nadchodzą matki z rodzicielstwa bliskości!) i opowiada mu jak doszło do poczęcia. Stwierdza, rozczulając się nad swoją córką, że to, że nie założył prezerwatywy było najlepszą decyzją, jaką podjął w życiu…

Na napisach końcowych płakałem jak bóbr. Komedia o seksie, która w rzeczywistości była o prawdziwym, poważnym rodzicielstwie, o trwałości małżeństwa, o podejmowaniu decyzji raz na całe życie. Mądra. W której poród pokazano w sposób tak prawdziwy i niewyśmiany (wiem, byłem przy dwóch porodach), z twardym partnerem zamiast siostry (mamusi, babci, przyjaciółki i wszystkich innych straszliwie doświadczonych kobiet) i bez znieczulenia, że wyglądał wprost bajkowo, fantastycznie… Rubaszny chłopiec okazał się być mężczyzną. Nadal rubasznym, to prawda, ale silnym. Gdyby nie palił trawki, byłby taki jak ja ;).

To już drugi film będący z tytułu filmem o seksie, automatycznie przywodzącym na myśl American Pie czy inne świńskie perwersje, który przywalił mnie swoją głębią i niesamowicie pokazanym… brakiem seksu. Pierwszym z tych filmów był „Czterdziestoletni prawiczek”. Jego końcówka wprawiła mnie w identyczny wstrząs – gdy ona dowiaduje się, że on jest nadal prawiczkiem, postanawia… wziąć z nim ślub zanim będą uprawiać seks. Ostatecznie miesiąc miodowy z kobietą, którą kocha doprowadza go dopiero do momentu, w którym przestaje być prawiczkiem. Czyli, kurczę, wszystko jest po kolei. Czyli „Czterdziestoletni prawiczek”, a teraz „Wpadka”. Myślę, że skoro ktoś napisał książkę, którą nazwał Anhar – jako „Anty Harry” Potter, powieść antymagiczną, to „Czterdziestoletni…” i „Wpadka” powinny nazywać się „Anpaj” i „Alpaj, syn Anpaja” – jako „Anty American Pie”. Sądzę, że Amerykanie nastawiający się na kolejną durną komedię o jedzeniu kupy srodze się zawiedli. Ja też – ale pozytywnie.

Jakie było moje zdziwienie, gdy zaczynając pisać tę notkę postanowiłem uzyskać z internetu informację na temat reżysera zacnego dzieła „Wpadka”. Okazało się bowiem, że wcześniej wyreżyserował… „Czterdziestoletniego prawiczka”. Co ten facet jest, jakimś katolem, czy co?

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Stosik

Pod wrażeniem pewnego blogu recenzującego książki postanowiłem, wzorując się na zaczerpniętym stamtąd pomyśle, utworzyć swój książkowy stosik. Stosik powstał pod wpływem tegorocznych, już opisywanych rekolekcji. W jego skład wchodzi sześć książek.

Akt Małżeński znanego i lubianego (przez niektórych) kapucyna o. Ksawerego Knotza jako jedna z dwóch książek została przez nas zakupiona podczas rekolekcji, w trakcie Dnia Wspólnoty. Tym razem jest to książka o seksie i współżyciu małżeńskim widzianym z naukowego, teologicznego i biblijnego punktu widzenia. Ksawery Knotz to bodaj najpopularniejszy katolicki autor interesujący się tematyką ludzkiej seksualności – a jego bycie zakonnikiem i celibatariuszem dodaje całej sytuacji rumieńców. Zdarzyło mi się już czytać inne, późniejsze książki autora, pisane językiem łatwym, dające wiele dobrych rad i muszę przyznać, że – mimo, iż zakonnik – świetnie zna się na podejściu do małżonków i ich zbliżeń. Ta pozycja, wydana w 2001 roku nie jest tak bezpośrednia, jak inne dzieła Knotza, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o wspominanym zagadnieniu właśnie od strony naukowej. Książka szczególnie polecana w środowisku osób interesujących się współczesnym i historycznym podejściem Kościoła do ludzkiej seksualności i zmianami w tym podejściu.

Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa to pozycja która od dawna powinna była znajdować się w naszej bibliotece. Z żalem muszę przyznać, że z tego zacnego autora dotychczas czytałem jedynie „Opowieści z Narnii”. Tymczasem Lewis zajmował się nie tylko teologią dla najmłodszych (Narnia jest, jak wiemy, przesiąknięta Bogiem), lecz w sposób łatwy i ciekawy pisał też dla starszych. „Listy…” są pozycją w przewrotny sposób ukazującą naszą, ludzką słabość i sposoby, w jakie Zły jest w stanie nas złamać, jak my się mu poddajemy. Mimo siedemdziesięciu mijających lat od pierwszego wydania książka zadziwia swoją aktualnością – choć znamy swoje słabości, nic się w nas nie zmienia. Ale dzięki tej książce może będziemy w stanie trochę lepiej zrozumieć naszą ludzką naturę i zwracać się ze swoimi słabościami do Najwyższego.

Być przydatnym zawodowo nauczycielem szkoły specjalnej napisana przez Jarosława Michalskiego leżała w koszyku z tanią książką, gdy po rekolekcjach poszliśmy na zakupy na Miodową, by uzupełnić naszą biblioteczkę po minionych już rekolekcjach, na których to seria pozycji została nam polecona. „Być przydatnym…” nie znajdowała się na tej liście, jednak cena po obniżce (3,50) i fakt, że jestem nauczycielem szkoły specjalnej i pragnę być przydatnym zawodowo sprawił, że postanowiłem książkę kupić. Nie wiem jeszcze do końca, co kryje w sobie, ale sądzę, że wkrótce się przekonam.

Parami do nieba Zbigniewa Nosowskiego jest książką, której poszukiwałem ja. Jej tytuł padł w czasie rekolekcji między wierszami, ale bardzo mnie zaciekawił. Książka jest kolejnym naukowym podejściem do kwestii dawnego i aktualnego spojrzenia na małżeństwo w Kościele – w tym przypadku konkretnie na świętość małżeńską. Autor zaznacza to, co większość ludzi od dawna widzi – że w Kościele wśród świętych najwięcej jest kapłanów i osób konsekrowanych. Małżonków ze świecą szukać, zwłaszcza takich, gdzie oboje są wyniesieni na ołtarze. A jeśli w ogóle, to zazwyczaj z innych niż godne wypełnianie obowiązków małżeńskich przyczyn, np. z powodu podjęcia decyzji o wstąpieniu do klasztorów. Nosowski zauważa, że Kościół przez wieki umniejszał rolę sakramentu małżeństwa, a współżycie w nim rzeczywiście uznawał za najwyżej konieczne do prokreacji – zakazując jakby cieszenia się z niego i czerpania przyjemności. Dziś sytuacja się zmieniła, a książka wspominana jest doskonałym źródłem wiedzy na temat postępujących zmian. W dziale poświęconym współżyciu małżeńskiemu autor poleca wspomnianą wcześniej książkę o. Ksawerego Knotza, co dodatkowo potwierdza wartość owej.

Rodzice w akcji Moniki i Marcina Gajdów to z kolei pozycja poszukiwana przez moją żonę. Podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości” oddaje całą istotę książki. Dwoje znanych małżonków opisuje w niej swoje pomysły, wielokrotnie sprawdzone, jak poprzez codzienne wychowanie i bycie z dziećmi można doprowadzić je do stanu, w którym będą samodzielnymi, radzącymi sobie w życiu i odpowiedzialnymi, wierzącymi ludźmi. Naszym, rodziców, zadaniem nie jest rozpieścić nasze potomstwo i przywiązać je do siebie, lecz w odpowiedni sposób stopniowo popuszczać linę na której dzieci się trzymają, aż wreszcie w odpowiednim momencie odciąć ją i puścić latorośl na wolność. Przy tym pozornie proste, codzienne czynności, takie jak samodzielne zasypianie, jedzenie i odrabianie prac domowych, mają wspomóc dziecko w rozwoju duchowym i doprowadzić w ostateczności do zbawienia. My sami w konsekwencji zetknięcia się z tą książką przeprawiliśmy naszego trzylatka przez strumień samodzielnego zasypiania i – ku naszemu zdziwieniu – przeszedł przez to bezboleśnie. Gajdowie podkreślają też, że aby wychować dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, musimy postawić granicę naszemu małżeństwu – w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Ta granica to obszar, do którego dzieci nie mają wstępu, a w ten obszar wchodzą np. wspólne (bez potomstwa) wakacje. Olśniewająca wydała mi się myśl, że „W Kościele istnieje sakrament małżeństwa, a nie rodziny. I o tę rzeczywistość sakramentalną mamy obowiązek dbać!”

Rytuał domowy to nareszcie coś, czego z żoną bardzo pragnęliśmy oboje, co podczas rekolekcji bardzo rozpaliło nasze wyobraźnie i nadzieje na lepszą przyszłość. Oprócz „Rytuału domowego” istnieje jeszcze „Rytuał rodzinny”, ten nam się jednak bardziej spodobał graficznie. Nie wykluczamy zakupu drugiego. Podtytuł dzieła to „Rok rodziny katolickiej”, samo zaś dzieło, zaprojektowane na kształt ksiąg liturgicznych, jest instrukcją takiego właśnie liturgicznego czy paraliturgicznego przeżycia roku, a nawet wielu lat, w gronie rodziny. Znajdziemy tu prawie wszystko: propozycje modlitw rodzinnych, przeżywania Triduum Paschalnego, Bożego Narodzenia czy innych świąt, pomysły na przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów, wspaniały rachunek sumienia itp. Podział na części związane z codzienną modlitwą, sakramentami i sakramentaliami oraz obchodami roku liturgicznego jest wyraźny i bardzo dobrze pomyślany. „Rytuał domowy” może być doskonałym źródłem sposobów i pomysłów na wprowadzenie dzieci w codzienność z Panem Bogiem. Moim zdaniem to konieczna pozycja na honorowym miejscu, na półce każdej katolickiej rodziny. Tuż obok Pisma Świętego.

Tak prezentuje się stosik. O niektórych z jego pozycji jeszcze na pewno napiszę. Niektóre tylko wspomniałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Gorąco polecam zaś uzupełnianie Waszych chrześcijańskich bibliotek także o podobne, niekoniecznie te książki. Ważne jest oczywiście również, żeby się na półkach nie kurzyły, lecz żeby były w codziennym użytku.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Carcassonne

Wprawdzie jest to niewątpliwie blog teologiczny, ale i teolog ma prawo do niezobowiązujących, ale rozwijających rozrywek. Dlatego dziś chciałem polecić Wam, mało teologicznie, genialną grę zaliczaną do gier planszowych. Ta gra nazywa się Carcassonne, w 2001 roku zdobyła zaszczytny tytuł Gry Roku, w Polsce znana jest jednak od niezbyt dawna. W rzeczywistości nie jest również typową planszówką, zamiast typowej planszy posiada raczej planszę opartą o system „zrób to sam” – czyli zbuduj sobie swoją własną planszę. Pionki również nie poruszają się po owej planszy (nie licząc dostępnego wraz z jednym z dodatków smoka), lecz raczej stoją w miejscu, obejmując w posiadanie tereny. Opiszę jednak pokrótce na czym polega rozgrywka.

Przykładowa rozgrywka w Carcassonne na 5 graczy, z dodatkami "Karczmy i Katedry", "Kupcy i Budowniczowie", "Księżniczka i smok", "Wieża" oraz małymi dodatkami "Rzeka" i "Kult, oblężenie, kreatywność".


Gracze wybierają jeden z pięciu (z jednym z dodatków sześciu) kolorów pionków, ustawiają na stole kilka stosików kwadratowych żetonów i rozpoczyna się gra. Na stół trafia żeton startowy, następnie gracze po kolei dociągają ze stosików żeton i dołączają go do pierwszego na zasadzie puzzli. Żetony bowiem posiadają trzy rodzaje terenów: łąki, drogi i miasta. Poszczególne żetony zaś mogą stykać się wyłącznie powierzchnią jednakowego terenu z żetonem wcześniej położonym. Kolejnym krokiem jest zajmowanie terenów przez pionki graczy. Gracze zajmują miasta, drogi, łąki lub znajdujące się na niektórych żetonach klasztory, a zamykając je otrzymują za nie punkty. Mogą również oczywiście przejmować sobie nawzajem budowane tereny, zdobywać na nich dominujące wpływy itp. Tak gra toczy się aż do zużycia wszystkich żetonów ze stosu – wówczas podlicza się punkty za wszystkie tereny nieukończone. I tak toczy się cała gra.

Pionki pozostające w puli żółtego gracza, wraz z dużym pionkiem ("Karczmy i katedry"), świnką i zdobycznym towarem ("Kupcy i budowniczowie").


Pierwotna gra rozpoczyna się od 72 żetonów i trwa około 30 minut. Jednak po wielkim sukcesie Carcassonne jej twórcy postanowili wydać dodatek do niej, potem zaś drugi i trzeci dodatek. W efekcie w dniu dzisiejszym dostępnych jest 8 dużych dodatków, kilka mniejszych, malutkie dodatki dostępne wyłącznie z niektórymi numerami niemieckich pism o grach i ze 3 wersje gry podstawowej, które rzecz jasna można ze sobą łączyć. I tak w dodatkach pojawiają się karczmy i katedry, zwiększające wartość ukończonych dróg i miast, smok zjadający pionki graczy, wieża pozwalająca na branie wroga do niewoli, burmistrzowie zwiększający wpływy w dużych miastach, rzeki ciągnące się przez krainę Carcassonne i mnóstwo, mnóstwo innych. Każdy kolejny dodatek kusi, ale bez wątpienia jest grzechu wart. Gra bowiem, choć po zakupie czterech dodatków trwa już 2-3 godziny, jest niezwykle pasjonująca i pozwala na bardzo ciekawe spędzenie wolnego wieczoru.

Smok wędruje po polach, poluje na żeńskie klasztory... :)


Polecam grę zarówno dużym rodzinom, grupom przyjaciół (może grać w nią do 6 graczy), jak i pragnącym spędzić miły wieczór małżeństwom. Rozgrywka na dwie osoby jest równie fascynująca, jak ta na większą ilość graczy, a czasem można w mniejszym gronie zbudować o wiele ładniejsze kompozycje z żetonów. Jeśli gra się z dziećmi, odradzane są dodatki „Księżniczka i smok” oraz „Wieża”, pozbawiają one bowiem wpływów na planszy w dość nieprzyjemny sposób, doprowadzając podobno do niepotrzebnych nerwów. Moje dzieci są jeszcze za małe, żeby grać (choć G.M. uwielbia rozkładać Carcassonne jak puzzelki i szeregować ludzików, świnki, architektów wg kolorów i gatunków), ja zaś bardzo sobie cenię wędrującego po planszy, polującego na wszystkich smoka. Nawet, gdy czasem jestem zmuszony do zjedzenia samego siebie.

Polecam Carcassonne zarówno na długie zimowe wieczory, jak i na miłe wczasy w lecie.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Robin who?

W czasie pobytu w Szkocji postanowiliśmy wybrać się do kina. Ponieważ z filmów, które w miarę nas interesowały opcją był jedynie Robin Hood (reż. Ridley Scott), kupiliśmy na niego bilety. Na samych biletach zaś w tytule filmu nie zmieściły się wszystkie litery, dlatego napis głosił „Robin Hoo”. Po obejrzeniu filmu stwierdziłem zresztą, że przy odpowiedniej transliteracji ten tytuł lepiej oddaje treść. Robin who? – Jaki Robin?

Przyznam szczerze, wybrałem się do kina po lekturze recenzji Pani Eli, choć pewnie gdybym najpierw przeczytał recenzję na którą Pani Ela się powoływała, już bym się zastanowił. Z jednego z komentarzy autorki blogu „Especjalnie” pod notką wynikało, że film Scotta jest prequelem historii o Robin Hoodzie (czyli historią opowiadającą jego wcześniejsze dzieje). No cóż, jeśli tak byłoby w rzeczywistości, to gdzieś między najnowszym filmem, a większością pozostałych adaptacji legend o Robinie Król Ryszard Lwie Serce musiałby zmartwychwstawać, bo pod koniec przecież wraca z krucjaty, ułaskawia Robina i błogosławi jego małżeństwu z Lady Marion. Tymczasem, co mogłem był przeczytać wcześniej na blogu „Simon Café” (acz nie zrobiłem tego), film Scotta zaczyna się od śmierci Króla Ryszarda. Zgodnie z mało pewnymi, acz szeroko dostępnymi źródłami historycznymi (czyt. Wikipedia) oznacza to, że najnowsza produkcja o banicie z Sherwood zaczyna się w kwietniu 1199 roku (wówczas Ryszard ginie we Francji), podczas gdy pozostałe kończą się w 1194, kiedy to Ryszard wraca do kraju z krucjaty, odbiera władzę niesubordynowanemu bratu Janowi (wówczas jeszcze księciu Janowi) bez Ziemi – i zgodnie z legendą przywraca Robina do łask.

Oczywiście w tej sytuacji nie może być mowy o prequelu. Znajdujemy tu za to piękny materiał na sequel. Oto po powrocie króla do kraju Robin, już wolny, przyłącza się do wojska jako jeden z dowódców („znaj łaskę pana”), uczestniczy w śmierci władcy i dostarcza koronę do nowego właściciela. Towarzyszy mu w tym jego wierny kompan Mały Jan. Niestety, ponieważ królem zostaje ich wróg – Jan bez Ziemi – muszą ponownie ukrywać się w lesie. Byłby z tego wspaniały sequel, tylko mamy kilka znaczących braków:

1. Robin i Mały Jan poznają się dopiero tuż przed śmiercią Ryszarda Lwie Serce, a nie są kumplami z lasu.
2. Lady Marion nie na Robina czeka z obiadem, tylko na kogoś innego (kto umiera, pozostawiając ją w stanie wdowieńskim).
3. Nikt, prócz niewidomego starca (w tym przypadku teść Marion!), nie zna w ogóle Robina z Locksley – a i on kojarzy go jako dziecko.

Tak więc nie jest to w żadnym wypadku ani prequel, ani sequel do historii o Robin Hoodzie, lecz umieszczona 5 lat później historia alternatywna. Bohaterowie mają tak samo na imię, ale nie są tymi samymi bohaterami. Nie mają tych samych celów, nie mają tych samych zadań i nie pełnią tych samych ról. Po obejrzeniu filmu przyszły mi więc do głowy wszelkie opowieści w stylu „Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka”, albo wręcz film pt. „Młody Einstein” (reż. Yahoo Serious), gdzie Einstein wychowuje się w Tasmanii, skąd jedzie do Europy, by ożenić się z Marią Curie (oczywiście wychowaną w domu swoich rodziców, państwa Curie). Albo „Bękarty wojny”, gdzie Hitler ginie w kinie. Albo jeszcze coś. I naprawdę nie docierają do mnie argumenty, że przecież jak ktoś jest inteligentny, to skupi się na przesłaniu, bo wie, że „było inaczej”. Amerykanie, ale również duża część innych społeczeństw, wcale nie wie. I być może Robin Hood to tylko postać legendarna. Ale postać legendarna osadzona w jakichś realiach. To, że Janosik jest postacią legendarną nie daje nam podstaw, by kazać mu robić rozbój w XXI wieku…

I właśnie wszelkie tego typu porażkowe zapędy Amerykanów do manipulowania wszystkim, co tylko możliwe, by było ciekawie, sprawiają, że nijak nie mogłem się skupić na mężczyznach w nocy obsiewających pola… Filmu nie polecam.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…

UWAGA! Niniejsza notka przeznaczona jest jedynie dla osób które przeczytały Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, zawiera bowiem treści mogące zdradzić czytelnikom fabułę i rozwiązanie całej książki.

Właśnie wyszedłem z kina obejrzawszy Kod da Vinci by mieć pełen ogląd sprawy i pognałem do pierwszej lepszej kafejki by móc o tym napisać. Spodziewam się że wielu z Was oczekuje ode mnie już od dość dawna wypowiedzi na temat twórczości Dana Browna i oto wreszcie jestem w stanie Was zadowolić. Przeczytałem bowiem powieść jakiś tydzień do dwóch temu, a dziś zobaczyłem film.

Tytuł mojej notki może Was trochę zdziwić. „Ojciec Augustyn w obkęciach Kodu”… Już spieszę z wyjaśnianiem. Otóż św. Augustyn to postać której imię nie pojawia się ni razu w samej powieści, a mój dawny profesor uczący nas patrologii twierdził wręcz, że Brown dla oddania tego co chciał przekazać umyślnie pominął w ogóle temat istnienia Ojców Kościoła. Fakt – czytając książkę na określenie „Ojcowie Kościoła” natknąłem się raz. Byli oni opisani jako jedni z tych, którzy próbowali zatrzeć „prawdę”, obok cesarza Konstantyna, na temat Jezusa Chrystusa. Skąd więc tytuł notki? Otóż na mojej tablicy korkowej wiszą różne obrazki przedstawiające świętych, Augustyna między innymi. Ten też obrazek posłużył mi jako zakładka do książki, nie miałem bowiem nic innego pod ręką. Stąd też pomysł na ironiczny tytuł – Kod, który pochłania. pożera nauczanie Kościoła ;).

Ale do rzeczy, do rzeczy Przyjaciele! Cóż jest takiego w tej książce, ale tak na serio, co sprawia, że trafiła do Indeksu Ksiąg Zakazanych, a film jest bojkotowany przez fanatycznych (błagam, nie róbcie mi wymówek, ale rzeczywiście uważam ich za fanatyków) chrześcijan? Otóż mamy tam pracórkę Jezusa Chrystusa, przebiegłego naukowca mającego świra na punkcie kobiecej świętości, starszego naukowca mającego świra na punkcie Kościoła i kilku panów z Opus Dei, którzy zamieszali się przypadkowo w coś w co wcale nie chcieli się zamieszać. Mamy średniej klasy (nie zawaham się użyć tych słów) kryminał, który w tle ukazuje jakiś wstręt, powiedzmy, autora w stosunku do Kościoła. Ale czy rzeczywiście? Otóż w książce mamy dwie postacie będące przeciwnikami tego co głosi Kościół: Roberta Langdona, który jednak mocno opowiada się za tym, że wiara umacnia i dobrze jest w coś wierzyć, oraz jego brytyjskiego przyjaciela, który – zauważcie! – okazuje się w końcu być postacią złą i podstępną do szpiku kości, równocześnie niesłusznie oskarżającą niektórych członków Kościoła o przestępstwa których się nie dopuścili. Dalej mamy kilku ludzi z Opus Dei – biskupa próbującego w, jak mu się wydaje, jedyny sposób ratować przed zagładą powierzone mu owieczki; który nieświadomie, jak się pod koniec okazuje, trwa w całej akcji jako ten, który popycha szachy; i jego przyjaciel, w głębi duszy też dobry i poczciwy, lecz nieco zwariowany mnich albinos – Sylas. Obaj oni są przez całą książkę pokazani jako źli ludzie złego Kościoła, ale tylko po to, by zwiększyć napięcie panujące w powieści. Bo przecież na koniec okazują się być zupełnie niewinni. I aż szkoda Sylasa, który umiera ratując ukochanego biskupa. Podobnie ma się rzecz jeśli chodzi o nieustraszonego Bezu Fache – mamy odnosić wrażenie, że on, jako człowiek Kościoła, ma za zadanie zniszczyć Langdona. Na koniec okazuje się, że facet po prostu popełnił nieszczęśliwą pomyłkę…

No dobrze, rozwiązaliśmy sprawę obiekcji pana Browna względem Kościoła (więc teoretycznie mamy za sobą połowę sprawy, a mnie zostało 15 minut…). Są jednak jeszcze poważniejsze zarzuty – nie wobec Kościoła TERAZ, lecz w ciągu wieków. Zacznijmy od wspomnianego w książce Soboru w Nicei. Otóż rzeczywiście, został on zwołany za pozwoleniem cesarza Konstantyna krótko po wydaniu przez niego edyktu tolerancyjnego. Ale nie myślano na nim W OGÓLE o ustalaniu kanonu Pisma Świętego. Nie widziano potrzeby odrzucania jakichkolwiek Ewangelii. Dlaczego? Ponieważ Kościół na całym świecie czytał do tego czasu TYLKO cztery Ewangelie, listy Pawła i innych Apostołów oraz Apokalipsę Jana i Dzieje Apostolskie. Kościół w Jerozolimie, Rzymie, Atenach i Egipcie odrzucił inne Ewangelie już dawno. Zresztą – nawet jeśli w tym samym czasie napisano jakiekolwiek inne Ewangelie poza znanymi Czterema, odrzucono je jednomyślnie i, uwaga!, bez konsultacji między sobą. W Nicei zajęto się głównie uznaniem prawdziwego Bóstwa Crystusa – nie że wątpiono w Nie wcześniej. Chodziło o ustalenie, czy jest On cały Bogiem i cały Człowiekiem, czy może tylko po połowie.

Dalej – Maria Magdalena i Merowingowie. Stara legenda. Merowingowie podobno rzeczywiście utrzymywali, że ich ród pochodzi od dzieci Marii Magdaleny i Crystusa. Ten sam mieli wspominani w Kodzie Wolnomularze. Brown słyszał te historie, połączył je w całość, dodał coś od siebie i podobno przeczytał jeszcze jakąś pracę magisterską na temat sztuki Leonarda da Vinci (teraz za to go pono po sądach ciągają), co przepełniło czarę. Zmieszał to wszystko i trach – powstała powieść ciekawa, nieco oburzająca (jednak naprawdę nie wiem czemu Kościół nie wpuścił filmowców do Saint Sulpice – dla mnie to co najminej dziwne), jednak nie wspaniała, takie czytadło. Brown wiedział o czym pisać, choć nie jest geniuszem i książka pozostawia wiele do życzenia. Co do Marii M. jako żony Jezusa Ch. – Jeśli nawet da Vinci cokolwiek insynuował – jakim świadkiem był on, po 1500 latach od tamtej pory. No dobra. A jakim świadkiem może być Brown, w 500 lat po śmierci Leonarda. A co by było gdyby Chrystus rzeczywiście miał żonę? Czy miałbym coś przeciwko temu? Nie. Problem tylko w tym, że jej nie miał…

No i na koniec dwa słowa o filmie. Siedziałem w kinie i nie mogłem wytrzymać. Z 10 razy myślałem czy nie wyjść w trakcie. Słuchajcie! Jeśli podobała Wam się książka, błagam Was! NIE IDŹCIE NA TEN FILM! W jego trakcie zadałem sobie jedno ważne pytanie: Czy scenarzysta i reżyser w ogóle przeczytali książkę…?

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Karol – człowiek który został papieżem

KarolByłem dziś w kinie z mamusią. Na „Karolu”. I muszę powiedzieć, że przeżyłem coś naprawdę niesamowitego. Wiecie, ja wiedziałem, że ten człowiek był kimś, ale nie miałem pojęcia, że on to wszystko przeżył! Tak, tak, już jakiś czas temu obliczyłem sobie, że należał do pokolenia Kolumbów, ale nie byłem sobie w stanie wyobrazić jak to pokolenie tak naprawdę żyło… Powiem Wam, że film, ale taki dobry film, może czasem otworzyć człowiekowi oczy na prawdę, na to, jaki ten świat rzeczywiście jest. I co mnie zatkało? To, że Karol Wojtyła żył tam, gdzie wokół trwała wojna, zło szalało. A on był niewzruszony i trwał, trwał w tym, co sobie postanowił. Trwał w miłości. Bo taka jest prawda – tylko miłością można pokonać zło. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” (Rz 12, 21). Naprawdę, film może nauczyć nas wiele, a przede wszystkim pokory. It’s a must-see.

Wiem, że moje notki są póki co bardzo chaotyczne, ale ja dopiero zaczynam. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa.” (1 Tes 5, 23)

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 komentarze