Posts Tagged With: Rodzina

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W naszej rodzinie nie odmawiamy pacierza

W parafii, w której mieszkamy, nowy ksiądz wikary przygotowuje dzieci do pierwszej komunii świętej. Przy każdej okazji nakazuje, by wszystkie dzieci składały ręce (czego nie krytykuję, choć właściwie zaleca się utrzymywanie tego gestu głównie wśród ministrantów) i aby każdego dnia, rano i wieczorem, odmawiały pacierz. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego przekonywania – zdecydowanie bardziej podoba mi się postawa księdza, który prowadzi msze mające przygotować do pierwszej komunii naszego syna, w innej parafii. On mówi, że wiara jest obecna w rodzinach, które modlą się razem.

Idea pacierza towarzyszyła mi przez ponad pół życia. Klęknąć rano i wieczorem, zrobić znak krzyża, odmówić „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Aniele Boży” – traktowałem to przez lata jak chrześcijański obowiązek. Wspominam rozmowy z moimi studiującymi znajomymi, którzy wyszli z domu i powoli oddalali się od kościoła. To znaczy – przestali np. chodzić na msze co niedzielę. Ale, mimo wszystko, twierdzili, że jeśli nie przeżegnają się wieczorem i nie odmówią szeregu modlitw, nie mogą zasnąć, bo dręczą ich wyrzuty sumienia. Oznacza to, że dla wielu osób „pacierz” stał się jakimś zautomatyzowanym zwyczajem, a nie prawdziwą modlitwą. U nas w domu natomiast nie odmawiamy pacierza. Nauczyliśmy się za to modlić.

Poranna modlitwa zazwyczaj odbywa się w samochodzie – wraz z najstarszym synem prosimy Boga o dobry dzień. Wieczorem natomiast modlimy się rodzinnie. Każdy z członków rodziny dostaje chwilę na modlitwę spontaniczną – dziękuje Bogu za to, co go spotkało, prosi o łaski, czasami przeprasza. Następnie modlimy się jedną wybraną modlitwą – nie odmawiamy całego pacierza. Od Wielkiego Postu czytamy też z dziećmi jeden rozdział Nowego Testamentu. Stało się to za namową poprzedniego księdza wikarego, który zaproponował, by właśnie w Wielkim Poście czytać z dziećmi jeden rozdział Ewangelii. Pociągnęliśmy to dalej, trwamy w tym do dzisiaj. To jest nasza modlitwa rodzinna. Nie ma obowiązku, by odbywała się dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Wystarczy jeden raz, ale prawdziwie, szczerze, bez odklepywania regułek.

To oczywiście nie zastępuje „pacierza”, ponieważ – jak można zrozumieć – ksiądz przekonuje dzieci, by codziennie odmawiały pacierz jakby z pominięciem rodziców. To ma sens, jeśli założymy, że dzieci przygotowują się do pierwszej komunii świętej, bo tak się robi, a rodzice wielokrotnie nie angażują się w duchową stronę tego przedsięwzięcia. Ale to oznacza też, że modlitwa rodzinna nie zastąpi modlitwy osobistej. Zarówno my – rodzice – jak i nasze dzieci, powinniśmy uczyć się modlić jak Mojżesz, twarzą w twarz z Panem Bogiem. I w pewnym momencie pojawi się sytuacja, w której nasze dzieci – obok modlitwy z rodzicami – będą musiały zacząć wdrażać osobiste spotkania z Bogiem. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, by zrozumiały to jako odklepywany dwa razy dziennie pacierz.

Co ważne, znajomość i wykorzystanie w codzienności podstawowych chrześcijańskich modlitw nie jest złe – przecież „Ojcze Nasz” to modlitwa podyktowana nam przez samego Jezusa, zatem najdoskonalsza ze wszystkich nam znanych modlitw. Branie jej pod uwagę w codziennej modlitwie jest ważne. Byle nie okazało się w pewnym momencie, że słowa „Modlitwy Pańskiej” stały się dla naszych dzieci wyuczoną formułką bez znaczenia.

Moja rada jest więc taka, by nie uczyć i nie namawiać dzieci do odmawiania pacierza. Modlitwy związane z pacierzem są ważne, potrzebne i warte do nauczenia – ale sam pacierz, jako automatyczne odklepywanie formułek, do niczego nie prowadzi. Warto natomiast wdrażać dzieci w modlitwę, szczerze i otwarcie rozmawiając z Bogiem w ich towarzystwie. Tak możemy obudzić w nich – i w sobie – prawdziwą wiarę.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/modl%C4%85c-vintage-ma%C5%82o-dziewczyna-2698568/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Latanie szkodzi, czyli o kontroli urodzin

Franciszek znowu wypalił. Poleciał w przestrzeń powietrzną, zabrał na pokład samolotu reporterów i naopowiadał rzeczy, przez które Terlikowskiego zaraz zjedzą trolle. To już nie pierwszy raz i nie pierwsza kontrowersja po wywiadzie, którego papież udzielił w czasie przelotu stąd dotąd. Oczywiście – zawsze się wyciągnie z kontekstu. Oczywiście, za każdym razem się znadinterpretuje. Ale grunt, że jakby grunt nie był żyzny, to by chwasty nie rosły…

Przypomina mi się przy tym tylko Benedykt XVI. Przypominają mi się jego wypowiedzi, które miały pogrążać Kościół w odmętach średniowiecza. Przypomina mi się jego wykład na uniwersytecie w Ratyzbonie, po którym to jechali po Benedykcie jak po łysej kobyle, ponieważ powiedział że islam jest właściwie niepotrzebny, a jeszcze właściwiej jest cofaniem się do religii prawa, od której chrześcijaństwo odeszło. Przypomina mi się tutaj teraz, bo wokół tego co mówił, co robił Benedykt XVI było mnóstwo kontrowersji. I ja, dzięki tym kontrowersjom czułem, że Kościół do którego należę jest stabilny. Jest twardy, silny i nieugięty. Wiedziałem, że z takim papieżem jak Benedykt XVI świat może się skończyć, ale Kościół nie ulegnie. I Franciszek wywołuje swoimi wypowiedziami kontrowersje. Niestety, kontrowersje Franciszka idą w drugą stronę.

papieżwpłaszczuMinęło parę godzin od lotu z Filipin do Rzymu i pojawiają się coraz to nowe informacje. Jeszcze kilka godzin temu oburzałem się, że Franciszek mówiąc o odpowiedzialnym rodzicielstwie, nie wspominał o otwartości na życie. Teraz, odkrywając kolejny i kolejny artykuł w tym temacie, już wiem że nie było się czym oburzać – od otwartości na życie się zaczęło. Papież bowiem, zapytany o wielodzietnych na Filipinach powiedział: „Otwartość na życie jest podstawowym warunkiem sakramentu małżeństwa. Mężczyzna nie może być uczestnikiem tego sakramentu wobec kobiety, a kobieta wobec mężczyzny, jeśli nie jest spełniony warunek otwartości na życie. Jeśli można udowodnić, że on lub ona ożenili się bez intencji bycia Katolikami w tym względzie, małżeństwa nie ma. To podstawa nieważności małżeństwa, nie?”. Zatem i Franciszek podkreślił, że aby zaistniało małżeństwo, musi ono chcieć przyjmować potomstwo, którym Bóg je obdarzy, a bez tego warunku nie ma małżeństwa (do tego dochodzi deklaracja wychowania po katolicku – czy w razie gadki-szmatki również małżeństwo nie jest ważne?). Co zatem wywołało kontrowersje które niosą się dalej niż zapach zmienianej w restauracji pieluch rocznego dziecka?

Kontrowersję wywołało wyrywanie słów z kontekstu. Zgadza się. Ale gdyby te słowa nie padły – w kontekście czy bez – nie byłoby czego wyrywać. I nie ma co się usprawiedliwiać, że wszystko można wyrwać z kontekstu. Że na podstawie wyrwanych z Biblii słów można udowodnić, że „nie ma Boga” – niezależnie od tego czy „Głupi mówi w sercu swoim…”, czy też nie. Nie jest to usprawiedliwienie, bo nikt nie wyrywał dwóch czy trzech słów. Wyrywano całą wypowiedź. Odpowiedź na całe pytanie. Papież Franciszek odpowiedział na pytanie w sposób, który można było wyrwać z kontekstu i starać się uargumentować niemal wszystko: od potrzeby ograniczenia liczby dzieci, do stosowania w tym celu środków antykoncepcyjnych.

041Jasne, zgoda. Papież wcale tego nie powiedział. Nie powiedział też że trzeba ograniczać swoją płodność celem nie posiadania potomstwa. Mimo wszystko jednak – i mimo tego, że jestem zwolennikiem odpowiedzialnego rodzicielstwa i naturalnego planowania rodziny – widzę w wyjaśnieniach Franciszka sporą kontrowersję. Kiedy wspomina on o kobiecie, która zachodzi w ósmą ciążę po siedmiu cesarskich cięciach, mówi: „To jest nieodpowiedzialne. Kobieta może powiedzieć, że ufa Bogu, ale Bóg daje ci pewne metody, aby być odpowiedzialnym. Niektórzy myślą, wybaczcie mi, że użyję takich słów, że aby być dobrym Katolikiem trzeba być jak króliki. Bez odpowiedzialnego rodzicielstwa”. Bóg daje metody – owszem. Tak, tu Franciszek zdecydowanie opowiada się po stronie tych, którzy są zwolennikami NPR – naturalnego planowania rodziny, a więc obserwacji cyklu kobiety i uzależniania odeń współżycia – choć po prawdzie mógłby to nieco doprecyzować. Dlaczego jednak w tak bezpośredni sposób łączy „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „pewnymi metodami które daje Bóg”, a przeciwstawiając je „byciu jak króliki”? O nie, Ojcze Święty! Odpowiedzialne rodzicielstwo to – jak już kiedyś pisałem – podejmowanie mądrej decyzji przy właściwym wyrobieniu sobie osądu dotyczącego chwili obecnej. A więc podejmujemy mądrą decyzję odnośnie tego, czy większym dobrem jest mieć dziecko w tym momencie, czy lepszym jest go teraz nie mieć. Czy zatem starać się, czy odłożyć. Jest to decyzja obojga małżonków, za każdym razem. Przy pierwszym dziecku, przy trzecim i przy dziesiątym! I jeśli rodzice jedenastki dzieci uznają, że dobrym będzie począć i wychować na Bożego sługę dziecko dwunaste, to dokonując właściwego osądu podejmują odpowiedzialną decyzję! Są odpowiedzialnymi rodzicami nawet jeśli – zgodnie z tłumaczeniem słów papieża – są „jak króliki”.

rodzinawielCzy ja uważam, że dobry katolik powinien być „jak królik”, mnożyć się bez opamiętania? Że powinien rodzić nowe dziecko jak tylko wróci płodność po urodzeniu poprzedniego? Nie! Ja też jestem zwolennikiem odkładania poczęć, jeśli obiektywne przyczyny wskazują, że dobrze jeśli się to robi. Ale jestem też zwolennikiem otwartości na życie! I to papież podkreślił na początku, i o tym potem zapomniał. Bo odpowiedzialne rodzicielstwo to roztropne podejmowanie decyzji o pojawieniu się na świecie kolejnego dziecka tak długo, jak to jest tylko możliwe, w myśl otwartości na życie! Dopóki małżeństwo pozostaje płodne, dopóty ma obowiązek za każdym razem podejmować decyzję o poczęciu lub odłożeniu poczęcia. Odpowiedzialne rodzicielstwo to ani nie „mnożenie się jak króliki”, ani „pewne metody” zamiast… To ciągłe zastanawianie się nad poczęciem kolejnego dziecka, nawet jeśli siódemkę urodziło się przez cesarskie cięcie. Jeśli udało się siedmioro, to może Bóg ma wobec nas wyjątkowe plany?

Nie, nie sądzę by Franciszek miał złe intencje. Nie sądzę by próbował na nowo rozpętać dyskusję o kalendarzyku czy antykoncepcji w Kościele. Nie przypuszczam, by pragnął pognębić wielodzietnych i zwolenników wielodzietności (zresztą jakim znowu Terlikowski jest wielodzietnym? Przecież ma dopiero pięcioro dzieci!), a wywyższyć tych, którzy mają trójkę (i nie więcej) potomstwa. Sądzę, że zwyczajnie niefortunnie odpowiedział na pytanie, które zostało mu zadane. Chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. W jakiś sposób zapomniał połączyć pojęć „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „otwartością na życie”. Ale mainstream i zwolennicy reform znów mają pożywkę. I czekają na kolejny synod, który tym razem, z pewnością, przyniesie zmiany…

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Papież Franciszek podczas wyjazdu na Filipiny, za blogiem Simply Extraordinary: http://gretchenho.com/?p=539
2. Królik Pasztet, archiwum rodzinne.
3. Rodzina Gil i Kelly Bates, mają już osiemnaścioro dzieci, za: http://www.papilot.pl/ludzie/14503/Maja-osiemnascioro-dzieci-i-modla-sie-o-kolejne-Oto-najbardziej-PLODNE-malzenstwo.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Znaczy rodzina

Rzadko mi się zdarza z pasją i zainteresowaniem słuchać listu biskupów, odczytywanego zamiast kazania. Wczoraj była jednak Niedziela Świętej Rodziny, a chyba właśnie w tym dniu listy okazują się często bardzo ciekawe. Z pewnością przyczyniła się do mego odbioru również wcześniejsza rozmowa z Żoną, dotycząca właśnie rozwoju naszej rodziny. Tak czy inaczej wysłuchałem listu z radością, bujając wózek by mój czteromiesięczny syn mógł w nim spać, przytulając pięciolatka który tym razem też postanowił przysnąć i obserwując, jak moja niemal trzyletnia córka cierpliwie siedzi na swoim miejscu w towarzystwie swojej babci. I choć, zanim usnął, mój pięcioletni syn popłakiwał z jakichś sobie tylko znanych powodów, po raz pierwszy od dawna nie wywołało to we mnie zdenerwowania, lecz troskę i czułość.

świętarodzinaTen wpis byłby dobrym miejscem by odnieść się do III nadzwyczajnego synodu biskupów, choćby dlatego że w liście jest on kilkukrotnie wspominany. I ja wspomnę o nim, ale szerzej ustosunkuję się do niego w którymś z późniejszych wpisów. Ogólnie mogę tylko powiedzieć, że – tak jak i biskupi piszący do nas list na 28 grudnia 2014 – mam pozytywny odbiór wniosków w czasie synodu wysnutych, choć oczywiście mam również obiekcje. Ale ponieważ biskupi w liście ciepło się wypowiadają o synodzie, ja dziś też nie będę narzekał. Tu zaś chciałbym odnieść się do kilku fragmentów Listu Pasterskiego, które zwróciły moją szczególną uwagę.

Ojcowie synodalni, zjednoczeni z Ojcem Świętym, przypomnieli, że Ewangelia o rodzinie stanowi istotne przesłanie Kościoła. Jego nieprzerwane nauczanie przypomina, że rodzina jest miejscem poznawania wiary, dzielenia się sobą i budowania najtrwalszych relacji. Rodzina, która bierze swój początek w sakramencie małżeństwa jest ciągle dla wielu młodych największym pragnieniem życia. Bóg pragnie szczęścia człowieka i dlatego chce, aby małżonkowie obdarowali się sobą i przyjęli siebie wzajemnie w rodzinie, aby nowe życie, owoc miłości małżeńskiej, poczynało się w środowisku najbardziej mu przyjaznym” – piszą do nas biskupi. I tym, co warto tu podkreślić jest fakt, że rzeczywiście rodzina właściwa bierze swój początek z sakramentu małżeństwa. Zatem to my – małżonkowie związani sakramentalnym węzłem – stanowimy zaczyn, z którego tworzy się rodzina. Przypomnieć należy, że rodziną nazywa się małżeństwo i dzieci. I tu znów można się odnieść do tego, co napisali biskupi – że Bóg pragnie szczęścia człowieka, a zatem chce również, by nowe życie poczynało się tam, gdzie zostanie najlepiej przyjęte – a więc właśnie w sakramentalnym małżeństwie. Z czego wysnuto ten wniosek? Najpewniej z tej nadziei, która pozwala nam sądzić, iż mężczyzna i kobieta, którzy decydują się stanąć wspólnie przed ołtarzem, są świadomi swojej decyzji i przysięgi, którą wobec siebie, wobec Boga i wobec Kościoła składają. Mianowicie nie tylko, że będą się kochać i będą sobie wierni, ale też że przyjmą i po katolicku wychowają potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Dzieci poczęte w takim, świadomym i pełnym miłości małżeństwie, mogą być prawdziwie szczęśliwe.

Wiele rodzin boryka się dzisiaj z problemami niewiary swoich dzieci, zauważamy z niepokojem wzrost rozwodów i związków nieformalnych. Z tym większym przekonaniem trzeba głosić Ewangelię o rodzinie, daną wszystkim przez Boga Ojca w osobie Jezusa Chrystusa„. Zatem i biskupi mają świadomość, że współczesny świat odwodzi młodzież od wiary, a dorosłych od wierności lub od dążenia do stabilizacji w małżeństwie. Co jednak ważne, widzą nadzieję rozwoju wiary i powrotu do tego, co święte w świadectwie głoszonym przez rodziny oparte na Bogu, na sakramencie małżeństwa. To świadectwo nazywają głoszeniem Ewangelii o rodzinie, którą na ziemię przyniósł nam Jezus Chrystus, również w rodzinie wychowany. Stąd należy wysnuć wniosek, że my – małżonkowie i dzieci które mamy, ale także te, które mieć będziemy, lub możemy mieć – musimy tym mocniej ukazywać miłość i szacunek, troskę i serdeczność, a także radość jaką mamy w stosunku do siebie, im bardziej współczesny świat próbuje nas od tego odwodzić.

Jakże dziś potrzeba takich świadomych i umiejących odczytywać znaki czasów rodziców, aby nie zniszczyć niewinności dziecka, aby nie zakłócić jego naturalnego procesu dojrzewania i odkrywania siebie także na poziomie seksualnym. Konieczne jest więc wytworzenie w rodzinie atmosfery bliskości i wzajemnego zaufania. Ta atmosfera rodzi się tylko wtedy, kiedy rodzice silni łaską sakramentu małżeństwa, wsparci miłością, są darem dla siebie wzajemnie i dla dzieci„. Ten fragment szczególnie mocno mnie dotknął w obliczu tego, jak bardzo nie potrafię sobie poradzić w kontaktach z moim starszym synem, który wydaje mi się zawsze zbyt bardzo rozmarudzony, za bardzo histeryczny i denerwujący – choć przecież sam dokładnie taki byłem nie tylko w jego wieku, ale przez większość mojego życia! Biskupi mnie właśnie przypominają dzisiaj jak bardzo ważna jest bliskość w rodzinie, jak ważna jest atmosfera wzajemnego zaufania! I patrząc na mojego rozpłakanego pięciolatka mogę sobie dziś przypomnieć, że to co dla mnie wydaje się błahostką, dla niego może być konkretnym problemem. A moim zadaniem nie jest krzyczeć na niego wtedy, kiedy on płacze, żądając natychmiastowego uspokojenia się, lecz raczej właśnie próba zrozumienia jego problemu. Albo właśnie przytulenie i pokazanie, że jestem przy nim, że go kocham i chcę, by pamiętał o mojej obecności. Wierzę w to, że wyrabiając sobie takie stosunki z synem dzisiaj, będę mógł liczyć na to, że kiedy mają piętnaście lat przyjdzie do domu próbując powstrzymać łzy, trafi do mnie i zechce powiedzieć mi właśnie w czym leży jego problem. Natomiast z pewnością nie będzie miał takiego zamiaru, jeśli od najmłodszych lat nauczę go, że nie ma prawa się mazać, a jego problemy mnie nie obchodzą.

W pochylonych nad małym Jezusem Maryi i Józefie odkrywamy tajemnicę miłości rodzinnej – mieć czas na to, aby się zatrzymać, pobyć ze sobą, porozmawiać, szukać miejsc i sytuacji, które pozwolą na budowanie trwałych więzi (…). Z radością obserwujemy jak wiele rodzin stara się tak żyć, jak wiele przyjmuje z wielką otwartością nowe dziecko do swojej rodziny. Cieszy coraz większa świadomość rodziców, którzy przygotowują swoje dzieci do podejmowania odpowiedzialnych decyzji” – ten fragment przypomina mi o pięknie tych momentów, w których możemy być wszyscy razem, rodzinnie. Kiedy gdzieś jedziemy, albo gramy w gry planszowe, razem się bawimy. Ale także o tych chwilach, w których byłem tylko ja i mój syn – Syn i Ojciec. Przypomina mi o konieczności bycia z moją córką, z moim młodszym synem. O dawaniu im siebie z miłości, a nie po to, by coś osiągnąć. Co więcej – ten fragment przypomniał mi dzisiaj o powołaniu, które dał mi Bóg. O powołaniu do jakościowego, ale i ilościowego rozwoju rodziny. Tak, mieliśmy ostatnio mały kryzys. Był on spowodowany moją pracą, która zajmuje stanowczo za dużo czasu, ale i innymi czynnikami. Zastanawialiśmy się, czy mamy dość czasu dla siebie nawzajem – małżonków – czy mamy dość czasu dla każdego z trójki naszych dzieci, by móc w ogóle myśleć o posiadaniu kolejnego. Wczoraj w wyniku małżeńskiej rozmowy i dziś, po wysłuchaniu listu episkopatu, zrozumieliśmy że postępując z prawdziwą miłością i troską możemy wychować te dzieci, które już są, na dobrych, dojrzałych ludzi, a także z radością przyjmować kolejne. Dziś, po raz pierwszy od dawna, roześmialiśmy się na myśl o tym, że możemy mieć kiedyś siedmioro dzieci i poczuliśmy związane z tym rozmarzenie…

2006_rodzina04Każda rodzina potrzebuje siły duchowej, aby przeciwstawić się różnym prądom usiłującym zniszczyć jej istotę i odebrać jej radość Ewangelii. Taką siłę daje modlitwa rodzinna. To wspólne wołanie do Boga, który jest naszym Ojcem, pozwala odkryć głębię miłości złożonej w ręce ludzi. Dziś jednak nie wystarczy sama tylko modlitwa. Rodzice, wspólnoty parafialne, ruchy katolickie i stowarzyszenia muszą podejmować na bieżąco wyzwania stojące przed nami„. Wreszcie podsumowanie na koniec. Jak już wspomniałem – świat usiłuje odwieść ludzi od życia w małżeństwie, od zakładania rodzin. Od wiary i miłości. Wpędza ludzi w czysty konsumpcjonizm i utylitaryzm. Usiłuje odebrać ludziom to, co nazywamy Ewangelią rodziny, czy Ewangelią w ogóle. Naszą bronią na to jest zaś modlitwa rodzinna. Nasze codzienne spotkanie: tata który przewodzi, mama i dzieci. Ta kolejność musi być zachowana choćby przez to, że to właśnie mężczyzna został stworzony przez Boga tak, by móc pełnić rolę głowy rodziny. I jeśli ta kolejność zostanie zachwiana, wywoła to dyskomfort i nieprawidłowości rozwojowe w dzieciach. Zatem rodzina codziennie spotyka się na modlitwie i ta modlitwa jest realną metodą walki z niszczącą siłą współczesnego świata. Ale – co słusznie zauważają biskupi – nie wystarczy dziś zamknąć się w czterech ścianach i wraz z wszystkimi członkami rodziny modlić się o wybawienie świata. I tak rodzice katoliccy, parafie i wspólnoty, takie jak Domowy Kościół, muszą dziś sięgać po broń jaką jest działanie, jaką jest słowo. Dziś my, dorośli ludzie, musimy gromadzić się, by mówić i pokazywać innym co jest drogą prowadzącą do Boga, który przecież jest prawdziwą Miłością. A zatem nie tylko modlitwa, lecz także działanie, walka wręcz, o dobry świat dla naszych dzieci i dla innych ludzi. A dzięki tym dwóm rzeczom: rodzinnej modlitwie i działaniu – nasze dzieci będą w przyszłości mogły świadczyć tak, jak my dzisiaj.

Warto zapoznać się z całością niedzielnego listu. Znajduje się on tutaj: http://episkopat.pl/dokumenty/listy_pasterskie/6344.1,Glosic_z_radoscia_Ewangelie_o_rodzinie.html.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny, za: https://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Modlitwa rodzinna, za: http://www.katedra.rzeszow.pl/archiwum_old/index.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Czy w niedzielę można iść do kina?

Temat wypłynął kiedy, korzystając ze świąt Bożego Narodzenia, wybrałem się z Żoną na „Hobbita…” do kina. Po powrocie zamieściłem na Facebooku krótką opinię w związku z moimi przeżyciami, ale dyskusja pod wpisem ominęła temat samego filmu, a rozwinęła się wokół pytania: Czy w święta można chodzić do kina? Ponieważ pojawiały się zarówno argumenty za, jak i przeciw, postanowiłem przemyśleć sprawę i rozpisać się szerzej na blogu.

Temat ma, jak już zauważyłem, dwie strony. Pojawiają się zarówno argumenty za, jak i przeciw chodzeniu do kina w niedzielę, czy w święta. Nie mogę też zaprzeczyć, że poniekąd obie strony mają trochę racji. Zastanówmy się zatem najpierw, czym w ogóle jest niedziela i czy święta Bożego Narodzenia są ważniejsze od niedzieli. Otóż wiemy, że tydzień chrześcijanina swój najważniejszy punkt ma właśnie w niedzielę. W kalendarzu liturgicznym każda niedziela ma rangę uroczystości, zatem zajmuje pierwsze miejsce nie tylko w samym tygodniu, ale i w życiu chrześcijanina. Mówi się nawet, że celebracja niedzieli jest jeszcze ważniejsza, niż uroczystość Narodzenia Pańskiego czy Wielkanoc. To w psychice ludzi i w sakro-laickim sposobie życia utkwione jest przeświadczenie, że Boże Narodzenie jest ważniejsze niż „przeciętna” niedziela, że zatem w Boże Narodzenie sklepy muszą być zamknięte, a w niedzielę nie.

W każdym razie wiele osób, w tym „weekendowo” nauczyciele, uczniowie i studenci (wyłączając zaocznych), ale też pracownicy innych firm, w niedzielę ma wolne od pracy. Niedziela bowiem jest dniem odpoczynku, już nie tylko chrześcijańskiego, ale i zupełnie świeckiego, choć tradycja wzięła się z założeń Kościoła. Niedziela jako Dzień Pański jest też dniem świętowania, odwiedzin w Domu Pana, spotkania z najlepszym Przyjacielem, którym powinien dla nas być Jezus Chrystus. Zarówno niedziela, jak i pozostałe uroczystości, to – oprócz dnia oddania czci Bogu – dzień, który spędzać należy w gronie osób, które się kocha, wspólnie wypoczywając, a nie niepotrzebnie pracując. Niedziela nie powinna być zatem ani dniem dorabiania sobie, ani dniem robienia zakupów, ani dniem sprzątania mieszkania, robienia prania itp. W niedzielę i święta odpoczywamy wspólnie z rodziną.

rodzinaSą jednak różne formy odpoczynku i tu zaczyna się kontrowersja. Miłe jest bowiem udanie się w taką niedzielę, po kościele, w gronie najbliższych, do restauracji na obiad. Albo do kawiarni na lody. Jest to dobry sposób na odpoczynek, przy czym musimy zauważyć, że skoro jedni chcą sobie zjeść obiad w restauracji, drudzy muszą w tym czasie w restauracji pracować. Albo rzeczone kino: komuś przychodzi do głowy pójść w niedzielę z rodziną do kina. Może być też Boże Narodzenie – my byliśmy w kinie z moim szwagrem i jego żoną, a była to naprawdę wyjątkowa okazja, by się z nimi integrować, poza świętami bowiem nie spotykamy się właściwie wcale. Zatem przychodzi nam do głowy wyjść do kina i jest to wartościowy sposób spędzania niedzielnego wypoczynku. Ale pamiętać należy, że w tym czasie w tym kinie, choćby było Boże Narodzenie, pracują inni ludzie.

Rozważmy argumenty, które się pojawiają przeciw jedzeniu w restauracji czy rozrywaniu się w kinie/w teatrze w czasie niedzieli czy świąt. Niektórzy pytają, czy nie lepiej dla wszystkich byłoby spędzić ten dzień z rodziną w domu, by pozwolić pozostałym odpocząć; czy zatem nie lepiej pójść do kina lub restauracji w innym dniu, który nie jest niedzielą? Problem polega na tym, że wiele rodzin nie ma autentycznie możliwości wybrania się do kina w dniu innym, niż niedziela. Jeśli rodzice pracują do późna, często także w soboty, niedziela jest jedynym dniem by móc oddać się tego rodzaju rozrywce. Poza tym musimy pamiętać, że niedziela jest dniem radości, dniem świętowania. Zarówno kontaktu z Bogiem, jak i z najbliższymi. Bzdurą byłoby zatem traktowanie tej radości w sposób ascetyczny: odmówię sobie rozrywki, wyjścia do kina czy obiadu w restauracji, żeby ktoś inny nie musiał dla mnie pracować. Jeśli radość, to nie asceza, tak mi się wydaje. A jednak, żebyśmy się mogli radować, ktoś inny musi pracować.

Całą odpowiedź na podany dylemat daje nam Katechizm Kościoła Katolickiego i poniżej przytoczę cztery punkty, z których w tym miejscu możemy skorzystać.

2184 Jak Bóg „odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku. Ustanowienie dnia Pańskiego przyczynia się do tego, by wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęcić życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu.

2185 W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni powinni powstrzymać się od wykonywania prac lub zajęć, które przeszkadzają oddawaniu czci należnej Bogu, przeżywaniu radości właściwej dniowi Pańskiemu, pełnieniu uczynków miłosierdzia i koniecznemu odpoczynkowi duchowemu i fizycznemu. Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego. Wierni powinni jednak czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia.

Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę.

2186 Chrześcijanie dysponujący wolnym czasem powinni pamiętać o swoich braciach, którzy mają te same potrzeby i te same prawa, a którzy nie mogą odpoczywać z powodu ubóstwa i nędzy. W pobożności chrześcijańskiej niedziela jest tradycyjnie poświęcona na dobre uczynki i pokorne posługi względem ludzi chorych, kalekich i starszych. Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia. Niedziela jest czasem refleksji, ciszy, lektury i medytacji, które sprzyjają wzrostowi życia wewnętrznego i chrześcijańskiego.

2187 Świętowanie niedziel i dni świątecznych wymaga wspólnego wysiłku. Każdy chrześcijanin powinien unikać narzucania – bez potrzeby – drugiemu tego, co przeszkodziłoby mu w zachowywaniu dnia Pańskiego. Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego. Wierni powinni czuwać z umiarkowaniem i miłością nad tym, by unikać nadużyć i przemocy, jakie rodzą niekiedy rozrywki masowe. Pomimo przymusu ekonomicznego władze publiczne powinny czuwać nad zapewnieniem obywatelom czasu przeznaczonego na odpoczynek i oddawanie czci Bogu. Pracodawcy mają analogiczny obowiązek względem swoich pracowników.

Z punktu 2184 już dowiadujemy się, że odpoczynek niedzielny (i świąteczny) łączy się z poświęceniem się życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu. Specjalnie podkreśliłem słowo „kulturalnemu”, ponieważ ukulturalnianie się związane być może z czytaniem książek i oglądaniem wartościowych programów czy filmów w telewizji, ale też z wychodzeniem do kina, teatru czy opery. W punkcie 2185 czytamy, że w niedziele i święta należy się powstrzymać od zajęć uniemożliwiających oddawanie czci Bogu czy odpoczynek. Jednak dowiadujemy się także, że „Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego„. Czy praca w restauracji, teatrze czy kinie jest ważnym zadaniem społecznym? Śmiem twierdzić, że tak, podobnie jak – niestety – praca na stacji benzynowej, czasem bowiem komuś w podróży braknie benzyny i w niedzielę. „Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę” – to zdanie można by zapisać gdzieś na wieczną rzeczy pamiątkę, doskonale bowiem obrazuje to, czym jest praca w niedzielę.

kino-1Z punktu 2186 wyciągnę to zdanie: „Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia„. Tu widzimy to, o czym wspomniałem już wcześniej: że wiele rodzin nie ma dla siebie czasu w dni poza niedzielą. Że niedziela może być jedynym dniem, w którym można pójść do kina z dziećmi, albo z żoną na randkę, w pozostałe bowiem dni ciężko się pracuje. Bardzo jednak ważne zdanie przeczytamy wreszcie w punkcie 2187 i ono powinno nam wystarczyć za podsumowanie: „Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego„. Wynika z tego zatem, że nie każda praca w niedzielę jest niekonieczna. Ogólnie pojęte wręcz zwyczaje są tutaj ukazane jako coś, co sprawia, że w niedzielę należy udać się do pracy. Sport i rozrywki to właśnie te ukulturalniające sprawy, z których korzystać mogą w radości osoby spędzające, świętujące niedzielę. Druga część zdania jest tu jednak kluczowa. Otóż nawet ten, kto w niedzielę czy święta pracuje, ma obowiązek tak zagospodarować czas pracy, by mieć wystarczająco dużo czasu na odpoczynek. By, zapewne, mieć czas na oddanie należnej czci Bogu i spędzenie czasu ze swoimi bliskimi.

Jak to ma się do chodzenia do kina w Boże Narodzenie (25 grudnia, 26 bowiem to tylko tradycyjne święto, ale już żadna uroczystość)? Rozumiem doskonale dylemat, bowiem Boże Narodzenie jest specyficznym dniem, w szczególny sposób rodzinnym i każdemu należy się możliwość spędzenia tego dnia z bliskimi. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie by człowiek, jeśli tego dnia musi pracować, czy to w służbach publicznych (policja, służba zdrowia), czy w rozrywce i sporcie (kino, teatr, mecze piłkarskie), czy wreszcie w gastronomii (restauracje czy zwykłe McDonaldy), zagospodarował sobie wystarczająco dużo czasu na wizytę w kościele i rodzinne śniadanie, czy obiad, a w ostateczności – po powrocie z pracy – kolację. Zdecydowanie trudniej jest świętować, kiedy trzeba pracować. Pamiętajmy jednak, że niektórzy muszą pracować, żeby inni mieli możliwość należycie odpocząć. My zaś, którzy z tych form odpoczynku korzystamy, powinniśmy okazywać wdzięczność w życiu codziennym i w modlitwie osobom, dzięki którym możemy prawdziwie świętować.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny napisana dla Equipes Notre-Dame przez siostrę Marię-Paulę (dziś także oficjalna ikona ruchu Domowego Kościoła), źródło: http://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Fotografia neonu „Kino”, dostępna między innymi: http://www.ilkino.it/il-programma-di-aprile/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 30 Komentarzy

Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku

Rodzina to mąż, żona i dzieci. Taka jest skrócona i nienaukowa, ale prawdziwa definicja. Od definicji małżeństwa definicję rodziny odróżnia fragment „i dzieci”, małżeństwo to bowiem mąż i żona. Mąż i żona zaś to mężczyzna i kobieta połączeni sakramentem małżeństwa. Wprowadzam te pojęcia na początku, ponieważ chcę uwypuklić coś, o czym sam słyszę wielokrotnie, a mianowicie to, że bardzo ważna jest rodzina, ale zdecydowanie ważniejsze jest małżeństwo.

Musimy dbać o nasze dzieci, bo małżeństwo powołane jest do tego, by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo. Przede wszystkim jednak musimy dbać o małżeństwo, ponieważ to swoją żonę wybrał sobie mąż na partnerkę na całe życie; to swojego męża wybrała dla siebie żona. Oni są parą, która wspomaga Boga w procesie stwórczym i otrzymuje potomstwo jako zadanie, ale ponieważ właśnie są parą (a nie pojedynczą osobą), muszą robić wszystko, co w ich mocy, by działać jak para, żyć jak para, kochać się jak para. Najbardziej na świecie.

Przeczytałem niegdyś w książce traktującej o wychowaniu dzieci („Rodzice w akcji” Moniki i Marcina Gajdów), że aby dobrze wychować dzieci, na dobrych i szczęśliwych ludzi, przede wszystkim należy zadbać o swoje małżeństwo. Mąż i żona bowiem, kiedy zapominają o sobie i o swoim szczęściu, starając się jak najlepiej zająć swoimi dziećmi, tracą tak naprawdę tę możliwość. Prawdą bowiem jest to, co głoszą nowoczesne, feministyczne hasełka, że nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwe dziecko. Dodam od siebie więcej – nieszczęśliwy ojciec to także nieszczęśliwe dziecko. Feministyczne hasełka tego już nie głoszą, bowiem ich zdaniem na szczęście matki składać się powinno: dziecko w żłobku, realizowanie się w pracy przez długie godziny, wychodzenie z koleżansiami na browca w każdym możliwym momencie no i oczywiście odpowiedni partner, następny partner lub jeszcze jeden partner, zwłaszcza gdy z ojcem dziecka jest nieszczęśliwa. Tymczasem to wszystko zawsze tylko pozory szczęścia, bowiem szczęście dziecka wypływa i rodzi się nie ze szczęścia matki jako indywiduum, nie ze szczęścia ojca jako indywiduum, lecz ze szczęścia ich obojga, jako pary złączonej sakramentem, jako małżeństwa. Małżonkowie, którzy się kochają, w doskonalszy sposób kochają też dzieci. Małżonkowie, którzy są ze sobą szczęśliwi, dają dzieciom wzór szczęścia. Także wzór miłości, wzór małżeństwa i prawidłowej rodziny.

Rodzice muszą więc czasem zapomnieć o dzieciach. To brzmi głupio i jest głupie, bo tak naprawdę wcale nie należy zapominać o dzieciach. Dzieci trzeba zagospodarować z kimś zaufanym i upewnić się, że spędzą czas we wspaniały sposób. Dzieci należy zostawić tak, by mąż mógł spędzić czas ze swoją żoną, a żona ze swoim mężem. I tu pojawia się wzór, który dla mnie stanowi tytuł wpisu. Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku. Wynika z tego, że nie żadnym wyjątkiem, lecz prawidłowością powinna być małżeńska randka raz na tydzień. Kino, kolacja, teatr, opera. Oczywiście, będzie tego kapkę więcej niż godzina, ale ta „godzina” pada tutaj raczej umownie. Ważne, by zabezpieczyć dzieci tak, aby nie musieć się nigdzie spieszyć.

Randka raz na tydzień to świetny pomysł, ale dopiero początek. Ideał sięga wyżej, dając małżonkom dzień w miesiącu. Widzę to jako „weekend z babcią” dla dzieci. Rodzice zostawiają dzieci u swoich rodziców rano, noc spędzają w hotelu, wracają następnego dnia. Po śniadaniu. Albo po obiedzie. Ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje bowiem tydzień w roku. Czyli wspólny urlop. Czas, w którym dzieci na dłużej pozostają pod opieką dziadków, lub innych bliskich osób, by w tym czasie rodzice mogli zająć się sobą. Wyjechać. Wczasy z dziećmi to bardzo ważna, potrzebna dla budowania więzi rodzinnych rzecz. Ale nie możemy zapominać o tym, że to małżeństwo jest najważniejsze, że my, jako dorośli ludzie, też potrzebujemy spędzać czas w swoim towarzystwie. Że potrzebujemy przypominać sobie lata swojego narzeczeństwa, kiedy jeszcze nie było dzieci, kiedy byliśmy tylko dla siebie. Czasem musimy być tylko dla siebie. Z myślą o sobie i swoich dzieciach.

Kiedy ma się dzieci starsze niż 10 lat (wszystkie) takie rozwiązanie jest z pewnością możliwe. Powtarzamy je każdemu, kogo spotkamy (a zasłyszeliśmy je na jednej z konferencji na jednych z rekolekcji), ale sami nie do końca się stosujemy. Kwestia jest logiczna – nie da się, bo nasze dzieci są jeszcze za małe. Wcześniej, kiedy był tylko Syn, randkowaliśmy regularnie. Teraz z Córką raz na tydzień jest marzeniem. Raz w miesiącu – to i tak dobrze. Czasem za mało. Ale wystarczy. „Dzień w miesiącu” mieliśmy właściwie tylko raz. W Walentynki, kiedy Synek miał rok i osiem miesięcy. Jego można było zostawić w każdym wieku z kimkolwiek. Wtedy się udało – piękny weekend, choć nie wyjechaliśmy z Warszawy. Mam nadzieję, że uda się kiedyś powtórzyć.

Gdy piszę te słowa, siedzimy wraz z Żoną w autokarze wiozącym nas na drugi w naszym życiu „tydzień w roku”, odkąd urodziło się pierwsze dziecko. Poprzednio wyjechaliśmy po 3 latach związku, po roku od urodzenia Synka. Teraz jedziemy po kolejnych 3 latach, po roku od urodzenia Córki. Nie jest tydzień w roku, ale jest około dwa na trzy lata. Też dobrze. Tym razem przed nami Paryż. Jedziemy zaleczyć nasze małżeństwo, choć wcale nie miewa się źle. Zaleczanie polega na odpoczynku, na wspólnym byciu, na spaniu do późna, na łażeniu do późna. Ważne. I potrzebne.

Kochamy nasze dzieci. Całą trójeczkę (trzecie, siłą rzeczy, musi jechać z nami). Nie chcemy ich opuszczać, zostawiać. Pragniemy, by spędziły czas z dziadkami najlepiej jak to możliwe. Wyjeżdżamy dla nich, by lepiej się nimi zajmować, by więcej im z siebie dawać. By odnowić naszą miłość, którą potem przekażemy im. Jedziemy, ponieważ by dobrze dbać o rodzinę, trzeba najpierw dobrze zadbać o małżeństwo. Bo – przeczytałem to we wspomnianej już wcześniej książce Gajdów – nie ma sakramentu rodziny. Jest sakrament małżeństwa.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Sanki dla bliźniąt

Dokładnie trzy lata temu, wbrew naszym planom sylwestrowym, utknęliśmy w mieście B. ze względu na nagły atak choroby naszego wówczas półrocznego Synka. Planem naszym było wrócić przed tym dniem do Warszawy, zostawić brzdąca z zaprzyjaźnioną ciocią i wyjechać na świętowanie we dwoje. Ostatecznie utkwiliśmy w środku tradycyjnego zbiegu wujostwa i kuzynostwa, w którym raczej czuliśmy się i byliśmy rzeczywiście jak piąte koło u wozu. Podczas tego Sylwestra zdarzyło nam się usłyszeć jednak zacny tekst, który do dziś jest dla mnie jednym z przewodnich haseł. Otóż jedna z nieco starszych kuzynek, która niedługo przed nami urodziła bliźniaczki, poinformowała zgromadzonych z zachwytem, że tegoż dnia na targu widziała sanki dla bliźniąt. Rzeczone sanki miały bowiem dwa siedziska i dwie barierki pod plecy, jedną za drugą.

Patrząc na dzisiejsze społeczeństwo i na wpisujące się w standardy kuzynostwo można zauważyć, że bliźnięta wielokrotnie nie mieszczą się w planach młodych rodziców i zazwyczaj spełniają rolę czegoś w rodzaju niespodziankowej ironii losu. Współcześni młodzi rodzice bowiem zazwyczaj w celu dopełnienia swego szczęścia wywołanego doskonałą karierą zawodową i w miarę udanym małżeństwem popartym egzotycznymi podróżami (et cetera) poczynają, rodzą i wychowują 1 (słownie jednego) potomka. Rzadko kiedy komukolwiek przychodzi do głowy, że w tak trudnych czasach można mieć dwójkę, a już nie daj Boże trójkę czy więcej dzieci. Od trzeciego dziecka zaczyna się patologia, potem jest tylko gorzej. Stąd zaskoczenie wywołane ujrzeniem podwójnych sanek. Bo jak podwójne to musi być dla bliźniąt. Ja natychmiast zinterpretowałem hasło w inny sposób. Dla mnie bowiem oczywistą rzeczą jest, że jeśli mam dwójkę dzieci, to kupię im podwójne sanki, dzięki czemu każdemu będzie wygodniej. Mogę później kupić tandem i posadzić nań dwójkę dzieci, albo usiąść z żoną, albo z którymś z dzieci, ale wcale nie muszę do tego celu mieć brata bliźniaka. Nawet kupowanie podwójnego wózka nie musi oznaczać, że ma się bliźnięta: wystarczy mieć dwójkę dzieci urodzonych w niewielkim odstępie czasu. Wówczas to starsze, które nie chodzi jeszcze dość dobrze, może jechać w spacerówce, a młodsze w gondoli. Jak coś jest podwójne, to nie jest „dla bliźniąt” tylko „dla dwojga”.

Do napisania notki zainspirował mnie, po raz kolejny już, wpis Cytrynny w którym uprzytomniła nam, w jaki sposób tytuły większości czasopism mamowych („Dziecko, Mam dziecko, Ja i dziecko, Ty i dziecko, Twoje dziecko, Moje dziecko, Nasze dziecko, Wasze dziecko, Halo to ja, Twój maluszek, Mój maluszek, Niemowlę, Berbeć, Wy i dziecko, My i dziecko, Wyj dziecko!, Myj dziecko, Czesz dziecko, Mama, tata i dziecko, Mój pies”) skupiają się na jednodzieciowym modelu rodziny, w którym tyle trzeba na to jedno dziecko wydać i czasu poświęcić, że na drugie już nas zwyczajnie nie stać. Tak rzeczywiście jest. Dziś naprawdę społecznie wolno mieć tylko jedno dziecko, co najwyżej parkę. Czasopisma mamowe cyklicznie powtarzają artykuły, może nieco je zmieniając. Pierwszy trymestr, drugi trymestr, trzeci trymestr, poród, połóg. Opieka, co kupić, znowu pierwszy trymestr… Z tym że to nadal pierwszy trymestr z pierwszym dzieckiem, bo wszystko od nowa, tak jakby każda czytelniczka przechodziła to po raz pierwszy. Naprawdę nieliczne artykuły traktowały o tym, jak przygotować siebie i rodzinę na przyjęcie drugiego dziecka. Bo to nieistotne. Jedno dziecko jest dżezi i trendi. A jeśli dwoje, to tylko bliźnięta.

Pewnie wspominałem już, jak rozmawialiśmy z dawną znajomą mojej Żonki, która ma dwie córki w naszym wieku i która, spojrzawszy na Gabrysia i Natalkę orzekła, że to już koniec, dobrze, że jest parka. Kiedy zaprotestowałem, że nie do końca koniec i że my chętnie przyjmiemy więcej dzieci, usłyszałem, że rząd by chciał żeby kobiety więcej rodziły, bo to dla nich bardziej opłacalne, ale na szczęście młodzi ludzie są dziś mądrzejsi i poprzestają na dwójce. Nie sposób kłócić się z ludźmi, zwłaszcza że nawet pewna część naszej dość bliskiej familii zgodziłaby się pewnie z tą tezą i oczekiwała od nas, że na dwójce poprzestaniemy. Muszę jednak podkreślić coś, do czego doszedłem już jakiś czas temu, niedługo po ślubie. To, czego oczekiwałaby od nas nasza familia nie ma znaczenia. To ile by chcieli, żebyśmy mieli dzieci, jak mielibyśmy je wychować, w jaki sposób zorganizować chrzest czy przyjęcie komunijne – to już nie od nich zależy. My zamierzamy wyłamać się ze schematu 2+1 czy teraz już 2+2 i kontynuować, bo to nasza rodzina i nasze dzieci, i naprawdę nie ma znaczenia, co sądzą na ten temat inni.

Kiedy ktoś mnie pyta o potomstwo i mówię, że mam syna i córkę, a on odpowiada: „To już wszystkie dzieci”, zazwyczaj kwituję to słowami: „Ja się dopiero rozgrzewam”. Przypuszczam, że będą mi potrzebne sanki trzy- albo czteromiejscowe. I nie dlatego, że będę miał czworaczki.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Nie brałem udziału w tej farsie

W szerokopojętej rodzinie lat temu ze trzy odbywał się ślub. Niezwykła uroczystość udzielenia sobie sakramentu małżeństwa, następnie ogromne, pełne radości wesele. Wszystko okraszone miejscowym i zagranicznym folklorem, panowie w spódnicach, gra na dudach itp. Świetna zabawa. Słusznie. Do dziś pamiętam, jak na jeszcze poprzednim weselu szerokopojęto-rodzinnym przyszły pan młody informował przez telefon kogoś od siebie: „I’m deffinitely getting married in Poland!”

Jak to bywa w zwyczaju w mej szerokopojętej rodzinie, na wesele zaproszono wszystkie ciotki, pociotki i kuzynów kuzynów. Tłum był niemiłosierny. Znam to jednak tylko z opowiadań, byłem (wraz z najbliższą rodziną) bowiem jedyną osobą, której nie zaproszono. Nie wywlekam teraz tego po to, żeby się poużalać, bo nie w tym rzecz. Rodzina miała swoje powody, żeby mnie nie zaprosić. Osobiście widzę powód w „Przedślubnych perypetiach”, które rok wcześniej dotyczyły mojego ślubu. Pod wpływem ówczesnych wydarzeń, tj. moich blogowych rozważań, część zaproszonych gości z szerokopojętej rodziny odwołało swoje przybycie (z góry nie wszyscy byli na wesele zaproszeni, bo niezgodnie z tradycją nasze było mniej huczne), a ostatecznie również wyłączyło mnie jako jedynego z listy gości u siebie. Mam nadzieję, że zemsta była słodko-kwaśna.

Nie, nie mam żalu, raczej ironiczny uśmiech z przymrużeniem oka. Nawet bym się nad tym w ogóle nie rozwodził, gdyby nie pewien mały szkopuł. Otóż ówczesna Panna Młoda jakiś czas temu zmieniła na Fejsie swoje nazwisko na panieńskie. Od jakiegoś czasu fotografuje się również z facetem, który jej mężem nie jest. Jej mąż natomiast ma ją w członkach rodziny jako „Nieznane”. Minęło około 3 lata związku małżeńskiego, a związek już właściwie przerodził się w (być może tymczasowy) niebyt. Na co był sakrament i uroczyste przysięgi? Na co było radosne, kraciaste wesele? Na co było wypinanie się na dalekich krewnych, którzy kiedyś raczyli wyrazić na jakiś temat własne zdanie? Na nic się to zdało, bo ktoś zapomniał, że złożył przysięgę, że poświęcił swój związek Bogu i że zrobił to już na zawsze. Taki ślub z weselichem nazywam bez wahania farsą. Bo nie prowadzi do budowania, lecz do burzenia. Nie tylko związku, ale całego życia.

Rozwód bowiem nadal nie istnieje. Każde współżycie pozamałżeńskie, o ile ślubu udzielili sobie małżonkowie w Kościele, jest zdradą małżeńską. Każde wchodzenie w związki pozamałżeńskie jest w tej sytuacji wchodzeniem w konkubinat i odseparowywaniem się od Boga, od jedności z Nim, od możliwości uczestniczenia w sakramentalnym życiu Kościoła. Oczywiście, można się rozejść. Można się nawet rozwieść. Można znaleźć sobie nowego „męża” i zalegalizować związek w urzędzie. W oczach Boga i w ludzkim sumieniu to nic nie zmienia. Sakrament małżeński raz zawarty pozostaje ważny do końca naszych ziemskich dni. Nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnego „przebacz”. Sami bowiem się decydujemy i składamy przysięgę na całe życie: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Wszelkie wykroczenia przeciw przysiędze (np. zdrada) nie umniejszają jej powagi i nie sprawiają, że przestaje być ważna. Złamanie przykazania danego od Boga nie przekreśla tego przykazania, a jedynie popycha do nawrócenia. Albo dobrowolnego wykluczenia. I za to wszystko odpowiemy przed Sądem.

Nieporozumienia w małżeństwie mogą wynikać z różnych rzeczy. Znajoma rozwodzi się z mężem, bo był dumny, że zarabia więcej niż ona. Są tacy, którzy negują zainteresowania czy potrzeby współmałżonków. Nasze małżeństwo trwa prawie 4 lata. Mamy mnóstwo konfliktów i nieporozumień, popełniamy mnóstwo błędów i wykroczeń. Mamy też dwójkę wspaniałych dzieci i marzenia. O domu, o psie, o większej i większej wąskopojętej rodzinie. O wspólnym spędzeniu dni aż po starość. Ale nawet jeśliby coś się pokićkało po drodze, zawsze musimy pamiętać, że łączy nas przysięga złożona wobec Boga, Kościoła i nas samych. Nic nigdy się w tej kwestii nie zmieni. Nasze małżeństwo będzie trwało, choćbyśmy się kiedyś rozwiedli. Wobec Boga nic się nie zmieni. I być może moja szerokopojęta rodzina również nie wzięła udziału w tym, co sami nazwaliby farsą (wcale się im nie dziwię), a co było naszym ślubem. Ale muszę podkreślić, że to nasz związek jeszcze trwa, rozwija się, wspólnymi siłami jest budowany. Może właśnie dlatego, że potrafimy jasno określić jakie jest nasze zdanie i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, w zgodzie z najwyższą Prawdą i sumieniem. Może dlatego, że pamiętamy, jakie znaczenie ma tak naprawdę ten sakrament, którego sobie wzajemnie, raz na całe życie, udzieliliśmy.

Nie zdziwię się, jeśli pod tą notką pojawią się pojedyncze komentarze podobne do tych z „Przedślubnych perypetii”. Może być ich nawet więcej niż pojedyncze. Złośliwych, jadowitych anonimów i stwierdzeń, że „wroze ci rozpad malzenstwa i to ze zostaniesz sam jak palec bo twoje myslenie nie poprowadzi cie zbyt daleko”. Nie martwi mnie to jednak. „Moje” myślenie doprowadziło mnie już bowiem wystarczająco daleko, wraz z Najwspanialszą Kobietą na świecie, która jest moją żoną, i mam nadzieję, że jeszcze daleko doprowadzi. Przed nami całe życie!

Chciałem tylko jeszcze raz podkreślić, że rozwód nadal nie istnieje.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Marsz marsz Rodzino!

Piszę, bo dziś wraz z małżonką i młodszą latoroślą wybraliśmy się wreszcie na Marsz dla życia i rodziny. Taki marsz odbywa się dorocznie, ale dotychczas dotarliśmy na miejsce tylko raz, już po rozpoczęciu, padał deszcz i ostatecznie utknęliśmy w dość drogiej restauracji na proporcjonalnie niewielkim obiadku. Wówczas żona była jeszcze w ciąży, nosząc w brzuchu starszą latorośl.

Dziś nareszcie, mimo tradycyjnych porannych konfliktów związanych z wstawaniem z łóżka, zdecydowaliśmy się zebrać i o dziesiątej stawić pod pomnikiem Kopernika. Dotarliśmy wprawdzie około dziesięć po, ale marsz sam też się spóźnił i wyruszyliśmy prawie wpół do. Marsz trwał krótko (zaskakująco), zakończył się nieco po jedenastej na Placu Teatralnym. W drodze spotkaliśmy znajomych ze wspólnoty z dwójką potomstwa. Ci sami znajomi zmokli na deszczu z noworodkiem wówczas, gdy my się objadaliśmy zdecydowawszy, że nie będziemy się narażać. Zazdrość pozytywna. Spotkaliśmy też nieco znajomych rodzin z rekolekcji wakacyjnych. I byliśmy bardzo miło zaskoczeni ilością rodzin wielodzietnych (czworo-pięcioro dzieci) biorących udział w całym zamieszaniu. Gdy widzieliśmy rodzinę, w której najstarsze dziecko mogło mieć najwyżej 7 lat, przedostatnie ledwo szło, a jeszcze młodsze już jechało w wózeczku, dotknęło nas autentyczne wzruszenie. I chęć posiadania kolejnego dziecka, w miarę jak najszybciej. Kwestia naszych dzieci zresztą okazała się również zabawna. Znajomy z rekolekcji, który świetnie wie, że mamy starszego syna (który to syn wybył ostatnio do dziadków) zażartował z żony niosącej córkę w chuście, że ciekawie wygląda: taka młoda dziewczyna i już ma dziecko. Rzeczywiście, w towarzystwie córci wyglądamy jak młode małżeństwo z niemowlęciem. Kiedy jest z nami jeszcze G.M. wydaje się, że jesteśmy jednak nieco poważniejsi.

Nie mogę zaprzeczyć, że pojawiły się w moim odczuciu pewne kontrowersje. Hasło towarzyszące marszowi „Jestem mamą, to moja kariera” popieram absolutnie, o ile nie stawia się na matkach presji, żeby siedziały w domu, nie ruszały się na krok i absolutnie nie realizowały się zawodowo czy naukowo. Ale popierają to hasło i te znajome matki, które studiują czy pracują. Ale przez to nie zaniedbują dzieci, nie zamykają na 10 godzin w przedszkolu, albo nie zostawiają na tyleż czasu z niańką. Pracują po 4 godziny, albo zabierają dziecko ze sobą do pracy. Czasem pracują w domu. Piękna sprawa, sam chciałbym pracować w domu…

Kolejny afisz, niesiony przez córkę matki-karierowiczki głosił: „Mama jest 100 razy lepsza niż przedszkole” – nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Ale Też pod pewnymi warunkami. Nikt nie wychowa, nie nauczy, nie zaopiekuje się tak, jak mama. Jednak dziecko w wieku 3 lat zaczyna mieć już potrzeby wykraczania poza środowisko domowe. Potrzebę socjalizacji, tj. poznawania rówieśników. Potrzebę oderwania się od rodziców w pewnym stopniu i szukanie innych, zdecydowanie mniej ważnych autorytetów, jak panie z przedszkola. Znam czterolatkę, która nie odzywała się i chowała po kątach zanim poszła do przedszkola. Dziś bawi się w najlepsze i dokazuje – nie ta sama osoba! Z drugiej strony znam też dziecko, które jest dość dzikie i nieokiełznane. I moim zdaniem potrzebuje przedszkola, by tak może w pewnym stopniu się utemperowało. Nasz syn pewnie nie pójdzie do przedszkola, bo rekrutacji nie przeszedł. Ale są jeszcze wolne miejsca, jeszcze będę próbował. Bo owszem, mama jest 100 albo i 1000 razy lepsza, niż przedszkole. Ale to nie znaczy, że jest dla dziecka tyleż razy lepsze zostanie w domu z ciągle tą samą towarzyszką, niż wyruszenie do przedszkola na poszukiwanie przygód.

W marszu przeszliśmy i jesteśmy dumni, że mogliśmy dać świadectwo. Chcemy mieć więcej dzieci, aby na przyszłość świadectwo było pełniejsze. Wszystkich małżonków zaś namawiamy do uczestniczenia w tego typu akcjach. A tych, którzy mogą, do starania się o więcej sztuk potomstwa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Carcassonne

Wprawdzie jest to niewątpliwie blog teologiczny, ale i teolog ma prawo do niezobowiązujących, ale rozwijających rozrywek. Dlatego dziś chciałem polecić Wam, mało teologicznie, genialną grę zaliczaną do gier planszowych. Ta gra nazywa się Carcassonne, w 2001 roku zdobyła zaszczytny tytuł Gry Roku, w Polsce znana jest jednak od niezbyt dawna. W rzeczywistości nie jest również typową planszówką, zamiast typowej planszy posiada raczej planszę opartą o system „zrób to sam” – czyli zbuduj sobie swoją własną planszę. Pionki również nie poruszają się po owej planszy (nie licząc dostępnego wraz z jednym z dodatków smoka), lecz raczej stoją w miejscu, obejmując w posiadanie tereny. Opiszę jednak pokrótce na czym polega rozgrywka.

Przykładowa rozgrywka w Carcassonne na 5 graczy, z dodatkami "Karczmy i Katedry", "Kupcy i Budowniczowie", "Księżniczka i smok", "Wieża" oraz małymi dodatkami "Rzeka" i "Kult, oblężenie, kreatywność".


Gracze wybierają jeden z pięciu (z jednym z dodatków sześciu) kolorów pionków, ustawiają na stole kilka stosików kwadratowych żetonów i rozpoczyna się gra. Na stół trafia żeton startowy, następnie gracze po kolei dociągają ze stosików żeton i dołączają go do pierwszego na zasadzie puzzli. Żetony bowiem posiadają trzy rodzaje terenów: łąki, drogi i miasta. Poszczególne żetony zaś mogą stykać się wyłącznie powierzchnią jednakowego terenu z żetonem wcześniej położonym. Kolejnym krokiem jest zajmowanie terenów przez pionki graczy. Gracze zajmują miasta, drogi, łąki lub znajdujące się na niektórych żetonach klasztory, a zamykając je otrzymują za nie punkty. Mogą również oczywiście przejmować sobie nawzajem budowane tereny, zdobywać na nich dominujące wpływy itp. Tak gra toczy się aż do zużycia wszystkich żetonów ze stosu – wówczas podlicza się punkty za wszystkie tereny nieukończone. I tak toczy się cała gra.

Pionki pozostające w puli żółtego gracza, wraz z dużym pionkiem ("Karczmy i katedry"), świnką i zdobycznym towarem ("Kupcy i budowniczowie").


Pierwotna gra rozpoczyna się od 72 żetonów i trwa około 30 minut. Jednak po wielkim sukcesie Carcassonne jej twórcy postanowili wydać dodatek do niej, potem zaś drugi i trzeci dodatek. W efekcie w dniu dzisiejszym dostępnych jest 8 dużych dodatków, kilka mniejszych, malutkie dodatki dostępne wyłącznie z niektórymi numerami niemieckich pism o grach i ze 3 wersje gry podstawowej, które rzecz jasna można ze sobą łączyć. I tak w dodatkach pojawiają się karczmy i katedry, zwiększające wartość ukończonych dróg i miast, smok zjadający pionki graczy, wieża pozwalająca na branie wroga do niewoli, burmistrzowie zwiększający wpływy w dużych miastach, rzeki ciągnące się przez krainę Carcassonne i mnóstwo, mnóstwo innych. Każdy kolejny dodatek kusi, ale bez wątpienia jest grzechu wart. Gra bowiem, choć po zakupie czterech dodatków trwa już 2-3 godziny, jest niezwykle pasjonująca i pozwala na bardzo ciekawe spędzenie wolnego wieczoru.

Smok wędruje po polach, poluje na żeńskie klasztory... :)


Polecam grę zarówno dużym rodzinom, grupom przyjaciół (może grać w nią do 6 graczy), jak i pragnącym spędzić miły wieczór małżeństwom. Rozgrywka na dwie osoby jest równie fascynująca, jak ta na większą ilość graczy, a czasem można w mniejszym gronie zbudować o wiele ładniejsze kompozycje z żetonów. Jeśli gra się z dziećmi, odradzane są dodatki „Księżniczka i smok” oraz „Wieża”, pozbawiają one bowiem wpływów na planszy w dość nieprzyjemny sposób, doprowadzając podobno do niepotrzebnych nerwów. Moje dzieci są jeszcze za małe, żeby grać (choć G.M. uwielbia rozkładać Carcassonne jak puzzelki i szeregować ludzików, świnki, architektów wg kolorów i gatunków), ja zaś bardzo sobie cenię wędrującego po planszy, polującego na wszystkich smoka. Nawet, gdy czasem jestem zmuszony do zjedzenia samego siebie.

Polecam Carcassonne zarówno na długie zimowe wieczory, jak i na miłe wczasy w lecie.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy