Posts Tagged With: Rodzice

Potrzeba dzietności

Kolejna akcja społeczna wywołała burzę. Tym razem nie chodzi o ubieranie papieża w garnitur, ani o przypominanie co jest grzechem, a co nim nie jest, ale o zachętę do rodzenia dzieci. Fundacja Mamy i Taty przygotowała kampanię, w której przedstawiona jest kobieta nie posiadająca dzieci. „Zdążyłam zrobić karierę” – mówi ona – „Zdążyłam być w Paryżu. Zdążyłam kupić dom, ale… nie zdążyłam zostać mamą”. Kogo uosabia – może w sposób przesadzony – ta kobieta? Ma ona reprezentować współczesną (wciąż jeszcze) młodą, wykształconą z wielkiego miasta, która w pogoni za rozwojem, za karierą i własną satysfakcją wyłącza w ogóle myślenie o dzieciach. Nie jest pokazane, czy ma męża, czy nie, czy ma choćby chłopaka – ale pokazane jest, że nie ma dziecka, i że tego żałuje.

zdążyłam

Chybiony target?

Oburzenie wielu osób spowodowane jest, jak twierdzą, chybionym wyborem celu przez pomysłodawców kampanii. Fundacja Mamy i Taty – mówią – popełniła błąd zakładając, że powodem nieposiadania dzieci przez współczesne kobiety jest ich pogoń za karierą. Nie, ich zdaniem jest inaczej. Powodem braku dzieci jest brak odpowiednich warunków do życia. Jest polityka państwa, która nie sprzyja posiadaniu dzieci. Jest brak perspektyw finansowych dla kobiet, które rodzą przerywając pracę, czy zawieszając działalność firmy. Krytyków ogarnia zwątpienie, gdy widzą bogatą kobietę, która wszystko już ma, tylko nie zdążyła urodzić. Przecież – podobno – większość kobiet nie rodziła, bo nie ma niczego.

Zgoda, na pewno jest sporo osób, które mają problem z przeżyciem i nie są w stanie sobie pozwolić na posiadanie kolejnych osób na utrzymaniu. Jednak zwrócić należy uwagę na to, że targetem kampanii nie były wszystkie kobiety, które dotychczas nie rodziły. Była to konkretna grupa kobiet – nie tych najbiedniejszych, leczy tych, które uniknęły biedy poprzez zanurzenie się w karierze, w zarabianiu pieniędzy, w szukaniu „szczęścia” i – to już prędzej – przyjemności. Nie ma takich kobiet? O, z pewnością są. Sam znam takich dziesiątki. Kampania uderza w znaczącą część współczesnych kobiet. Takich, które kończą liceum i idą na studia. Tu poznają swojego przyszłego męża, ale biorą z nim ślub dopiero po magisterce. Potem może by i mogły mieć dziecko, ale jeszcze muszą znaleźć pracę i rozwinąć skrzydła, żeby potem mieć za co przeżyć. To nie jest „chybiony target”. To jest klasyczny, naturalny sposób spędzania życia przez ogrom kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie. Nie żyjemy może w Japonii, gdzie ludzie śpią w korporacjach, jedzą w korporacjach i umierają w korporacjach. Ale target jest jak najbardziej trafiony.

Skąd więc oburzenie?

Na pytanie „Skąd oburzenie?” należy prawdopodobnie odpowiedzieć: z poczucia bycia targetem. Albo z poczucia utożsamiania się z targetem. Oburzenie połączone z ironicznymi, pełnymi jadu komentarzami, obserwuję głównie u tych kobiet, które skończyły już studia, znalazły już pracę, mają często nawet już męża, ale nie mają jeszcze dzieci, bo „na dzieci przyjdzie czas”. To te właśnie osoby najmocniej uderzają w kampanię wspierającą wczesne macierzyństwo. Same o sobie oczywiście powiedzą, że targetem kampanii nie są. Że zwyczajnie jeszcze są tak krótko w małżeństwie, że zwyczajnie mają dopiero dwadzieścia kilka, albo trzydzieści kilka lat i jeszcze dzieci mieć nie muszą. To nie do nich ta kampania, ale jest zła i powinna się odczepić.

Widzę to oburzenie w osobach, które, być może, nie korzystają z antykoncepcji hormonalnej (a kampania miała pierwotnie odnosić się też do problemu z tym właśnie rodzajem antykoncepcji), ani w ogóle z żadnej metody antykoncepcji (choć zapytani ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają), ale żyją w sposób antykoncepcyjny. To jest – żyją tak i współżyją tak, aby dziecka nie mieć. I tu znów wchodzimy na grunt naturalnego planowania rodziny. Zgodnie nawet z nauczaniem Kościoła poczęcie dziecka można z obiektywnych przyczyn odłożyć w czasie. Wówczas można współżyć tylko w czasie niepłodnym i w ciążę nie zajść. Potrzeba jednak odróżnić odkładanie potomstwa z obiektywnych przyczyn od odrzucania go, odcinania się od niego. NPR nie jest po to, żeby nie mieć dzieci, lecz po to, by mieć je w odpowiednim czasie. A tym odpowiednim czasem często jest czas wyznaczony przez Boga i nie możemy stawiać Mu barier.

Nie wolno zachęcać?

Oburzeni często wspominają o agresji z jaką prowadzona jest kampania. Tymczasem to najczęściej oni są agresywni w swoim oburzeniu. A kampania Fundacji Mamy i Taty w spokojny, delikatny sposób przedstawia myślenie całego ogromu kobiet, które nie mogą urodzić, bo są już za stare, albo dlatego, że zatruły swój organizm antykoncepcją. Kobieta ze spotu zdaje się mówić „Ja to zrobiłam, ale nie idź moją drogą”. Ona właśnie jest naszą dobrą ciotką, albo starszą siostrą, która dziecka już nigdy nie urodzi (albo zrobi to za pomocą in vitro). Może być też kobietą, która ma jedno dziecko i żałuje, że nie urodziła więcej. Osobiście znam takie kobiety. Jedną starszą, która już nie urodzi, drugą młodszą, która jeszcze nie może, bo ma mieszkanie na kredyt. Tutaj ta starsza mówi tej młodszej: nie popełniaj mojego błędu. Też miałam mieszkanie na kredyt, ale teraz mam tylko jedno dziecko (albo nie mam go wcale). Jasne, że ta młodsza może się oburzać. Ale może też wziąć sobie do serca żal starszej koleżanki i pomyśleć, czy nie warto podjąć tego wysiłku związanego z macierzyństwem.

Każdy ma prawo podpowiadać i zachęcać do działania w zgodzie z tym, jak on sam uważa. Jeśli chce zachęcić ludzi bardziej, może zorganizować w tym celu kampanię społeczną. Na nikogo w niej nie krzyczy, nikogo nie wytyka palcem, nikogo nie wyciąga do tablicy. Pozostawia kilka zdań do rozważenia we własnym sumieniu. Ci, których sumienie coś wyrzuci, a będą starali się to przykryć, zareagują gniewem i ironią. Ci, którzy w swoim sumieniu ujrzą poważny wyrzut i przyjmą go jako część siebie, pewnie postanowią przyspieszyć decyzję o dzieciach. I sądzę, że nie trzeba aż tak mocno podminowywać akcji, która ma tylko pokazać, że warto mieć dzieci teraz. Bo „potem” może się rzeczywiście okazać za późno.

____________________________________

We wpisie zastosowano następującą ilustrację:

Zdjęcie w tle, profil Fundacji Mamy i Taty: https://www.facebook.com/FundacjaMamyiTaty?fref=ts

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Dlaczego Franciszek znów powiedział coś, czego wcale nie powiedział?

Kolejna wypowiedź papieża Franciszka, kolejne słowa które zaraz jedni przez drugich muszą tłumaczyć najróżniejsi rzecznicy Watykanu, biskupi, Frondy i Deony. Sto tysięcy interpretacji podkreślających, że papież wcale nie powiedział tego, co powiedział, albo wręcz odwrotnie – że jednak właśnie to powiedział, bo to miał na myśli i właśnie tak ma być. Jeszcze inni twierdzą zaś, że to wszystko to tylko „czepianie się słówek”, łapanie papieża za słowa, zamiast słuchania tego, co ma do powiedzenia o Ewangelii, zamiast szukania w jego słowach dobra.

Czego tak naprawdę nie powiedział Franciszek, choć właśnie to powiedział?

Tym razem rozeszło się o dyscyplinowanie dzieci. Dokładniej: o oddzielenie „bicia” od „klapsów”. O naruszanie lub nienaruszanie godności dziecka. Tym razem Terlikowski Tomasz, który zazwyczaj obrywa po słowach wypowiedzianych przez papieża (patrz: kwestia królika), zatriumfował, bo Franciszek powiedział coś po jego myśli. Oczywiście też mu się oberwało, bo papież tym akurat razem – zdaniem lewactwa – powiedział niemądrze i tak się nie godzi, a zatem jak ktoś popiera to jest zły (Terlikowski dodatkowo właściwie zawsze jest zły). Ale nie jestem Terlikowskim. I nie popieram. Oczywiście za to też mi się „dostało”.

franciszekCo dokładnie powiedział Franciszek? Oto jego słowa: „Podczas spotkania z pewnym małżeństwem usłyszałem od ojca, że czasem musi uderzyć swoje dzieci, ale nigdy nie bije w twarz żeby ich nie poniżać. Jak pięknie. On rozumie poczucie godności. Musi ukarać dzieci, ale robi to w sposób sprawiedliwy i idzie do przodu”. Tłumaczenie z włoskiego nie musi oddawać wszystkiego, tam gdzie mowa choćby o uderzaniu może chodzić na przykład o klapsy. Ze słów Franciszka wynika więc, że ojciec dziecka rozumie poczucie jego godności, ponieważ nigdy nie bije w twarz, co byłoby upokarzające. Ta wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała, ponieważ wychodzi na to, że zdaniem papieża uderzenie w inną część ciała (choćby i w pośladki) upokarzające nie jest. Zadawanie bólu w inną niż twarz część ciała ma nie odbierać godności człowiekowi.

Pozwólcie, że po raz kolejny się nie zgodzę. Otóż każde uderzenie, każdy zadany ból jest dla człowieka (nie tylko dla dziecka, ale dla niego szczególnie) upokarzający. Najczęściej nie ma znaczenia, czy bije się w twarz, czy w pośladki, w stopy czy „po łapach”. Okazuje się, że dla dziecka upokorzeniem będzie również choćby delikatne pociągnięcie go za ucho, choćby miało zostać to zrobione dla rozładowania napięcia, w żartach. Tak, niestety, ból upokarza. Jeśli zachowanie człowieka po zadaniu mu bólu zmieni się, to nie dlatego, że człowiek boi się tego bólu, lecz dlatego, że boi się wynikającego z niego upokorzenia. Ból psychiczny po dostaniu „w skórę” jest większy od niewinnego klapsa. I ojciec, o którym wspominał Franciszek, wcale nie rozumie poczucia godności swojego dziecka. Jemu się zapewne wydaje, że je rozumie, ale tak naprawdę próbuje sam siebie oszukiwać twierdząc, że upokorzenie w przypadku klapsa czy lania „na goły tyłek” nie występuje.

Dwa powody dla których dajemy lanie

Tyle właśnie jest powodów, konkretnie dwa, dla których wykorzystujemy kary cielesne, by zdyscyplinować dzieci. Oba te powody świadczą źle o nas – rodzicach – a nie o naszych dzieciach. Które, co oczywiste, bywają tak denerwujące, tak niesłuchane, że aż nie wiadomo co zrobić. Nie wypełniają poleceń, powtarzają po kilka razy czynności, które zostały już zakazane, tłuką naszą rodową porcelanę lub mimo głośnego okrzyku „STOP!” biegną wprost pod nadjeżdżający samochód. I tu następuje akcja-reakcja. Dziecko popełnia niewybaczalny (często rzeczywiście jest on nie do odpuszczenia) błąd, rodzic w nerwach reaguje klapsem (lub innym rodzajem uderzenia). Dlaczego uderzył? Bo się zdenerwował. Nie wytrzymał własnego napięcia w starciu z wielokrotnie mniejszym od niego, bardziej bezbronnym człowiekiem. O czym świadczy jego zachowanie? O braku panowania nad sobą i braku pomysłów na inne wyciągnięcie konsekwencji. Uderzenie jest w tej sytuacji de facto dowodem niedojrzałości, może tylko w tym konkretnym przypadku.

Drugi powód jest to coś, co nazywam egzekucją lub szerzej – wyrachowaniem. Rodzic z góry zakłada, że może uderzyć dziecko celem zdyscyplinowania go. Ostrzega więc nawet przed podobną konsekwencją, a jeśli dziecko nie słucha ostrzeżeń, to dostaje w tyłek. Jest to zimny, opanowany klaps wymierzony z premedytacją. Co więcej, zdarzają się też rzeczywiste egzekucje będące sposobem wymierzenia sprawiedliwości jako wyrok. Dziecko dostaje karę odroczoną w czasie (nie musi być to długi czas), nastawia swój tył i otrzymuje odliczoną liczbę uderzeń, na chłodno, bez większych emocji. Ten rodzaj wymierzania kary też świadczy źle o rodzicu. Ojciec czy matka wymierzający sprawiedliwość stają się w tym momencie oprawcami, katami, pokazującymi dziecku kto rządzi. Czy rządzi rodzic? Moim zdaniem tak. Rodzice mają władzę wynikającą z natury. Dzieci są pozbawione większości praw publicznych i dopiero muszą do nich dorosnąć. Czy jednak wykonując na dziecku egzekucję rodzic wykaże się swoją władzą? Nie. Pokaże tylko jak bardzo wyrachowany z niego drań.

Dlaczego klapsy są dobre, a bicie po twarzy nie?

Na to pytanie jest tylko jedna dobra odpowiedź: ponieważ mam takie poczucie. Ja, wykonujący tę czynność, wyprowadzający ten cios. Wydaje mi się, że godność człowieka nie jest mu odbierana przy klapsie – i papież powie „Jak pięknie”. Wydaje mi się, że godność jest mu odbierana przy uderzeniu w policzek, więc tego nie zrobię. Ale nie, moi drodzy. To czy dziecko dostanie w pośladki, czy w twarz, wynika nie z poczucia, lecz z kręgu kulturowego w którym się wychowywał. Polak który pojedzie do Włoch da dziecku w tyłek, bo tak go nauczyli. Ale jego sąsiad Włoch, człowiek o podwyższonym temperamencie, zdzieli dzieciaka w twarz. To samo zrobi Francuz. Arab na bliskim wschodzie unieruchomi swoje dziecko tak, by miał dostęp do jego stóp i zleje trzciną po nagich podeszwach. A kto inny weźmie linijkę i przyłoży nią po dłoniach – z wierzchu czy od wewnątrz. Oburzające? Odbiera godność? Dlaczego? Taki sam klaps, jak każdy, tylko wyuczony w innym kręgu kulturowym. My nie zjemy koniny, a Włosi uwielbiają. Nie zjem psa, a na Tajwanie zjedzą. Nie uderzę dziecka w twarz, ale Francuz to zrobi. I nie będzie się bawił w godność-niegodność. Dla niego to norma, jak dla nas cios w pośladek. Zatem – jeśli nie wszystkie „klapsy” są bezpieczne dla dziecięcej godności, to żaden nie jest.

Brak kar cielesnych a bezstresowe wychowanie

Falaka_punishment_in_Azerbaijani_school_in_BakuNie widzę większego sensu żeby do tego wracać, ale argument pojawia się za każdym razem. Jak nie będziesz dzieci bił, to one cię będą biły na starość. Z braku bicia wynika rozwydrzenie dzisiejszej młodzieży. Bzdura! Jeśli jestem całkowicie przeciwny biciu, to nie znaczy, że jestem przeciwny karaniu czy wyciąganiu konsekwencji. Brak bicia to nie jest bezstresowe wychowanie! Nie, nadal – jako rodzic – jestem szefem w domu, a moje dziecko mi podlega, ponieważ jeszcze jest za młode, by samo o sobie decydować. Dlatego ma wykonywać moje polecenia i respektować wydane przeze mnie zakazy. To się nie zmienia, nie jestem „bezstresowcem” w stylu „róbta, co chceta”. W przypadku niewypełniania poleceń lub innego niewłaściwego zachowania dziecko musi ponieść konsekwencje. Nie widzę tylko powodu, by miało być to bicie. Doraźnie – moim zdaniem sprawdza się podniesienie głosu (nie chcę nazywać tego krzykiem, staram się nie krzyczeć), w podbramkowych sytuacjach nadal sprawdza się karne krzesło (czy „karny jeżyk”), owszem, jako kara. Bez względu na to jak bardzo Super Niania odeszła od swojej pierwotnej koncepcji, tego typu behawiorystyczne sposoby odnoszą skutek. Karą jest też odebranie nagrody. Różnie to bywa. Nie chcę teraz się rozwodzić. Wiem jednak, że żeby ukarać człowieka, który ci w pewnym stopniu podlega, nie musisz używać rozwiązań siłowych.

Co dalej z papieżem Franciszkiem?

Papież ma prawo sobie myśleć, na co ma ochotę. Nie ma oficjalnej nauki Kościoła odnośnie stosowania kar cielesnych. Są księża odrzucający podobne propozycje i tacy, którzy tęsknią za dyscyplinką. Czy jednak – niestety powtórzę to znowu – papież powinien rzucać słowa, rozdmuchiwać je, bez wcześniejszego przemyślenia. Ma prawo do własnej opinii, jasne. Czy jednak nie jest tak, że – co wynika właśnie z urzędu, który pełni – to, co powie papież, jest uważane za autorytatywne? Czy to, że „katolicy nie muszą być jak króliki”, czy to, że papież nie będzie osądzał homoseksualistów, czy to, że klaps nie odbiera dziecku godności jest oficjalnym nauczaniem Kościoła? Nie jest. Czy zatem papież powinien wyrażać swoje własne, prywatne opinie w kwestiach jak najbardziej moralnych mając świadomość, że zostaną one przyjęte przez ludzi jako nauka „z mocą”? W ten sposób papież może mówić o piłce nożnej. O stawie z rybkami. O kremówkach. Ale nie o kwestiach moralności, nad którymi autorytet papieża ma panowanie. Jego wypowiedź zostaje bowiem zawsze przez wielu odebrana jako oficjalna wykładnia. A wydaje mi się, że Franciszek wielokrotnie nawet nie planuje wcale tego, co za chwilę wyjdzie z jego ust.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje i filmy:
1. Papież Franciszek, za: http://przedsoborowy.blogspot.com/2013/05/problem-papieza-franciszka-problem.html
2. Film ze społecznej kampanii przeprowadzonej we Francji, znaleziony dzięki Annie Golus: https://historiabiciadzieci.wordpress.com/2013/01/21/miedzypokoleniowa-sztafeta-przemocy/
3. Karanie falaką w Azerbejdżanie, za: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Falaka_punishment_in_Azerbaijani_school_in_Baku.jpg

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

Znaczy rodzina

Rzadko mi się zdarza z pasją i zainteresowaniem słuchać listu biskupów, odczytywanego zamiast kazania. Wczoraj była jednak Niedziela Świętej Rodziny, a chyba właśnie w tym dniu listy okazują się często bardzo ciekawe. Z pewnością przyczyniła się do mego odbioru również wcześniejsza rozmowa z Żoną, dotycząca właśnie rozwoju naszej rodziny. Tak czy inaczej wysłuchałem listu z radością, bujając wózek by mój czteromiesięczny syn mógł w nim spać, przytulając pięciolatka który tym razem też postanowił przysnąć i obserwując, jak moja niemal trzyletnia córka cierpliwie siedzi na swoim miejscu w towarzystwie swojej babci. I choć, zanim usnął, mój pięcioletni syn popłakiwał z jakichś sobie tylko znanych powodów, po raz pierwszy od dawna nie wywołało to we mnie zdenerwowania, lecz troskę i czułość.

świętarodzinaTen wpis byłby dobrym miejscem by odnieść się do III nadzwyczajnego synodu biskupów, choćby dlatego że w liście jest on kilkukrotnie wspominany. I ja wspomnę o nim, ale szerzej ustosunkuję się do niego w którymś z późniejszych wpisów. Ogólnie mogę tylko powiedzieć, że – tak jak i biskupi piszący do nas list na 28 grudnia 2014 – mam pozytywny odbiór wniosków w czasie synodu wysnutych, choć oczywiście mam również obiekcje. Ale ponieważ biskupi w liście ciepło się wypowiadają o synodzie, ja dziś też nie będę narzekał. Tu zaś chciałbym odnieść się do kilku fragmentów Listu Pasterskiego, które zwróciły moją szczególną uwagę.

Ojcowie synodalni, zjednoczeni z Ojcem Świętym, przypomnieli, że Ewangelia o rodzinie stanowi istotne przesłanie Kościoła. Jego nieprzerwane nauczanie przypomina, że rodzina jest miejscem poznawania wiary, dzielenia się sobą i budowania najtrwalszych relacji. Rodzina, która bierze swój początek w sakramencie małżeństwa jest ciągle dla wielu młodych największym pragnieniem życia. Bóg pragnie szczęścia człowieka i dlatego chce, aby małżonkowie obdarowali się sobą i przyjęli siebie wzajemnie w rodzinie, aby nowe życie, owoc miłości małżeńskiej, poczynało się w środowisku najbardziej mu przyjaznym” – piszą do nas biskupi. I tym, co warto tu podkreślić jest fakt, że rzeczywiście rodzina właściwa bierze swój początek z sakramentu małżeństwa. Zatem to my – małżonkowie związani sakramentalnym węzłem – stanowimy zaczyn, z którego tworzy się rodzina. Przypomnieć należy, że rodziną nazywa się małżeństwo i dzieci. I tu znów można się odnieść do tego, co napisali biskupi – że Bóg pragnie szczęścia człowieka, a zatem chce również, by nowe życie poczynało się tam, gdzie zostanie najlepiej przyjęte – a więc właśnie w sakramentalnym małżeństwie. Z czego wysnuto ten wniosek? Najpewniej z tej nadziei, która pozwala nam sądzić, iż mężczyzna i kobieta, którzy decydują się stanąć wspólnie przed ołtarzem, są świadomi swojej decyzji i przysięgi, którą wobec siebie, wobec Boga i wobec Kościoła składają. Mianowicie nie tylko, że będą się kochać i będą sobie wierni, ale też że przyjmą i po katolicku wychowają potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Dzieci poczęte w takim, świadomym i pełnym miłości małżeństwie, mogą być prawdziwie szczęśliwe.

Wiele rodzin boryka się dzisiaj z problemami niewiary swoich dzieci, zauważamy z niepokojem wzrost rozwodów i związków nieformalnych. Z tym większym przekonaniem trzeba głosić Ewangelię o rodzinie, daną wszystkim przez Boga Ojca w osobie Jezusa Chrystusa„. Zatem i biskupi mają świadomość, że współczesny świat odwodzi młodzież od wiary, a dorosłych od wierności lub od dążenia do stabilizacji w małżeństwie. Co jednak ważne, widzą nadzieję rozwoju wiary i powrotu do tego, co święte w świadectwie głoszonym przez rodziny oparte na Bogu, na sakramencie małżeństwa. To świadectwo nazywają głoszeniem Ewangelii o rodzinie, którą na ziemię przyniósł nam Jezus Chrystus, również w rodzinie wychowany. Stąd należy wysnuć wniosek, że my – małżonkowie i dzieci które mamy, ale także te, które mieć będziemy, lub możemy mieć – musimy tym mocniej ukazywać miłość i szacunek, troskę i serdeczność, a także radość jaką mamy w stosunku do siebie, im bardziej współczesny świat próbuje nas od tego odwodzić.

Jakże dziś potrzeba takich świadomych i umiejących odczytywać znaki czasów rodziców, aby nie zniszczyć niewinności dziecka, aby nie zakłócić jego naturalnego procesu dojrzewania i odkrywania siebie także na poziomie seksualnym. Konieczne jest więc wytworzenie w rodzinie atmosfery bliskości i wzajemnego zaufania. Ta atmosfera rodzi się tylko wtedy, kiedy rodzice silni łaską sakramentu małżeństwa, wsparci miłością, są darem dla siebie wzajemnie i dla dzieci„. Ten fragment szczególnie mocno mnie dotknął w obliczu tego, jak bardzo nie potrafię sobie poradzić w kontaktach z moim starszym synem, który wydaje mi się zawsze zbyt bardzo rozmarudzony, za bardzo histeryczny i denerwujący – choć przecież sam dokładnie taki byłem nie tylko w jego wieku, ale przez większość mojego życia! Biskupi mnie właśnie przypominają dzisiaj jak bardzo ważna jest bliskość w rodzinie, jak ważna jest atmosfera wzajemnego zaufania! I patrząc na mojego rozpłakanego pięciolatka mogę sobie dziś przypomnieć, że to co dla mnie wydaje się błahostką, dla niego może być konkretnym problemem. A moim zadaniem nie jest krzyczeć na niego wtedy, kiedy on płacze, żądając natychmiastowego uspokojenia się, lecz raczej właśnie próba zrozumienia jego problemu. Albo właśnie przytulenie i pokazanie, że jestem przy nim, że go kocham i chcę, by pamiętał o mojej obecności. Wierzę w to, że wyrabiając sobie takie stosunki z synem dzisiaj, będę mógł liczyć na to, że kiedy mają piętnaście lat przyjdzie do domu próbując powstrzymać łzy, trafi do mnie i zechce powiedzieć mi właśnie w czym leży jego problem. Natomiast z pewnością nie będzie miał takiego zamiaru, jeśli od najmłodszych lat nauczę go, że nie ma prawa się mazać, a jego problemy mnie nie obchodzą.

W pochylonych nad małym Jezusem Maryi i Józefie odkrywamy tajemnicę miłości rodzinnej – mieć czas na to, aby się zatrzymać, pobyć ze sobą, porozmawiać, szukać miejsc i sytuacji, które pozwolą na budowanie trwałych więzi (…). Z radością obserwujemy jak wiele rodzin stara się tak żyć, jak wiele przyjmuje z wielką otwartością nowe dziecko do swojej rodziny. Cieszy coraz większa świadomość rodziców, którzy przygotowują swoje dzieci do podejmowania odpowiedzialnych decyzji” – ten fragment przypomina mi o pięknie tych momentów, w których możemy być wszyscy razem, rodzinnie. Kiedy gdzieś jedziemy, albo gramy w gry planszowe, razem się bawimy. Ale także o tych chwilach, w których byłem tylko ja i mój syn – Syn i Ojciec. Przypomina mi o konieczności bycia z moją córką, z moim młodszym synem. O dawaniu im siebie z miłości, a nie po to, by coś osiągnąć. Co więcej – ten fragment przypomniał mi dzisiaj o powołaniu, które dał mi Bóg. O powołaniu do jakościowego, ale i ilościowego rozwoju rodziny. Tak, mieliśmy ostatnio mały kryzys. Był on spowodowany moją pracą, która zajmuje stanowczo za dużo czasu, ale i innymi czynnikami. Zastanawialiśmy się, czy mamy dość czasu dla siebie nawzajem – małżonków – czy mamy dość czasu dla każdego z trójki naszych dzieci, by móc w ogóle myśleć o posiadaniu kolejnego. Wczoraj w wyniku małżeńskiej rozmowy i dziś, po wysłuchaniu listu episkopatu, zrozumieliśmy że postępując z prawdziwą miłością i troską możemy wychować te dzieci, które już są, na dobrych, dojrzałych ludzi, a także z radością przyjmować kolejne. Dziś, po raz pierwszy od dawna, roześmialiśmy się na myśl o tym, że możemy mieć kiedyś siedmioro dzieci i poczuliśmy związane z tym rozmarzenie…

2006_rodzina04Każda rodzina potrzebuje siły duchowej, aby przeciwstawić się różnym prądom usiłującym zniszczyć jej istotę i odebrać jej radość Ewangelii. Taką siłę daje modlitwa rodzinna. To wspólne wołanie do Boga, który jest naszym Ojcem, pozwala odkryć głębię miłości złożonej w ręce ludzi. Dziś jednak nie wystarczy sama tylko modlitwa. Rodzice, wspólnoty parafialne, ruchy katolickie i stowarzyszenia muszą podejmować na bieżąco wyzwania stojące przed nami„. Wreszcie podsumowanie na koniec. Jak już wspomniałem – świat usiłuje odwieść ludzi od życia w małżeństwie, od zakładania rodzin. Od wiary i miłości. Wpędza ludzi w czysty konsumpcjonizm i utylitaryzm. Usiłuje odebrać ludziom to, co nazywamy Ewangelią rodziny, czy Ewangelią w ogóle. Naszą bronią na to jest zaś modlitwa rodzinna. Nasze codzienne spotkanie: tata który przewodzi, mama i dzieci. Ta kolejność musi być zachowana choćby przez to, że to właśnie mężczyzna został stworzony przez Boga tak, by móc pełnić rolę głowy rodziny. I jeśli ta kolejność zostanie zachwiana, wywoła to dyskomfort i nieprawidłowości rozwojowe w dzieciach. Zatem rodzina codziennie spotyka się na modlitwie i ta modlitwa jest realną metodą walki z niszczącą siłą współczesnego świata. Ale – co słusznie zauważają biskupi – nie wystarczy dziś zamknąć się w czterech ścianach i wraz z wszystkimi członkami rodziny modlić się o wybawienie świata. I tak rodzice katoliccy, parafie i wspólnoty, takie jak Domowy Kościół, muszą dziś sięgać po broń jaką jest działanie, jaką jest słowo. Dziś my, dorośli ludzie, musimy gromadzić się, by mówić i pokazywać innym co jest drogą prowadzącą do Boga, który przecież jest prawdziwą Miłością. A zatem nie tylko modlitwa, lecz także działanie, walka wręcz, o dobry świat dla naszych dzieci i dla innych ludzi. A dzięki tym dwóm rzeczom: rodzinnej modlitwie i działaniu – nasze dzieci będą w przyszłości mogły świadczyć tak, jak my dzisiaj.

Warto zapoznać się z całością niedzielnego listu. Znajduje się on tutaj: http://episkopat.pl/dokumenty/listy_pasterskie/6344.1,Glosic_z_radoscia_Ewangelie_o_rodzinie.html.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny, za: https://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Modlitwa rodzinna, za: http://www.katedra.rzeszow.pl/archiwum_old/index.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II

Jan Paweł I był papieżem, który zasiadał na tronie papieskim przez bardzo krótki okres czasu. Wybrany w czasie konklawe 26 sierpnia 1978 roku, uroczyście objął stanowisko 3 września tegoż roku, a zmarł 28 września. Jego pontyfikat trwał więc nieco ponad miesiąc, a nagła śmierć do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Albino Luciani po wyborze na papieża przyjął jednak imię Jan Paweł (na cześć swoich dwóch poprzedników – Jana XXIII i Pawła VI), a nie Jan Paweł I, tak jak i dziś będący biskupem Rzymu Franciszek nie nosi przy swym imieniu dodatku „Pierwszy”. Do imienia „Jan Paweł” dodano rzymską liczbę oznaczającą „jeden” już po jego śmierci. A zrobiono to dlatego właśnie, że jego bezpośredni następca przyjął również imię Jan Paweł, tym razem by upamiętnić swego nagle zmarłego poprzednika. Wówczas to Karol Wojtyła otrzymał numer „drugi”, a Albino Luciani – już pośmiertnie – „pierwszy”.

POPE JOHN PAUL II POPE JOHN PAUL IWydaje się logicznym stwierdzenie, że gdyby nie przedwczesna, nagła śmierć Jana Pawła I, jego następca prawdopodobnie przyjąłby zupełnie inne imię. Nie tylko zresztą to, ale również papieżem zostałby prawdopodobnie ktoś zupełnie inny. Gdyby nie niewyjaśniona do końca śmierć Albino Lucianiego, Karol Wojtyła raczej nigdy nie trafiłby na tron piotrowy, nie mielibyśmy papieża Polaka, „naszego” papieża. I, może dało się to zauważyć już, cały ten mój wywód wpisuje się idealnie we wcześniejszą tematykę dziecka śmierci. Tylko tym razem chodzi o imię.

Mamy z moją Żoną taką umowę, ku sprawiedliwości, że wybieramy imiona naszym dzieciom na zmianę. Na początku, ustaliliśmy, jeśli urodziłby się chłopak, ja nadałbym mu imię. Jeśli zaś dziewczynka – imię wybrałaby Żona. I kontynuując – imię drugiemu chłopcu wybierać miała Żona, a drugiej dziewczynce ja. Są przy tym pewne obostrzenia, jak na przykład takie, że dziecko nie może nosić imienia, którego nie nosił żaden święty patron. Albo nie może nosić imienia, które podoba się tylko jednemu z nas, a drugie go nie akceptuje. W efekcie kilka imion odpadło, ale co do większości jesteśmy w stanie się dogadać. A skoro naszym pierwszym dzieckiem jest chłopiec, to nosi imię zgodne z moim pomyślunkiem. A druga jest dziewczynka i to Żona nadała jej imiona. A potem było trzecie dziecko.

Nasz Trzeci zmarł. Zmarł na tyle wcześnie, że nie dało się określić jego płci w stu procentach, ale i na tyle późno, że lekarz zdążył wcześniej określić jego płeć z pewnym prawdopodobieństwem, graniczącym z niepewnością. Było możliwe, ale nie pewne, że Trzeci był chłopakiem. A skoro był chłopakiem, to nosił imię takie, jakie chciałaby moja Żona. Komplikacje jednak pojawiły się już w momencie nadawania tego imienia dziecku, które nawet nie mogło zostać ochrzczone. Zastanawialiśmy się, czy może nie pochować go pod imieniem innym, niż planowane. Myśleliśmy o nienadawaniu mu imienia, bo „Bóg zna jego prawdziwe imię”, ale nie dało się tego zrobić – urzędnik musiał wpisać jakieś imię, żeby zarejestrować śmierć maluszka. Zdecydowaliśmy, że najbardziej sprawiedliwe wobec niego było nadanie mu takiego imienia, jakie było zamierzone od początku. I tak oto nasz Trzeci, przedwcześnie zmarły dzieciaczek otrzymał imię Piotr Łukasz i pod tym imieniem został pochowany.

A potem pojawiło się kolejne dzieciątko, któremu też trzeba było nadać imię. Kolejna burza mózgów między nami podsunęła nam kilka pomysłów. Pierwszym było to, że jeśli będzie to chłopiec, to imię nadam mu ja, bo Trzeci nosił imię od mojej Żony. Drugą myślą było nadanie innego imienia, również wybranego przez moją Małżonkę. Ale wciąż nie skreślaliśmy imienia Piotr Łukasz z listy możliwości. Nie byliśmy jednak pewni, czy to jest dobry pomysł. Czy to jest sprawiedliwe wobec Trzeciego, który odszedł od nas przedwcześnie, ale dostał od nas imię i pod tym imieniem został pochowany. I wtedy właśnie przyszło mi do głowy to porównanie. Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II…

116Karol Wojtyła przyjął imię Jana Pawła po swoim przedwcześnie zmarłym poprzedniku. Nosił je z dumą, choć nie porównywano go nigdy do Albino Lucianiego, a on nie próbował być taki, jak tamten. Przejął imię po nim, by uczcić jego życie i śmierć. I dzięki tej sytuacji my postanowiliśmy nadać naszemu czwartemu dziecku, jeśli będzie chłopcem, imię Piotr Łukasz, takie samo, jakie nosił jego zmarły przedwcześnie brat.

Piotr Łukasz, bez dodatku „drugi”, urodził się 25 sierpnia 2014 roku. Jest chłopcem, tak jak prawdopodobnie był nim jego „poprzednik”, ten którego imię nosi. I jeśli pewnego dnia pójdziemy na cmentarz, by zapalić znicz na grobie naszego zmarłego maluszka, a Piotruś zapyta dlaczego tam jest jego nazwisko, opowiemy mu dokładnie tę samą historię. Wierzymy, że zrozumie, tak jak w tej chwili rozumie to jego pięcioletni brat.

Dziękuję wszystkim za troskę i modlitewne wsparcie, zarówno gdy zmarł nasz Trzeci, jak i gdy oczekiwaliśmy na Czwartego. Chwała Panu!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Jan Paweł I wita kardynała Karola Wojtyłę, za: http://wojdalscy.republika.pl/galeria/jp2/slides/z2634086G.html

2. Piotr Łukasz, autor zdjęcia: Maurycy Teo

Categories: Ku chwale innych, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 17 Komentarzy

Intuicyjnie o edukacji domowej

Nie ma lepszego tematu na wakacje, niż temat szkoły. Czy, w tym wypadku, ogólnie pojętej edukacji. Oczywiście to nieprawda, ale rzeczywiście wakacje są dobrym momentem na myślenie o nauce i przyszłości naszych dzieci, bo teraz jest pora odpoczynku, ale za chwilę znów zacznie się wyścig szczurów. Ten wyścig szczurów to też tak trochę z przymrużeniem oka, choć rzeczywiście sytuacja na rynku edukacji zmieniła się w ciągu ostatnich, powiedzmy dziesięciu lat, diametralnie. Dlatego pewnie różnym osobom przychodzą do głowy różne ciekawe pomysły.

Pomysłem, którym chciałbym zająć się dzisiaj, jest pomysł edukacji domowej. Spotykam się z opiniami ludzi, którzy twierdzą, że szkoła jest miejscem niebezpiecznym, w którym dzieci, zamiast zdobywać potrzebną wiedzę, są szpikowane sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem światopoglądem i dlatego należy je przed tym złem ochronić. Nie mogę nie przyznać tym ludziom racji, przynajmniej w części. Opinie tych osób sięgają jeszcze dalej: ich zdaniem najlepszym rozwiązaniem dla ich dzieci byłaby edukacja domowa, czyli pozostawienie dzieci w domu i samodzielne zajęcie się przekazaniem im wiedzy. Moja intuicja podpowiada mi jednak, że to rozwiązanie jest złe.

Po pierwsze: w szkole nadal uczą profesjonaliści. Oczywiście, nie wszyscy mają do tego dryg i nie wszyscy potrafią uczniów zainteresować, nie wszyscy również robią to w sposób profesjonalny. Są to jednak nauczyciele, po skończonych kierunkowych studiach, po przygotowaniu pedagogicznym, przygotowani do pracy nie tyle z dziećmi, ile z uczniami. Nie wszyscy zaś rodzice, którzy pragną uczyć swoje dzieci w domu, mają do tego predyspozycje czy przygotowanie. Osoby zostające z dziećmi w domu mogą mieć przy tym łatwość w poznawaniu materiału na poziomie szkoły podstawowej czy nawet gimnazjum, ale będą miały już problem z szybkim przyswojeniem sobie wiedzy z poziomu liceum ogólnokształcącego. Do tego nawet jeśli uda im się wchłonąć i nauczyć się przekazywać wystarczającą wiedzę, by dzieci miały szansę zdać maturę, to mają dzieci w różnym wieku i ciężko jest skupić się na każdym z nich indywidualnie, by posiedzieć z nim tych parę godzin dziennie, w domowych warunkach i nauczyć tego, co powinno wiedzieć.

Wywód zamieszczony powyżej to jedna rzecz. Druga to strach rodziców o ich dzieci, który powoduje, że postanawiają traktować je za pomocą edukacji domowej. Patrzą na swoje pociechy i, naturalnie, pragną ochronić je przed złem tego świata. Postanawiają więc zamknąć je w czterech ścianach, by żadna zła informacja nie wyprała im mózgu. To ma oczywiście swoje logiczne podstawy. Tak jak wspomniałem, kiedy ja kończyłem szkołę prawie 10 lat temu, edukacja wyglądała zgoła inaczej. Właściwie dopiero wchodziło wychowanie do życia w Europie (czyli prounijne), w powijakach było wychowanie do życia w rodzinie. Dziś wiedza o Unii Europejskiej jest wszędzie, dzieci uczą się segregować śmieci, nie zanieczyszczać środowiska, szkoły przymusowo wprowadzają tematykę gender, a wychowanie do życia w rodzinie przemienia się w edukację seksualną, siłą wciskaną nam przez dziewczynki – edukatorki seksualne z „Pontonu”. Do tego Halloween, desakralizacja Bożego Narodzenia, zdejmowanie krzyży ze ścian. Oczywiście, to wszystko niebezpieczne. Ale czy naszym zadaniem jest zamknąć naszym dzieciom oczy i oddzielić je od tego, co dla nich niebezpieczne? Czy może raczej jest nim przygotowanie ich do zderzenia z trudną, niebezpieczną rzeczywistością, z którą prędzej czy później i tak przyjdzie im się zderzyć?

Sam wychowywałem się wcale nie w łatwych czasach. Miałem kumpli ateistów, takich z subkultur metalowych, innych którzy upajali się tanim winem, jeszcze innych, którzy jarali trawę. Chodziłem z nimi do szkoły, witałem się na korytarzach, czasem się kłóciliśmy, czasem się wspieraliśmy. Miałem różne momenty w życiu młodzieńczym (to nadaje się na notkę numer 300, ale jeszcze trochę mi do niej brakuje). Dwa lata w życiu piłem alkohol i działo się to bynajmniej nie po skończeniu osiemnastki. Raz pobiłem się z kolegą, którzy obrażał moją narzeczoną, przez co omal nie miałem obniżonego sprawowania. Miałem wątpliwości co do wiary, co do antykoncepcji, współżycia przedmałżeńskiego, wreszcie podkradałem z kolegami-ministrantami pieniądze z tacy. Nie wychowywałem się w rodzinie ortodoksyjnie katolickiej, mimo tego podjąłem taką życiową ścieżkę, że wyrosłem na katolickiego radykała. Alkoholu nie piję odkąd skończyłem 17 lat, już niemal 11 lat nie miałem go w ustach. Miałem swój moment buntu, potem moment rozeznania. Żeby zrozumieć, że antykoncepcja jest czymś złym, podobnie jak współżycie pozamałżeńskie, musiałem przejść swój etap zainteresowania i wątpliwości dotyczących tych kwestii. Żeby stać się radykalnym i nieustępliwym, musiałem przebić się przez mur własnego „chcenia” bycia fajnym, lubianym i akceptowanym przez wszystkich. Musiałem pozwolić kilka razy obrzucić się błotem. Kiedy pewna bliska osoba powiedziała mi, pełnemu buntu, ale już wychodzącemu na swoją upatrzoną przez Boga ścieżkę, że życie jeszcze nie raz mnie kopnie w dupę, odpowiedziałem: „Nie raz mnie kopnęło i nie raz mnie kopnie. Jestem na to gotowy”.

Rodzice, którzy chcę swoje dzieci edukować w domu, moim zdaniem chcą im tę gotowość odebrać. Chcą odgrodzić ich od różnych światopoglądów, różnych wątpliwości, różnych, czasem wcale nie dobrych przeżyć. Trochę ich rozumiem, ale uważam, że to jest działanie bardzo negatywne. Człowiek w pewnym momencie bowiem potrzebuje wyrwania się, odejścia od matczynych skrzydeł i ojcowskiej gorliwości, i życia po swojemu. Człowiek w pewnym momencie musi, nadal mieszkając pod jednym dachem ze swoimi starymi, żyć wbrew nim, kumplować się ze swoimi ludźmi, niekoniecznie z tymi wybranymi przez rodziców. A to niestety wyklucza edukacja domowa. Nawet jeśli bowiem zbierzemy się w kilka rodzin i będziemy się spotykać po domach, wybierając przyjaciół swoim dzieciom, nie damy im tego, co daje im klasa pełna wszelkiego rodzaju uczniów, obojga płci i wszystkich światopoglądów. Wybierzemy im tylko „bezpiecznych”, często nudnych kumpli (nasze dzieci dla nich też będą nudne), pasujących nam światopoglądowo.

Pierwsze trzy lata dziecko powinno spędzić przy matce. Błąd popełniają kobiety, które (często z konieczności) oddają dzieci w tym wieku opiekunce, czy wożą do żłobka. Ten etap rozwoju to skrzydła mamy-kokoszki i w tym czasie dziecko musi się tulić. Później zaczynają się schody. Dlatego edukacja przedszkolna zaczyna się w wieku 3 lat i dlatego postanowiliśmy naszego synka oddać na kilka godzin dziennie do przedszkola, choć Żona siedzi w domu z córką. W wieku trzech lat zaczyna się moment oderwania, dziecko ciągnie do zabaw z rówieśnikami, dziecko zaczyna „kochać” panie przedszkolanki, a niekoniecznie tylko własną mamusię. Dziecko rozwija się w grupie, uczy się współpracy, poznaje sposoby na radzenie sobie ze swoimi problemami bez biegnącej na każdy krzyk mamusi (kiedy się pokłócić, a kiedy ustąpić). Edukacja przedszkolna daje rezultaty – a dziecko, jeśli może, nadal większość czasu spędza z rodzicami (lub z jednym z rodziców). Ale już odnajduje się w obcym środowisku, które staje się swoje. Dzieci zostawione w domu i z obawy nie puszczone do przedszkola, nie dostają tego bodźca, który daje przyjazna, choć obca pani przedszkolanka, który dają różnego temperamentu rówieśnicy. I już mogę zauważyć, patrząc na mojego syna i jego rówieśników, którzy nie poszli do przedszkola, a którzy do tej pory rozwijali się równolegle, że Gabryś nauczył się wielu rzeczy, których tamte dzieci nie znają, bo matka indywidualnie nie jest w stanie ich tego nauczyć (na przykład, o czym już wspomniałem, współistnienie w grupie rówieśniczej).

Potem zaczyna się edukacja szkolna. Jeśli dziecko ma blisko do szkoły, uczy się samodzielnie do niej docierać i z niej wracać. Uczy się też odpowiadać na pytania, zadawać pytania, wypełniać zadania, dyskutować nad słusznością twierdzeń. Sam byłem w pierwszej klasie podstawówki źródłem wielokrotnych nerwów nauczycielki, z którą próbowałem się kłócić. Dzieci uczą się dzielić czas na 45 minut lekcji i 5-10 minut przerwy. Uczą się siedzieć w ławce, kontrolować swoje potrzeby, także swoje zachcianki. Umacniają się we współpracy i współistnieniu w środowisku rówieśniczym. Mama nadal jest bardzo ważna, dzieci z wypiekami na twarzy opowiadają, co było w szkole, ale już zaczynają mieć swoje sprawy, swoje tajemnice. Swoich kolegów, wcale nie wybranych przez rodziców, których oczywiście rodzice mogą poznać, mogą zauważyć różne złe cechy i podkreślić je swojemu dziecku. Ale nie takich, którzy nie mają złych cech, bo są idealnie dobrani. Dzieci uczone w domu nie dostają tego wszystkiego. Mama jest nauczycielką, z mamą rozmawia się tak, jak się zawsze rozmawiało, do szkoły nie trzeba dochodzić, bo jest się w domu, nie ma przerw na bieganie z kolegami po podwórku czy po korytarzu, albo – o zgrozo! – na granie z nimi w PSP. Jest wiedza przekazana przez mamę i jest wychowanie dane przez mamę, ale nie ma miejsca na odseparowanie, na tajemnicę i osobiste wybory. Nie ma miejsca na odpępowienie.

Z gimnazjum jest jeszcze ciekawiej. Oczywiście, nie uważam i nigdy nie uważałem, by gimnazjum było dobrym rozwiązaniem. Sam, szczęśliwie i w ostatniej chwili uniknąłem tej przyjemności. Weźmy więc lepiej pod uwagę wiek nastoletniości i wczesnej dorosłości. To jest czas oderwania, własnych spraw, własnych wyborów, tajemnic, rzeczy przed rodzicami ukrywanych. Tak poważnych, jak próby alkoholu czy papierosów, albo tak błahych, jak wagary czy flirty z koleżankami. To jest moment kształtowania własnego życia i własnego światopoglądu, innego, choć często podobnego, do tego, który mają rodzice. Rolą rodziców w tym momencie jest wrażliwość na zmiany w życiu dziecka, obserwacja jego zachowania, elementów niepokojących, reagowanie na czas, z miłością i odpowiednim dystansem, z pozostawieniem potrzebnej przestrzeni. Rolą rodziców nie jest odseparowanie dziecka, trzymanie go przy sobie, uczenie go w czterech ścianach, bo poza domem jest niebezpiecznie. Dziecko ma prawo do własnych wyborów i złych czy dobrych, ale własnych decyzji. Zwłaszcza gdy ma jedenaście, piętnaście, osiemnaście lat. Mama i tata stoją obok, czasem ganią, czasem wspierają, ale nie są najbliższymi przyjaciółmi. Moim zdaniem edukacja domowa bardzo zaburza ten porządek rzeczy. Dlatego nie popieram podobnych rozwiązań. Bo miejsce naszego dziecka nie jest w naszym domu. I musimy w pewnym momencie odciąć tę pępowinę, którą stopniowo poluzowywaliśmy. Jeśli ciachniemy ją raz, a dobrze, nasze dziecko rozbije się, spadając z wielkiej wysokości.

Oczywiście, nadal możemy się bać. Co będzie, jeśli nasze dziecko stanie się genderowcem, albo nie daj Boże gejem czy lesbijką, bo da sobie wyprać mózg? Tak jak wspomniałem – to jest lęk uzasadniony i rodzice nadal mają za zadanie stać na straży zasad moralnych, pokazując dziecku właściwą ścieżkę i zawsze – bezwzględnie – odpowiadając na wszystkie pytania i wątpliwości (np. jak dziecko w 5 klasie zapyta, co to jest seks, nie odpowiadać, że to „płeć” po angielsku; dziecko za tydzień czy dwa dowie się, a wtedy zrozumie, że nie może na was liczyć). Ale nie mogą przy tym trzymać dziecka na smyczy i nie pozwalać dotykać tego, co trudne czy niebezpieczne.

Jeśli jednak mają wątpliwości do publicznego szkolnictwa, zawsze mogą pomyśleć o katolickim przedszkolu, czy katolickiej szkole. Tam światopogląd jest przedstawiany we właściwy sposób, a tematyki gender nie wciska się tylnymi drzwiami. Zamiast balu Halloween jest Bal Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie to Chrystus i kolędy. A dziecko nadal samo wybiera sobie przyjaciół, styka się z różnymi światopoglądami (nawet katolickie dzieci mają wątpliwości i sieją zgorszenie), ma tajemnice i podejmuje wybory. Da się pogodzić piękne z pożytecznym? Da się.

Widzę w dzisiejszym społeczeństwie wielki strach przed światem krystalizujący się na naszych dzieciach. Telewizor: maksymalnie godzina dziennie (Co? Tak dużo?); słodycze: tylko w niedzielę; przyjaciele: tylko wybrani przez rodziców; edukacja: tylko domowa; jazda samochodem: tylko w idealnie dopasowanym foteliku z nieskazitelnie zapiętymi pasami. My wychowaliśmy się w latach 80′ i 90′. Do domu wracaliśmy z kluczem na szyi, ze szkoły, która przekazywała najróżniejsze treści, po powrocie do domu włączaliśmy Telewizję Edukacyjną, MTV, a nieco później Cartoon Network (tylko po angielsku – znakomite źródło nauki języka obcego). To nie sprawiło, że staliśmy się tumanami, pozbawionymi zasad i moralności. Jedliśmy słodycze kiedy mieliśmy ochotę – to nie sprawiło, że staliśmy się nieumiarkowanymi grubasami (no, może trochę). W pierwszym samochodzie (duży Fiat) w ogóle nie miałem pasów z tyłu, a w drugim (Polonez Atu) nie było obowiązku ich zapinania. O fotelikach nikt nawet jeszcze nie mówił. Nie twierdzę, że fotelik jest złym wynalazkiem. Wręcz przeciwnie, dziś nie przyszłoby mi do głowy, by wozić dzieciaki bez fotelików. Moim jednak zdaniem najlepszym sposobem na przeżycie dziecka w samochodzie nie jest fotelik (a psa – klatka czy nosidło). Najlepszym sposobem przeżycia jest nie mieć wypadku. Ja nie miałem i przeżyłem.

To jest moje intuicyjne spojrzenie na telewizję (jeśli puszczam synowi Toy Story, to nie wyłączę po godzinie; sam bym się wściekł, jakby mi ktoś tak zrobił), jazdę samochodem, jedzenie słodyczy i edukację domową. Intuicyjne, bo niepoparte ścisłą analizą danych naukowych, statystyk i wywiadami z dziećmi, które przeszły przez edukację domową. Jednak moja intuicja podpowiada mi, by posyłać dzieci do szkoły. Choć na razie mogę sobie łóżko posłać.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy

Sanki dla bliźniąt

Dokładnie trzy lata temu, wbrew naszym planom sylwestrowym, utknęliśmy w mieście B. ze względu na nagły atak choroby naszego wówczas półrocznego Synka. Planem naszym było wrócić przed tym dniem do Warszawy, zostawić brzdąca z zaprzyjaźnioną ciocią i wyjechać na świętowanie we dwoje. Ostatecznie utkwiliśmy w środku tradycyjnego zbiegu wujostwa i kuzynostwa, w którym raczej czuliśmy się i byliśmy rzeczywiście jak piąte koło u wozu. Podczas tego Sylwestra zdarzyło nam się usłyszeć jednak zacny tekst, który do dziś jest dla mnie jednym z przewodnich haseł. Otóż jedna z nieco starszych kuzynek, która niedługo przed nami urodziła bliźniaczki, poinformowała zgromadzonych z zachwytem, że tegoż dnia na targu widziała sanki dla bliźniąt. Rzeczone sanki miały bowiem dwa siedziska i dwie barierki pod plecy, jedną za drugą.

Patrząc na dzisiejsze społeczeństwo i na wpisujące się w standardy kuzynostwo można zauważyć, że bliźnięta wielokrotnie nie mieszczą się w planach młodych rodziców i zazwyczaj spełniają rolę czegoś w rodzaju niespodziankowej ironii losu. Współcześni młodzi rodzice bowiem zazwyczaj w celu dopełnienia swego szczęścia wywołanego doskonałą karierą zawodową i w miarę udanym małżeństwem popartym egzotycznymi podróżami (et cetera) poczynają, rodzą i wychowują 1 (słownie jednego) potomka. Rzadko kiedy komukolwiek przychodzi do głowy, że w tak trudnych czasach można mieć dwójkę, a już nie daj Boże trójkę czy więcej dzieci. Od trzeciego dziecka zaczyna się patologia, potem jest tylko gorzej. Stąd zaskoczenie wywołane ujrzeniem podwójnych sanek. Bo jak podwójne to musi być dla bliźniąt. Ja natychmiast zinterpretowałem hasło w inny sposób. Dla mnie bowiem oczywistą rzeczą jest, że jeśli mam dwójkę dzieci, to kupię im podwójne sanki, dzięki czemu każdemu będzie wygodniej. Mogę później kupić tandem i posadzić nań dwójkę dzieci, albo usiąść z żoną, albo z którymś z dzieci, ale wcale nie muszę do tego celu mieć brata bliźniaka. Nawet kupowanie podwójnego wózka nie musi oznaczać, że ma się bliźnięta: wystarczy mieć dwójkę dzieci urodzonych w niewielkim odstępie czasu. Wówczas to starsze, które nie chodzi jeszcze dość dobrze, może jechać w spacerówce, a młodsze w gondoli. Jak coś jest podwójne, to nie jest „dla bliźniąt” tylko „dla dwojga”.

Do napisania notki zainspirował mnie, po raz kolejny już, wpis Cytrynny w którym uprzytomniła nam, w jaki sposób tytuły większości czasopism mamowych („Dziecko, Mam dziecko, Ja i dziecko, Ty i dziecko, Twoje dziecko, Moje dziecko, Nasze dziecko, Wasze dziecko, Halo to ja, Twój maluszek, Mój maluszek, Niemowlę, Berbeć, Wy i dziecko, My i dziecko, Wyj dziecko!, Myj dziecko, Czesz dziecko, Mama, tata i dziecko, Mój pies”) skupiają się na jednodzieciowym modelu rodziny, w którym tyle trzeba na to jedno dziecko wydać i czasu poświęcić, że na drugie już nas zwyczajnie nie stać. Tak rzeczywiście jest. Dziś naprawdę społecznie wolno mieć tylko jedno dziecko, co najwyżej parkę. Czasopisma mamowe cyklicznie powtarzają artykuły, może nieco je zmieniając. Pierwszy trymestr, drugi trymestr, trzeci trymestr, poród, połóg. Opieka, co kupić, znowu pierwszy trymestr… Z tym że to nadal pierwszy trymestr z pierwszym dzieckiem, bo wszystko od nowa, tak jakby każda czytelniczka przechodziła to po raz pierwszy. Naprawdę nieliczne artykuły traktowały o tym, jak przygotować siebie i rodzinę na przyjęcie drugiego dziecka. Bo to nieistotne. Jedno dziecko jest dżezi i trendi. A jeśli dwoje, to tylko bliźnięta.

Pewnie wspominałem już, jak rozmawialiśmy z dawną znajomą mojej Żonki, która ma dwie córki w naszym wieku i która, spojrzawszy na Gabrysia i Natalkę orzekła, że to już koniec, dobrze, że jest parka. Kiedy zaprotestowałem, że nie do końca koniec i że my chętnie przyjmiemy więcej dzieci, usłyszałem, że rząd by chciał żeby kobiety więcej rodziły, bo to dla nich bardziej opłacalne, ale na szczęście młodzi ludzie są dziś mądrzejsi i poprzestają na dwójce. Nie sposób kłócić się z ludźmi, zwłaszcza że nawet pewna część naszej dość bliskiej familii zgodziłaby się pewnie z tą tezą i oczekiwała od nas, że na dwójce poprzestaniemy. Muszę jednak podkreślić coś, do czego doszedłem już jakiś czas temu, niedługo po ślubie. To, czego oczekiwałaby od nas nasza familia nie ma znaczenia. To ile by chcieli, żebyśmy mieli dzieci, jak mielibyśmy je wychować, w jaki sposób zorganizować chrzest czy przyjęcie komunijne – to już nie od nich zależy. My zamierzamy wyłamać się ze schematu 2+1 czy teraz już 2+2 i kontynuować, bo to nasza rodzina i nasze dzieci, i naprawdę nie ma znaczenia, co sądzą na ten temat inni.

Kiedy ktoś mnie pyta o potomstwo i mówię, że mam syna i córkę, a on odpowiada: „To już wszystkie dzieci”, zazwyczaj kwituję to słowami: „Ja się dopiero rozgrzewam”. Przypuszczam, że będą mi potrzebne sanki trzy- albo czteromiejscowe. I nie dlatego, że będę miał czworaczki.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Gorąco polecam

Oprócz tego, że nie jaram trawy, jestem bardzo podobny do bohatera filmu. Mam podobne poczucie humoru, nieco rubaszne, jestem zbyt beztroski i olewczy, za mało się przykładam, a jak rodziło się moje pierwsze dziecko, to nie miałem pracy. Ja również nie używam prezerwatyw, podobnie jak Ben z „Wpadki” :). Tyle tylko, że ja nie miałem wpadki, bo nie zamierzałem mieszać się w te sprawy przed ślubem. To jednak nie ma znaczenia, tu niniejszym bowiem polecam niezwykle gorąco film „Wpadka” Judd Apatowa.

wpadka

„Co?” – zdziwią się ci z Was, którzy filmu nie widzieli. „Jak facet może na katolickim blogu polecać komedię o seksie”. Zważywszy, że jakiś czas temu ostro pojechałem po American Pie. Ci jednak, którzy film widzieli, nie mają się chyba co dziwić. Film opowiada bowiem o beztroskim chłopaku, który źle rozumiejąc polecenie swojej koleżanki nie zakłada prezerwatywy, w efekcie czego koleżanka zachodzi w ciążę. Przez cały film oni kłócą się, godzą, przewija się wątek jej siostry, która ma męża i dzieci, która nie do końca jest szczęśliwa, ale ostatecznie w małżeństwie jest im jednak dobrze. Chłopak uczy się stopniowo bycia ojcem, ostatecznie czyta poradniki i pomaga swojej ukochanej przyjąć poród. Rezygnuje z wyjścia z kumplami na imprezę, bo czyta, a dzięki temu jest w domu, gdy ona dzwoni, by go poinformować o tym, że poród się zaczął.

Co mnie zachwyciło i wzruszyło jednak, to sposób ukazania porodu w komedii o seksie. Dotychczas wyglądało to zazwyczaj tak, że matce odchodzą wody, więc na złamanie karku wszyscy pędzą do szpitala potrącając przechodniów, ona ryczy że umrze, wyzywa męża, który wtyka jej kamerę między nogi, a potem dziecko pożera wszystkich… Tutaj było to pokazane tak, że zatkało mnie z wrażenia. Dziewczyna dostaje skurczy. Dzwoni po chłopaka. On zastaje ją w wannie, relaksującą się, ze skurczami co 7 minut. Przerwy między nimi wykorzystuje, by dodzwonić się do jej lekarza, potem informuje ją (na podstawie przeczytanych podręczników), że wody jej nie odeszły, bo miałaby w wannie krwistą wydzielinę i że skurcze powinny być co 4 minuty gdy wszystko będzie się zbliżać do końca. Ze spokojem stwierdza, że doktor wyjechał, ale nie należy się przejmować, będzie ktoś inny. Przyjeżdżają na porodówkę bez paniki, dostają położnika, przychodzi inny lekarz. I tu – kolejne zaskoczenie – dziewczyna stwierdza, że chce rodzić naturalnie, bez znieczulenia. W USA bez znieczulenia! Kiedy oglądamy programy porodowe na TLC widzimy położne wyśmiewające te głupie baby, które chcą rodzić bez znieczulenia. A tutaj proszę… Niestety, poród się nieco komplikuje, więc doktor postanawia przebić worek owodniowy i przyspieszyć poród, a przy okazji znieczulić rodzącą. Rodząca odmawia znieczulenia (!) i wchodzi w pyskówkę z doktorem, który odmawia wzięcia udziału w tym procederze. Wówczas to Ben wyprowadza doktora na korytarz i prosi go, że jeśli musi, niech wyżywa się na nim, ale matkę niech zostawi w spokoju, niech pozwoli jej urodzić tak, jak ona tego pragnie. Lekarz próbuje jeszcze chłopaka przegadać, ale ostatecznie nawiązują więź i postanawiają zacząć od nowa.

Nagle na salę porodową wparowuje siostra doświadczeńsza z mężem, a mąż z kamerą. Super, zabawa, poród. Szkoda, że zerwali się z dziećmi z wyprawy do Legolandu. Mnie przychodzi do głowy i na język tylko coś w rodzaju: „A co oni tu robią? No wypi…!” Ale nic, fajnie jest. Pierwszy zostaje wyproszony mąż z kamerą, ale siostra zostaje i każe Benowi wyjść, ona bowiem przejmuje kontrolę od tego momentu. Ben znów prosi przyszłą szwagierkę na korytarz i tu spokojnie tłumaczy jej, że jego miejsce jest przy rodzącej i on tam zostaje, sam, a ona może iść do pomieszczenia z automatem do coli. Kobieta odpowiada, że nie on o tym decyduje, ale on udowadnia jej, że się myli, każąc jej dosłownie „Get the fuck out of here”. Czyli dokładnie to, co ja sobie pomyślałem. Wraca do sali, a siostra dociera do męża i stwierdza, zszokowana: „Wygonił mnie. To chyba dobrze. Zaczynam go lubić”.

Zaczyna się ostatnia faza porodu, ból jest coraz większy i dziewczę życzy sobie, by ją znieczulono. Ponieważ kilka poprzednich scen (np. ta z wanną i z wyganianiem siostry) utwierdziło mnie w przekonaniu, o co chodzi w filmie, wiedziałem co nastąpi i skomentowałem: „Za późno”. Co więcej, wiedziony intuicją spodziewałem się nawet, że ona w końcu poprosi o to znieczulenie. I tak było, a doktor powiedział, że już za późno! I ochrzanił ją jeszcze, że „Rodzi pani tak, jak chciała”. Ben był obok, wcale NIE PATRZYŁ dziewczynie w twarz, a jak było trzeba, to nawet gapił się bezpośrednio w jej krocze! Oglądali wspólnie główkę dziecka (ona w lusterku), a potem już było po wszystkim. Wielka radość z narodzin córeczki. Ben cudownym ojcem, poród tak prawdziwy, że głowa mała! Nawet dziecko wyszło umazane…

Allison, czyli matka dziecka, śpi, w tym czasie ojciec trzyma noworodka na rękach (kryj się! Nadchodzą matki z rodzicielstwa bliskości!) i opowiada mu jak doszło do poczęcia. Stwierdza, rozczulając się nad swoją córką, że to, że nie założył prezerwatywy było najlepszą decyzją, jaką podjął w życiu…

Na napisach końcowych płakałem jak bóbr. Komedia o seksie, która w rzeczywistości była o prawdziwym, poważnym rodzicielstwie, o trwałości małżeństwa, o podejmowaniu decyzji raz na całe życie. Mądra. W której poród pokazano w sposób tak prawdziwy i niewyśmiany (wiem, byłem przy dwóch porodach), z twardym partnerem zamiast siostry (mamusi, babci, przyjaciółki i wszystkich innych straszliwie doświadczonych kobiet) i bez znieczulenia, że wyglądał wprost bajkowo, fantastycznie… Rubaszny chłopiec okazał się być mężczyzną. Nadal rubasznym, to prawda, ale silnym. Gdyby nie palił trawki, byłby taki jak ja ;).

To już drugi film będący z tytułu filmem o seksie, automatycznie przywodzącym na myśl American Pie czy inne świńskie perwersje, który przywalił mnie swoją głębią i niesamowicie pokazanym… brakiem seksu. Pierwszym z tych filmów był „Czterdziestoletni prawiczek”. Jego końcówka wprawiła mnie w identyczny wstrząs – gdy ona dowiaduje się, że on jest nadal prawiczkiem, postanawia… wziąć z nim ślub zanim będą uprawiać seks. Ostatecznie miesiąc miodowy z kobietą, którą kocha doprowadza go dopiero do momentu, w którym przestaje być prawiczkiem. Czyli, kurczę, wszystko jest po kolei. Czyli „Czterdziestoletni prawiczek”, a teraz „Wpadka”. Myślę, że skoro ktoś napisał książkę, którą nazwał Anhar – jako „Anty Harry” Potter, powieść antymagiczną, to „Czterdziestoletni…” i „Wpadka” powinny nazywać się „Anpaj” i „Alpaj, syn Anpaja” – jako „Anty American Pie”. Sądzę, że Amerykanie nastawiający się na kolejną durną komedię o jedzeniu kupy srodze się zawiedli. Ja też – ale pozytywnie.

Jakie było moje zdziwienie, gdy zaczynając pisać tę notkę postanowiłem uzyskać z internetu informację na temat reżysera zacnego dzieła „Wpadka”. Okazało się bowiem, że wcześniej wyreżyserował… „Czterdziestoletniego prawiczka”. Co ten facet jest, jakimś katolem, czy co?

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Chrzcić albo nie chrzcić – oto jest pytanie

Znajomy przeżywa pewien dylemat, z którym o pomoc zgłosił się do mnie. Dotychczas nie wypowiedziałem się w sprawie zbyt kategorycznie, ale pomyślałem, że mogę udzielić odpowiedzi zgodnej z moim sumieniem i umieścić ją na blogu, ponieważ z pewnością wiele osób przeżywa podobne dylematy.

Znajomy jest dziadkiem, wnuk jest malutki, rodzice nie mają z Kościołem zbyt wiele wspólnego. Przypuszczam, że uważają się za katolików, jednak do kościoła nie chodzą, nie uczestniczą w życiu wspólnoty. Nie do końca wiadomo, czy wierzą w Boga, bo głupio nie wierzyć, czy nie wierzą w Niego wcale. Jest jednak ten moment, w którym wypadałoby dziecko ochrzcić. Rodzice mają co do tego wątpliwości, dziadkowie naciskają, choć sami do katolickich ortodoksów nie należą. No ale wypada, bo tak się robi. Rodzice z kolei twierdzą, że to powinna być osobista decyzja dziecka – więc powinno samo pójść do chrztu, jak już będzie odpowiednio dojrzałe. I właśnie znajomy, który należy do naciskających dziadków, zwraca się do mnie po poradę, bo nie jest już sam pewien, czy niewierzący/niepraktykujący rodzice powinni zanosić dziecko do chrztu, bo tak wypada.

Moja odpowiedź nie jest prosta. Oczywiście – nie powinno się, a wręcz nie należy zanosić dziecka do chrztu, bo tak wypada. Chrzest to sakrament, to obecność żywego Chrystusa w naszym życiu. Żadnego sakramentu nie wolno przyjmować dlatego, że tak wypada, czy że taka jest polska tradycja. Np. na co dzień niepraktykujący mężczyzna pójdzie w święta na pasterkę, bo taka tradycja. Albo młodzież idąca ciągiem do bierzmowania bo tak się robi, po czym rezygnująca z uczestnictwa w Kościele na zawsze. Podobnie jest z dzieckiem zanoszonym do chrztu – nie wolno nam tego robić dlatego, bo tak się robi. Przy okazji odskocznia – po czym poznać, że dziecko jest zanoszone do chrztu, bo taka jest tradycja? Po tym, że matka, matka chrzestna, albo obie jednocześnie, mają na sobie mini krótsze niż kiedykolwiek w życiu.

A więc nie wolno zanosić dziecka do chrztu bo taka tradycja. Chrzczenie dziecka, które jeszcze nie jest w stanie podjąć samodzielnie decyzji o tym, czy chce być ochrzczone, jest bowiem poważnym, wymagającym zadaniem dla rodziców i rodziców chrzestnych. Podczas obrzędu chrztu to rodzice deklarują, że będą wspierać rozwój wiary swojego dziecka, a chrzestni – że będą im w tym pomagać. A więc chrzcząc dziecko, rodzice deklarują wiarę i zaangażowanie własne, a nie dziecka. Jeśli tej wiary i zaangażowania nie ma, chrzest jest udzielany w kłamstwie. Jest ważny – bo jako sakrament dotyczy dziecka, a nie rodziców – ale jest udzielany ze względu na przysięgę składaną kłamliwie. Kolejna odskocznia – jeśli ciż sami rodzice wcześniej zawierali ślub sakramentalny, to – zawarty kłamliwie (np. przysięgamy po katolicku wychować potomstwo) – jest on od początku nieważny.

Czy należy więc chrzcić? Co na temat chrzczenia dzieci mówi Kodeks Prawa Kanonicznego?

Kan. 867 – § 1. Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować.
§ 2. Jeśli dziecko znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, powinno być natychmiast ochrzczone.

Kan. 868 – § 1. Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się:
1° aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują;
2° aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie.
§ 2. Dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, znajdujące się w niebezpieczeństwie śmierci, jest godziwie chrzczone, nawet wbrew woli rodziców.

Jak możemy więc w Kodeksie przeczytać, zaleca się, a wręcz zobowiązuje rodziców do niemal natychmiastowego ochrzczenia dziecka, w pierwszych tygodniach życia. Kanon 867 nie wspomina przy tym, aby chodziło tu tylko o rodziców katolickich. Rodzice mają obowiązek chrzcić w pierwszych tygodniach, a nie, jak to jest dziś w modzie, pozwalać dziecku już dojrzałemu samodzielnie podejmować decyzję. Za takim postawieniem sprawy stoi kilka argumentów. Przede wszystkim w Piśmie Świętym możemy przeczytać, że chrzest zmywa grzech pierworodny. Tym samym sprawia, że szatan traci władzę nad nami, którą to władzę do tego momentu posiadał. To oznacza, że człowiek ochrzczony jest bardziej podatny na działanie Boga, na religijną formację i wychowanie do modlitwy. Po drugie, w innym miejscu Pismo mówi, że w ochrzczonym mieszka Duch Święty. A to oznacza, że choć Duch działa z zewnątrz na nieochrzczonego, bo do każdego człowieka Duch ma dostęp z zewnątrz, to jednak nie może być w nim, działać od środka. A Duch mieszkający w człowieku jest w stanie o wiele lepiej ukierunkować go ku Bogu. I po trzecie – Pismo mówi też, że tylko ochrzczony będzie zbawiony. I choć istniały przez wieki najróżniejsze teorie na temat tego, co po śmierci dzieje się z dziećmi nieochrzczonymi, nadal sugeruje się, by w obliczu śmierci chrzcić każdego bez względu na wszystko (Stąd §2 Kanonu 868). Bo, mimo aktualnej przewagi teorii o miłosierdziu u współczesnych teologów, nadal Pismo mówi wyraźnie, że ochrzczony będzie zbawiony. I nadal nie wiemy, co dzieje się z nieochrzczonymi dziećmi po śmierci.

Jednak Kanon 868 – §1. 2° twierdzi, że jeśli brak jakiejkolwiek nadziei na katolickie wychowanie dziecka, chrzest należy odłożyć. Względy katolickiego życia przeważają więc nad potrzebą ochrzczenia – ponieważ chrzest ma być zaczątkiem katolickiego życia, a nie pustą, głupią tradycją. Należy jednak pamiętać, że w Polsce nadal Kościół ma duże znaczenie. W szkołach i przedszkolach są katecheci prowadzący lekcje religii katolickiej (a nie religioznawstwa). Nadzieja na katolickie wychowanie w Polsce więc pojawia się częściej, niż np. w Japonii czy niektórych krajach Afryki. Jeśli nawet nie zajmą się tym rodzice, jest szansa, że dziecko pójdzie w ślady mądrego katechety, wierzącej babci czy zaangażowanego w Oazie przyjaciela. Dlatego uważam, że w Polsce należy chrzcić dzieci, nawet gdy jest się niewierzącym, aby dać im bezwzględną pewność, że szanse na ich zbawienie zależne będą od ich decyzji i wiary, a nie od tego, czy obmyły się z grzechu pierworodnego, czy nie.

No i pozostaje jeszcze kwestia chrzestnych. O tym już pisałem wcześniej, można sobie wyszukać (choćby klikając w tag ‚chrzest’), ale tylko przypomnę, że to na chrzestnych spoczywa obowiązek dawania chrześniakom przykładu katolickiego życia. Zwłaszcza, gdy rodzice nie przywiązują do tego odpowiedniej wagi. Dlatego rodzice, wybierając chrzestnych, mają obowiązek bezwzględny kierować się tym, czy wybrane osoby są wierzące, praktykujące, czy Bóg jest dla nich najważniejszy, a nie tym, czy będą kupować niezmiernie drogie prezenty. Ty, Rodzicu, może nie dbasz za bardzo o sprawy Boże. Ale zadbaj, by Twoje dziecko, które zamierzasz ochrzcić, mogło to otrzymać od swoich chrzestnych!

A taki rodzinny chrzest mógłby też przy okazji być dobrym momentem do nawrócenia dziadka. Niech może chociaż on będzie gotów pokazać wnukowi, co znaczy być ochrzczonym.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

All the Best Cowboys Have Mommy Issues

Dziwne zjawisko obserwuję u siebie, przebywając czasem w miejscu, z którego pochodzę. Otóż w czasie rodzinnych rozmów z moją korzenną rodziną nie potrafię powiedzieć dobrego słowa o mojej małżonce. Wręcz przeciwnie: jak jestem chory, to krzyczy na mnie, że mam się wziąć w garść. Jak stłukę szklankę, to jest tragedia, bo to była szklanka. Zachowuję się – nie można tego inaczej nazwać – jak chłopiec, który męczy się u boku swojej żony i czeka z utęsknieniem na chwile, kiedy będzie mógł się wypłakać mamusi w rękaw. Z drugiej strony kiedy padnie jakiekolwiek złe słowo w związku z tą drugą, natychmiast staję w obronie. I najciekawsze, że sam tego nie zauważam.

Nie w tym rzecz, że nie obrywa mi się za stłuczenie szklanki – bo się zdarza. Rzecz w tym, że nie jest sprawą naszych rodziców, co się dzieje w naszym domu, między nami, a naszymi współmałżonkami. Oczywiście doskonale o tym wiedziałem marząc o ślubie i ten ślub biorąc. To, o co się kłócimy, to w czym się nie zgadzamy czy co robimy nie tak to jest nasza sprawa, a nie osób trzecich. A do osób trzecich zaliczają się też ci, którzy do niedawna byli dla nas najważniejsi. Niestety, zupełnie nieświadomie o tym zapominam kiedy przychodzi odpowiedni moment i dopiero moja małżonka musi mi o tym przypomnieć.

Jest coś, co się nazywa wierność. Ślubuje się to w czasie przyjmowania małżeństwa. Ale wierność dotyczy nie tylko jedności małżeńskiej, braku zdrad czy partnerów na boku. Wierność to również lojalność wobec swojego współmałżonka. Kiedy mama mówi „Twój mąż nie naprawi gniazdka” mówi się „Oczywiście, że naprawi jak znajdzie chwilkę”, chociaż do białej gorączki doprowadza nas, że 3 tygodnie nie może znaleźć czasu. Jak mama mówi „Kuchnia żony to nie to samo co u mamusi”, trzeba absolutnie zaprzeczyć, nawet gdy bardzo tęskniliśmy za „domowym” mielonym. A gdy dochodzi do nieprzyjemnej sprzeczki z rodzicami, trzeba trzymać stronę żony/męża, choć możemy nie do końca się zgadzać i mamy prawo powiedzieć jej/mu to po dyskusji. Ale na tym polega wierność małżonków, że tworzą zwarty front. Zarówno przy wychowaniu dzieci, jak i przy dyskusjach z rodzicami. I nie obrzucają się nawzajem błotem, jak kopnięty szczeniaczek…

Nieświadomie zdarza mi się łamać te podstawowe zasady małżeńskie. Ale dziś już mam świadomość, że mogę temu zapobiec. Dlatego przypominajmy sobie codziennie, że to ze swoją żoną/mężem wzięliśmy ślub, a nie z mamusią czy tatusiem. I to z nią/nim będziemy budować dalsze życie. Dlatego to z nimi przede wszystkim powinniśmy trzymać i się dogadywać. A pępowinę czym prędzej odciąć, nareszcie!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze