Posts Tagged With: Religia

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Świat w obłokach

9 wieczorem. Powinienem się choć trochę przygotować do lekcji, ale po dniu pełnym wzruszeń muszę coś napisać.

Pierwsze wzruszenie naszło mnie w Księgarni na Miodowej, kiedy przeglądałem książeczki pamiątkowe z okazji narodzin dziecka. Przeczytałem w jednej z nich następującą sentencję (tu przytaczam ją z innego źródła, więc brzmi nie do końca tak, jak wówczas):

Plama z pokarmu dla niemowląt na Twojej sukience, resztki ciasta w Twoich włosach… oto medale przyznawane wszystkim kochanym Mamom. Noś swój z dumą! (Christine Harris)

Kiedy to przeczytałem, zacząłem płakać tak, że sam się zdziwiłem – dlaczego płaczę? Ale zrozumiałem szybko, że wzruszył mnie fakt posiadania cudownej żony, dla której dzieci są największym skarbem, jaki jej się w życiu przydarzył. Żony i matki moich dzieci, która jest kurą domową i jest z tego dumna. Z pewnością wzruszenie spotęgował fakt, że od miesiąca siedzę sam w domu, Inka z dziećmi u dziadków, a remont mieszkania ciągnie się niemiłosiernie i raczej przekroczy miesiąc opóźnienia (tj. skończy się gdzieś w październiku). Do tego czasu żona odwiedza mnie raz na dwa tygodnie, czasem ja jeżdżę do niej. I tęsknię. Za nią, za synem, za drugim maleństwem bezpiecznie rozwijającym się w brzuszku…

Drugie wzruszenie przeżyłem chwilę później, gdy w Zapiecku jadłem pierogi. Nagle z głośników dobiegła piosenka, której, jak Boga kocham, nigdy nie słyszałem. Ale była piękna i wpadłem w zachwyt. Co za radość, że mamy internet i YouTube, dzięki czemu wystarczy wpisać dwa zapamiętane słowa tekstu i ma się tę najcudowniejszą piosenkę na świecie. Teraz jej słucham i szukam tej wersji, która przystaje. Ta chyba jest najbardziej pasująca, bo tamta miała z pewnością rozwinięty chórek żeński:

Piękny dzień, pełen wzruszeń i tęsknoty. I ta praca w szkole specjalnej. Angielski i religia. Ta religia to chyba z przypadku, ale czuję się z nią cudownie. Robię w życiu to, o czym marzyłem. A życie jeszcze przede mną. I ja zrobię doktorat, nie ma bata. Bóg nas kocha.

Tak, Bóg nas kocha.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Jezus i Mahomet

W dzisiejszych czasach, czasach pełnych tolerancji do wszystkiego i wszystkich, kiedy chrześcijaństwo stawia się na jednym poziomie z mahometanizmem, judaizmem a nawet buddyzmem, siłą rzeczy Jezusa traktuje się jako jednego z wybitnych przywódców religijnych, obok Mojżesza czy Abrahama, Mahometa, Buddy, Marcina Lutra… Mówi się: każda religia jest taka sama, niesie za sobą to samo, wszystko więc jedno w co się wierzy (z drugiej strony spróbuj powiedzieć to w jednym z krajów bliskiego wschodu). Mnie jednak, jako studenta teologii, ale przede wszystkim jako katolika, obowiązuje przekazywanie nie popularnych podań relatywistycznych, ale prawdy.

Chciałbym się skupić na różnicach, jakie istnieją między Jezusem a Mahometem. To nie będzie długi i dokładny wywód – pragnę jedynie podkreślić dlaczego to Jezusa warto słuchać raczej niż Mahometa. Mahomet, jak wiadomo, otrzymał objawienie od archanioła Gabriela. Oprócz tego podobno był w niebie ze swym koniem. To wszystko jest naprawdę bardzo ciekawe, ale ja widzę pewien brak spójności. Jezus czynił wiele rzeczy: nauczał, uzdrawiał, nawet wskrzeszał zmarłych. Spotkał się też pewnej nocy z Mojżeszem i Eliaszem, w tym czasie przemieniając się, przez co wyglądał wspanialej niż zazwyczaj. Wreszcie umarł, ale trzy dni później zmartwychwstał. Wiecie w czym widzę brak spójności? W tym, że Jezus na te wszystkie wydarzenia miał świadków, którzy mogli to potwierdzić. Świadkami uzdrowień i wskrzeszeń byli chociażby sami uzdrowieni czy wskrzeszeni, ale również uczniowie Jezusa. Za Jego przemianą na Górze Tabor przemawiają apostołowie, których wziął tej nocy ze sobą. Również po zmartwychwstaniu ukazał się wielu osobom, które z czystym sumieniem mogły to potwierdzić. A Mahometa pędzącego konno do nieba nikt nie widział. Tak, jak nikt prócz niego nie widział mówiącego doń anioła Gabriela. A więc mogło się to wydarzyć – ale mogło być równie dobrze wytworem wyobraźni założyciela muzułmaństwa.

Kolejnym problemem w istnieniu Islamu jest coś, na co już nawet Benedykt XVI zwrócił uwagę. Otóż chrześcijaństwo przynosi wypełnienie judaizmu. Wyczekiwany Mesjasz wreszcie przychodzi, wyzwala ludzi z grzechu i daje im zbawienie. A po nim przychodzi Mahomet. I żeby stworzyć nową wiarę, musi zanegować wiele z tego, co było wcześniej powiedziane. Neguje więc Bóstwo Jezusa (bo Bóg jest tylko jeden – i tym Bogiem jest Allah), neguje Jego mesjanizm, czyniąc z Niego jednego z wielu proroków. Nic z tego, że swoje objawienie opiera na przesłaniu Starego i Nowego Testamentu, skoro to, co w nich najważniejsze, postanawia odrzucić. Neguje zmartwychwstanie Jezusa, choć jest ono na kartach Ewangelii wielokrotnie poświadczone. Jeśli dokładniej przyjrzymy się trzem wielkim religiom świata, to zauważymy, że judaizm jest religią prawa, chrześcijaństwo jest religią Ewangelii, ponieważ Jezus Chrystus odrzucił suche przestrzeganie prawa jako drogę do zbawienia, zaś islam ponownie jest religią prawa, które Mahomet wprowadził, rezygnując jednocześnie z innowacji wprowadzonych przez chrześcijaństwo. W ten również sposób cofnął się jakoby do czasów przedchrześcijańskich, nie wprowadzając jednocześnie nic nowego.

Specyficzną kwestią dla Jezusa jest również to, że żaden inny przywódca religijny nie podawał się za Boga i nie potrafił tego udowodnić. On jeden używał wobec siebie słów, które do Boga się odnoszą (mówiąc o sobie np. „Ja jestem”), on też nie zaprzeczył, gdy Tomasz powiedział do Niego „Pan mój i Bóg mój”. Mahomet nie miał się za Boga – nie miał też za Boga Jezusa. Mojżesz też nigdy nie miał się za Boga, a nawet Budda, którego dziś wielu zafascynowanych dalekim wschodem europejczyków błędnie za boga uważa. Jeden Jezus mówił o sobie jak o Bogu. Podkreślał również, że kto w Niego wierzy, ten będzie zbawiony. Co więcej: podkreślał bardzo mocno, że jeśli ktoś ma możliwość uwierzenia w Niego, ale z niej nie skorzysta, ten nie będzie miał szans na zbawienie.

Dlatego też żaden szanujący się człowiek, znając choćby bardzo ogólnie przesłanie dwóch pokrótce przedstawionych tu religii, nie może powiedzieć, że to wszystko jedno, w co wierzą ludzie. Czy są chrześcijanami, czy mahometanami. Nie ma znaku równości między żadnymi dwiema religiami, a z całą stanowczością nie można go postawić między chrześcijaństwem, a jakąkolwiek inną religią. Bo poza Chrystusem nie ma zbawienia. A Mahomet mógł być oczywiście wspaniałym, charyzmatycznym głosicielem Prawdy na wschodzie. Niestety, troszkę spaprał sprawę…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze